Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: cytrusy

sobota, 28 maja 2016

Gorąco u Was? Na Mazurach od kilku godzin zbiera się na burzę, ale zebrać nie może ;). Choć słońce za chmurami, nie da się ukryć: nastała pora napojów chłodzących! Do tej pory uważałam, że najlepszy patent na lemoniadę to zmiksowanie całych owoców; ba, wciąż uważam, że to świetna metoda dla tych, co lubią kwaśne. Zaintrygował mnie jednak pomysł, o którym przeczytałam na portalu The Kitchn - napój z pieczonych owoców. Pieczenie daje słodszy, głębszy smak soku cytrynowego (lub, w moim przypadku, cytrynowo-limonkowego), który wymaga mniejszego dosładzania. Co więcej, jeśli, jak ja, bardzo dokładnie wyciśniecie sok z upieczonych skórek, bez filtrowania czy odcedzania miąższu, na pewno do dzbanka wpadnie też trochę albedo, dzięki czemu napój uzyska lekką (lekką, zaznaczam) nutę goryczki: prawdziwa gratka dla fanów toniku czy Schweppes bitter lemon (do których należę).

The Kitchn zasugerował tylko metodę postępowania z owocami, proporcje pozostawiając własnemu uznania, oto więc jak uzyskałam litr lemoniady:

Składniki: 2 cytryny i 1 limonka, ew. 3 cytryny (idealnie niepryskane, ew. sparzone); 2 łyżki miodu/syropu cukrowego (lub więcej do smaku)

Cytryny przekroić na 1/2, ułożyć nacięciem do dołu w naczyniu żaroodpornym. Piec ok. 30-40 minut w 200 st. C. (termoobieg), aż skórki lekko się pomarszczą/przypieką. Przestudzić. Dokładnie wycisnąć sok do dużego dzbanka (przez sitko, jeśli przeszkadza wam miąższ i ew. upieczone albedo, w moim odczuciu jednak niefiltrowana lemoniada jest lepsza), dodać miód/syrop, dopełnić wodą. Zweryfikować słodycz. Dokładnie schłodzić.

Można rozważyć i inne dodatki smakowe: pieczenie owoców z wbitymi goździkami (np. po jednym na owoc), liście świeżej mięty lub melisy dodane do dzbanka, plasterki ogórka/truskawek, starty świeży imbir, dodatek soku wyciśniętego z pomarańczy, itd. Lato jeszcze się nie zaczęło ;).

Z innych napojów orzeźwiających na blogu były...

 

czwartek, 21 kwietnia 2016

Pamiętacie, jak pisałam o londyńskim Ducksoup? Po kolacji w tej restauracji zapisałam sobie dwa dania mięsne do zrealizowania: kurczę w mleku (tam to było konkretnie młode kurczę, tj. poussin) oraz bliskowschodnie serce jagnięce. Na razie zrealizowałam to pierwsze (jak wiadomo, kurczę w PL łatwiej dostępne niż jagnięce podroby).

Inspiracje czerpałam z „książki o kurczakach” Diany Henry oraz zbliżonego przepisu Jamie'ego Olivera, mając też w pamięci danie jedzone w Londynie, i ostatecznie jest coś pośrodku (z mniejszą ilością czosnku, niż w źródłach sugerowano). Choć w Ducksoup było ciemno (nawet wg restauracyjnych standardów), było widać, że sos jest lekko zwarzony, ale kura bardzo miękka, delikatna, o lekkim aromacie gałki muszkatołowej i cytrusów. O tym, że sos się zetnie, autorzy lojalnie acz przelotem uprzedzają, ale na zdjęciach widać go tylko – profilaktycznie ;) - jako zamazane tło. Warto powiedzieć to dobitnie: sos się na pewno zwarzy (i to bardziej jeśli, jak ja, pod koniec pieczenia odkryjecie garnek). Biorąc jednak pod uwagę składniki, tak ma po prostu być (patrz zdjęcie na końcu notki). Nie jest to jednak koniecznie danie na eleganckie przyjęcie.

Składniki:

  • szczęśliwy kurczak ok. 1,5kg
  • sól, pieprz,
  • olej (ew. olej i masło) do obsmażenia
  • 350ml pełnotłustego mleka w temp. pokojowej
  • 4 duże liście szałwii
  • 2 liście laurowe
  • świeżo starta gałka muszkatołowa (ok. ¼ dużej gałki, lub do smaku)
  • skórka starta z 1 dużej cytryny
  • 5 ząbków czosnku

Kurczaka oprószyć dokładnie solą i pieprzem. Rozgrzać olej (ew. olej i masło 1:1) w dużym żaroodpornym garnku z pokrywką. Dokładnie obsmażyć mięso z obu stron. Wyłowić, odłożyć na bok, zlać tłuszcz z garnka (można wykorzystać do np. pieczenia ziemniaków lub warzyw). Kurczaka włożyć z powrotem do garnka, dodać wszystkie pozostałe składniki. Piec pod przykryciem ok. 2h (albo aż mięso będzie dokładnie wypieczone w środku) w 160 st. C. (termoobieg), co jakiś czas (np. co pół godziny) podlewając sosem. Można ok. 15-20 minut przed końcem odkryć garnek, jeśli np. chcielibyście, by skóra się mocniej zrumieniła, spowoduje to jednak mocniejsze ścięcie się sosu.

Podawać mięso z sosem i np. pęczakiem i pieczonymi warzywami korzeniowymi (marchew, pietruszka itd.), ew. minimalistycznie doprawioną zieloną sałatą lub brokułem (gotowanym lub z pary). Z resztek wychodzi świetny sos do makaronu lub wkładka do zapiekanki.

Niedawno się doczytałam, że właściciele Ducksoup wydają książkę - ojej...

poniedziałek, 29 lutego 2016

Nie sądziłam, że po marmoladzie z gorzkich pomarańczy będę miała ochotę na jakiekolwiek eksperymenty z innymi przetworami z cytrusów. A jednak, gdy zobaczyłam przepis Nigela Slatera na dżem grejpfrutowy… zmieniłam zdanie ;). Przyznaję, że mogła być to połączenie zaufania do autora ze zbliżającym się terminem zamówienia na sycylijskie cytrusy. Koniec końców, w pudle poza pomarańczami znalazła się także siatka grejpfrutów.

Zaufanie zaufaniem, ale pamiętając, że poprzedni mój dżem grejpfrutowy okazał się kontrowersyjny, postanowiłam przetworzyć tylko połowę posiadanych owoców (dwa niewielkie grejpfruty), tj. korzystając z ½ przepisu (sok z grejpfruta dosztukowałam do wagi jedną klementynką). W ten sposób uzyskałam 4 słoiki 200ml plus kilka łyżek tzw. nadprodukcji. Uwaga, przepis jest trochę pracochłonny, ale prace rozkładają się na 2 dni.

Składniki (pełne proporcje, ja robiłam z ½):

  • 700g różowych grejpfrutów, najlepiej ekologicznych, ostatecznie dokładnie sparzonych
  • 1,4kg cukru cukru (u mnie lekko zredukowany w stosunku do oryginału; można minimalnie zmieszać z jasnym muscovado lub demerarą, ale kolor będzie wtedy lekko ciemniejszy)
  • 2 cytryny
  • 1,8 litra wody

Przekroić owoce w poprzek, wycisnąć dokładnie do miski przez sitko (w którym zachowujemy pestki i ew. miąższ). Potem będzie chwila zabawy: wywracamy każdego grejpfruta na lewą stronę i staramy się możliwie dokładnie usunąć wnętrze owocu (bez albedo). Miąższ, pestki itd. z grejpfruta umieszczamy w kawałku gazy, który zawiązujemy w woreczek. Ze skórki grejpfruta usuwamy możliwie dokładnie (np. małym nożykiem) albedo i „łysą” skórkę kroimy albo z drobną kostkę, albo cienkie paski. Wymieszać skórkę z sokiem oraz wodą w dużym garnku, dodać woreczek gazowy. Przykryć i odstawić do namoczenia przez noc.

Następnego dnia całość zagotować, skręcić ogień na mały/średni i gotować jeszcze 2 godziny. Wyciągnąć woreczek, umieścić na sicie nad garnkiem i dokładnie wycisnąć sok (będzie go sporo). Cukier rozłożyć równą warstwą na blaszce i podgrzać przez 10 minut w piekarniku nagrzanym do 140 st. (nie jest to niezbędne, tj. można ten krok pominąć, ale podgrzanie powinno spowodować, że dżem się szybciej potem zagotuje). Dodać cukier do garnka, wymieszać, zagotować, zszumować i gotować na średnim ogniu ok. 10 minut lub aż masa osiągnie 105 st. C (co kontrolowałam termometrem cukierniczym). Można też przeprowadzić test ze zmrożonym spodkiem (łyżeczka dżemu powinna na nim bardzo szybko zastygnąć).

Przełożyć dżem do wyparzonych słoików i krótko spasteryzować (u mnie 5 minut w 160 st. C i potem zostawiłam słoiki w cieple resztkowym na ok. 25 minut). Odstawić do góry nogami do zassania.

Efekt wizualny jest, w moim odczuciu, piękny – dżem jest klarowny, mocno zżelowany (jak galaretka). Skórki jest, mimo wszystko, stosunkowo mało, więc polecam go tym, którzy za nią nie przepadają. Goryczka jest minimalnie, przyjemnie wyczuwalna – jednak udało mi się pozbyć albedo ;). A jednak przyznaję, że gdybym miała wybierać między pomarańczowym klasykiem a grejpfrutem, bez wahania wybrałabym to pierwsze. Zawsze jednak warto mieć w zanadrzu alternatywę. Kto wie, kiedy zdarzy się nagła klęska urodzaju, albo okazja wymagająca ciekawego kulinarnego prezentu? Ten dżem się świetnie do tego celu nadaje.

niedziela, 10 stycznia 2016

Dawno, dawno temu był na Galerii Potraw kultowy przepis na śledzie cytrynowe (zresztą, gdy zaczęłam go szukać w Google, jako podpowiedź wyskoczył od razu wynik „śledzie cytrynowe Jacka" - to właśnie te ;). Jak zaczęłam sama robić przetwory rybne, to kilka razy się do nich przymierzałam, ale albo nie miałam kilku dni czasu (potrzebnych śledziom do nabrania właściwego smaku), albo nie miałam tylu cytryn, co trzeba. Powiedzmy sobie szczerze, że potrzeba ich sporo, a skoro zużywa się i skórki, i sok, to najlepiej użyć ekologicznych.

Jeśli chodzi o smak, to okazało się, że jest to rzecz kontrowersyjna: M spróbował, oznajmił „to jak te Twoje marynowane cytryny, tylko ze śledziami” i stanowczo odsunął słoik. Skosztowałam więc ja i krzyknęłam: „Ojej, pyszne! Faktycznie jak te cytryny!”. Bo, powiedzmy sobie szczerze, to są marynowane (czy też kiszone) skórki cytrynowe. Plus słony śledź. Miłośnicy bliskowschodniego przysmaku powinni być zachwyceni, ale Ci, którzy zjedzą, ale w małych ilościach i nie za często… to na własne ryzyko ;). Zresztą, w ogóle należy bardzo lubić i kwaśne, i cytryny (o śledziu nie wspominam, bo to oczywiste) - np. ja nie miałam problemu z samodzielnym zjedzeniem zawartości tego słoika...

Składniki:

  • 4 płaty śledzi w zalewie (a la matjas)
  • ok. 5 cytryn (sok i skórka)
  • kilka (4-5) goździków

Śledzie opłukać i jeśli zazwyczaj moczycie, krótko wymoczcie; ja jak zawsze nie moczyłam, tylko pokroiłam od razu na ok. 2cm kawałki. Cieniutko zetrzeć skórkę z umytych (i dokładnie sparzonych i wytartych, jeśli pryskanych) cytryn – nie może być ani trochę gorzkiego albedo. Użyłam do tego celu obieraczki do jarzyn, paski potem pokroiłam w kostkę. Układać w słoju warstwami śledzie, skórkę + jeden goździk, i tak dalej, aż do zapełnienia naczynia (ok. 400-500ml). Całość zalać sokiem z wyciśniętych cytryn – u mnie poszło 5 owoców, tj. wszystkie, z których starłam skórkę. Sok musi całkowicie zakryć rybę. Odstawić do lodówki, jeść po ok. 6-7 dniach. Jeśli sądzicie, że śledź będzie stał dłużej, niż zalecany tydzień, dodajcie na wierzch jeszcze warstwę oliwy.

A w temacie cytryn, warto przypomnieć, że robiłam i te szybkie, i te dojrzewające :).

środa, 18 listopada 2015

Czasem mam wrażenie, że w rodzinie uchodzę za „tą od Pavlovej”. Bezę, w najróżniejszych wcieleniach (ostatnio była wersja midi), piekę głównie dla Mamy, czasem także na inne okazje. Właściwie zawsze trzymam się tego samego przepisu (podobnie jak zawsze tak samo robię małe bezy). Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by biała* Pavlova się nie udała – mogła mocniej popękać, wysuszyć bardziej lub mniej, ale to nieistotne szczegóły. Zawsze tylko trochę mnie bawi, że mój popisowy wypiek jest deserem za którym sama umiarkowanie przepadam ;), ale traktuję to jako ironię losu.

Skoro to od Nigelli wzięła się Pavlova (i beziki zresztą też), gdy zobaczyłam w jej najnowszej książce (Simply Nigella) wersję z lemon curdem, poszłam policzyć, ile mam cytryn. Powiedzmy sobie szczerze, uwielbiam krem cytrynowy, i pewnie zjadłabym z nim wszystko. Połączenie bezy z cytryną wydaje się proste i oczywiste, a jednak sama na nie nie wpadłam. Do tego chrupkie, uprażone migdały na wierzchu jako kropka nad i... i okazuje się, że chyba trafiłam na ulubioną wersję mojego Taty ;).

Uwaga: można po prostu zrobić krem wg tego przepisu (polecam też ten limonkowy!) i bezę stąd, ponieważ jednak zauważyłam, że w nowej wersji są trochę inne proporcje/skład i nie zależało mi na resztkach, zrobiłam wg przepisu z Simply Nigella, dzieląc wszystko na ½. Wychodzi ok. 5 porcji deseru, ew. 4 plus małe dokładki dla każdego.

Składniki:

Beza:

  • 3 duże białka (najlepiej w temp. pokojowej)
  • 185g drobnego cukru
  • łyżeczka soku z cytryny
  • 1 ¼ łyżeczki skrobi kukurydzianej
  • skórka starta z ½ cytryny (eko lub sparzonej)

Lemon curd:

  • 1 duże jajo
  • 1 żółtko
  • 75g cukru
  • 50g miękkiego masła
  • sok z 1 cytryny
  • skórka z 1 cytryny

Ponadto:

  • ok. 150ml śmietanki (kremówki)
  • cukier puder do smaku
  • ok. 2 łyżek uprażonych płatków migdałowych
  • skórka starta z ½ cytryny

Nagrzać piekarnik do 180 st. C. Białka ubić na sztywno (można dodać szczyptę soli), następnie dodawać cukier łyżka po łyżce, ubić na sztywną, lśniącą bezę. Dodać skrobię, sok i skórkę cytrynową, tj. wmieszać je kolistymi ruchami delikatnie, ale stanowczo.

Przełożyć masę na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia lub matą silikonową, nadać okrągły kształt i wyrównać. Włożyć do piekarnika, skręcić od razu temperaturę do 150 st. Piec przez ok. 45-50 minut, wyłączyć piekarnik i potrzymać bezę jeszcze ok. 20 minut w cieple resztkowym. Potem można uchylić drzwiczki i w ten sposób ją delikatnie wystudzić – chyba, że piekarnik jest potrzebny do innych celów ;).

Aby przygotować krem cytrynowy (co można zrobić z wyprzedzeniem i potrzymać go w lodówce): utrzeć jajo, żółtko i cukier, dodać skórkę, sok z cytryny i masło w plastrach lub kawałkach, całość umieścić w rondlu na małym ogniu i cierpliwie podgrzewać (temperatura nie może być za wysoka, bo białko się zetnie), często mieszając/lekko ubijając. Po kilku minutach masa zacznie gęstnieć. Gdy osiągnie konsystencję zbliżoną do budyniu, zdjąć z ognia, jeszcze raz roztrzepać i dokładnie wystudzić.

Przed podaniem deseru ubić śmietankę, delikatnie posłodzoną do smaku (u mnie było to ok. 2 łyżeczek cukru pudru). Bezę posmarować lemon curdem, na to wyłożyć śmietankę. Całość posypać wcześniej uprażonymi (na suchej patelni) płatkami migdałowymi i skórką cytrynową. Podawać od razu.

* Bo z czekoladową różnie bywało, i w sumie dlatego przestałam ją robić ;).

środa, 07 października 2015

O swoim stosunku do śledzi już pisałam. Zasadniczo zawsze je lubię, zazwyczaj nawet bardzo a czasem po prostu MUSZĘ ;). To ostatnie uczucie mnie nachodzi np. jeśli trafię w sieci na wzmiankę o ciekawym przepisie. Gdy u Lo trafiłam na przepisy cztery... Tak, przy najbliższej okazji udałam się do sklepu rybnego ;).

Przepisy zrealizowałam dwa, z pewnymi modyfikacjami: na śledzie kawowe (trochę zbliżone do tych, które pokazywałam pół roku temu) oraz cytrusowe. Oryginalnie miały być cytrynowe, ale ponieważ cytryna została w samochodzie, do którego mogłam się dostać dopiero za kilka godzin, a w lodówce była limonka... Sądzę, że ten zamiennik nie zrobił im krzywdy, ba, wręcz przeciwnie. Bazą, jak napisałam powyżej, był przepis z tej strony (Citronsill). Pierwszy raz zaprawiałam śledzie marynowane, nie solone czy matjasy, i trochę obawiałam się efektów - a niepotrzebnie. Lekka kwaśność dobrze gra z limonką i nabiałem (który dzięki jogurtowi jest nieco lżejszy niż sama śmietana).

Składniki:

  • ok. 275g (ok. 3 sztuk) śledzi marynowanych w płatach
  • 1/2 sparzonej/eko limonki (sok i skórka)
  • łyżka jasnego miodu
  • 50ml jogurtu naturalnego
  • 50ml śmietany (12-18%)
  • szczypta soli

Śledzie pokroić na paski ok. 2 cm. Skórkę z limonki zetrzeć na drobnej tarce, wycisnąć sok, wymieszać z pozostałymi składnikami. Dodać śledzie, delikatnie wymieszać, umieścić w słoiku/szczelnym pojemniku w lodówce na co najmniej 12h (jadłam po ok. 18, a potem po następnej dobie, i nie było różnicy w smaku). Świetnie pasują do żytniego lub ziarnistego pieczywa.

PS. Odkryłam przy okazji, że ponieważ wyszukiwarka Bloxowa na Coś niecoś źle wyszukuje polskie znaki, na hasło "śledzie" nic nie wyskakuje - mam nadzieję, że dodatkowy hashtag pomoże. Innymi słowy, TU znajdziecie śledzie na blogu (podejrzanie ich mało ;).

czwartek, 20 sierpnia 2015

Kto ma jeszcze w ogrodzie rabarbar? W tym roku M bardzo serio podszedł do naszej kępy rabarbarowej (czy też dołka, zważywszy na lokalizację...). Po paru latach wzdychania podczas przebieżek przed domem byłych sołtysów i wyjątkowo dorodnym rabarbarem (z którego nawiasem mówiąc właściciele chyba w ogóle nie korzystają), podszedł do sprawy poważnie i, jak mówi nasza zaprzyjaźniona ogrodniczka, „dał mu jeść”. To znaczy porządnie go nawiózł naszym kompostem, kilka razy (plus przepielił, nawodnił, itd.). Okazało się, że rabarbar chyba lubi jeść, bo tak duży nie był nigdy (czyt. zaczął przypominać rabarbar, a nie sadzonkę), no i rośnie do tej pory. W związku z tym niedawno z paru łodyg zrobiłam lemoniadę, a właściwie krzyżówkę kompotu z hot ginger lemon honey (które, jak się okazało, świetnie też smakuje solo w postaci schłodzonej!). W smaku, moim zdaniem, najmocniej czuć rabarbar i... miód.

Składniki:

  • ok. 2 dużych łodyg rabarbaru,
  • 2 goździki,
  • 3-5 plastrów imbiru (średnicy paznokcia u kciuka ;),
  • 3 łyżki miodu,
  • sok z 1 ½ cytryny

Rabarbar z grubsza pokroić, zalać ok. 350ml wody, dodać goździki, miód i imbir (ilość plastrów: wg upodobań, zaczęłam od trzech, ale uznałam, że to za mało i dołożyłam potem 2), gotować ok. 15 min. Przestudzić, odcedzić (jeśli wam nie zależy na klarowności, można lekko przetrzeć). Osobno wymieszać sok z cytryny z 600ml wody. Połączyć wodę cytrynową z rabarbarem, zweryfikować smak, ew. dosłodzić lub dokwasić. Całość schłodzić w lodówce.

Podobno upały jeszcze mają wrócić ;).

sobota, 14 marca 2015

Właściwie ten wpis powinien nazywać się „addio cytrusy”, bo do wypieków wykorzystałam jedne z ostatnich sycylijskich pomarańczy, kupionych kilka tygodni temu, i ostatnie cytryny. Cóż, do zobaczenia za rok...

Tytuł mógłby także brzmieć „mój pierwszy mazurek”. W mojej rodzinie się ich nie wypiekało; pierwsze jadłam z cukierni, w ramach eksperymentów rodziców, i mi nie smakowały. Były zawsze za słodkie (bo najczęściej kajmakowe) i ciasto nie takie... A przecież dobre kruche uwielbiam. I mazurek nie musi być przesłodki. Innymi słowy, chciałam stworzyć wypiek pod swój smak, i to mi się udało ;). Jeśli mam piec sama mazurka, to właśnie cytrusowego.

Inspirowałam się przepisem na cytrynowy z Kwestii Smaku i pomarańczowy z Moje Wypieki (skąd wzięłam kandyzowane cytrusy), ale postępując po swojemu.

Składniki:

Lemon curd można zrobić tego samego dnia albo kilka dni** wcześniej. Ciasto kruche przygotować, schłodzić w lodówce; następnie przygotować kandyzowane plastry cytrusów:

Składniki:

  • 1 średnia pomarańcza i 1 cytryna (lub tylko jeden rodzaj owoców)
  • ¾ szklanki (180ml) wody
  • ½ szklanki (120ml) cukru

Cytrusy dość cienko pokroić (ze skórką, ale pozbywając się pestek). Z wody i cukru zagotować syrop. Skręcić ogień na średni/mały, dodać owoce, gotować ok. 1 godzinę, co jakiś czas obracając delikatnie widelcem. Osączyć na pergaminie. Nadmiar syropu wykorzystać do np. napojów lub tarty (patrz niżej).

Gdy cytrusy się gotują, rozwałkować ciasto kruche, wyłożyć nim prostokątną tartownicę (najlepiej z ruchomym dnem, o wymiarach ok. 13 x 30cm). Nakłuć, przykryć folią, schłodzić co najmniej 30 minut w lodówce. Nagrzać piekarnik do 200 st. C., piec tartę na ślepo (z obciążeniem) ok. 12 minut i kolejne 12-15 bez obciążenia (ciasto ma być wyraźnie rumiane).

Lekko przestudzony spód posmarować dokładnie kremem cytrynowym, posypać kandyzowaną skórką pomarańczową i udekorować plastrami cytrusów. Puste miejsca zapełnić płatkami migdałowymi, wcześniej zrumienionymi (nie spalonymi ;) na suchej patelni. Schłodzić przed podaniem, przechowywać w lodówce.

Warianty: można podwoić ilość kandyzowanych plastrów a zrezygnować ze skórki; zamiast płatków migdałowych można użyć startego marcepanu (na wierzch jako dekoracja lub pod krem).

Z resztek ciasta zrobiłam mini tartę rustykalną (na dwie porcje ;). Taki format całkiem mi się spodobał, a prezentowała się całkiem estetycznie i przed, i po pieczeniu. Ku mojemu zdziwieniu owoce nie puściły specjalnie soku. Środek stanowiły dwie czerwone pomarańcze, dokładnie obrane, ale nie wyfiletowane, pokrojone w dość cienkie plastry; ciasto pod owocami posypałam lekko bułką tartą zmieszaną z cukrem. Tartę po upieczeniu polałam ok. 2 łyżkami zachowanego syropu z kandyzowania.

* Z reszty można przygotować, poza mini tartę rustykalną, kruche ciasteczka.

** Do ok. 3-4 dni; curd także się (podobno) dobrze mrozi.

sobota, 28 lutego 2015

Połączenie owoców z mięsem czy rybami jest czymś, co od dawna mnie interesuje, a mam wrażenie, że jest niedostatecznie wykorzystywane nie tylko przeze mnie. W przypadku pomarańczy przypomniałam sobie o przepisie z Forever Summer na długo pieczonego kurczaka cytrynowego. Ponieważ jednak użyłam innych owoców, czosnku dałam o ½ mniej, zmieniłam wino (poniekąd pod kolor owoców ;) i zioła, a także nie podzieliłam kurczaka na części, można powiedzieć, że z oryginału niewiele zostało... ;).

Składniki:

  • 2 czerwone pomarańcze (średniej wielkości)
  • ok. 2 łyżek świeżego rozmarynu
  • ½ główki czosnku
  • 1 niewielki kurczak (ok. 1,3kg)
  • 125ml wytrawnego różowego wina
  • sól, oliwa

Pomarańcze umyć, pokroić na ósemki, ząbki czosnku oddzielić od siebie bez obierania, wymieszać z rozmarynem. Kurczaka lekko zluzować (położyć dłonie na piersi i nacisnąć z całej siły), natłuścić oliwą i oprószyć solą. Umieścić w brytfance, obłożyć owocami i czosnkiem z ziołami. Oblać całość równo winem. Brytfankę nakryć folią aluminiową, umieścić w piekarniku nagrzanym do 150 st (termoobieg). Po ok. 1h dorzucić pod folię ziemniaki (drobne w całości, większe podzielone na 1/2 lub ¼, lekko natarte solą; ew. można posolić po pieczeniu), jeśli planujecie je podać z mięsem. Piec 2h, odkryć folię; podkręcić temperaturę do 190 st. i piec kolejne 30-40 minut, aż skóra będzie wyraźnie rumiana.

Warto dodać, że nie tylko kurczę w tym zestawie wychodzi smaczne: pieczony czosnek to żadna nowość, ale bardzo mi pasowały te cząstki pomarańczy...

czwartek, 26 lutego 2015

„Mieć ciastko czy zjeść ciastko”: chyba wiadomo, że to ostatnie. A jeśli już mam jeść coś słodkiego, to chcę, by był to w wyraźny sposób deser: nie wierzę w półśrodki typu „zdrowe” słodycze (nie zrozumcie mnie źle, ciasteczka owsiane bardzo lubię: najlepiej takie z białą czekoladą ;). Podobnie jak w przypadku dekadenckiego śniadania: skoro już zdecydowałam się na słodki płonący omlet o poranku, tj. Suzette, to chcę taki comme il faut, konkretny, z syropem maślanym, podlany alkoholem.

Pomysł z omletem zrodził się w mojej głowie ponad miesiąc temu, podczas wizyty w większym gronie w pewnej warszawskiej restauracji. Dwie osoby zamówiły crêpes Suzette, które zostały widowiskowo przygotowane przy stoliku. W ramach zabawiania gości kelner zaczął nam opowiadać, jak to „naleśniki są bardzo dobre, ale kiedyś mieliśmy w karcie omlet tak przygotowany, dużo smaczniejszy”. Niedługo później zobaczyłam go na blogu Sto kolorów w kuchni, a gdy później przyjechały cytrusy z Sycylii*, nie było na co dłużej czekać.

Z wpisu Kabamaigi podpatrzyłam sam omlet (z małą zmianą), całe danie w tej wersji jest jednak nieco lżejsze od opcji „po całości”, jaką chciałam przygotować. W ramach zgłębiania tematu flambirowania nawet poczytałam Mastering the art... oraz obejrzałam filmik z Julią Child (polecam, bo główna bohaterka jest, jak zawsze, uroczo niedzisiejsza ;). W Julii naleśnikach masła oczywiście jest ilość bardzo konkretna i metoda przygotowania nieco inna, więc choć ściągnęłam od niej zasadę samego flambirowania (a następnie kazałam ją wcielić w życie M), sos pochodzi z Nigella Express. Nie lękajcie się jednak: masło jest wciąż wyraźnie obecne.


Uwaga: bałam się, jak moja patelnia stalowa zareaguje na kwasy owocowe, ale niepotrzebnie – chwila podgrzewania sosu nie uszkodziła patyny.

Składniki (2 porcje):

  • omlet: 2 jaja (białka i żółtka osobno), 2-2,5 łyżki maślanki, 2 łyżki mąki, łyżeczka cukru
  • sos: sok i skórka z 1 dużej/2 małych pomarańczy (wybrałam czerwone), 80g masła (u mnie solone, ew. z zwykłe z hojną szczyptą soli), 35g cukru
  • do podania: 40-50ml Cointreau/Grand Marnier/innego czystego alkoholu (40% lub podobnie – słabszy nie nadaje się do flambirowania) o cytrusowym aromacie, cząstki pomarańczy

Zacząć od przygotowania sosu: połączyć w rondelku wszystkie składniki, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 10 minut, aż całość nieco odparuje i się zagęści. Żółtka wymieszać dokładnie z cukrem, mąką i maślanką na masę przypominającą tłustą śmietankę; białka ubić na sztywno ze szczyptą soli i wymieszać (delikatnie, ale stanowczo) z żółtkami. Rozgrzać na patelni niewielką ilość masła, wylać delikatnie masę. Smażyć ok. 2 minuty z jednej strony i tyle samo z drugiej, podzielić na ok. 4 części. Zalać omlet sosem pomarańczowym, chwilę całość podgrzać na średnim ogniu. Skropić równomiernie alkoholem i ostrożnie podpalić (przyda się długa zapalniczka lub zapałki kominkowe), po czym jeszcze trzymać na ogniu, podlewając ostrożnie sosem (przyda się łyżka z długą rączką, np. sałatkowa – to wskazówka Julii) aż płomień zgaśnie. Podawać od razu, udekorowane cząstkami pomarańczy.

* Głównym powodem zamówienia były gorzkie pomarańcze, z których znów powstał dżem (tym razem ciemniejszy, bo przez chwilę nieuwagi... ach, ten internet... cukier uległ lekkiej karmelizacji ;).


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna