Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: cytrusy

piątek, 26 listopada 2010

Poprzednią konfiturę dawno zjedliśmy. Gromadząc składniki do Christmas cake przypomniałam sobie o braku marmolady i uznałam, że warto zrobić kolejne podejście. Tym razem zmieszałam grejpfruty i pomarańcze. Kolor wyszedł lepszy, niż w poprzedniej konfiturze (jakby nie patrzeć, zielony + pomarańczowy = niekoniecznie ładny odcień, zwłaszcza z czasem), a udało mi się uzyskać smakowo substytut gorzkich pomarańczy.

Składniki:
  • 1 biały grejpfrut (ok. 300g),
  • 4 słodkie bezpestkowe pomarańcze (łączna waga wszystkich owoców wyniosła niewiele ponad 1kg),
  • 500-600g cukru

Owoce umyć, zalać wodą w dużym rondlu, by mogły swobodnie pływać w wodzie, zagotować. Gotować na niewielkim ogniu 2 h; w razie potrzeby dolać wody.

Owoce odcedzić, wystudzić, i posiekać drobno (tak, jak są, ze skórką - koniecznie!). Duże pestki grejpfruta można usunąć, jeśli wam się to uda. Ja robiłam to nożem kolebkowym (siekaczem). Starać się zachować jak najwięcej soku, choć nie jest to łatwe. Pokrojone cytrusy umieścić w rondlu z wylewką/grubym dnem, podgrzać, zasypać cukrem (można zacząć od mniejszej ilości i potem zweryfikować smak), wymieszać i pomału zagotować. W parę minut po zagotowaniu sprawdzić smak - ja wsypywałam cukier stopniowo, kosztując stale, i wyszło coś pomiędzy 500 a 600g. Gotować na wolnym ogniu ok. 20 minut, mieszając co jakiś czas, aż całość zgęstnieje. Gotową masę przełożyć do umytych, wyparzonych słoików. Spasteryzować - ja robiłam to jak zwykle w piekarniku, wstawiając do blaszki z wodą na 15 minut w 160 st. i zostawiając w wyłączonym piekarniku na kolejne 10-15 minut. Słoiki odstawiłam potem do góry nogami do zassania. Uzyskałam ok. 1 litra konfitury.

Bardzo cytrusowa, z lekką nutą goryczy, słodko-kwaskowata, z dużą ilością skórki. Na chleb lub do wypieków. A to wszystko dlatego, że...

czwartek, 07 października 2010

Zaczął się ciężki czas. Wokół piętrzą się kartony, a my kaszlemy z M od kurzu. Pakujemy się tak, jak nigdy dotąd, bo przed nami Wielka Przeprowadzka. Przez jakiś czas mogę rzadziej być na blogu, lub też prezentować na nim tylko potrawy szybkie, łatwe i najlepiej jednogarnkowe ;) (bądź zachomikowane - takich mam kilka). Dzisiejsze przepisy są z kategorii "szybkie i łatwe", plus jeden to tzw. przypominajka*, a do ich przygotowania nie trzeba mieć ciężkiego AGD.

Zresztą... jak mam być szczera, żaden ze mnie cukiernik nawet w najbardziej komfortowych okolicznościach przyrody. Nie mam cierpliwości ani serca do skomplikowanych wypieków czy deserów, nie lubię też ich jeść. Jak to ujął dzisiaj M, jedząc ciasto czekoladowe (patrz niżej): "Jakbym lubił torty, to bym je piekł".

Pierwsza propozycja to ciasteczka kruche, na bazie przepisu "1-2-3", ale z tzw. upgrade'em, czyli...

Składniki: 150g mąki, 50g drobnego cukru, 100g masła, skórka starta z 1 cytryny, ok. 50-60g rodzynek (namoczonych ok. 30 min wcześniej w gorącej wodzie i/lub rumie i dobrze osączonych, lub pochodzących z magicznego słoika, o którym wspominałam, i także osączonych), ok. 3-4 łyżek wody z dodatkiem soku z cytryny, opcjonalnie: gruby cukier do posypki

Mąkę i cukier wymieszać, wetrzeć w nie posiekane zimne masło, aż masa będzie przypominać okruchy. Dodać skórkę z cytryny, wymieszać, dodać rodzynki. Dodawać stopniowo zimną wodę, do której wcisnęliśmy trochę soku z cytryny, zagniatając ciasto, aż będzie jednolite i sprężyste. Zawinąć w folię , uformowane albo w wałek, albo okrągły placek, i umieścić w lodówce na co najmniej 30-40 min. Po tym czasie albo z wałka odkrawamy ok. 0,5 cm plastry, które układamy na blaszce wyłożonej pergaminem, albo placek wałkujemy i wycinamy z niego dowolne kształty. Ciasteczka można posypać lekko grubym cukrem przed pieczeniem. Pieczemy w 200 st. C. ok. 12 -13 minut (warto zaglądać, czy się za bardzo nie przypiekają, co miało miejsce z moimi).

Bardzo przyjemna, lekko słodka propozycja. Innym ciastem, które można szybko i łatwo (przygotowanie trwa ok. 10 minut) zrobić jest awaryjne ciasto czekoladowe, o którym znowu zapomniałam. Przypomniał mi o nim M, gdy jadłam 2 tygodnie temu tort Sachera** w Grazu: "To przypomina to ciasto, które robiłaś z powidłami..." I tak kilka dni temu szybko wymieszałam w misce stopioną czekoladę, słoik zdobycznego dżemu z borówki amerykańskiej i resztę składników. Wyszło zaskakująco lekkie i ogólnie o bardzo dobrej relacji pracy kucharza do uzyskanych efektów ;). Warto się z nim zapoznać.

* Albo recykling.

** Jadłam go kiedyś, jako dziecko, i mi nie smakował. Tym razem przeżyłam pozytywne zaskoczenie: przede wszystkim, mało przypominał tort, a bardziej - moim zdaniem - piernik. Ewentualnie awaryjne ciasto czekoladowe w wariancie powidłowym ;)

sobota, 24 lipca 2010

Z jednej strony, z cytrusami kojarzy mi się raczej zima, zwłaszcza para: Boże Narodzenie i pomarańcze (o czym pisałam w jednym z pierwszych postów na tym blogu). Z drugiej strony, chyba najwięcej cytryn i limonek zużywam latem - do napojów, do doprawiania ryb i drobiu, do deserów - bo są orzeźwiające i pasują do lekkich dań. Takich, jak poniższe placuszki, które znalazłam w książce Sophie Dahl (Miss Dahl's voluptuous delights) i trochę, z konieczności, zmodyfikowałam. Idealne na letnie śniadanie w ogrodzie lub na balkonie.

Składniki (dla 4 osób, u mnie równo z 1/2 składników dla 2): 225g ricotty lub, u mnie, zwykłego twarogu, 2 jaja, 125 ml mleka (u mnie chudego, u Sophie półtłustego), 60g mąki (u Sophie orkiszowej, u mnie pełnoziarnista, drobnomielona Lubella), łyżeczka proszku do pieczenia, łyżka płynnego miodu lub dowolnego cukru (u Sophie syrop klonowy lub z agawy), 2 łyżeczki skórki z cytryny (nie cackałam się i starłam mniej więcej z 1/2 cytryny), 2 łyżeczki oleju (u mnie masła)

Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Żółtka rozetrzeć w misce z twarogiem i mlekiem, dodać mąkę, proszek i miód/syrop/cukier. Białka ubić na pianę, delikatnie domieszać do reszty, dodać skórkę z cytryny. Na patelni rozgrzać olej lub masło i smażyć małe placuszki (po kopiastej łyżeczce) na złoto-brązowy kolor (u mnie bardziej brązowy ;) ok. 1-2 minuty na stronę (widać, że są gotowe do odwrócenia, jeśli jest dużo pęcherzyków i brzeg stały - jak przy innych pankejkach/blinach). Masa jest bardzo delikatna i większe placuszki będą b. trudne do odwracania/przenoszenia (ja nawet z niektórymi małymi miałam problemy), więc warto być cierpliwym i usmażyć więcej mniejszych. Podawać od razu, z dodatkiem jogurtu naturalnego lub twarożku i miodu, bądź z owocami/domowymi przetworami.

Miłośnicy wszelkich naleśników, racuszków, pankejków itd. nie będą zawiedzeni. Te są leciutkie, delikatnie cytrynowe. I nie, te na zdjęciu powyżej nie są spalone, tylko mocno wysmażone ;)

Druga cytrusowa propozycja to lody limonkowe, znów w wykonaniu domowego lodziarza (M). Przepis taki, jak tu (z 1/2 porcji, czyli z 5 żółtek), z tą różnicą, że z pominęciem wanilii, a z dodatkiem - domieszanym na sam koniec, do lodów już schłodzonych w maszynce do lodów - skórki i soku z 2 limonek. Gotowe lody warto wyjąć z zamrażarki do lodówki na 15 minut przed planowanym spożyciem. Jeśli chodzi o smak, to sczerze powiedziałam M, że to jedne z lepszych lodów, jakie do tej pory zrobił - gęste, śmietankowe, ale z mocną nutą cytrusową. Idealne na lato.

czwartek, 15 lipca 2010

Majana, gospodyni lipcowej, wakacyjnej Piekarni, zaproponowała nam bułeczki cytrynowe, które okazały się de facto brioszkami, i to naprawdę pysznymi - chyba jednymi z najlepszych, jakie zrobiłam. Zniknęły w tempie błyskawicznym (przeżyłam przykre rozczarowanie rano, otwierając chlebak*). Fakt, że robiłam je, gdy jeszcze trwał mundial, ładnie pasuje do kształtu gotowych bułeczek - nie przypominają Wam w całości piłki nożnej :)? Poniżej przepis za Majaną.

* M: "Bo za mało zrobiłaś".

Składniki:

Ciasto:
*300 g mąki (u mnie mieszanka zwykłej i chlebowej i ok. 2-3 łyżki więcej, bo ciasto było b. kleiste)
*6 g drożdży świeżych (lub 1 łyżeczka drożdży instant)
*100 ml mleka
*60 g cukru
*60 g rozpuszczonego i ostudzonego masła
*2 jajka
*skórka starta z 1 cytryny
*3/4 łyżeczki soli

Do posmarowania i posypania: 1 jajko, płatki migdałów, mak (wszystko pominęłam)

Mąkę przesiać (pominęłam), zrobić w niej wgłębienie. Wkruszyć drożdże i rozpuścić je w części mleka wymieszanego z 1 łyżeczką cukru. Pozostawic na 5 minut. Po wyrośnięciu zaczynu dodać resztę składników, mleko wlewać stopniowo. Wyrabiać ok. 10 min, aby uzyskać miękkie, elastyczne ciasto. Pozostawić do podwojenia objętości na 2-2,5 h.

Wyrośnięte ciasto położyć na blacie, delikatnie nacisnąć, by odgazować i podzielić na 9 (u mnie więcej) części. Z każdej uformować bułeczkę i ułożyć je obok siebie w wysmarowanej masłem blaszce o średnicy 20 cm. Przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrastania (około 1,5 godziny - u mnie krócej, ok. 50 min). Bułeczki posmarować jajkiem wymieszanym z łyżeczką wody, posypać płatkami migdałów (można kruszonką) (pominęłam, tylko spryskałam lekko wodą).

Piekarnik nagrzać do 200 st C, wstawić wyrośnięte bułeczki i piec ok. 25 minut (ja moje nakryłam w ok. połowie czasu folią, bo nie chciałam by się za bardzo zrumieniły). Ostudzić na kuchennej kratce.

Na zdjęciu powyżej ciepła, oderwana brioszka i ciepła konfitura porzeczkowa.

poniedziałek, 05 lipca 2010

Ostatnio zastanowiłam się, ile kuchnia w moim domu zawdzięcza Nigelli Lawson. Cóż, trudno ocenić, ale z pewnością - bardzo wiele. Rozważania te snułam nad szklanką lemoniady z zmiksowanych całych cytryn, podobnej do mojej bazyliowej, a która powstała na bazie przepisu w Forever Summer.

Składniki: Na każdą szklankę wody - 1 cytryna/limonka i 1-1,5 kopiasta łyżka cukru, blender
Cytrynę pokroić na ćwiartki, wykroić miąższ ze skórek (najłatwiej  najpierw naciąć przy skórce). Wrzucić do blendera, zasypać cukrem. Odstawić na kilkanaście sekund, zalać wodą, opcjonalnie dodać kilka kostek lodu. Zmiksować. Podawać schłodzone.

Inną rzeczą, za którą będę NL dozgonnie wdzięczna, jest, obok kruchego maślankowego, ciasto francuskie dla idiotów. Za każdym razem, gdy je robię - co nie zdarza się często - myślę sobie, jakie to bajecznie proste i doprawdy powinnam częściej praktykować. Przepis podawałam tu, zaś tym razem zrobiłam z niego tartaletki do podjęcia gości na obiedzie. Łatwe, bezforemkowe, kreatywne małe co nieco.

Składniki: ciasto francuskie (wg podanego przepisu lub 1 opakowanie gotowego), dowolne dodatki na wierzch (suszone pomidory, ser kozi/żółty, szynka, cukinia, musztarda, sos pomidorowy, zioła świeże lub suszone itd., itp).

Piekarnik nagrzewamy do 200 st. C (190 termoobieg). Gotowe ciasto rozwałkowujemy, wycinamy krążki szklanką lub wykrawaczką. Układamy dowolne dodatki na wierzchu każdej tartaletki, zostawiając ok 1 cm margines, np. musztarda - szynka - plasterek cukinii - suszone pomidory w płatkach. Warto pamiętać, by nie nadmiernie obciążać ciasto, bo wówczas tartaletki się ładnie nie napuszą. Brzegi posmarować roztrzepanym żółtkiem.  Tartaletki układać na blaszkach wyłożonych pergaminem. Piec ok. 15 minut. Podawać najlepiej ciepłe/ciepławe, w kilka lub kilkanaście minut po wyjęciu z pieca (na zimno też można, ale jednak tracą trochę ze swoich walorów).

A niedługo powinno być jeszcze coś zainspirowane panią Czarnuszką ;)

wtorek, 04 maja 2010

Pewna dobra dusza przywiozła mi z Londynu Jamie Magazine, w którym (nr luty/marzec) zobaczyłam ten syrop i od razu pobiegłam do kuchni go zrobić. Ponieważ przepis zawierał tylko składniki, bez proporcji, zrobiłam wg własnego widzimisię, i muszę zaznaczyć, że w tym wariancie imbir czuć stosunkowo mało, za to mięta jest wyraźna. Następnym razem zwiększę ilość imbiru, bo że zrobię ponownie, to pewnik. Szczególnie, że wierzcie czy nie, ale jest wiosna i idzie lato. Czego dowodem tulipany w Parku Krasińskich w W-wie:

Składniki: 200g cukru, 200g wody, 8g (ok. 4 łyżek) świeżego imbiru, pokrojonego w grube plastry - ale sugeruję dać więcej, garść liści i łodyżek świeżej mięty

Wszystkie składniki umieścić w rondelku, wymieszać, zagotować. Skręcić ogień na średni i pogotować ok. 10 minut. Wystudzić. Przecedzić do słoika lub buteleczki i przechowywać w lodówce (wg gazetki, ok. tygodnia, choć nie widzę powodu, czemu nie dłużej). Dodawać syrop do napojów, np. wymieszany 1:1 z sokiem z limonki lub cytryny i dopełniony wodą gazowaną (i ewentualnie czymś mocniejszym... :).

M po skosztowaniu wody z syropem i sokiem z limonki oznajmił: "To jak bezalkoholowe mojito". Otóż to.

czwartek, 21 stycznia 2010

Niestety, w Polsce nie można dostać gorzkich pomarańczy (bitter/Seville oranges), najlepszego surowca do marmolady pomarańczowej. (A może ktoś gdzieś widział? Do tej pory jak pytałam się na różnych delikatesowych targach, patrzono na mnie jak na mutanta, ale może jednak gdzieś bywają?). Jako miłośniczka dobrej marmolady lub konfitury pomarańczowej, mam już na koncie parę domowych prób w tym zakresie (pisałam o nich na samym początku istnienia bloga). Od tego czasu jednak odeszłam od środków żelujących i wolę produkt au naturel, nawet jeśli bardziej płynny i wymagający ew. spasteryzowania.

Metoda, jaką się posłużyłam teraz (wcześniej też z niej korzystałam, bo jest prosta jak barszcz) pochodzi z How to be a domestic goddess (ale u mnie jest dużo, dużo mniej cukru). Pomysł zmieszania limonek z pomarańczami zaczerpnęłam zaś z Nigella gryzie (przepis na lody). UWAGA: konfitura ma wyraźną goryczkę w smaku, jeśli ktoś chce tego uniknąć, proponuję użyć samych pomarańczy lub dodać maksymalnie 1 limonkę.

Składniki: 3 słodkie bezpestkowe pomarańcze, 3 limonki (łączna waga wszystkich owoców wyniosła 800g), 500g cukru, sok z 2 cytryn

Owoce umyć, zalać wodą w dużym rondlu, by mogły swobodnie pływać w wodzie, zagotować. Gotować na niewielkim ogniu 2 h; w razie potrzeby dolać wody.

Owoce odcedzić, zostawiając niewielką ilość płynu, i posiekać drobno (tak, jak są, ze skórką - chyba najlepszą rzeczą w dżemie... :). Ja robiłam to nożem kolebkowym (siekaczem). Pokrojone cytrusy umieścić w rondlu z wylewką/grubym dnem, opcjonalnie podlać chochlą-dwoma płynu z gotowania, zasypać cukrem i pomału podgrzać, tak, aby cukier się rozpuścił zanim masa się zagotuje. Dodać sok z cytryn i gotować na wolnym ogniu ok. 15 minut, aż całość zgęstnieje. W połowie tego czasu sprawdzić słodycz - dla mnie pół kilo cukru było wystarczające, ale niektórzy wolą słodsze przetwory. Gotową masę przełożyć do umytych, wyparzonych słoików (+ u mnie wieczka przetarte spirytusem)., odstawić do góry nogami do zassania. Można opcjonalnie krótko spasteryzować (ok. 15 minut); ja to pominęłam, wychodząc z założenia, że cukru i kwasu jest wystarczająco dużo.

Ponieważ swoje owoce podlałam lekko płynem z gotowania, uzyskałam bardziej konfiturę niż marmoladę. Przetwory przechowywane w lodówce jednak gęstnieją, a konsystencję mają właściwie idealną - i do polewania, i do smarowania, co widać na załączonym obrazku. Tym razem pozuje mój drożdżowy chleb makowy.

środa, 07 października 2009

Gdy ponad rok temu przylecieliśmy z Bombaju do Kerali, był późny wieczór, a gdy dotarliśmy do centrum Fort Cochin i znaleźliśmy nocleg, było jeszcze później. Ponieważ jednak spędziliśmy dzień o paru samosach, które widziały lepsze dni i lot był stresujący, mimo niemal nocnej pory ruszyliśmy "w miasto". Było bardzo ciemno, cicho, a otwarta tylko jedna knajpka.  Byliśmy jedynymi (ostatnimi tego wieczoru) klientami. Otworzyliśmy menu i Madzia wykrzyknęła zadowolona: "O, jest hot ginger lemon honey!". Zamówiliśmy i po paru minutach piliśmy gorącą wodę z cytryną, miodem i imbirem i czytaliśmy smsy z Polski, a deszcz bębnił o markizę nad naszymi głowami.

Teraz robię sobie ten napój, gdy czuję (jak dziś), że łapie mnie przeziębienie. Powiedzmy sobie szczerze - przed Indiami wielokrotnie go piłam, tylko bez dodatku imbiru. Trzeba jednak przyznać, że jego dodatek bardzo wzbogaca smak, no i dodatkowo rozgrzewa (i działa leczniczo).

W kubku umieścić pełną łyżeczkę miodu, ok. 1 cm kawałek posiekanego/startego świeżego imbiru, wycisnąć sok z 1/2 cytryny, zalać świeżo zagotowaną wodą (można chwilę odczekać po zagotowaniu, by nie "zabijać" cytryny, ale ja często nie czekam i wątpię, by Indusi się przejmowali...). Zamieszać, by miód się dokładnie rozpuścił. Skosztować i ew. dosłodzić/zakwasić do smaku. Pić gorące!

Czy już Wam ciepło? Bo ja chyba idę po kolejną porcję...

 

 

środa, 17 czerwca 2009

Taki przepis, co wraca jak bumerang. Pierwsza pozycja w Domestic goddess, cały tytuł: My mother in law's Madeira cake. Czyli cytrusowe ciasto ucierane teściowej (chyba byłej, przypuszczam, że chodziło o 1 męża) Nigelli :) Robiliśmy już wielokrotnie, często dodając rodzynki (choć nie tym razem) lub suszoną żurawinę. Nigella proponuje też łyżkę suchego maku lub - ale zupełnie mi to nie pasuje - kminku. Proste, smaczne, ładnie komponuje się z owocami lub ich przetworami.

Składniki: 240g miękkiego, niesolonego masła,  200g drobnego cukru + więcej do posypania (imho spokojnie można użyć zwykłego kryształu), skórka + sok z 1 cytryny (można zastąpić limonką, ale cytryna lepsza), 3 duże jaja, 210g mąki ze spulchniaczami, 90g zwykłej mąki lub 300 g mąki zwykłej + 1 łyżeczka proszku do piecz. + 1 łyżeczka sody (w myśl zasady, żeby uzyskać self-raising flour dodajemy 0,5 łyż. proszku i tyle samo sody na każde 150 g mąki; sądzę, że po 3/4 łyżeczki sody i proszku też by starczyło).

Nagrzewamy piekarnik do 180 st., wysmarowujemy masłem keksówkę (małą). Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę, dodajemy skórkę cytrynową. Dodajemy jaja po jednym + po łyżce mąki (zmieszane dwa typy lub zmieszana mąka z proszkiem i sodą) po każdym jaju. Delikatnie (ważne!) dodajemy resztę mąki, mieszamy, i na koniec dodajemy sok z cytryny. Masa jest dość wilgotna, przelewamy ją do foremki, posypujemy po wierzchu ok. 2 łyżkami cukru i pieczemy 1h lub do suchego patyczka.

Warto uważać, by nie przepiec, ale zarazem pilnować, by ciasto dobrze podpiekło się od spodu - w przeciwnym razie może wyjść zakalec. Na tym cieście nauczyliśmy się z M piec na dolnym poziomie piekarnika (piekę zawsze w grzaniu góra+dół).

PS. Ponieważ były pytania: nazwa "Madeira cake" stąd, że tradycyjnie do konsumpcji popijało się maderę :).

niedziela, 04 maja 2008

Świetna rzecz na ugaszenie pragnienia, przebudzenie i orzeźwienie. Zdecydowanie dla cytrynolubnych. Zainspirowane przepisem na drink alkoholowy z Forever Summer Nigelli Lawson.

Potrzebujemy 1 cytrynę na osobę – obieramy ze skórki, co najłatwiej zrobić przekrawając owoc na ćwiartki i nacinając przy skórce. Owoce wrzucamy do blendera, zasypujemy cukrem – u mnie 1,5 łyżki na osobę/cytrynę, co da napój bardziej kwaśny niż słodki. Chwilę czekamy, aż cukier się lekko rozpuści i dorzucamy parę listków bazylii (ok. 5 większych na osobę). Dolewamy wodę – gazowaną lub niegazowaną, najlepiej schłodzoną, ok. szklankę na osobę/cytrynę, wrzucamy kilka kostek lodu. Miksujemy. Dekorujemy bazylią i pijemy od razu.

Bardzo łatwo można przerobić ww. na drink z % - wystarczy dolać po kieliszku zmrożonej wódki, białego rumu lub ginu, a wodę odpowiednio zmniejszyć. Bazylię można zastąpić miętą.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna