Mam problem lingwistyczny, jak określić produkty spożywcze, które po angielsku określa się jako cured. De facto chodzi o konserwację/obróbkę przez zasolenie. Rozważałam termin "peklowanie", ale kojarzy mi się z mięsem, a tu będzie mowa o rybie. "Marynowanie" też nie pasuje, bo sugeruje użycie octu... No właśnie. Więc właściwie chodzi o gravlaxa, ale innego, niż wieki temu robiłam (i patrząc z perspektywy czasu, filet, jakiego użyłam, niespecjalnie się do tego celu nadawał). Cytrusowego, z przepisu z angielskiej wersji bloga Galangal - życie ze smakiem (na stronie polskiej go nie znalazłam*).
Składniki: 1 filet z łososia (jak najlepszy, najświeższy) - mój był mały, ok. 200-250g, sól, cukier (biały lub brązowy), skórka z 1/2-1 cytryny oraz 1/2-1 pomarańczy
Łososia dokładnie umyć, przejechać po nim palcami, czy nie są wyczuwalne ości (w moim nie było ani jednej ;) - jeśli są, zacisnąć zęby i pousuwać je delikatnie, np. pęsetą (powodzenia). Filet natrzeć równomiernie solą (tak, jak nacieram szynkę solą peklową; na ten filet poszło może ok. łyżeczki) i cukrem (użyłam mniej więcej 1,5 razy tyle, co soli). Obłożyć startymi skórkami (u mnie ze sparzonych cytrusów - 1/2 cytryny i 1 mała pomarańcza). Przekroić na 1/2, złożyć jak kanapkę, mięsem do środka. Nie zdejmowałam skóry, ale jak pisała Ewa, można rozważyć odskórowanie (ja zrobiłam to dopiero po paru dniach). Owinęłam filet dokładnie folią spożywczą, umieściłam w plastikowym pojemniku i przygniotłam ciężką maselniczką (można użyć np. słoika, puszki itd.) Trzymałam go w lodówce 3,5 dnia, codziennie zlewałam wytwarzający się płyn. W książce "Roast figs, sugar snow" Diane Henry wyczytałam zalecenie, by podobnie przyrządzaną rybę zasalać od 1 do 6 dni.
Po tym czasie zdjęłam skórę, strzepałam część skórek i jadłam cienko krojonego w poprzek filetu (przyda się ostry nóż), najlepiej na żytnim chlebie. Polecam.
Od jakiegoś czasu, bombardowana informacjami o walorach smakowych (zdrowotnych też, ale te pierwsze dla mnie ważniejsze) oleju rzepakowego oraz uległszy trendowi "Teraz Polska" zapragnęłam kupić jakiś dobry olej rzepakowy. Regionalny, tłoczony na zimno, ciekawy w smaku. Akurat wtedy przeczytałam na blogu Regionalia o olejarni na Roztoczu i niewiele myśląc złożyłam zamówienie. Kupiłam litr Świątecznego i pół litra oleju z lnianki (rydzyka :). Oba widać na zdjęciu powyżej. I muszę powiedzieć, że to było odkrycie. Oleje roztoczańskie nie zastąpią może w mojej kuchni oliwy extra vergine czy uniwersalnego oleju do smażenia w wysokich temperaturach, ale już ostrzejszą oliwę typu gran fruttata mogłyby z powodzeniem. Ba, sałatka caprese skropiona olejem z rydzyka nabiera nowych walorów smakowych ;) Świąteczny rzepakowy jest od lnianki mocniejszy i w smaku, i zapachu i... użyłam go właśnie w poniższym daniu wg Hugh Fearnleya-Whittingstalla, który jest wielkim fanem rzepaku (choć w jego przypadku jest to ten z Wysp Brytyjskich, a konkretnie najlepiej z hrabstwa Dorset ;). Przepis wykorzystuje także karkówkę jagnięcą - niedrogą, ale wymagającą dłuższej, cierpliwej obróbki.
Karkówka jagnięca z cytryną (wg HFW, oryginalny przepis - z inną nazwą, niż w książce River Cottage Everyday, ale składniki te same - tu)
Składniki na 2-3 osoby: 0,5kg karkówki jagnięcej, pozbawionej żył itd., pokrojonej na ok. 2 cm kawałki, 2 łyżki oliwy/oleju rzepakowego (u mnie mieszanka 1:1), 4 gałązki tymianku, sok z 3/4-1 cytryny, ok. 0,5l bulionu/wody (lub inaczej tyle, ile potrzeba, by zakryć mięso), do podania: ok. 100g pęczaku, garść jarmużu, sól, pieprz, opcjonalnie: parę kromek chleba
Doprawić jagnięcinę solą i pieprzem. Rozgrzać olej w garnku (najlepiej takim, który może wejść do piekarnika), zrumienić mięso z obu stron. Dodać sok z cytryny, tymianek, sól, pieprz, następnie tyle bulionu/wody, by ledwo zakryć to, co jest w garnku. Delikatnie zagotować, przykryć, umieścić w piekarniku nagrzanym do 140 st. C. Gotować dwie godziny, co jakiś czas mieszając. Po tym czasie wg Hugh należało w płynie, w tym samym garnku, ugotować kaszę (ok. 30 minut) - u nas okazało się, że płyn mimo przykrycia garnka nieco odparował, więc ugotowaliśmy osobno. Gdy kasza jest gotowa, lub niemal gotowa, wyjąć garnek z piekarnika, umieścić na kuchence na średnim ogniu, dodać porwany jarmuż i gotować kilka minut, aż się zblanszuje, ale pozostanie lekko chrupki.
Może przydać się jeszcze parę kromek chleba, do wyczyszczenia talerzy ;)
U Hugh danie wychodzi bardziej jak zupa, u nas była to duszona jagnięcina. Bardzo prosta potrawa, nie przefajnowane - także w doprawieniu: odwrotny biegun niż kuchnia Jamie'ego Olivera :) Nie poraża może smakiem, wyrafinowaniem czy wyglądem (to, że nie ma zdjęcia gotowego dania na talerzu to nie przypadek ;), ale to dobre, sycące jedzenie na zimowe wieczory.
Są smaki, które idealnie do siebie pasują i wręcz nie wyobrażam sobie, by ich nie łączyć. Jagnięcina i rozmaryn, jabłka i cynamon, szpinak i czosnek, świeży chleb i masło... kaczka i pomarańcze :) Klasyczny, francuski przepis, na bazie tego podanego przez mój ulubiony duet Harris & Warde - z tą różnicą, że sos odparowaliśmy, nie zagęściliśmy, jak w oryginale. Okazało się, że prawie czyni różnicę i ten sos... ach. Właściwie mogłabym zjeść sam, bez kaczki. Aranżacja cząstek owoców to także twórczość własna M, który, musicie wiedzieć, danie to wykonał. Ja tylko uwieczniałam, obserwowałam oraz degustowałam ;).
Składniki:
2 bardzo duże/4 mniejsze piersi kacze ze skórą
20g masła
3 średnie pomarańcze
100ml soku wyciśniętego z pomarańczy
1 łyżka octu z białego wina
łyżka cukru (u nas biały, ale można dać np. jasny muscovado lub inny brązowy)
2 łyżki Cointreau, Grand Marnier lub podobnego likieru
Naciąć pierś kaczki na krzyż. Na patelni stopić masło i obsmażać kaczkę na średnim ogniu, skórą do dołu, aż skóra się zezłoci a tłuszcz wytopi (co zajmnie ok. 9-10 minut). Gdy kaczka się obsmaża, można zająć się obróbką pomarańczy - należy je albo podzielić na cząstki, usuwając duże kawałki albedo (u nas), albo wyfiletować. Pestki usunąć.
Zlać tłuszcz wytopiony z kaczki (najlepiej zachować, lub od razu wykorzystać do obsmażenia wcześniej obgotowanych - ok. 5 minut od zagotowania powinno wystarczyć - ziemniaków, pokrojonych w plastry) i obsmażyć mięso z drugiej strony, na średnim ogniu, przez ok. 7-8 minut (będzie średnio wysmażone). Zdjąć mięso z ognia i albo pokroić w poprzeczne plastry i udekorować plastrami pomarańczy, albo zrobić jak u nas: nakroić filety bez całkowitego przecinania i w każdym nacięciu umieścić cząstkę owocu. Przenieść mięso na podgrzane talerze i trzymać w cieple (np. nakryć folią).
Do patelni po kaczce przelać sok z pomarańczy, ocet i cukier, zagotować. Gotować kilka minut, aż płyn odparuje do paru łyżek objętości. Na koniec dodać alkohol, już nie gotować. Polać sosem pierś kaczki (ew. nadmiar można wykorzystać do skropienia warzyw lub innych dodatków) i od razu podawać - u nas z ziemniakami przesmażonymi na kaczym tłuszczu oraz z surowymi rzodkiewkami.
Od kiedy zobaczyłam w pisemku Jamie Magazine zdjęcie tej tarty, czułam, że muszę ją kiedyś zrobić. Za każdym razem jednak, gdy czytałam listę składników i widziałam te wszystkie jaja, żółtka i masło, miałam ochotę uciekać z krzykiem. Podobnie jednak jak w przypadku sernika z ricotty, doszłam w końcu do wniosku (choć zajęło mi to rok ;), że przecież można zrobić z 1/2 :) - szczególnie, że ciasta kruchego w przepisie oryginalnym jest dużo za dużo, jak na mój gust (tzn. musi być za grubo - moim zdaniem - rozwałkowane). Tak więc podzieliłam składniki, użyłam tartownicy ok. 27 cm średnicy, i to był strzał w 10-tkę: ciasta i tak mi trochę zostało, więc można by zrobić i z mniejszej ilości, a farszu jest idealna ilość. Użyłam mrożonych malin, ale świeże, najlepiej z krzaczka, byłyby idealne. Ba, czarna porzeczka byłaby też świetna. Ponieważ element cytrynowy to nic innego, jaklemon curd, można skorzystać też z gotowca, jeśli ktoś go posiada. Smak całości jest dla mnie wyjątkowo brytyjski* (w pozytywnym sensie) - tylko brakuje wściekle zielonego ogrodu, białych, żeliwnych mebli ogrodowych i szklaneczki Pimm's w tle.
Składniki:
Ciasto: ulubione słodkie ciasto kruche z 220-250g mąki, w zależności od tego, jak cienko lubicie rozwałkowane (u mnie, sugerując się z grubsza przepisem, 250g mąki, zmieszane z 50g drobnego cukru i skórką startą z 1 cytryny, roztarte z 125 zimnego masła, pociętego w kostkę i połączone za pomocą paru łyżek zimnej wody - u Jamie'ego było to jajo z mlekiem). Ciasto schłodzić co najmniej 1 godzinę w lodówce, rozwałkować na tartownicę, schłodzić co najmniej 30 minut, wyłożyć pergaminem lub folią z fasolką i piec na ślepo w 190 st. - 10 minut z obciążeniem, ok. 15-20 bez obciążenia. Wystudzić.
Farsz owocowy:
3 żółtka
2 duże, całe jaja (ew. 3 małe)
135g drobnego cukru (u mnie domowy waniliowy)
1 przekrojona na 1/2 laska wanilii (pominęłam, z racji użycia cukru jw.; pewnie można by dodać kroplę ekstraktu z wanilii)
125ml soku z cytryny + skórka z wyciśniętych owoców (u mnie były to 3 cytryny)
125g miękkiego masła
125g malin (u mnie mrożonych)
1 łyżka cukru
Na krem, vel lemon curd: Umieścić żółtka, jaja, cukier, laskę wanilii (jeśli używacie), sok i skórkę z cytryny w rondlu o grubym dnie. Całość dokładnie wymieszać, podgrzewając na małym ogniu, aż lekko zgęstnieje. Pomału dodawać masło, ubijając trzepaczką i zbierając gęstszą masę z dna. Podgrzewać, stale mieszając, aż masa wyraźnie zgęstnieje do konsystencji gęstego budyniu. Należy być cierpliwym, to chwilę potrwa. Zdjąć z ognia, przestudzić, ew. wyłowić wanilię, lekko roztrzepać.
Maliny (u mnie rozmrożone) wymieszać z cukrem w rondelku. Gotować na średnim ogniu ok. 10 minut, często mieszając, aż całość zacznie przypominać dżem. Lekko wystudzić. Przełożyć letni curd na wystudzoną tartę (ja wcześniej ją delikatnie wyjęłam z foremki), rozłożyć równą warstwą. Zrobić kleksy z malin na kremem cytrynowym i delikatnie je przemieszać, żeby powstały efekt fal/przenikających się nawzajem kolorów (co zupełnie mi się nie udało, jak widać :). Schłodzić tartę co najmniej 30 minut. Opcjonalnie można dodatkowo oprószyć cukrem pudrem i skarmelizować za pomocą palnika kuchennego (pominęłam).
* Jak to ujęto w którymś odcinku Top Gear: "jak rękawica kuchenna w kotki".
Bardzo lubię dżem cebulowy jako dodatek do pasztetów oraz serów, i spodobał mi się taki z pomarańczą u Ani Truskawkowej. Gdy jednak udałam się do kuchni w poszukiwaniu pomarańczy, okazało się, że wszystkie zostały zjedzone, natomiast z miski na owoce z wyrzutem spoglądało na mnie pomelo, które dostałam w prezencie. Pomyślałam: "A czemu nie...?" I tak oto powstał dżem cebulowy z pomelo, na bazie przepisu Ani.
Składniki:
400g pomelo, obranego i wyfiletowanego albo z grubsza obranego z albedo
3 niewielkie czerwone cebule
pełne 1/2 łyżeczki chilli w proszku
180-190g cukru, z czego ok. 70g brązowego (jasnego muscovado)
2-3 łyżki octu balsamicznego
2 łyżki białego/czerwonego octu winnego
1/2 łyżeczki soli
Cebulę obrać, posiekać. Pomelo obrać i wyfiletować (najlepiej), ew. obrać z albedo za pomocą nożyka i z grubsza posiekać. Do rondelka włożyć cebulę i pomelo. Gotować na małym ogniu ok. 30 minut, mieszając co jakiś czas. Następnie dodać 1/2 łyżeczki soli, chilli, cukier, ocet. Mieszać składniki i gotować na małym ogniu, mieszając co jakiś czas, ok. 50-60 minut. Marmolada powinna zgęstnieć i nabrać połysku, będzie także lekko przywierać do dna naczynia. Warto pod koniec gotowania sprawdzić smak - ja początkowo dałam mniej cukru, musiałam dżem dosłodzić.
Jak się ten dżem ma do innego, który tu prezentowałam? Jest mocniej skarmelizowany i pomelo nadało mu lekką goryczkę, na szczęście nie za mocno wyczuwalną po wystudzeniu i jedzeniu w towarzystwie chleba żytniego z pasztetem. Jeśli komuś posmak grejpfruta nie łączy sie ze słodko-kwaśną cebulą, niech postawi na wersję ze słodką pomarańczą; kiedyś taką też zrobię, ale ta opcja także jest ciekawa.
Bardzo lubię przepisy bazowe, które zawsze się sprawdzają i które można modyfikować. Należy do nich przepis na lody, z którego korzystam. Nie tak dawno temu prezentowałam klonowo-orzechowe, a ostatnio zrobiłam dwa nowe warianty: makowo-rodzynkowe i pomarańczowe. Te pierwsze podane zostały - jak poniżej - z makowcem, drugie - Christmas Cake. Po obu deserach zostały jedynie wspomnienia, ale zapewniam, że oba warte były skosztowania.
Oba warianty lodów bazują na przepisie na lody waniliowe (przy zastosowaniu 1/2 składników, tj. 5 żółtek itd.), przy czym:
W wariancie pomarańczowym: nie dodajemy wanilii do śmietanki, natomiast do cukru i żółtek wlewamy łyżkę Cointreau, a już do wystudzonej masy, do maszynki do lodów, dodajemy skórkę startą z 1 pomarańczy i sok z połowy-całego owocu.
W wariancie makowym dodajemy wanilię do śmietanki oraz na koniec do maszynki do lodów 2 łyżki suchego maku i ok. 3 łyżek rodzynek, co najmniej 30 minut wcześniej namoczonych w podgrzanym rumie/brandy (u mnie pochodzące z tzw. magicznego słoika, w którym trzymam stale rodzynki zalane alkoholem).
Jeden i drugi wariant mi smakował, choć chyba gdybym miała wybierać, głosowałabym za pomarańczowymi.
Poprzednią konfiturę dawno zjedliśmy. Gromadząc składniki do Christmas cake przypomniałam sobie o braku marmolady i uznałam, że warto zrobić kolejne podejście. Tym razem zmieszałam grejpfruty i pomarańcze. Kolor wyszedł lepszy, niż w poprzedniej konfiturze (jakby nie patrzeć, zielony + pomarańczowy = niekoniecznie ładny odcień, zwłaszcza z czasem), a udało mi się uzyskać smakowo substytut gorzkich pomarańczy.
Składniki:
1 biały grejpfrut (ok. 300g),
4 słodkie bezpestkowe pomarańcze (łączna waga wszystkich owoców wyniosła niewiele ponad 1kg),
500-600g cukru
Owoce umyć, zalać wodą w dużym rondlu, by mogły swobodnie pływać w wodzie, zagotować. Gotować na niewielkim ogniu 2 h; w razie potrzeby dolać wody.
Owoce odcedzić, wystudzić, i posiekać drobno (tak, jak są, ze skórką - koniecznie!). Duże pestki grejpfruta można usunąć, jeśli wam się to uda. Ja robiłam to nożem kolebkowym (siekaczem). Starać się zachować jak najwięcej soku, choć nie jest to łatwe. Pokrojone cytrusy umieścić w rondlu z wylewką/grubym dnem, podgrzać, zasypać cukrem (można zacząć od mniejszej ilości i potem zweryfikować smak), wymieszać i pomału zagotować. W parę minut po zagotowaniu sprawdzić smak - ja wsypywałam cukier stopniowo, kosztując stale, i wyszło coś pomiędzy 500 a 600g. Gotować na wolnym ogniu ok. 20 minut, mieszając co jakiś czas, aż całość zgęstnieje. Gotową masę przełożyć do umytych, wyparzonych słoików. Spasteryzować - ja robiłam to jak zwykle w piekarniku, wstawiając do blaszki z wodą na 15 minut w 160 st. i zostawiając w wyłączonym piekarniku na kolejne 10-15 minut. Słoiki odstawiłam potem do góry nogami do zassania. Uzyskałam ok. 1 litra konfitury.
Bardzo cytrusowa, z lekką nutą goryczy, słodko-kwaskowata, z dużą ilością skórki. Na chleb lub do wypieków. A to wszystko dlatego, że...
Zaczął się ciężki czas. Wokół piętrzą się kartony, a my kaszlemy z M od kurzu. Pakujemy się tak, jak nigdy dotąd, bo przed nami Wielka Przeprowadzka. Przez jakiś czas mogę rzadziej być na blogu, lub też prezentować na nim tylko potrawy szybkie, łatwe i najlepiej jednogarnkowe ;) (bądź zachomikowane - takich mam kilka). Dzisiejsze przepisy są z kategorii "szybkie i łatwe", plus jeden to tzw. przypominajka*, a do ich przygotowania nie trzeba mieć ciężkiego AGD.
Zresztą... jak mam być szczera, żaden ze mnie cukiernik nawet w najbardziej komfortowych okolicznościach przyrody. Nie mam cierpliwości ani serca do skomplikowanych wypieków czy deserów, nie lubię też ich jeść. Jak to ujął dzisiaj M, jedząc ciasto czekoladowe (patrz niżej): "Jakbym lubił torty, to bym je piekł".
Pierwsza propozycja to ciasteczka kruche, na bazie przepisu "1-2-3", ale z tzw. upgrade'em, czyli...
Składniki: 150g mąki, 50g drobnego cukru, 100g masła, skórka starta z 1 cytryny, ok. 50-60g rodzynek (namoczonych ok. 30 min wcześniej w gorącej wodzie i/lub rumie i dobrze osączonych, lub pochodzących z magicznego słoika, o którym wspominałam, i także osączonych), ok. 3-4 łyżek wody z dodatkiem soku z cytryny, opcjonalnie: gruby cukier do posypki
Mąkę i cukier wymieszać, wetrzeć w nie posiekane zimne masło, aż masa będzie przypominać okruchy. Dodać skórkę z cytryny, wymieszać, dodać rodzynki. Dodawać stopniowo zimną wodę, do której wcisnęliśmy trochę soku z cytryny, zagniatając ciasto, aż będzie jednolite i sprężyste. Zawinąć w folię , uformowane albo w wałek, albo okrągły placek, i umieścić w lodówce na co najmniej 30-40 min. Po tym czasie albo z wałka odkrawamy ok. 0,5 cm plastry, które układamy na blaszce wyłożonej pergaminem, albo placek wałkujemy i wycinamy z niego dowolne kształty. Ciasteczka można posypać lekko grubym cukrem przed pieczeniem. Pieczemy w 200 st. C. ok. 12 -13 minut (warto zaglądać, czy się za bardzo nie przypiekają, co miało miejsce z moimi).
Bardzo przyjemna, lekko słodka propozycja. Innym ciastem, które można szybko i łatwo (przygotowanie trwa ok. 10 minut) zrobić jest awaryjne ciasto czekoladowe, o którym znowu zapomniałam. Przypomniał mi o nim M, gdy jadłam 2 tygodnie temu tort Sachera** w Grazu: "To przypomina to ciasto, które robiłaś z powidłami..." I tak kilka dni temu szybko wymieszałam w misce stopioną czekoladę, słoik zdobycznego dżemu z borówki amerykańskiej i resztę składników. Wyszło zaskakująco lekkie i ogólnie o bardzo dobrej relacji pracy kucharza do uzyskanych efektów ;). Warto się z nim zapoznać.
* Albo recykling.
** Jadłam go kiedyś, jako dziecko, i mi nie smakował. Tym razem przeżyłam pozytywne zaskoczenie: przede wszystkim, mało przypominał tort, a bardziej - moim zdaniem - piernik. Ewentualnie awaryjne ciasto czekoladowe w wariancie powidłowym ;)
Z jednej strony, z cytrusami kojarzy mi się raczej zima, zwłaszcza para: Boże Narodzenie i pomarańcze (o czym pisałam w jednym z pierwszych postów na tym blogu). Z drugiej strony, chyba najwięcej cytryn i limonek zużywam latem - do napojów, do doprawiania ryb i drobiu, do deserów - bo są orzeźwiające i pasują do lekkich dań. Takich, jak poniższe placuszki, które znalazłam w książce Sophie Dahl (Miss Dahl's voluptuous delights) i trochę, z konieczności, zmodyfikowałam. Idealne na letnie śniadanie w ogrodzie lub na balkonie.
Składniki (dla 4 osób, u mnie równo z 1/2 składników dla 2): 225g ricotty lub, u mnie, zwykłego twarogu, 2 jaja, 125 ml mleka (u mnie chudego, u Sophie półtłustego), 60g mąki (u Sophie orkiszowej, u mnie pełnoziarnista, drobnomielona Lubella), łyżeczka proszku do pieczenia, łyżka płynnego miodu lub dowolnego cukru (u Sophie syrop klonowy lub z agawy), 2 łyżeczki skórki z cytryny (nie cackałam się i starłam mniej więcej z 1/2 cytryny), 2 łyżeczki oleju (u mnie masła)
Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Żółtka rozetrzeć w misce z twarogiem i mlekiem, dodać mąkę, proszek i miód/syrop/cukier. Białka ubić na pianę, delikatnie domieszać do reszty, dodać skórkę z cytryny. Na patelni rozgrzać olej lub masło i smażyć małe placuszki (po kopiastej łyżeczce) na złoto-brązowy kolor (u mnie bardziej brązowy ;) ok. 1-2 minuty na stronę (widać, że są gotowe do odwrócenia, jeśli jest dużo pęcherzyków i brzeg stały - jak przy innych pankejkach/blinach). Masa jest bardzo delikatna i większe placuszki będą b. trudne do odwracania/przenoszenia (ja nawet z niektórymi małymi miałam problemy), więc warto być cierpliwym i usmażyć więcej mniejszych. Podawać od razu, z dodatkiem jogurtu naturalnego lub twarożku i miodu, bądź z owocami/domowymi przetworami.
Miłośnicy wszelkich naleśników, racuszków, pankejków itd. nie będą zawiedzeni. Te są leciutkie, delikatnie cytrynowe. I nie, te na zdjęciu powyżej nie są spalone, tylko mocno wysmażone ;)
Druga cytrusowa propozycja to lody limonkowe, znów w wykonaniu domowego lodziarza (M). Przepis taki, jak tu(z 1/2 porcji, czyli z 5 żółtek), z tą różnicą, że z pominęciem wanilii, a z dodatkiem - domieszanym na sam koniec, do lodów już schłodzonych w maszynce do lodów - skórki i soku z 2 limonek. Gotowe lody warto wyjąć z zamrażarki do lodówki na 15 minut przed planowanym spożyciem.Jeśli chodzi o smak, to sczerze powiedziałam M, że to jedne z lepszych lodów, jakie do tej pory zrobił - gęste, śmietankowe, ale z mocną nutą cytrusową. Idealne na lato.
Majana, gospodyni lipcowej, wakacyjnej Piekarni, zaproponowała nam bułeczki cytrynowe, które okazały się de facto brioszkami, i to naprawdę pysznymi - chyba jednymi z najlepszych, jakie zrobiłam. Zniknęły w tempie błyskawicznym (przeżyłam przykre rozczarowanie rano, otwierając chlebak*). Fakt, że robiłam je, gdy jeszcze trwał mundial, ładnie pasuje do kształtu gotowych bułeczek - nie przypominają Wam w całości piłki nożnej :)? Poniżej przepis za Majaną.
* M: "Bo za mało zrobiłaś".
Składniki:
Ciasto: *300 g mąki (u mnie mieszanka zwykłej i chlebowej i ok. 2-3 łyżki więcej, bo ciasto było b. kleiste) *6 g drożdży świeżych (lub 1 łyżeczka drożdży instant) *100 ml mleka *60 g cukru *60 g rozpuszczonego i ostudzonego masła *2 jajka *skórka starta z 1 cytryny *3/4 łyżeczki soli
Do posmarowania i posypania: 1 jajko, płatki migdałów, mak (wszystko pominęłam)
Mąkę przesiać (pominęłam), zrobić w niej wgłębienie. Wkruszyć drożdże i rozpuścić je w części mleka wymieszanego z 1 łyżeczką cukru. Pozostawic na 5 minut. Po wyrośnięciu zaczynu dodać resztę składników, mleko wlewać stopniowo. Wyrabiać ok. 10 min, aby uzyskać miękkie, elastyczne ciasto. Pozostawić do podwojenia objętości na 2-2,5 h.
Wyrośnięte ciasto położyć na blacie, delikatnie nacisnąć, by odgazować i podzielić na 9 (u mnie więcej) części. Z każdej uformować bułeczkę i ułożyć je obok siebie w wysmarowanej masłem blaszce o średnicy 20 cm. Przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrastania (około 1,5 godziny - u mnie krócej, ok. 50 min). Bułeczki posmarować jajkiem wymieszanym z łyżeczką wody, posypać płatkami migdałów (można kruszonką) (pominęłam, tylko spryskałam lekko wodą).
Piekarnik nagrzać do 200 st C, wstawić wyrośnięte bułeczki i piec ok. 25 minut (ja moje nakryłam w ok. połowie czasu folią, bo nie chciałam by się za bardzo zrumieniły). Ostudzić na kuchennej kratce.
Na zdjęciu powyżej ciepła, oderwana brioszka i ciepła konfitura porzeczkowa.