Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: wino

poniedziałek, 25 września 2017

Gdy się okazało, że jedziemy do Kanady, byłam za tym, żeby trzymać się tylko Kolumbii Brytyjskiej (a nawet jej południowej części, gdy się przyjrzałam odległościom). Myślałam nawet, żeby może skoczyć do Seattle lub okolic, bo do granicy z USA z Vancouver jest bardzo blisko. M jednak oznajmił, że zawsze chciał zobaczyć Góry Skaliste, a i z różnych innych powodów ;) wycieczka do Stanów przestała mi się w tym momencie wydawać bardzo atrakcyjna. Z racji braku czasu (tylko kilka dni wolnego po wyjeździe z Vancouver) oraz biorąc pod uwagę odległości, zamiast zaliczyć dwa parki narodowe (Jasper + Banff), jak robi wiele osób, wybraliśmy Banff jako cel wycieczki, z odległym o niecałe 2h drogi Calgary jako miejscem ostatniego noclegu oraz spotkania po (12!) latach ze znajomym poznanym w Turcji.

Żeby się nie umęczyć 9h w samochodzie, podzieliliśmy naszą podróż na wschód na ½, zatrzymując się po kilku godzinach jazdy w Okanagan, które jest czymś w rodzaju kanadyjskiej Napa Valley. Celem były w związku z tym winnice ;). Wspominałam, że celowo zamawialiśmy wina stamtąd podczas kolacji w Vancouver – białe w Blue Water Cafe, rose i czerwone piłam też w Forage. Wszystkie wydawały mi się przyzwoite, może bez zachwytów „to jest TO!”, ale trzymające poziom. M jednak cały czas miał wątpliwości, czy jest sens próbować czerwonych („nie ufam im w tym zakresie, w tym klimacie?”, itd.) Tzn. mówił tak, dopóki nie wjechaliśmy do Okanagan i krajobraz się zmienił. Nie byłam oczywiście (jeszcze) w Kalifornii, ale na zdjęciach niektóre miejsca wyglądają całkiem podobnie. Dla porównania winnica we Francji, którą zwiedzałam dwa lata temu, była położona niżej, okolice zaś znacznie bardziej zielone. Do tego w Summerland świeciło słońce, obiektywnie było bardzo ciepło, ale lekki wiatr i bezpośrednia bliskość jeziora sprawiały, że nie było to zupełnie uciążliwe.

Postanowiliśmy odwiedzić dwie winnice położone najbliżej naszego motelu w Summerland, a więc po pierwsze Sumac Ridge, gdzie chciałam przede wszystkim spróbować czerwonych z linii bardziej premium, tj. Black Sage, i może kupić jakąś pamiątkę z wakacji. Testerem byłam głównie ja, bo M prowadził samochód, jednak okazało się, że nalewane porcje biorą pod uwagę dopuszczalny poziom alkoholu we krwi (wyższy w BC niż w innych prowincjach), i już w drugim miejscu, Crush Pad (skąd pochodziło różowe wino z Forage; winnica produkuje tylko wina naturalne), mogliśmy się bardziej zrelaksować. Obydwie winnice stanowią część tzw. Bottleneck Drive, a kierowcy degustujący wytrwale w ponad kilkunastu lub – chcąc objechać całość w jeden dzień – ponad 20 miejscach muszą uważać, nawet przy tak skromnie napełnianych kieliszkach. Crush Pad, podobnie jak Sumac Ridge, jest położone na wzgórzu z widokiem na jezioro, wokół rozciągają się sady owocowe (druga specjalność regionu: jabłka, brzoskwinie itd.) Tym razem próbowaliśmy głównie białych win i Pinot Gris Switchback Haywire okazało się moim ulubionym. Gdy zakupiliśmy butelkę (plus specyficzne Pinot Noir na prośbę M, nie moją, zaznaczam ;), spytaliśmy obsługę o możliwość zrobienia sobie czegoś w stylu pikniku (do czego winiarnia zachęcała na swojej www). Okazało się, że choć w lodówce leżało kilka serów do kupienia, w weekendy przygotowują talerze wędlin i serów do degustacji, i choć był poniedziałek, pani powiedziała, że może nam coś szybko przygotować. Spodziewałam się trzech plasterków wędliny z krakersami, bo uprzedzała, że pieczywo wyszło, zostaliśmy tymczasem mile zaskoczeni poniższym talerzem.

Po posiłku z widokiem z jednej strony na przyrodę a z drugiej na bardziej przemysłową część winnicy (kadzie, ciężarówki itd.), zabraliśmy nasze zakupy, odstawiliśmy samochód (oraz otwarte wino do lodówki – plusy motelu ;) i poszliśmy na spacer brzegiem jeziora. Po drodze minęliśmy plażę miejską, na której parę osób się kąpało lub wypoczywało, plażę dla psów (!), przystań i mini ścieżkę przyrodniczą z szuwarami. Ze względu na urozmaicony krajobraz (wzgórza i jeziora), plus niewątpliwą atrakcję w postaci winnic, to dobre miejsce na przystanek podczas zwiedzania Kanady. Gdybyśmy mieli więcej czasu, nie miałabym nic przeciwko, by spędzić tam chociaż jeden dzień dłużej. Warto dodać, że do kraju wróciły z nami trzy butelki wina, w tym „pipe”, czyli porto z Black Sage.

W Okanagan pożegnaliśmy lato, im bardziej bowiem na wschód, tj. im bliżej Gór Skalistych, tym bardziej pochmurno i chłodno (i godzinę później, zmiana czasu następuje jeszcze przed właściwą granicą z Albertą). Dzięki temu, że kilkakrotnie na trasie trafiliśmy na roboty drogowe, musieliśmy często jechać wolniej, i tak zobaczyliśmy wreszcie misie na żywo, a nie tylko na ulotkach ostrzegających, tj. czarną niedźwiedzicę, siedzącą na torach kolejowych (!) przy autostradzie (!) w towarzystwie dwóch niedźwiadków. Jakiś czas później przejazd został zablokowany przez trzy czy cztery owce kanadyjskie (M sądził, że to kozice), czyli witamy w parku narodowym ;).



Do Lake Louise dojechaliśmy już w deszczu, choć jeszcze dość drobnym. Uznaliśmy jednak, że skoro według prognozy lepiej nie będzie, tylko ew. gorzej (czyt. śnieg i wyraźnie chłodniej), nie ma na co czekać, założyliśmy kurtki i ruszyliśmy w stronę jeziora. Pogoda (i względnie późna pora, tj. ok. 15) pod pewnymi względami nam sprzyjała, bo nad samą wodą/przed hotelem-molochem wciąż było bardzo wiele osób, a z najpopularniejszego krótkiego szlaku (ok. 3,5km w jedną stronę) do schroniska (tzw. teahouse) przy wyżej położonym Lake Agnes schodziło ich drugie tyle… ale już niewiele szło w górę. Warto może wyjaśnić, że Lake Louise to podobno najczęściej fotografowane jezioro na świecie (!); w innych warunkach pogodowych pewnie należy się tam udać jak najwcześniej rano, by uniknąć największych tłumów.

Do schroniska doszliśmy mokrzy, ale – przynajmniej ja – zachwyceni widokami m.in. na Little i Big Beehive (szczyty, które rzeczywiście przypominają ule, stąd ich nazwy). Gdy wcześniej planowałam naszą wycieczkę do Banff, chciałam wejść na któryś z nich, liczyłam jednak na inną pogodę oraz widoczność ;). Lake Agnes Teahouse mnie mile zaskoczył: wyobrażałam sobie coś w rodzaju lunaparku, tymczasem jest to skromne, stare schronisko, w którym poza nami było tylko kilka osób, plus przemiła studencka obsługa (From Poland! Wow! That is so awesome!) i ciepła zupa pomidorowo-warzywna z… pęczakiem. Droga powrotna niestety była już wyraźnie bardziej mokra i chłodna, więc porzuciłam jakiekolwiek myśli o górach w kształcie uli a skupiłam się na mentalnym przeglądzie walizki pod kątem ciepłych i SUCHYCH ubrań ;).

Kolejny dzień spędziliśmy z parasolką w samym miasteczku Banff lub w jego okolicach, oglądając jelenie amerykańskie pasące się nad rzeką i wodospady, zwiedzając muzeum, informację turystyczną (gdzie potwierdzono info uzyskane w pensjonacie, że w 2017 – z racji „Canada 150” - wstęp do parku jest darmowy), pralnię, kawiarnię, wege restaurację, targ, gdzie dostaliśmy kupony do lokalnego browaru, i wreszcie ww. browar ;). M tam spróbował kanadyjskiego specjału pt. poutine, czyli w skrócie frytek polanych sosem pieczeniowym i posypanych (specyficznym) serem (tzw. cheese curds). Jest to wyjątkowo niefotogeniczne danie (najładniejsze zdjęcie znalazłam na tej stronie), a co do smaku – jeśli lubicie frytki, ser i łagodne sosy, to będzie wam smakować :). W moim odczuciu podpada pod kategorię „świństwo, ale smaczne”. W Banff podjęliśmy też próbę zlokalizowania ciemnego syropu klonowego, takiego, jaki przywiozłam z Vermontu (very dark, strong taste) i niestety okazało się to niemożliwe. Jak później powiedzieli nam goście pensjonatu w Calgary, gdzie spędziliśmy ostatnią noc z Kanadzie: po ten najciemniejszy musielibmy pojechać do Quebecu. No cóż, na szczęście przez internet teraz można kupić prawie wszystko… A, miasteczko Banff: podobnie jak Whistler, jest to kurort, ale bardzo mały jak na ten typ miejscowości – wszystko można obejść na piechotę, więc część komercyjna jest też ograniczona przestrzennie i częściowo ukryta w pasażach podziemnych lub między budynkami; poza chwilami, gdy trzeba było lawirować np. na przejściu dla pieszych „po skosie” (nowość dla mnie, b. praktyczne!) między licznymi grupami azjatyckich turystów i ich parasolami, nie żałowałam, że nie mieszkamy w bardziej odludnym miejscu.


Drogę do Calgary wybraliśmy okrężną. Najpierw zatrzymaliśmy się jeszcze w muzeum Cave & Basin, wybudowanego na terenie pierwszego uzdrowiska w Banff (siarkowe źródła wciąż mają się dobrze, co czuć), a gdzie chciałam przede wszystkim obejrzeć wystawę o obozach dla internowanych cudzoziemcach podczas I Wojny Światowej. Wydaje mi się, że mało się o tym temacie mówi (sama wiedziałam wcześniej tylko o obozach dla obywateli Prus w Wielkiej Brytanii), a ponieważ internowanie obejmowało poddanych Austrowęgier, łatwo się domyślić, że byli wśród nich także Polacy. Po obejrzeniu wystawy ruszyliśmy przez Canmore do Kananaskis Country. Uwaga, jeśli jak my, wybierzecie się Smith Dorrien Trail, raczej trzeba mieć samochód z napędem na cztery koła, zważywszy na górską drogę szutrową (a nie tylko dlatego, że w połowie września, jak my, możecie trafić na śnieg z deszczem ;). Samą trasę przez Spray Valley Provincial Park, wzdłuż Spray Lakes Reservoir i na koniec przejeżdżając koło Lower Kananaskis Lake, bardzo polecam: były to najpiękniejsze miejsca, jakie widziałam podczas wyjazdu. Ponieważ jechaliśmy bardzo wolno, ze względu na drogę i widoki, a innych samochodów prawie nie było, z łatwością można robić zdjęcia przez uchyloną szybę, jest też wiele dogodnych miejsc, by się zatrzymać i podziwiać przyrodę poza autem. Innymi słowy nie trzeba, jak panowie napotkani już na asfaltowej Kananaskis Trail, stanąć na środku szosy, by zrobić zdjęcie stając przed maską (z daleka byłam przekonana, że mieli wypadek).


Na temat samego Calgary mam niewiele do powiedzenia. Nasze „spotkanie pokolonijne” mieliśmy w Sky Tower, w obrotowej restauracji z widokiem na całe miasto, wcześniej chwilę chodziliśmy po tarasie widokowym, zanim zaszło słońce. Następnego ranka poszliśmy też na krótki spacer po centrum, z którego pochodzi poniższe zdjęcie, z wszechobecnym napisem „Canada 150” na tle wieżowców. Miasto niespecjalnie mi się podobało – być może miałam zbyt mało czasu, by docenić jego walory, albo był to efekt nieprzyjemnego kontrastu po Górach Skalistych, ale raczej nie będę dążyć do powtórek. Szczerze mówiąc: mając do wyboru taką przyrodę, jakiej jest aż nadmiar w Kanadzie, a miasto, nie zawaham się, wybierając to pierwsze. No i, oczywiście, wciąż do odwiedzenia pozostaje Wyspa Księcia Edwarda...

PS. Zdjęcia z wyjazdu na Instagramie można znaleźć pod tagiem #ptasiawkanadzie.

Zapisz

środa, 17 września 2014

Pierwszym miejscem (poza Nowym Jorkiem), do którego wiedzieliśmy, że pojedziemy w Stanach, było Maine. Dlatego pierwszym pytaniem, jakie usłyszałam podczas rozmowy wizowej było krótkie a treściwe: „Why Maine?”. Wcześniej wydawało mi się, że nie wybraliśmy aż tak oryginalnych miejsc na podróż... To było zanim ileś osób spytało mnie, czemu nie Zachodnie Wybrzeże (które znajduje się gdzieś na końcu mojej amerykańskiej wishlisty). A czemu w ogóle Nowa Anglia? Jeśli się dorastało zaczytując Hotelem New Hampshire, odpowiedź jest jasna (i tylko jeszcze dodam, że kolejne na liście jest amerykańskie Południe. Tak, też przez literaturę). Do Maine dorzuciliśmy Martha's Vineyard, żeby było coś a/w połowie drogi między Nowym Jorkiem a północą, b/bo chciałam nad morze, w ramach urozmaiceń, a potem dodaliśmy jeszcze Vermont. Z perspektywy czasu uważam, że to dobry zestaw: każdy stan i miejsce jest inne. Nr jeden chyba został Vermont – tam mogłabym ew. zamieszkać.

W kilka h po opuszczeniu Nowego Jorku, nieco zmęczeni i zestresowani jazdą samochodem w nowych warunkach, dotarliśmy do promu na Martę, bo tak zaczęliśmy nazywać wyspę Martha's Vineyard. Z promem mieliśmy trochę szczęścia (bo akurat zbierał się do odpłynięcia, a nie mieliśmy rezerwacji, bo po co ;), ale relaksować zaczęliśmy się dopiero jakiś czas później, wśród pastelowych drewnianych domków i wydm. Ba, niektórzy nawet weszli od razu do Atlantyku (woda była ciepła!). Mieszkaliśmy w Oak Bluffs, które jest uroczą miejscowością: domy pomalowane są na różowo, niebiesko lub fioletowo, na obowiązkowych gankach kołyszą się fotele bujane, a wieczorem grasują skunksy ;). Cukierkowo-kreskówkową atmosferę podkręcają rozliczne miejsca serwujące słodycze: lodziarnie (jedną podobno upodobał sobie prezydent Obama), piekarnie (w tym taka „zamknięta po 21, ale na zapleczu w nocy sprzedaje się świeże pączki” - wiadomo, że po takiej reklamie tworzą się kolejki), retro sklepy ze słodyczami lub babeczkami. Na wyspie odkryliśmy te słynne „ogromne amerykańskie porcje”: kanapki okazywały się podwójne, a muffiny przerośnięte. Kontynuowaliśmy testowanie piw lokalnych oraz nielokalnego, ale bardzo dobrego, kalifornijskiego Pinot Noir* (konkretnie to Merry Edwards, 2013); M pierwszy raz próbował lobster roll (buły z homarem, czy też ładniej: bułki z mięsem homara), z którą ja jednak się wstrzymałam do właściwej lokalizacji, tj. Maine.

Albowiem Maine kulinarnie to homary, homary i homary. Może z dodatkiem chowderu i Whoopie Pie na deser (ale Whoopie'ego przyznaję od razu, że spróbowaliśmy dopiero w kolejnym stanie, więc o przysmaku Amiszów** za chwilę). W przypadku homara skupiłam się na lobster roll, i choć nie jest to moje ulubione danie, ma swój urok, jeśli się je patrząc na morze i wiedząc, że homar daleko nie podróżował. Chowder zaś okazało się, że robimy całkiem podobny, choć nie dajemy do niego oyster crackers (smakują jak groszek ptysiowy i wbrew pozorom, nie zawierają ostryg ;).

Mieszkaliśmy w Bar Harbor, które okazało się na tyle turystyczną miejscowością (Holiday Inn nigdy dobrze nie wróży), że nie chciałabym do niej wrócić, a lokalne restauracje jakoś nie wzbudzały naszego zachwytu, więc ostatniego dnia zdecydowaliśmy się na piknik (jeśli można tak nazwać posiłek jedzony na ganku). Odwiedziliśmy bowiem dobrze zaopatrzony sklep z winem, gdzie zainwestowaliśmy w kolejne porządne Pinot Noir z Russian River Valley... a potem odkryłam lodówkę z serami. Wzięliśmy dwa z Maine (choć w lodówce kusił Brillat Savarin): Fuzzy Udder, które za samą nazwę*** miało plusa, oraz kozi z Seal Cove Farm. Do tego rustykalna bagietka, czyt. najlepsze pieczywo, jakie jadłam podczas wyjazdu.

W Vermoncie też udało nam się zrobić piknik, po dniu wędrowania po parku stanowym i zwiedzaniu najbliższej miejscowości. O ile w Bar Harbor nasz pomysł podejścia na piechotę pod najbliższy szczyt (oddalony o kilka km Cadillac Mountain), celem jego zdobycia, wzbudziła konsternację i niepokój („samochód...? Albo chociaż autobus?”), nie sądzę, by taki pomysł wzbudził jakiekolwiek emocje w Vermoncie, który kształtuje się mniej więcej tak: las, las, las, wzgórze, dom, pastwisko, las, las, las, dom. Ci, którzy uważają, że po Mazurach nie powinno to wzbudzać naszych emocji, nie wiedzą, jaka jest różnica w zaludnieniu (czyt. Vermont ludzi jest znacznie mniej, a poza szczytem sezonu turyści budzą zainteresowanie jako wyróżniający się obcy). Nieliczni mieszkańcy są bardziej na dystans i mniej promienni, niż w innych stanach, co dla europejskiego temperamentu wydaje się bardziej naturalne ;). Vermont jest także znany z tendencji liberalnych i alternatywnych, więc osiadło tu dużo hippisów i hipsterów.

Drugi piknik składał się znów z lokalnego piwa i sera, bo Vermont to, poza lasami, właśnie pastwiska i krowy. Tradycyjnie produkuje się cheddar w różnych wydaniach. „Nasz” kupiłam w Country Store, czyli w uproszczeniu – sklepie ze wszystkim, ale głównie pamiątkami ;), w Wilmington (miejscowości jak z serialu – trochę Twin Peaks, trochę Przystanek Alaska...). Podczas zakupu piwa w bardzo pustych delikatesach w oko wpadł nam ww. whoopie. Zjadł go głównie M, bo białkowy krem marshmallow jest jedną z nielicznych rzeczy, jakich naprawdę nie lubię, choć na jeden kęs się skusiłam. I gdyby w środku było coś innego, byłoby znacznie lepiej, ale wiem, że już nie tradycyjnie... i pewnie nie tak słodko ;).


W temacie słodyczy, Vermont to także główny producent syropu klonowego. Pękate kanki sprzedaje się wszędzie, także przy drodze, w towarzystwie dyń (na które sezon powoli się zaczyna). Swoją butlę (½ galonu = 1,89 litra) kupiliśmy na targu (farmer's market) w Brattleboro. Ze sprzedawcą, a właściwie producentem, rozmawialiśmy pół godziny o systemie ochrony zdrowia w Polsce oraz, co było znacznie dla nas ciekawsze, o szczegółach produkcji syropu. Wybraliśmy oczywiście ten najciemniejszy, najbardziej aromatyczny, który kiedyś był nazywany „grade B”, ale jak nam wyjaśniono, „B sugeruje coś gorszego niż A”, więc zrezygnowano z tego nazewnictwa. Teraz wszystkie powinny być opisywane jako A, z dodatkowym opisem (np. „delikatny i złocisty”). Kanka wzbudziła zainteresowanie służb celnych, bo po otwarciu walizki okazała się owinięta taśmą „podległa kontroli”. Zawartość na szczęście nienaruszona i już zadebiutowała w owsiance...


CDN (wpis o końcówce wyjazdu, tj. restauracjach nowojorskich – jeśli jeszcze nie macie dość ;).

* I wreszcie zrozumieliśmy, o co chodziło Milesowi w Bezdrożach.

** Którzy podobno bardzo cieszyli się (Whoopie!) znajdując ciastka w paczkach z drugim śniadaniem, i stąd nazwa.

*** Mechate czy też włochate wymię.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pierwszy raz do Ale wino wpadliśmy w grudniu zeszłego roku. Wbiłam sobie do głowy, że przy okazji pobytu w stolicy chciałabym pójść do winiarni; szybka sesja z wujkiem Google wykazała Ale wino (funkcjonujące także jako sklep internetowy) jako miejsce sympatyczne i bezpretensjonalne. Udało się zarezerwować stolik, choć pan przez telefon trochę się wahał – na miejscu zrozumiałam, dlaczego: trafiliśmy na wieczór degustacyjny. Zmieściliśmy się jednak w przejściowym pomieszczeniu z kasą (winiarnia w wydaniu zimowym to właściwie tylko 1 1/2 pomieszczenia dla klientów), i choć było nieco chłodno (mróz za oknem, a my tuż koło średnio szczelnego okna ;), trochę dobrych oliwek, crostini i serów (także polskich) i, oczywiście, wina, sprawiło, że wyszliśmy w dobrym nastroju (i z niezłym tokaji aszu).

Wróciliśmy na wiosnę, w towarzystwie Madzi i E. Degustowaliśmy polski cydr Ignaców (bardzo lekki) i ciekawe Montepulciano (Grigiano Selezione od Azienda Agricola Malacari), znów jedliśmy oliwki rozmarynowe, domowy chleb i grzanki z gruszką, ucięliśmy sobie także rozmowę z sympatycznym panem z obsługi (a może właścicielem?) na temat filmu Bezdroża... i pan był bardzo zakłopotany, gdy musiał nam delikatnie dać do zrozumienia, że zignorowaliśmy godzinę zamknięcia winiarni (o 22 - obecnie 24).

Trzeci raz trafiliśmy do Ale wino niedawno, by zbadać letni ogródek (bo choć adres to ul. Mokotowska w W-wie, lokal mieści się na tyłach ulicy, przy niewielkim i zaskakująco cichym dziedzińcu) i... nie wiem, czy zrobiło się modne, ale gdy wychodziliśmy jakoś po 22, wszystkie miejsca były zajęte (a w środku można było siedzieć tylko na podłodze, bo stoły i krzesła już były na zewnątrz ;). Drobnym minusem takiego obłożenia był dłuższy czas czekania na obsługę. Tym razem hitem wieczoru – pod talerz wędlin – okazały się wina... polskie, z 44 Winnice Dziedzic. Wszystko dzięki namowom pani z Ale wino, bo sami raczej byśmy nigdy byśmy się na nie zdecydowali (i ja szczerze mówiąc i tak poczekałam, aż M najpierw spróbował i zareagował pozytywnie). Najbardziej smakowała nam biała hiBnoza (opisywana jako półwytrawna, dla mnie – jak „złamane” wytrawne wino, pachnące letnią łąką) oraz czerwony Sukcesor, ale i Sukcesja (białe wytrawne) była poprawna. Jestem pod wrażeniem, że na Podkarpaciu można stworzyć wina nie ustępujące wyrobom francuskim czy włoskim, zwłaszcza, że to podobno pierwszy "prawdziwy" rocznik winnicy (szkoda tylko, że produkcja jest podobno bardzo niewielka).

Aż sama jestem ciekawa, jakiego odkrycia dokonamy podczas wizyty jesiennej – bo jak łatwo zauważyć, jak na razie wychodziło jedno posiedzenie w winiarni na sezon. Polecam, jeśli macie ochotę spróbować czegoś nowego (i zaskakującego ;), zjeść coś małego, posiedzieć i pogadać w przyjaznym otoczeniu bez tzw. zadęcia.

wtorek, 12 stycznia 2010

Zimno na dworzu... Jak w piosence "Baby, it's cold outside". On ją przekonuje, by została, ona - coraz słabiej - się opiera. Lubię to wykonanie (Tom Jones i Cerys Matthews z Catatonii):

"Well, maybe just half a drink more"... Ale czemu tylko pół drinka, a nie cały? Zwłaszcza, jeśli na dworzu ziiimno i mokro (czy też dziś brnęliście w zaspach?).

Prezentowałam tu już niedawno grzany cydr (a nawet dwa) i trochę nietypowe wino grzane, tym razem może bardziej klasycznie. A przynajmniej w pierwszym przepisie:

Grzane piwo

Składniki (2-3 porcje): 500 ml jasnego piwa, kawałek laski cynamonu, 2 kopiaste łyżki miodu, dwa goździki, sok z 1/4-1/2 cytryny

Wszystkie składniki, poza cytryną, mocno podgrzać, ale nie zagotowywać. Zdjąć z ognia, dodać sok z cytryny, zamieszać. Przecedzić do kubków. Pić gorące.

Wino grzane

Składniki (2-3 porcje): 200 ml wina czerwonego (u mnie wytrawne, bo takie jest zawsze pod ręką), 200 ml zaparzonej  czarnej herbaty (najlepiej mocnej i aromatyzowanej przyprawami korzennymi*), dwa goździki, kawałek laski cynamonu, 1-2 łyżki miodu lub ciemnego cukru, opcjonalnie: 2 ziarna ziela angielskiego, szczypta gałki muszkatołowej, chlust mocniejszego alkoholu

Całość mocno podgrzać, ale nie zagotowywać. Przecedzić do kubków (dzięki herbacie będzie trochę mętne). Pić gorące.

*Użyłam herbaty mocno korzennej i lekko pikantnej, z dodatkiem chilli - bardzo dobrze pasowała do grzańca.

Ciepłego wieczoru Wam życzę :)

wtorek, 09 grudnia 2008

To taka nieco inna gwiazda betlejemska, niż mogliście się spodziewać. To drink z Nigella Christmas, który wspomagał nas przy pierniczkach. Bardzo, bardzo przyjemny, ale obawiam się, że w większych ilościach - bardzo zdradliwy...

Składniki: 750 ml Prosecco lub innego wytrawnego wina musującego, schłodzonego, 125 ml Cointreau lub Grand Marnier lub Triple Sec, schłodzonego (moje nie było), 500 ml soku żurawinowego, schłodzonego

Wszystko mieszamy w dużym dzbanku, napełniamy szklaneczki, zachwycamy się chwilę kolorem i zapachem i... chyba wiecie, co dalej :)?

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna