Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: sklepy

środa, 09 marca 2016

7 lat minęło jak jeden dzień… Tzn. 7 lat od ostatniego pobytu w Londynie. Jeszcze wcześniejsze miały miejsce w poprzednim stuleciu. W związku z tym podczas czterech dni spędzonych w brytyjskiej stolicy w dużym stopniu odwiedzaliśmy to, co znane a dawno niewidziane. Taki był powrót do kościoła St. Bartholomew's, który ostatni raz widziałam w rusztowaniu; na cmentarz Highgate, który zwiedzałam prawie 20 (!) lat temu w upale, a teraz trzęsąc się z zimna; do działu ceramiki V&A (Muzeum Victorii i Alberta), który w 2009 r. był w trakcie renowacji. Jak zawsze rozczuliłam się na widok Nelsona na Trafalgar Square (jak byłam mała, uwielbiałam ten pomnik – chyba fascynował mnie kontrast między wysokością kolumny na „malutką” postacią na górze).

To nie znaczy, że klasyczne zwiedzanie nie objęło niczego nowego: spełniłam swoje marzenie, tj. wieczór w operze w Covent Garden. Co prawda, marzenie zakładało obejrzenie baletu, ale to już jakaś ostatnio prawidłowość, że z baletami mi nie po drodze terminowo. Trafiłam też po raz pierwszy do National Portrait Gallery. Swego czasu zaliczyłam większość londyńskich muzeów, ale to akurat pominęłam, uznając za nieinteresujące („nie lubię biografii”). Wątpię, bym tam wróciła, bo faktycznie niezupełnie jest to moja bajka (wciąż nie lubię biografii), ale nie sposób nie podziwiać brytyjskiego muzealnictwa: wykonania, przygotowania, a przede wszystkim kopalni wiedzy oraz materiałów za tym stojącej. Podczas krótkiej i pobieżnej wizyty paru ciekawych rzeczy się dowiedziałam (choćby na temat kobiet-pionierek w służbie zdrowia, tj. Mary Seacole – mniej znanej, niż Florence Nightingale – czy Elizabeth Garrett Anderson). Zupełnie przypadkiem (poszukując prezentu urodzinowego) trafiłam też do Hatchards, tj. „najstarszej księgarni Wielkiej Brytanii”. Nie ukrywam, że choć regularnie kupuję prawdziwe (papierowe) książki i nie uznaję czytników, robię to właściwie wyłącznie internetowo. Często też kupuję używane książki. Hatchards wygląda jednak tak, jak powinna wyglądać moim zdaniem księgarnia: ma kilka pięter, drewniane schody, jest ciemna, ciekawe pozycje są wyłożone zachęcająco na małych stolikach. W dziale podróżniczym stoi kolekcja globusów. Aż chce się zwinąć w kłębek w fotelu w kącie i czytać. Aha, i witryna jak z Dickensa.

Kultura kulturą, ale co z jedzeniem? Tu także było parę udanych powrotów i kilka wyczekanych nowości. A więc wróciliśmy na Borough Market, który choć także w częściowym remoncie, jest i większy, niż parę lat temu, i znacznie bardziej popularny. Mając na uwadze komfort zwiedzania może lepiej wybrać się rano? W porze lunchu w niektórych miejscach było nieprzyjemnie tłoczno, a kolejka do Monmouth Coffee, które chciałam odwiedzić, mnie niemile zaskoczyła (jeszcze bardziej zdziwiona byłam, że była dwukrotnie dłuższa, gdy wróciliśmy pod kawiarnię po zjedzeniu obiadu). Powrót na Borough oznaczał także powrót do Wright Brothers, i ostrygi były tak dobre, jak je zapamiętaliśmy (lub nawet lepsze), drugie dania jednak nierówne. Poprzedniego wieczora była także inna reaktywacja: kolacja w Harwood Arms, które w kilka miesięcy po tym, jak je odwiedziłam stało się „jedynym jednogwiazdkowym pubem”. Gwiazdkę przez te lata utrzymali i w moim odczuciu zasłużenie: wciąż w menu wyróżniają się ciekawe podroby/nietypowe mięsa (perliczka w dwóch postaciach, gołąb) i na drugim miejscu ryby/owoce morza. Do kart deserów niestety nie doszliśmy (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Obsługa jak poprzednio (i jak zresztą zazwyczaj w Londynie) przemiła, tym razem francuska.



Teraz nowości: po pierwsze, Nopi. Jak może pamiętacie, jestem fanką Jerusalem i choć ogólnie chciałam spróbować wydania restauracyjnego kuchni Ottolenghiego, miałam też pewne obawy (w skrócie takie, że ideał sięgnie bruku). Na szczęście, okazało się, że jest smacznie (nawet jeśli nie oszałamiająco). Formuła „małych dań” z zasady mi odpowiada, bo pozwala więcej przetestować. Z czterech dań, które spróbowaliśmy, pasowało nam zasadniczo każde, z naciskiem na dwa z nich (w przypadku M – sernik wytrawny, w moim – raki). A jednak nie wiem, czy bym chciała to powtórzyć, przy czym myślę o formule/klimacie restauracji, która nawet w części na parterze (indywidualne stoliki, piętro niżej jest tylko jeden wspólny stół – coś, czego osobiście nie lubię) jest mało intymna. Posiłek przebiega sprawnie, ale z konieczności dość szybko, bo już inni goście czekają na stoliki.



Po drugie: Ducksoup. O bio winiarni z ciekawym jedzeniem czytałam kilka tygodni przed wyjazdem, M jednak kręcił nosem, że wolałby coś innego, np. etnicznego. Ponieważ jednak do wybranej indyjskiej restauracji z sieci Dishoom była kolejka na 1,5 godziny czekania (!), spróbowaliśmy szczęścia kilka ulic dalej właśnie w Ducksoup. Miejsce jest ciemne, głośne i małe (a przede wszystkim wąskie: miałam skojarzenia z hiszpańskimi barami), ale o dziwo, znalazły się dwa miejsca na stołkach przy kontuarze. Do win bio szczerze mówiąc jeszcze się nie przekonałam – te w tej restauracji też wydawały się, hm, specyficzne, a spróbowaliśmy trzech różnych – ale bardzo smakowało mi jedzenie. To co mnie od jakiegoś czasu najbardziej interesuje, to prosta (ale nie przaśna) kuchnia z jak najlepszych składników. Tu próbowaliśmy m.in. jagnięcego serca, doprawionego bliskowschodnio, i młodego kurczaka gotowanego w mleku z szalotkami (oba dania na liście „do odtworzenia”).


Tyle, jeśli chodzi o główne posiłki, zostały jeszcze te pomniejsze. I tu powód, czemu słodycze nas w Harwood Arms nie kusiły: zjedliśmy wcześniej podwieczorek. Duży podwieczorek. W hotelu Savoy (który został wybrany drogą eliminacji, bo polecany przez Anię Claridge's był zajęty a termin mieliśmy tylko jeden i dość wąski). Innymi słowy, poszliśmy na klasyczne, tradycyjne afternoon tea, czyli coś, co co kusiło mnie od dawna. Teraz mogę z zadowoleniem pozycję skreślić na liście i… już nie powtarzać. Jak wygląda herbatka w Savoyu? Siedzi się w Thames Foyer na niskiej kanapce lub wyściełanych krzesłach i w ciągu ok. dwóch godzin konsumuje: kanapki w pięciu smakach (najbardziej smakował mi łosoś oraz kurczak z curry, tj. coronation chicken, najmniej pasta jajeczna), scones i clotted cream, drobne wypieki francuskie oraz ciasto. Ilość: do oporu, w miarę możliwości (my się oszczędzaliśmy, a i tak było nam odko), to samo dotyczy uzupełnianej herbaty. Nie jest to, w moim odczuciu, szczyt rozkoszy kulinarnych (najsmaczniejsze były wybrane kanapki i scones, bo wypieki jadałam znacznie lepsze), a raczej ciekawe doznanie kulturowe. Miłym zaskoczeniem było to, że sala (całkiem zresztą pełna) była zajęta nie przez np. grupy azjatyckich turystów, a raczej rodziny z dziećmi, matki z córkami, zakochane pary czy przyjaciół świętujących urodziny. Wiem, że są tacy, którzy regularnie (np. co rok, lub jak tylko mają okazję) wybierają się na odświętny podwieczorek, „kolekcjonując” w ten sposób słynne hotele lub restauracje, ale mnie jednorazowe zaspokojenie ciekawości wystarczy ;).


Po podwieczorku jest kolacja, a po wieczorem, po kolacji… Nie wiem, czy uwierzycie, ale piwo wypiłam tylko raz. Poszliśmy za to do nietypowego baru, w moim odczuciu pozycji obowiązkowej dla fanów klimatów retro i lat 40-tych. Mowa o Cahoots, które kryje się (dosłownie) przy Carnaby St w dawnym schronie z czasów wojny, a jest urządzone jak powojenna stacja metra, w której przypadkiem znalazł się bar. Z klimatyczną kartą drinków (m.in. sekcja „gwiazdy i gwiazdeczki”, a tam drinki nazwane na cześć Judy Garland czy Katherine Hepburn), mówiącą slangiem obsługą i innymi smaczkami (m.in. w toalecie leci program radiowy na temat cockneya). Rezerwacja jest konieczna – bez niej trzeba czekać na wejście bliżej nieokreślony czas.

Rano, zwłaszcza po dłuższym wieczorze a przed ciężkim dniem (spędzonym np. na targach – czasem trzeba zająć się pracą), może przydać się konkretne śniadanie. Choć wybraliśmy się na tzw. full English (klasyczne śniadanie w angielskim stylu, fasolka, boczek i s-ka, które zjadł M, bo ja zobaczyłam w karcie peklowaną wołowinę - salt beef - z jajkiem w koszulce…), topowym śniadaniem okazało się to w Dishoom (o którym wspomniałam wyżej). Sadzone jajo owinięte naanem to pomysł tak prosty a genialny, że nie wiem, jak wcześniej mogłam o tym nie słyszeć. Do tego dwie szklanki pysznego, pikantnego masala chai (które „nigdy się nie kończy”), sos chilli i krótko grillowane pomidory z kolendrą.

Chai? A co z kawą? Moja „googlomapa” składała się głównie z gęsto utkanych żółtych oznaczeń mniej lub bardziej znanych hipsterskich kawiarni. Ostatecznie zaliczyliśmy tylko trzy, a kawa (espresso) smakowało mi najbardziej we wspomnianym wyżej Monmouth – ale tym przynajmniej pozornie mniej obleganym na Covent Garden. Ogólnie jednak kawiarni w Londynie jest bardzo, bardzo dużo, a w popularnych miejscach jeszcze więcej.

Na koniec warto wspomnieć o pamiątkach z podróży, bo wiadomo, że spożywcze też przywiozłam. Skromnie, bo tylko parę sztuk ;) (chyba, że nasiona się liczą?) z Borough Market: dwa brytyjskie sery ze wspaniałego sklepu Neal's Yard Dairy oraz, bo jestem niepoprawna, dwa słoiki przypraw: baharat, której kiedyś mi już brakowało, oraz mahleb.

A teraz, jak już wszystko spisane, ciekawa jestem, kiedy kolejny powrót? Po cichu mam nadzieję, że szybciej niż za 7 lat ;).

niedziela, 05 lipca 2015

Każdy ma pewnie jakieś skojarzenia z Prowansją: pola kwitnącej lawendy, oliwki, zioła, malarze impresjoniści, targi, słońce, otwarte przestrzenie. Większość osób stojąc przed możliwością spędzenia w regionie paru dni pewnie miałaby swoją listę pt. „koniecznie do zobaczenia”. Całe szczęście, że moja lista pokrywała się z tą skompilowaną przez towarzyszy podróży, a były na niej „małe miejscowości” w Luberon/Vaucluse, Aix-en-Provence i Awinion. Bazą wypadową był także departament Vaucluse, konkretnie Leon en Provence na obrzeżu malowniczo położonego Le Beaucet (ok. 300 mieszkańców). Jak można się domyślić, sporo przeczytałam w życiu książek Petera Mayle'a ;). Wyjazd miał m.in. na celu przekonanie rodzica, mającego do tej pory do czynienia tylko z Paryżem, że „Francja da się lubić”. Zaskoczyło nas (pozytywnie) względna dzikość okolicy, w której mieszkaliśmy, i mniejsza, niż się spodziewaliśmy, liczba turystów. Jeśli chodzi o krajobrazy, to część rodziny miała skojarzenia z Toskanią (którą sama widziałam tylko na zdjęciach lub w filmach), z tym, że (cytując Mamę) w Prowansji „wszystko pachnie”. Bo to prawda: pachnie głównie lawendą w różnych postaciach (która już kwitła i w niektórych miejscach całkiem mocno!), ale i ziołami, czasem kadzidłem, czasem anyżem. A co do tej Toskanii... poniżej widok z ruin zamku nad Le Beaucet (gdzie czasem przypadkiem można trafić na koncert!):

 

Po wylądowaniu w Marsylii (wypatrując Chateau d'If z okna samolotu) ruszyliśmy do Aix. Słońce, pomalowane na żółto kamienice, wąskie uliczki. Lunch na skwerze (Place des Trois Ormeaux) z szumiącą fontanną, w której chłodzi się rosé. Jedliśmy sałatki i tatar z łososia, piliśmy wino białe i różowe (to samo, co siedziało w fontannie), ale największe wrażenie, poza fontanną, wywarły desery: klasyczna tarta cytrynowa z bezą włoską (na szczęście – zważywszy na stosunek do tego typu bezy – ja jej nie zamówiłam ;), zestaw magdalenek z sosem czekoladowym czy calissons, z których słynie Aix: lekko ciągnące się migdałowe ciasteczka. Po przejściu się po mieście i odwiedzeniu muzeum Granet przyszedł czas na zakupy na kolację. Rue d'Italie – marzenie kulinarków czy smakoszy – szczęśliwie była po drodze do parkingu. W skrócie, wybór serów i past do pieczywa (z oliwek, z papryki, z bakłażana itd.) w, uwaga warzywniaku był taki, że prawie się popłakałam (i wolałam nie zastanawiać się, co jest w fromagerie...). W piekarni dostałam oczopląsu. Wino na szczęście wybrał już M. Na kolację jedzoną na podwórzu pensjonatu składał się więc świeży rustykalny chleb, lokalne wino, pasta z suszonych pomidorów, pomidory, marynowane karczochy i plastry bakłażanów, sery i czereśnie.

Jednym z serów kupionych w Aix-en-Provence był lokalny banon: łagodny (bo chyba jedliśmy młody) ser kozi. Pojawił się ponownie na śniadanie („tak kozi, z kóz, o tam” [za wzgórzem], cytując naszą gospodynię Isabelle)... wraz z dojrzewającymi wędlinami, świeżymi owocami, bagietką, rogalikami i innymi smakołykami, bo śniadania w Leon en Provence nie były bynajmniej „kontynentalne” ;). Podawane przez Isabelle ciasta (tak, na śniadanie; nie, zazwyczaj ciasta jem na deser) wyjątkowo mi smakowały: cieniutka tarta jabłkowa na bardzo maślanym spodzie czy równie maślane ciasto z ananasem (rozpoznane przez nas jako coś a la Gateau Breton z dodatkiem owoców). Choć oczywiście, zjadłam ½ millefeuille Mamy (skoro proponowała...), to jednak te proste ciasta śniadaniowe najbardziej przypadły mi do serca (czy też innego organu ;).



Więcej serów już mniej łagodnych skosztowaliśmy w jedynej miejscowej restauracji (Auberge du Beaucet – przy sobocie wszystkie stoliki zajęte), przy czym owczy mógłby konkurować z A Casinca (o którym wspominałam), jeśli chodzi o walory smakowe oraz, hm, zapachowe. Bez odwiedzenia stoiska z nabiałem nie opuściliśmy także Les Halles w Awinionie, które – przyznaję bez bicia – były moim „musisz to zobaczyć” (ale pałac papieski też zwiedziłam, i obejrzałam z daleka most ;).

Podejście do "Hal" można mieć dwojakie: albo należy przyjść najedzonym, żeby uniknąć pokus spożywczych, albo przeciwnie – trzeba przyjść tam coś zjeść. Kupić i zjeść można niemal wszystko (choć przestrzeń nie jest bardzo duża, czyt. spodziewałam się czegoś większego), od mięsa (i podrobów w dużym wyborze!) po wypieki, od warzyw po trufle... niemal, bo jakoś bezglutenowe wyroby z chia mi się nie rzuciły w oczy ;). Weganie też mogliby się czuć trochę poszkodowani (choć warzywa – jest stragan poświęcony różnym ziemniakom... – i owoce, typu pyszne melony z Cavaillon, powinny ich pocieszyć). Nasza czwórka po załadowaniu siat z kolacją zaspokoiła głód owocami morza (pierwszy raz jadłam trąbiki), podanymi z aioli, oraz tartami warzywnymi (i ww. millefeuille, nazwanym przez Mamę „francuską kremówką”). A co składało się na te zakupy, można zobaczyć poniżej na lewo.

Podczas zwiedzania „małych miejscowości” (Gordes, Roussillon, Bonnieux, Lourmarin... tak, znowu jak z kart Roku w Prowansji), po lekkim obiedzie, po którym postanowiłyśmy z Mamą, że musimy rozgryźć, jak zrobić galaretkę z pomidorów, pojechaliśmy kawałek za Lourmarin do winnicy Chateau Constantin. Czytałam o niej i u Mayle'a (gdy właścicielem był przyjaciel pisarza), i na np. tym blogu. Od dawna chciałam odwiedzić jakąś winnicę, bo choć wino bardzo lubię, nigdy nie miałam okazji zobaczyć z bliska miejsca, w którym się je wytwarza (a winorośl mijana przy autostradzie w Austrii się nie liczy). Chciałam też móc porozmawiać z kimś, kto bezpośrednio bierze udział w produkcji wina. Jako fanka Bezdroży bałam się jednak czegoś w stylu „winnicy z autokarami” (kto oglądał, ten wie o co chodzi) lub też nadąsanej obsługi a la Benoit. Niepotrzebnie: dość długo zastanawialiśmy się, czy w ogóle w okolicy jest ktoś poza nami, czy też wszyscy udali się na poobiednią drzemkę (zostawiając otwarty sklep). Ze względu na ciszę, upał, wino(rośl) i widoki (bo Chateau jest ładnie położony), miałam skojarzenia z naszym piknikiem we Frascati.

Kiedy już właściwie zbieraliśmy się do odjazdu, pojawił się Dale, który opowiedział nam (w swoim języku ojczystym, czyt. zrozumiałym dla wszystkich obecnych, bo po francusku - w miarę - z towarzystwa mówiłam tylko ja ;) o winnicy i winach, których próbowaliśmy, w tym oryginalnego – choć specyficznego – rosé przechowywanego nie w beczkach, ale w amforach. Okazało się, że najbardziej pasuje nam klasyka, czyli nie wina amforowane lub ozdobione etykietą dla fanów burleski ;) (Madame Constantin), tylko te marki Chateau Constantin. Białe i różowe plus zakupy z Les Halles złożyły się na ostatnią prowansalską kolację.

Jeszcze w temacie posiłków i wspomnianego wyżej mięsa: nie udało nam się nigdzie skosztować jagnięciny, z której podobno słynie region, choć, jak przyznała Isabelle, gdy jej to zasugerowałam, mógł nie być (jeszcze) na nią sezon. Najciekawszym mięsnym daniem okazała się... sałatka zamówiona przez M w Cavaillon, w którym zatrzymaliśmy się tylko na obiad po drodze na lotnisko. Była to salade ardechoise, która zawierała kacze żołądki, plastry marynowanej kaczki oraz plastry tzw. caillette – wędliny trochę zbliżonej do kaszanki (to duże uogólnienie), z dodatkiem szpinaku lub boćwiny.

Już na lotnisku kupiliśmy sobie pamiątkę z wakacji – butelkę pastisu, czyli anyżówki. Mayle miał rację, że to alkohol, który (paradoksalnie) świetnie pasuje do tamtejszego klimatu. Nadaje się na aperitif, bo zaostrza apetyt. To co jednak najbardziej mi się spodobało – a degustowaliśmy pastis w Auberge du Beaucet – to to, że każdy sam zgodnie z upodobaniami dolewa sobie wody (z dzbanka z lodem) do alkoholu. Doświadczenie tureckie (raki w Selçuku) było takie, że dostałam wielką szklankę już wymieszanego mlecznego płynu, którego we dwójkę nie byliśmy w stanie wypić.

Podsumowując – i wracając do początku postu – nie wiem, czy Tata jest przekonany, że Francja da się lubić, ale do Prowansji na pewno się przekonał. To miejsce, w którym łatwo spędzić i weekend, i dłuższe wakacje nie nudząc się, a możliwości jest wiele: od pieszych wędrówek czy kolarstwa (bo rowerzystów jest mnóstwo) po objazdówkę artystyczną/kulinarną/winną, itp. Ba, leżenie w basenie i słuchanie cykad jest także bardzo przyjemne.

Z tego wszystkiego – skoro Mazury aktualnie próbują dogonić Prowansję pod względem temperatur – chyba czas ruszyć tą pamiątkę z wakacji ;). Santé!

niedziela, 11 maja 2014

Po czterech latach wróciłam do Brugii, sprawdzić, czy w oknie wciąż siedzi pies Fidel, łabędzie pływają kanałami a wieżę wreszcie można zwiedzać. Odpowiedź (jak częściowo widać na powyższym zdjęciu) to trzy x tak ;).

W ciągu 2 dni wróciłam do miejsc, które wcześniej zdobyły moje serce, typu ulubione zaułki, beginaż i Dille & Kamille ;). W tym ostatnim kulinarnym raju nie obyło się bez konkretnych zakupów, typu - wreszcie! - prostokątna tartownica w wyjmowanym dnem (i dopytywania się ekspedientki o plany otwarcia sklepu internetowego na większą skalę: obecny wysyła towary tylko do krajów ościennych).

Wdrapałam się w końcu na wieżę z dzwonnicą, tak kluczową dla filmu Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i odkryłam, że przynajmniej jedna scena byłaby w rzeczywistości niemożliwa oraz Ralph Fiennes i Brendan Gleeson musieli się trochę namęczyć... Zainteresowanych odsyłam do filmu a potem na wieżę ;) (poniżej na prawo widok na ww. z okna pensjonatu).

Okna i rowery, jak widać, wciąż mają się dobrze.

W temacie spożywczym tym razem jakoś ominęłam czekoladki, do piwa zaś podeszłam bardziej ostrożnie, bo już wiem, że nie wszystkie belgijskie piwa mi smakują (zostawiłam wszystkie ciemne, dubbel i tripel do kosztowania Tacie, był to bowiem wyjazd rodzinny). Niestety, nigdy nie podano ich w tak ładnych butelkach, jak te zabytkowe z lokalnego browaru (który zwiedzaliśmy 4 lata temu) na sprzedaż na targu staroci. 

Podobnie jak za poprzednim razem, rządziły owoce morza i ryby: jadłam i mule gotowane w winie (z dodatkiem frytek z majonezem*, a jakże!), i zupę rybną z Ostendy, i gravlax, i wędzonego łososia na śniadanie**. Rodzina kosztowała nieznanych wcześniej (od strony spożywczej) ryb, typu płaszczka czy ogończa. Trwał także sezon na szparagi, i okazuje się, że typowym lokalnym daniem są szparagi gotowane z sosem z posiekanych, ugotowanych jaj.

Niestety nie udało nam się odwiedzić Den Dyver (a Tata miał ochotę na menu piwne...), bo restauracja zbankrutowała i została przejęta przez nowego właściciela, który na razie lokalu ponownie nie otworzył. Zamiast tego na sobotnią kolację udaliśmy się do Kok au Vin i to jedna z tych zagranicznych restauracji, które żałuję, że nie są bliżej (podobnie jak np. Osteria 44), bo chętnie bym je odwiedziła ponownie ;). Określiłabym je jako neobistro z ambicjami i z sympatyczną, pomocną (np. jeśli chodzi o elastyczne i spontaniczne dobieranie napojów do potraw) młodą obsługą. Karta jest bardzo krótka - moim zdaniem na plus - i w cztery osoby spróbowaliśmy większą połowę. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie granita ogórkowa towarzysząca mojemu gravlaxowi, przystawka M (jagnięcina z cytrusami i marchewką) oraz zdekonstruowane blanquette de veau mojej Mamy (danie z klasyką w wydaniu Benoit miało wspólną tylko nazwę, no i cielęcinę ;) - ale za to w Kok au vin mięso było w kilku postaciach). Coq au vin, od którego restauracja wzięła nazwę i która uchodzi za ich "danie sztandarowe" wydawał się nam nieco przedobrzony (w zakresie ilości składników itd). Na koniec posiłku (do którego piliśmy m.in. różne ciekawe białe wina) przypadkiem spróbowałam narodowej wódki belgijskiej ;), tj. jenever(jałowcówki), która występuje w postaci tzw. młodej i starej. Do żadnej nie zapałałam miłością, choć po obfitym posiłku kieliszek (niekoniecznie nalany po brzegi, jak tradycja każe, a w Kok au vin się jej w tym przypadku trzymają), może mieć swoje zastosowanie.

Ponieważ z wyjazdu w 2010 w ogóle nie pamiętam kawy (musiałam jakąś pić, ale najwyraźniej nie mogła być ani bardzo dobra, ani tragiczna...) a doświadczenia francuskie były mieszane, podobnie jak przed wyjazdem do Paryża, zrobiłam wywiad w internecie. Dzięki temu kilkakrotnie zajrzałam do I love coffee, które mogę polecić jako miejsce z dobrym espresso i innymi napojami na nim opartymi (najczęściej wybierałam flat white), a przy tym ma... ciekawy wystrój (jeśli ktoś trafi, polecam przyjrzeć się klamkom). Warto dopytać się o godziny otwarcia - na drzwiach jest napis "jesteśmy otwarci wtedy, gdy nie jesteśmy zamknięci" ;) a w niedzielę np. kawiarnia była czynna 2 godziny przed czasem deklarowanym na Facebooku. W poniedziałek zamknięte.

Trzeci dzień wyjazdu spędziłam w Gandawie, która poza tym, że też posiada starówkę, jest nowoczesnym miastem uniwersyteckim; przypomina mi trochę austriacki Graz (czyt. wywarła na mnie pozytywne wrażenie).

Po spacerze po mieście, zajrzeniu do katedry itd. przyszedł czas na obiad. Chociaż Gandawa ma podobno największą liczbę restauracji wegetariańskich na głowę na świecie, wybraliśmy z M inną klasykę niż przez poprzednie 2 dni, tj. wołowinę (dla dwojga, ale trzy osoby spokojnie by się wyżywiły ;), i przyrządzoną zgodnie z życzeniem), podaną z dodatkiem frytek (oczywiście ;), sałaty i sosów: pieprzowego oraz bearnaise, na który rzuciłam się tym bardziej ochoczo, że nasz estragon niestety po zimie nie zmartwychwstał :/.

Podsumowując, po Belgii podróżuje się przyjemnie i może nawet następnym razem trafię do stolicy... Choć technicznie już w niej byłam, jako dziecko. Pamiętam Manneken Pis i pierwsze w życiu mule ;).

* Do you know what they put on French fries in Holland instead of ketchup? Vincent Vega, Pulp Fiction.

** Którego właścicielka pensjonatu podała nam z pewną nieśmiałością i zachwycona była wyczyszczonym talerzem ("nie wszyscy zjadają").

środa, 12 marca 2014

Jeśli ktoś dłużej śledzi Coś niecoś, to wie, że będąc warszawianką z urodzenia i wychowania, wyniosłam się kilka lat temu na Mazury, obierając kierunek przeciwny do popularnego. Czasem śmiejemy się z M, że jesteśmy odwróconymi „słoikami” (czyli np. denkami, ew. wieczkami). 

Stolicę odwiedzam średnio raz na 2 miesiące (rodzina, znajomi, te sprawy). Od dłuższego czasu mam wrażenie, że wraz z naszą zmianą meldunku w mieście nastał boom spożywczy (który trwa, a nawet narasta) – a przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Weźmy choćby liczbę knajp, barów i restauracji powstających w centrum, czy mnożące się jak grzyby po deszczu weekendowe targi czy imprezy kulinarne: Le Targ, Biobazar (gdybym się nie wyprowadziła, miałabym do niego 5 minut na piechotę), Urban Market (którego wielkość, zwłaszcza w połączeniu z liczbą uczestników, pozytywnie zaskoczyła M), Targ Śniadaniowy, Koszyki (które niedawno otwarte wkrótce się zamykają – czy tylko na remont?) i wiele innych.

I tak kilka tygodni temu zajrzałam właśnie na żoliborski Targ Śniadaniowy, odbywający się co sobota na terenie gimnazjum niedaleko pl. Inwalidów. Wiedziałam, że idę we właściwym kierunku, bo mijało mnie wiele osób (w tym przynajmniej 1/2 to rodziny z małymi dziećmi) z papierowymi torbami ;). Podobnie jak na cyklicznych imprezach Urban Market, można przyjść tam  głodnym, a wyjść najedzonym, bo przynajmniej 1/3 przestrzeni jest zajęta przez punkty gastronomiczne. Jedzenie na miejscu mnie nie interesowało (choć z ciekawością zerknęłam na burgery z wozu czy obwoźny wózek kawowy z np. flat white), bo przyszłam konkretnie po prezenty kawowo-herbaciane (m.in. Kusmi Tea) oraz to, koło czego rzadko przechodzę obojętnie, tj. sery.  Konkretnie sery włoskie, z Tutto Bene. Można skosztować, porozmawiać ze sprzedawcami przed zakupem. Wybrałam pecorino (jedno z dwóch do wyboru) i kozi ser dojrzewający, oba bardzo dobre. Z żalem przeszłam obok stoiska Fish Lovers, ale świeżej ryby nie miałabym ani jak przechować, ani przyrządzić przez kilka dni. Czy będąc na stałe w strefie +4822 chodziłabym tam regularnie? Mieszkając w pobliżu – może, z innej dzielnicy pewnie podjechałabym tylko raz na jakiś czas. Tak czy inaczej, Borough Market już chyba w stolicy nie potrzeba. Chociaż... jedną rzecz znad Tamizy moglibyśmy przejąć. To co najlepiej pamiętam z wizyty na londyńskim targu były piękne ekspozycje np. warzyw czy grzybów; ogólnie wrażenia były estetyczne. Tymczasem mój Tata, czyli niekulinarek, zaprowadzony kiedyś przeze mnie na Biobazar (celem był łosoś, a skutkiem ubocznym – kaszanka) powiedział potem: „Ja wszystko rozumiem, ekologia itd., ale czy tam musi być tak brzydko?”. Niestety, muszę się z nim zgodzić, nawet biorąc pod uwagę to, że są to imprezy (tym)czasowe, organizowane w budynkach starych zakładów, na szkolnym korytarzu (jak te dzieci się tam mieszczą podczas przerw?!). A mimo wszystko i je, i kupuje się oczyma.

Z estetyką nie miałam problemu podczas szybkiego obiadu w restauracji Kaskrut: jest minimalistycznie, ale konsekwentnie. Trochę się zaniepokoiłam, gdy przez telefon kelnerka spytała mnie, czy chcemy „siedzieć obok siebie czy vis a vis”. Sądziłam, że wewnątrz jest tylko jeden długi stół, przy którym siedzą wszyscy razem, jak na stołówce. Na szczęście (bo ta moda nie do końca mi pasuje) tak nie jest – owszem, pewnie czasem goście muszą się dosiadać do innych przy stolikach kilkuosobowych, ale my mieliśmy miejsce osobne, twarzą do okna z widokiem na ulicę Poznańską. Atutem miejsca jest ambitna, nowoczesna kuchnia i zmieniające się co tydzień, krótkie menu – zasadniczo 3 x 3, tj. po trzy przystawki, dania główne i desery, i to wszystko. Porcje są niewielkie; jedliśmy zupę chrzanową (A), przegrzebka z selerem (M), ogon wołowy ze świetnym puree z czerwonej kapusty (A) i – najsłabsze danie, bo najbardziej mdłe – ser St. Marcelin na ciepło z orzechami laskowymi (M), plus hit-deser: mus orzechowo-karmelowy z pianką kawową. Alkoholi brak, choć można przynieść własne. To dobre miejsce, by spróbować czegoś nowego, ciekawego i nietypowego w dość przyjaznej cenie. Wnętrze – mimo wszystko ascetyczne i niewielkie – i formuła jednak nie zachęca do dłuższych posiedzeń, więc raczej nie wybrałabym się tam na wieczorną posiadówkę z przyjaciółmi. 

To samo dotyczy The Harvest, dokąd przeniósł się Ropert Trzópek po opuszczeniu Tamki43. Lokal mieści się w tzw. Zagłębiu w pobliżu ul. Domaniewskiej, i to widać – to znaczy wystrój i atmosfera lokalu są dla mnie typowo biznesowe (biurowiec, szkło, wylewka betonowa). Ponieważ jednak dania główne wykazały, że a) szef kuchni trzyma poziom, b) za pomocą risotta kurkowego (byłam jeszcze jesienią) przekonał nas do trufli (!!!), co nie sądziłam, że może się kiedykolwiek udać*, jeszcze kiedyś tam wrócę.

Na ww. posiadówkę ze znajomymi nadaje się jednak winiarnia Jung & Lecker, serwująca i sprzedająca tylko wina niemieckie. Jeśli macie ochotę potestować rieslingi, gewürztraminery i inne białe wina, możecie tam zajrzeć. Wnętrze jest też małe, ale przytulne i na dłuższe plotki nadaje się dobrze, jednak nie nastawiałabym się na super doznania kulinarne ;).

Następnego dnia po tym winie może przydać się solidniejsze śniadanie. Najczęściej chodziliśmy na zmianę do Bułki przez Bibułkę lub DeliEs (mojego ulubionego miejsca śniadaniowego w stolicy), ale tym razem chciałam przetestować coś nowego, vide Śniadaniownia. Wybór śniadań jest ogromny, od małych i lekkich po spore zestawy (np. zimowy czy jesienny). Całość jest bezpretensjonalna/artystyczna (obsługa może nie może pamiętać Jarocina z racji zbyt młodego wieku, ale wygląda jakby pamiętać chciała ;) plus lokum trochę jak klub osiedlowy). Reinkarnowana Brama, tj. DeliEs (Delikatesy Esencja) z ich bufetem śniadaniowym (ten twaróg "od baby"... ach!) pozostaje śniadaniowym ulubieńcem, ale miło mieć alternatywę.

To tyle, jeśli chodzi o stołeczny raport denka ;). Pewnie ww. miejsca to żadne nowości, ale może ktoś przegapił/nie dotarł i mu się taka przypominajka przyda. CDN, prędzej czy później.

* I gdy tydzień później dostałam od teściowej oliwę truflową, naprawdę się ucieszyłam i z niej korzystam (ostrożnie, bo b. intensywna), podczas gdy wcześniej bym tylko przesuwała po półce ;).

wtorek, 09 sierpnia 2011



Jakiś czas temu pisałam o "smacznej" ulicy w Warszawie, tj. Francuskiej na Saskiej Kępie. Z przyjemnością informuję, że należy zrobić aneks do wpisu, gdyż w tym samym budynku, co moje ulubione La Petite France, otwarto sklep Vom Fass (poprzedni punkt w stolicy, w centrum handlowym Blue City, zamknięto już jakiś czas temu, co z przykrością odkryłam minioną zimą, gdy chciałam kupić mój ulubiony ocet balsamiczny).

Vom Fass to niezwykła sieć sklepów z oliwami, olejami i octami, w których produkty są dekantowane na świeżo z dzbanów, do butelek o wybranej pojemności (najmniejsza ma 100ml, są też butelki bardziej ozdobne - idealne na prezent). Osobiście najbardziej lubię octy - polecam balsamiczny 24 lub 30-letni (bardzo gęsty!), niezwykle owocowy Kalamansi czy porzeczkowy. Niewątpliwym plusem jest to, że każdy produkt można przed zakupem spróbować :). Dobry ocet balsamiczny zaś idealnie się nadaje do zrobienia "oczka" w kapce oliwy, do maczania chleba (tak, jak poniżej):



PS. Przy okazji chciałam bardzo podziękować Tili oraz Kai za równoczesne przyznanie wyróżnienia One Lovely Blog Award (ale pozwolicie, że tym razem nie będę strzelać dalej ;).

czwartek, 15 kwietnia 2010

E., rodowita prażanka (mam na myśli tą warszawską Pragę :), kiedyś powiedziała, że ulica Francuska to najładniejsza ulica po tamtej stronie Wisły. Tak się złożyło, że później przez jakiś czas mieszkała na Saskiej Kępie. To głównie dzięki niej dowiedziałam się o różnych smacznych miejscach w tamtej okolicy - i dziś chciałam o nich napisać.

O La Petite France już wspominałam na blogu, m.in. jako o źródle dobrych serów. Jak widzicie na zdjęciach obok, jest w czym wybierać. Poza serami są sardele (anchois) na wagę, pasztety i kiełbaski, najróżniejsze alkohole... Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym miejscu zresztą, gdy E. przyniosła nam do wypróbowania różne cydry francuskie, głównie wytrawne. Z innych ciekawych, trudno dostępnych produktów, jest żelatyna w płatkach, do kupienia na sztuki.

Właściciele sklepu (m.in. b. sympatyczny pan Serge) służą pomocą i radą. Można także u nich zamawiać produkty (np. ser dla koneserów, czyli A Casinca). Towary na wagę są pakowane w retro papier z czerwono-białym nadrukiem, który b. mi się podoba i który widać na zdjęciu na lewo.

O rzut beretem od "małej Francji" są "małe Węgry", czyli sklep Papryka. Jak widać na zdjęciu, można tam kupić najróżniejsze kiełbasy i salami. Sprzedawczyni się pyta, czy chcemy kiełbasę mniej lub bardziej suchą, mniej lub bardziej pikantną i doradza właściwy rodzaj. Poza wędlinami w ciemnym sklepiku (ogrzewanym zimą tzw. kozą, stojącą w rogu) nie ma wielkiego wyboru produktów, ale są takie węgierskie szlagiery, jak pasty paprykowe, wina, likier Unicum i kostki bulionowe do zupy rybnej.

Przemieszczając się kulinarnie na południe, z Węgier możemy skoczyć do Turcji, bo niemal naprzeciwko Papryki mieści się Efes Kebab. Nie jestem fanką kebabowni, zwłaszcza od kiedy mój kolega się mocno struł po posiłku w bardzo popularnym miejscu w Warszawie, ale wiele osób mi polecało Efes. Ponieważ akurat byliśmy obok i byliśmy głodni, nadarzała się okazja, by miejsce wypróbować.

Karta dań jest bardzo krótka - kilka dań do wyboru. Wzięłam köfte a M, jeśli dobrze pamiętam, "przysmak Sułtana". Do popicia ayran. Gdy jedzenie pojawiło się na stole, poczułam się jak w Turcji: i ayran, i mięso smakowało tak, jak tam, a właśnie köfte popijane ayranem jadłam pierwszego dnia pobytu w Stambule, jako swój pierwszy miejscowy posiłek.  Na ścianie wisiał portret Atatürka, rozejrzałam się zatem za kolejnym niezbędnym elementem dekoracji, tj. "okiem proroka"(i znalazłam, w szklanej gablotce). Do pełni szczęścia brakowało mi tylko tureckiej muzyki* (w Efesie nie leciała żadna), no i surówka z kapusty nieco psuła smak całości.

Wychodząc z Efesu i przechodząc przez ulicę Francuską, kierując się w stronę Ronda Waszyngtona, możemy przenieść się do do Anglii w formie herbaciarni Gander's Tea Room. Akurat to miejsce znam od dobrych paru lat. Lokal składa się z kilku małych salek, w których ustawione są małe lub średnie stoliki. To dobre miejsce na ploty z przyjaciółką, randkę** lub po prostu five o' clock: wybór herbat jest duży, a jeden imbryk starczy i dla dwóch osób. Można także napić się kawy oraz zjeść małe co nieco.

To tyle, jeśli chodzi o "moje" miejsca na Francuskiej. Wiem, że delikatesów i restauracji jest tam znacznie więcej, a ja przemieszczam się jedynie na małej przestrzeni przy skrzyżowaniu z ul. Zwycięzców. Może ktoś z czytelników ma zatem swoje typy?

* Poradziłam sobie w chwilę później przy pomocy Aramam:

** Kto pamięta scenę nieudanych Walentynek w herbaciarni w V tomie Harry'ego Pottera ;)?

wtorek, 28 kwietnia 2009

Podczas weekendu w Londynie zwiedziłam Borough Market, raj dla smakoszy czy szerzej pojętych miłośników jedzenia. Miejsce jest mocno promowane przez tzw. celebrity chefs, np. Jamie'ego Olivera, i chyba stało się już atrakcją turystystyczną. Na szczęście, nie jest to miejsce tylko dla turystów: w porze lunchu przy straganach z daniami na wynos roiło się od Londyńczyków chcących zjeść popołudniowy posiłek, a prezentowany towar nie obejmuje jedynie artykułów delikatesowych. Można kupić, poza produktami z Francji i Hiszpanii czy ręcznie robionymi czekoladkami, warzywa, ryby czy mięso. Sklepy z tym ostatnim obejrzałam z zawiścią, bo osobiście uważam, że w Polsce są supermarkety, jatki na targach i niewiele pośrodku. Sklepów z ladami chłodniczymi, w których możesz wybrać mięso dokładnie takie, jakie chcesz (a nie takie, jakie jest), lub gdzie sprzedawcy dzielą sami tusze i możesz poprosić sprzedawcę, by ukroił to, co chcesz, w taki sposób, jak chcesz, nie znam (i jeśli ktoś zna, chętnie się dowiem, gdzie można je znaleźć). Co zupełnie już nierealne, gdyby miały świeżą jagnięcinę...

Tymczasem trochę wspomnień fotograficznych. Niestety, część targu (Green Market) była nieczynna, z niewiadomych powodów, i parę stoisk w czynnej części była też zamknięta.

  • Sery francuskie:

  • Ryby i owoce morza:

  • Szyld The Ginger Pig:

  • Martwa natura grzybno-ziołowa:

  • Dżemiki...

  • Masła...

  • ... i sole w Real France. Kupiłam tą z ziołami prowansalskimi i z glonami ;)

  • Tył stanowiska z oliwkami:

  • Pieczywo w The Flour Station:

  • Soki i inne przetwory owocowe, głownie jabłkowe. Piłam ciepły sok jabłkowy z cynamonem.

  • Niebieskie (czy tak naprawdę fioletowe) ziemniaki. Na straganie było ok. 8 różnych rodzajów tego warzywa.

  • Cydry. Pani nalewa nam wytrawny do 2 pintowej butelki plastikowej, takiej jak na mleko (która niestety lekko, ale na szczęście tylko lekko, po wylądowaniu w PL okazała się nieszczelna - czyt, walizka pachniała cydrem i trochę się lepiła na dnie...).

Pobyt na Borough Market zakończyliśmy obiadem w bardzo fajnej restauracji, o której opowiem kolejnym razem :)

środa, 17 września 2008

Wreszcie, walczac z netem, sprobuje dodac troche zdjec z kulinariow indyjskich. Na poczatek pare sklepow i straganow - jesli "dynamiczne" lacze pozwoli. Wielu nazw warzyw czy owocow nie znam, bo czesto podanych przez sprzedawcow nawet nie bylysmy w stanie powtorzyc...

| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna