Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: dynia

niedziela, 04 grudnia 2016

To już 8 (!) Korzenny Tydzień. Z tej okazji „zachomikowałam” (mówicie tak?) babkę dyniową. A właściwie to babkę duo: dyniowo-czekoladową. Oryginał – w wersji mono, bez dodatku kakao - pochodzi z ostatniej książki Nigelli (Simply Nigella), o której myślę jako o „tej jasnej” – bo w takich kolorach została zaprojektowana, zdjęcia Keiko Oikawa też są utrzymane w tonacji białej/minimalistycznej; osobiście mi się podobają, choć widziałam w sieci komentarze, że „w ogóle nie ma w nich stylizacji”. No cóż, na pewno nie są przeładowane, tzn. w planie nie roi się od gadżetów (i dla mnie to plus ;). Przykładem jest właśnie portret ciasta dyniowego.

Czemu przerobiłam je na babkę o dwóch smakach? Bo robiłam kiedyś inne korzenne ciasto Nigelli, właśnie w takim kształcie, i choć obiektywnie smaczne, było też nieco… nudne. A że chodził za mną jednocześnie klasyczny marmurek, postanowiłam upiec dwie pieczenie (ciasta) na jednym ogniu. Na publikację poczekał z miesiąc, bo aż się prosił o podczepienie pod własną akcję korzenną. Uwaga, przepis nadaje się dla osób niejedzących nabiał.

Składniki:

  • 300g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 250ml oleju roślinnego
  • skórka i sok z 1/2 pomarańczy (plus ew. dodatkowy, o czym niżej)
  • 3 duże jaja
  • 400g mąki pszennej uniwersalnej (lub jasnej orkiszowej)
  • 2 łyżeczki sody
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonego (lub roztartego w moździerzu) ziela angielskiego
  • 200g puree z dyni (upieczonej i zmiksowanej; sugeruję raczej zwięzłą, mało wilgotną odmianę, typu amazonka czy hokkaido)
  • 2 kopiaste łyżki jak najlepszego ciemnego, przesianego kakao

Do podania:

  • cukier puder lub lukier (na bazie soku z ww. pomarańczy i ok. 200g cukru pudru)

Ubić mikserem cukier, olej, skórkę startą z ½ pomarańczy i 2 łyżki soku pomarańczowego. Wciąż ubijając dodać do masy jaja. Osobno wymieszać suche składniki, dodać do masy, wymieszać tylko tyle, by składniki się połączyły. Podzielić na ½, do jednej połowy dodać dynię i wymieszać, do drugiej kakao. Gdyby masa czekoladowa była wyraźnie gęstsza/bardziej sucha od dyniowej (jak u mnie), dodać jeszcze trochę soku z pomarańczy.

Przygotować foremkę na babkę, wysmarowując ją dokładnie masłem i wysypując mąką LUB korzystając z metody autorki: mieszając 2 łyżeczki mąki z taką samą ilości oleju na pastę i dokładnie wysmarowując mieszanką wnętrze formy (tak zrobiłam, i to działa); ew. nadmiar oleju można usunąć odstawiając blaszkę na kilka minut do góry nogami na podwójną warstwę ręcznika papierowego. Przełożyć ciasto do foremki, nakładając na zmianę ciasto dyniowe i czekoladowe. Piec przez ok. 60-70 min w przypadku foremki bez komina (z kominem ok. 15 minut krócej) lub do suchego patyczka. Po wystudzeniu oprószyć cukrem pudrem lub polukrować, mieszając cukier puder z sokiem z pomarańczy do pożądanej konsystencji (u mnie wyszła bardziej glazura, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało). Ciasto dość długo zachowuje świeżość.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

sobota, 15 października 2016

Nie da się ukryć: nastał sezon na dynię. W tym roku z ogrodu przyniosłam ok. 12 sztuk Hokkaido, Amazonki i Potimarron: a ponieważ wszystkie są do siebie dość gabarytowo, na wygląd (nawet Hokkaido, bo jakoś nie wyrosły im antenki, a jestem pewna, że w ziemi były dwie rośliny i miały owoce…) oraz w smaku podobne, plus i nie pamiętałam, gdzie którą posadziłam, przyjmuję, że ogólnie „mam dynie”. Poza „normalnymi” - jak na drobne odmiany – owocami ważących do 2kg, jest kilka mikrusów, które wyrosły dopiero pod koniec lata (czyt. gdy zrobiło się ciepło). Tak czy inaczej, sądzę, że biorąc pod uwagę nasze w miarę skromne potrzeby, starczą na ten sezon.

Tegoroczną dynię dorzucałam na razie a to do zupy, a to do pieczenia obok innych rzeczy (mój ulubiony typ obiadu z brytfanki). Gdy miałam nadmiar, stworzyłam kolejną wersję pasty do pieczywa (rok temu był hummus) – po tym, jak przy półce z nabiałem w supermarkecie miałam refleksje pt. „o, gorgonzola, a dynia się z nią lubi... tylko jeszcze nie wiem, w jakiej formie”. To ostatnie rozgryzłam potem ;).

  • 260g upieczonej, zwięzłej dyni,
  • 40g gorgonzoli (wariant picante; można ew. zastąpić innym serem z niebieską pleśnią),
  • ok. 2-3 łyżek posiekanej dymki,
  • 2 łyżki oleju z pestek dyni,
  • ok. 8-10 liści szałwii,
  • sól i pieprz (do smaku),
  • hojna szczypta gałki muszkatołowej

Dymkę delikatnie podgrzewać na oleju z pestek dyni, aż zmięknie, dodać liście szałwii i jeszcze chwilę podgrzewać. Wymieszać (razem z całym olejem z naczynia) z pozostałymi składnikami i zmiksować w malakserze, sprawdzić doprawienie. Gdyby masa była za sucha, dodać jeszcze trochę oleju lub odrobinę ciepłej wody i ponownie zmiksować. Podawać do pieczywa lub warzyw korzeniowych, jako dip.

Zapisz

poniedziałek, 23 listopada 2015

Nie macie już dość zup dyniowych? Ja – nie ;). Zwłaszcza, że zaczyna się pomału sezon brukselkowy. Pierwszą zakupioną tego roku zużyłam jako dodatek do kolacji azjatyckiej (pokroiłam w paski i przesmażyłam kilka minut z czosnkiem, potem doprawiłam olejem sezamowym i sosem sojowym: zainspirowane Simply Nigella), a reszta poszła wraz z dynią do gara na zupę. Można powiedzieć, że to odświeżona – czy też rozwinięta ;) - wersja zupy z początków bloga.

Składniki:

  • 1 mała cebula
  • olej
  • ok. 250g brukselki
  • garść dyni, z grubsza posiekanej, bez skóry
  • 500ml bulionu i ok. 250ml wody
  • 500ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz
  • ok. ½ łyżeczki mieszanki ziołowej z ostrą papryką (lub po ¼ łyżeczki oregano i ostrej papryki)
  • kilka łyżek (do smaku, u mnie ok. 4) łagodnego* octu jabłkowego (lub soku z kiszonki)

Do podania:

  • kilka łyżek posiekanej fety lub sera koziego, np. dojrzewającego
  • szczypiorek (lub inne zielone)
  • grzanki (z czerstwego pieczywa, najlepiej na zakwasie)

Cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać brukselkę i dynię, przesmażyć chwilę. Zalać całość bulionem i wodą, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 30 minut pod przykryciem, aż warzywa zmiękną. Dodać przecier, wymieszać, doprawić do smaku przyprawami, gotować ok. 20 minut na małym ogniu. Sprawdzić doprawienie, zmiksować na gładko i dodać ocet do smaku. Podgrzewać delikatnie ok. 10 minut (lub dłużej) przed podaniem.

Serwować posypane grzankami, zieleniną i wybranym serem.

* Użyłam octu domowego, o którym chyba kilkakrotnie napomykałam, ale nigdy nie napisałam szczegółowo. Jest to przykład fantastycznego wykorzystania resztek oraz czegoś, co powstaje prawie z niczego, jak zakwas ;). Resztki niepryskanych jabłek (obierki, ścinki, gniazda nasienne itd.) pozostałe np. z przygotowywania szarlotki czy wyciskania soku trzeba umieścić w bardzo dużym słoju, zalać przefiltrowaną/przegotowaną wodą, przykryć ściereczką lub papierem i odstawić w jakieś nie za chłodne miejsce (okolice temp. pokojowej). Można przyspieszyć fermentację przez mały dodatek cukru – powiedzmy łyżeczka na litr wody. Co jakiś czas zawartość słoja należy zamieszać i sprawdzać, zwłaszcza na początkowym etapie, czy nie pojawia się pleśń. Po kilku tygodniach mamy delikatny ocet :). Swój przechowuję w chłodnej spiżarni.


wtorek, 10 listopada 2015

O zasadzie „skoro dziś piątek, to mamy makaron” pisałam kilka lat temu. Od tamtego czasu trochę menu piątkowe jednak urozmaiciłam (np. co drugi tydzień pojawia się tego dnia zupa, jeśli jest chłodno, lub w sezonie cieplejszym - sałatka ;), ale wciąż makaron pozostaje świetnym daniem awaryjnym, jeśli trzeba ugotować coś szybko i z tego, co jest w domu. W ten sposób powstał kolejny makaron z dynią...

Składniki:

  • garść posiekanej dyni (najlepiej o zwięzłym, niezbyt mokrym miąższu)
  • ok. 250g pieczarek,
  • 2-3 większe suszone grzyby,
  • 1 cebula,
  • olej,
  • mała garść liści szałwii
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
  • opcjonalnie: natka pietruszki (ok. łyżki)
  • ok. 1,5 łyżki masła
  • ok. 225g makaronu (krótkiego lub, jeszcze lepiej, szerszego domowego, np. pappardelle)

Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Dodać dynię, przesmażyć, skropić wodą i dusić kilka minut pod przykryciem (w tym czasie nastawić wodę na makaron). Dodać do dyni pieczarki pokrojone w plastry, kilka listków szałwii i wkruszyć grzyby. Smażyć kilka minut, doprawić do smaku solą, pieprzem i gałką, ponownie przykryć i dusić ok. 10-15 minut na małym ogniu, aż warzywa będą całkiem miękkie. Pod koniec gotowania sprawdzić doprawienie.

Pozostałe liście szałwii usmażyć na chrupko na maśle. Wymieszać dokładnie ugotowany makaron z sosem i ew. posiekaną natką, odstawić na minutę pod przykryciem przed podaniem. Każdą porcję posypać przesmażonymi listkami szałwii.

A z innych makaronów dyniowych był:

- taki z jarmużem i boczkiem;

- z małżami;

- "dwa liście";

- efektowne rotolo oraz

- lasagne.

sobota, 31 października 2015



W tym roku naprawdę myślałam, że z Festiwalu Dyni (link do gospodyni: patrz banner) na blogu nici. Można powiedzieć, że jest to Festiwal last minute, bo zamieszczam wpis w ostatnim dniu ;). Nie miałam weny i/lub czasu do testowania nowych przepisów dyniowych, pozostając przy starych szlagierach typu dyniowe puree, zupa z czego popadnie, w tym z dyni, itd. Nie pomagał niestety brak światła dziennego w godzinach popołudniowych, czyt. wtedy, kiedy zazwyczaj coś gotuję poza weekendem. 

A jednak coś się udało ;). Po pierwsze: odświeżona wersja zupy sprzed 3 lat. A właściwie sama zupa uproszczona, za to rozbudowane dodatki.

Składniki:

  • ok. 750g dyni (najlepiej dość zwięzłej, typu Amazonka czy Hokkaido, ale tym razem miałam mieszankę i takiej, i wodnistej no name)
  • 1 duża cebula
  • 3 średnie, winne/kwaskowate jabłka
  • 500ml ulubionego bulionu
  • ok. 1/8 łyżeczki nasion kolendry
  • sól (do smaku), pieprz (dość obficie)
  • hojna szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
  • szczypta słodkiej wędzonej papryki
  • ok. 1cm kawałek imbiru, drobno posiekany

Do podania:

  • 180g opakowanie tofu (naturalnego lub wędzonego)
  • ok. łyżeczki oleju sezamowego
  • ok. 1/2 łyżeczki łagodnej przyprawy korzennej, typu garam masala czy advieh
  • kilka łyżek bulguru (najlepiej grubego), zalanych wodą ok. 3h wcześniej (lub kilka łyżek wcześniej ugotowanej innej, ulubionej kaszy)

Dynię pokrojoną na 3-4 kawałki, cebulę przekrojoną na 1/2 oraz wydrążone jabłka umieścić w piekarniku w 180 st. C. (termoobieg) i piec ok. 50 minut. Umieścić w garnku razem z bulionem i przyprawami, podlać szklanką wody, zagotować, gotować ok. 10-15 minut, dokładnie zmiksować. Gdyby zupa była za gęsta, ew. rozrzedzić wodą. Delikatnie podgrzać, sprawdzić doprawienie. Jeśli to możliwe - przygotować ją dzień wcześniej niż planowana konsumpcja, bo jak każda zupa zyskuje na wystudzeniu i podgrzaniu.

Bulgur zalać wodą co najmniej 3h przed podaniem - tak przygotowany nie wymaga gotowania (i m.in. dlatego go lubię ;). Co najmniej 1h przed podaniem pokroić tofu w grubą kostkę, wymieszać dokładnie z olejem sezamowym oraz wybraną przyprawą, odstawić w temp. pokojowej, tak samo jak wcześniej bulgur. Tak doprawione tofu obsmażyć krótko z wszystkich stron na niewielkiej ilości neutralnego oleju. Podgrzaną zupę podawać z ok. 2 łyżkami bulguru, osączonego z ew. niewchłoniętej wody, posypane tofu.

A po drugie... Hummus dyniowy na Everyday Flavours dał mi wiele do myślenia ;). W mojej wersji ma trochę inne proporcje, tj. jest więcej dyni a mniej tahiny (bo się skończyła), za to dodałam łyżkę oleju z pestek dyni. Trochę obawiałam się, że ten wyrazisty dodatek zdominuje całość, jednak niepotrzebne. Taka wersja hummusu mi wyjątkowo smakuje - bo zresztą mam wrażenie, że ciecierzyca bardzo dobrze uzupełnia się upieczoną dynią - z tych zwięzłych, bardziej mącznych (tu użyłam też Hokkaido) i przeważnie ciemnopomarańczowych, które wolę o wiele bardziej od jasnych a wodnistych.

Składniki:

  • 1/2 szklanki ciecierzycy
  • płaska łyżeczka sody
  • 200g upieczonej dyni (ok. szklanki)
  • 1/4 szklanki (4 łyżki) tahiny
  • łyżka oleju z dyni
  • sól do smaku
  • ok. 2 łyżek soku z cytryny
  • 1/4 łyżeczki słodkiej wędzonej papryki
  • szczypta ostrej papryki
  • 2 małe ząbki czosnku

Ciecierzycę zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, wymieszać z sodą, zalać wodą i gotować ok. 30-40 minut, aż zacznie się rozpadać. Odcedzić i przestudzić. Wymieszać z pozostałymi składnikami i zmiksować na gładko w malakserze (gdyby masa była za gęsta, można dodać trochę zimnej wody, u mnie jednak nie było to konieczne), sprawdzić doprawienie. Można podawać skropione olejem dyniowym i posypane uprażonymi pestkami (świeżymi lub suszonymi), ale w wersji podstawowej, jak na zdjęciu, jest także całkiem smaczne.

A to poniżej pestki odzyskane z ww. Hokkaido, doprawione solą i wędzoną papryką, pieczone "piętro niżej" niż warzywa na zupę z wpisu. Nie doczekały do roli jakiejkolwiek posypki ;).

 

sobota, 15 listopada 2014

Jak może pamiętacie, w The Spotted pig (to już ponad dwa miesiące temu...) jadłam gnudi z ricotty, które zapadły mi w pamięć. Wspominałam także, że z restauracji wyszłam z książ A girl and her pig pod pachą i prawie od razu sprawdziłam w indeksie (swoją drogą, każda książka niebeletrystyczna moim zdaniem powinna go mieć!), czy jest przepis na to danie (tak!). Zmartwiłam się co prawda, gdy przeczytałam, że tak naprawdę powinna być owcza, choć z „dobrej krowiej też powinny wyjść”. Gnudi serowe zostały więc szybko zaliczone. Specjalnie kupiłam ricottę - produkcji polskiej, swoją drogą; czy dobrą nie będę się wypowiadać, bo walory smakowe tego sera na surowo pozostają dla mnie wątpliwe, ale produkt końcowy był bardzo smaczny. Może nie aż tak dobry, jak u April Bloomfield (w końcu to nie ta owcza ricotta ;), ale na pewno warte powtarzania. Wystarczy spojrzeć zresztą na skład: prawie wszystko polane masłem, i to właściwie dwukrotnie, jest smaczne ;).

Potem jednak mi się zachciało wersji dyniowej. Zrobiłam tak, jak w serowej, mieszając ser z dynią 1:1 i... całość się przepięknie rozpadła podczas gotowania. Podałam talerze bardzo smacznej, maślano-dyniowej mamałygi. Ponieważ jestem uparta, był replay, tym razem z dodatkiem składników wiążących: skrobi i jaja. Kuleczki tym razem trzymały fason, ale smak tej wersji jest nieco gorszy: gnudi są bardziej zwarte i mniej delikatne wewnątrz, choć skórka wyszła rasowa. Może kiedyś poeksperymentuję z samym jajem.

Uwaga: metoda kilkudniowa może wydawać się zawracaniem głowy, ale to dzięki niej uzyskujemy clou w postaci skorupki z zewnątrz i miękkiego środka (coś czego nie doświadczyłam w "zwykłych" szpinakowych). Zmniejszyłam jednak w stosunku do oryginału ilość semoliny/kaszy na podściółkę, bo moim zdaniem nie musi być jej aż tyle (chyba, że nie jest Wam jej szkoda, bo np. potem wykorzystacie do np. chleba). Osobiście uważam także, że wyciskanie masy tutką to zawracanie głowy, bo ricotta (przynajmniej każda krowia, z którą miałam do czynienia ;) jest z zasady umiarkowanie wilgotna i kluseczki się świetnie formuje albo palcami, albo ew. dwoma łyżkami.

Składniki (2-4 porcje):

  • 500g ricotty (lub innego neutralnego (tj. niekwaśnego) suchego twarogu)
  • łyżeczka soli
  • ok. 25g parmezanu
  • tyle semoliny/mieszanki semoliny i kaszy manny, by wysypać grubo dno brytfanki (ok. 250g)
  • 3 łyżki masła i ok. 1/2-3/4 szklanki osolonej wody
  • masło szałwiowe
  • ew. dodatkowy parmezan do podania

Rozetrzeć ser, dodać parmezan, sól i pieprz. Dno brytfanki/foremki (która zmieści się w lodówce i pomieści do 30 sztuk gnudi) wyłożyć pergaminem i wysypać dokładnie semoliną/mieszanką semoliny i kaszy manny (tak, by kluseczki nie przylegały do dna, tylko zawsze leżały na grubej warstwieki/kaszy). Zająć się formowaniem gnudi: wg April, należało wyciskać paski masy tutką, rozdzielać nożycami na równe kawałki i następnie formować z nich coś w rodzaju klocków. Ja robiłam to palcami, formując kształty z grubsza klockowate (ale część była owalna... w przeciwieństwie do zasadniczej April nie uważam, że tylko jeden kształt jest prawdziwy - u Moniki można obejrzeć także ładne kulki). Każdą kluseczkę lekko obtoczyć w semolinie. Gnudi ułożyć w naczyniu w kilku rzędach, tak, by nie przylegały do siebie. Foremkę nakryć folią, umieścić w lodówce i przez kolejne 3 dni (tak, tak) codziennie obracać kluseczki.

Po tych trzech dniach zagrzać dużą ilość osolonej (jak na makaron) wody w solidnym garnku (jeśli to konieczne, gotować na raty). Osobno przygotować duży rondel (najlepiej taki, w którym gnudi zmieściłyby się w 1 warstwie) z mieszanką stopionego masła i wody (osolonej, odlanej z dużego garnka). W trzecim naczyniu przygotować masło szałwiowe. Gotować kluseczki w dużym garnku 2 minuty (nie mieszając), w tym czasie dobrze zagrzać masło z wodą w rondlu. Podgotowane gnudi przenieść łyżką cedzakową do rondla i gotować ok. 3 minut na średnim ogniu, nie mieszając, jedynie lekko poruszając garnkiem. Powstały maślany sos powinien oblepić kluseczki. Gdyby zaczęły przywierać do dna, podlać dodatkowo wodą. Podawać od razu, posypane dodatkowym parmezanem i polane masłem szałwiowym.


Gnudi dyniowe

Postępować zgodnie z powyższym przepisem, zasypując ½ sera puree z dyni (osączonym z nadmiaru płynu albo najlepiej przyrządzonym z suchej odmiany dyni, typu hokkaido/krzaczasta Amazonka). Do farszu dodać także hojną szczyptę świeżo startej gałki muszkatołowej, 1 jajo i 1 łyżkę skrobi ziemniaczanej.

PS z 21.07.2017:

Oto tegoroczne gnudi z owczej ricotty z polecanego przeze mnie już wcześniej Ranczo Frontiera. Twaróg jest pyszny i jeśli ktoś wcześniej nie spróbował serowych kulek, naprawdę warto!


Zapisz

środa, 29 października 2014

Jak pisałam parę dni temu, dania dyniowe w tym roku są kapryśne. W przypadku słodyczy z dyni mogłabym ująć to szerzej: że w ogóle odbieram je jako kapryśne. Poza piernikiem dyniowym, pieczonym wieki temu, żadne mi tak naprawdę nie smakowały, a zeszłoroczne podejście do pumpkin pie należy zaliczyć do porażek. Podobnie jak – utrzymując się w klimatach USA - próbę zrobienia syropu do kawy, po którym została mi pewna ilość mleka skondensowanego. Postanowiłam je wykorzystać w krówce (a tak właściwie tworowi zbliżonemu, tj. fudge), z tego przepisu. W skrócie: nawet po pobycie w zamrażarce warstwa wierzchnia pływała i chlupotała. Ponieważ z zasady nie marnuję jedzenia, zacisnęłam wargi, potupałam nogą i... postanowiłam dodać jajo i masę upiec. Ku mojemu zdziwieniu, coś nawet wyszło, i okazało się jadalne, choć wybijający się smak masła orzechowego M jednak przerósł. Ja po kilku kawałkach w końcu doszłam do tego, z czym kojarzy mi się konsystencja ciasta: z brownie. Skoro to wersja jasna, to blondie, i patrząc na skład, ma to sens.

A więc: oto blondie dyniowe z przypadku. Uwaga: być może dałoby się masę upiec bez spodu, w foremce wyłożonej pergaminem.

Składniki: 150g herbatników, najlepiej digestive; opcjonalnie: ok. 1-2 łyżek posiekanej czekolady (gorzkiej lub deserowej); 75g stopionego masła; 300g skondensowanego mleka (niesłodzonego); szklanka cukru; 1/2 szklanki puree z pieczonej dyni; 1/2 szklanki masła orzechowego; 1/4 łyżeczki przyprawy korzennej (np. do piernika); 120g białej czekolady; 1 jajo; garść orzechów (u mnie laskowe i pekany*)

Mleko podgrzać z cukrem, aż dokładnie się rozpuści. Odstawić do wystudzenia. Z ciasteczek, czekolady i masła przygotować spód jak do sernika londyńskiego, przygotowaną tortownicę (ze ściankami lekko natłuszczonymi masłem lub olejem) schłodzić w lodówce. Czekoladę stopić na parze, wymieszać dokładnie (najlepiej trzepaczką) z mlekiem, dynią, masłem orzechowym i przyprawą do piernika, na koniec dodać jajo i orzechy. Masę przelać na przygotowany spód. Piec w 180 st. C ok. 35 minut. Wystudzić przed krojeniem i przechowywać w raczej chłodniejszym miejscu.

* W końcu miało być amerykańsko (swoją drogą, moje pierwsze skojarzenie z pekanami to Zabić drozda).

Pozostając kulinarnie w tych Stanach (ale czy dynia się o to nie prosi...?), pamiętacie, jak pisałam o whoopie pie? Otóż doczytałam się, że krem białkowy (marshmallow fluff), o którym nawet za bardzo wolę nie myśleć ;), wcale nie jest niezbędny: równie często w przepisach na te wypieki pojawia się krem na bazie serka śmietankowego. Moje dyniowe babeczki przygotowałam na podstawie tego przepisu, jednak cukier w nadzieniu zredukowałam o 1/3 i wyszło moim zdaniem optymalnie słodko. Whoopie smakują i wyglądają jak whoopie, choć są o jakąś ½ mniejsze od tego w Vermoncie ;). Moim skromnym zdaniem zresztą prezentują się całkiem estetycznie, choć oczywiście to ten sam typ urody, co reprezentują owsiane ciasteczka XXL czy muffiny: czyli na pewno nie ten sam biegun, co cukiernictwo francuskie ;). Jak jednak zawsze powtarzałam, cukiernik ze mnie żaden...

Uwaga: robiłam z ½ ilości oryginalnego przepisu, i tak tu podaję.

Dyniowe whoopie pies

Składniki: Ciastka: 1,5 szklanki** mąki, po ½ łyżeczki: soli, sody, proszku do pieczenia, mielonego imbiru; 1 łyżeczka cynamonu; hojna szczypta gałki muszkatołowej (najlepiej świeżo mielonej); ½ szkl. cukru; ½ szklanki drobnego brązowego cukru (u mnie tym razem jasny muscovado); ½ szklanki oleju; 1,5 szkl. Schłodzonego puree z dyni; 1 duże jajo; ½ łyżeczki esencji waniliowej
Krem: 1 szlanka przesianego cukru pudru; 30g miękkiego masła; 225g schłodzonego serka śmietankowego; łyżka ciemnego syropu klonowego; ½ łyżeczki wanilii, jak poprzednio, lub hojna szczypta mielonej

** 240ml

Przygotować ciastka: wymieszać suche składniki w misce, osobno roztrzepać mokre z cukrem. Połączyć suche z mokrym, wymieszać dokładnie, ale nie za długo. Wyłożyć dwie blachy pergaminem lub matami silikonowymi, nagrzać piekarnik do 180 st. C. Nakładać 5cm kleksy z ciasta łyżeczką lub za pomocą rękawa cukierniczego (zachowując odstępy, bo rosną). Piec ok. 12 minut, do suchego patyczka lub aż brzegi lekko się zrumienią, a wierzch może lekko popękać. Studzić na kratce.

Aby przygotować krem, utrzeć miękkie masło z cukrem, dodać serek, syrop klonowy i wanilię, ubić na gładką masę (najlepiej mikserem). Przekładać (dość obficie) wystudzone ciastka, dobierając je w pary wg rozmiaru i kształtu. Schłodzić ok. 30 minut przed podaniem. Przechowywać w lodówce.

Co wybieracie :)? PS. Wpis w ramach akcji Bei - Festiwal Dyni.

wtorek, 28 października 2014

Ciężko mi idzie w tym roku próba dołączenia do Festiwalu Dyni. W skrócie: bohaterowie planowanych postów podpadali pod kategorię "to nie tak miało wyglądać". Jednego udało mi się uratować, choć było ciężko ;), i pewnie jeszcze się pojawi, z drugiego będzie replay.

Do prezentacji nadaje się na szczęście chleb z dodatkiem pieczonej dyni. Już kiedyś robiłam słodkie, brioszkopodobne bułki z dynią, nie próbowałam jednak wytrawnego pieczywa, a od jakiegoś czasu prowadzę dwa zakwasy: pszenny i żytni. Chleb pszenny "łatwy" piekę regularnie; ba, piekłam go już niezliczone razy, i w wersji drożdżowej, i bez, z różnymi mąkami, i uczyłam na nim innych piec chleby ;). Uznałam więc, że to dobra baza do wariantu dyniowego.

Składniki:

  • 225g aktywnego płynnego zakwasu pszennego*
  • 450g mąki pszennej chlebowej (typ 750 lub 850)
  • 50g mąki pszennej (lub orkiszowej) razowej
  • 120g pieczonej dyni, rozdrobnionej na puree i wystudzonej
  • ok. 140g wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • opcjonalnie: ok. 1-2 łyżek pestek dyni

Zakwas wymieszać z wodą, dodać dynię, ponownie wymieszać. Dodać mąki, wymieszać z grubsza. Jeśli masa będzie wydawała się bardzo sucha (dynie bywają różne, jeśli chodzi o wilgotność - moja była niezbyt mokra), podlać wodą. Przykryć i odstawić na ok. 20-30 minut. Po tym czasie posypać solą, dodać ew. pestki i wyrobić gładkie ciasto. Gdyby wydawało się za suche, znów delikatnie dolać wody. Przełożyć do natłuszczonej miski, odstawić do wyrastania na ok. 2-2,5h. W trakcie wyrastania złożyć 1-2 razy. Po tym czasie przełożyć na blat, uformować bochenek, odłożyć do wyrastania (na kolejne 2-2,5h) w omączonym koszyku, złożeniem do dołu. W ostatniej godzinie wyrastania nagrzać piekarnik z kamieniem do 225 st. C. Wyrośnięty chleb przenieść na łopatę, odwracając złożeniem do dołu, naciąć (u mnie wyszło to dość zamaszyście, jak widać powyżej ;), przełożyć na kamień. Piec z parą 15 minut, po tym czasie skręcić temperaturę do 210 st. C. i dopiekać jeszcze ok. 20-25 minut, aż postukany od spodu bochenek wyda głuchy dźwięk.

* Najlepiej dokarmionego dwuetapowo, tj. najpierw w słoiku, następnie rozmnożonego z kilku łyżek, mąki i wody (1:1) do pożądanej wagi i odstawionego w temperaturze pokojowej np. na noc.

Tu zaś żytni brat bochenka dyniowego, pieczony prawie jednocześnie i przygotowany na podobnej zasadzie, ale z 225g zakwasu żytniego oraz na mieszance 1:1 mąki żytniej typ 1400 (sitkowej) oraz pszennej chlebowej. Do takiego ciemniejszego, zwięzłego chleba w stylu niemieckim/austriackim świetnie pasuje dodatek kminku i choć zapomniałam dodać go do ciasta, wysypałam nasionami koszyk do wyrastania, co się sprawdziło, jeśli przyjrzycie się uważniej zdjęciu ;).

Wpis publikuję w ramach akcji Bei (vide banner i link powyżej :).

wtorek, 22 kwietnia 2014

O czosnku niedźwiedzim wspominałam dopiero co. Dziko rosnącego jeszcze nigdy nie spotkałam, ale posadziłam dwa lata temu w ogrodzie parę kępek sadzonek. Odrasta co wiosnę, jednak jak na moje potrzeby jest go zdecydowanie za mało (na jesieni planuję dosadzenie). Dlatego pesto z lubczyku i liści czosnku wyszła mi mini ilość, ale w przyszłości mam nadzieję, że nie będę musiała się tak krępować... Dwa lata temu robiłam inną wersję, z samego czosnku niedźwiedziego.

Składniki:

  • mała garść liści czosnku niedźwiedziego
  • jw. lubczyku
  • łyżka migdałów w płatkach
  • szczypta soli
  • łyżka oliwy
  • ok. łyżeczki startego parmezanu/pecorino

Wszystkie składniki rozetrzeć w moździerzu. Doprawić do smaku, ew. skorygować gęstość za pomocą większej/mniejszej ilości oliwy i migdałów. Z podanych ilości wychodzi ok. ¼ szklanki (60ml) pesto.

Zieloną pastę (lekko pieprzną w smaku, tylko delikatnie czosnkową) jedliśmy jako dodatek do kolejnego wcielenia placka Nigelli. Na farsz warzywny składały się 2 małe cebule, garść pieczarek, ½ papryki i bardzo mały (wielkości pięści) kawałek kapusty włoskiej. Ciasto – z ½ porcji, a całość piekłam a la tarte tatin* – w patelni stalowej, w której dusiłam warzywa.

Utrzymując się w klimacie bezmięsnych eksperymentów - niedawno ponownie zrobiłam wege lasagnę, tym razem z farszem dyniowym (gdy ostatni owoc znalazł się – w kawałkach – w zamrażarce). Ok. 400g dyni poddusiłam na patelni z dodatkiem czosnku, lekko doprawiłam gałką muszkatołową, solą i pieprzem oraz wymieszałam z 2 łyżkami parmezanu. Farszu użyłam tak samo, jak cukiniowego, i taka wersja smakowała mi równie mocno.

I jeszcze w temacie przypominajek: pamiętacie ser jogurtowy, tj. labneh? Ostatnio sobie o nim przypomniałam, bo musiałam szybko zużyć nadmiar mleka. Okazało się, że wersja naturalna, tj. tylko posolona, smakuje bardzo podobnie do sera śmietankowego do smarowania, np. takiego znanego na P. ;). Co istotniejsze, taka opcja pasuje wszystkim domownikom...

* Której jednak na tej patelni nie będę mogła zrobić, ze względu na kwas w owocach, który usunąłby pracowicie wytworzoną warstwę cennej patyny.

środa, 27 listopada 2013



Gdy kupiłam - w ramach Amazonowej promocji - Jamie's Italy (sympatyczna, choć nienowa, pozycja autorstwa Jamie'ego Olivera) i przeglądałam książkę po raz pierwszy, zatrzymałam się na dłużej przy zdjęciu rotolo (tu: rolady makaronowej) dyniowo-szpinakowej. Wiadomo, jaki przepis zrobiłam jako pierwszy, choć jego długość (2 strony!) mnie początkowo trochę zniechęciła...

Ugotowałam rotolo latem, zastępując szpinak boćwiną, a dynię żółtą cukinią. Czegoś mi jednak w smaku brakowało, i uznałam, że chodzi o ricottę/twaróg w masie. Nie da się ukryć, że łagodny, mało kwaśny twarożek jest, co tu dużo mówić: mdły. Postanowiłam, że będzie replay: już z dynią i serem kozim. Zajęło mi to kilka miesięcy i zmotywował mnie dopiero Korzenny Tydzień (chwila autopromocji ;) oraz kończąca się boćwina, ale replay zrobiłam i uważam, że ser kozi to był dobry wybór.

Grzecznie - tj. zgodnie z Jamie'em i pod własny Korzenny Tydzień - upiekłam tym razem dynię natartą korzeniami, ale nie jest to konieczne, o czym niżej. Gałka muszkatołowa do zieleniny jednak obowiązkowa!

Składniki (2-3 porcje - przy większej liczbie osób podwoić):

  • ciasto makaronowe z 200g mąki
  • ok. 350g (waga ze skórą) upieczonej dyni 
  • dwie garści boćwiny (same liście, ew. b. małe łodygi) lub szpinaku
  • ząbek czosnku
  • ok. 100g miękkiego (twarogowego, do smarowania) sera koziego
  • parmezan
  • olej/oliwa
  • przyprawy: sól, pieprz, gałka muszkatołowa, chilli w płatkach, opcjonalnie: koper włoski i kolendra (po hojnej szczypcie)
  • do podania: masło szałwiowe

Zacząć od upieczenia dyni - pokroić w dużą kostkę, lekko posmarować olejem lub oliwą; przyprawy korzenne, jeśli używacie, rozdrobnić w moździerzu, wymieszać ze sporą szczyptą chilli, soli i pieprzu i mieszanką oprószyć dynię. Przykryć folią i piec ok. 30 minut w 180 st. C., następnie odkryć i piec kolejne 15 minut (ma nie być surowa, ale nie powinna się za bardzo rozmiękczyć). Lekko wystudzić (na tyle, by dało się obrać ze skóry i pokroić). Można także wykorzystać wcześniej upieczoną dynię, jeśli nie jest za bardzo rozciapana, i tylko doprawić ją do smaku, korzennie lub nie (z soli, pieprzu i chilli bym jednak nie rezygnowała). Przestudzoną dynię obrać ze skóry i pokroić w drobniejszą kostkę.

Gdy dynia się piecze, zrobić ciasto makaronowe, owinąć w folię, zostawić na blacie by odpoczęło (powinno tak poleżeć co najmniej 30 minut).

Boćwinę/szpinak umyć, z grubsza posiekać. Czosnek rozdrobnić, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju, dodać liście, przesmażyć kilka minut. Doprawić do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatołową, odstawić na bok.

Makaron rozwałkować na prostokąt, wg Jamie'ego "grubości podstawki do piwa", ja jednak radzę trochę cieniej, bo i tak po ugotowaniu zwinięte ciasto wychodzi dość grube. Przełożyć na czystą ściereczkę i ułożyć dłuższym brzegiem do siebie. W dolnej części ułożyć dynię, na reszcie ciasta rozłożyć boćwinę/szpinak. Na całości rozrzucić ser kozi (nabierany łyżeczką czy zwilżonymi palcami) i na koniec dodać niewielką ilość startego parmezanu.

Pomagając sobie ściereczką, zwinąć makaron w roladę (rotolo). Końce związać sznurkiem (jak na górnym zdjęciu; warto zostawić jeden koniec sznurka dłuższy, będzie łatwiej wyciągnąć roladę z garnka), można także przewiązać sznurkiem środek. Zagotować wodę w garnku o szerokiej średnicy, ostrożnie umieścić w środku pakunek, lekko zwijając w podkowę i przygnieść np. talerzykiem lub wkładem do parownika, by pozostał pod wodą. Gotować pod przykryciem i na niewielkim ogniu 25 minut; w między czasie przygotować masło szałwiowe.

Po ugotowaniu delikatnie wyłowić rotolo z wody, chwilę potrzymać nad zlewem, by odciekł nadmiar wody, przełożyć na deskę do krojenia i rozpakować. Kroić roladę na plastry, podawać od razu, polane masłem. Potencjalne resztki można podawać odgrzane.

Ugotowana rolada po rozwinięciu ze ścierki wygląda średnio atrakcyjnie - w moim odczuciu przypomina wielką gąsienicę ;), po przekrojeniu ukazuje jednak swoje walory. W smaku jest delikatna, mimo zamiany ricotty na bardziej wyrazisty ser, ale nie nazwałabym jej mdłą. I wbrew pozorom, nie jest trudna do wykonania. Ciekawa jestem, kto się zdecyduje ;)?

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna