Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia włoska

sobota, 12 listopada 2011



Przyznaję, że nie byłam pewna, czy wrzucać na blog "zachomikowane" risotto z kurkami, bo sezon na nie chyba już minął; zdecydowałam się, gdy odebrałam parę sygnałów, że wciąż gdzieniegdzie świeże kurki można dostać, podobnie jak mrożone. Danie można także oczywiście przygotować z innych grzybów, najlepiej leśnych, choć z pieczarek (najlepiej wzbogaconych 2-3 namoczonymi grzybami suszonymi) też się da. To proste danie, z paru składników, w tym ryżu do risotto; gdy go wsypuję do miarki, często się uśmiecham na wspomnienie pierwszych włoskich dań "z tego dziwnego okrągłego ryżu" (cytat z samej siebie z okolic roku 1999/2000 - o okolicznościach wspominałam na blogu). Dziś bym doprecyzowała, że nie jest okrągły, lecz owalny, a czy dziwny? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ;)


Składniki: 500ml oczyszczonych kurek, łyżka masła, łyżka oliwy, 1 cebula (najlepiej cukrowa, lub 1 szalotka i 1/2 zwykłej), płaska szklanka* ryżu arborio (lub innego do risotto), ok. 400ml dowolnego bulionu, sól, pieprz, natka pietruszki, łyżeczka masła, opcjonalnie: 1-2 łyżki świeżo startego parmezanu

Zacząć od zeszklenia drobno posiekanej cebuli, lekko oprószonej solą, na rozgrzanej mieszance oliwy z masłem. Dorzucić kurki, wymieszać, przesmażyć na średnim ogniu kilka minut. Dorzucić ryż, wymieszać, przesmażyć chwilę, dodać 1/4 bulionu, wymieszać, poczekać, aż się wchłonie, mieszając dość często, postępować w ten sposób z pozostałym wywarem (w razie konieczności, uzupełnić wodą), gotując stale na średnim ogniu, pod częściowym przykryciem, aż ryż będzie miękki, ale nie rozgotowany, i nie całkiem suchy. Pod koniec sprawdzić doprawienie (ja nie żałuję pieprzu). Zdjąć z ognia, wmieszać łyżeczkę masła, odstawić na ok. 1 minutę pod przykryciem; podawać posypane natką pietruszki. Ser osobiście mi do tego dania nie pasuje, ale jeśli ktoś chce, może posypać odrobiną świeżo startego, dobrego parmezanu.

* Amerykański cup - ok. 240ml

niedziela, 28 sierpnia 2011



Jednym z moich ulubionych nalewek na trawienie (albo, ładniej i z francuska, digestif) jest niedoceniania kiedyś miętówka, która jednak powinna* swoje odstać (im starsza, tym lepsza) i moim zdaniem najlepiej smakuje zmrożona. Gdy zobaczyłam na blogu Kuchnia pod wulkanem analogiczną bazyliówkę, czym prędzej poszłam do ogrodu nazrywać ziół. Przepis wykonałam, odczekałam kilka tygodni przed degustacją i... już połowy nie ma, bo likier z bazylii bardzo dobrze smakuje i świeżo nastawiony, nie musi leżakować :) Składniki i wykonanie jak w oryginale:

Składniki - porcja na 700 ml likieru:
  • 30 - 50 świeżych liści bazylii
  • skorka z polowy cytryny (tylko żółta część)
  • 300 ml spirytusu
  • 300 ml wody
  • 300 g cukru
Liście bazylii opłukać i osuszyć. Umyć (u mnie także sparzyć) cytrynę. Ściąć cieniutko żółtą część skorki. Liście i skórki włożyć do słoika lub innego szczelnie zamykanego naczynia i zalać spirytusem. Odstawić na 7 - 10 dni (u mnie w piwnicy).
Po upływie 7 - 10 dni wsypać cukier do wody i zagotować syrop. Ostudzić. Dodać ostudzony syrop do spirytusu. Wymieszać. Przecedzić a następnie przefiltrować przez gazę. Pić mocno schłodzony (czyli u mnie z zamrażarki).



* Jest to oczywiście kwestia gustu. Z pewnością jest pijalna i po tygodniu-dwóch, mojemu M jednak smakuje najbardziej taka dwuletnia, a i ja wolę starszą niż młodszą, która jest mniej subtelna (= mocniej spirytusowa).

wtorek, 26 lipca 2011



Zawsze żałowałam, że jarmuż jest tak trudno dostępny w Polsce; w związku z tym wciągnęłam go na listę upraw do wyhodowania w pierwszej kolejności w założonym tego roku ogródku warzywnym. Szczęśliwym trafem wysiałam odmianę "Dwarf Green Curled" (prześliczna nazwa :)), która (jak doczytałam się u Nigela Slatera) jest dość odporna na działanie szkodliwych czynników zewnętrznych, w tym bielinka kapustnika. Sadzonki (wyhodowane z nasion w domu) rozrosły się bujnie i już od miesiąca* wypróbowuję karbowane zielone liście w różnych daniach.



- A co to takiego? - spytał nasz trener jazdy konnej, gdy pochwaliłam się, że jarmuż ładnie mi rośnie.

- Kapustowate - odpowiedziałam. - Ale w formie liści.

- Czyli co, taka sałata?

Nie do końca, ale bardzo młode liście można jeśc na surowo, drobno porwane i np. zmieszane z liśćmi sałaty masłowej i bazylią (jak poniżej), doprawione oliwą i dobrym octem balsamicznym, lub musztardowym winegretem.



Większe, starsze liście wymagają już obróbki termicznej, choćby w formie zblanszowania (u mnie: przelanie wrzątkiem). Czemu więc nie jarmuż w klimacie azjatyckim?



Jarmuż z chilli, czosnkiem i imbirem (zainspirowany Tender N. Slatera)

Składniki: dwie garście jarmużu, 1-2 papryczki chilli (małe, tajskie, lub inne faktycznie ostre), ok. 1 cm świeżego imbiru, 1 ząbek czosnku, sos sojowy, sok z limonki

Jarmuż umyć, osuszyć, odłożyć na bok. Rozgrzać na patelni (woku, jeśli ktoś posiada) olej lub łagodną oliwę, dorzucić drobno posiekany czosnek, imbir i chilli. Chwilę przesmażyć, dodać jarmuż (lekko porwany, np. przerwany pęczek na 1/2). Smażyć kilka minut, aż lekko zmięknie, ale zachowa strukturę. Zdjąć z ognia, doprawić do smaku sosem sojowym i sokiem z limonki. Można udekorować fioletową bazylią (dla kontrastu kolorystycznego ;).

Podawać np. do ryby (doprawionej tak, jak mój "mgliście azjatycki" łosoś) i makaronu udon/soba doprawionego sosem sojowym i olejem sezamowym.



Propozycja wierzchu do pizzy, analogicznie do szpinaku z jajem, na mały placek/jeden smak w quattro gusti: garść jarmużu sparzonego wrzątkiem, z odciśniętą wodą, umieszczonego na ulubionym pizzowym spodzie (podpieczonym, jeśli nie ma kamienia, lub surowym, jeśli kamień/piec chlebowy posiadacie), posypanego solą, pieprzem, opcjonalnie: odrobiną rozdrobnionego czosnku i skropionego oliwą. W środek wbite surowe jajo. U nas pieczone kilka minut na rozgrzanym kamieniu, w maksymalnej temp. piekarnika.



Makaron pomidorowy inaczej: zrobić ulubiony sos pomidorowy do makaronu i na sam koniec gotowania, na ok. 2 minuty, dorzucić małą garść umytego, porwanego jarmużu.

A ulubiony, podstawowy sos pomidorowy wygląda u mnie tak:

Składniki (na ok. 2 porcje): kawałek wędzonki, boczku lub kiełbasy (opcjonalnie), 1 duża cebula, 1-2 ząbki czosnku, 500 ml przecieru pomidorowego, sól, pieprz, ulubione suszone zioła, chilli

W wersji nie wege wrzucamy wędlinę pokrojoną w kostkę na rozgrzaną suchą patelnię i przesmażamy, wytapiając z niej tłuszcz. W wersji wege rozgrzewamy na patelni oliwę. Na wędlinę/oliwę wrzucamy pokrojoną w półplasterki cebulę i czosnek, chwilę przesmażamy, dodajemy pomidory, mieszamy. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem, chilli (zgodnie z upodobaniami), dodajemy parę szczypt ulubionych ziół suszonych (cząber, tymianek, oregano...) lub trochę posiekanych świeżych (jw., a także rozmaryn, w małych ilościach). Dusimy całość na średnim/niewielkim ogniu, aż sos się zagęści.

CDN...

* To tyle, jeśli chodzi o cierpką uwagę Dziwnego Pana (sprzedawcy egzotycznych produktów spod Hali Mirowskiej w W-wie), który zapytany latem o jarmuż popatrzył na mnie jak na UFO, a potem odpowiedział: "Tak. Miewam jarmuż. W SEZONIE. To jest np. w listopadzie..."

niedziela, 17 lipca 2011



Gdy zakładałam ogród warzywny i kupowalam nasiona, M podał mi paczkę nasion groszku. Gdy się zawahałam, powiedział zdziwiony (wiedząc, jak lubię świeży groszek): "Jak to? Nie chcesz?". No chciałam... i zasadziłam. Jakiś czas później M, patrząc na strąki na grządce, spytał: "Ale... co ty właściwie chcesz z nim zrobić?", a wówczas bez wahania odparłam: "Risi e bisi!".

Robiłam raz zbastardyzowaną (i także smaczną) wersję ryżu z groszkiem, wykorzystując, o zgrozo, groszek mrożony. Rzecz jednak w tym, że do tradycyjnego dania konieczny jest świeży groszek, z tego względu, że używa się także strąków. Jeśli nie macie własnego, mam wrażenie, że łatwiej jest go obecnie dostać na targach warzywnych niż kilka lat temu, ale należy się spieszyć, bo sezon się już raczej kończy. Anna del Conte, z której przepisu (z Gastronomy of Italy, albo jak mawia M, Włoskiej Biblii) korzystałam, sugeruje, aby ew. użyć groszku cukrowego (ale o ten chyba w naszym kraju nie tak łatwo ;). Poza drobnym faktem, że coś mi się pomyliło i przed gotowaniem rozmroziłam buliion drobiowy, którego potem użyłam zamiast wody (i dlatego mój ryż nie jest wściekle zielony, a raczej burozielony), trzymałam się wiernie przepisu. Wariant z bulionem jest bardziej 'treściwy', wersja z wodą - lżejsza. Obie bardzo smaczne. Można by tu także wykorzystać wywar z gotowania szynki, ale raczej należałoby go rozcieńczyć w proporcji 1:1 ze względu na wysoką zawartość soli.

Składniki (na 2 porcje):

  • 450g świeżego zielonego groszku, w łuskach
  • sól do gotowania (pominąć, jeśli korzystacie zamiast z wody, z lekko posolonego bulionu)
  • łyżka masła
  • łyżka oliwy
  • 1/2 małej cebuli, b. drobno posiekanej
  • ok. 1-2 łyżek posiekanej natki pietruszki
  • 1/2 szklanki (ok. 110-115g) ryżu arborio
  • 1/4-1/2 łyżki nasion kopru włoskiego, lekko zmiażdżonych
  • świeżo zmielony czarny pieprz
  • ok. 2 łyżek świeżo startego parmezanu



Groszek umyć, obciąć końce, zachować łupiny (tylko ładne sztuki, ze skazami wyrzucić). Puste strąki umieścić garnku z 0,75l wody i łyżeczką soli lub taką samą ilością bulionu (już słonego). Gotować aż łupiny będą miękkie, odcedzić (zachowując płyn!) i zmiksować strąki (najlepiej z łyżką wywaru) w malakserze/blenderze na puree. Jeśli pasta będzie włóknista (moja była), trzeba ją niestety przetrzeć. Puree umieścić w rondlu z 0,5l. wywaru z gotowania, pomału zagotować i trzymać na małym ogniu.

Tymczasem umieścić masło, oliwę i 1/2 pietruszki w większym garnku, podgrzać delikatnie przez ok. 5 minut. Dodać wyłuskany groszek, gotować chwilę stale mieszając. Dodać ryż. Gdy ziarna się pokryją tłuszczem, wlać gorący wywar. Zamieszać, zagotować. Dodać koper włoski i pieprz. Gotować pod przykryciem ok. 15-20 minut na średnim ogniu, aż ryż się ugotuje i wchłonie większość płynu. Zdjąć z ognia, dodać parmezan i resztę pietruszki. Podawać od razu.

czwartek, 28 kwietnia 2011



I skończyła się Wielkanoc. Nie wiem, jak Wy, ale wciąż mam pełno sernika i innych ciast, a żurek musiałam zamrozić, bo trochę przeceniłam moce przerobowe. Gdy tak stałam i gotowałam, i piekłam, a pora obiadowa się zbliżała, jasne było, że obiad będzie z gatunku prościej być nie może*. Stąd ten makaron doprawiony oliwą z czosnkiem i chilli, czyli jak my robimy spaghetti aglio olio e peperoncino.

Składniki (na dwie osoby): 225-250g spaghetti, 5-6 łyżek oliwy (ok. 80ml), 3 ząbki czosnku, 1 długa papryczka chilli (lub inna ilość świeżych/suszonych ostrych papryczek, do smaku), natka pietruszki, opcjonalnie: odrobina świeżo startego parmezanu

Gotujemy makaron. Gdy zacznie zbliżać się do końca czasu gotowania (ok. 3 minuty przed końcem), na małej patelni delikatnie rozgrzewamy oliwę, dodajemy posiekany czosnek i drobno pokrojoną papryczkę (bez pestek, chyba, że chcecie jeszcze ostrzej). Całość podgrzewamy, by oliwa przeszła smakiem przypraw, ale uważamy, by nie przypalić czosnku. Ugotowany, odcedzony makaron szybko mieszamy z oliwą z czosnkiem i chilli, posypujemy pokrojoną natką (ilości dowolne) i przekładamy na talerze. Opcjonalnie można posypać szczyptą (naprawdę niewielką ilością) świeżo startego parmezanu lub podobnego sera. Jeść od razu.



* Tak, wiem, że technicznie może być jeszcze prościej ;)

A więc to było przed Świętami. Po Świętach zaś, poza ww. sernikami i żurkiem, zostały mi w lodówce różne pojemniki, zawierające a to jarzyny z wywaru na żurek, a to grzybki marynowane, a to niedojedzone wędliny. Innymi słowy, świetny materiał na sałatkę makaronową.



Składniki: ok. 200g ugotowanego makaronu (kolanka, rurki, kokardki lub podobne), parę ugotowanych jarzyn (z wywaru) - 1-2 pietruszki, 2-3 marchewki i niewielki seler, kilka plasterków drobno pokrojonej wędliny, łyżka posiekanych marynowanych grzybków, łyżka chrzanu, kilka łyżek posiekanej zieleniny (u mnie natka pietruszki i parę listków melisy), oliwa, sól, pieprz, suszony majeranek, sok z cytryny/ocet winny

Jarzyny pokroić w kostkę, wymieszać z wystudzonym makaronem. Dodać wędlinę, grzybki, chrzan i zieleninę. Skropić oliwą, dokładnie wymieszać. Doprawić do smaku solą, pieprzem, majerankiem, octem lub sokiem z cytryny. Odstawić na ok. 10-15 minut przed jedzeniem.

A kolejny wpis będzie już pełnowartościowy ;)

niedziela, 27 marca 2011

Gdy zobaczyłam zadanie z najnowszej Weekendowej Piekarni pod przewodem Szkutnika z Dzielnej, najpierw się przeraziłam długością przepisu i niektórymi uwagami w nim zawartymi;), a potem postanowiłam, że co jak co, ale zrobić trzeba! W tej chwili zostały tylko jakieś resztki ogromnego bochenka, więc mogę powiedzieć, że szczerze chleb polecam, a przerażać się nie ma czym. Wypiek nie nastręczył mi żadnych problemów - co prawda, dodałam (po konsultacji z Gospodarzem) do ciasta na chleb 200g wysokobiałkowej mąki austriackiej typ 1600 i wyrabiałam mikserem, jednak  ciasto na focaccię (z 1/2 składników) zrobiłam tylko z mąki białej chlebowej typ 750. W każdym bądź razie, ani składanie, ani formowanie, ani przekładanie bochenka nie okazało się kłopotliwe - no, może jedynie tyle, że chleb rósł jak szalony i ledwo się zmieścił na blaszce mojego mini-piekarnika. Zrobiłam 1 1/2 porcji - chleb z całej, focaccię z 1/2.

Co do przepisu, oddaję głos Gospodarzowi:

Chleb wiejski z Genzano (pane casareccio di Genzano)
(wg. D. Leadera)

Zakwas (9-12 godzin)
zagniatanie 10-15 minut
fermentacja 3h
wyrastanie 1.5 - 2h
pieczenie 50+ min

a) Zakwas (biga naturale)
- starter (zakwas) 24 g (płynny lub gęsty)
-woda 120 g
-mąka pszenna chlebowa - najlepiej wysokoglutenowa (u mnie typ chlebowa pszenna 750) - 171g

Wymieszać zakwas z wodą. Dodać mąkę. Wyrobić nieco. Zostawić na 8-12 h w temperaturze pokojowej.

b) ciasto właściwe
-zakwas - 315g
-woda - 342 g
-mąka - najlepiej wysokoglutenowa 428g (u mnie 200g austriackiej Brotmehl typ 1600, reszta - typ 750, jak poprzednio)
-drożdze świeże - 5-6g (u mnie 5.4g)
-sól - 12 g
-otrąb pół szklanki lub trochę mniej

Wyrabiamy ciasto dwuetapowo, czyli:
1. Łączymy wszystkie składniki używając 280g wody (resztę dodamy później). Wyrabiamy naprawdę solidnie, w zależności od talentu 8-12 minut. Kiedy ciasto jest wyrobione dodajemy powoli odłożone 62 g wody. Najlepiej powoli (po łyżce dwie) do wrobienia każdej porcji. Ciasto zacznie się robić luźniejsze. Jako, że używałem bardzo mocnej mąki, dolałem jeszcze dobre 30 gram wody. Jeśli używacie polskich mąk, nie radzę, chyba że lubicie chleby talerze (to powiedział Szkutnik ;) - ja użyłam przy ww. mąkach o ok. 10g wody mniej niż w przepisie). Całe wyrabianie powinna zając 15-18 minut.

2. Teraz ciasto przykryte dojrzewa 3 godziny w temperaturze pokojowej. W połowie składacie, najlepiej w samej misce. Ciasto powinno być bardzo wyrośnięte, pełne wielkich bąbli, delikatne. W smaku lekko kwaskowe.

3. Formujemy okrągły bochen i wkładamy do kosza w którym umieściliśmy wcześniej szmatkę wysypaną mnóstwem otrąb. Szmatka jest ważna przy takiej hydracji, choć możecie zaryzykować bez niej. W zależności od tego jak mocną mieliście mąkę, formowanie będzie albo proste i przyjemne (u mnie ;) albo doprowadzi was do rozpaczy. Radzę mieć sporo mąki na stolnicy (unikajcie wsypania maki do bochenka) i metalową łopatkę pod ręką. Staramy się nie nie porobić wielkich kieszeni z powietrzem, ale też nie odgazować bułki zupełnie. Pamiętajcie celem jest wielka pyszna ciabatta a nie wonderbread!

4. Chleb wyrasta 1-2 godziny. Trochę zależy od tego czy zacznie Wam wyłazić z kosza czy nie. Tak czy inaczej godzina to minimum. Ja bym stawiał na 1.5 celem odpowiedniego wyrośnięcia. (U mnie rosło 1 h i poszło do pieca, bo zaczęło opuszczać koszyk). To niestety też zależy od mocy mąki im mocniejsza tym chleb dłużej wytrzyma. Możecie od czasu do czasu zajrzeć do chleba podczas wyrastania i podsypać otręby na około (zmniejszycie szanse na przylgnięcie do szmatki). Piec z kamieniem nagrzewamy do 260C (u mnie obecnie maksymalna to 250, i do tylu nagrzałam, z blaszką w środku).

5. Wykładamy delikatnie i szybko chleb na oprószoną kaszą manną lub semoliną lub otrębami łopatę. Najlepiej sam bochenek wcześniej dosypać jeszcze po wierzchu otrębami, zwłaszcza jeśli wygląda wam na mokry. Teraz szybko bez nacinania do gorącego pieca. Pół szklanki gorącej wody na blachę która nagrzewała się pod kamieniem (ja naparowałam jak zawsze, tj. psikaczem). Ustawiamy piec na 240C na 10min, potem 230C - 20 min. Obracacie bochenek o 180 stopni. Obniżacie (o ile chcecie) do 220C i zostawiacie na dodatkowe 20 minut. Chleb powinien być ciemno brunatny, lub jeszcze lepiej czarny, to ważne! Proszę nie wyjmujcie go z pieca póki nie jesteście przekonani, że się spalił.

6. Studzimy 2 godziny. Smacznego. Uwaga chleb bardzo brudzi w kuchni! (To prawda ;) - otręby obsypują się, aż miło ;).

Pełnoziarnisty z Genzano (Pane lariano) (którego nie robiłam, ale może ktoś chce):

Bardziej zdrowa wersja chleba z Genzano z mniejszymi dziurami. Jeśli użyjecie przesianej mąki to otręby do posypania kosza będziecie mieć za darmo.
a) Mąkę wysokoglugenową w cieście właściwym zastępujemy pszenną 1100, czyli dobrze odsianą grubą mąką pszenną (wolę) lub mieszanką psz. 1850 i psz. chlebowa 50-50.
b) wody o 8g więcej
c) teoretycznie dwa razy więcej drożdży, czyli byłoby 10-12g. Nie zauważyłem żeby były potrzebne, więc odradzam.
d) finalne wyrastanie 1-1.5 godziny.
e) teoretycznie pieczony krócej ogólnie i krócej w wysokiej temperaturze. W praktyce identycznie jak poprzedni. Znów, ma być czarny.

Pizza z Genzano (pizza alle patate di Genzano; dla mnie to raczej focaccia)
Po prostu kwadratowa pizza na blasze obłożona cieniutko pokrojonym surowym ziemniakiem, cebulą, świeżym rozmarynem i polana oliwą. Ciasto rozpłaszczamy od razu w blaszce (wysmarowanej oliwą) starając się nie porwać go straszliwie - pomaga tłuszcz na dłoniach. Powinno mieć ok 1cm grubości. Obkładamy ziemniakami (700g) cebulą (60g), posypujemy rozmarynem (5g) i solą (1,5g). Czas pieczenia 20 minut w piecu rozgrzanym do 270C.
Uwagi moje: robiłam z 1/2, przy czym ciasto zrobiłam z mąki chlebowej jasnej, jak w pierwszym przepisie, redukując wodę o łyżkę (15g). Wyrobiłam w piątek, podczas robienia chleba, i zostawiłam na ok. 1,5 doby do wyrastania w lodówce.  Złożyłam raz, w 1/2 czasu. Godzinę przed pieczeniem wyjęłam z lodówki. Ponieważ, jak pisałam wyżej, mini-piekarnik grzeje maks. do 250 st. C, piekłam ok. 30 minut.

Upieczony bochen jest wielki, ale lekki. Chleb jest sitkowy w przekroju (duże dziury tylko na krańcach bochenka), o mocno przypieczonej skórce, dzięki czemu można go kroić w cienkie kromki. Focaccia stanowi ciekawą przekąskę, obiad lub danie na piknik. Ciasto jest dość kwaskowate (u mnie mogło to być spotęgowane dłuższym, lodówkowym wyrastaniem). Tak czy inaczej, gorąco polecam.

czwartek, 03 lutego 2011

Mój pierwszy w życiu wyjazd na narty był zarazem pierwszym dłuższym (niż kilkugodzinny) pobytem we Włoszech. Przyjechaliśmy jeszcze przed sezonem i mieliśmy cały hotel i kucharza dla siebie. W ciągu dnia słuchałam, jak Fulvio* woła: "Sci parallele, parallele!", a wieczorem jadaliśmy przy stole kuchni, i to jak jadaliśmy... Tuczono nas niczym Jasia i Małgosię** w wiadomej klatce. Po obiedzie dwie baryłki turlały się do baru, zamawiały due espresso elongato*** i prawie od razu szły spać. Tego pamiętnego tygodnia m.in. pierwszy raz jadłam włoskie risotto, dziwiąc się zaokrąglonym ziarenkom ryżu i temu, że danie jest takie mokre, omlet z truflami (duże rozczarowanie), karczochy (jw.) i spaghetti alla carbonara, które nas zachwyciło.

Od tamtego czasu robiliśmy co jakiś czas carbonarę, mieszając gorący makaron z przesmażonym boczkiem, śmietaną, jajami i serem... i danie było smaczne, ale zarazem tak ciężkie, że potem przez co najmniej rok mieliśmy dość. Tak było do czasu, gdy zaczęliśmy trochę zmieniać proporcje, dodając np. tylko kapkę śmietany. W końcu odkryłam, że guru (= Anna del Conte) wcale nie uważa, aby śmietana była konieczna - i właśnie taki makaron, "tylko" z boczkiem i sosem jajeczno-serowym, smakuje mi najbardziej i mogę go jeść częściej, niż raz na rok. Sugerując się radami Anny del Conte wypróbowaliśmy też wersję lekko podlaną białym winem i z dodatkiem cebuli - także polecam, jako wariant.

Składniki (na 2 osoby):

  • 225-250g spaghetti (można też użyć linguine),
  • ok. 100g wędzonego boczku,
  • 2-3 duże jaja,
  • garść świeżo startego parmezanu,
  • świeżo mielony czarny pieprz,
  • opcjonalnie: 1 mała, drobno pokrojona cebula lub szalotka, ok. 3-4 łyżek białego wina

Nastawić wodę na makaron (sos robi się szybko). Boczek pociąć w kostkę. Jeśli jest dość tłusty - wrzucić na średnio rozgrzaną patelnię, wytopić tłuszcz, podkręcić ogień i przesmażyć na chrupko. Jeśli jest chudy - rozgrzać na patelni trochę oliwy, i przesmażyć na niej boczek na chrupko. Jeśli chcecie użyć cebuli, można w tym momencie ją zeszklić na tej samej patelni (a makaron albo już powinien się gotować, albo najpóźniej teraz powinniście go wrzucić do wrzątku). Jeśli chcecie użyć wina - wlać je do patelni z boczkiem, wymieszać, gotować parę minut na mocnym ogniu, by całość odparować. W misce roztrzepać jaja z parmezanem, doprawić pieprzem (powinno być wystarczająco słone od sera, zasala także boczek). Gorący, odcedzony makaron wymieszać od razu z boczkiem - najlepiej na tej samej patelni, albo w garnku, w którym gotował się makaron - ale już nie na ogniu, i zaraz potem dodać sos jajeczno-serowy, energicznie zamieszać. Nie podgrzewać, bo wyjdzie jajecznica! Przełożyć na talerze, jeść od razu. Najlepiej popijając czerwonym wytrawnym ;)

* Instruktor w średnim wieku, z imponującym wąsem i lwią grzywą zaczesaną do tyłu. Dwa pozostałe ulubione okrzyki Fulvia to (bo lekcje zasadniczo były w języku angielskim): "Plooough, plooough, snow plough!" ["Płuuug, płuuug, pług śnieżny!"] oraz "Weeeight, weeeight on the valley ski" ["cięęężar, cięeeżar na narcie odstokowej"]. Poniżej dokumentacja zdjęciowa (Fulvio pierwszy od lewej, ja: trzecia od lewej).

** Właśnie M mi uświadomił, że tylko Jasia Zła Czarownica tuczyła w klatce, bo Małgosia jej usługiwała. W tej wersji jednak dwie osoby były pasione.
*** To był też pierwszy kontakt z włoską kawą. Teraz bym nie zamówiła espresso przedłużonego, a M pewnie by chciał ristretto.

piątek, 24 września 2010

Od blisko dwóch tygodni, czyli od przyjazdu do Austrii, wszędzie dookoła widzę dynie. Czy to z okna pokoju, w sąsiednim ogrodzie (tu powinien być czas przeszły, bo już została zerwana), rosnące samopas (na stertach kompostu przy drodze, na terenie skansenu koło Salzburga, itd)., wystawione jako dekorację przed restauracjami, czy też sprzedawane w wielkich stosach 'z ziemi', przy stacjach benzynowych. Wszystko to sprawiło, że po pierwsze, tęsknię myślę o mojej dyni makaronowej na działce (zerwałam 1 wyrośniętą sztukę, ale co pozostałymi?), a po drugie, rzuciłam się na dynie w supermarkecie, gdyż nawet w zwykłym Sparze są 4 rodzaje do wyboru. Przede wszystkim porwałam dynię piżmową, trudno lub wcale dostępną w Polsce. Z 1/2 zrobiłam zupę*, większość pozostałej zaś M udusił z pomidorami, a mały kawałek użyłam jeszcze do poniższego risotta.

Składniki (dla 2 osób): szklanka (250ml) ryżu (najlepiej arborio, ale jak może widać na zdjęciu, u mnie z braku laku był basmati), ok. 60ml wytrawnego białego wina, 1/2 średniego pora, ok. 150g dyni (u mnie piżmowej), ok. 350ml dowolnego bulionu (najlepiej warzywnego lub delikatnego drobiowego), oliwa, masło, dodatkowa woda, ok. 200g (waga po osączeniu) rozmrożonej mieszanki owoców morza (można także użyć takich w zalewie), opcjonalnie: skórka starta z 1/2 cytryny i sok z cytryny

Pora umyć, pokroić w cienkie plasterki lub półplasterki. W rondlu/garnku rozgrzać masło z oliwą (po ok. łyżce każdego), zeszklić pora. Dodać dynię, pokrojoną w kostkę (piżmowej nie trzeba obierać, choć ja tym razem to zrobiłam), oprószyć warzywa lekko solą i smażyć ok. 5-10 minut (piżmowa b. szybko się gotuje, innym może zająć to trochę dłużej). Dodać ryż, wymieszać, przesmażyć kilkanaście sekund, skręcić ogień na średni, wlać pomału, stale mieszając, wino. Mieszać ryż, aż wchłonie cały płyn, wówczas wlewać stopniowo bulion, często mieszając. Gdy bulion zostanie wchłonięty, dodać owoce morza, wymieszać i stopniowo, w miarę potrzeby, dodawać dodatkową wodę - u mnie na oko, około 80-90ml, tyle, ile ryż wchłonie, pozostając wciąż lekko mokry. Gdy będzie już miękki, doprawić solą i pieprzem do smaku (u mnie ten ostatni obficie) oraz dodać skórkę z cytryny, jeśli używacie; ew. skropić także sokiem z cytryny. Wmieszać ok. 1 łyżkę masła, przykryć i odstawić na 2-3 minut na minimalnym ogniu (w przypadku kuchenki elektrycznej po prostu na wyłączonym, lecz jeszcze ciepłym palniku). Podawać najlepiej posypane natką pietruszki.

Nie jest to tylko specjalnie fotogeniczne danie...

* Dyniowe zupy już na blogu były:

niedziela, 29 sierpnia 2010

Kwiaty cukinii, smażone i faszerowane, jadłam chyba tylko jeden lub dwa razy w życiu. Najczęściej podaje się je jako przystawkę we włoskich restauracjach. Przyznaję, że gdy zaczęłam bawić się w mini uprawę cukinii, myślałam o nich ciepło, wyobrażając sobie różne wersje, które trafią na nasz stół. Hodowla jednak szła mi (do tegorocznej gigantki) opornie, kwiatów rozwiniętych jednocześnie było zawsze za mało, by je przerobić na coś smakowitego. W tym roku wreszcie odniosłam jakiś sukces ogrodniczy, ale do wczoraj nie zmoblilizowałam się, aby kwiaty zebrać i przerobić. Gdy jednak zobaczyłam, że leży przede mną dziewięć ładnych kwiatów różnej wielkości (i z dyni makaronowej, i z cukinii), uznałam, że czas na debiut.

Z efektów jestem, może nieskromnie, bardzo zadowolona (a warto dodać, że moje doświadczenie w zakresie smażenia na głębokim tłuszczu do wczorajszego wieczoru było praktycznie zerowe). Częściowo inspirowałam się wersją znalezioną na blogu Pieprz czy Wanilia. Kwiaty pochodziły z mojego ogrodu, więc ich nie myłam, ale bardzo delikatne opłukanie z pewnością im nie zaszkodzi.

Składniki: 9-10 kwiatów cukinii i/lub dyni, różnej wielkości, pozbawionych pręcików, olej do głębokiego smażenia

Farsz (wykonany na oko, proporcje można sobie zmodyfikować zgodnie z upodobaniami): ok. 5 łyżek miękkiego twarogu, ok. 3 łyżek tartego parmezanu/pecorino, ok. 4-5 łyżek drobno pokrojonego sera koziego dojrzewającego, 1-2 łyżki drobno posiekanej, świeżej szałwi (można też użyć np. bazylii), ok. łyżeczki suszonych pomidorów w płatkach, sól i pieprz do smaku

Ciasto naleśnikowe: 2 jaja (u mnie średnie), ok. 6 łyżek mąki, dwie szczypty soli, ok. 3-5 łyżek mleka

Wszystkie składniki farszu dobrze wymieszać, doprawić do smaku (powinien być wyrazisty), nadziać delikatnie kwiaty. Rozgrzać olej do smażenia na głębokim tłuszczu w rondlu/garnku (ja użyłam ok. 1 litra, ale zależy to od średnicy garnka, powinien sięgać ok. 5 cm wysokości naczynia, więc warto mieć dodatkowy olej na podorędziu) - musi być bardzo gorący. Gdy olej się nagrzewa, wymieszać dokładnie składniki ciasta - powinno mieć konsystencję ciasta na zwykłe naleśniki, czyli przypominać tzw. wiejską śmietanę - ew. gęstość regulować za pomocą mąki lub mleka. Kwiaty zanurzać w cieście, aby dokładnie je oblepiło i wrzucać na rozgrzany olej. Smażyć do zezłocenia, partiami (u mnie po nie więcej niż 3 niewielkie kwiaty na raz), delikatnie obracając je łopatką w oleju (ok. 2 minut). Osączać na ręczniki papierowym i podawać od razu.

Kwiaty są kruche i delikatne, idealne na przystawkę, przekąskę lub kolację dla dwóch osób.

środa, 24 marca 2010

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że regularnie jeździmy do Austrii na narty, do tej samej miejscowości (Bad Hofgastein). Mamy nie tylko swoje ulubione trasy zjazdowe, ale także restauracje, do których wracamy. O dwóch z nich, oraz o tegorocznym odkryciu, chciałam Wam opowiedzieć - a nuż wybierzecie się w tamte strony...?

Po pierwsze: kuchnia nie-austriacka, bo włoska - a więc La Piccola Italia (Kurpromenade 11, Bad Hofgastein). Podobno każdy ma swoją ulubioną lokalną trattorię. W W-wie mamy taką potencjalną, całkiem przyzwoitą, za rogiem, ale gdybym miała powiedzieć, jaka jest moja ulubiona włoska knajpka, wybrałabym właśnie La Piccola Italię. Restaurację prowadzi sympatyczne małżeństwo włosko-austriackie, tj. Astrid i Luca. Ona zajmuje się salą, on pracuje w kuchni. Menu bazuje na sprawdzonych szlagierach i na tyle, na ile się zorientowałam, niewiele się zmienia. Na niektórych daniach nieco odcisnęła piętno kuchnia austriacka, np. jeśli chodzi o mocno kwaśne doprawienie sałatek. Wśród przystawek jest carpaccio mięsne lub tuńczykowe, caprese czy sałatka z owoców morza; makarony obejmują tak znane pozycje, jak aglio, olio, pepperoncino czy arrabiata, dań głównych zaś jest kilka, w tym ok. 2 rybne.  Makarony są raczej z paczek a pomidory z fabrycznej passaty, nie z własnego ogródka :), ciabatta przypuszczam, że od zewnętrznego dostawcy, ale smaczna. Niespodzianek specjalnych nie będzie (no, chyba jeśli chodzi o ilość octu w przystawce czy strzępki sałaty w caprese - nie wiem, co one tam robiły i dyskretnie udałam, że ich nie widzę ;), ale o to właśnie chodzi. To miejsce, do którego się przychodzi np. w sobotę wieczorem, całą rodziną lub w mniejszym gronie, witając się na progu z Astrid jak ze starą znajomą. Potem zamawia się znane, bezpieczne dania i równie znane czerwone wino (Eliseo). W tamtą sobotę, gdy jedliśmy kolację 'u Włocha', wszystkie stoliki były zajęte, a kilka osób posilało się przy barze, ew. tam czekało na stolik, więc warto zarezerwować miejsce na wieczór. W środy jest Ruhetag, czyli wolne i restauracja zamknięta.

W restauracji nr dwa także warto wcześniej zarezerwować stolik (pamiętając, że wolne jest we wtorek). Mowa o S'Tröpferl (Pyrkerstrasse 20, rzut beretem od Piccola Italii), vel "Białym (Zielonym*) domku" - domek zresztą widać w pełnej krasie na zdjęciu nr 1 (dziękuję Em. za obfotografowanie ;). W tym miejscu byłam na przestrzeni ostatniej dekady więcej razy niż 'u Włocha', pomimo tego, że knajpa nie jest doskonała. Przede wszystkim problem stanowi obsługa. Miewa swoje humory, potrafi być (bardzo) opieszała i występują problemy językowe, tj. problem z użyciem języka angielskiego, pomimo tego, że w restauracji bywa wielu turystów. Karta dań angielska teoretycznie jest, ale np. dania sezonowe/dania dnia w niej nie występują, a ponadto, gdy dochodzi do zamówienia, okazuje się, że i tak wszystko sprowadza się do języka niemieckiego (i do odręcznie napisanego menu). Jeśli się nim włada kiepsko, można mieć kłopot (i w zw. z tym ostatnio mieliśmy duże problemy z ilością i rodzajem deserów zamówionych, w odróżnieniu od tych, które pojawiły się na stole). Jeśli jednak przyjąć postawę 'zen' i nie przejmować się, że ktoś trzaska wściekle kuflami lub ignoruje klientów przez 30 minut, można całkiem przyjemnie spędzić wieczór. Wnętrze urządzone jest nieco gemütlich, nieco jak 'folk gospoda'. Kuchnia jest zdecydowanie austriacka. Dominuje mięso, ale jest także sporo świeżych warzyw jako dodatków oraz ryby, zwłaszcza pstrąg. Kiedyś była w karcie pyszna kremowa zupa czosnkowa, która wymagała jedzenia przez wszystkich biesiadników, a przynajmniej osoby mające przebywać w jednym mieszkaniu przez najbliższą dobę. Rok temu M zjadł, jako ciekawostkę, krowię wymię (nie wspomina go jako szczególnie smacznego). Inną specjalnością jest danie złożone z dziewięciu knedli z różnym nadzieniem. Porcje zazwyczaj są obfite, a dania sycące. Poniżej widać Zwiebelkuchen (placek cebulowy, ale nie drożdżowy) zamówiony podczas ostatnią wizytę przez Em.
Po trzecie: tuż przed wyjazdem M odkrył, że w naszej miejscowości (a właściwie tuż za Bad Hofgastein) jest restauracja wyróżniona Bib Gourmand przewodnika Michelin. Mowa o Bertahof, dokąd oczywiście się udaliśmy. Poniżej widać 'domek' stanowiący element ogrodu przez restauracją, z reklamą bardzo smacznego piwa pszenicznego Die Weisse, które piłam do posiłku:
Bertahof także specjalizuje się w kuchni narodowej, ale w innym wydaniu niż S'Tröpferl. Różnicę widać na pierwszy rzut oka: wystrój jest bardziej stonowany, umiarkowanie ludowy (choć kelnerki noszą stroje regionalne) a klientela dość elegancka, miejscowa, w wieku średnim lub starszym (turyści-obcokrajowcy stanowią zdecydowaną mniejszość, w przeciwieństwie do S'Tröpferl). Dania są także mniej przaśne, a nawet niekiedy z lekkimi pretensjami do haute cuisine (co nie zawsze im wychodzi na dobre). Można powiedzieć: kuchnia austriacka XXI wieku ;). Pierwsza wizyta, lunchowa, wywarła na nas bardzo pozytywne wrażenie: średnio wysmażone kotleciki jagnięce z ziołami, podane z ziemniaczanym gratin i duszonymi warzywami, do tej pory wspominam z rozmarzeniem - były idealne. M jadł kotleciki cielęce, także bardzo dobrze przyrządzone, choć miał zastrzeżenia co do dodatków (wg jego słów, niepotrzebnie skumulowano zbyt wiele różnych składników - dwa różne sosy, trzy formy podania ziemniaków - na jednym talerzu). Druga wizyta (kolacja) była nieco mniej udana spożywczo. M zamówił stek jagnięcy na kamieniu. Idea była taka, że gość obrabia sobie mięso sam, zgodnie z upodobaniem, jednak mięso przyszło na stół już dość mocno wysmażone. Ja miałam tymczasem problem z knedlem ze szpinakiem (klasyczne austriackie danie - w S'Tröpferl także występuje), który był na mój gust zdecydowanie zbyt słony (zupa z topinambura zresztą była też dość słona, ale mniej, niż knedel...). Przy obu wizytach obsługa była poprawna i dość sympatyczna. Chleb podany na początek nie był domowy, ale świeży i smaczny, do tego były dwie smaczne pasty do smarowania pieczywa (różne przy każdej wizycie) i smalec. Piliśmy także ciekawe austriackie wina - mocno gruszkowy Gruner Veltliner i Zweilgelt, plus wspomniane wcześniej piwo Die Weisse (które w przeciwieństwie do wielu innych 'Weizenów' nie smakuje zmiksowanymi bananami). Na "deser" zaś odkryliśmy w podziemiach restauracji - po drodze do toalety - bardzo ciekawą wystawę starych zdjęć. Przy kolejnej wizycie chętnie dłużej im się przyjrzę.
* W zależności od tego, jak kto postrzega kolory.
 
1 , 2
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki