Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: cytrusy

piątek, 30 stycznia 2015

Dobry suflet to, w moim odczuciu, klasa sama w sobie. Te najlepsze - najlżejsze, najbardziej delikatne - do tej pory pamiętam: z kozim serem w Le Gavroche czy z Grand Marnier w Bistro de Paris. Podejście do wytrawnego sufletu już zrobiłam; słodkim zajął się M.

Bazą był ten przepis, z drobnymi zmianami: zamiast Grand Marnier było Cointreau, a jako dodatek (sam suflet nie jest bardzo słodki) - uproszczone zabaglione, tj. kogel mogel. Nie zagotowywaliśmy także masy, bo zgęstniała szybciej (krem cukierniczy, na którym bazuje suflet, można jednak gotować, bo w przeciwieństwie do kremu angielskiego zawiera mąkę). Uwaga: nasz suflet zajął po brzegi dwa średnie naczynia żaroodporne, dlatego wyrósł na kształt grzyba: przy niższym zapełnieniu foremek efekt będzie bardziej elegancki. Można podobno jeszcze skonstruować w każdej misce kołnierz z pergaminu, ale osobiście nie próbowałam.

Składniki (ok. 6-8 porcji*):

  • 1 szklanka (240ml) pełnego mleka
  • 6 jaj, białka i żółtka osobno, w temp. pokojowej
  • 2/3 szkl. (160ml) drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki
  • 2 łyżeczki drobno startej skórki pomarańczowej (ostatecznie - cytrynowej)
  • szczypta soli
  • 1/4 szkl. (60ml) Cointreau lub innego likieru pomarańczowego (bez dodatków, tj. nie śmietankowego/jajecznego)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • na kogel mogel: 4 żółtka i 4 kopiaste łyżki cukru (lub do smaku)

Podgrzać mleko w rondlu (nie do wrzenia, ale ma być gorące). Zestawić z ognia. W mikserze ubić żółtka z połową cukru, mąką, skórką cytrusową i solą, aż masa będzie jednolita i bardzo jasna. Przy wciąż pracującym mikserze wlać do masy powoli mleko.

Zawartość miski przelać z powrotem do rondla i podgrzewać (lub gotować) na średnim lub małym ogniu, mieszając masę trzepaczką, aż wyraźnie zgęstnieje (u nas to nastąpiło przed wyraźnym zagotowaniem). Zdjąć z ognia, dodać likier i wanilię, dokładnie wymieszać. Przelać powstały krem do miski i bezpośrednio na wierzchu umieścić folię spożywczą (by nie zrobił się kożuch). Wystudzić, ew. po wystudzeniu przełożyć do lodówki (jeśli suflet nie będzie pieczony od razu).

Bezpośrednio przed pieczeniem nagrzać piekarnik do 185 st. C. (termoobieg). Wysmarować lekko masłem foremki żaroodporne (można też ostatecznie użyć jednego większego naczynia) i wysypać drobnym cukrem. Z kremu delikatnie ściągnąć folię, masę roztrzepać. Osobno ubić mikserem białka na gęstą pianę, następnie dodać pozostały cukier i ubić na sztywno. Wymieszać delikatnie, ale stanowczo, ok. 1/4 białek z kremem, następnie dodać resztę. Gotowa masa powinna być jednolita, bez widocznych niewymieszanych białek. Przełożyć do wcześniej przygotowanych foremek.

Piec ok. 30 minut, aż suflet będzie wyrośnięty i rumiany z wierzchu, ale wciąż miękki pod spodem. W trakcie pieczenia przygotować kogel mogel, tj. utrzeć żółtka z cukrem na puszysty, jasny sos (ilość cukru dostosować do smaku). Suflet podawać od razu po wyjęciu z piekarnika, każdą porcję polewając łyżką kogla mogla.

* Na dwie osoby zrobiliśmy z połowy, ale były to dwie bardzo dorodne porcje ;).

środa, 24 grudnia 2014

Oto wpis na cito: jeśli macie pod ręką ekologiczne, z trudem zdobyte pomarańcze, a chcecie zrobić z nimi coś innego, niż skórkę pomarańczową do wypieków (choć bardzo polecam!), postąpcie zgodnie z metodą "podczytaną" na Moje Wypieki: zetrzyjcie skórkę z 2 owoców (uważając, by była bez albedo; ew. obierzcie owoce i usuńcie gorzką warstwę nożykiem), włóżcie ją do 0,5l butelki i zalejcie mieszanką 1:1 wody i wódki (do butelki ze skórką powinno wejść po 200ml jednego i drugiego). Odstawcie w ciemne miejsce na co najmniej 7 dni i voila! Ekstrakt pomarańczowy do wypieków zamiast wanilii czy świeżej skórki, ew. marynat (i może napojów?). Butelką można się bawić na zasadzie kuli śnieżnej, z fascynacją obserwując spadające drobinki ;).

Korzystając z okazji: WESOŁYCH ŚWIĄT! Smacznych, spokojnych, bez złości i pośpiechu - choć sama biegnę nakrywać do stołu wigilijnego ;). Do przeczytania po Świętach.

czwartek, 15 maja 2014

Wygląda na to, że aura wiosenna sprawia, że sięgam po inspiracje z Jerusalem (jeśli spojrzeć, kiedy przygotowałam "kolację prawie jak w Jerozolimie"), choć tak naprawdę zaczęło się od paru ekologicznych cytryn (sztuk 3), które chciałam sensownie wykorzystać. Przypomniałam sobie, że Ottolenghi poza cytrynami "szybkimi" proponował przepis na takie dłużej dojrzewające. Swoich kosztowałam po ok. 5 tygodniach, przyjmuje się, że minimum to 4 tygodnie odstawienia. Podaję jak robiłam, tj. proporcje na 3 cytryny.

Marynowane cytryny (dojrzewające)

Składniki:

  • 3 cytryny (eko lub ew. sparzone wrzątkiem i osuszone)
  • 3 łyżki soli
  • gałązka rozmarynu (ew. kilka świeżych liści laurowych)
  • 1 mała papryczka chilli
  • sok z 3 dodatkowych cytryn
  • oliwa

Zacząć od znalezienia odpowiednio szerokiego/pojemnego słoja: miałam standardowy 1 litrowy i choć się nadaje, musiałam cytryny dość mocno ścisnąć/nieco mocniej naciąć. Słoik ma być umyty, wyparzony, osuszony.

Cytryny umyć (opcjonalnie sparzyć), naciąć głęboko na krzyż. Każdą cytrynę nafaszerować łyżką soli, upchnąć ciasno w słoju, zakręcić pokrywkę i odstawić na tydzień (najlepiej w miejscu typu piwnica).

Po tym czasie odkryć słoik i zgnieść cytryny, by wycisnąć z nich możliwie dużo soku Dodać pozostałe składniki (oliwy tyle, ile potrzeba, by zakryć owoce - jest to konieczne, by uniknąć pleśni) i odstawić na co najmniej 4 tygodnie.

Z czym to jeść? Z najróżniejszymi daniami bliskowschodnimi, jak poniższe sofrito; jako dodatek do sałatek, np. posiekana ćwiartka takiej cytryny świetnie pasuje do surówki z buraków; jako dodatek do kanapek, na zasadzie innych marynat. Same cytryny, jedzone solo, nie zachwycają, ale w połączeniu z innymi składnikami - nabierają walorów i, że tak to ujmę, wciągają. Uwaga: wersja szybka była mocno czosnkowa i ogólnie bardziej aromatyczna, mocniejsza w smaku. Te są subtelniejsze, ale jeśli ktoś lubi kwaśne/słone dodatki (a w kraju kwaszonek i kiszonek chyba o to nietrudno ;), polecam.

W temacie tego sofrito... W kuchni Izraela oznacza to specyficzny rodzaj smażenia, czy też właściwie duszenia. Podczas jedzenia skomentowałam, że "nie wiedziałam, że moja Mama znała kuchnię sefardyjską", bo takiego kurczaka duszonego w małej ilości płynu, aż mięso samo odchodzi od kości, znam bardzo dobrze z domu - choć może ciut inaczej doprawionego. U Ottlolenghiego danie było przyrządzane z całego zluzowanego kurczaka, u mnie z 2 (sporych) udek.

Sofrito z kurczaka

Składniki (2 porcje):

  • 2 uda kurczaka
  • ok. łyżki oleju + dodatkowy olej do smażenia
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki (najlepiej wędzonej)
  • 1/8 łyżeczki (lub hojna szczypta) kurkumy
  • jw. cukru
  • pełna łyżka soku z cytryny
  • 1 mała cebula, obrana, podzielona na ćwiartki
  • 12 ząbków czosnku
  • ok. 400g ziemniaków, umytych/obranych, pokrojonych w większą kostkę
  • sól, pieprz

W solidnym rondlu/garnku żeliwnym zrumienić kurczaka na łyżce rozgrzanego oleju. Doprawić papryką, kurkumą, cukrem, szczyptą soli, świeżo zmielonym pieprzem (hojnie) i sokiem z cytryny. Lekko podlać wodą. Skręcić ogień na mały, dodać cebulę, garnek przykryć i dusić łącznie ok. 1,5h. Co jakiś czas mieszać i ew. dolewać wody, gdyby mięso zaczęło przywierać do dna.

W około 1/2 czasu duszenia kurczaka usmażyć ząbki czosnku i ziemniaki. Wg Ottolenghiego należało to zrobić na (stosunkowo) głębokim tłuszczu; ja usmażyłam standardowo. Niezależnie od metody a zależnie od wielkości patelni, trzeba to ew. zrobić na raty; ziemniaki mają się lekko zezłocić i pozostać chrupkie. Osączyć na ręczniku papierowym, posolić. Dodać do kurczaka, któremu pozostało wówczas ok. 30 minut do końca czasu duszenia.

Gotowe danie będzie składało się z miękkiego, odchodzącego od kości mięsa drobiowego i ziemniaków nasączonych sokiem z duszenia. Podawać z dodatkiem czegoś zielonego i skropione sokiem z cytryny lub - polecam! - z dodatkiem powyższych marynowanych cytryn ;) w dowolnej postaci (posiekane, w plastrach, w całości, jak chcecie).

piątek, 02 maja 2014

Zaczęło się od tego, że M - od pewnego czasu fan białych win deserowych - kupił vin santo, na co zareagowałam: "No, to teraz już muszę zrobić biscotti!". Tylna okładka mojego wydania Gastronomy of Italy Anny del Conte to właśnie tradycyjny duet ww. wina i ciasteczek.

Tu mała uwaga o nazewnictwie: guru del Conte podaje właściwie przepis na cantucci, ale w leksykonie stosuje wymiennie tą nazwę z określeniem biscotti. Znalazłam opinie, że biscotti to szersze pojęcie a prawdziwe cantucci muszą zawierać migdały, ale niedawno kupiłam paczkę herbatników o tej nazwie bez migdałów, za to z dodatkiem orzechów laskowych... Potem się doczytałam, że cantucci to tzw. biscotti di Prato (Prato to miejscowość w Toskanii). Ogłupiała spytałam "naszego człowieka w Toskanii", tj. autorkę bloga Moja Toskania, o co właściwie chodzi. Dowiedziałam się, że choć tradycyjne cantucci są z Prato i migdałowe, obecnie spotyka się nawet takie z truflami ;) i innymi bardziej klasycznymi dodatkami deserowymi (typu czekolada). Żeby jednak uniknąć dyskusji typu "te kremówki to napoleonki" czy "ta tarta to nie tarta", wolę przyjąć bardziej pojemne określenie, tj. uważam, że upiekłam biscotti :). Bazowałam jednak na przepisie z Nigellissima na ciasteczka z żurawiną - u mnie są ze zmienionymi dodatkami (inne orzechy, skórka pomarańczowa).

Składniki:

  • 1 jajo
  • 75g drobnego cukru
  • 2 łyżeczki skórki otartej z pomarańczy
  • 125g mąki
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej (lub szczypta cynamonu)
  • 2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • ok. 75g orzechów włoskich, lekko rozdrobnionych

Ubić jajo z cukrem na kogel mogel. Dodać pozostałe składniki poza bakaliami, wymieszać do połączenia składników, na koniec delikatnie wmieszać bakalie. Przełożyć masę na omączony blat (ciasto jest dość lepkie, ale takie ma być) i uformować bochenek a la ciabatta. Ułożyć na blaszce wyłożonej pergaminem/matą do pieczenia i piec ok. 25/30 minut w 180 st. C. (u mnie z termoobiegiem), aż "bochenek" się lekko zezłoci (uważać, żeby nie przepiec; na mój gust ciasteczka na zdjęciu* w książce są nieco przypalone ;).

Przełożyć na kratkę na ok. 5 minut i pokroić nożem z piłką na ok. 1cm kawałki (powinno ich wyjść ok. 16-17, włącznie z piętkami). Kawałki ułożyć na blaszce i piec kolejne 5 minut. Wystudzić przed jedzeniem.

Ciasteczka są dość twarde (ale uwaga, nie jak kamień - z czym się już spotykałam w przypadku biscotti) i maczanie w jakimś napoju jest wskazane. Nie jestem jednak pewna, czy od vin santo nie wolę po prostu kawy ;). Wino mi owszem, smakuje (w klasie win deserowych, których z rzadka się mogę napić), ale przynajmniej to, które kupiliśmy, jest mało aromatyczne, żeby nie powiedzieć, że nie ma w ogóle aromatu (a dobry tokaj** mogę wąchać godzinami). Jeśli ktoś jednak koniecznie zapragnąłby połączyć jedno z drugim, sugeruję wybranie naczynia do picia o odpowiednio szerokim otworze, by ciasteczko swobodnie można było maczać.

* Warto dodać, że ogólnie zdjęcia w książce Nigelli są dość specyficzne (a przynajmniej - nierówne), choć oczywiście koszmarków w duchu lat 80-tych ze wspomnianej Gastronomy of Italy nie przebiją.

** Ciekawa jestem, czy ktoś oglądał film Dean Spanley, w którym bohater grany przez Sama Neilla robi dość niezwykłe rzeczy pod wpływem tokaju?

poniedziałek, 07 kwietnia 2014

Niedawno skusiłam się na ekologiczne pomarańcze sycylijskie (o których wspominałam przy okazji pomarańczy gorzkich). W ramach swojego przydziału dostałam pewną ilość słodkich pomarańczy czerwonych i kilka cytryn (z których coś dojrzewa w piwnicy ;). Część owoców przerobiłam na...

Curd z czerwonych pomarańczy zrobiłam tak, jak cytrynowy, wykorzystując 250ml soku, odpowiednio zwiększając ilość jaj i masła, ale cukru na tą ilość dałam proporcjonalnie mniej, tj. 120g. Skórki użyłam dość dużo, bo z 3 owoców. Zaskoczona byłam tym, że kolor wyszedł jak jogurt pomarańczowy, czyli ładny, ale dość blady.

Co zrobić z tym fantem, tj. kremem?

- można go zjeść jak poniżej - z ciastem drożdżowym, np. tym;

- przełożyć nim biszkopt;

- jeść z chlebem, zwłaszcza tostami, na śniadanie;

- użyć jako nadzienia dla tarty kruchej (lub tartaletek):

Ciasto kruche lekko słodkiez przepisu na tartę rustykalną przygotować, schłodzić, rozwałkować na foremkę ok. 27-28cm (najlepiej z wyjmowanym dnem i/lub powłoką nieprzywierającą - w przypadku bardziej tradycyjnego naczynia można dno wyłożyć papierem do pieczenia przyciętym na wymiar) lub odpowiednią ilość tartaletek, schłodzić. Piec na ślepo (z obciążeniem) ok. 12-13 minut w 190 st. C (termoobieg) plus już bez obciążenia tyle, by ciasto wyraźnie się zrumieniło. Tartaletki wystarczy piec nakłute, bez obciążenia.

Spód wystudzić i najlepiej od razu (może być jeszcze letni) usunąć z foremki - tu przyda się ruchome dno, ale i przy tradycyjnej delikatne, cierpliwe i dokładne podważenie brzegów powinno zadziałać. Można oczywiście zostawić ciasto w foremce, ale schłodzone w lodówce z curdem będzie się ciężko kroiło, chyba, że było pieczone z papierem - mówię z własnego doświadczenia. Wyjmowanie z  foremek dotyczy także tartaletek.

Spód przełożyć na talerz/paterę, napełnić kremem, schłodzić już w lodówce. Tuż przed podaniem pokroić jak najcieniej pomarańcze - można zostawić skórkę - tylko umyte, jeśli eko, lub sparzone, jeśli innego pochodzenia. Pestki usunąć. Pomarańcze ułożyć na kremie; ile użyjecie, zależy od Was: na pierwszym zdjęciu widać 2 pokrojone owoce, na tym poniżej - tylko jeden.

Ew. resztki tarty przechowywać w lodówce. Wyjmować ok. 10-15 minut przed planowanym jedzeniem (czyt. krojeniem).

PS. Zapomniałam o recenzji kremu: gdybym miała wybierać, wolę curd z kwaśnych owoców (cytryny czy limonki), ale pomarańczowy to także miła odmiana.

piątek, 28 lutego 2014

Gorzkie pomarańcze, czyli te najlepsze na marmoladę ze skórką: marzenie ściętej głowy, jednorożec lub efemeryda. Próbowałam je kilka lat temu ściągać z Francji (bezskutecznie). Usiłowałam także zastępować mieszanką pomarańczy i innych cytrusów (limonek lub grejpfruta). Jednak teraz, po zdobyciu tego skarbu, mogę powiedzieć: to nie było to, i jeśli robić dżem, konfiturę czy marmoladę pomarańczową, to właśnie z tych owoców. Nie mówię, że inne przetwory nie będą smaczne, jednak słowa M: „Szacun. Najlepszy jaki zrobiłaś” (plus wylizywanie talerzyka w tle) o czymś świadczą. Bo też uważam, że to najlepszy dżem pomarańczowy, jaki zrobiłam ;).

Skąd je wziąć? Skorzystałam z pośrednictwa In campagna, firmy od dawna zachwalanej, nie tylko przez kulinarków. Co do samego przetworu, chciałam możliwie jak najprościej, bez dodatków, które mogłyby przyćmić dobry produkt. Przepis i metoda – jak przy moich poprzednich cytrusowych dżemach, Nigelli z Domestic goddess, i tym razem włącznie  z obgotowywaniem pestek (dodatkowe pektyny), ale zmieniłam trochę proporcje: mniej cukru, zgodnie z własnymi upodobaniami, i mniej soku z cytryny. Jeśli przypadkiem dorwiecie gorzkie pomarańcze, bardzo polecam. Warto dodać, że te owoce nie nadają się* do jedzenia na surowo.

Składniki: 1,9kg gorzkich pomarańczy, 1,7kg cukru, sok z 2 cytryn

Pomarańcze zalać wodą w dużym garnku/garnkach (wody ma być tyle, by mogły się unosić), zagotować, skręcić ogień na średni i gotować 2h. W razie konieczności wodę uzupełnić. Owoce odcedzić, zostawiając trochę wody z gotowania, lekko wystudzić i drobno posiekać całość, wybierając jednocześnie pestki, które odkładamy do małego rondelka.

Pokrojone owoce umieścić w dużym garnku o grubym dnie. Pestki zalać wodą z gotowania, zagotować, gotować 5 minut. Odcedzony płyn z pestek dodać do pomarańczy, razem z cukrem i sokiem z cytryny. Podgrzewać całość na małym ogniu, aż cukier się rozpuści, potem podkręcić ogień i zagotować. Gotować na średnim ogniu 25-30 minut. W połowie czasu gotowania sprawdzić stopień słodyczy. Gotowy dżem powinien być szklisty i dość gęsty.

Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i spasteryzować (u mnie 15 minut w piekarniku włączonym na 160 st. C + drugie tyle w wyłączonym, potem słoiki odwrócone do góry dnem do zassania).


* Są jadalne, ale nieszczególnie smaczne (tak, sprawdziłam ;).

niedziela, 02 lutego 2014

Wyobraźmy sobie, że macie czerstwe ciasto drożdżowe. Oczywiście, można je przerobić na pudding chlebowy, można jednak wybrać coś szybszego i mniej deserowego. Chleb smażony to żadna nowość, ale jednak zazwyczaj wykorzystywałam do tego celu pieczywo niesłodkie. Czemu jednak nie, zwłaszcza, że wówczas można zrezygnować z dosładzania sosu? Zainspirowane przepisem na chleb pomarańczowy z Nigella Express, ale u mnie właśnie z resztek tzw. babucha, z sosem pomarańczowo-borówkowym. Brusznicę jako słodki dodatek jeszcze raz pokażę za kilka dni...

Składniki:

  • 4 kromki czerstwego ciasta drożdżowego (ew. chałki, brioszki itd.)
  • 2 duże jaja
  • 100ml mleka
  • skórka starta z pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy (najlepiej czerwonej)
  • ok. 4 łyżek borówki brusznicy (dżemu z ww.)
  • masło lub mieszanka masła i oleju (ok. 2 łyżek)

Jaja roztrzepać z mlekiem i skórką startą z pomarańczy, przelać do płaskiego a szerokiego naczynia, zanurzyć w mieszance chleb, moczyć ok. 2-3 minuty na stronę. Borówki wymieszać z sokiem pomarańczowym, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować jeszcze ok. 3 minut. Namoczone, osączone kromki ciasta smażyć na rumiano, obustronnie, na maśle na średnio rozgrzanej patelni. Podawać od razu, polane gorącym sosem.

czwartek, 21 listopada 2013

"Zbieracie skórki dla babci?" pytała zimą teściowa, a my z M albo coś niewyraźnie mamrotaliśmy (co oznaczało, że zapomnieliśmy), albo ochoczo przytakiwaliśmy (że w zamrażarce leży zapełniana stopniowo siatka). Mowa oczywiście o skórkach pomarańczowych, które wracały do nas w postaci słoików pełnych słodkich, kandyzowanych kwadracików - do wzbogacania masy na sernik, do makowca, do Christmas Cake... Gdy Babci K. już nie ma, trzeba przejąć pałeczkę.
Co do cytrusów: przyjmuję, że są osoby, które mają dostęp do ekologicznych (raczej w dużych miastach), ale większość raczej nie ma. Wiem, że jest możliwość zakupów wysyłkowych w sezonie, ale z różnych powodów (logistyka, wielkość i wartość minimalnego zamówienia) też nie każdego to urządza (i ja np. też się jeszcze na to nie zdecydowałam, choć może w końcu nastąpi ten pierwszy raz ;). Przyjmuję jednak, że skórki można dokładnie sparzyć wrzątkiem, plus dodatkowo praktyczną metodą, praktykowaną, jak opisałam powyżej, od dawna, jest zbieranie materiału stopniowe i mrożenie. Gotowa skórka świetnie nadaje się na prezent świąteczny.

Składniki: 1 litr skórek pomarańczowych - w idealnym świecie ekologicznych, w pozostałych wariantach sparzonych i świeżo obranych lub rozmrożonych, 2 szklanki* cukru, woda

* 240ml

Skórki obkroić z albedo małym, ostrym nożykiem - to potrwa, więc warto uzbroić się w cierpliwość i najlepiej zapewnić dodatkową rozrywkę (dobre towarzystwo lub film lecący w tle). Oczyszczone skórki pokroić w drobną kostkę, umieścić w garnku o grubym dnie, zasypać cukrem i podlać lekko wodą (ok. 4-5 łyżek). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 1h, co jakiś czas delikatnie mieszając, podlewając wodą w razie konieczności. Uważać, by nie przypalić i by nie gotować za długo, bo skórka będzie twarda. Przekładać do niewielkich słoików (z podanych ilości wyjdzie ok. 3 x 200ml). Opcjonalnie można krótko spasteryzować.

Właśnie się doczytałam, że z albedo można wytworzyć własną pektynę - nie próbowałam, ale może to dobry pomysł, jeśli ktoś regularnie korzysta ;)?

niedziela, 14 kwietnia 2013

Są książki kucharskie lub okołokulinarne, które sprawiają, że nie tylko mam ochotę czym prędzej coś ugotować według zamieszczonych przepisów, ale i pojechać tam, skąd pochodzą dania i/lub autor. Tak jest w przypadku Jerusalem autorstwa izraelsko-palestyńskiego tandemu Ottolenghi/Tamimi (prowadzącego restaurację i sieć delikatesów w Londynie). Wcześniej miałam w ręku tylko ich Plenty (dzięki jednej Gospodarnej pani), które mi się raczej podobało, ale nie aż tak. Jerusalem zaś od razu do mnie trafiło - i te kolorowe przepisy, i zdjęcia z targów, i rozdziały "ogólne", pełne anegdot. Przypomniały mi się także jerozolimskie opowieści Basi i mojej koleżanki Madzi, sama bowiem tam jeszcze (zaznaczam, jeszcze) nie trafiłam... Książka powinna przypaść do gustu wegetarianom lub szerzej pojętym miłośnikom warzyw, choć mięsa i ryby też się znajdą. Wbrew pozorom, składniki nie są trudne do skompletowania, zwłaszcza w dobie internetu - choć, oczywiście, znaczna część jest sezonowa.

W miniony weekend uznałam, że skorzystam z tych kolorów i lekkich smaków, by przegonić zimę. Chyba zadziałało - choć pada teraz deszcz, to chyba wreszcie mamy wiosnę. Wypadałoby się więc podzielić tymi przepisami...

Uwaga: właściwie wszędzie występuje mielony kumin. Ja kupuję tylko takiego w całości, po prostu wcześniej rozdrabniam go w moździerzu.

Sałatka z pęczaku i natki pietruszki

Uwaga: przy tej sałatce pokombinowałam i z proporcjami (np. kaszy) i składnikami.

Składniki: 40-50g pęczaku, 75g fety (ser fetopodobny też ok), 40g natki pietruszki (mniej więcej mały pęczek), 1 mała szalotka (ew: dymka, ze 2 sztuki), 1/2 czerwonej (lub innej ulubionej) papryki, 20g nasion słonecznika, pinioli lub orzechów arachidowych, 1 rozdrobniony ząbek czosnku, ok. 2-2,5 łyżek oliwy, 1/2 łyżeczki za'ataru, 1/4 nasion kolendry, 1/8 łyżeczki mielonego/roztłuczonego w moździerzu kuminu, 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego, sok z cytryny, sól, pieprz

Pęczak ugotować (lub wykorzystać jakieś resztki z obiadu). Fetę pokruszyć na kawałki ok. 2 cm, wymieszać w niewielkiej misce z łyżką oliwy, kolendrą, kuminem i za'atarem. Odstawić. Natkę posiekać dość drobno, podobnie jak szalotkę i paprykę - wymieszać, dodać pęczak, orzechy/pestki, czosnek, ziele angielskie i pozostałą oliwę. Połączyć składniki, doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Przed podaniem umieścić na wierzchu fetę wraz z oliwą i przyprawami.

 

Marynowane (kiszone) cytryny (tzw. szybkie i łatwe ;)

Uwaga: wg książki wychodzi cytryn aż 1,5 litra, moim zdaniem maksymalnie 1 litr. Robiłam z 1/2 porcji i uzyskałam ok. 400ml.

Składniki: 3 cytryny (sparzone wrzątkiem), 3 łyżki soku z cytryny, 1/2 długiego chilli (z pestkami), 35g cukru, 1/2 łyżki soli morskiej, 1 ząbek czosnku (zmiażdżony, może być też np. przekrojony na 1/2 lub 4 części), łyżeczka słodkiej papryki (u mnie wędzona), 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki mielonego kuminu

Cytryny przekroić na 1/2 wzdłuż, następnie pokroić możliwie cienko w poprzek. Chilli zmiażdżyć w moździerzu z sokiem z cytryny. Wymieszać wszystkie składniki w misce, przykryć, odstawić na noc w temp. pokojowej (najlepiej w takim miejscu, gdzie Was nie będzie drażnił zapach). Następnego dnia przełożyć do czystego słoja/szczelnego pojemnika. Przechowywać w lodówce do ok. 2 tygodni. Podawać jako dodatek do dań.

Gdybyście szukali pomysłów, z czym jeść cytryny, polecam taką oto kanapkę: avocado, cytryny, feta, trochę suszonej mięty (lub świeżej, jeśli ktoś posiada).

Falafel(ki)

Składniki (dla ok. 3-4 osób, w zależności od dodatków): 250g ciecierzycy, namoczonej na noc, 80g drobno posiekanej cebuli (mniej więcej 1 średnia), 1 zmiażdżony ząbek czosnku, łyżka posiekanej natki pietruszki, 2 łyżki kolendry, jw. (jeśli nie macie, jak ja, dajcie więcej pietruszki), 1/4 łyżeczki pieprzu kajeńskiego/chilli w proszku, 1/2 łyżeczki mielonego kuminu, 1/2 łyżeczki mielonej kolendry, 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 3/4 łyżeczki soli, ok. 5 łyżek wody, 1 1/2 łyżki mąki, ok. 1 litra oleju do smażenia na głębokim tłuszczu, 1/2 łyżeczki nasion sezamu na posypkę

Ciecierzycę namoczyć na noc. Następnego dnia połączyć z cebulą, czosnkiem, natką i kolendrą. Zmielić całość dwukrotnie w maszynce do mięsa, ew. przepuścić na raty przez malakser. Dodać przyprawy i pozostałe składniki (poza olejem do smażenia i nasionami sezamu ;), dobrze wymieszać. Schłodzić w lodówce przynajmniej 1 godzinę.

Przygotować garnek do smażenia na głębokim tłuszczu, ew. frytkownicę, rozgrzać olej do 180 st. C. Z masy formować dłońmi, ew. łyżką, małe kotleciki wielkości orzecha włoskiego, delikatnie posypywać sezamem. Smażyć partiami, ok. 4 minut (powinny się mocno zrumienić). Osączać na ręczniku papierowym przed podaniem. Jeść ciepłe, choć zimne resztki (jeśli się uchowają) są także bardzo smaczne.

Sos z tahiny

Składniki: 75g tahiny (wymieszanej wcześniej w słoiku), 60ml (4 łyżki) wody, 1 rozdrobniony ząbek czosnku, sok z cytryny i sól do smaku

Wszystkie składniki połączyć za pomocą np. małej trzepaczki, doprawić do smaku. Podawać do potraw z grilla lub smażonych, surowych warzyw. Przechowywać w lodówce do ok. tygodnia.

Wasze smaki, czy niekoniecznie? Ja niecierpliwie czekam na lato, by wypróbować przepisy z udziałem bobu czy bakłażanów...

piątek, 29 marca 2013

Nie będzie o jajach. Będzie o wyjątkowo łatwym i - o dziwo - bezjajecznym cieście, którego nie nazwę wypiekiem, bo... się go nie piecze. Najbliżej mu do lekkiego sernika czy śmietanowca - może więc świetnie się nadać jako deser awaryjny dla tych, którym ciasta nie wychodzą lub którym sernik wielkanocny się nie uda/spadnie na podłogę/zostanie zjedzony przez zwierzę domowe*. Latem widzę go na stole w ogrodzie, w towarzystwie świeżych porzeczek czy malin... a zamiast limonek można z powodzeniem użyć cytryn. Krem pasowałby też do deserów typu trifle czy do przekładania niezbyt słodkich blatów czekoladowych. Poziom trudności - jak dla przedszkolaka, tylko trzeba mieć mikser (choćby ręczny).

Mowa o (key) lime pie z "Domestic goddess" Nigelli Lawson. Autorka podaje dwa przepisy - jeden ortodoksyjny, żółtkowy, drugi - ten, którym się inspirowałam. Ze zmian: trochę inne proporcje śmietanki do mleka (bo ta śmietanka, którą kupuję, występuje w opakowaniu 250ml ;) a także zmiany w spodzie (bo ten wg przepisu ma moim zdaniem ciut za mało masła i się bardzo kruszy). Opcjonalnie można by użyć kruchego spodu, wypieczonego wcześniej na brąz i schłodzonego.

Składniki:

  • 200g ciasteczek digestive (ew. innych mało słodkich), rozdrobnionych na okruchy
  • 80g stopionego lub bardzo miękkiego masła
  • 450g słodzonego mleka skondensowanego, schłodzonego
  • 250ml śmietanki kremówki, schłodzonej
  • sok i skórka z 4 limonek (ew. cytryn)

Okruszki z ciastek dokładnie wymieszać (ręcznie lub w malakserze) ze stopionym masłem (lub wetrzeć w nie miękkie), aż całość będzie przypominać wilgotny piasek. Wyłożyć masą dno + do połowy ścianki tortownicy 23-24 cm**, schłodzić w lodówce.

W dużej misce ubić śmietankę, mleko, sok i skórkę z limonek na gęsty krem. Wyłożyć na schłodzony spód, wyrównać. Dobrze schłodzić (moim zdaniem - przynajmniej 10-12h). Przechowywać w lodówce.

Korzystając z okazji: Wesołych Świąt - smacznych i bez incydentów kulinarnych, chyba, że zamierzonych ;).

* Co dwa lata temu się przydarzyło z jedną babą Neli na ok. godzinę przed przybyciem gości w niedzielę wielkanocną. Na szczęście upiekłam dwie te baby...

** Ew. można użyć głębszej foremki na tarty, idealnie: z wyjmowanym dnem.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna