Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: dynia

niedziela, 26 listopada 2017

Pewna ilość puree z dyni w lodówce to całkiem przydatna rzecz. Łyżka może dosłodzić i zagęścić sos pomidorowy, podobną ilość można dodać do duszonych podrobów lub gulaszu. Oczywistością jest zupa dyniowa czy wypieki, których na blogu znajdziecie wiele (TU są wszystkie wpisy z tagiem „dynia”). Czemu jednak nie odłożyć niepełnej szklanki na śniadanie w postaci placuszków? Większość przepisów, także ten Filozofii Smaku, którym się inspirowałam, zakładały wariant deserowy, ponieważ jednak dynia sama w sobie jest słodka, zmniejszyłam ilość cukru i dodałam sól; takie placki są wciąż słodkawe, ale z serem czy twarogiem można je podać. U mnie jest także więcej dyni niż mleka, które zastąpiłam maślanką; można spróbować dać samą dynię. Oczywiście, do syropu klonowego placki też pasują.

Składniki (ok. 10-12 placków):

  • 1 szklanka mąki (jasna pszenna lub orkiszowa; można także kilka łyżek zastąpić mąką razową)
  • ¾ szklanki puree z dyni
  • ¼ szklanki maślanki
  • kopiasta łyżka cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 1 jajo
  • ¼ łyżeczki soli
  • szczypta przyprawy do piernika lub cynamonu
  • łyżeczka oleju
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • olej do smażenia

Wymieszać składniki suche, dodać składniki mokre i dokładnie roztrzepać całość. Smażyć na średnim ogniu, po kopiastej łyżce na placek na rozgrzanym (ale nie za mocno) oleju, odwracając na drugą stronę, gdy na pierwszej będzie wiele pęcherzyków; powinno to zająć ok. 2-3 minuty na stronę. Trzymać na np. podgrzanym talerzu do chwili podania. Podawać ciepłe, z dodatkiem np. sera, twarogu/jogurtu, dżemu, owoców i syropu klonowego.

sobota, 18 listopada 2017

Pumpkin pie: amerykański klasyk. Kilka lat temu robiłam podejście, nawet z ozdobnymi kruchymi ciasteczkami (w kształcie kotków) i… nie. Albo jak to ujmuje w takich sytuacjach M: „Nie rób tego więcej”.

Minęło parę lat i mignął mi ten długi, długi wpis w Kukbuku pt. „Jak zrobić tartę dyniową”. Bardzo podziwiam autora za zaangażowanie w temat i wszystkie testy :). Jakoś przemówiły do mnie i zdjęcia farszu, który wydawał się przyjemnie kremowy i miękki (mój poprzedni nie był), dodatek serka śmietankowego (z którym moim zdaniem wszystko jest lepsze, od sernika londyńskiego po brownies) oraz rady nt. pieczenia. Faktem jest, że od kilku lat (czyt. od zakupu obecnie posiadanego piekarnika) piekę domyślnie na termoobiegu, który tu nie jest zalecany, i do tych rad się zastosowałam. Efekt: spód faktycznie nie wybrzuszył się zanadto (choć piekłam oczywiście i tak z obciążeniem, i dodatkowo nakłuty) zaś farsz również się upiekł równomiernie. Oderwał się co prawda od brzegów ciasta, ale w oryginalnym przepisie też jest taki efekt, w jedzeniu zaś to zupełnie nie przeszkadzało.

Trzymałam się grzecznie temperatury i metody pieczenia, ale zmieniłam trochę skład. W mojej wersji jest inne ciasto, tj. ulubione maślankowe, lekko posłodzone, bo nie trafiają do mnie ciasta na zupełnie niesłodkim spodzie – chyba, że nadzienie jest wyjątkowo słodkie, a tu tak nie jest. Ciasta jest także nieco mniej: moim zdaniem przy cienkim rozwałkowaniu spokojnie wystarczy do wyłożenia tortownicy 24cm z wystającym marginesem surowego ciasta. Jak naprawdę się postaracie, to jeszcze wyjdzie wam kilka ciasteczek ;).

Dyni użyłam piżmowej – niestety kupnej, w moim ogrodzie w tym roku dynie nie obrodziły i nie mam ulubionych amazonek, które są świetne do pieczenia :(. Puree było faktycznie dość suche (nie musiałam dodatkowo suszyć lub osączać), ale nie bardzo ciemne w kolorze. Gotowa tarta wyszła żółta, nie pomarańczowa, ale osobiście uważam kolor za całkiem apetyczny. Dodałam także do masy cynamon.

A jak ze smakiem? Przyznaję, że pierwszy kęs był ciężki, zwłaszcza, że ciasto było dość krótko wówczas schłodzone; poważnie się zastanawiałam, jak my to zjemy („może z syropem klonowym da radę?”). Następnego dnia było jednak zdecydowanie lepiej; podobnie jak z sernikiem, nie ma co się spieszyć z jedzeniem, ciasto musi się odstać i stężeć. Po kilku dniach żałowałam, że wszystko już zniknęło ;). Smak wciąż klasyfikuję jako specyficzny – jeśli ktoś nie lubi dyni, niech nawet nie próbuje – i M np. do każdej porcji dokładał sobie łyżkę kwaskowatego dżemu. Mnie smakowało (jak już posmakowało) solo, i myślę, że za rok jeszcze do tego wrócę.

Ciasto:

  • 250g mąki (pszenna lub jasna orkiszowa)
  • 125g masła
  • kilka łyżek maślanki
  • hojna szczypta soli
  • 35g drobnego cukru
Farsz dyniowy:
  • 270 g serka śmietankowego, typu Philadelphia, w temp. pokojowej
  • 40g miękkiego masła
  • 500g puree dyniowego
  • 200g cukru
  • ½ łyżeczki soli
  • świeżo starta gałka muszkatołowa (ok. 10 długich pociągnięć na tarce)
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 3 jaja

Dynię upiec (z czymś innym, co się piecze, albo ok. 50 minut w 190 st. C, przekrojoną na pół i wydrążoną), przestudzić, zdjąć skórę, zmiksować na puree. Przygotować ciasto kruche: wymieszać mąkę z solą i cukrem, wetrzeć zimne masło na okruszki, połączyć za pomocą maślanki, schłodzić co najmniej 30 minut. Rozwałkować dość cienko, tak aby wyłożyć tartownicę o średnicy 24 cm. Przygotowaną foremkę z ciastem schłodzić ponownie ok. pół godziny. Następnie obciążyć pergaminem i fasolkami (ciekawe wydają mi się zresztą sugerowane w Kukbuku monety, choć trzeba by ich mieć mimo wszystko dość dużo… Bilon podróżny ;)?) i piec ok. 20 minut w 200 st. C (góra + dół), następnie podpiec kolejne kilka minut bez obciążenia.

Gdy ciasto się podpieka, można zająć się farszem: zmiksować serek z cukrem i solą, gdy jest gładki, dodać dynię i przyprawy, następnie stopniowo, stale miksując, dodawać jaja. Masę wyłożyć na podpieczony spód. Piec w 140-150 st. C (góra + dół) przez ok. godzinę. Upieczony farsz będzie, podobnie jak w serniku londyńskim, wyraźnie ścięty z wierzchu, ale wciąż miękki pod spodem. Dokładnie wystudzić na kratce, następnie schłodzić w lodówce. Najlepiej jeść następnego dnia, jak napisałam we wstępie.

niedziela, 04 grudnia 2016

To już 8 (!) Korzenny Tydzień. Z tej okazji „zachomikowałam” (mówicie tak?) babkę dyniową. A właściwie to babkę duo: dyniowo-czekoladową. Oryginał – w wersji mono, bez dodatku kakao - pochodzi z ostatniej książki Nigelli (Simply Nigella), o której myślę jako o „tej jasnej” – bo w takich kolorach została zaprojektowana, zdjęcia Keiko Oikawa też są utrzymane w tonacji białej/minimalistycznej; osobiście mi się podobają, choć widziałam w sieci komentarze, że „w ogóle nie ma w nich stylizacji”. No cóż, na pewno nie są przeładowane, tzn. w planie nie roi się od gadżetów (i dla mnie to plus ;). Przykładem jest właśnie portret ciasta dyniowego.

Czemu przerobiłam je na babkę o dwóch smakach? Bo robiłam kiedyś inne korzenne ciasto Nigelli, właśnie w takim kształcie, i choć obiektywnie smaczne, było też nieco… nudne. A że chodził za mną jednocześnie klasyczny marmurek, postanowiłam upiec dwie pieczenie (ciasta) na jednym ogniu. Na publikację poczekał z miesiąc, bo aż się prosił o podczepienie pod własną akcję korzenną. Uwaga, przepis nadaje się dla osób niejedzących nabiał.

Składniki:

  • 300g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 250ml oleju roślinnego
  • skórka i sok z 1/2 pomarańczy (plus ew. dodatkowy, o czym niżej)
  • 3 duże jaja
  • 400g mąki pszennej uniwersalnej (lub jasnej orkiszowej)
  • 2 łyżeczki sody
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonego (lub roztartego w moździerzu) ziela angielskiego
  • 200g puree z dyni (upieczonej i zmiksowanej; sugeruję raczej zwięzłą, mało wilgotną odmianę, typu amazonka czy hokkaido)
  • 2 kopiaste łyżki jak najlepszego ciemnego, przesianego kakao

Do podania:

  • cukier puder lub lukier (na bazie soku z ww. pomarańczy i ok. 200g cukru pudru)

Ubić mikserem cukier, olej, skórkę startą z ½ pomarańczy i 2 łyżki soku pomarańczowego. Wciąż ubijając dodać do masy jaja. Osobno wymieszać suche składniki, dodać do masy, wymieszać tylko tyle, by składniki się połączyły. Podzielić na ½, do jednej połowy dodać dynię i wymieszać, do drugiej kakao. Gdyby masa czekoladowa była wyraźnie gęstsza/bardziej sucha od dyniowej (jak u mnie), dodać jeszcze trochę soku z pomarańczy.

Przygotować foremkę na babkę, wysmarowując ją dokładnie masłem i wysypując mąką LUB korzystając z metody autorki: mieszając 2 łyżeczki mąki z taką samą ilości oleju na pastę i dokładnie wysmarowując mieszanką wnętrze formy (tak zrobiłam, i to działa); ew. nadmiar oleju można usunąć odstawiając blaszkę na kilka minut do góry nogami na podwójną warstwę ręcznika papierowego. Przełożyć ciasto do foremki, nakładając na zmianę ciasto dyniowe i czekoladowe. Piec przez ok. 60-70 min w przypadku foremki bez komina (z kominem ok. 15 minut krócej) lub do suchego patyczka. Po wystudzeniu oprószyć cukrem pudrem lub polukrować, mieszając cukier puder z sokiem z pomarańczy do pożądanej konsystencji (u mnie wyszła bardziej glazura, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało). Ciasto dość długo zachowuje świeżość.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

sobota, 15 października 2016

Nie da się ukryć: nastał sezon na dynię. W tym roku z ogrodu przyniosłam ok. 12 sztuk Hokkaido, Amazonki i Potimarron: a ponieważ wszystkie są do siebie dość gabarytowo, na wygląd (nawet Hokkaido, bo jakoś nie wyrosły im antenki, a jestem pewna, że w ziemi były dwie rośliny i miały owoce…) oraz w smaku podobne, plus i nie pamiętałam, gdzie którą posadziłam, przyjmuję, że ogólnie „mam dynie”. Poza „normalnymi” - jak na drobne odmiany – owocami ważących do 2kg, jest kilka mikrusów, które wyrosły dopiero pod koniec lata (czyt. gdy zrobiło się ciepło). Tak czy inaczej, sądzę, że biorąc pod uwagę nasze w miarę skromne potrzeby, starczą na ten sezon.

Tegoroczną dynię dorzucałam na razie a to do zupy, a to do pieczenia obok innych rzeczy (mój ulubiony typ obiadu z brytfanki). Gdy miałam nadmiar, stworzyłam kolejną wersję pasty do pieczywa (rok temu był hummus) – po tym, jak przy półce z nabiałem w supermarkecie miałam refleksje pt. „o, gorgonzola, a dynia się z nią lubi... tylko jeszcze nie wiem, w jakiej formie”. To ostatnie rozgryzłam potem ;).

  • 260g upieczonej, zwięzłej dyni,
  • 40g gorgonzoli (wariant picante; można ew. zastąpić innym serem z niebieską pleśnią),
  • ok. 2-3 łyżek posiekanej dymki,
  • 2 łyżki oleju z pestek dyni,
  • ok. 8-10 liści szałwii,
  • sól i pieprz (do smaku),
  • hojna szczypta gałki muszkatołowej

Dymkę delikatnie podgrzewać na oleju z pestek dyni, aż zmięknie, dodać liście szałwii i jeszcze chwilę podgrzewać. Wymieszać (razem z całym olejem z naczynia) z pozostałymi składnikami i zmiksować w malakserze, sprawdzić doprawienie. Gdyby masa była za sucha, dodać jeszcze trochę oleju lub odrobinę ciepłej wody i ponownie zmiksować. Podawać do pieczywa lub warzyw korzeniowych, jako dip.

Zapisz

poniedziałek, 23 listopada 2015

Nie macie już dość zup dyniowych? Ja – nie ;). Zwłaszcza, że zaczyna się pomału sezon brukselkowy. Pierwszą zakupioną tego roku zużyłam jako dodatek do kolacji azjatyckiej (pokroiłam w paski i przesmażyłam kilka minut z czosnkiem, potem doprawiłam olejem sezamowym i sosem sojowym: zainspirowane Simply Nigella), a reszta poszła wraz z dynią do gara na zupę. Można powiedzieć, że to odświeżona – czy też rozwinięta ;) - wersja zupy z początków bloga.

Składniki:

  • 1 mała cebula
  • olej
  • ok. 250g brukselki
  • garść dyni, z grubsza posiekanej, bez skóry
  • 500ml bulionu i ok. 250ml wody
  • 500ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz
  • ok. ½ łyżeczki mieszanki ziołowej z ostrą papryką (lub po ¼ łyżeczki oregano i ostrej papryki)
  • kilka łyżek (do smaku, u mnie ok. 4) łagodnego* octu jabłkowego (lub soku z kiszonki)

Do podania:

  • kilka łyżek posiekanej fety lub sera koziego, np. dojrzewającego
  • szczypiorek (lub inne zielone)
  • grzanki (z czerstwego pieczywa, najlepiej na zakwasie)

Cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać brukselkę i dynię, przesmażyć chwilę. Zalać całość bulionem i wodą, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 30 minut pod przykryciem, aż warzywa zmiękną. Dodać przecier, wymieszać, doprawić do smaku przyprawami, gotować ok. 20 minut na małym ogniu. Sprawdzić doprawienie, zmiksować na gładko i dodać ocet do smaku. Podgrzewać delikatnie ok. 10 minut (lub dłużej) przed podaniem.

Serwować posypane grzankami, zieleniną i wybranym serem.

* Użyłam octu domowego, o którym chyba kilkakrotnie napomykałam, ale nigdy nie napisałam szczegółowo. Jest to przykład fantastycznego wykorzystania resztek oraz czegoś, co powstaje prawie z niczego, jak zakwas ;). Resztki niepryskanych jabłek (obierki, ścinki, gniazda nasienne itd.) pozostałe np. z przygotowywania szarlotki czy wyciskania soku trzeba umieścić w bardzo dużym słoju, zalać przefiltrowaną/przegotowaną wodą, przykryć ściereczką lub papierem i odstawić w jakieś nie za chłodne miejsce (okolice temp. pokojowej). Można przyspieszyć fermentację przez mały dodatek cukru – powiedzmy łyżeczka na litr wody. Co jakiś czas zawartość słoja należy zamieszać i sprawdzać, zwłaszcza na początkowym etapie, czy nie pojawia się pleśń. Po kilku tygodniach mamy delikatny ocet :). Swój przechowuję w chłodnej spiżarni.


wtorek, 10 listopada 2015

O zasadzie „skoro dziś piątek, to mamy makaron” pisałam kilka lat temu. Od tamtego czasu trochę menu piątkowe jednak urozmaiciłam (np. co drugi tydzień pojawia się tego dnia zupa, jeśli jest chłodno, lub w sezonie cieplejszym - sałatka ;), ale wciąż makaron pozostaje świetnym daniem awaryjnym, jeśli trzeba ugotować coś szybko i z tego, co jest w domu. W ten sposób powstał kolejny makaron z dynią...

Składniki:

  • garść posiekanej dyni (najlepiej o zwięzłym, niezbyt mokrym miąższu)
  • ok. 250g pieczarek,
  • 2-3 większe suszone grzyby,
  • 1 cebula,
  • olej,
  • mała garść liści szałwii
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
  • opcjonalnie: natka pietruszki (ok. łyżki)
  • ok. 1,5 łyżki masła
  • ok. 225g makaronu (krótkiego lub, jeszcze lepiej, szerszego domowego, np. pappardelle)

Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Dodać dynię, przesmażyć, skropić wodą i dusić kilka minut pod przykryciem (w tym czasie nastawić wodę na makaron). Dodać do dyni pieczarki pokrojone w plastry, kilka listków szałwii i wkruszyć grzyby. Smażyć kilka minut, doprawić do smaku solą, pieprzem i gałką, ponownie przykryć i dusić ok. 10-15 minut na małym ogniu, aż warzywa będą całkiem miękkie. Pod koniec gotowania sprawdzić doprawienie.

Pozostałe liście szałwii usmażyć na chrupko na maśle. Wymieszać dokładnie ugotowany makaron z sosem i ew. posiekaną natką, odstawić na minutę pod przykryciem przed podaniem. Każdą porcję posypać przesmażonymi listkami szałwii.

A z innych makaronów dyniowych był:

- taki z jarmużem i boczkiem;

- z małżami;

- "dwa liście";

- efektowne rotolo oraz

- lasagne.

sobota, 31 października 2015



W tym roku naprawdę myślałam, że z Festiwalu Dyni (link do gospodyni: patrz banner) na blogu nici. Można powiedzieć, że jest to Festiwal last minute, bo zamieszczam wpis w ostatnim dniu ;). Nie miałam weny i/lub czasu do testowania nowych przepisów dyniowych, pozostając przy starych szlagierach typu dyniowe puree, zupa z czego popadnie, w tym z dyni, itd. Nie pomagał niestety brak światła dziennego w godzinach popołudniowych, czyt. wtedy, kiedy zazwyczaj coś gotuję poza weekendem. 

A jednak coś się udało ;). Po pierwsze: odświeżona wersja zupy sprzed 3 lat. A właściwie sama zupa uproszczona, za to rozbudowane dodatki.

Składniki:

  • ok. 750g dyni (najlepiej dość zwięzłej, typu Amazonka czy Hokkaido, ale tym razem miałam mieszankę i takiej, i wodnistej no name)
  • 1 duża cebula
  • 3 średnie, winne/kwaskowate jabłka
  • 500ml ulubionego bulionu
  • ok. 1/8 łyżeczki nasion kolendry
  • sól (do smaku), pieprz (dość obficie)
  • hojna szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
  • szczypta słodkiej wędzonej papryki
  • ok. 1cm kawałek imbiru, drobno posiekany

Do podania:

  • 180g opakowanie tofu (naturalnego lub wędzonego)
  • ok. łyżeczki oleju sezamowego
  • ok. 1/2 łyżeczki łagodnej przyprawy korzennej, typu garam masala czy advieh
  • kilka łyżek bulguru (najlepiej grubego), zalanych wodą ok. 3h wcześniej (lub kilka łyżek wcześniej ugotowanej innej, ulubionej kaszy)

Dynię pokrojoną na 3-4 kawałki, cebulę przekrojoną na 1/2 oraz wydrążone jabłka umieścić w piekarniku w 180 st. C. (termoobieg) i piec ok. 50 minut. Umieścić w garnku razem z bulionem i przyprawami, podlać szklanką wody, zagotować, gotować ok. 10-15 minut, dokładnie zmiksować. Gdyby zupa była za gęsta, ew. rozrzedzić wodą. Delikatnie podgrzać, sprawdzić doprawienie. Jeśli to możliwe - przygotować ją dzień wcześniej niż planowana konsumpcja, bo jak każda zupa zyskuje na wystudzeniu i podgrzaniu.

Bulgur zalać wodą co najmniej 3h przed podaniem - tak przygotowany nie wymaga gotowania (i m.in. dlatego go lubię ;). Co najmniej 1h przed podaniem pokroić tofu w grubą kostkę, wymieszać dokładnie z olejem sezamowym oraz wybraną przyprawą, odstawić w temp. pokojowej, tak samo jak wcześniej bulgur. Tak doprawione tofu obsmażyć krótko z wszystkich stron na niewielkiej ilości neutralnego oleju. Podgrzaną zupę podawać z ok. 2 łyżkami bulguru, osączonego z ew. niewchłoniętej wody, posypane tofu.

A po drugie... Hummus dyniowy na Everyday Flavours dał mi wiele do myślenia ;). W mojej wersji ma trochę inne proporcje, tj. jest więcej dyni a mniej tahiny (bo się skończyła), za to dodałam łyżkę oleju z pestek dyni. Trochę obawiałam się, że ten wyrazisty dodatek zdominuje całość, jednak niepotrzebne. Taka wersja hummusu mi wyjątkowo smakuje - bo zresztą mam wrażenie, że ciecierzyca bardzo dobrze uzupełnia się upieczoną dynią - z tych zwięzłych, bardziej mącznych (tu użyłam też Hokkaido) i przeważnie ciemnopomarańczowych, które wolę o wiele bardziej od jasnych a wodnistych.

Składniki:

  • 1/2 szklanki ciecierzycy
  • płaska łyżeczka sody
  • 200g upieczonej dyni (ok. szklanki)
  • 1/4 szklanki (4 łyżki) tahiny
  • łyżka oleju z dyni
  • sól do smaku
  • ok. 2 łyżek soku z cytryny
  • 1/4 łyżeczki słodkiej wędzonej papryki
  • szczypta ostrej papryki
  • 2 małe ząbki czosnku

Ciecierzycę zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, wymieszać z sodą, zalać wodą i gotować ok. 30-40 minut, aż zacznie się rozpadać. Odcedzić i przestudzić. Wymieszać z pozostałymi składnikami i zmiksować na gładko w malakserze (gdyby masa była za gęsta, można dodać trochę zimnej wody, u mnie jednak nie było to konieczne), sprawdzić doprawienie. Można podawać skropione olejem dyniowym i posypane uprażonymi pestkami (świeżymi lub suszonymi), ale w wersji podstawowej, jak na zdjęciu, jest także całkiem smaczne.

A to poniżej pestki odzyskane z ww. Hokkaido, doprawione solą i wędzoną papryką, pieczone "piętro niżej" niż warzywa na zupę z wpisu. Nie doczekały do roli jakiejkolwiek posypki ;).

 

sobota, 15 listopada 2014

Jak może pamiętacie, w The Spotted pig (to już ponad dwa miesiące temu...) jadłam gnudi z ricotty, które zapadły mi w pamięć. Wspominałam także, że z restauracji wyszłam z książ A girl and her pig pod pachą i prawie od razu sprawdziłam w indeksie (swoją drogą, każda książka niebeletrystyczna moim zdaniem powinna go mieć!), czy jest przepis na to danie (tak!). Zmartwiłam się co prawda, gdy przeczytałam, że tak naprawdę powinna być owcza, choć z „dobrej krowiej też powinny wyjść”. Gnudi serowe zostały więc szybko zaliczone. Specjalnie kupiłam ricottę - produkcji polskiej, swoją drogą; czy dobrą nie będę się wypowiadać, bo walory smakowe tego sera na surowo pozostają dla mnie wątpliwe, ale produkt końcowy był bardzo smaczny. Może nie aż tak dobry, jak u April Bloomfield (w końcu to nie ta owcza ricotta ;), ale na pewno warte powtarzania. Wystarczy spojrzeć zresztą na skład: prawie wszystko polane masłem, i to właściwie dwukrotnie, jest smaczne ;).

Potem jednak mi się zachciało wersji dyniowej. Zrobiłam tak, jak w serowej, mieszając ser z dynią 1:1 i... całość się przepięknie rozpadła podczas gotowania. Podałam talerze bardzo smacznej, maślano-dyniowej mamałygi. Ponieważ jestem uparta, był replay, tym razem z dodatkiem składników wiążących: skrobi i jaja. Kuleczki tym razem trzymały fason, ale smak tej wersji jest nieco gorszy: gnudi są bardziej zwarte i mniej delikatne wewnątrz, choć skórka wyszła rasowa. Może kiedyś poeksperymentuję z samym jajem.

Uwaga: metoda kilkudniowa może wydawać się zawracaniem głowy, ale to dzięki niej uzyskujemy clou w postaci skorupki z zewnątrz i miękkiego środka (coś czego nie doświadczyłam w "zwykłych" szpinakowych). Zmniejszyłam jednak w stosunku do oryginału ilość semoliny/kaszy na podściółkę, bo moim zdaniem nie musi być jej aż tyle (chyba, że nie jest Wam jej szkoda, bo np. potem wykorzystacie do np. chleba). Osobiście uważam także, że wyciskanie masy tutką to zawracanie głowy, bo ricotta (przynajmniej każda krowia, z którą miałam do czynienia ;) jest z zasady umiarkowanie wilgotna i kluseczki się świetnie formuje albo palcami, albo ew. dwoma łyżkami.

Składniki (2-4 porcje):

  • 500g ricotty (lub innego neutralnego (tj. niekwaśnego) suchego twarogu)
  • łyżeczka soli
  • ok. 25g parmezanu
  • tyle semoliny/mieszanki semoliny i kaszy manny, by wysypać grubo dno brytfanki (ok. 250g)
  • 3 łyżki masła i ok. 1/2-3/4 szklanki osolonej wody
  • masło szałwiowe
  • ew. dodatkowy parmezan do podania

Rozetrzeć ser, dodać parmezan, sól i pieprz. Dno brytfanki/foremki (która zmieści się w lodówce i pomieści do 30 sztuk gnudi) wyłożyć pergaminem i wysypać dokładnie semoliną/mieszanką semoliny i kaszy manny (tak, by kluseczki nie przylegały do dna, tylko zawsze leżały na grubej warstwieki/kaszy). Zająć się formowaniem gnudi: wg April, należało wyciskać paski masy tutką, rozdzielać nożycami na równe kawałki i następnie formować z nich coś w rodzaju klocków. Ja robiłam to palcami, formując kształty z grubsza klockowate (ale część była owalna... w przeciwieństwie do zasadniczej April nie uważam, że tylko jeden kształt jest prawdziwy - u Moniki można obejrzeć także ładne kulki). Każdą kluseczkę lekko obtoczyć w semolinie. Gnudi ułożyć w naczyniu w kilku rzędach, tak, by nie przylegały do siebie. Foremkę nakryć folią, umieścić w lodówce i przez kolejne 3 dni (tak, tak) codziennie obracać kluseczki.

Po tych trzech dniach zagrzać dużą ilość osolonej (jak na makaron) wody w solidnym garnku (jeśli to konieczne, gotować na raty). Osobno przygotować duży rondel (najlepiej taki, w którym gnudi zmieściłyby się w 1 warstwie) z mieszanką stopionego masła i wody (osolonej, odlanej z dużego garnka). W trzecim naczyniu przygotować masło szałwiowe. Gotować kluseczki w dużym garnku 2 minuty (nie mieszając), w tym czasie dobrze zagrzać masło z wodą w rondlu. Podgotowane gnudi przenieść łyżką cedzakową do rondla i gotować ok. 3 minut na średnim ogniu, nie mieszając, jedynie lekko poruszając garnkiem. Powstały maślany sos powinien oblepić kluseczki. Gdyby zaczęły przywierać do dna, podlać dodatkowo wodą. Podawać od razu, posypane dodatkowym parmezanem i polane masłem szałwiowym.


Gnudi dyniowe

Postępować zgodnie z powyższym przepisem, zasypując ½ sera puree z dyni (osączonym z nadmiaru płynu albo najlepiej przyrządzonym z suchej odmiany dyni, typu hokkaido/krzaczasta Amazonka). Do farszu dodać także hojną szczyptę świeżo startej gałki muszkatołowej, 1 jajo i 1 łyżkę skrobi ziemniaczanej.

PS z 21.07.2017:

Oto tegoroczne gnudi z owczej ricotty z polecanego przeze mnie już wcześniej Ranczo Frontiera. Twaróg jest pyszny i jeśli ktoś wcześniej nie spróbował serowych kulek, naprawdę warto!


Zapisz

środa, 29 października 2014

Jak pisałam parę dni temu, dania dyniowe w tym roku są kapryśne. W przypadku słodyczy z dyni mogłabym ująć to szerzej: że w ogóle odbieram je jako kapryśne. Poza piernikiem dyniowym, pieczonym wieki temu, żadne mi tak naprawdę nie smakowały, a zeszłoroczne podejście do pumpkin pie należy zaliczyć do porażek. Podobnie jak – utrzymując się w klimatach USA - próbę zrobienia syropu do kawy, po którym została mi pewna ilość mleka skondensowanego. Postanowiłam je wykorzystać w krówce (a tak właściwie tworowi zbliżonemu, tj. fudge), z tego przepisu. W skrócie: nawet po pobycie w zamrażarce warstwa wierzchnia pływała i chlupotała. Ponieważ z zasady nie marnuję jedzenia, zacisnęłam wargi, potupałam nogą i... postanowiłam dodać jajo i masę upiec. Ku mojemu zdziwieniu, coś nawet wyszło, i okazało się jadalne, choć wybijający się smak masła orzechowego M jednak przerósł. Ja po kilku kawałkach w końcu doszłam do tego, z czym kojarzy mi się konsystencja ciasta: z brownie. Skoro to wersja jasna, to blondie, i patrząc na skład, ma to sens.

A więc: oto blondie dyniowe z przypadku. Uwaga: być może dałoby się masę upiec bez spodu, w foremce wyłożonej pergaminem.

Składniki: 150g herbatników, najlepiej digestive; opcjonalnie: ok. 1-2 łyżek posiekanej czekolady (gorzkiej lub deserowej); 75g stopionego masła; 300g skondensowanego mleka (niesłodzonego); szklanka cukru; 1/2 szklanki puree z pieczonej dyni; 1/2 szklanki masła orzechowego; 1/4 łyżeczki przyprawy korzennej (np. do piernika); 120g białej czekolady; 1 jajo; garść orzechów (u mnie laskowe i pekany*)

Mleko podgrzać z cukrem, aż dokładnie się rozpuści. Odstawić do wystudzenia. Z ciasteczek, czekolady i masła przygotować spód jak do sernika londyńskiego, przygotowaną tortownicę (ze ściankami lekko natłuszczonymi masłem lub olejem) schłodzić w lodówce. Czekoladę stopić na parze, wymieszać dokładnie (najlepiej trzepaczką) z mlekiem, dynią, masłem orzechowym i przyprawą do piernika, na koniec dodać jajo i orzechy. Masę przelać na przygotowany spód. Piec w 180 st. C ok. 35 minut. Wystudzić przed krojeniem i przechowywać w raczej chłodniejszym miejscu.

* W końcu miało być amerykańsko (swoją drogą, moje pierwsze skojarzenie z pekanami to Zabić drozda).

Pozostając kulinarnie w tych Stanach (ale czy dynia się o to nie prosi...?), pamiętacie, jak pisałam o whoopie pie? Otóż doczytałam się, że krem białkowy (marshmallow fluff), o którym nawet za bardzo wolę nie myśleć ;), wcale nie jest niezbędny: równie często w przepisach na te wypieki pojawia się krem na bazie serka śmietankowego. Moje dyniowe babeczki przygotowałam na podstawie tego przepisu, jednak cukier w nadzieniu zredukowałam o 1/3 i wyszło moim zdaniem optymalnie słodko. Whoopie smakują i wyglądają jak whoopie, choć są o jakąś ½ mniejsze od tego w Vermoncie ;). Moim skromnym zdaniem zresztą prezentują się całkiem estetycznie, choć oczywiście to ten sam typ urody, co reprezentują owsiane ciasteczka XXL czy muffiny: czyli na pewno nie ten sam biegun, co cukiernictwo francuskie ;). Jak jednak zawsze powtarzałam, cukiernik ze mnie żaden...

Uwaga: robiłam z ½ ilości oryginalnego przepisu, i tak tu podaję.

Dyniowe whoopie pies

Składniki: Ciastka: 1,5 szklanki** mąki, po ½ łyżeczki: soli, sody, proszku do pieczenia, mielonego imbiru; 1 łyżeczka cynamonu; hojna szczypta gałki muszkatołowej (najlepiej świeżo mielonej); ½ szkl. cukru; ½ szklanki drobnego brązowego cukru (u mnie tym razem jasny muscovado); ½ szklanki oleju; 1,5 szkl. Schłodzonego puree z dyni; 1 duże jajo; ½ łyżeczki esencji waniliowej
Krem: 1 szlanka przesianego cukru pudru; 30g miękkiego masła; 225g schłodzonego serka śmietankowego; łyżka ciemnego syropu klonowego; ½ łyżeczki wanilii, jak poprzednio, lub hojna szczypta mielonej

** 240ml

Przygotować ciastka: wymieszać suche składniki w misce, osobno roztrzepać mokre z cukrem. Połączyć suche z mokrym, wymieszać dokładnie, ale nie za długo. Wyłożyć dwie blachy pergaminem lub matami silikonowymi, nagrzać piekarnik do 180 st. C. Nakładać 5cm kleksy z ciasta łyżeczką lub za pomocą rękawa cukierniczego (zachowując odstępy, bo rosną). Piec ok. 12 minut, do suchego patyczka lub aż brzegi lekko się zrumienią, a wierzch może lekko popękać. Studzić na kratce.

Aby przygotować krem, utrzeć miękkie masło z cukrem, dodać serek, syrop klonowy i wanilię, ubić na gładką masę (najlepiej mikserem). Przekładać (dość obficie) wystudzone ciastka, dobierając je w pary wg rozmiaru i kształtu. Schłodzić ok. 30 minut przed podaniem. Przechowywać w lodówce.

Co wybieracie :)? PS. Wpis w ramach akcji Bei - Festiwal Dyni.

wtorek, 28 października 2014

Ciężko mi idzie w tym roku próba dołączenia do Festiwalu Dyni. W skrócie: bohaterowie planowanych postów podpadali pod kategorię "to nie tak miało wyglądać". Jednego udało mi się uratować, choć było ciężko ;), i pewnie jeszcze się pojawi, z drugiego będzie replay.

Do prezentacji nadaje się na szczęście chleb z dodatkiem pieczonej dyni. Już kiedyś robiłam słodkie, brioszkopodobne bułki z dynią, nie próbowałam jednak wytrawnego pieczywa, a od jakiegoś czasu prowadzę dwa zakwasy: pszenny i żytni. Chleb pszenny "łatwy" piekę regularnie; ba, piekłam go już niezliczone razy, i w wersji drożdżowej, i bez, z różnymi mąkami, i uczyłam na nim innych piec chleby ;). Uznałam więc, że to dobra baza do wariantu dyniowego.

Składniki:

  • 225g aktywnego płynnego zakwasu pszennego*
  • 450g mąki pszennej chlebowej (typ 750 lub 850)
  • 50g mąki pszennej (lub orkiszowej) razowej
  • 120g pieczonej dyni, rozdrobnionej na puree i wystudzonej
  • ok. 140g wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • opcjonalnie: ok. 1-2 łyżek pestek dyni

Zakwas wymieszać z wodą, dodać dynię, ponownie wymieszać. Dodać mąki, wymieszać z grubsza. Jeśli masa będzie wydawała się bardzo sucha (dynie bywają różne, jeśli chodzi o wilgotność - moja była niezbyt mokra), podlać wodą. Przykryć i odstawić na ok. 20-30 minut. Po tym czasie posypać solą, dodać ew. pestki i wyrobić gładkie ciasto. Gdyby wydawało się za suche, znów delikatnie dolać wody. Przełożyć do natłuszczonej miski, odstawić do wyrastania na ok. 2-2,5h. W trakcie wyrastania złożyć 1-2 razy. Po tym czasie przełożyć na blat, uformować bochenek, odłożyć do wyrastania (na kolejne 2-2,5h) w omączonym koszyku, złożeniem do dołu. W ostatniej godzinie wyrastania nagrzać piekarnik z kamieniem do 225 st. C. Wyrośnięty chleb przenieść na łopatę, odwracając złożeniem do dołu, naciąć (u mnie wyszło to dość zamaszyście, jak widać powyżej ;), przełożyć na kamień. Piec z parą 15 minut, po tym czasie skręcić temperaturę do 210 st. C. i dopiekać jeszcze ok. 20-25 minut, aż postukany od spodu bochenek wyda głuchy dźwięk.

* Najlepiej dokarmionego dwuetapowo, tj. najpierw w słoiku, następnie rozmnożonego z kilku łyżek, mąki i wody (1:1) do pożądanej wagi i odstawionego w temperaturze pokojowej np. na noc.

Tu zaś żytni brat bochenka dyniowego, pieczony prawie jednocześnie i przygotowany na podobnej zasadzie, ale z 225g zakwasu żytniego oraz na mieszance 1:1 mąki żytniej typ 1400 (sitkowej) oraz pszennej chlebowej. Do takiego ciemniejszego, zwięzłego chleba w stylu niemieckim/austriackim świetnie pasuje dodatek kminku i choć zapomniałam dodać go do ciasta, wysypałam nasionami koszyk do wyrastania, co się sprawdziło, jeśli przyjrzycie się uważniej zdjęciu ;).

Wpis publikuję w ramach akcji Bei (vide banner i link powyżej :).

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna