Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: sklepy

wtorek, 09 sierpnia 2011



Jakiś czas temu pisałam o "smacznej" ulicy w Warszawie, tj. Francuskiej na Saskiej Kępie. Z przyjemnością informuję, że należy zrobić aneks do wpisu, gdyż w tym samym budynku, co moje ulubione La Petite France, otwarto sklep Vom Fass (poprzedni punkt w stolicy, w centrum handlowym Blue City, zamknięto już jakiś czas temu, co z przykrością odkryłam minioną zimą, gdy chciałam kupić mój ulubiony ocet balsamiczny).

Vom Fass to niezwykła sieć sklepów z oliwami, olejami i octami, w których produkty są dekantowane na świeżo z dzbanów, do butelek o wybranej pojemności (najmniejsza ma 100ml, są też butelki bardziej ozdobne - idealne na prezent). Osobiście najbardziej lubię octy - polecam balsamiczny 24 lub 30-letni (bardzo gęsty!), niezwykle owocowy Kalamansi czy porzeczkowy. Niewątpliwym plusem jest to, że każdy produkt można przed zakupem spróbować :). Dobry ocet balsamiczny zaś idealnie się nadaje do zrobienia "oczka" w kapce oliwy, do maczania chleba (tak, jak poniżej):



PS. Przy okazji chciałam bardzo podziękować Tili oraz Kai za równoczesne przyznanie wyróżnienia One Lovely Blog Award (ale pozwolicie, że tym razem nie będę strzelać dalej ;).

czwartek, 15 kwietnia 2010

E., rodowita prażanka (mam na myśli tą warszawską Pragę :), kiedyś powiedziała, że ulica Francuska to najładniejsza ulica po tamtej stronie Wisły. Tak się złożyło, że później przez jakiś czas mieszkała na Saskiej Kępie. To głównie dzięki niej dowiedziałam się o różnych smacznych miejscach w tamtej okolicy - i dziś chciałam o nich napisać.

O La Petite France już wspominałam na blogu, m.in. jako o źródle dobrych serów. Jak widzicie na zdjęciach obok, jest w czym wybierać. Poza serami są sardele (anchois) na wagę, pasztety i kiełbaski, najróżniejsze alkohole... Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym miejscu zresztą, gdy E. przyniosła nam do wypróbowania różne cydry francuskie, głównie wytrawne. Z innych ciekawych, trudno dostępnych produktów, jest żelatyna w płatkach, do kupienia na sztuki.

Właściciele sklepu (m.in. b. sympatyczny pan Serge) służą pomocą i radą. Można także u nich zamawiać produkty (np. ser dla koneserów, czyli A Casinca). Towary na wagę są pakowane w retro papier z czerwono-białym nadrukiem, który b. mi się podoba i który widać na zdjęciu na lewo.

O rzut beretem od "małej Francji" są "małe Węgry", czyli sklep Papryka. Jak widać na zdjęciu, można tam kupić najróżniejsze kiełbasy i salami. Sprzedawczyni się pyta, czy chcemy kiełbasę mniej lub bardziej suchą, mniej lub bardziej pikantną i doradza właściwy rodzaj. Poza wędlinami w ciemnym sklepiku (ogrzewanym zimą tzw. kozą, stojącą w rogu) nie ma wielkiego wyboru produktów, ale są takie węgierskie szlagiery, jak pasty paprykowe, wina, likier Unicum i kostki bulionowe do zupy rybnej.

Przemieszczając się kulinarnie na południe, z Węgier możemy skoczyć do Turcji, bo niemal naprzeciwko Papryki mieści się Efes Kebab. Nie jestem fanką kebabowni, zwłaszcza od kiedy mój kolega się mocno struł po posiłku w bardzo popularnym miejscu w Warszawie, ale wiele osób mi polecało Efes. Ponieważ akurat byliśmy obok i byliśmy głodni, nadarzała się okazja, by miejsce wypróbować.

Karta dań jest bardzo krótka - kilka dań do wyboru. Wzięłam köfte a M, jeśli dobrze pamiętam, "przysmak Sułtana". Do popicia ayran. Gdy jedzenie pojawiło się na stole, poczułam się jak w Turcji: i ayran, i mięso smakowało tak, jak tam, a właśnie köfte popijane ayranem jadłam pierwszego dnia pobytu w Stambule, jako swój pierwszy miejscowy posiłek.  Na ścianie wisiał portret Atatürka, rozejrzałam się zatem za kolejnym niezbędnym elementem dekoracji, tj. "okiem proroka"(i znalazłam, w szklanej gablotce). Do pełni szczęścia brakowało mi tylko tureckiej muzyki* (w Efesie nie leciała żadna), no i surówka z kapusty nieco psuła smak całości.

Wychodząc z Efesu i przechodząc przez ulicę Francuską, kierując się w stronę Ronda Waszyngtona, możemy przenieść się do do Anglii w formie herbaciarni Gander's Tea Room. Akurat to miejsce znam od dobrych paru lat. Lokal składa się z kilku małych salek, w których ustawione są małe lub średnie stoliki. To dobre miejsce na ploty z przyjaciółką, randkę** lub po prostu five o' clock: wybór herbat jest duży, a jeden imbryk starczy i dla dwóch osób. Można także napić się kawy oraz zjeść małe co nieco.

To tyle, jeśli chodzi o "moje" miejsca na Francuskiej. Wiem, że delikatesów i restauracji jest tam znacznie więcej, a ja przemieszczam się jedynie na małej przestrzeni przy skrzyżowaniu z ul. Zwycięzców. Może ktoś z czytelników ma zatem swoje typy?

* Poradziłam sobie w chwilę później przy pomocy Aramam:

** Kto pamięta scenę nieudanych Walentynek w herbaciarni w V tomie Harry'ego Pottera ;)?

wtorek, 28 kwietnia 2009

Podczas weekendu w Londynie zwiedziłam Borough Market, raj dla smakoszy czy szerzej pojętych miłośników jedzenia. Miejsce jest mocno promowane przez tzw. celebrity chefs, np. Jamie'ego Olivera, i chyba stało się już atrakcją turystystyczną. Na szczęście, nie jest to miejsce tylko dla turystów: w porze lunchu przy straganach z daniami na wynos roiło się od Londyńczyków chcących zjeść popołudniowy posiłek, a prezentowany towar nie obejmuje jedynie artykułów delikatesowych. Można kupić, poza produktami z Francji i Hiszpanii czy ręcznie robionymi czekoladkami, warzywa, ryby czy mięso. Sklepy z tym ostatnim obejrzałam z zawiścią, bo osobiście uważam, że w Polsce są supermarkety, jatki na targach i niewiele pośrodku. Sklepów z ladami chłodniczymi, w których możesz wybrać mięso dokładnie takie, jakie chcesz (a nie takie, jakie jest), lub gdzie sprzedawcy dzielą sami tusze i możesz poprosić sprzedawcę, by ukroił to, co chcesz, w taki sposób, jak chcesz, nie znam (i jeśli ktoś zna, chętnie się dowiem, gdzie można je znaleźć). Co zupełnie już nierealne, gdyby miały świeżą jagnięcinę...

Tymczasem trochę wspomnień fotograficznych. Niestety, część targu (Green Market) była nieczynna, z niewiadomych powodów, i parę stoisk w czynnej części była też zamknięta.

  • Sery francuskie:

  • Ryby i owoce morza:

  • Szyld The Ginger Pig:

  • Martwa natura grzybno-ziołowa:

  • Dżemiki...

  • Masła...

  • ... i sole w Real France. Kupiłam tą z ziołami prowansalskimi i z glonami ;)

  • Tył stanowiska z oliwkami:

  • Pieczywo w The Flour Station:

  • Soki i inne przetwory owocowe, głownie jabłkowe. Piłam ciepły sok jabłkowy z cynamonem.

  • Niebieskie (czy tak naprawdę fioletowe) ziemniaki. Na straganie było ok. 8 różnych rodzajów tego warzywa.

  • Cydry. Pani nalewa nam wytrawny do 2 pintowej butelki plastikowej, takiej jak na mleko (która niestety lekko, ale na szczęście tylko lekko, po wylądowaniu w PL okazała się nieszczelna - czyt, walizka pachniała cydrem i trochę się lepiła na dnie...).

Pobyt na Borough Market zakończyliśmy obiadem w bardzo fajnej restauracji, o której opowiem kolejnym razem :)

środa, 17 września 2008

Wreszcie, walczac z netem, sprobuje dodac troche zdjec z kulinariow indyjskich. Na poczatek pare sklepow i straganow - jesli "dynamiczne" lacze pozwoli. Wielu nazw warzyw czy owocow nie znam, bo czesto podanych przez sprzedawcow nawet nie bylysmy w stanie powtorzyc...

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki