Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Warszawa

poniedziałek, 23 maja 2016

Jakiś czas temu podczas pobytu w Warszawie wybraliśmy się z rodziną do restauracji gruzińskiej. M (kierowca) zamówił lemoniadę estragonową. Napój był niepokojąco zielony, ale smakował całkiem nieźle. Mama wzięła łyk i oznajmiła: „Anyż!”. Miała rację, bo mój ukochany estragon francuski (wspominałam o nim wielokrotnie, choćby przy okazji „kurczaka myśliwego”) ma wyraźnie anyżowy posmak – co dla mnie jest ogromnym plusem i nie widzę sensu używania innego estragonu.

Niedawno planowałam przygotować domową lemoniadę estragonową, ale ostatecznie aura nie była wystarczająco letnia (i do chłodnika, i do napojów chłodzących musi być, w moim odczuciu, jednak bardzo ciepło). Zrobiłam więc napój wyskokowy ;). Jakiś czas temu czytałam o basil smash*, koktajlu na bazie ginu; swoją wersję nazwałam tarragon smash. Uwaga, całość jest wyraźnie anyżowa, ale poniżej opisałam też wersję delikatną.

Składniki (1 porcja):

  • 45ml (3 łyżki) ginu,
  • 7,5ml (pół łyżki) pastis**,
  • garść estragonu francuskiego,
  • łyżeczka cukru,
  • woda sodowa i lód,
  • sok z 3/4 limonki (lub do smaku)

Estragon rozetrzeć tamperem w szklance (ok. 250-300ml) z cukrem i sokiem z limonki, odstawić na parę minut. Dodać alkohol, wymieszać, dopełnić schłodzona wodą sodową. Opcjonalnie dodać lód. Podawać od razu.

** W wersji łagodniejszej pominąć lub zastąpić ginem (ew. można spróbować z limoncello?).

Przypominam także innego blogowego „smasha” z procentami, tj. truskawkowego: sezon owocowy już tuż, tuż!

* Dwa dni temu trafiłam do lokalu, w którym można napić się właśnie basil smash (i innych smacznych koktajli – uwaga, są też takie bezalkoholowe), tj. warszawskiego Baru Wieczornego. W trzy osoby udało nam się całkiem sporo przetestować (właściwie było nas czworo, ale E. skupiła się na Młodym Ziemniaku i innych wódkach artystycznych)… choć do ginu z bazylią w końcu nie doszłam, bo inne propozycje za bardzo kusiły (np. drinki z nutą kwiatową – różane czy lawendowe – czy bogata kolekcja moich ulubionych sours). Duży plus za niewielkie, kameralne wnętrze z kolekcjonerskimi plakatami teatralnymi (i klimatyczny dziedziniec) oraz miłą, pomocną obsługę. Polecam, jeśli szukacie miejsca na wieczorne wyjście.

czwartek, 11 grudnia 2014

Po ostatniej wizycie w restauracji, której recenzję zamieszczam poniżej, zastanawiałam się nad tym, jak wiele czynników dodatkowych wpływa na naszą ocenę czy to posiłku, czy filmu, czy lektury. Wiele zależy od naszego nastawienia, pogody, towarzystwa, innych okoliczności. Przypuszczam, że dlatego (podobno, jeśli to nie mit czy stereotyp) krytycy kulinarni zamawiają wiele dań do spróbowania (żeby nie było, że mieli szczęście i trafili na dwa najlepsze) i często chodzą do restauracji w towarzystwie innych osób (by można było skosztować szerszej gamy potraw). Bo jeśli się spróbuje wszystkiego, co dana restauracja ma do zaoferowania, ma się podstawy do wydania opinii – stety lub niestety.

Do Enfant Terrible wybierałam się od otwarcia restauracji, czyt. od kilku miesięcy. Szefa kuchni-założyciela kojarzę z dawnych czasów forum Galeria Potraw, a już wówczas tworzył i fotografował dania ambitne oraz kontrowersyjne. Później pracował m.in. w Harwood Arms w Londynie, które wywarło na mnie dobre wrażenie podczas ostatniego pobytu. Śledziłam więc zmiany menu restauracyjnego, oglądałam zdjęcia potraw, zastanawiałam się, co bym zamówiła. Oglądając zestawy degustacyjne miałam wątpliwości, czy wybrałabym właśnie te dania, więc dzwoniąc, by zarezerwować stolik, miałam w głowie raczej menu a la carte. Przez telefon jednak dowiedziałam się, że w grudniu będzie serwowane tylko menu degustacyjne – świąteczne, „inspirowane kuchnią polską”. Później „u źródła” uzyskałam informację, że a la carte jest, ale tylko w porze lunchu. Na miejscu w restauracji okazało się, że... a la carte jest także wieczorem. Zaskoczona zdążyłam się już ucieszyć, gdy M oznajmił, że chce spróbować jednak degustacyjnego – pełnego, 7-daniowego, obejmującego całą grudniową ofertę, plus wina. Na to się zatem zdecydowaliśmy, po wyrażeniu zgody na (gorliwie zasugerowany) kieliszek szampana. Na sali było ciemno od garniturów, bo wygląda na to, że restauracja przyciąga w dużej mierze klientelę biznesową, także w porze kolacji (chyba, że to specyfika grudniowych „spotkań świątecznych”). Nie sądziłam, że eksperymentalna kuchnia wysoka (jak u Amaro czy w Tamce) jest aż tak popularna ;), ale może zadziałała magia Knajpy Roku?

Po paru h wyszliśmy z mieszanymi odczuciami. Jeszcze tego samego wieczoru myśląc o tym, jakie 3 potrawy bym wybrała sama, uznałam, że po samym a la carte byłabym bardziej zadowolona... ale wówczas byłby to ten łut szczęścia, i trafienie na lepszą mniejszą połowę ;).

Jeśli chodzi o wrażenia, zacznę od pozytywów.

+ dania: moje nr 1 – przegrzebek z kapustą x 2, na „grzanym winie” (sosie), wyrazisty i spójny (smakowo szczerze mówiąc bardziej skojarzyło mi się z francuską kuchnią wiejską (o, ta galette np.), niż polską, ale to uwaga subiektywna); nr 2 mógłby być matjas w dwóch postaciach (pierwsze danie w zestawie), przede wszystkim ze względu na świetny produkt; nr 3 (w moim odczuciu, bo M miał wątpliwości, czy nie nazbyt „domowa” w smaku, jak na formę podania i całą otoczkę) przepiórka z czerwoną kapustą i sosem z miodu (pitnego). Ponadto: chleb na zakwasie 13-letnim, a konkretnie jego miąższ (do skórki wrócę).

+ wino: podane do sandacza „jabłkowe”, Chardonnay Neuburg Koppitsch – którego początkowo nie mogłam znaleźć w karcie win na stronie, ale została przez ostatni tydzień uaktualniona. Z tej samej winnicy pochodzi „flagowy” restauracyjny Zweigelt. Rzeczywiście świetnie podkreślało jabłka w składzie dania, a aromat ma rzadko spotykany.

Teraz niestety będą minusy...

- dania niewymienione powyżej podpadały w moim odczuciu pod dwie kategorie: poprawne, o których się zapomina prawie od razu (desery; sandacza zapamiętałam tylko ze względu na wino), albo takie, które były źle w moim odczuciu skomponowane. M swoje zarzuty podsumował krótko: „Znowu za dużo się dzieje na talerzu”. Największe wątpliwości miałam do karpia, którego się od początku obawiałam, bo nie spotkałam się jeszcze z takim jego przyrządzeniem, które by mi smakowało (choć skoro raz – i tylko raz - udało się z foie gras, kto wie, może kiedyś...). Tu grzyby i gryka w dwóch postaciach (kleik i popcorn) skutecznie karpia przytłumiły ;), a też forma obróbki (rolada?) sprawiła, że na talerzu mogłaby być zupełnie inna ryba (albo i coś innego...). Nie trafiła mi także do przekonania „gala & pig” - zestaw galaretek m.in. o smaku kompotu z suszu oraz bardzo słony i twardy plaster boczku (podobno długodojrzewającego... ale obróbka termiczna zabiła charakterystyczny aromat tak wytwarzanej wędliny).

- wspomniałam powyżej o chlebie. Otóż na samym początku posiłku kelner przyniósł nam wybór trzech gatunków pieczywa, informując, że jest pieczone na miejscu „codziennie rano”. Na zestaw składały się: 2 x pszenna bułeczka w kształcie kłoska, b. mocno podgrzana, 2 kawałki bagietki oraz 2 kromki chleba na zakwasie. Ten ostatni, jak już pisałam, był najsmaczniejszy; niestety, źle go przechowywano po przekrojeniu bochenka, bo kromki były z jednej strony zeschnięte. Bagietka niestety za krótko wyrastała i miała za twardą skórkę. Bułeczka początkowo była smaczna, ale po ostygnięciu (jednej nie zjedliśmy od razu)... stała się twarda jak kamień, a mnie przyszedł do głowy Jeffrey Hamelman i jego opinia, że podgrzewanie (także mocne) tuszuje braki w pieczywie (bad bread should be eaten warm, even hot).

- wina dobrane do degustacji (poza wspomnianym powyżej) były rozczarowujące, bo a/z jednym wyjątkiem – białe; b/zazwyczaj niewiele wnosiły do potrawy, a „nie przeszkadzające” to dla mnie za mało; c/zabrakło wspomnianego wyżej Zweigelta Enfant Terrible, co mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się, że restauracja będzie się „własnym” winem chwalić. Zamiast niego jedyne (!) czerwonego wino, jakie zaserwowano, to Pinot Noir zupełnie innego typu, niż amerykańskie, którymi się niedawno zachwyciłam, czyli takie z jakim miałam do czynienia wcześniej i które sprawiało, że poważnie zastanawiałam się nad gustem Milesa. W przypadku jednej potrawy wino zastąpiono nalewką z rajskich jabłek, która miała, według kelnera, działać jako trou (nie zauważyłam ;).

- obsługa kelnerska. Jeśli proszę kelnera o „najzwyklejszą wodą niegazowaną” (prawie dodając „z kranu”), spodziewam się, że dostanę najtańszą w karcie, nie najdroższą. Zorientowałam się niestety wówczas, gdy M już butelkę otworzył; przy kolejnej byłam bardziej precyzyjna. Z innych błędów – były problemy ze zgraniem podawania wina i dań. Zasadniczo najpierw dostawaliśmy danie, chwilę później alkohol, co oczywiście skutkowało tym, że z ostatnim kęsem na widelcu przypominałam sobie „ojej, przecież miałam wypić do tego to wino”. Wyjątkiem był ww. sandacz, do którego wino pojawiło się wcześniej. Spytałam się rozlewającego kelnera „a do czego będziemy je pili?”, czym go bardzo zmieszałam, bo... niestety nie wiedział.

- z lekkim przymrużeniem oka: Enfant... niestety nie zdał bublotestu ;).

Oczywiście, na moją ocenę może wpływać fakt, że eleganckie eksperymenty z naciskiem na to ostatnie mi się przejadły (sic), nie tylko zresztą kulinarnie. W restauracji aspirującej do pewnego poziomu nie szukam kuchni domowej (na które miejsce jest w domu, kropka), tylko wyjątkowego smaku i treści, nie chaosu. Jak widać powyżej, minusów wyszło więcej niż plusów, i samą mnie to smuci. Możliwe jednak, że niefortunnie wybrałam na czas wizyty okres okołoświąteczny i wiążące się z nim sezonowe menu. Nie sądzę, by zdekonstruowana kolacja wigilijna stanowiła świadectwo możliwości szefa kuchni i jego zespołu. Jak ujął to M: „Menu degustacyjne powinno pokazywać, na co szefa stać, to, co robi najlepiej. Dlatego przynajmniej część dań to powinny być całoroczne evergreeny”... ale to chyba nie jest modna postawa.

Mając powyższe na uwadze, może jeszcze kiedyś wrócę (na pewno nie w grudniu ;), omijając dobierane wina. Jeśli stchórzę, skończy się na a la carte ;).

piątek, 06 czerwca 2014

To wpis dla mojej koleżanki Madzi, z którą ostatnio rozmawialiśmy na temat jedzenia molekularnego i „ambitnego”. Od dawna się zbierałam, by wrócić do Tamki43: w ogóle wrócić i zobaczyć, jak się miewa z nowym szefem kuchni. W końcu trafił się pretekst (rodzice, którzy też chcieli pójść), więc mogę zdać relację (nie tylko Madzi ;).

Od „pierwszej Tamki” minęły (eeee, jak to się stało?!) trzy lata. Od tamtego czasu co nieco zjadłam i zobaczyłam, i w Polsce, i poza nią. Niewykluczone w związku z tym, że zmieniło mi się podejście, bo kuchnia w Tamce wydała mi się tym razem spokojniejsza (czyt. mniej eksperymentalna). Jest trochę emulsji, pianek i sous-vide, ale bez przesady. Może zresztą wcześniej też nie było ich tak dużo, tylko bardziej na te elementy zwracałam uwagę?

W cztery osoby wzięliśmy wszyscy menu degustacyjne 5-cio daniowe z dodatkowym menu winnym. 5 dań oznaczało, że wszyscy zrezygnowaliśmy z dwóch pozycji, ale odrzuciliśmy różne (co oznaczało z jednej strony, że chwilami 1-2 osoby siedziały i czekały, aż pozostali zjedzą wybrane potrawy, a z drugiej, że w grupie skosztowaliśmy wszystkich propozycji). Osoby niejedzące mięsa a jedzące ryby nie będą miały problemu z wyborem pięciu dań z listy; goście jedzący bardziej wybiórczo powinni wcześniej skonsultować menu z restauracją.



Odnośnie win: nie ma porównania w stosunku do 2011 i zaplecza someillerskiego – tzn. jest (skądinąd b. sympatyczny) sommeiller i są dobrane wina do dań :). Przynajmniej część alkoholi jest specyficzna i gra tylko z daniem (np. węgierskie wino towarzyszące mojej pierwszej przystawce), ale zasadniczo nam smakowały (może poza Pedro Ximenez do deseru ½ stolika, który po namyśle został uznany za trochę za słodki). Ogólnie obsługa jest na + w stosunku do przeszłości.

Menu zaczęło się od amuse bouche w postaci mini-porcji tatara. Potem nastąpiła przystawka ze szparagów (z której osobiście zrezygnowałam), a po niej mój hit: pierwsza panna cotta, która mi smakowała ;) - panna cotta nieortodoksyjna, bo... z czosnku niedźwiedziego. Wyrazista, wytrawna, świeża i wiosenna: pierwsze danie stanowiło dla mnie clou obiadu.

Kolejny był tuńczyk z dodatkiem „śniegu” z wodorostów i pasty umami (ulubione danie M z menu). Po rybie nastąpiła przepiórka, która mi smakowała, ale nie na tyle, by zapamiętać dodatki (to zielone to chyba z groszku...?). Ostatnim daniem głównym był królik z dodatkiem małży (omułek) – imho zbędnych, kaszanki i sosu musztardowego (potrawa typu „typowe podane nietypowo”). Desery podzieliły stolik na ½, więc dostaliśmy je jednocześnie: część żeńska słodko-słony twarożek kozi z dodatkiem m.in. galaretek buraczanych, męska – parfait z orzechów laskowych (które przypomniało mi ostatnią kolację rok temu we Francji). 

Podsumowując: poziom moim zdaniem Tamka trzyma i poleciłabym ją jako restaurację warszawską całkiem dużej grupie odbiorców, zwłaszcza tym, którzy wcześniej tam nie byli/nieśmiało podchodzą do nowinek kulinarnych. Jeśli jednak zachce mi się eksperymentów (w pozytywnym sensie)... będę jednak szukać dalej ;).

środa, 12 marca 2014

Jeśli ktoś dłużej śledzi Coś niecoś, to wie, że będąc warszawianką z urodzenia i wychowania, wyniosłam się kilka lat temu na Mazury, obierając kierunek przeciwny do popularnego. Czasem śmiejemy się z M, że jesteśmy odwróconymi „słoikami” (czyli np. denkami, ew. wieczkami). 

Stolicę odwiedzam średnio raz na 2 miesiące (rodzina, znajomi, te sprawy). Od dłuższego czasu mam wrażenie, że wraz z naszą zmianą meldunku w mieście nastał boom spożywczy (który trwa, a nawet narasta) – a przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Weźmy choćby liczbę knajp, barów i restauracji powstających w centrum, czy mnożące się jak grzyby po deszczu weekendowe targi czy imprezy kulinarne: Le Targ, Biobazar (gdybym się nie wyprowadziła, miałabym do niego 5 minut na piechotę), Urban Market (którego wielkość, zwłaszcza w połączeniu z liczbą uczestników, pozytywnie zaskoczyła M), Targ Śniadaniowy, Koszyki (które niedawno otwarte wkrótce się zamykają – czy tylko na remont?) i wiele innych.

I tak kilka tygodni temu zajrzałam właśnie na żoliborski Targ Śniadaniowy, odbywający się co sobota na terenie gimnazjum niedaleko pl. Inwalidów. Wiedziałam, że idę we właściwym kierunku, bo mijało mnie wiele osób (w tym przynajmniej 1/2 to rodziny z małymi dziećmi) z papierowymi torbami ;). Podobnie jak na cyklicznych imprezach Urban Market, można przyjść tam  głodnym, a wyjść najedzonym, bo przynajmniej 1/3 przestrzeni jest zajęta przez punkty gastronomiczne. Jedzenie na miejscu mnie nie interesowało (choć z ciekawością zerknęłam na burgery z wozu czy obwoźny wózek kawowy z np. flat white), bo przyszłam konkretnie po prezenty kawowo-herbaciane (m.in. Kusmi Tea) oraz to, koło czego rzadko przechodzę obojętnie, tj. sery.  Konkretnie sery włoskie, z Tutto Bene. Można skosztować, porozmawiać ze sprzedawcami przed zakupem. Wybrałam pecorino (jedno z dwóch do wyboru) i kozi ser dojrzewający, oba bardzo dobre. Z żalem przeszłam obok stoiska Fish Lovers, ale świeżej ryby nie miałabym ani jak przechować, ani przyrządzić przez kilka dni. Czy będąc na stałe w strefie +4822 chodziłabym tam regularnie? Mieszkając w pobliżu – może, z innej dzielnicy pewnie podjechałabym tylko raz na jakiś czas. Tak czy inaczej, Borough Market już chyba w stolicy nie potrzeba. Chociaż... jedną rzecz znad Tamizy moglibyśmy przejąć. To co najlepiej pamiętam z wizyty na londyńskim targu były piękne ekspozycje np. warzyw czy grzybów; ogólnie wrażenia były estetyczne. Tymczasem mój Tata, czyli niekulinarek, zaprowadzony kiedyś przeze mnie na Biobazar (celem był łosoś, a skutkiem ubocznym – kaszanka) powiedział potem: „Ja wszystko rozumiem, ekologia itd., ale czy tam musi być tak brzydko?”. Niestety, muszę się z nim zgodzić, nawet biorąc pod uwagę to, że są to imprezy (tym)czasowe, organizowane w budynkach starych zakładów, na szkolnym korytarzu (jak te dzieci się tam mieszczą podczas przerw?!). A mimo wszystko i je, i kupuje się oczyma.

Z estetyką nie miałam problemu podczas szybkiego obiadu w restauracji Kaskrut: jest minimalistycznie, ale konsekwentnie. Trochę się zaniepokoiłam, gdy przez telefon kelnerka spytała mnie, czy chcemy „siedzieć obok siebie czy vis a vis”. Sądziłam, że wewnątrz jest tylko jeden długi stół, przy którym siedzą wszyscy razem, jak na stołówce. Na szczęście (bo ta moda nie do końca mi pasuje) tak nie jest – owszem, pewnie czasem goście muszą się dosiadać do innych przy stolikach kilkuosobowych, ale my mieliśmy miejsce osobne, twarzą do okna z widokiem na ulicę Poznańską. Atutem miejsca jest ambitna, nowoczesna kuchnia i zmieniające się co tydzień, krótkie menu – zasadniczo 3 x 3, tj. po trzy przystawki, dania główne i desery, i to wszystko. Porcje są niewielkie; jedliśmy zupę chrzanową (A), przegrzebka z selerem (M), ogon wołowy ze świetnym puree z czerwonej kapusty (A) i – najsłabsze danie, bo najbardziej mdłe – ser St. Marcelin na ciepło z orzechami laskowymi (M), plus hit-deser: mus orzechowo-karmelowy z pianką kawową. Alkoholi brak, choć można przynieść własne. To dobre miejsce, by spróbować czegoś nowego, ciekawego i nietypowego w dość przyjaznej cenie. Wnętrze – mimo wszystko ascetyczne i niewielkie – i formuła jednak nie zachęca do dłuższych posiedzeń, więc raczej nie wybrałabym się tam na wieczorną posiadówkę z przyjaciółmi. 

To samo dotyczy The Harvest, dokąd przeniósł się Ropert Trzópek po opuszczeniu Tamki43. Lokal mieści się w tzw. Zagłębiu w pobliżu ul. Domaniewskiej, i to widać – to znaczy wystrój i atmosfera lokalu są dla mnie typowo biznesowe (biurowiec, szkło, wylewka betonowa). Ponieważ jednak dania główne wykazały, że a) szef kuchni trzyma poziom, b) za pomocą risotta kurkowego (byłam jeszcze jesienią) przekonał nas do trufli (!!!), co nie sądziłam, że może się kiedykolwiek udać*, jeszcze kiedyś tam wrócę.

Na ww. posiadówkę ze znajomymi nadaje się jednak winiarnia Jung & Lecker, serwująca i sprzedająca tylko wina niemieckie. Jeśli macie ochotę potestować rieslingi, gewürztraminery i inne białe wina, możecie tam zajrzeć. Wnętrze jest też małe, ale przytulne i na dłuższe plotki nadaje się dobrze, jednak nie nastawiałabym się na super doznania kulinarne ;).

Następnego dnia po tym winie może przydać się solidniejsze śniadanie. Najczęściej chodziliśmy na zmianę do Bułki przez Bibułkę lub DeliEs (mojego ulubionego miejsca śniadaniowego w stolicy), ale tym razem chciałam przetestować coś nowego, vide Śniadaniownia. Wybór śniadań jest ogromny, od małych i lekkich po spore zestawy (np. zimowy czy jesienny). Całość jest bezpretensjonalna/artystyczna (obsługa może nie może pamiętać Jarocina z racji zbyt młodego wieku, ale wygląda jakby pamiętać chciała ;) plus lokum trochę jak klub osiedlowy). Reinkarnowana Brama, tj. DeliEs (Delikatesy Esencja) z ich bufetem śniadaniowym (ten twaróg "od baby"... ach!) pozostaje śniadaniowym ulubieńcem, ale miło mieć alternatywę.

To tyle, jeśli chodzi o stołeczny raport denka ;). Pewnie ww. miejsca to żadne nowości, ale może ktoś przegapił/nie dotarł i mu się taka przypominajka przyda. CDN, prędzej czy później.

* I gdy tydzień później dostałam od teściowej oliwę truflową, naprawdę się ucieszyłam i z niej korzystam (ostrożnie, bo b. intensywna), podczas gdy wcześniej bym tylko przesuwała po półce ;).

środa, 11 grudnia 2013

Solec 44 to miejsce w pewnych kręgach (blogowo-kulinarnych) kultowe, więc szłam z pewną nieśmiałością, obawiając się przerostu formy nad treścią (obsługa typu brak obsługi, tłum nadąsanych hipsterów, jedzenie smaczne tylko z nazwy itd., itp.). Tymczasem...

Gdy stanęliśmy przed nieco zapyziałym, szarym budynkiem (w sąsiedztwie przybytków pt. Urfa* Kebab i warzywniak, który widział lepsze dni), M się spytał niepewnie: „To tu?”. Adres się zgadzał, ale nie wiedząc, dokąd idziemy, obstawiałabym, że to jakaś osiedlowa świetlica czy dom kultury. W jakimś sensie jest to zresztą uzasadnione – w drugiej sali od wejścia (pierwsza – białe, „stołówkowe” kafelki) stoją regały pełne planszówek, z których można do woli korzystać, a pełna nazwa miejsca to podobno "kuchnio-kawiarnio-klubo-świetlica".

Menu jest proste, zmieniające się dynamicznie (tj. codziennie i zgodnie z zaopatrzeniem/zbytem), napisane kredą na tablicy na lewo od baru, przy którym zamawiamy i płacimy. Na prawo od baru znajduje się szeroka i urozmaicona rozpiska napojów – jest w czym wybierać, i takich alkoholowych, i bez procentów. Samą przestrzeń barową urozmaicają tajemnicze butelki i słoje z przetworami oraz nalewkami.

Co jedliśmy i piliśmy? Restauracja specjalizuje się w daniach sezonowych i mięsnych – tego dnia była tylko jedna pozycja bezmięsna (pęczotto), ale nie wegańska (ser), chyba, że któraś z zup nadawała się dla frakcji wege. Wybraliśmy, od początku: szpik wołowy, podany z kaparami i rzepą (ja) i wątróbka gęsia, duszona, doprawiona na słodko (M), pęczotto z burakiem (ja) i rustykalny burger (M; wziął ostatnią porcję i danie zostało zaraz skreślone z tablicy), do tego woda i butelka przyzwoitego barolo. Desery: kogel-mogel z pijanymi wiśniami (M) i grzany budyń z likierem czekoladowym (mój osobisty hit – przepyszne a zdradliwe, jak alkoholizowane mleko z miodem).

Wszystkie dania były podane ot, tak, bez specjalnej wymyślności, ale (w moim odczuciu) estetycznie. Przystawki wybraliśmy pod kątem składników raczej rzadko spotykanych (choć hm, szpik chyba ostatnio modny? ;), dania główne były bez niespodzianek. Ogólne wrażenie, jakie pozostawiła na mnie ta kolacja było takie, że to kuchnia kreatywna, ale prosta i – wbrew wcześniejszym obawom – bezpretensjonalna. Formuła lekko studencka może nie jest dla każdego (rodziców pewnie bym nie zabrała, choć większość znajomych już tak), ale osobom z zacięciem kulinarnym polecam. To nie znaczy, że nie było żadnych wątpliwości: M narzekał na nadmiar sosu z zielonym pieprzem w burgerze, który zabijał dobre jakościowo mięso, czy na nadmiar alkoholizowanych wiśni w koglu moglu. W moich potrawach nie było przesadnie wybijających się składników (zwłaszcza w szpiku były moim zdaniem dobre proporcje, w dodatku z możliwością dowolnego dawkowania, bo i rzepa i kapary były „z boku”). Usunęłabym za to gałązki tymianku z obu dań, bo znalazły się tam moim zdaniem przypadkiem (chyba, że to dlatego, że doniczka z ziołem stała na barze ;), ale takie jadalne dekoracje „z łapanki” można robić w domu czy w innego typu lokalu. Warto dodać, że za całość zapłaciliśmy ok. 200 zł, co uważam za bardzo przyzwoitą cenę w stolicy. Tym bardziej wrócę potestować np. kuchnię letnią (i zobaczyć, jaki tym razem będzie dobór muzyki**, bo w zeszłym tygodniu było najpierw The Streets, potem Blur z okolic r. 1996 i na koniec cała płyta Roxette, co przypomniało nam czasy podstawówki ;).

Znacie, byliście? Jak wrażenia?

* Jak kiedyś wspominałam, byliśmy w Urfie i choć bardzo mi się podobało, to akurat tamtejszego kebaba wolałabym już nie powtarzać... ;)

** Solec zdał "bublotest", tj. zaliczył się do szlachetnej mniejszości nie puszczającej Michaela Buble i pochodnych.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pierwszy raz do Ale wino wpadliśmy w grudniu zeszłego roku. Wbiłam sobie do głowy, że przy okazji pobytu w stolicy chciałabym pójść do winiarni; szybka sesja z wujkiem Google wykazała Ale wino (funkcjonujące także jako sklep internetowy) jako miejsce sympatyczne i bezpretensjonalne. Udało się zarezerwować stolik, choć pan przez telefon trochę się wahał – na miejscu zrozumiałam, dlaczego: trafiliśmy na wieczór degustacyjny. Zmieściliśmy się jednak w przejściowym pomieszczeniu z kasą (winiarnia w wydaniu zimowym to właściwie tylko 1 1/2 pomieszczenia dla klientów), i choć było nieco chłodno (mróz za oknem, a my tuż koło średnio szczelnego okna ;), trochę dobrych oliwek, crostini i serów (także polskich) i, oczywiście, wina, sprawiło, że wyszliśmy w dobrym nastroju (i z niezłym tokaji aszu).

Wróciliśmy na wiosnę, w towarzystwie Madzi i E. Degustowaliśmy polski cydr Ignaców (bardzo lekki) i ciekawe Montepulciano (Grigiano Selezione od Azienda Agricola Malacari), znów jedliśmy oliwki rozmarynowe, domowy chleb i grzanki z gruszką, ucięliśmy sobie także rozmowę z sympatycznym panem z obsługi (a może właścicielem?) na temat filmu Bezdroża... i pan był bardzo zakłopotany, gdy musiał nam delikatnie dać do zrozumienia, że zignorowaliśmy godzinę zamknięcia winiarni (o 22 - obecnie 24).

Trzeci raz trafiliśmy do Ale wino niedawno, by zbadać letni ogródek (bo choć adres to ul. Mokotowska w W-wie, lokal mieści się na tyłach ulicy, przy niewielkim i zaskakująco cichym dziedzińcu) i... nie wiem, czy zrobiło się modne, ale gdy wychodziliśmy jakoś po 22, wszystkie miejsca były zajęte (a w środku można było siedzieć tylko na podłodze, bo stoły i krzesła już były na zewnątrz ;). Drobnym minusem takiego obłożenia był dłuższy czas czekania na obsługę. Tym razem hitem wieczoru – pod talerz wędlin – okazały się wina... polskie, z 44 Winnice Dziedzic. Wszystko dzięki namowom pani z Ale wino, bo sami raczej byśmy nigdy byśmy się na nie zdecydowali (i ja szczerze mówiąc i tak poczekałam, aż M najpierw spróbował i zareagował pozytywnie). Najbardziej smakowała nam biała hiBnoza (opisywana jako półwytrawna, dla mnie – jak „złamane” wytrawne wino, pachnące letnią łąką) oraz czerwony Sukcesor, ale i Sukcesja (białe wytrawne) była poprawna. Jestem pod wrażeniem, że na Podkarpaciu można stworzyć wina nie ustępujące wyrobom francuskim czy włoskim, zwłaszcza, że to podobno pierwszy "prawdziwy" rocznik winnicy (szkoda tylko, że produkcja jest podobno bardzo niewielka).

Aż sama jestem ciekawa, jakiego odkrycia dokonamy podczas wizyty jesiennej – bo jak łatwo zauważyć, jak na razie wychodziło jedno posiedzenie w winiarni na sezon. Polecam, jeśli macie ochotę spróbować czegoś nowego (i zaskakującego ;), zjeść coś małego, posiedzieć i pogadać w przyjaznym otoczeniu bez tzw. zadęcia.

niedziela, 08 lipca 2012

Gdy jakiś czas temu czytałam relację Gospodarnej Narzeczonej z Butchery and Wine, pomyślałam sobie, że knajpa specjalizująca się w dobrej wołowinie, z krótką kartą dań, inspirująca się kuchnią brytyjską (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), to coś dla mnie. Już miałam się wybrać, ale kilka dni przed terminem restauracja została ogłoszona Knajpą Roku i, wyobrażając sobie tłumy, ew. problemy z obsługą itd., zrezygnowałam z wizyty. Kolejna okazja nadarzyła się tydzień temu. W upalny sobotni wieczór, z okazji weekendu w stolicy, zaszliśmy na Żurawią. Restauracja była dość pełna, było także sporo cudzoziemców (pozostałości Euro?). Lokal nieduży, prosto urządzony, z widokiem na kuchnię. Na ścianie wykres ze ściągawką, co się zamawia ;) (patrz: zdjęcie).

Przy stolikach na podeście, gdzie siedzieliśmy, biblioteczka kulinarna w języku angielskim (niektóre pozycje te same, co na moich półkach, np. River Cottage Everyday). Zamówiliśmy po kieliszku prosecco (przyzwoitego i w dobrej temperaturze) i wybraliśmy - z rzeczywiście jednokartkowego menu nie dla wegetarian - dania: dla mnie gazpacho buraczane i stek New York z polskiej wołowiny, dla M - tatar i Rib Eye z wołowiny australijskiej. Pierwszy raz zamawiając stek wiedziałam, że jeśli powiem, że ma być krwisty, taki będzie (ale nie spodziewałam się, że kelner doprecyzuje, czy słabo wysmażony oznacza krwisty jak w rare, czy może etap wcześniejszy, tj. blue).

Gazpacho buraczane było fantastyczne - słodko-octowe w smaku, gęste, ozdobione jadalnymi kwiatami i żelkami z - podobno - wódką, z kulką schłodzonego awokado pośrodku. Tatar M był jego zdaniem "w porządku"; mnie przeszkadzał wyrazisty olej (rzepakowy?), którym skropione zostało mięso, i którego smak dominował.



Stek spełnił moje wymagania: krwisty, soczysty, dobrze doprawiony, z polskiej wołowiny... która bardziej mi smakowała niż australijska na talerzu obok ;). Przy okazji steku M zastanawialiśmy się, czy to rare nie podpada jednak pod blue... Kolację w duchu londyńskiego gastropubu zakończył deser rodem z Wimbledonu, tj. truskawki ze śmietaną. Do posiłku piliśmy także wodę (która przyszła w butelce, jak widać na poniższym zdjęciu) oraz burgunda na kieliszki, który niestety był nieco za ciepły.

Plusy: oryginalny profil restauracji; brak zadęcia czy pretensjonalności, mimo popularności i otrzymanych wyróżnień; smaczne, prosta i konsekwentna kuchnia (przy czym na wyróżnienie imho zasługuje gazpacho); poprawna, choć nie wybitna obsługa; bardzo dobre, świeże pieczywo (jakby nawet coś wspólnego z zakwasem lub dłużej fermentującym zaczynem miało wspólnego?).

Minusy: wspomniane wyżej za ciepłe wino i dyskusyjne doprawienie tatara (choć zdaję sobie sprawę, że to wbrew pozorom niełatwe danie, które trudno przygotować zupełnie pod smak klienta - dlatego niektóre restauracje zostawiają doprawienie całkowicie w gestii jedzącego), a także... znów nijaka, mdła muzyka, jak z poczekalni, lotniska czy supermarketu. Innymi słowy, jeśli jeszcze raz usłyszę w restauracji Michaela Buble, zacznę krzyczeć (bo na razie tylko zgrzytam zębami i jęczę).


Podczas weekendu stołecznego zjedliśmy także śniadanie w Bułkę przez Bibułkę, kawiarni przy ul. Puławskiej. Byłam w niej wcześniej raz na babskim spotkaniu i szłam nastawiona trochę nieufnie, doszły mnie bowiem słuchy, że to "trendne miejsce". Może i jest, na szczęście jednak chyba niespecjalnie to lokalowi zaszkodziło; obsługa jest sympatyczna, lemoniada pyszna, śniadania sycące, krzesła zaś w moim ulubionym niebieskim kolorze ;).



Poza śniadaniami (np. jajecznica czy bajgle) Bułka oferuje treściwe kanapki czy sałatki, kawy czy wino. Zajadając można przejrzeć np. Jamie Magazine. Plus także za miskę z wodą dla psów przed wejściem czy tablicę w toalecie (i kredki przy kranie, by każdy, kto ma na to ochotę, mógł się po(d)pisać* ;).



Mam tylko nadzieję, że właściciele kawiarni rozważą zamontowanie albo klimatyzacji, albo ciemnych rolet na okna, bo przy tak dużych szybach, przy temp. powyżej 30 st. i pełnym słońcu na zewnątrz, w środku robi się coś w rodzaju szklarni, w której trudno dłużej wytrzymać.

* Kto warszawskich nastolatków z lat 90-tych pamięta ścianę w sklepie Vabank?

czwartek, 03 maja 2012

Kiedy parę lat temu recenzowaliśmy z M Amber Room, Wojciech Modest Amaro nie miał swojej restauracji i choć może był już nazywany "wschodzącą gwiazdą", nie dostał oficjalnie tego wyróżnienia w przewodniku Michelina ;). Zachwyceni kolacją w Amber Room, po odejściu Amaro z tej restauracji wybraliśmy się jeszcze 2 lata temu na degustację/warsztaty do 4senses (o ówczesnym menu - choć wydaje mi się, że wprowadzono potem jakieś zmiany - można przeczytać na stronie lokalu). Doświadczenie było z różnych powodów bardzo ciekawe, ale co do niektórych serwowanych dań (np. kriosernika) miałam mieszane uczucia. Podczas warsztatów w 2010 rozmawialiśmy o planowanym otwarciu restauracji w Warszawie; Atelier Amaro działa od paru miesięcy i wreszcie (w minioną sobotę) miałam okazję się tam wybrać.

Atelier mieści się w budynku widocznym na zdjęciu u góry, na skraju Łazienek i Agrykoli. W tym samym miejscu znajdował się w latach 90-tych Blues Bar, w którym czasem bywałam jako nastolatka. Przemiana nieco spelunkowego miejsca (gęste opary dymu i piwa jako stały element wyposażenia) w restaurację serwującą wyrafinowaną kuchnię wywołała u mnie uśmiech, ale można ją postrzegać w kategoriach symbolu przemian (Warszawa 1992 a 2012).

Wnętrze (niezbyt duże) urządzone jest w sposób nowoczesny, raczej minimalistyczny, estetyczny, ale niewyróżniający się na tle innych restauracji o podobnej klasie (np. odnowiona Dyspensa na ul. Mokotowskiej jest urządzona w podobnym stylu). Wieczór był bardzo ciepły i okna werandowe były otwarte na taras z paroma stolikami, my jednak siedzieliśmy wewnątrz.

Kierownik sali zaprowadził nas do stolika, wręczył menu i zaproponował kieliszek szampana na początek (skorzystaliśmy). Wybór menu jest prosty - można zdecydować się na opcję 3, 5-cio lub 8-daniową; składowe każdego zestawu są ustalone z góry. Każda potrawa jest określona w menu przez tylko trzy składniki (typu grasica, topinambur, grzyby). Wybraliśmy zestaw 5-daniowy. Liczyliśmy na możliwość dobrania do tego odpowiednich win, spotkała nas jednak niemiła niespodzianka - otóż Atelier przygotowało wybór wódek i nalewek do degustacji, a w przypadku win sommelier doradził nam jedynie, że "Sancerre będzie pasować do większości dań, ewentualnie może być kieliszek Pinot Noir do dania głównego". Zdecydowaliśmy się na Sancerre, ale przyznam, że byłam nieco rozczarowana (i do tematu napojów i alkoholi wrócę).

Przed właściwym menu dostaliśmy do skosztowania trzy amuse bouche. Pierwsze z nich była bardzo obiecujące - dwa mini-lizaki z chałwy koziej, wetknięte w połówkę grejpfruta, zamaskowaną płatkami kwiatów. I aranżacja, i smak (zbliżony do tureckiego kaymaku czy angielskiego clotted cream) na 5. Po zjedzeniu zaczęliśmy się co prawda zastanawiać, z czego właściwie robi się chałwę, i jeśli z sezamu, co to właściwie znaczy chałwa kozia - kelner poproszony o wyjaśnienie powiedział, że to prostu ser kozi, przypominający z wyglądu chałwę.

Druga zakąska - mus z selera naciowego z kawałkiem rabarbaru, obtoczonym w pieprzu i cukrze. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam to danie, bo identycznie doprawiony rabarbar, pokrojony w zapałki, jadłam w 4senses. Danie odświeżające, poprawne w smaku (ocena 4/5).

Trzecie amuse bouche było dość niezwykłe w smaku i ciekawie podane (vide zdjęcie poniżej - jedyne, jakie próbowałam zrobić w trakcie posiłku) - za talerz służył kawałek kory. Zakąską była marynowana truskawka owinięta słoniną obtoczoną w popiele ze słomy - niestety owa niezwykłość smaku poszła w kierunku dań "dziwnych" (jak wątróbka w Tamce 43); dominował smak kwaśny, zakończony długo utrzymującym się posmakiem słoniny, za którą osobiście nie przepadam (ocena 3/5).

Mniej więcej w tym momencie podano na stół masło i chleb. Z ciekawością spróbowałam pieczywa w kolorze czarnym, które smakowało łudząco jak chleb wieloziarnisty Komarki z czarnym barwnikiem - jak objaśnił nam kelner, nie była nim mątwa, ale ponownie spalona słoma.

Menu właściwe, danie pierwsze: szparagi z serem Bursztyn i granitą sosnowo-szparagową. Smaczne, odświeżające, podobnie jak amuse bouche nr 2, ale nie niezwykłe (ocena 4/5).

Danie drugie: grasica i topinambur (w co najmniej 2 postaciach) plus "jadalna ziemia" z grzybów. Poza lizakami z sera koziego, było to moje ulubione danie (ocena 5/5). Nie za dużo składników, ciekawe, uzupełniające się smaki.

Danie trzecie: makrela (plus dwa mini-kałamarnice) z sosem z rabarbaru, jogurtem z boczkiem i zielonym sosem ogórkowym. O ile w poprzednim daniu między składnikami panowała harmonia, tu była dysharmonia. Treściwa makrela, kwaśny rabarbar, jogurt o posmaku wędzonki i bardzo mocno ogórkowy, dominujący sos nie składały się w całość i zostawiały po sobie wrażenie chaosu na talerzu. Ocena moja - 3/5, M - 3+/4-/5.

Danie czwarte: królik z marchewką w 2 postaciach i "risottem" ze słonecznika i pinii oraz jajem przepiórczym. Jak ujął to M, to danie, gdzie z "nienormalnych składników zrobiono coś zaskakująco swojskiego" - z kęsem potrawy w ustach i zamkniętymi oczyma moglibyśmy czuć się jak na domowym niedzielnym obiedzie. Jajo przepiórcze wydawało się jednak zupełnie zbędne. Ocena 4/5.

Danie piąte: deser - lody sosnowe, galaretka różana, krio truskawki, truskawki marynowane, "jadalna ziemia" w postaci ciasteczek anyżowych. Podobnie jak uprzednio, w mojej opinii za dużo się działo na talerzu i smaki nie były spójne (galaretka różana i kwaśne truskawki dominowały). Deser był także objętościowo stosunkowo duży. Ocena M: 4, moja: 3+.

Po posiłku poprosiliśmy o kieliszek alkoholu na trawienie. Sommelier oznajmił nam z dumą, że "promują alkohole polskie", M zaproponował nalewkę "Polska róża", mnie zaś (po tym, jak odrzuciłam "czekoladę lub trufle" jako smaki) podał kieliszek sosnówki; podczas nalewania tej ostatniej pokazał mi słój z macerującymi się pędami sosny, stojący przy barze, i który służy jako składnik m.in. lodów z deseru. Nalewki były smaczne, ale, jak to alkohole tego typu, mocne, i upewniłam się w przekonaniu, że nie widzę ich jako dodatku do dań w menu degustacyjnym. Sądzę jednak, że - utrzymując się w duchu "teraz Polska" - można by przygotować menu złożone z rodzimych alkoholów niskoprocentowych, które by współgrało z przygotowanymi potrawami. Mamy wiele ciekawych piw, produkuje się także polskie cydry czy nawet wina i uważam, że dałoby się przygotować kilka pozycji z wysokoprocentowym akcentem jedynie na koniec.

Podsumowując, na plus: cieszę, że Wojciech Amaro doczekał się swojej restauracji w Warszawie; sądzę, że warto zapoznać się z jego kuchnią, jeśli ktoś wcześniej nie miał okazji. Ceny samych menu wydają mi się - jak na profil lokalu i jego aspiracje - stosunkowo przystępne (menu 3-daniowe: 145 zł, 5-daniowe - 220 zł, 8-daniowe - 280 zł; do rachunku nalicza się 10% za obsługę, co jest jasno opisane w karcie); oczywiście alkohole i inne napoje płatne są dodatkowo. Obsługa była poprawna, choć nie wyjątkowa; podobało mi się to, że wszyscy kelnerzy, którzy nas obsługiwali, bez wahania odpowiadali na zadawane pytania dotyczące np. składników dań, także tych mniej oczywistych.

Na plus/minus: w połowie naszego posiłku w restauracji pojawił się p. Amaro z gośćmi, co dopiero po chwili uświadomiło mi, że to znaczy, że tego dnia nie ma go w kuchni. Średnia z ocen potraw wychodzi nam 4/5, co można postrzegać i jako niezły, i niepokojący wynik. Podobnie oceniałam kolację w 4senses (i porównując tamto menu z sobotnim, widzę wiele podobieństw np. w kompozycji dań), w Amber Room dałabym piątkę z plusem. Głównym zarzutem byłoby "przekombinowanie", kojarzące mi się - może dla niektórych będzie to bluźnierstwo - z pewnym nieznającym umiaru Brytyjczykiem imieniem Jamie.

Na minus: wspomniana wyżej kwestia win/alkoholi oraz TOALETA. Jedna na cały lokal, co powoduje, że koło baru tworzy się kolejka (!) - uważam to za niedopuszczalne w miejscu aspirującym do gwiazdek. Drugą sprawą jest to, że toaleta tak obciążona, jak to określiła moja teściowa, "nie nadąża z regeneracją".

Na koniec powtórzyłabym, że jeśli ktoś może, a wcześniej z Amaro nie miał do czynienia - niech pójdzie i sam się przekona. Jeśli ktoś już tą przyjemność miał, a jest wielkim fanem, z pewnością już do Atelier trafił. Jeśli zaś ktoś ma co do stylu mistrza wątpliwości, wizyta może ich nie rozwiać. Ja cieszę się, że do Atelier trafiłam, bo było to swoiste "do trzech razy sztuka", ale raczej prędko nie wrócę.

środa, 11 stycznia 2012



O cuisine bourgeoise (Kuchni Burżuazji) pisałam przy recenzji książki Bourdaina. Gdy myślę o tym określeniu, przychodzi mi do głowy Julia Child i restauracje, które opisywała w swojej biografii (ew. filmowe małżeństwo Childów z Julie i Julia, czyli Stanley Tucci i Meryl Streep, jedzący kolację w jakiejś miłej knajpce, z małymi stolikami, kanapami i z lustrem na ścianie, odbijającym bar).

Julie i Julia

Takiego typu kuchnię serwuje warszawskie Bistro de Paris de Michel Moran, mieszczące się na tyłach gmachu Opery/Teatru Wielkiego w Warszawie. To miejsce, w którym jeden znany mi, sceptycznie nastawiony pan, wpierw zjadł zupę cebulową, w nieco lepszym nastroju podszedł do serów, rozpogodził się przy deserach, zaś kapka armagnacu sprawiła, że wyszedł z uśmiechem na twarzy. Po restauracji krąży właściciel, pan Moran, zagadując klientów (po polsku lub francusku), pytając o wrażenia, zbierając samemu talerze, jeśli trzeba.



Porcje są niewielkie, i wreszcie można zjeść obiad comme il faut - zaczynając od amuse bouche (jak widoczny na zdjęciu tatar z tuńczyka) i aperitifu, przechodząc do przystawki (typu ostrygi) z lekkim białym winem, głównego dania (np. jagnięcina, wysmażona tak, jak poprosiliśmy) z kieliszkiem czerwonego wytrawnego, serów, wybranych z wózka (boski Vacherin Mont d'Or), deseru (suflet z Grand Marnier i zabajone - aaach) i wreszcie kawy i armagnacu. Czytając kartę dań ma się wrażenie, że owszem, jest burżuazyjna klasyka (w sekcji CLASSIQUES BISTRO DE PARIS), choć też przynajmniej część dań jest klimacie fusion - wpływy są głównie dalekowschodnie - co na szczęście jednak brzmi znacznie gorzej, niż smakuje ;). Bywały dania trochę mniej udane (np. tatar z tuńczyka jako przystawka, widoczny na zdjęciu nr 1), ale właściwie nigdy się nie rozczarowałam. Warto wspomnieć o obsłudze, czyli tym, na co zawsze zwracam uwagę: otóż oceniam ją bardzo dobrze, zwłaszcza na tle innych warszawskich restauracji. Oczywiście ideałem pozostanie dla mnie Le Gavroche, niemniej w Bistro... nie było żadnych wielkich wpadek, zaś drobne błędy (nie ta woda mineralna czy wino, które zamówiliśmy) były szybko i sprawnie naprawiane. Przede wszystkim obsługa potrafi być zachować i dystans, i wzbudzać sympatię; pozwalać sobie na osobiste uwagi, nie zachowując się nazbyt poufale.

Gdybym mogła zmienić dwie rzeczy, nie obraziłabym się na niższe ceny; chętnie przyjęłabym też nieco bardziej kameralny wystrój. Budynek Opery sam w sobie jest monumentalny, wnętrza są rozległe, o wyjątkowo wysokich sufitach, a oficjalna otoczka wewnątrz pogłębia ten potencjalnie onieśmielający efekt. Na szczęście jest przyjemny, osłonięty boks dla dwóch osób i jego odpowiednik dla większej grupy - boczna salka, tylko częściowo otwarta na restaurację. Całej reszty bym nie zmieniała ;).
PS. I byłabym zapomniała: to właśnie tam jadłam grasicę, o której niedawno wspominałam.

sobota, 31 grudnia 2011



Od wyprowadzki z Warszawy regularnie odwiedzam stolicę (co kilka-kilkanaście tygodni) i już kilkakrotnie stanęłam przed dylematem: Jest bardzo wcześnie rano i jest dzień niepracujący - dokąd na kawę i śniadanie? Bardziej dramatyczne było pytanie: Trwają Święta, wszystko zamknięte, skąd wziąć rano kawę*?! Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami w tej materii.

A więc, najpierw - śniadania.

W dzień powszedni nie ma problemu - wielokrotnie odwiedzałam np. Cafe Zagadka na Elektoralnej (niemal róg Al. Jana Pawła II; moje byłe okolice...). Miejsce czynne pon-pią od 8 rano oferuje kilka prostych zestawów śniadaniowych z kawą i sokiem pomarańczowym w cenie; ceny przyjazne, zaczynają się od ok. 10 zł.  Najczęściej wybierałam wersję z twarożkiem. Zdjęć śniadania niestety nie ma, za to mogę pokazać kawałek wystroju wnętrza :)



Niestety w soboty Zagadka czynna od 10... Podobnie jak wiele innych sympatycznych kawiarni - moje ulubione To lubię na ul. Freta, o którym pisałam, i w którym zjadłam już chyba całą taczkę bułeczek z pastami do chleba (można też zjeść rogaliki, vide foto), oficjalnie jest też czynne od 10 (nieoficjalnie podobno od 9:30).



Co jednak, jeśli głód przyciśnie nas wcześniej? Otóż są kawowe sieciówki, z których zasadniczo uznaję głównie Green Coffee, ewentualnie Coffee Heaven (a tej z zielonym logo na S nie uznaję). W zależności od miejsca, są czynne od 6 lub 7 rano (a na lotnisku jeszcze wcześniej). Ciekawa wydaje mi się jednak oferta Delikatesy Esencja na Marszałkowskiej (koło Teatru Rozmaitości, tam, gdzie dawno temu była Cafe Brama - ech, te wieczory przy tanim piwie i mezze ;), w którym to miejscu można w weekendy od 9 (w tygodniu od 8) zainwestować w pełne śniadanie (33 zł), które składa się z bufetu do woli, 1 dania na ciepło, dowolnej kawy/herbaty i soku wyciskanego.



Skosztowałam wędlin (smacznych i w stylu 'swojskim'), świeżej chałki, warzyw, serów; jako danie ciepłe wybrałam jajka w kokilkach (vide pierwsze zdjęcie w poście), których nigdy wcześniej nie jadłam (i mi smakowały, choć jaj w koszulce nie przebiły ;).

Misja druga - kawa.



Rok temu 25 grudnia uznałam, po bezowocnym przeszukaniu internetu przez komórkę, że przy Dworcu Centralnym coś musi być otwarte. Myliłam się. Skończyło się kawą w kawiarni któregoś hotelu w odległości 1km od Dworca - i nie było to doświadczenie godne zapamiętania (do tego stopnia, że nie pamiętam, który to był hotel...). W tym roku przeprowadziłam wcześniejsze netowe badania, i wygląda na to, że: a/są czynne stacje benzynowe, ale to raczej styl napojów kawowych lub kawowopodobnych, b/są wspomniane wyżej hotele ;), ale różnie bywa z jakością (i trzeba się liczyć z nieco wyższymi cenami), c/są otwarte, także 25.12., niektóre wspomniane wyżej sieciówki. Jeśli ktoś ma blisko na Okęcie, na lotnisku kawiarnie działają od świtu ;); my wybraliśmy się do czynnego od 9 rano Green Coffee na 4 piętrze (przy siłowni) bocznego skrzydła hotelu Hilton na ul. Grzybowskiej. Oferta kawiarni jest taka sama, jak innych GC, choć ceny są trochę wyższe, co wiąże się, jak sądzę, z lokalizacją. Za to byli czynni w dzień świąteczny... i serwują przyzwoite (tylko trochę za duże) cappuccino na doppio. Plus migdałowe croissanty, dla tych, którzy muszą jakoś przetrwać 2 godziny do rodzinnego śniadania.

* Nie mam na myśli napojów kawopodobnych z granulek (a kysz), filtru przelewowego (fe) itd. Wierzę tylko w ekspresy ciśnieniowe i maksymalną pojemność cappuccino 200ml. Kawiarki nie posiadam.

PS. Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku ;)

 
1 , 2 , 3
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna