Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Warszawa

czwartek, 03 maja 2012

Kiedy parę lat temu recenzowaliśmy z M Amber Room, Wojciech Modest Amaro nie miał swojej restauracji i choć może był już nazywany "wschodzącą gwiazdą", nie dostał oficjalnie tego wyróżnienia w przewodniku Michelina ;). Zachwyceni kolacją w Amber Room, po odejściu Amaro z tej restauracji wybraliśmy się jeszcze 2 lata temu na degustację/warsztaty do 4senses (o ówczesnym menu - choć wydaje mi się, że wprowadzono potem jakieś zmiany - można przeczytać na stronie lokalu). Doświadczenie było z różnych powodów bardzo ciekawe, ale co do niektórych serwowanych dań (np. kriosernika) miałam mieszane uczucia. Podczas warsztatów w 2010 rozmawialiśmy o planowanym otwarciu restauracji w Warszawie; Atelier Amaro działa od paru miesięcy i wreszcie (w minioną sobotę) miałam okazję się tam wybrać.

Atelier mieści się w budynku widocznym na zdjęciu u góry, na skraju Łazienek i Agrykoli. W tym samym miejscu znajdował się w latach 90-tych Blues Bar, w którym czasem bywałam jako nastolatka. Przemiana nieco spelunkowego miejsca (gęste opary dymu i piwa jako stały element wyposażenia) w restaurację serwującą wyrafinowaną kuchnię wywołała u mnie uśmiech, ale można ją postrzegać w kategoriach symbolu przemian (Warszawa 1992 a 2012).

Wnętrze (niezbyt duże) urządzone jest w sposób nowoczesny, raczej minimalistyczny, estetyczny, ale nie wyróżniający się na tle innych restauracji o podobnej klasie (np. odnowiona Dyspensa na ul. Mokotowskiej jest urządzona w podobnym stylu). Wieczór był bardzo ciepły i okna werandowe były otwarte na taras z paroma stolikami, my jednak siedzieliśmy wewnątrz.

Kierownik sali zaprowadził nas do stolika, wręczył menu i zaproponował kieliszek szampana na początek (skorzystaliśmy). Wybór menu jest prosty - można zdecydować się na opcję 3, 5-cio lub 8-daniową; składowe każdego zestawu są ustalone z góry. Każda potrawa jest określona w menu przez tylko trzy składniki (typu grasica, topinambur, grzyby). Wybraliśmy zestaw 5-daniowy. Liczyliśmy na możliwość dobrania do tego odpowiednich win, spotkała nas jednak niemiła niespodzianka - otóż Atelier przygotowało wybór wódek i nalewek do degustacji, a w przypadku win sommelier doradził nam jedynie, że "Sancerre będzie pasować do większości dań, ewentualnie może być kieliszek Pinot Noir do dania głównego". Zdecydowaliśmy się na Sancerre, ale przyznam, że byłam nieco rozczarowana (i do tematu napojów i alkoholi wrócę).

Przed właściwym menu dostaliśmy do skosztowania trzy amuse bouche. Pierwsze z nich była bardzo obiecujące - dwa mini-lizaki z chałwy koziej, wetknięte w połówkę grejpfruta, zamaskowaną płatkami kwiatów. I aranżacja, i smak (zbliżony do tureckiego kaymaku czy angielskiego clotted cream) na 5. Po zjedzeniu zaczęliśmy się co prawda zastanawiać, z czego właściwie robi się chałwę, i jeśli z sezamu, co to właściwie znaczy chałwa kozia - kelner poproszony o wyjaśnienie powiedział, że to prostu ser kozi, przypominający z wyglądu chałwę.

Druga zakąska - mus z selera naciowego z kawałkiem rabarbaru, obtoczonym w pieprzu i cukrze. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam to danie, bo identycznie doprawiony rabarbar, pokrojony w zapałki, jadłam w 4senses. Danie odświeżające, poprawne w smaku (ocena 4/5).

Trzecie amuse bouche było dość niezwykłe w smaku i ciekawie podane (vide zdjęcie poniżej - jedyne, jakie próbowałam zrobić w trakcie posiłku) - za talerz służył kawałek kory. Zakąską była marynowana truskawka owinięta słoniną obtoczoną w popiele ze słomy - niestety owa niezwykłość smaku poszła w kierunku dań "dziwnych" (jak wątróbka w Tamce 43); dominował smak kwaśny, zakończony długo utrzymującym się posmakiem słoniny, za którą osobiście nie przepadam (ocena 3/5).

Mniej więcej w tym momencie podano na stół masło i chleb. Z ciekawością spróbowałam pieczywa w kolorze czarnym, które smakowało łudząco jak chleb wieloziarnisty Komarki z czarnym barwnikiem - jak objaśnił nam kelner, nie była nim mątwa, ale ponownie spalona słoma.

Menu właściwe, danie pierwsze: szparagi z serem Bursztyn i granitą sosnowo-szparagową. Smaczne, odświeżające, podobnie jak amuse bouche nr 2, ale nie niezwykłe (ocena 4/5).

Danie drugie: grasica i topinambur (w co najmniej 2 postaciach) plus "jadalna ziemia" z grzybów. Poza lizakami z sera koziego, było to moje ulubione danie (ocena 5/5). Nie za dużo składników, ciekawe, uzupełniające się smaki.

Danie trzecie: makrela (plus dwa mini-kałamarnice) z sosem z rabarbaru, jogurtem z boczkiem i zielonym sosem ogórkowym. O ile w poprzednim daniu między składnikami panowała harmonia, tu była dysharmonia. Treściwa makrela, kwaśny rabarbar, jogurt o posmaku wędzonki i bardzo mocno ogórkowy, dominujący sos nie składały się w całość i zostawiały po sobie wrażenie chaosu na talerzu. Ocena moja - 3/5, M - 3+/4-/5.

Danie czwarte: królik z marchewką w 2 postaciach i "risottem" ze słonecznika i pinii oraz jajem przepiórczym. Jak ujął to M, to danie, gdzie z "nienormalnych składników zrobiono coś zaskakująco swojskiego" - z kęsem potrawy w ustach i zamkniętymi oczyma moglibyśmy czuć się jak na domowym niedzielnym obiedzie. Jajo przepiórcze wydawało się jednak zupełnie zbędne. Ocena 4/5.

Danie piąte: deser - lody sosnowe, galaretka różana, krio truskawki, truskawki marynowane, "jadalna ziemia" w postaci ciasteczek anyżowych. Podobnie jak uprzednio, w mojej opinii za dużo się działo na talerzu i smaki nie były spójne (galaretka różana i kwaśne truskawki dominowały). Deser był także objętościowo stosunkowo duży. Ocena M: 4, moja: 3+.

Po posiłku poprosiliśmy o kieliszek alkoholu na trawienie. Sommelier oznajmił nam z dumą, że "promują alkohole polskie", M zaproponował nalewkę "Polska róża", mnie zaś (po tym, jak odrzuciłam "czekoladę lub trufle" jako smaki) podał kieliszek sosnówki; podczas nalewania tej ostatniej pokazał mi słój z macerującymi się pędami sosny, stojący przy barze, i który służy jako składnik m.in. lodów z deseru. Nalewki były smaczne, ale, jak to alkohole tego typu, mocne, i upewniłam się w przekonaniu, że nie widzę ich jako dodatku do dań w menu degustacyjnym. Sądzę jednak, że - utrzymując się w duchu "teraz Polska" - można by przygotować menu złożone z rodzimych alkoholów niskoprocentowych, które by współgrało z przygotowanymi potrawami. Mamy wiele ciekawych piw, produkuje się także polskie cydry czy nawet wina i uważam, że dałoby się przygotować kilka pozycji z wysokoprocentowym akcentem jedynie na koniec.

Podsumowując, na plus: cieszę, że Wojciech Amaro doczekał się swojej restauracji w Warszawie; sądzę, że warto zapoznać się z jego kuchnią, jeśli ktoś wcześniej nie miał okazji. Ceny samych menu wydają mi się - jak na profil lokalu i jego aspiracje - stosunkowo przystępne (menu 3-daniowe: 145 zł, 5-daniowe - 220 zł, 8-daniowe - 280 zł; do rachunku nalicza się 10% za obsługę, co jest jasno opisane w karcie); oczywiście alkohole i inne napoje płatne są dodatkowo. Obsługa była poprawna, choć nie wyjątkowa; podobało mi się to, że wszyscy kelnerzy, którzy nas obsługiwali, bez wahania odpowiadali na zadawane pytania dotyczące np. składników dań, także tych mniej oczywistych.

Na plus/minus: w połowie naszego posiłku w restauracji pojawił się p. Amaro z gośćmi, co dopiero po chwili uświadomiło mi, że to znaczy, że tego dnia nie ma go w kuchni. Średnia z ocen potraw wychodzi nam 4/5, co można postrzegać i jako niezły, i niepokojący wynik. Podobnie oceniałam kolację w 4senses (i porównując tamto menu z sobotnim, widzę wiele podobieństw np. w kompozycji dań), w Amber Room dałabym piątkę z plusem. Głównym zarzutem byłoby "przekombinowanie", kojarzące mi się - może dla niektórych będzie to bluźnierstwo - z pewnym nieznającym umiaru Brytyjczykiem imieniem Jamie.

Na minus: wspomniana wyżej kwestia win/alkoholi oraz TOALETA. Jedna na cały lokal, co powoduje, że koło baru tworzy się kolejka (!) - uważam to za niedopuszczalne w miejscu aspirującym do gwiazdek. Drugą sprawą jest to, że toaleta tak obciążona, jak to określiła moja teściowa, "nie nadąża z regeneracją".

Na koniec powtórzyłabym, że jeśli ktoś może, a wcześniej z Amaro nie miał do czynienia - niech pójdzie i sam się przekona. Jeśli ktoś już tą przyjemność miał, a jest wielkim fanem, z pewnością już do Atelier trafił. Jeśli zaś ktoś ma co do stylu mistrza wątpliwości, wizyta może ich nie rozwiać. Ja cieszę się, że do Atelier trafiłam, bo było to swoiste "do trzech razy sztuka", ale raczej prędko nie wrócę.

środa, 11 stycznia 2012



O cuisine bourgeoise (Kuchni Burżuazji) pisałam przy recenzji książki Bourdaina. Gdy myślę o tym określeniu, przychodzi mi do głowy Julia Child i restauracje, które opisywała w swojej biografii (ew. filmowe małżeństwo Childów z Julie i Julia, czyli Stanley Tucci i Meryl Streep, jedzący kolację w jakiejś miłej knajpce, z małymi stolikami, kanapami i z lustrem na ścianie, odbijającym bar).

Julie i Julia

Takiego typu kuchnię serwuje warszawskie Bistro de Paris de Michel Moran, mieszczące się na tyłach gmachu Opery/Teatru Wielkiego w Warszawie. To miejsce, w którym jeden znany mi, sceptycznie nastawiony pan, wpierw zjadł zupę cebulową, w nieco lepszym nastroju podszedł do serów, rozpogodził się przy deserach, zaś kapka armagnacu sprawiła, że wyszedł z uśmiechem na twarzy. Po restauracji krąży właściciel, pan Moran, zagadując klientów (po polsku lub francusku), pytając o wrażenia, zbierając samemu talerze, jeśli trzeba.



Porcje są niewielkie, i wreszcie można zjeść obiad comme il faut - zaczynając od amuse bouche (jak widoczny na zdjęciu tatar z tuńczyka) i aperitifu, przechodząc do przystawki (typu ostrygi) z lekkim białym winem, głównego dania (np. jagnięcina, wysmażona tak, jak poprosiliśmy) z kieliszkiem czerwonego wytrawnego, serów, wybranych z wózka (boski Vacherin Mont d'Or), deseru (suflet z Grand Marnier i zabajone - aaach) i wreszcie kawy i armagnacu. Czytając kartę dań ma się wrażenie, że owszem, jest burżuazyjna klasyka (w sekcji CLASSIQUES BISTRO DE PARIS), choć też przynajmniej część dań jest klimacie fusion - wpływy są głównie dalekowschodnie - co na szczęście jednak brzmi znacznie gorzej, niż smakuje ;). Bywały dania trochę mniej udane (np. tatar z tuńczyka jako przystawka, widoczny na zdjęciu nr 1), ale właściwie nigdy się nie rozczarowałam. Warto wspomnieć o obsłudze, czyli tym, na co zawsze zwracam uwagę: otóż oceniam ją bardzo dobrze, zwłaszcza na tle innych warszawskich restauracji. Oczywiście ideałem pozostanie dla mnie Le Gavroche, niemniej w Bistro... nie było żadnych wielkich wpadek, zaś drobne błędy (nie ta woda mineralna czy wino, które zamówiliśmy) były szybko i sprawnie naprawiane. Przede wszystkim obsługa potrafi być zachować i dystans, i wzbudzać sympatię; pozwalać sobie na osobiste uwagi, nie zachowując się nazbyt poufale.

Gdybym mogła zmienić dwie rzeczy, nie obraziłabym się na niższe ceny; chętnie przyjęłabym też nieco bardziej kameralny wystrój. Budynek Opery sam w sobie jest monumentalny, wnętrza są rozległe, o wyjątkowo wysokich sufitach, a oficjalna otoczka wewnątrz pogłębia ten potencjalnie onieśmielający efekt. Na szczęście jest przyjemny, osłonięty boks dla dwóch osób i jego odpowiednik dla większej grupy - boczna salka, tylko częściowo otwarta na restaurację. Całej reszty bym nie zmieniała ;).
PS. I byłabym zapomniała: to właśnie tam jadłam grasicę, o której niedawno wspominałam.

sobota, 31 grudnia 2011



Od wyprowadzki z Warszawy regularnie odwiedzam stolicę (co kilka-kilkanaście tygodni) i już kilkakrotnie stanęłam przed dylematem: Jest bardzo wcześnie rano i jest dzień niepracujący - dokąd na kawę i śniadanie? Bardziej dramatyczne było pytanie: Trwają Święta, wszystko zamknięte, skąd wziąć rano kawę*?! Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami w tej materii.

A więc, najpierw - śniadania.

W dzień powszedni nie ma problemu - wielokrotnie odwiedzałam np. Cafe Zagadka na Elektoralnej (niemal róg Al. Jana Pawła II; moje byłe okolice...). Miejsce czynne pon-pią od 8 rano oferuje kilka prostych zestawów śniadaniowych z kawą i sokiem pomarańczowym w cenie; ceny przyjazne, zaczynają się od ok. 10 zł.  Najczęściej wybierałam wersję z twarożkiem. Zdjęć śniadania niestety nie ma, za to mogę pokazać kawałek wystroju wnętrza :)



Niestety w soboty Zagadka czynna od 10... Podobnie jak wiele innych sympatycznych kawiarni - moje ulubione To lubię na ul. Freta, o którym pisałam, i w którym zjadłam już chyba całą taczkę bułeczek z pastami do chleba (można też zjeść rogaliki, vide foto), oficjalnie jest też czynne od 10 (nieoficjalnie podobno od 9:30).



Co jednak, jeśli głód przyciśnie nas wcześniej? Otóż są kawowe sieciówki, z których zasadniczo uznaję głównie Green Coffee, ewentualnie Coffee Heaven (a tej z zielonym logo na S nie uznaję). W zależności od miejsca, są czynne od 6 lub 7 rano (a na lotnisku jeszcze wcześniej). Ciekawa wydaje mi się jednak oferta Delikatesy Esencja na Marszałkowskiej (koło Teatru Rozmaitości, tam, gdzie dawno temu była Cafe Brama - ech, te wieczory przy tanim piwie i mezze ;), w którym to miejscu można w weekendy od 9 (w tygodniu od 8) zainwestować w pełne śniadanie (33 zł), które składa się z bufetu do woli, 1 dania na ciepło, dowolnej kawy/herbaty i soku wyciskanego.



Skosztowałam wędlin (smacznych i w stylu 'swojskim'), świeżej chałki, warzyw, serów; jako danie ciepłe wybrałam jajka w kokilkach (vide pierwsze zdjęcie w poście), których nigdy wcześniej nie jadłam (i mi smakowały, choć jaj w koszulce nie przebiły ;).

Misja druga - kawa.



Rok temu 25 grudnia uznałam, po bezowocnym przeszukaniu internetu przez komórkę, że przy Dworcu Centralnym coś musi być otwarte. Myliłam się. Skończyło się kawą w kawiarni któregoś hotelu w odległości 1km od Dworca - i nie było to doświadczenie godne zapamiętania (do tego stopnia, że nie pamiętam, który to był hotel...). W tym roku przeprowadziłam wcześniejsze netowe badania, i wygląda na to, że: a/są czynne stacje benzynowe, ale to raczej styl napojów kawowych lub kawowopodobnych, b/są wspomniane wyżej hotele ;), ale różnie bywa z jakością (i trzeba się liczyć z nieco wyższymi cenami), c/są otwarte, także 25.12., niektóre wspomniane wyżej sieciówki. Jeśli ktoś ma blisko na Okęcie, na lotnisku kawiarnie działają od świtu ;); my wybraliśmy się do czynnego od 9 rano Green Coffee na 4 piętrze (przy siłowni) bocznego skrzydła hotelu Hilton na ul. Grzybowskiej. Oferta kawiarni jest taka sama, jak innych GC, choć ceny są trochę wyższe, co wiąże się, jak sądzę, z lokalizacją. Za to byli czynni w dzień świąteczny... i serwują przyzwoite (tylko trochę za duże) cappuccino na doppio. Plus migdałowe croissanty, dla tych, którzy muszą jakoś przetrwać 2 godziny do rodzinnego śniadania.

* Nie mam na myśli napojów kawopodobnych z granulek (a kysz), filtru przelewowego (fe) itd. Wierzę tylko w ekspresy ciśnieniowe i maksymalną pojemność cappuccino 200ml. Kawiarki nie posiadam.

PS. Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku ;)

wtorek, 09 sierpnia 2011



Jakiś czas temu pisałam o "smacznej" ulicy w Warszawie, tj. Francuskiej na Saskiej Kępie. Z przyjemnością informuję, że należy zrobić aneks do wpisu, gdyż w tym samym budynku, co moje ulubione La Petite France, otwarto sklep Vom Fass (poprzedni punkt w stolicy, w centrum handlowym Blue City, zamknięto już jakiś czas temu, co z przykrością odkryłam minioną zimą, gdy chciałam kupić mój ulubiony ocet balsamiczny).

Vom Fass to niezwykła sieć sklepów z oliwami, olejami i octami, w których produkty są dekantowane na świeżo z dzbanów, do butelek o wybranej pojemności (najmniejsza ma 100ml, są też butelki bardziej ozdobne - idealne na prezent). Osobiście najbardziej lubię octy - polecam balsamiczny 24 lub 30-letni (bardzo gęsty!), niezwykle owocowy Kalamansi czy porzeczkowy. Niewątpliwym plusem jest to, że każdy produkt można przed zakupem spróbować :). Dobry ocet balsamiczny zaś idealnie się nadaje do zrobienia "oczka" w kapce oliwy, do maczania chleba (tak, jak poniżej):



PS. Przy okazji chciałam bardzo podziękować Tili oraz Kai za równoczesne przyznanie wyróżnienia One Lovely Blog Award (ale pozwolicie, że tym razem nie będę strzelać dalej ;).

sobota, 23 lipca 2011



Pierwszy raz o restauracji Tamka 43 przeczytałam na blogu Liski. Zastanawiałam się, czy by się kiedyś nie wybrać, ale obawiałam się znacznego przerostu formy nad treścią... i tak minęło sporo czasu. W końcu, podczas niedawnej wizyty w Warszawie, postanowiłam, że trzeba spróbować. Nie nastawiałam się na nic wyjątkowego (przeczytawszy wcześniej bardzo mieszane recenzje w internecie), a spotkała mnie miła kulinarna niespodzianka.

Lokal znajduje się, jak sama nazwa wskazuje, na ul. Tamka, tuż przy Muzeum Chopina; oto widok, jakim mogą się cieszyć szczęściarze (my) którym się trafił stolik przy oszklonej ścianie na ulicę.



Wnętrze jest nowoczesne, ale neutralne, w stylu, który jest mi zupełnie obojętny (poza tym, że zazwyczaj myślę, że to dobre miejsce na spotkanie biznesowe). Karta dań a la carte jest bardzo krótka (co mnie zazwyczaj cieszy w restauracjach), poza nią było jeszcze menu degustacyjne, z zacięciem molekularnym, i na to się zdecydowaliśmy. Poprosiliśmy także kelnera o dobór win do dań. 



Na początek podano amuse bouche - zupa marchwiowo-pomarańczowa, podana w kieliszkach. Smaczna, choć, jak powiedział M, nic niezwykłego. Mnie zaintrygował sam pomysł podania zupy jako mini-przystawkę, bo miałam wrażenie, że raczej preferuje się dania "na jeden kęs". Ponadto poczęstowano nas chipsami - ziemniaczanymi oraz, uwaga, z kaszy manny, z piankowym sosem jogurtowym (który smakował jak spieniony ayran).

Pierwszym daniem z menu degustacyjnego była, nazwijmy to, sałatka: żółte pomidory ze śniegiem (cytat) z mozzarelli i galaretką gazpacho. Nie jestem fanką "krio" obróbki nabiału, ale tu śnieżna struktura sera rzeczywiście pasowała do bardzo soczystych, aromatycznych pomidorów i dressingu w formie galaretki o smaku gazpacho. I pomysł, i smak na plus. Do tego piliśmy lekkie białe wino, które choć smaczne, nie zapadło nam mocno w pamięć (do tego stopnia, że nie pamiętamy ani nazwy, ani gatunku :).



Drugim daniem był sandacz z emulsją cytrynową i koprem włoskiem. W przeciwieństwie do krio-serów emulsje bardzo lubię, i ta mi bardzo smakowała, choć była bardzo intensywna i wybijała się ponad inne składniki dania (co skrytykował M, który w ogóle nie był zachwycony kompozycją dania). Wino pozostało niezmienione. 



Numer trzy: dorsz z puree z musztardowca i bobem. Danie przyniosła inna kelnerka, która zasugerowała zmianę wina na rieslinga (konkretnie, jeśli dobrze zapamiętałam, Riesling Wiebelsberg Grand Cru Boeckel). Wino było niezwykłe: w Berlinie piłam wino musujące z dodatkiem nalewki z kwiatów czarnego bzu (wariacja nt. Kir Royale :), które miało lekko ziołowy posmak - podobnie jak tutaj. Świetnie pasowało do kwaśno-zielonej potrawy, która poza musztardowcem (w formie sosu/przecieru; pierwszy raz jadłam i chętnie powtórzę), rybą i chrupkim bobem, zawierała odrobinę kwaśnej passiflory oraz... kożuch mleczny. 



Czwarta potrawa, wątróbka cielęca z wędzonymi truskawkami (oraz z tapioką), była jednym z dziwniejszych dań, jakie jadłam w życiu. W jakimś sensie (może dzięki średnio wysmażonej wątróbce?) skojarzyła mi się z kuchnią niemiecką czy austriacką. Doceniam pomysłowość i kompozycję, ale niekoniecznie chciałabym powtarzać. 



Do dania głównego, duszonego ogona wołowego ze szparagami, dostaliśmy Pinot Noir Hunky Dory. Swego czasu (po Bezdrożach, o których wspominałam) testowaliśmy różne Pinot Noir, ze średnim skutkiem; to chyba było najbliższe temu, czego oczekuję od wina, choć pewnie musiałabym powtórzyć degustację chłodniejszą porą. Co do ogona: pierwszy raz go jadłam i bardzo mi smakował, zwłaszcza jeśli chodzi o konsystencję; sama potrawa była chyba najbardziej tradycyjna z całego menu.


Deser okazał się absolutnym hitem: ser kozi, sorbet szczawiowy i młode buraki, w formie sorbetu i kremu. Całość tylko lekko słodka, ale idealna: 10/10 w kategorii sezonowości, kreatywności, dekoracyjności i - tak, to też ważne - polskości. Do tego piliśmy Sauternes (nie najlepsze, z jakim do tej pory miałam do czynienia). M jeszcze skusił się na espresso (które chwalił), do którego podano dwie praliny.

A więc:
Na plus: kuchnia - jedzenie (żadnej katastrofy, a parę prawdziwych perełek kulinarnych; wysokiej jakości, sezonowe składniki) i sposób prezentacji dań; lokalizacja.

Na plus/minus: nierówna obsługa. Jak pisałam wyżej, w połowie posiłku zaczęła zajmować się nami kelnerka, która w przeciwieństwie do swojego w miarę poprawnego kolegi, sprawiała wrażenie osobiście zaangażowanej w swoją pracę - rozmawialiśmy z nią o daniach, składnikach i winach. Technicznie jednak można by się do pewnych rzeczy przyczepić. Kolejna sprawa to kwestia win: choć karta jest dość bogata, restauracja nie jest przygotowana do połączenia ciekawego, dopracowanego menu degustacyjnego z odpowiednimi trunkami; miałam wrażenie, że nasza prośba obsługę lekko zaskoczyła, gdy tymczasem do każdego dania powinno być zaserwowane, jeśli ktoś sobie tego życzy, inne, odpowiednio dobrane wino (w degustacyjnej ilości, nie pełne kieliszki, jak nam nalewano). Dwa jednak z zasugerowanych win nam bardzo smakowały (zwłaszcza riesling) i doskonale pasowały do potraw.

Na minus: pieczywo. Wiem, że jestem wybredna i mam skrzywienie piekarskie, ale uważam, że w takim miejscu powinno być lepszej jakości i świeżości. Podobnie z muzyką: słuchając muzyki granej w każdej sieciówce (serwującej kawę, ubrania czy fast food), centrum handlowym czy na lotnisku w dowolnym miejscu na świecie, czyli tzw. smooth jazzu, zaczęłam żałować, że nie postawiono na coś bardziej oryginalnego i pasującego do miejsca (Muzeum Chopina), a nie nijakie plimplanie.

Podsumowując: chętnie tam wrócę, zobaczyć, co szef kuchni zaproponuje w ramach menu jesiennego czy zimowego. Polecam, choć nie dla każdego: jak zaznaczałam w przypadku Amber Room z czasów Wojciecha Amaro, kuchnia molekularna nie jest dla każdego (choć ta w wydaniu Tamki jest jednak wersją "light"). Niemniej, nie ma co oczekiwać schabowego z ziemniakami i mizerią czy obiadu "jak u mamy (babci/teściowej)", można za to skosztować czegoś zupełnie nowego: znanego smaku, tylko w innej formie (vide emulsja cytrynowa czy sorbet buraczany), albo czegoś całkiem nieznanego (jak dla mnie musztardowiec czy ogon wołowy). Mam nadzieję, że w przyszłości dopracowane zostaną szczegóły w zakresie win i obsługi. 

sobota, 26 lutego 2011

Byłam w warszawskiej Różanej wielokrotnie i za każdym razem miałam ochotę powiedzieć niczym Oniegin: "A szczęście [...] było tak blisko...", czy jak kto woli, Maks Paradys: "A miało być tak pięknie...".

Gdy pierwszy raz otworzyłam drzwi przedwojennej willi na Mokotowie, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie do lat 30-tych i wpadłam na prywatne przyjęcie w jakimś zamożnym mieszczańskim domu (może u opisywanej przez K.T. Lewandowskiego Generałowej Zasławskiej ;). Dom kiedyś służył celom mieszkalnym, i wciąż to widać w wystroju wnętrz. W głównej sali pod ścianami stoją serwantki i kredensy, wiszą lustra, przy stolikach (nakrytych szydełkowymi serwetami) stoją kwiaty. Gdyby nie to, że tych stolików jest więcej, niż zwykło się ustawiać w salonie, moglibyśmy być w prywatnej bawialni. Ze względu na retro-polski klimat zawsze sądziłam, że restauracja jest dobrym miejscem do przyprowadzenia cudzoziemskich gości.

Karta dań także nawiązuje do dawnych klimatów. Jest w niej móżdżek cielęcy (moja ulubiona przystawka), "domowe" pasztety, pieczona kaczka, kurczę z nadzieniem, innymi słowy: kuchnia polska tradycyjna, ale nie biesiadna, i nawet nie całkiem restauracyjna, bardziej w stylu proszonego obiadu. Tu dochodzę do pierwszego "ale": restauracja aspiruje do pewnego (wyższego) poziomu gastronomicznego, a dania są - zazwyczaj  - dość smaczne, ale podane i przyrządzone na poziomie kuchni domowej. Przy takiej otoczce, także cenowej, oczekuję jednak czegoś więcej. Nigdy żadne danie mnie tam nie zachwyciło, a zdarzały się i wpadki, typu przesuszona kaczka, którą ostatnio jadł M.

Jak jesteśmy przy wpadkach - każdemu coś niecoś (sic) może się zdarzyć. Gorzej, jeśli jest to nagminne. A to szydełkowa serweta była pokryta malowniczym wzorem z plam, a cukiernica mocno wyszczerbiona; a to (dwukrotnie) na stole pojawiło się zbyt schłodzone białe wino; kelner przyniósł bezę z sosem malinowym, choć było bardzo podkreślane, że ma być bez, lub też - moja 'ulubiona' sytuacja - kelnerka zrobiła się znacząco milsza, gdy zamówiliśmy butelkę wina. Średnia liczba wpadek to dwie na wyjście.

Mimo tych wątpliwości nie mogę powiedzieć, że nie polecam Różanej. Za każdym razem, gdy tam idę, liczę na to, że "a nuż" coś się poprawiło i nie będzie żadnych zgrzytów. Skoro poprawiło się np. pieczywo, to i reszta też może. A jeśli nie, to przynajmniej można przez godzinę czy dwie poczuć się jak "w małym dworku".

sobota, 05 czerwca 2010

Pisałam już kiedyś o nietypowym lokalu na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, czyli Przekąskach i Zakąskach. Dziś recenzja miejsca położonego o kilka metrów od bistro, z tej samej rodziny (pt. Gessler), czyli U Kucharzy.

Restauracja niedawno została wyróżniona Bib Gourmand przez krytyków Michelin. My pierwszy raz odwiedziliśmy ją niedługo po otwarciu, kilka lat temu. Bardzo dobrze zapamiętałam z tej wizyty nietypowe wnętrze: lokal został utworzony na zapleczu byłej restauracji Hotelu Europejskiego i wiele w nim nie zmieniono - pozostały np. charakterystyczne biało-czarne kafelki na podłodze, umywalki na ścianach itd. Inne rzeczy, które mnie wówczas uderzyły, to wiek obsługi - znacznie starszy niż zazwyczaj się spotyka w stołecznych restauracjach, żeby nie powiedzieć, że około emerytalny - oraz zwyczaj przywożenia dania i dodatków do niego w rondlach/na deskach itd. na wózku (czy właściwie wielkim drewnianym stole) do klienta i nakładania potraw "na żywo" przy stoliku.  Dania pieczone wychodzą z pieca o określonych porach, opisanych w menu. Jadłam wówczas śledzia w oleju lnianym, który jest dość specyficznym daniem, oraz kurczaka faszerowanego. Ogólnie retro jadłospis i styl gotowania wywarł na mnie wrażenie, podobnie jak we wspomnianych wyżej Przekąskach..., zainspirowanego kuchnią polską XX-lecia międzywojennego. Do restauracji wróciliśmy jakiś czas później, pozytywne wrażenie zostało utrzymane. Niedawno poszliśmy po raz trzeci i, niestety, nie było całkiem różowo.

Po pierwsze: obsługa. Już nie ma tylu osób w wieku starszym, i może szkoda. Obsługiwało nas dobre kilka osób i to pierwszy minus: trudno było się zorientować, kto właściwie odpowiadał za nasz stolik. Najprawdopodobniej była to pani, która nas do niego zaprowadziła, niestety dość chłodna w obyciu. W ok. 10 minut od zajęcia miejsc zorientowaliśmy się, że nie dostaliśmy serwetek. M poprosił o nie przechodzącego kelnera, po paru minutach otrzymaliśmy serwetki, które były... mocno wilgotne. Na nasze zdziwione spojrzenia kelner zapewnił nas, że są "czyste, dopiero co uprane". Podejrzewam, że to był powód, dla którego brakowało ich na stoliku: wszystkie były "w praniu". Kolejną sprawą było to, że ponieważ przy rezerwacji telefonicznej nie spytano mnie, czy chcę siedzieć w sali dla niepalących, a zapomniałam się o to upomnieć, znaleźliśmy się w części dla palaczy. M poprosił kolejnego przechodzącego kelnera, czy moglibyśmy zamienić stolik na miejsca dla niepalących. Pan obiecał się tym zająć, ale niestety, więcej go nie zobaczyliśmy.

Na szczęście pierwsze zgrzyty później nieco zrekompensowała bardzo szybka i kompetentna obsługa przy daniach głównych, szczególnie przy kaczce M, kiedy kilka osób  zajęło się nami bardzo sprawnie i efektownie. Miłym akcentem była także pożegnalna rozmowa z portierem, częściowo przeprowadzona en français ;).

Po drugie: jedzenie i napoje.

Zaczęliśmy od naszego ulubionego aperitifu, tj. Kir Royal, który był w porządku, ale piłam w życiu lepsze (podejrzewam, że była to kwestia jakości wina musującego). Jako przystawki jedliśmy smażonego węgorza (M) oraz tatar (ja). Z tego drugiego restauracja jest znana i znów nie chodzi tyle o samo danie, co o sposób jego przyrządzenia. Do stolika podjeżdża pan, który sieka drobno mięso na naszych oczach, natłuszcza je lekko olejem i miesza z pozostałymi składnikami (które także kroi "na żywo"). Przyznaję, że miałam dużą ochotę na tatara i ze smaku gotowego dania byłam zadowolona, choć tak naprawdę wydaje mi się lepiej, jeśli można je sobie doprawić wg własnych upodobań (i tak ten u Kucharzy był dość łagodny w smaku, za to - na szczęście - nie przesadzono z cebulą). M uważał natomiast, że oleju było za dużo. Podobne zastrzeżenie miał do swojego węgorza, tj. że był zbyt tłusto przyrządzony. Białe wino, które pił do ryby, było smaczne, choć za ciepłe.

Na szczęście, podobnie jak w przypadku obsługi, wstępne zgrzyty kulinarne zostały zrekompensowane (zwłaszcza w przypadku M) przy okazji dania głównego. M zamówił kaczkę pieczoną (która akurat o tej porze opuszczała piec), która była krucha, nie za sucha i nie za tłusta - w sam raz. Z dodatków była modra kapusta, sos żurawinowy i puree ziemniaczane. Ja natomiast zdecydowałam się na sztukę mięs, danie, do którego mam słabość. Ostatni raz je jadłam w Arłamowie, i muszę przyznać, że choć to u Kucharzy było całkiem smaczne (mięso podane razem z warzywami, które się z nim gotowały, plus sos chrzanowy), arłamowskie lepsze. Rzecz jest w tym, że porządna sztuka mięs powinna być leciutko włóknista, a równocześnie krucha, a ta u Kucharzy była zbyt, powiedzmy, spójna. Do tego dostałam kubek rosołu z mięsa, którego zamiast mnie - z rosołu uznaję tylko bulion/wywar używany do sporządzania innych zup - skosztował M i opisał jako bardzo tłusty i mało wyrazisty. Do dania głównego piłam czerwone wino "stołowe", które jak na tą klasę było całkiem niezłe.

Na deser - który wybiera się też z wózka - w postaci sernika zdecydował się tylko M. Choć serniki tradycyjne nie zawsze mi smakują, ten był wart spróbowania: dość słodki, gęsty, ciężki i bardzo smaczny.

Podsumowując: mam mieszane uczucia. Przed tą wizytą bym U Kucharzy raczej polecała, obecnie mam wrażenie, że i kuchnia i obsługa są mocno nierówne. Pomysł jest wciąż bardzo dobry, ale wykonanie nie zawsze trzyma poziom.

czwartek, 15 kwietnia 2010

E., rodowita prażanka (mam na myśli tą warszawską Pragę :), kiedyś powiedziała, że ulica Francuska to najładniejsza ulica po tamtej stronie Wisły. Tak się złożyło, że później przez jakiś czas mieszkała na Saskiej Kępie. To głównie dzięki niej dowiedziałam się o różnych smacznych miejscach w tamtej okolicy - i dziś chciałam o nich napisać.

O La Petite France już wspominałam na blogu, m.in. jako o źródle dobrych serów. Jak widzicie na zdjęciach obok, jest w czym wybierać. Poza serami są sardele (anchois) na wagę, pasztety i kiełbaski, najróżniejsze alkohole... Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym miejscu zresztą, gdy E. przyniosła nam do wypróbowania różne cydry francuskie, głównie wytrawne. Z innych ciekawych, trudno dostępnych produktów, jest żelatyna w płatkach, do kupienia na sztuki.

Właściciele sklepu (m.in. b. sympatyczny pan Serge) służą pomocą i radą. Można także u nich zamawiać produkty (np. ser dla koneserów, czyli A Casinca). Towary na wagę są pakowane w retro papier z czerwono-białym nadrukiem, który b. mi się podoba i który widać na zdjęciu na lewo.

O rzut beretem od "małej Francji" są "małe Węgry", czyli sklep Papryka. Jak widać na zdjęciu, można tam kupić najróżniejsze kiełbasy i salami. Sprzedawczyni się pyta, czy chcemy kiełbasę mniej lub bardziej suchą, mniej lub bardziej pikantną i doradza właściwy rodzaj. Poza wędlinami w ciemnym sklepiku (ogrzewanym zimą tzw. kozą, stojącą w rogu) nie ma wielkiego wyboru produktów, ale są takie węgierskie szlagiery, jak pasty paprykowe, wina, likier Unicum i kostki bulionowe do zupy rybnej.

Przemieszczając się kulinarnie na południe, z Węgier możemy skoczyć do Turcji, bo niemal naprzeciwko Papryki mieści się Efes Kebab. Nie jestem fanką kebabowni, zwłaszcza od kiedy mój kolega się mocno struł po posiłku w bardzo popularnym miejscu w Warszawie, ale wiele osób mi polecało Efes. Ponieważ akurat byliśmy obok i byliśmy głodni, nadarzała się okazja, by miejsce wypróbować.

Karta dań jest bardzo krótka - kilka dań do wyboru. Wzięłam köfte a M, jeśli dobrze pamiętam, "przysmak Sułtana". Do popicia ayran. Gdy jedzenie pojawiło się na stole, poczułam się jak w Turcji: i ayran, i mięso smakowało tak, jak tam, a właśnie köfte popijane ayranem jadłam pierwszego dnia pobytu w Stambule, jako swój pierwszy miejscowy posiłek.  Na ścianie wisiał portret Atatürka, rozejrzałam się zatem za kolejnym niezbędnym elementem dekoracji, tj. "okiem proroka"(i znalazłam, w szklanej gablotce). Do pełni szczęścia brakowało mi tylko tureckiej muzyki* (w Efesie nie leciała żadna), no i surówka z kapusty nieco psuła smak całości.

Wychodząc z Efesu i przechodząc przez ulicę Francuską, kierując się w stronę Ronda Waszyngtona, możemy przenieść się do do Anglii w formie herbaciarni Gander's Tea Room. Akurat to miejsce znam od dobrych paru lat. Lokal składa się z kilku małych salek, w których ustawione są małe lub średnie stoliki. To dobre miejsce na ploty z przyjaciółką, randkę** lub po prostu five o' clock: wybór herbat jest duży, a jeden imbryk starczy i dla dwóch osób. Można także napić się kawy oraz zjeść małe co nieco.

To tyle, jeśli chodzi o "moje" miejsca na Francuskiej. Wiem, że delikatesów i restauracji jest tam znacznie więcej, a ja przemieszczam się jedynie na małej przestrzeni przy skrzyżowaniu z ul. Zwycięzców. Może ktoś z czytelników ma zatem swoje typy?

* Poradziłam sobie w chwilę później przy pomocy Aramam:

** Kto pamięta scenę nieudanych Walentynek w herbaciarni w V tomie Harry'ego Pottera ;)?

wtorek, 22 grudnia 2009

Lubię kryminały retro. W tych dziejących się w okresie międzywojennym, bohater, zazwyczaj (nad)komisarz policji, prędzej czy później ląduje w jakimś lokalu, oczywiście w sprawach służbowych. Komisarz Maciejewski M. Wrońskiego popija tam np. kawę z prądem, albo czystą zakąszaną meduzą (galaretką z wkładką mięsną); Eberhard Mock M. Krajewskiego stosuje podobną dietę*. Nadkomisarz Drwęcki K.T. Lewandowskiego mniej się szlaja po spelunkach - bywa głównie w warszawskiej Ziemiańskiej, a alkoholem się raczy głównie podczas spotkań towarzyskich w mieszkaniach prywatnych (ale za to jada bardzo dobrze i urozmaicenie - dania opisane zwłaszcza w Elektrycznych perłach to temat na osobny post ;). Niemniej, lokale opisywane przez ww. pisarzy mają specyficzny klimat: są miejscem, w którym zdobywa się informacje, obserwuje podejrzanych i nawiązuje cenne znajomości. Kelnerzy widzą i wiedzą wiele, a czasem nawet podzielą się swoją wiedzą. Za kołnierz nikt nie wylewa. Myślałam, że podobne miejsca można znaleźć już jedynie na kartach książek, ale się myliłam.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam jeszcze z daleka bistro A la Fourchette (vel Przekąski Zakąski), zwróciłam uwagę na tłum zgromadzony przed wejściem - ludzi stojących na Krakowskim Przedmieściu, pijących piwo lub mocniejsze trunki, z talerzami ustawionymi na zewnętrznych parapetach budynku. Powodów dla tego zjawiska - bo gdy poszłam tam kolejny raz, było tak samo - jest kilka. Po pierwsze, miejsc siedzących jest raptem parę, przy bufetach przy oknie, a stojących - przy barze - także niewiele. Można kłębić się pośrodku lokalu, ściskając szlankę, lub wyjść na zewnątrz. Po drugie, wszystkie napoje - alkoholowe lub nie - kosztują 4 zł, a wszystkie przekąski/zakąski - 8 zł. Stąd duże zainteresowanie miejscem i traktowanie go jako przystanku do napitki/przekąszenia czegoś w drodze do domu lub przeciwnie: na inną imprezę.

Menu jest w przejrzysty - obrazkowy - sposób przedstawione na ścianach (przekąski widać na zdjęciu na lewo: testowałam aparat w nowej komórce M). Pozycje oznaczone są numerkami, co ułatwia sprawę barmanom ("nie ma nr 2, 4 i 6" np). Jadłospis czyta się jak fragmenty ww. kryminałów retro: można przekąsić np. śledzie, nóżki w galarecie (ze sporym dzbanuszkiem octu podawanym osobno), awanturkę i podobno tatar (podobno, bo za każdym razem, gdy M uparcie o niego prosił, go nie było). Aż człowiek spodziewa się, że zaraz wejdzie Nikodem Dyzma...

Sądzę jednak, że do Przekąsek Zakąsek nie chadza się dla wyśmienitej kuchni, bo nie należy się jej spodziewać, a z ww. powodów - i dla atmosfery. Część pracowników jest niemłoda i tak, jest starszy kelner, który dzieli się z klientami i współpracownikami mądrościami życiowymi. W Bistro bywa sporo cudzoziemców, co mnie nie dziwi: gdybym miała jakiegoś do oprowadzenia po Warszawie, też bym go tam zaprowadziła, najlepiej wieczorem, i najlepiej poprzedzając wizytę seansem filmowym w klimacie epoki.

*Na tyle, na ile się zorientowałam, bo akurat książek o tym bohateru nie lubię i przeczytałam tylko dwie.
piątek, 04 grudnia 2009

O restauracji Amber Room i jej szefie kuchni przeczytałam najpierw u Liski. Wczoraj byliśmy tam na kolacji, która wywarła na nas ogromne wrażenie. Uwaga! Właśnie dlatego dziś w roli blogera debiutuje moja druga połowa, tj. M. A oto, co ma Wam do powiedzenia... (aha, "A" to ja, tj. Asia :).

Amber room (recenzja M)

Mieliśmy wczoraj przyjemność zjeść kolację w Amber Room. Restauracja mieści się w pałacu Sobańskich w Al. Ujazdowskich w Warszawie, w budynku Klubu Polskiej Rady Biznesu. Wydaje mi się, że dopiero od niedawna otwarta jest dla gości nie będących członkami klubu. Dzięki decyzji nieżyjącego Jana Wejcherta po raz pierwszy w Polsce zetknęliśmy się z prawdziwie gwiazdorską kuchnią na najwyższym poziomie. Wciąż pozostajemy z A pod wielkim wrażeniem wczorajszego wieczoru.

Wystrój restauracji podkreśla prestiż miejsca i charakter kuchni z jaką będziemy mieć do czynienia w lokalu Modesta Amaro, którego warszawiacy mogą ostatnio oglądać na licznych billboardach reklamujących jego książkę kucharską.

Co jedliśmy i piliśmy
Oprócz menu a la carte możliwe jest poddanie się sugestii szefa kuchni i wybranie menu degustacyjnego wraz z opcją wybranych przez sommeliera win do każdego dania. Oczywiście to właśnie wybraliśmy!

Aperitif: dla mnie bardzo ciężki szampan Bollinger, dla A wyśmienite Prosecco.

Amuse bouche (uwaga A: skądinąd w nazwie dania w menu są dwie literówki - nie jedyne, w wersji angielskiej też kilka widziałam, np. o zgrozo "polish" z małej litery!): gorgonzola pod chutneyem gruszkowym. Nieco suchy chutney był doskonale uzupełniany przez ser, dając w efekcie bardzo udane połączenie. Uważam jednak, że wygodniejszym byłoby podanie całej porcji na łyżce do włożenia do buzi na raz. Wybieranie dania z małej miseczki jest niepraktyczne i ma znaczenie dla smaku dania.

Pieczywo. Było dość smaczne (z wyjątkiem chleba orzechowego). Mam jednak wrażenie, że nie jest pieczone w restauracji, albo robione jest to zbyt wcześnie rano. Koncepcja szefa kuchni opiera się na wykorzystaniu polskiej tradycji kulinarnej. Wydaje mi się, że to właśnie pieczywo daje tu wielkie pole do popisu. W końcu najlepsze jest właśnie w Polsce :) Uwaga A: Otóż to. Gdzie wilgotny, ciemny chleb razowy?!

A nie lubi fois gras, więc zamieniła swoją porcję na węgorza pod pianką z boczkiem i malinami liofilizowanymi i puree jabłkowo chrzanowym. Wyśmienite. Ja z kolei nie mam sentymentów związanych ze stłuszczoną gęsią wątrobą. Muszę zatem powiedzieć, że było to najlepsze fois gras, które miałem okazję próbować. Sposób przyrządzenia idealnie wykorzystywał strukturę wątróbki, a równocześnie nie miało się wrażenia, że potrawa została zdominowana przez charakter głównego składnika. Pomarańczowa aranżacja potrawy świetnie dodawała jej lekkości. Pyszne.

Drugim daniem były przegrzebki z kalafiorem w trzech postaciach (marynowany, mus, kuskus). Danie to naprawdę otworzyło nam oczy na ten najbrzydszy z jadalnych kwiatów. Genialne.

Na najwyższym poziomie było także cappuccino borowikowe ze "sferycznym" (dlaczego nie "kulistym"?) ravioli. Bajeczne. Uwaga A: "cappuccino" to gęsta zupa borowikowa o piankowej "napowietrzonej" konsystencji - stąd nazwa. Konsument dostaje na stół miseczkę z kulką ravioli (umieszczoną na posiekanych - chyba - borowikach i przykrytą plasterkiem czarnej trufli), którą kelner przy stole zalewa zupą - bardzo efektowne.

W ramach trou po kremie podano nam sorbet z marakui, który zgodnie z zamierzeniem autora przygotował nas na drugą połowę kolacji. Uwaga A: Nie miałabym nic przeciwko większej ilości tego sorbetu...

Niestety turbot przekładany sosem krewetkowym, choć bardzo smaczny, zbyt mocno ciążył w kierunku podanej wraz z nim wątróbki w czerwonym winie, która zupełnie dominowała danie.

Polędwica z jelenia, którą następnie podano, naprawiła doskonale nieco osłabły entuzjazm. Cannelloni ziemniaczane i świetnie przyrządzona czerwona kapusta tworzyły idealną kompozycję.

Zamiast deseru wybraliśmy następnie kilka serów (spośród około dwudziestu). Pan, który nam je serwował kompetentnie odpowiadał na nasze pytania i doradził nam przy wyborze kliku, których nie znaliśmy.

Niestety jestem łakomczuchem, zatem poprosiłem jeszcze o deser korzenny. Był on bardzo dobrze skomponowany, choć kawior karmelowy wydawał mi się raczej dekoracyjnym niż merytorycznym dodatkiem do potrawy. Uwaga A: Pyszne były także czekoladowe pralinki, choć zjedliśmy tylko dwie, bo na więcej nie starczyło już - niestety - miejsca...

Espresso, które piłem na koniec, było jak na mój gust nieco zbyt wodniste, ale to raczej wynik przygnębiającej mody, która panuje w całej niemal Europie (z wyjątkiem Włoch).

Amber Room to także pierwsza w Polsce restauracja, w której byłem, gdzie sommelier proponuje do menu degustacyjnego wino specjalnie dobrane do potrawy. Trzeba przyznać, że wybór jest zawsze ciekawy, choć chętnie podyskutowałbym na temat poszczególnych propozycji. Sherry, które A dostała do węgorza było samo w sobie zbyt płaskie, ale do tej potrawy świetne. W mojej opinii szampan podany do genialnych przegrzebków powinien być zamieniony na białe wino bez "bąbelków". Z kolej chablis serwowane do turbota wydało mi się zbyt banalne - tutaj chętniej zaryzykowałbym czerwone. Rioja podana do jelenia wydawała mi się "na nos" absolutnym pudłem, ale w połaczeniu z daniem tworzyła doskonałą kompozycję. Nie powinna się zdarzyć także powtórka wina (skądinąd wyśmienitego białego słodkiego), które zaproponowano mi do fois gras a potem do serów. Uważamy, że to właśnie sery dają sommelierowi szansę aby poszaleć z czymś ciekawym i czerwonym. Uwaga A: Ja w ogóle miałam niedosyt związany z czerwonym winem - niedostatecznie było reprezentowane.

Obsługa w restauracji stoi na poziomie, którego nie spotkałem w żadnej restauracji w Polsce (który to już raz dzisiaj powtarzam ;)?) Od samego początku wszystkie osoby, z którymi się zetknąłem były niezwykle uprzejme, kompetentne, a równocześnie nie tworzące "nadętego" dystansu. Nie było niemal ani jednej chwili, gdy brakowało nam kontaktu. Gdy jednak coś jest niemal perfekcyjne, tym lepiej widać drobiazgi niewidoczne w "normalnej" knajpie. Gdy byliśmy w w restauracji, maksymalnie zajęte było 1/3 sali, a już wówczas wydawało się, że obsługi jest nieco zbyt mało. W pewnym momencie podszedł do nas kelner, z którym wcześniej nie rozmawialiśmy, a który zapytał nas czy nam smakuje. Nie ma w tym oczywiście nic zdrożnego, zwłaszcza, że ta sama osoba okazała się być potem bardzo kompetentna w rozmowie o serach, ale wydało nam się to nieco niezręczne i wynikało chyba z faktu, że szef sali był zajęty czymś innym. Poza tym gdy wstajesz od stołu, powinna natychmiast znaleźć się osoba, która wskaże np. drogę do toalety. Choć godna zapisania, to jednak nie na miejscu była uwaga kelnera/sommeliera, który serwował nam drugie wino: "to wino świetnie pasuje do [zapis fonetyczny] fua gry" (chodziło oczywiście o fois gras). Sommelier, który na szczęście później zmienił kolegę był jednak bardzo, bardzo dobry. Wreszcie największym błędem obsługi było podanie sorbetu, gdy na chwilę wstałem od stołu.

A propos: Obowiązuje tu cudowny zwyczaj artystycznego rzucania serwetki na kolana przez kelnera/szefa sali.

Koszt: Zjedliśmy wczoraj jedną z najlepszych kolacji w życiu. Jakość na poziomie światowym została wyceniona również na światowym poziomie. Należy zatem liczyć się z rachunkiem ok 750 zł na osobę za kolację z trunkami, napiwkami itd. Jak na restaurację jeszcze bez gwiazdek, to dość drogo. Nie mam jednak wątpliwości, że gdy inspektorzy przewodnika na M zawitają do Amber Roomu, to na jednej się nie skończy. Na koniec chciałbym złożyć moje szczere gratulacje dla Pana Amaro oraz jego współpracowników i mocodawców. Stworzyli Państwo moją nową ulubioną restaurację.

PS. Dobry Boże! Właśnie znalazłem na www, że lunch biznesowy kosztuje 85 zł / osobę. To jak za darmo. Niech ktoś mnie przytrzyma!

 
1 , 2
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki