Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Francja

niedziela, 05 lipca 2015

Każdy ma pewnie jakieś skojarzenia z Prowansją: pola kwitnącej lawendy, oliwki, zioła, malarze impresjoniści, targi, słońce, otwarte przestrzenie. Większość osób stojąc przed możliwością spędzenia w regionie paru dni pewnie miałaby swoją listę pt. „koniecznie do zobaczenia”. Całe szczęście, że moja lista pokrywała się z tą skompilowaną przez towarzyszy podróży, a były na niej „małe miejscowości” w Luberon/Vaucluse, Aix-en-Provence i Awinion. Bazą wypadową był także departament Vaucluse, konkretnie Leon en Provence na obrzeżu malowniczo położonego Le Beaucet (ok. 300 mieszkańców). Jak można się domyślić, sporo przeczytałam w życiu książek Petera Mayle'a ;). Wyjazd miał m.in. na celu przekonanie rodzica, mającego do tej pory do czynienia tylko z Paryżem, że „Francja da się lubić”. Zaskoczyło nas (pozytywnie) względna dzikość okolicy, w której mieszkaliśmy, i mniejsza, niż się spodziewaliśmy, liczba turystów. Jeśli chodzi o krajobrazy, to część rodziny miała skojarzenia z Toskanią (którą sama widziałam tylko na zdjęciach lub w filmach), z tym, że (cytując Mamę) w Prowansji „wszystko pachnie”. Bo to prawda: pachnie głównie lawendą w różnych postaciach (która już kwitła i w niektórych miejscach całkiem mocno!), ale i ziołami, czasem kadzidłem, czasem anyżem. A co do tej Toskanii... poniżej widok z ruin zamku nad Le Beaucet (gdzie czasem przypadkiem można trafić na koncert!):

 

Po wylądowaniu w Marsylii (wypatrując Chateau d'If z okna samolotu) ruszyliśmy do Aix. Słońce, pomalowane na żółto kamienice, wąskie uliczki. Lunch na skwerze (Place des Trois Ormeaux) z szumiącą fontanną, w której chłodzi się rosé. Jedliśmy sałatki i tatar z łososia, piliśmy wino białe i różowe (to samo, co siedziało w fontannie), ale największe wrażenie, poza fontanną, wywarły desery: klasyczna tarta cytrynowa z bezą włoską (na szczęście – zważywszy na stosunek do tego typu bezy – ja jej nie zamówiłam ;), zestaw magdalenek z sosem czekoladowym czy calissons, z których słynie Aix: lekko ciągnące się migdałowe ciasteczka. Po przejściu się po mieście i odwiedzeniu muzeum Granet przyszedł czas na zakupy na kolację. Rue d'Italie – marzenie kulinarków czy smakoszy – szczęśliwie była po drodze do parkingu. W skrócie, wybór serów i past do pieczywa (z oliwek, z papryki, z bakłażana itd.) w, uwaga warzywniaku był taki, że prawie się popłakałam (i wolałam nie zastanawiać się, co jest w fromagerie...). W piekarni dostałam oczopląsu. Wino na szczęście wybrał już M. Na kolację jedzoną na podwórzu pensjonatu składał się więc świeży rustykalny chleb, lokalne wino, pasta z suszonych pomidorów, pomidory, marynowane karczochy i plastry bakłażanów, sery i czereśnie.

Jednym z serów kupionych w Aix-en-Provence był lokalny banon: łagodny (bo chyba jedliśmy młody) ser kozi. Pojawił się ponownie na śniadanie („tak kozi, z kóz, o tam” [za wzgórzem], cytując naszą gospodynię Isabelle)... wraz z dojrzewającymi wędlinami, świeżymi owocami, bagietką, rogalikami i innymi smakołykami, bo śniadania w Leon en Provence nie były bynajmniej „kontynentalne” ;). Podawane przez Isabelle ciasta (tak, na śniadanie; nie, zazwyczaj ciasta jem na deser) wyjątkowo mi smakowały: cieniutka tarta jabłkowa na bardzo maślanym spodzie czy równie maślane ciasto z ananasem (rozpoznane przez nas jako coś a la Gateau Breton z dodatkiem owoców). Choć oczywiście, zjadłam ½ millefeuille Mamy (skoro proponowała...), to jednak te proste ciasta śniadaniowe najbardziej przypadły mi do serca (czy też innego organu ;).



Więcej serów już mniej łagodnych skosztowaliśmy w jedynej miejscowej restauracji (Auberge du Beaucet – przy sobocie wszystkie stoliki zajęte), przy czym owczy mógłby konkurować z A Casinca (o którym wspominałam), jeśli chodzi o walory smakowe oraz, hm, zapachowe. Bez odwiedzenia stoiska z nabiałem nie opuściliśmy także Les Halles w Awinionie, które – przyznaję bez bicia – były moim „musisz to zobaczyć” (ale pałac papieski też zwiedziłam, i obejrzałam z daleka most ;).

Podejście do "Hal" można mieć dwojakie: albo należy przyjść najedzonym, żeby uniknąć pokus spożywczych, albo przeciwnie – trzeba przyjść tam coś zjeść. Kupić i zjeść można niemal wszystko (choć przestrzeń nie jest bardzo duża, czyt. spodziewałam się czegoś większego), od mięsa (i podrobów w dużym wyborze!) po wypieki, od warzyw po trufle... niemal, bo jakoś bezglutenowe wyroby z chia mi się nie rzuciły w oczy ;). Weganie też mogliby się czuć trochę poszkodowani (choć warzywa – jest stragan poświęcony różnym ziemniakom... – i owoce, typu pyszne melony z Cavaillon, powinny ich pocieszyć). Nasza czwórka po załadowaniu siat z kolacją zaspokoiła głód owocami morza (pierwszy raz jadłam trąbiki), podanymi z aioli, oraz tartami warzywnymi (i ww. millefeuille, nazwanym przez Mamę „francuską kremówką”). A co składało się na te zakupy, można zobaczyć poniżej na lewo.

Podczas zwiedzania „małych miejscowości” (Gordes, Roussillon, Bonnieux, Lourmarin... tak, znowu jak z kart Roku w Prowansji), po lekkim obiedzie, po którym postanowiłyśmy z Mamą, że musimy rozgryźć, jak zrobić galaretkę z pomidorów, pojechaliśmy kawałek za Lourmarin do winnicy Chateau Constantin. Czytałam o niej i u Mayle'a (gdy właścicielem był przyjaciel pisarza), i na np. tym blogu. Od dawna chciałam odwiedzić jakąś winnicę, bo choć wino bardzo lubię, nigdy nie miałam okazji zobaczyć z bliska miejsca, w którym się je wytwarza (a winorośl mijana przy autostradzie w Austrii się nie liczy). Chciałam też móc porozmawiać z kimś, kto bezpośrednio bierze udział w produkcji wina. Jako fanka Bezdroży bałam się jednak czegoś w stylu „winnicy z autokarami” (kto oglądał, ten wie o co chodzi) lub też nadąsanej obsługi a la Benoit. Niepotrzebnie: dość długo zastanawialiśmy się, czy w ogóle w okolicy jest ktoś poza nami, czy też wszyscy udali się na poobiednią drzemkę (zostawiając otwarty sklep). Ze względu na ciszę, upał, wino(rośl) i widoki (bo Chateau jest ładnie położony), miałam skojarzenia z naszym piknikiem we Frascati.

Kiedy już właściwie zbieraliśmy się do odjazdu, pojawił się Dale, który opowiedział nam (w swoim języku ojczystym, czyt. zrozumiałym dla wszystkich obecnych, bo po francusku - w miarę - z towarzystwa mówiłam tylko ja ;) o winnicy i winach, których próbowaliśmy, w tym oryginalnego – choć specyficznego – rosé przechowywanego nie w beczkach, ale w amforach. Okazało się, że najbardziej pasuje nam klasyka, czyli nie wina amforowane lub ozdobione etykietą dla fanów burleski ;) (Madame Constantin), tylko te marki Chateau Constantin. Białe i różowe plus zakupy z Les Halles złożyły się na ostatnią prowansalską kolację.

Jeszcze w temacie posiłków i wspomnianego wyżej mięsa: nie udało nam się nigdzie skosztować jagnięciny, z której podobno słynie region, choć, jak przyznała Isabelle, gdy jej to zasugerowałam, mógł nie być (jeszcze) na nią sezon. Najciekawszym mięsnym daniem okazała się... sałatka zamówiona przez M w Cavaillon, w którym zatrzymaliśmy się tylko na obiad po drodze na lotnisko. Była to salade ardechoise, która zawierała kacze żołądki, plastry marynowanej kaczki oraz plastry tzw. caillette – wędliny trochę zbliżonej do kaszanki (to duże uogólnienie), z dodatkiem szpinaku lub boćwiny.

Już na lotnisku kupiliśmy sobie pamiątkę z wakacji – butelkę pastisu, czyli anyżówki. Mayle miał rację, że to alkohol, który (paradoksalnie) świetnie pasuje do tamtejszego klimatu. Nadaje się na aperitif, bo zaostrza apetyt. To co jednak najbardziej mi się spodobało – a degustowaliśmy pastis w Auberge du Beaucet – to to, że każdy sam zgodnie z upodobaniami dolewa sobie wody (z dzbanka z lodem) do alkoholu. Doświadczenie tureckie (raki w Selçuku) było takie, że dostałam wielką szklankę już wymieszanego mlecznego płynu, którego we dwójkę nie byliśmy w stanie wypić.

Podsumowując – i wracając do początku postu – nie wiem, czy Tata jest przekonany, że Francja da się lubić, ale do Prowansji na pewno się przekonał. To miejsce, w którym łatwo spędzić i weekend, i dłuższe wakacje nie nudząc się, a możliwości jest wiele: od pieszych wędrówek czy kolarstwa (bo rowerzystów jest mnóstwo) po objazdówkę artystyczną/kulinarną/winną, itp. Ba, leżenie w basenie i słuchanie cykad jest także bardzo przyjemne.

Z tego wszystkiego – skoro Mazury aktualnie próbują dogonić Prowansję pod względem temperatur – chyba czas ruszyć tą pamiątkę z wakacji ;). Santé!

sobota, 29 czerwca 2013

Ostatnie dwa dni we Francji (nie licząc tego poświęconego na dojazd na lotnisko i przyjemne inaczej chwile na CDG) spędziliśmy w dolinie Loary, niedaleko Amboise. Jadąc z północy (z Mont St. Michel – którego może warto zobaczyć na żywo, ale czy koniecznie wewnątrz...) patrzyliśmy, jak zmienia się architektura. Im bliżej słynnej rzeki, tym więcej drogowskazów na różne chateau, zaś na wzgórzach, w cieniu drzew, wiele pomniejszych dworków (albo jak je nazwałam, „chateausiów”). W jednym z nich mieszkaliśmy, i było to bardzo przyjemne doświadczenie, które chętnie powtórzę ;).

Wybierając zamki do zwiedzenia kierowaliśmy się tym, że niespecjalnie lubimy oglądać pałace z wewnątrz, za to ogrody – owszem, i dlatego pojechaliśmy do Villandry, które słyną m.in. ze skoordynowanych kolorystycznie warzywniaków (czy też ogrodów warzywnych, zważywszy na ich rozmiar). Na terenie parku jest także zagajnik, sadzawka, część przeznaczona na kwiaty łąkowe, formalne kompozycje, zioła itd., itp.

Na drugi ogień poszedł stojący nad wodą Chateau Chenonceau, należący kiedyś do Katarzyny Medycejskiej. Najbardziej podobała mi się galeria z widokiem na rzekę - miejsce bali i zabaw, podczas II wojny światowej kanał przerzutowy uciekinierów z okupowanej Francji – oraz kuchnie pałacowe ;).

Ostatni wieczór we Francji chcieliśmy spędzić w restauracji. Ta, którą wybraliśmy, nie miała już wolnych miejsc, ale polecono nam pobliskie Chateau Noizay. To inny „chateauś” niż ten, w którym mieszkaliśmy, znacznie bardziej elegancki i w stylu angielskich stately homes (dżinsy to nie najlepszy strój); poza restauracją funkcjonuje jako hotel. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, kelner zaproponował nam aperitif w ogrodzie. Oczywiście się zgodziliśmy – kto by odmówił kieliszkowi Kir Royal pitemu na słonecznym dziedzińcu, z widokiem na zieleń? Do oględzin menu i bąbelków dostaliśmy zestaw amuse bouche widoczne na zdjęciu: maki z wędzonym łosiem, makaronik z foie gras oraz mus szparagowy z wasabi i rzodkiewką (podobno francusko-japońskie fusion jest obecnie modne).


Właściwy posiłek jedliśmy już wewnątrz. Wybraliśmy 4-daniowe menu, przy czym główne danie było do wyboru. A więc: najpierw kolejny amuse bouche z marynowanej ryby, przystawka z foie gras (niestety... i to na zimno, w formie terrine) z nutą truskawkową, potem dla mnie dorsz z groszkiem cukrowym (delikatny, ale b. smaczny), dla M – cielęcina z marchewką. Na koniec deser z kremem z orzechów laskowych (nie byliśmy w stanie sobie przypomnieć, co przełożone było kremem – wydaje mi się, że coś w rodzaju millefeuille, ale najwyraźniej nie było warte zapamiętania, w przeciwieństwie do nadzienia). Do tego Cabernet Franc. Całość i zaskakująco smaczna, i na najwyższym poziomie (obiektywnie nie idealnym, ale bardzo dobrym) pod względem obsługi, jeśli chodzi o odwiedzone przez nas restauracje francuskie.

Podsumowując francuski wyjazd, wiem, że do Paryża już nie muszę wracać, ale co do całej reszty – czuję duży niedosyt. Cóż, trzeba to będzie kiedyś powtórzyć...

środa, 26 czerwca 2013

W Paryżu byłam w czterech restauracjach, z czego chciałam coś więcej napisać o dwóch, tj. Benoit – jednym z „produktów” Alain Ducasse – oraz o Le Chateaubriand, zajmującym 18-te miejsce na liście San Pellegrino.

Najpierw jednak coś wyznam: jechałam nastawiona na to, że Francuzi są niemili, aroganccy i pod groźbą śmierci nie mówią po angielsku, nawet jeśli potrafią. Czasem negatywne nastawienie jest dobre: człowiek może się mile rozczarować. Pierwsza taka niespodzianka czekała mnie przy dwóch rezerwacjach telefonicznych, które robiłam jeszcze w Polsce – mianowicie okazało się, że moi rozmówcy nie dość, że byli sympa, to sami przechodzili na angielski wyczuwając problemy komunikacyjne. Co istotniejsze, te wrażenia się sprawdziły na miejscu: jak mówiliśmy sobie z M co jakiś czas, „oni wcale nie są niemili”. Przyznaję, że obsługa bywa opieszała i zdarza się typ nadąsany, można go jednak przynajmniej w 50% przypadków rozpogodzić za pomocą ESD* (czyt. uśmiechu i pogody ducha). Osobnym gatunkiem był kelner z Benoit, o czym niżej.

Benoit wybrał M, jako miejsce tradycyjne; bistro, sala z lustrami, małe, gęsto ustawione stoliki, stary lokal (plus jedna gwiazdka Michelina, o czym się jednak dowiedzieliśmy tuż przed wizytą). Stolik na lunch zarezerwowaliśmy bez problemu internetowo, przez stronę restauracji. Warto przy tej okazji dodać, że Francja – nie tylko gastronomiczna – sprawia na mnie ogólne wrażenie internetowo zacofanej; niezła knajpa bez strony internetowej albo tylko ze stroną-wizytówką to nic dziwnego. Być może dlatego w Benoit jest inaczej, że siedzieliśmy między Australijczykami, Brytyjczykami a Tajami, czyt. najczęstszy klient to nie frankofon.... a siedzieliśmy w odległości bardzo niewielkiej, bo – jak zauważyłam – jadąc do Francji, a przynajmniej do Paryża, zapomnijcie o szerokiej sferze prywatności w restauracji ;). Odległość między najbliższymi, tajskimi sąsiadami a nami oceniam na 10 cm maksimum. Do stolika zaprowadził nas pan z grupy nadąsanej, obsługiwał zaś pan Ponury, który w miarę upływu czasu robił się coraz weselszy, ale w stylu biesiadnym, o czym niżej.

Skorzystaliśmy z trzydaniowego menu lunchowego prix fixe, z dwoma-trzema opcjami do wyboru. Ja jadłam chłodnik z zielonego groszku i blanquette de veau (w skrócie: sztuka mięs z cielęciny), M tartę z marynowanej makreli i krwawą kiszkę. Przystawki przyniósł nam niższy rangą pracownik, który został głośno zrugany przy gościach przez pana Ponurego – może nie zdawał sobie sprawy, że ktoś coś niecoś może po francusku rozumieć, albo, co wydaje mi się bardziej prawdopodobne, zupełnie się nie przejmował, czy ktoś słyszy i rozumie, czy nie. Jedzenie – zarówno sposób podania, jak i smak – były takie, jak wyobrażam sobie dania jadane przez Julię Child i cuisine bourgeoise, o której kiedyś pisałam; było smacznie, choć bez fajerwerków. Z ciekawostek co do zastawy: większość dań była podana na charakterystycznych kwiecistych talerzach, ale sztućce były mocno zużyte, zaś moja cielęcina pojawiła się w umiarkowanie estetycznym naczyniu do zapiekania a la Pyrex.

Jako deser M wybrał savarin a l'Armagnac, ja zaś zestaw pt. trzy mini tarty (czekoladowa zdecydowanie była najlepsza, nie tylko dlatego, że nie zawierała pistacji jak druga, czy bezy włoskiej, jak trzecia ;). Babka ponczowa M okazała się dość obfitych rozmiarów, do tego był kopczyk kremu. Po chwili pan Ponury bez słowa postawił na stoliku dwie butelki Armagnacu i się oddalił. Początkowo sądziliśmy, że M ma za ich pomocą dokonać elementu a l'Armagnac w deserze, ale babka okazała się być już nasączona, więc butelki zignorowaliśmy – do chwili po posiłku, gdy okazało się, że przynajmniej jedna osoba, przygnieciona savarin, czuje potrzebę kapki mocniejszego alkoholu. Wówczas pan Ponury sprawił, że długo go zapamiętamy: na wieść o tym, że potrzebny jest kieliszek Armagnacu, machnął ręką w kierunku butelek („a to co?!”), wzruszył ramionami, przelał resztkę wody ze szklanki M (200ml) do mojej (nie mam tzw. lęków bakteryjnych, ale jednak trochę osłupiałam), po czym chlusnął do szklanki po wodzie Armagnacu („jakby sami nie mogli sobie nalać”), butelkę odstawił z powrotem na stolik, po czym zaczął wesołą rozmowę na temat piwa Singha z naszymi sąsiadami.

Po wyjściu z restauracji miałam mieszane odczucia – podobno w niektórych paryskich lokalach płaci się kelnerom za bycie niemiłymi, więc być może tak powinniśmy interpretować zachowanie pana Ponurego? Czy jednak ma to zastosowanie w lokalu tzw. gwiazdkowym? Z drugiej strony – bo dość długo czekaliśmy na rachunek – miałam wrażenie, że z każdym pojawieniem się na sali kelner jest coraz pogodniejszy i bardziej rubaszny, co oczywiście można różnie interpretować ;). Myślę, że będąc we Francji, zwłaszcza w jakimś mieście, warto pójść do restauracji tego typu, niekoniecznie Benoit, dla tego kolorytu lokalnego.

Le Chateaubriand dla odmiany to tzw. neo-bistro. Stare w nowym wydaniu, ew. eksperymenty na znanej bazie. Stolik dostać niełatwo, choć dzwoniąc dokładnie dwa tygodnie przed planowaną wizytą (zgodnie z instrukcją telefoniczną uzyskaną od miłego pracownika restauracji w maju), udało mi się to bez problemu – albo też tak mi się wydawało, do czasu gdy tuż przed wizytą musieliśmy zmienić rezerwację, i dostaliśmy telefon zwrotny pt. „mamy dla Was stolik, ale przy barze”. Miejsce na dłuższą metę okazało się całkiem dobrym wyborem – mieliśmy wgląd w testowanie win przez obsługę, przyjmowanie rezerwacji, odsyłanie gości z kwitkiem, itd.

Zasada jest prosta – jesz to, co Ci podadzą, tj. menu degustacyjne, wybór jest tylko przy deserze (tj. sery albo słodkie). Można się zdecydować na dodatkowy zestaw kontrowersyjnych alkoholi, dobranych do menu, i uważam, że warto, jednak jest to dość sporo procentów na osobę (szczególnie jeśli, jak my, przyjdzie się pół godziny za wcześnie i zostanie się odesłanym przez restaurację do sklepu winiarskiego po drugiej stronie ulicy...).

Wystrój jest ciemny i prosty – ciemnobrązowe stoliki i krzesła, na ścianie duża tablica z wypisanymi nazwiskami (uznałam, że chodzi o dostawców produktów czy szerzej pojętych „przyjaciół restauracji”, bo był tam także Johnny Halliday...). Obsługa jest młoda, atrakcyjna (w typie artystycznym), miła, choć zdystansowana, zaganiana i zupełnie amatorska ;) - w przypadku amuse bouche jeden z kelnerów buchnął przed nami na blat dwa pierwsze alkohole, rzucił coś przez ramię i pobiegł dalej, i dopiero metodą prób i błędów zorientowaliśmy się, co było do czego.

Samo jedzenie jest także, wbrew pozorom, proste. Były dwa hity i bez większych wpadek, ale w przypadku wielu dań dobrze, że zrobiłam notatki, bo ich nie zapamiętałam (to te bez komentarzy ;). Oto co jedliśmy:

  1. Ptysie z serem + cydr

    Tak, proszę Atelier Amaro – alkohol dobrany do menu to nie musi być wino czy napój wysokoprocentowy...

  2. Kwaśna (rabarbarowa?) zupa-chłodnik z surową rybą + likier pomidorowy

Pierwszy hit. Zupa kwaśna, orzeźwiająca, pobudzająca apetyt i likier pomidorowy (jak się dopytałam, z owoców, nie pędów) świetnie do niej dobrany.

3. Krewetki z marakują w tempurze + wino przypominające rozcieńczone sherry (amontillado)

4. Małże, akacje, szparagi (zupa a la azjatycka)

5. Bulion „wołowy” (z ryby wędzonej) z zielonym groszkiem (robiące za trou)

6. Tuńczyk Bonito z rabarbarem + botwinką + landrynkowe Pinot Noir

7. Turbot, sezam, kwiat bzu + wytrawne czerwone sycylijskie

Drugi hit. Nie lubię kwiatu czarnego bzu, ale z tym sezamem i rybą się dobrze komponował.

8. Grejpfrut, grasica, cebula + acetonowy szampan z mieszanych roczników

W moim odczuciu minus, i za dominującego, bardzo gorzkiego grejpfruta (bo było i albedo, i skórka...) i za alkohol, którego smak i zapach niestety mnie przerósł.


9. Deser: lody cytrynowe na ogórku z pistacjami + sake LUB sery + półwytrawne białe wino

Jadłam sery i niestety tu należy im się minus – było ich za dużo, wybór zbyt mało zróżnicowany, całość przykryta długimi plastrami parmezanu... Hmmm...

10. (bonus dla M) żółtko z karmelizowanym cukrem z suchą masą migdałową (zdekonstruowany makaronik ;) + sherry amontillado

Tzw. najdziwniejsze danie w menu ;).

Koniec naszego posiłku przypadał na ok. 21:30, czyli porę o której można przyjść bez rezerwacji czatować na stolik. Czatownicy kręcili się przed wejściem już wcześniej (niektórzy byli też odsyłani do wspomnianego wcześniej sklepu-winiarni), a o godzinie zero koło baru utworzyła się wywierająca presję kolejka ;). Chyba sama nie byłabym tak zdesperowana... Uważam wyjście za udane, bo tzw. pouczające i ciekawe, ale czy jest to rzeczywiście dobra restauracja? Przypomina bardziej oglądanie spektaklu podczas próby przed właściwą premierą czy degustację po warsztatach kulinarnych. Plus należy się jednak za bezpretensjonalność, świeżość aranżacji i pozytywną ideę eksperymentu ;). Kulinarki czy smakosze powinni spróbować choćby z ciekawości, ale już „normalnych” ludzi bym tam nie posłała.

Ciekawa jestem, kto doczytał do końca tego elaboratu ;)? Do którego miejsca chętniej byście poszli?

* Eksperymentalny Sygnał Dobra, znajomość twórczości M. Musierowicz się kłania.

sobota, 22 czerwca 2013

Jak wspominałam w poprzednim odcinku ;), francuska prowincja wywarła na mnie znacznie lepsze wrażenie niż stolica kraju. Przez prowincję mam na myśli tą na północ od Paryża. Pierwszy przystanek nazywał się Giverny, czyli miejsce, w którym Claude Monet mieszkał, malował i zmarł. Dziś można zwiedzać jego dom i słynne ogrody, w miejscowości znajduje się także muzeum impresjonizmu.

Już pierwsze wioski po zjeździe z autostrady mi się podobały, jako małe, bardzo zadbane i schludne, o ciekawej architekturze, ale samo Giverny jest urocze – zielone, czyste (nie tylko w porównaniu z Paryżem ;), pełne kwiatów, z małym gotyckim kościołem (przy którym został pochowany Monet). Większość turystów skupia się na domu i ogrodach malarza (skądinąd ładnych i robiących wrażenie, zwłaszcza jeśli lubi się kwiaty łąkowe i grządki sprawiające wrażenie „dzikich”, nawet w deszczu ;), jednak warto przejść się dalej. Ku swojemu zaskoczeniu, miałam skojarzenia z austriackim Hallstat, które jest nr 1 w moim rankingu „słodkich miejscowości”; gdyby ktoś się mnie przed wyjazdem spytał, z czym będzie kojarzyć mi się Francja, wymieniłabym pewnie Hiszpanię, Włochy, nigdy kraje niemieckojęzyczne.

Po Giverny ruszyliśmy, nieco przemoczeni, dalej na północ, zatrzymując się przy opactwie Jumieges. Jeśli lubicie ruiny – polecam. Co prawda, jak na złość, wyszło na chwilę słońce – do gotyckiej atmosfery bardziej pasowałaby mi złowieszcze chmury czy mgła, ew. zacinający poziomo deszcz ;). Skojarzenia miałam z podobnym klasztorem pod rodzimym Zagórzem, w którym byłam kilkanaście lat temu. Był wówczas mocno zaniedbany i chyba nieobjęty jakąkolwiek opieką czy promocją – czy ktoś z czytelników wie, jak jest teraz?

Trzecim przystankiem była nasza baza na najbliższe dwa dni, tj. normandzkie Honfleur. Co tu dużo mówić – prawie każdy dom na starówce nadaje się do sfotografowania.

Miałam skojarzenia z Brugią (w wersji trochę mniej zadeptanej). Wrażenia potęgowało parę sklepów z czekoladkami, w tym jeden reklamujący się brugijskim rodowodem ;). Pośrodku malowniczy stary port, tuż obok – stary kościół Św. Katarzyny, jak wyjęty ze stron Beowulfa (czy jest na sali anglista ;)?). Miejscowość to także niezła (choć nie najlepsza, ze względu na odległość) baza wypadowa, jeśli ktoś interesuje się historią II wojny światowej i chciałby zwiedzić miejsca lądowań aliantów.

Poza samym Honfleur, obejrzeliśmy komiks średniowieczny ;) (tj. haftowaną tkaninę, przedstawiającą dokonania Wilhelma Zdobywcy) w Bayeux, malownicze klify w Etretat (które znów doceniali impresjoniści) oraz udaliśmy się na wycieczkę kulinarną na nadbrzeże w Trouville. Otóż Normandia to: sery (Camembert, Pont-l'Eveque – mój ulubiony - i Livarot wszystkie pochodzą rzut beretem od Honfleur), masło i inne wyroby z mleka krowiego; napoje procentowe z jabłek, czyt. cydr i calvados oraz dary morza, czyli ostrygi i inne.

Wyczytałam, że najlepiej udać się na ostrygi lub omułki na targ rybny (właściwie to kilka straganów) przy nadbrzeżu w Trouville. Towar jest świeży, przygotowywany do jedzenia właściwie przy kliencie. Napoje to np. dość kwaśne, lekkie białe wino, sztućce - plastikowe, do tego jako dodatek mokre chusteczki ;), przed chłodem (szkoda, że już nie przed deszczem) chronią zewnętrzne grzejniki.

Inne atrakcje regionu, tj. wspomniane sery i cydr, udało nam się skosztować wieczorem w Honfleur oraz podczas nadmorskiego pikniku w Etretat.

CDN :)

środa, 19 czerwca 2013

Zobaczyć Paryż i umrzeć, Paryż wart jest mszy, zawsze będziemy mieli Paryż, itd, itp. Obok Wenecji czy Rzymu, chyba najbardziej "wyeksploatowane" miasto - każdy wie, jak wygląda wieża Eiffla. Gdy przed wyjazdem podekscytowana oglądałam mapę miasta, każda ulica przypominała o niezliczonych filmach czy książkach - Pont Neuf, Place Vendome, Tuilerie, itd. A gdy się znalazłam na miejscu... no cóż. Faktem jest, że już kiedyś byłam w Paryżu - jak miałam 13 lat. Zapamiętałam głównie grób Jima Morrisona (nie wiem, czy jest się czym chwalić...), a samo miasto nie wywarło na mnie wrażenia. Dziś? Może Was zaskoczę, ale chyba nieprędko wrócę ;). Jak to ujął M: "Może takie z nas wieśniaki, że już nam się duże miasta nie podobają"; jest w tym trochę prawdy, ale zarazem i do Londynu, i do Rzymu bym pojechała bez wahania, choć są to także wielkie, zanieczyszczone i zatłoczone metropolie. Paryż nie jest moim miejscem, choć cieszę się, że je zobaczyłam. To trochę jak z pewnymi książkami czy filmami, które wypada poznać, nawet jeśli się nam niespecjalnie podobają. Francuska prowincja za to zdobyła moje serce, ale o tym innym razem.

A więc... co mi się w Paryżu podobało? Wieża Św. Jakuba i katedra Notre Dame; sklepy z gadżetami kulinarnymi; czasowa wystawa obrazów Tamary Lempickiej i sztuki Art Nouveau; mniej uczęszczane (czyt. z dala od Sacre Coeur) uliczki na Montmartrze; narożne kawiarnie i piekarnie co krok, oraz klienci tych ostatnich wędrujący z (obowiązkowo!) nadgryzionymi bagietkami pod pachą ;).

W temacie narożnych kawiarni - jeśli do jakichś wchodziłam, to raczej na wino lub piwo, bo Francuzi w moim odczuciu mogliby się nieco nauczyć, jeśli chodzi o kawę (a z sieciówek jest tylko ta na S, której nie używam). Przed wyjazdem zrobiłam wywiad w internecie i odwiedziliśmy dwa uświadomione kawowo miejsca - Kooka Boora niedaleko Pigalle oraz Telescope w I dzielnicy (oba otwarte codziennie, od 8:30 lub 9 rano, co w Paryżu nie jest oczywiste, zwłaszcza to "codziennie").

Kawa chyba bardziej smakowała mi w nieco zatoczonej Kooka Boora, ale Telescope ma ciekawe, odnowione stare wnętrze (i tam M nauczył się terminu cafe noisette, którym potem bardzo zaskoczył kelnerkę w restauracji w Chateau Chenonceau ;).

Byłam także na Pere Lachaise, już tym razem nie szukając grobu lidera The Doors ;), i chyba wolę inne opisywane na blogu nekropolie.

Nie zabrakło także moich ulubionych obiektów do fotografowania, czyli okien, szyldów (pierwsze zdjęcie w poście) czy ciekawostek na murach...

CDN.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna