Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia włoska

środa, 17 października 2018

Gdy w kwietniu jechaliśmy do Toskanii, M powiedział: „Nie jedźmy do Florencji. To dobre miejsce na krótki miejski wypad”. Nie spodziewaliśmy się wówczas, że ten weekendowy wypad nastąpi mniej niż sześć miesięcy później, ale tak to jest, gdy ktoś z małym wyprzedzeniem dowiaduje się, że powinien stawić się na kongresie. W mieście byliśmy de facto 1,5 dnia, sobotę i pół niedzieli, przy czym większość czasu spędziłam chodząc po mieście (do oporu ;). Jechałam bez większych oczekiwań – poza tym, że bez większego entuzjazmu, bo akurat w tym roku podróży miejskich było dość dużo, a to jeszcze nie koniec ;). Dość szybko sobie uświadomiłam, że z Florencją jest to samo, co z innymi toskańskimi miastami, czyt. czegoś mi w nich brakuje.

Nie mówię, że nic mi się we Florencji nie podobało: widoki na miasto z Ogrodów Boboli na pewno są warte zobaczenia, podobnie katedra. Wypadłam (niemal dosłownie) na nią z zaskoczenia z bocznej ulicy, i okazało się, że zdjęcia zupełnie nie oddają tego, jak ten budynek wygląda na żywo. Obiektywnie przypomina ogromny tort z marcepanu lub masy cukrowej, przeznaczony na kilkuletniej wielbicielki różu, ale - być może ze względu na gabaryty - robi ogromne wrażenie (przynajmniej z zewnątrz, bo porażająca kolejka na cały plac mnie skutecznie zniechęciła do zaglądania wewnątrz). M, który z racji pracy zwiedził mniej, niż ja, zapytany, co mu się podobało, odparł: „Dworzec”. Faktycznie, ten modernistyczny budynek też mi się przypadł do gustu.

Dworzec we Florencji

No i… jedzenie! Zawsze jeszcze jest jedzenie ;). Także miejsca, w których można je nabyć, nie tylko spożyć, albo poszłam na targ San Lorenzo, obecnie połączony z Mercato Centrale (którego filia jest w Rzymie, o czym wspominałam). Właściwie, by być precyzyjnym (bardziej niż Mapy Google, które mylnie podają te same godziny otwarcia dla całego budynku): parter starej hali targowej to klasyczny targ w stylu awiniońskich Les Halles (i większy od targu przy Circo Massimo), czynny od rana do bliżej nieznanej mi godziny popołudniowej i w niedzielę zamknięty, a piętro to Mercato Centrale, czyli nowy twór typu food hall (i przynajmniej część lokali ta sama, co w Rzymie). W sobotę na targu właściwym robiłam zdjęcia, oglądałam stragany i kupowałam pamiątki spożywcze z wyjazdu, typu panforte (na zdjęciach), utwierdzając się tym samym w przekonaniu, że lubię ten wypiek (i będę go próbowała samodzielnie zrobić, jak się uda, oczywiście się tu pojawi). Wśród klientów San Lorenzo jest trochę turystów (i część produktów + angielskie napisy są wyraźnie do nich adresowane), ale są także stoiska „zwykłe”, z pieczywem, mięsem czy rybami, a także zaułek „etniczny”, z np. straganami warzywnymi prowadzonymi przez Indusów, z egzotycznymi owocami czy małymi bakłażanami, które ostatnio widziałam w Azji czy stoiskiem z mięsem halal (wywnioskowane na podstawie klienteli oraz obsługi). Można zaspokoić mały głód słodkimi wypiekami lub focaccią, wypić kawę lub aperitif, ale to tyle jeśli chodzi o gastronomię, bo w tym specjalizują się piętro wyżej.

I na to piętro wyżej trafiliśmy już razem z M, najpierw w sobotę wieczorem na aperitif (gdy odkryłam, że tzw. Hugo to prosecco, woda i likier z kwiatów czarnego bzu, czyli coś, co lubię, w przeciwieństwie do Aperolu ;) i później w niedzielę przed wyjazdem z miasta, w poszukiwaniu lampredotto. Podroby jak wiadomo, są we Włoszech lubiane, a kanapka z gotowanym krowim żołądkiem to wizytówka Florencji. Niestety, nabyć ją w którymś z najpopularniejszych miejsc polecanych np. przez Giulię Scarpaleggię typu All’antico Vinaio – czyn godny Herkulesa. Nie wiem, czy to kwestia niedzieli, czy odbywającej się tego dnia imprezy (biegi = wszędzie tłumy w fioletowych koszulkach), ale kolejki do barów kanapkowych przypominały te jak za papierem toaletowym za dawnych polskich czasów. Ostatecznie poszliśmy ponownie do Mercato Centrale, bo a) blisko dworca, skąd godzinę później odjeżdżaliśmy, b) poprzedniego wieczoru był ruch, ale nie tragiczny; okazało się jednak, że to miejsce w niedzielę jest także bardziej popularne (czyt. jedna osoba musi trzymać z trudem zdobyte miejsca, a druga stoi w – niespodzianka! – kolejce*). Plusem kolejki jest to, że można dokładnie, bo wielokrotnie ;), obejrzeć proces kompilowania kanapek (zdjęcia). Zdobyłam dla nas jedną bułkę z klasycznym lampredotto z salsą verde oraz porcję trippa fiorentina. Wrażenia? Nie wiem, czy to dlatego, że nie było to „to najlepsze miejsce na lampredotto”, ale nie zachwyciłam się: znam lepsze podroby, choćby ozór czy ogon. Flaki zaś przypominały mi te a la romana, poza faktem, że były b. łagodnie doprawione.

Na pozytywną nutę, inne posiłki, np. sobotni lunch czy kolacja były bardziej udane. Lunch miał miejsce w restauracji San Bevitore; właściwie szukaliśmy siostrzanej winiarni (okazało się, że była ze dwa drzwi dalej), ale skoro już weszliśmy do tego pierwszego lokalu i było miejsce, to tam zostaliśmy. Jedzenie było przyzwoite, może bez objawień, ale smaczne, za to pinot grigio na kieliszki, wybrane na chybił trafił z karty win – chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek piłam.

Wieczorem zaś było kulinarne clou: kolacja w Vini e vecchi sapori, o którym też początkowo przeczytałam u Giulii, i specjalnie zadzwoniłam ok. 1,5 tygodnia wcześniej, by zarezerwować stolik. Restauracja słynie z ręcznie pisanych menu, stale udekorowanych dość bezpośrednim tekstem: „No pizza, no bistecca, no ice, no take away, no cappuccino” („żadnej pizzy, steków, lodu, dań na wynos oraz cappuccino”). Uwaga: bez rezerwacji nie ma co liczyć na posiłek, przynajmniej nie w sobotę. Siedzieliśmy w samych drzwiach i kelner co chwila odsyłał różnych potencjalnych klientów (z których część źle znosiła odmowę, ale lokal jest malutki, wypchany stolikami do oporu i raczej widać na pierwszy rzut oka, jaki jest ruch – gdyby ktoś przegapił kartkę „mamy komplet” na drzwiach). Przyznaję, że liczyłam na coś w stylu Ai tre scalini, i choć atmosfera jest jednak inna (mała, rodzinna restauracja a nie wesoła, trzy razy większa winiarnia), kuchnia jest do pewnego stopnia podobna. Może rzymskie dania są ciut bardziej fotogeniczne, ale zasady rządzące kuchnią są podobne: minimalna liczba składników, maksimum smaku. Wszystko, co jedliśmy, przypadło mi do gustu: fasola z nutą rybną (faglioli con bottarga; bottarga to suszona ikra) czy sardele (nie mające nic wspólnego z takimi ze słoika) z masłem, pappa al pomodoro czy słynny makaron z kaczką. Właśnie sobie uświadomiłam, że wszystko to było wyjątkowo bogate w umami ;). Jednak ta ostatnia pozycja (w każdej recenzji wspominana jako flagowe danie restauracji) mnie odrobinę rozczarowała; tzn. jest to oczywiście smaczne, bo i makaron świeży, i aromatyczny sos z długo pieczonego mięsa, i jeśli ktoś nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadł, to rzeczywiście danie będzie objawieniem (a jeśli mięsożerni czytelnicy do tej grupy należą – na co jeszcze czekacie?!), ale… Jak to ujął M: „Zupełnie jak my robimy w domu” ;), i miał rację, a o takim wykorzystaniu pieczystego pisałam już dość dawno temu (i, swoją drogą, jest to jedna rzeczy z listy „co zawdzięczam Nigelli”)

Kończąc temat Vini e vecchi sapori: Ai tre scalini ma taką przewagę, że – jako głównie winiarnia – ma bogatą listę win na kieliszki oraz piw z beczki, przy czym trudno źle trafić (albo przynajmniej mnie się to jeszcze nie zdarzyło, a próbowałam różnych pozycji z karty). Tymczasem we Florencji oferta była wąska i dominował patriotyzm lokalny, tj. Chianti – za którym nie przepadam – w kilku wydaniach, a poza tym prosecco. W tej sytuacji wybrałam to ostatnie, zwłaszcza, że już zaczęłam od niego wieczór (w postaci ww. Hugo). To może minimalny minus (choć czy kiedyś narzekałam na prosecco ;)?), bo mając możliwość powrotu do restauracji, wróciłabym bez wahania.



Nie wspomniałam ani słowem o florenckich śniadaniach; powodem jest to, że w ramach noclegu w pensjonacie serwowano nam te posiłki w pobliskiej kawiarni, i były one w typowym stylu włoskim, typu cornetto/bardzo słodka bułka/SUPER słodka bułka plus kawa, co już wspominałam, że uważam za spożywcze nieporozumienie (poza kawą ;). Ale! Gdy zaczęło mnie ssać w żołądku jakieś 2h po tym „obfitym” śniadaniu nr 1, w przygodnej kawiarni znaleźliśmy godne uzupełnienie (czemu nie mógłby to być zamiennik?): bruschetta mocno pomidorowa, jeszcze z prawdziwych pomidorów. Ach!

* M, już na koniec wyjazdu, mrocznym głosem: „Florencja będzie kojarzyć mi się z kolejkami”. Gdybyście się zastanawiali: tak, zaliczyliśmy tą do galerii Uffizi. Jak się ma wcześniej kupione (przez internet) bilety, stoi się tylko w dwóch ogonkach łącznie ok. 30 minut – obiektywnie nie bardzo wiele, ale więcej, niż można by się spodziewać już posiadając bilet…

czwartek, 04 października 2018

Lato się skończyło, zaczęły przymrozki, wiatr, opadające liście i wcześnie zapadający zmrok. Dzisiejszy wpis na dodatki do dań jest może minimalnie spóźniony, choć wszystkie przepisy można jeszcze zrealizować – sezon na pomidory i cukinie co prawda się pomału kończy, ale jeszcze całkiem nie przeminął, a na kalafiora jak najbardziej trwa. Jednocześnie jest to metoda, by – jeśli nie jesteście jeszcze gotowi na dynie ;) – zachować trochę lata na talerzu.

Cukinia na zimno, doprawiona na kwaśno, to wspomnienie pobytu na Amalfi; wspominałam o zucchine alla caprese z lokalnego supermarketu, a przypomniało mi o niej zdjęcie Rachel Roddy. Okazało się, że nazwa właściwa to zucchine alla scapece. Poniżej moja wersja, na oko/czuja/mgliste wspomnienia sprzed kilku miesięcy ;).

Składniki:

  • jedna większa/1,5 mniejszej cukinii
  • łagodny ocet, np. jabłkowy – ok. dwóch łyżek
  • sól, chilli w płatkach lub świeże
  • 2 ząbki czosnku
  • garść świeżej mięty
  • oliwa do smażenia

Cukinię pokroić w poprzek na dość cienkie, ale nie papierowe plastry. Osobno wymieszać w płytkiej misce/salaterce ocet z hojną szczyptą soli, czosnkiem (każdy ząbek tylko podzielony na ½ - ważne) oraz chilli: ilość do smaku. Osobiście wzięłabym np. ½ posiekanej małej papryczki z pestkami, ale ponieważ cukinia miała być dla gości, stanęło na ok. ½ łyżeczki takiej średnio ostrej w płatkach. Cukinię przesmażyć partiami na średnim ogniu (do zezłocenia z obu stron) na oliwie, gorącą wrzucać do octu. Całość wymieszać, dodać porwaną miętę (niewielką ilość można zostawić do dekoracji), jeszcze raz wymieszać i odstawić do wystudzenia i tzw. przegryzienia na kilka h (a co najmniej godzinę). Po wystudzeniu sprawdzić doprawienie – prawdopodobnie będzie potrzebna dodatkowa sól. Przed samym jedzeniem usunąć czosnek, cukinię ponownie wymieszać i jeszcze raz ew. doprawić wg uznania. Danie można jeść jako dodatek lub przystawkę, można też użyć do przełożenia kanapek.

Mięta przyda się także jako towarzystwo do pomidora. Bo że się łączy z bazylią wiemy, i z cebulą wiemy, ale mięta? Burak? Nie wiem, czy wcześniej zdarzyło mi się to tak połączyć (na zimno, bo na ciepło owszem, choćby w tym makaronie, lub w wielu zupach), okazało się jednak, że połączenie działa. Pasuje w moim odczuciu zwłaszcza do pieczonych/grillowanych (także z patelni) dań.

Składniki:

  • 1 hiper duży pomidor (typu bawole serce, ew. dwa średnie),
  • 1 średni upieczony burak,
  • drobno posiekana cebula (1 mała sztuka),
  • łagodny ocet np. jabłkowy,
  • mięta (garść),
  • odrobina oliwy/dobrego oleju np. rzepakowego
  • sól/pieprz

Pomidora posiekać i najlepiej kilka minut osączyć z nadmiaru soku na sitku (sok później wypić lub wykorzystać do sosu/zupy). Cebulę po posiekaniu umieścić w misce i skropić octem, odstawić na czas osączania pomidora. Pomidora już bez soku wymieszać z cebulą, burakiem pokrojonym w kostkę i porwaną miętą. Skropić całość oliwą, wymieszać, doprawić do smaku. Odstawić na co najmniej 15 minut przed jedzeniem. Przed podaniem ponownie wymieszać i sprawdzić doprawienie.

A gdzie kalafior? Może pamiętacie kotleciki z kalafiora, zainspirowane przepisem w Kotle – tam znalazłam także przepis na puree z tego warzywa, a warto wyjaśnić, że jakoś w zeszłym roku kilka razy próbowałam stworzyć puree, które by mnie pod każdym względem zadowalało. Poddałam się chyba przy trzeciej próbie, ale o pomyśle nie zapomniałam. No i na str. 30 pisma znalazłam przepis-matkę… czy też bazę do dalszego „rzeźbienia”, bo co nieco od razu zmieniłam ;).

Składniki:

  • ok. 750g kalafiora (waga po pokrojeniu)
  • 200g śmietany 18%, niewarzącej się
  • 2-3 łyżki masła
  • ząbek czosnku, b. drobno posiekany
  • gałka muszkatołowa, sól, pieprz

Kalafiora podzielić na różyczki, łodygi posiekać (a twardy głąb usunąć i ew. użyć w zupie). Masło rozpuścić w rondlu, dodać czosnek, wymieszać, po chwili dodać kalafiora. Krótko przesmażyć, dodać śmietanę, oprószyć całość solą, pieprzem i świeżo startą gałką (ok. 10-15 przeciągnięć po tarce). Skręcić ogień na mały, przykryć naczynie i dusić aż kalafior będzie zupełnie miękki (ok. 15-20 minut). Zmiksować na gładko w malakserze lub blenderem ręcznym, sprawdzić doprawienie i podawać od razu.

A jak podawać i z czym? Poza oczywistościami, tj. że jako zamiennik węglowodanu do choćby ryby czy pieczonego kurczaka, można skompilować taką trochę szaloną sałatkę.

Składniki (2 sztuki):

  • porcja puree kalafiorowego jw.
  • duży upieczony burak
  • dobry, gęsty ocet balsamiczny
  • 1-2 łyżki posiekanej dymki lub szczypioru
  • kilka płatów śledzi (matjasów lub podobnych)
  • garść lubczyku
  • dobry olej rzepakowy/z lnianki (rydzyka)

Zacząć od pokrojenia buraka, posolenia go i skropienia balsamico. Puree rozłożyć między dwa głębsze talerze, posypać szczypiorkiem. Na wierzchu rozłożyć buraki. Na burakach umieścić śledzie, pokrojone na kawałki „na kęs”; całość posypać lubczykiem i minimalnie skropić olejem. Podawać od razu.

środa, 01 sierpnia 2018

To, że zachwycałam się rzymskim Ai tre scalini, mogliście czytać na blogu nie raz. Możecie jednak nie wiedzieć, że za każdym razem (czyli do tej pory trzy razy) jadłam tam caponatę, bo jest to (najwyraźniej) danie stale występujące w karcie. I słusznie! Zawsze mi smakowała, choć jednocześnie za każdym razem wydawała mi się trochę inna (np. ta z lutego miała mniej pomidorów, niż wiosenne – a może w ogóle ich tam nie było? – i można to zrozumieć). To maślana potrawka z (głównie) bakłażanów, z lekko kwaśną nutą, która zyskuje na wcześniejszym przygotowaniu i późniejszym podgrzaniu; myślę, że to jest clou sukcesu dania w rzymskim lokalu ;). Dlatego nie zgadzam się z przepisami, które przeglądałam, a które zakładają tylko kilkanaście minut łącznego gotowania. Pierwszą wersję, jaką zrobiłam w domu, próbowałam przygotować na nieco bardziej szybko, czyli w jakieś pół godziny – i choć mnie raczej smakowało, M kręcił nosem, i przyznaję zresztą, było to zupełnie inne danie i nie ten efekt, jaki chciałam osiągnąć. Za drugim podejściem już udało mi się trafić w smak z dzielnicy Monti.

Oczywiście, wiadomo że tak, jak w przypadku poprzedniego przepisu na chłodnik, co nonna, to caponata. O, np. dopiero co widziałam u Rachel Alice Roddy zdjęcie tej potrawy jak na mój gust mało obrobionej, za to zawierającej i selera naciowego, i koryntki, i cukier, czyli składniki, których w mojej wersji a la Ai tre scalini nie ma. Nawet nad dodaniem tradycyjnych oliwek też się wahałam, bo nie mogę ich sobie przypomnieć (kapary za to były na pewno ;), ostatecznie jednak do garnka trafiły. Zresztą, poniższy przepis bazuje głównie na rozkosznie niedokładnej wersji Krakowskiego Makaroniarza (Bartka Kieżunia), którą potraktowałam jako ogólne wytyczne, by metodą prób i błędów dojść do opcji poniższej ;).

Warto dodać, że powyższe określenie „maślane” jest przenośne, bo jest to znowu potrawa tzw. przypadkowo wegańska. Zawiera ona jednak dużo oliwy, i jest to akurat ważny składnik. Odchudzanie caponaty nie jest wskazane, bo nie uzyskacie właściwej konsystencji. Aha – dzięki tej potrawie doszłam do tego, jaki bakłażan najbardziej smakuje M: wyraźnie rozpadnięty i, znowu, maślany. I mogę ją jeść zarówno jako dodatek do dania głównego, jak i podstawę obiadu.

Składniki (2-4 porcje, w zależności od zastosowania):

  • 2 średnie bakłażany
  • oliwa (ok. 3-4 łyżek, lub tyle, ile będzie konieczne)
  • 4 niewielkie ząbki czosnku
  • 2 średnie pomidory/1 super duży (np. bawole serce)
  • ok. 3-4 łyżeczek kaparów
  • ok. 2 łyżek zielonych oliwek bez pestek
  • 2 łyżki octu winnego lub domowego (jabłkowego bądź innego owocowego)
  • garść świeżego oregano
  • sól, pieprz
  • ok. 4 łyżek oliwy

Bakłażana z grubsza pokroić, obsmażyć partiami na oliwie (proponuję zacząć od łyżki i dolewać wg potrzeby, bo bakłażan ją pije). Umieścić całego bakłażana z powrotem w garnku, dodać posiekany czosnek, ponownie podlać oliwą i gotować chwilę. Dodać kapary, oliwki i zalać całość octem, gotować aż odparuje. Dodać pomidora, z grubsza posiekanego (i nie ściągałam skórki), oregano (i jeśli to konieczne, jeszcze dodać oliwę), doprawić solą i pieprzem do smaku. Zmniejszyć ogień na mały i dusić, mieszając co jakiś czas, aż bakłażan się rozpadnie, a masa zrobi się jednolita, maziasta i… właśnie maślana. Caponatę można oczywiście przygotować z wyprzedzeniem (zrobi jej to tylko lepiej) i potem lekko podgrzać. Bardzo dobrze smakuje w każdej temperaturze (chyba najbardziej lubię delikatnie ciepłą/letnią). Podawać najlepiej z dobrym pieczywem. Można posypać świeżą bazylią, ale nie jest to konieczne.

piątek, 29 czerwca 2018

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia wybrzeża Amalfi – kiedyś tam, ileś lat temu, ale już w internecie – zareagowałam wyjątkowo elokwentnie „o, wow”. Ujęcia przedstawiały pastelowe domy przyklejone do skał bezpośrednio nad turkusową zatoką, pod wściekle błękitnym niebem. „Muszą być podkręcone te kolory”, tak myślałam, choć wiedziałam, jaką barwę ma choćby Morze Egejskie. Teraz oczywiście wiem, że prawdopodobnie były naturalne ;).

Na nasz czterodniowy pobyt w szeroko rozumianych okolicach Amalfi wybraliśmy Scalę, położoną kilka km na północ od Ravello (które widzieliśmy z tarasu, dokładnie jak na zdjęciu powyżej), czyli nie bezpośrednio na wybrzeżu. Po namyśle sądzę, że była to bardzo dobra decyzja. Z okien widzieliśmy i Ravello, i morze, i cytryny (porastające większość ogrodów należących do naszego pensjonatu – te na powyższym zdjęciu otaczały basen), i inną bujną roślinność. Po kilku minutach spaceru pod górę byliśmy w centrum niewielkiej, spokojnej miejscowości, gdzie przy placyku koło katedry (patrz zdjęcie poniżej) koncentrowało się życie społeczności: szkoła vis a vis kościoła, obok kawiarnia i restauracja, na jednym rogu apteka (nazwisko właściciela to samo, co kawiarni), na drugim tablica poświęcona pamięci poległych podczas I WŚ (powtarzały się tylko 3-4 nazwiska, jak w takich miejscach bywa).

W kawiarni piliśmy (po wcześniejszym przepłynięciu się w basenie) poranną kawę (espresso macchiato dla M i mnie, americano dla teściowej), czasem zagryzając cornetto, czasem obserwując dzieci idące na lekcje; odwiedziliśmy też raz restaurację (ryba dnia maślano-cytrynowa była bdb, makarony już nie wszystkie, ale na koniec pojawiło się limoncello…), a podczas wieczornego wyjścia na wino trafiliśmy przypadkiem na obchody Bożego Ciała po właściwym Bożym Ciele (i nieformalną imprezę temu towarzyszącą).

W paru lokalnych sklepach (np. całkiem dobrze zaopatrzonym warzywniaku, którego godzin otwarcia nie rozgryzłam, ale dwa razy nam się udało coś kupić ;) zaopatrywaliśmy się w art. spoż. na śniadanie (typu naprawdę smaczna ricotta czy nowy dla mnie owoc pt. loquat/nesperas) i kolację (np. prosecco, jak widać powyżej): czyli optymalnie ;). Aż chciałoby się coś napisać więcej o tych cichych wieczorach, ale akurat miejscówka vis a vis drogi na wybrzeże nigdy tam naprawdę cicha nie będzie: ruch na szosie jest duży, także motocyklowy, i dopóki się nie przywyknie, ten hałas jest odczuwalny.

Na Ravello spojrzeliśmy także z bardziej bliska: w ranek po przyjeździe zjechaliśmy wąską dróżką w kierunku wybrzeża, zaparkowaliśmy pod audytorium, w którym latem odbywają się koncerty, i wspięliśmy się w kierunku Villi Rufolo, by zwiedzić ogrody. Słowo „wspięliśmy” nie jest przypadkowe – na Amalfi nie sposób uniknąć opcji „w górę, w dół” i/lub schodów. Z bardzo rzadka zdarza się winda (np. w Sorrento), ale osobiście podejść bym nie unikała: poza okazją do spalania lodów/innych smakołyków, jest to zazwyczaj okazja do zobaczenia najlepszych widoków. Zdjęcie powyżej zostało zrobione bezpośrednio po wyjściu z parkingu.

Po Ravello planowaliśmy krótki pobyt na plaży (tyle, przy przepłynąć się w morzu), ale niestety zatłoczenie tzw. Amalfi drive połączone z niedzielą i upałem oznaczało, że nigdzie, ale to nigdzie, w żadnej z czterech miejscowości, nie udało się nam zaparkować. Gdy na koniec zapłaciliśmy mandat, próbując się wycofać na potencjalny parking przed nosem policjanta, zawróciliśmy na nasze wzgórze (oczywiście po drodze stojąc w korkach lub z powodu robót drogowych). Transport to niestety lokalny problem: droga na wybrzeżu jest jedna, wąska, kręta i zatłoczona, m.in. przez liczne autokary; jadąc więc autobusem publicznym, co rozważaliśmy, korków się nie uniknie, choć oczywiście nie ma wówczas problemu z parkowaniem. Oczywiście, wielu włoskich kierowców się nie przejmuje, stawiając samochody po prostu wszędzie – policja najwyraźniej patrzy wybiórczo ;). Alternatywą jest transport morski, ale ten zorganizowany/masowy dociera tylko do wybranych miejsc.



Przepłynąć udało się kolejnego dnia, po zwiedzeniu burzowego Amalfi. Wyładowania atmosferyczne przeczekaliśmy w katedrze, potem pokręciliśmy się po alejkach miasta (w górę… i w dół), podziwiając najróżniejsze cytrynowe pamiątki (od limoncello po mydła), następnie poszliśmy tunelem do Atrani, stanowiącego de facto przedmieścia Amalfi. Ponieważ było bezpośrednio po deszczu/burzy, czyt. pogoda nie typowo plażowa, liczba ludzi na plaży (położonej właściwie przy samych kamienicach i prawie pod kościołem: na takiej jeszcze nie byłam ;) była bardzo zachęcająca.

Na obiad wróciliśmy do Amalfi, zjeść lokalny makaron scialatelli (jego twórca pochodził właśnie z Amalfi), który poza tym, że jajeczny, zawiera niewielką ilość mleka oraz sera, a smakuje trochę jak przerośnięte kluski lane. Nie byliśmy pod wielkim wrażeniem ;), za to pierwszy raz M tam pił spremuta di limone, czyli włoski odpowiednik citron presse. Świeży sok wyciskany z cytryn bardzo dobrze wspominam z Prowansji (pomaga, gdy jest bardzo gorąco, musisz chodzić po słońcu a poprzedniego dnia wina było… może ciut za dużo), i w kraju cytryn tym bardziej wypada go wypić – choć przyznaję, że po paru łykach musiałam dodać trochę wody, a M preferował cukier.

Wycieczkę do Amalfi zakończyłam poszukiwaniem piekarni (mapy Google nie radzą sobie z zabudową tamtejszych miejscowości) i przy okazji znalazłam sklep z serami, w tym bufalą, oraz ze zrzędliwym starszym sprzedawcą (właścicielem?), który mnie napominał, by mówić po włosku. No więc spróbowałam nawet, na miarę moich możliwości,  niestety nie był zachwycony ;). Kulka prawdziwej mozzarelli urozmaiciła wieczorny posiłek na tarasie, wraz z dodatkami z lokalnego samu („supermarket” brzmi tu zbyt szumnie), w tym lekko kwaśną cukinią alla caprese.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Sorrento, wcześniej omawiając, co kto pamięta z filmu Wesele w Sorrento (ja: Pierce’a Brosnana, i że wszystko było albo żółte – sukienka bohaterki, cytryny – albo niebieskie – niebo, morze czy koszule głównego bohatera). Miasto nas w sumie rozczarowało, choć było parę plusów. Spożywczy plus nr 1: zjadłam pierwszy raz brioszkę z lodami. Pisała o tym np. Nigella w Forever summer (jako daniu śniadaniowym – hm…), i zawsze chciałam spróbować. Wnioski? Wolę grube rożki ;). Może inaczej rzecz by wyglądała, gdyby to była naprawdę smaczna, a co więcej, naprawdę świeża brioche. Plus drugi: zjadłam kolejny raz owoce morza, co zawsze traktuję jako plus (i tam nad morzem jadłam je, lub ryby, właściwie codziennie). Tym razem były w postaci sałatki w restauracji przy nadbrzeżu.

Po trzecie, widok plaż ze schodów prowadzących nad morze był najładniejszą rzeczą jaką widziałam w mieście (i dowodem na to, że „w górę, w dół” ma zalety, a windą by się to ominęło). Po czwarte, drogę powrotną odbyłyśmy z Mamą w dużym stopniu (tzn. do Amalfi) statkiem, i podczas tej przeprawy zaliczyłam najpiękniejsze morskie widoki podczas wycieczki.

Nie obyło się bez drobnych przygód, typu prom stał przy zupełnie innej kei niż powinien (więc wsiadłyśmy w ostatniej chwili) oraz ku naszemu zdziwieniu popłynął najpierw na Capri, a nie wzdłuż wybrzeża w kierunku Positano. W momencie, gdy statek odbił od stałego lądu, zamiast go okrążyć, trochę się zaniepokoiłyśmy, ale dopiero jak pojawił się przed nami kolejny ląd (a Mama spytała: „Czy płyniemy do Neapolu?”), wpadłam na pomysł, by ostrożnie (wiatr!) wygrzebać z torebki telefon i sprawdzić lokalizację. Ląd okazał się być właśnie Capri, i w ten sposób zobaczyłyśmy przynajmniej Marinę Grande na słynnej wyspie.



Kolejnego dnia musieliśmy już skierować się w stronę Rzymu, ale postanowiliśmy parę godzin spędzić w Neapolu. Przyznaję, że zastanawiałam się, czy to rozsądny pomysł, bo wielokrotnie słyszałam opinię, że to wyjątkowo niebezpieczne miasto, absolutnie nie należy jechać, wszystkich turystów okradają, itd., itp. Zachęciły mnie jednak opinie koleżanek, które tam niedawno były, i zaryzykowaliśmy (przyjmując zasadę „zachować zdrowy rozsądek i oczy szeroko otwarte”, oraz zostawiając samochód na strzeżonym parkingu ;). Kierując się sugestiami męża jednej z koleżanek, neapolitańczyka F. (dziękuję jeszcze raz za wskazówki!) dotarliśmy zygzakiem do Galerii Umberto I, w której poszłam prosto do Sfogliatella Mary.

Poprzedniego wieczoru, podczas przeglądania info o mieście, dotarło do mnie, że Neapol to nie tylko pizza, ale także inne ciekawe wyroby np. cukiernicze. Na przykład jest taka sfogliatella z ciasta a la strudlowe, oczywiście wysmarowana hojnie masłem, napełniona ricottą, skórką cytrusową oraz migdałami. Podobno najlepsze ciastka sprzedaje się przy dworcu kolejowym, do którego mieliśmy trochę daleko, ale te od Mary były ciepłe, słodkie, aromatyczne i po prostu bardzo smaczne. O ile wypieki włoskie często do mnie nie trafiają (za suche, za słodkie), sfogliatella jest warta spróbowania. Po ciastku ruszyliśmy do Chiostro di Santa Chiara, gdzie przede wszystkim chciałam obejrzeć ozdobne krużganki. Powrót prowadził przez tzw. Dzielnicę Hiszpańską. Tam są widoki takie, jak najczęściej kojarzy się z Neapolem – wąskie uliczki, obwieszone kolorowym praniem, często wznoszące się stromo do góry. Tam także są liczne stragany uliczne z owocami oraz rybami i owocami morza. Inną ciekawostką są gablotki z flakami, takie jak ten na zdjęciu poniżej.

Oczywiście, nie mogliśmy opuścić miasta bez zjedzenia jeszcze czegoś. Nie poszliśmy na pizzę (jedna z naszych towarzyszek, jak się niestety przekonaliśmy dość szybko, niespecjalnie mogła ją jeść), a do poleconej przez ww. F.  klasycznej restauracji Umberto, gdzie na stół wjechało sporo spremuta di limone i spróbowałam potrawki z ośmiorniczek w pomidorach. Bez przygód dotarliśmy potem do samochodu i opuściliśmy miasto, więc potwierdzam, że nie taki Neapol straszny, jak go malują. Nie miałabym nic przeciwko, by jeszcze kiedyś tam wrócić… W końcu muszę kiedyś zjeść „tą prawdziwą pizzę”! Wybrzeże Amalfi, choć obiektywnie piękne, nie skradło mi serca, m.in. ze względu na problemy komunikacyjne. Scalę za to zapamiętam na długo.

PS. A w Rzymie po raz trzeci poszliśmy do opisywanego wcześniej Ai tre scalini, i wygląda na to, że mam ulubioną restaurację, tylko szkoda, że położoną tak daleko od miejsca zamieszkania ;).

poniedziałek, 14 maja 2018

Jesteście w weekend w Rzymie. Jest ładna, (bardzo) ciepła i sucha pogoda. Macie trochę czasu i zbliża się pora obiadu… czy to wszystko nie sprowadza się do słowa PIKNIK? A gdzie lepiej się zaopatrzyć na ten piknik, jak na lokalnym targu?

Parę tygodni temu, w kwietniową sobotę, poszliśmy do Mercato Circo Massimo właśnie w tym celu: zaopatrzyć się na piknik. Oczywiście, chciałam w ogóle zobaczyć ten targ rzymski, a skoro można było przy okazji wykorzystać to praktycznie… Przestrzeń nie jest bardzo duża, ale jest tam wszystko, co trzeba: kilka straganów z pieczywem (kupiliśmy focaccię), sery (kupiliśmy kozi), smarowidła do pieczywa (wzięliśmy takie z papryką), wędliny (wzięliśmy suche kiełbaski) i, przede wszystkim, owoce i warzywa. Sezonowość jest przestrzegana, czyt. nie widziałam ani jednego pomidora; sprzedawano głównie szparagi, agretti, pory, rzodkiewki, najróżniejsze sałaty, pierwsze truskawki, rabarbar, i (jeszcze) pomarańcze (skorzystaliśmy). Brakowało mi trochę oliwek (były tylko duże próżniowe opakowania), ale rozumiem, że to też nie sezon. Wśród kupujących trochę turystów, ale większość klientów sprawiała wrażenie lokalne.

Dokąd poszliśmy z naszymi zakupami? Wstępny plan zakładał piknikowanie na Palatynie, ale jak się szuka wejścia z drugiej strony, to się go raczej nie znajduje ;) (mała podpowiedź: trzeba iść na Via di San Gregorio, i tylko głodem/upałem mogę tłumaczyć to, że nie wpadliśmy na to, by sprawdzić adres na mapie). Sam Circo Massimo robi wrażenie, ale niekoniecznie jako miejsce na kameralny posiłek (chyba, że ktoś lubi na środku placu vel patelni), i ostatecznie wsiedliśmy do metra i wróciliśmy do Ogrodów Borghese.

„Wróciliśmy”, bo mieszkaliśmy przez kilka dni w pobliżu. Przyznaję, że do tej pory park kojarzyłam albo jako miejsce, w którym przemokłam tak, jak nigdy wcześniej (ani później), albo jako sierpniową zakurzoną pustynię, niemal pozbawioną toalet publicznych ;). W zielonym i słonecznym wydaniu kwietniowym podoba mi się znacznie bardziej (poza, być może okolicami parkingu piętrowego Saba, które wydawały mi się wyjątkowo zaśmiecone i mało zachęcające) i polecam go także biegaczom. W sobotnie popołudnie bez problemu znaleźliśmy kawałek zacienionego trawnika (niedaleko drzewa pod którym piknikowały dwie zakonnice, kawałek dalej leżały pokotem nastolatki ;) i mogliśmy zająć się konsumpcją zakupów. I znów wyszło na to, że włoskie pikniki nam dobrze wychodzą (a na pewno lepiej niż francuskie – M do tej pory mi wypomina ten jedzony przy szosie, z maski samochodu…). Polecam, jeśli traficie do Wiecznego Miasta.

niedziela, 06 maja 2018

„Jesteśmy w Sienie”: pan z bransoletką ze skarabeuszem i nastoletnia Liv Tyler, a za chwilę na ekranie pojawiają się toskańskie krajobrazy, albo chciałam pojechać do Toskanii, od kiedy pierwszy raz obejrzałam Ukryte pragnienia (czyli od całkiem wielu lat). Najbardziej zależało mi na zobaczeniu na własne oczy tych zamglonych wzgórz z cyprysami, by móc powiedzieć to samo, co kiedyś na widok koloru Morza Egejskiego: tak, to naprawdę tak wygląda, jak na zdjęciach, to nie fotomontaż ;).

Naszą bazą na 3 dni pobytu było San Gimignano. Gdybym mogła spędzić więcej czasu w Toskanii, pewnie przynajmniej część pobytu nocowałabym w miejscu typu gospodarstwo agroturystyczne, w którym z okna widać właśnie te falujące, niebiesko-zielone wzgórza a nie mur sąsiedniej średniowiecznej kamienicy i pranie sąsiadów*; wówczas jednak pewnie zapamiętałabym to słynne średniowieczne miasto jako „katedra, wieża, turyści, wąskie uliczki” i nie poznałabym jego oblicza porannego lub wieczornego. O 8 rano turystów jeszcze nie ma (jedzą śniadanie u siebie i dopiero wsiądą do pojazdów, atrakcje zresztą otwarte dopiero od 10), a od ok. 19 już ich nie ma, i robi się zaskakująco pusto i cicho. Jest to z jednej strony przyjemne – po porannym espresso macchiato** można spokojnie zrobić zdjęcia bez ludzi w kadrze, jednak wieczorem ma się trochę wrażenie, że zostało po godzinach w skansenie ;). Zaznaczam, że taki był stan na kwiecień, szczyt sezonu może wyglądać (i brzmieć) inaczej.

Z innych miast toskańskich zwiedziliśmy Sienę, przespacerowaliśmy się także po Pienzy, przejechaliśmy przez szereg innych miast w regionie Val d’Orcia i wcześniej w Chianti, jadąc na lunch do Panzano (o czym niżej), przeszliśmy także przez kilka małych miasteczek w okolicy Montauto, i przyznaję, że w żadnym z nich się nie zakochałam. Lokalne krajobrazy: tak, to coś na co mogłabym patrzeć godzinami, jednak w kategorii miast i miasteczek Prowansja wygrywa nawet z zadbaną, miejscami pocztówkową Pienzą ;).

Co jedliśmy? Pierwszego wieczoru, bezpośrednio po dość późnym przyjeździe poszliśmy na kolację do restauracji Peruca, gdzie uznałam, że menu jest chyba jeszcze dość zimowe ;): dziczyzna i inne mięsa, poza tym sporo kapusty i strączkowych. Łatwo cudzoziemcom zapomnieć, że kuchnia włoska to nie tylko dania z południa, na upalną pogodę, a na pomidory kwietniu jeszcze nie sezon. Tortelloni z kapustą i fasolą były zaskakująco smaczne i… swojskie w smaku ;). W kolejne dwa dni postawiliśmy na lunch jako główny posiłek dnia i specjalnie pojechaliśmy do Panzano, do „rzeźnika-celebryty” (cyt. przewodnik Lonely Planet), a właściwie jednej z jego restauracji.

Dario Cecchini prowadzi w Panzano trzy lokale oraz sklep. Wybraliśmy się do opcji najmniej zobowiązującej, tj. Dario Doc, otwartej tylko w porze obiadowej i w której nie przyjmuje się rezerwacji. Szyldu widocznego nie ma, ale wchodzi się przez sklep i najlepiej od razu powiedzieć, czego się szuka, żeby nie tłoczyć się wśród chętnych na darmową degustację ;). Klientów sadza się przy długich, komunalnych stołach, na których już stoi woda, sosy oraz oliwa, do korzystania wg uznania, i stawia przed prostym wyborem, jeśli chodzi o menu: może być zestaw mały, średni lub duży, ewentualnie – wegetariański. Jeśli jednak je się mięso, jechać do słynnego rzeźnika by zjeść (tylko) warzywa…? Napoje zamawia się niezależnie, ale co ciekawe, można przyjść z własnym winem i nie będzie doliczone tzw. korkowe. Poszliśmy w opcję średnią, czyli burger wołowy, wysmażony wg uznania (poprosiliśmy o rare, i po namyśle nie wiem, czy jednak nie było to medium… Kwestia klasyfikacji, bo np. amerykańskie słabe wysmażenie = właściwie surowy, wg standardów europejskich?), fasolka na zimno (znów strączkowe!), sos pomidorowy, w moim odczuciu pyszny, liście selera naciowego, marynowana cebula oraz ziemniaki w plastrach zamiast frytek. Porcja dość obfita (u sąsiada widziałam zestaw L i sama bym go raczej nie zjadła), wszystko smaczne, choć mięso było (umyślnie?) mało doprawione. Jeśli będziecie w pobliżu, warto zajrzeć, choćby z ciekawości, ale nie wiem, czy bym ponownie specjalnie tam pojechała.

Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Sienę, i podczas przechadzki po ogrodach botanicznych usłyszeliśmy grzmoty. Zweryfikowaliśmy plany lunchowe i w deszczu doszliśmy (szybkim krokiem ;) do L’Orto de Pecci, czyli miejskiego ogrodu, na terenie którego działa restauracja. W ogrodach, co ciekawe, są zasadzone stare (podobno nawet średniowieczne) odmiany winorośli, rosną także oczywiście oliwki, rozmaryn wielkości drzewek, uprawia się warzywa i hoduje kozy, a pracownicy to osoby niepełnosprawne/potrzebujące. W menu wykorzystuje się własne płody rolne, oliwa na stoliku jest także własna. Zjedliśmy po talerzu prostego, warzywnego makaronu w stylu smacznej kuchni domowej, popijając domowym winem i następnie espresso, i byliśmy mile zaskoczeni niskim rachunkiem. Polecam, choćby dlatego, że inicjatywa wydaje się chwalebna. Po tym obiedzie poszliśmy – jedyny raz podczas wyjazdu! – na lody do polecanej Vecchia Latteria w centrum Sieny. Czekoladowe oraz kawowe były najlepsze, choć (bo?) bardzo intensywne, niemal wytrawne.

Te dwa wieczory w San Gimignano spędziliśmy w winiarni; konkretnie w D! Vineria za rogiem od Duomo (całkiem przyzwoite wina na kieliszki, ale z przekąsek właściwie tylko bruschetty) oraz w enotece na „głównej ulicy”, tj. Via San Matteo (gdzie wina, przynajmniej te odkorkowane, były gorsze, za to talerz przekąsek ogromny i smaczny, zwłaszcza część warzywna). Na deser można pójść na spacer wzdłuż murów miejskich ;).

W temacie bruschetty – pieczywo toskańskie jest jednym z gorszych, z jakim się spotkałam. Wiedziałam, że będzie niesłone – taki przepis i tradycja, ale nie, że będzie wysychać w błyskawicznym tempie (nigdy nie miałam wrażenia, że jest naprawdę świeże) i że skórka będzie tak twarda. Z ulgą powitałam chleby rzymskie, tam bowiem spędziliśmy ponad trzy dni po Toskanii.

Z podróży przywieźliśmy także prezenty spożywcze: nasza 10km wędrówka wokół Montauto prowadziła nie tylko przez gaje oliwne czy okolice opuszczonych kościołów, ale i bezpośrednio obok Fattorii San Donato, do której weszłam szukając kranu z wodą, a wyszłam z litrem lokalnej oliwy ;). Inną pamiątką, tym razem dla łasuchów, może być panforte, które leży na co drugiej wystawie sklepowej, a także… w sklepiku w zwiedzanym przez nas opactwie Sant ’Antimo. Była to wersja cytrusowa, którą kupiłam do bezpośredniego spożycia, kierowana ciekawością, jak to właściwie smakuje. W moim odczuciu to trochę bardziej sucha wersja Christmas cake, mająca też coś tam wspólnego z bakaliowym piernikiem – mnie smakowało ;). Opactwo swoją drogą też polecam, choćby ze względu na malownicze położenie (i zwierzęta, nie zawsze występujące w przyrodzie, zdobiące fasadę oraz kolumny wewnątrz kościoła).

Tyle wrażeń na szybko. Nie ukrywam, że nie zakochałam się w Toskanii i nie marzę o powrocie, niemniej warto choć raz zobaczyć te krajobrazy na własne oczy. Ciekawa jestem, jak odbiorę inny region Włoch, do którego trafię już za miesiąc…

* Nic nie mam do prania malowniczo zwisającego z okien, traktując je jako koloryt lokalny i w San Gimignano z ciekawością patrzyłam, co tego dnia się suszy vis a vis.

** To ta forma włoskiej kawy, jaka mi teraz najbardziej smakuje, skoro cappuccino już nie, jak wspominałam ;).

czwartek, 29 marca 2018

Zaskakująco łatwo jest przestać pisać bloga, znacznie trudniej wrócić - nawet po przerwie trochę ponad dwutygodniowej, gdy „zachomikowane” przepisy ciążą ci na sumieniu (a zdjęcia widzisz codziennie na pulpicie komputera). Nie wiem co prawda, czy ktoś przed Wielkanocą zainteresuje się skromną jarzynową fasolką (ale w końcu niektórzy poszczą ;) lub prostymi, lekko korzennymi klopsami jagnięco-wołowymi. Aura w sumie sprzyja daniom rozgrzewającym (kolejna śnieżna Wielkanoc...), a z drugiej strony święta trwają tylko dwa dni… a zupełnie samolubnie chciałabym mieć zapisane przepisy na dania w tym wirtualnym brulionie, jakim także jest ten blog. Do lodówek Wam nie będę zaglądać ;).

Zaczynając od wege: to taka alternatywa dla fasolki po bretońsku. Nie ma pomidorów, za to najlepiej mieć pod ręką gotujący się bulion, skąd weźmiemy i wywar, i jarzyny. Jak bulion jest warzywny, to danie będzie wegańskie (czy też #przypadkowowegańskie, jak mawiam ;).

Składniki:

  • szklanka fasoli Jaś, namoczonej na noc
  • liść laurowy
  • 500ml bulionu
  • szklanka puree z dyni/ugotowanej dyni (znalazłam w zamrażarce ;); można ew. zastąpić większą ilością marchewki)
  • jarzyny z bulionu: 2 marchewki, pietruszka, kawałek selera
  • łyżka ostrej pasty paprykowej (węgierskiej, harissy, adżiki lub podobnej)
  • sól, papryka wędzona/chilli, majeranek (do smaku)
  • kilka ziaren ziela angielskiego, roztarte w moździerzu
  • sok z cytryny lub b. łagodny ocet owocowy (najlepiej domowy)

Namoczoną fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą (tyle, żeby przykryć na 1 cm z górką), dodać liść laurowy, gotować ok. 45 minut. Dodać bulion, dynię, jarzyny i przyprawy. Gotować na b. małym ogniu 45 minut lub trochę dłużej. Sprawdzić doprawienie, np. zakwasić do smaku. Podawać z dobrym pieczywem na zakwasie.

Klopsy chodziły za mną od wycieczki do Ai tre scalini (podobnie jak dorsz z ciecierzycą, którego też już zrobiłam – to była bardzo inspirująca wycieczka ;). Tamte były spore, lekko korzenne, lekko słodkie, podane w gęstym sosie pomidorowym. W tym kierunku zmierzałam, wcześniej przejrzawszy najróżniejsze przepisy (od Nigelli po Ottolenghiego ;). Mimo starań nie uformowałam tak dużych kul jak w rzymskiej restauracji, po prostu nie mogłam się przemóc.

Składniki:

  • 400g mielonego mięsa mieszanego (wołowo-jagnięcego),
  • 2 łyżki drobno posiekanego szczypiorku,
  • 3/4 łyżeczki soli,
  • ok. 1,5 łyżeczki baharat lub innej łagodnej mieszanki korzennej (advieh, ras el hanout, garam masala),
  • 1 jajo
  • olej do zrumienienia

Sos:

  • 500ml przecieru pomidorowego
  • 1 cebula,
  • 3 suszone śliwki,
  • hojna szczypta baharat (uwagi jw.) i mielonego chilli (lub do smaku)
  • sól (do smaku)
  • do podania: posiekana kolendra lub pietruszka, kiszone lub marynowane cytryny

Mięso wymieszać z pozostałymi składnikami klopsów, dokładnie wyrobić ręcznie na gładką masę, formować kule (jak duże, pozostawiam to już waszej wyobraźni; w wersji jumbo wyjdzie ok. 8 sztuk), zrumienić partiami na rozgrzanym oleju (ew. można użyć tłuszczu kaczego lub gęsiego), przekładać na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym (do osączenia). W międzyczasie przygotować sos: zeszklić cebulę, dodać pomidory, śliwki i przyprawy, gotować kilka minut, aż się lekko zagęści; dodać klopsy. Skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 40 minut (lub nieco dłużej; to danie, które też zyskuje po podgrzaniu). Pod koniec gotowania odkryć garnek i jeśli sos by się wydawał zbyt rzadki, lekko odparować. Podawać posypane kolendrą i najlepiej z kiszonymi lub marynowanymi cytrynami.

A swoją drogą: zdjęcia były robione jeszcze przed zmianą czasu na letni, czyli zanim było długo JASNO, co jest cudowne (także dla zdjęć ;).

sobota, 03 marca 2018

Gdy się okazało, że przynajmniej trzy razy w tym roku będziemy w Rzymie, najpierw się ucieszyłam... a potem zaczęłam planować, co zjemy ;). Na pierwszy ogień zarezerwowałam kolacje-powroty: Armando al Pantheon (po 10 latach!) oraz Osteria 44, o której pisałam w 2012. Ten pierwszy lokal był wieczorem pełen, i trudno się dziwić, zważywszy na międzynarodową klientelę oraz to, że przypadkiem były to Walentynki. Jestem jednak zaskoczona, że w dzisiejszych czasach kuchnia, która jest maksymalnie domowa, tradycyjna a przy tym niefotogeniczna, cieszy się taką popularnością ;). Jedliśmy zapiekanego bakłażana (ja), karczocha z mozzarellą (M), ossobuco z groszkiem (M) oraz makaron z sosem pomidorowym z (małym) dodatkiem podrobów cielęcych (ja) + do tego dobre regionalne czerwone wino. Czy wróciłabym? Tak, ale może za jakiś czas. Co do Osterii, najbardziej ucieszyłam się ze spotkania Sergio, choć go nie poznaliśmy, dopóki się nie odezwał (6 lat temu nie miał brody ;). Spożywczo smakowała mi przystawka z zapiekanych ziemniaków z karczochami i boczkiem oraz toskańskie białe wino, polecone przez kelnera, z dań M dobra była jagnięcina z pistacjami, reszta poprawna; z ostateczną oceną kuchni wstrzymam się do kolejnej wizyty.


Kwestia lunchów czy też pranzo rozwiązała się bardzo prosto: gdy nasz kolega A. dowiedział się, że będziemy mieszkać koło dworca Termini, polecił nam Mercato Centrale; potem jeszcze przeczytałam o tamtejszej pizzy, i już wiadomo było, że musimy tam pójść. Ostatecznie poszliśmy trzy razy ;). Miejsce działa na zasadzie bardziej eleganckiej hali restauracyjnej, trochę zbliżonej do stołecznych Koszyków, acz mocniej kompaktowej i mimo wszystko w dużym stopniu obsługującej pasażerów dworca i/lub stacji metra (przeciskając się między stolikami i stoiskami trzeba uważać na walizki). Pomimo dużego ruchu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miejsc, choć na zasadzie dosiadania się do częściowo zajętego stolika. Jedliśmy owoce morza (grillowaną ośmiornicę i kalmary), przygotowane na świeżo, szybko i najprościej jak się da, podane z warzywami, i pizzę od słynnego (podobno, np. wg tego artykułu) Pietro Daniele Seu – smaczną, choć przekonałam się, że neapolitańska (chrupkie brzegi, miękki środek) to jednak nie mój nr 1. Piliśmy także zaskakująco smaczny, biorąc pod uwagę kolor i etykietę „detoks” (wrrr) sok z jabłek, kiwi i imbiru ze stoiska wege (za nami stał Indus, który prosił o „coś pikantnego” ;), oraz zrobiliśmy drobne zakupy. Właściwie to ja chciałam kupić kawałek sera a M miał nabyć espresso vis a vis, co skończyło się kupieniem sera, kawałka dojrzewającej wędliny i wypiciem zimnego espresso (a salami tylko dlatego nie wzięłam, że okazałam stanowczość plus nie przepadam za tą wędliną): innymi słowy, zaopiekował się mną sprzedawca (kierownik stoiska?). Pan ten poza podsuwaniem różnych kąsków i pytaniem, w jakim języku ma się ze mną porozumieć (sugerował sporo opcji ;), zapakował wędlinę próżniowo do samolotu. Oczywiście chętnie tam wrócę. Z innych napojów, niż wymienione powyżej, Mercato oferuje także stoisko z winem, także na kieliszki, oraz piwem, którego też kosztowaliśmy. Polecam, zwłaszcza jeśli będziecie w okolicy (choć Termini to chyba najlepiej skomunikowane miejsce w Rzymie).


Drążąc temat pizzy, w dniu wyjazdu (po dłuższym spacerze po cmentarzu Campo Verano – polecam, jeśli nie unikacie nekropolii) trafiliśmy do znanego Forno przy Campo di Fiori. Podaje się tam pizzę tzw. rzymską, czyli cienką i chrupką, sprzedawaną na kawałki. Pizza wychodzi z pieca (tzn. przy nas wyszła margherita, bianca już leżała za ladą), klient mówi, co i ile chce (pokazując palcami), sprzedawczyni kraja, składa na pół jak kanapkę, podaje, kieruje do kasy. W głębi sklepu można kupić pieczywo. Jest to fajna opcja na szybką przekąskę, ale na konkretniejszy posiłek chętnie poszukam pizzy romana z większą liczbą np. warzywnych dodatków.


Kolejnego wieczoru (piątkowego – brak obowiązków służbowych następnego dnia) wybraliśmy się w głąb dzielnicy Monti, do winiarni Ai tre scalini, i to jest miejsce, do którego na pewno chcę wrócić. Uwaga: podobno można zarezerwować telefonicznie stolik, mnie się nie udało jednak tam dodzwonić, natomiast lokal jest otwarty od 12 do nocy i bardzo popularny. Przychodząc o mało popularnej porze typu 17-18 pewnie znajdziecie miejsce (choć możliwe, że – jak my – wylądujecie przy barze), później może być jednak trudniej, a ok. 21 raczej nastawcie się na przeciskanie przez tłum i wołanie do kelnera o kieliszek wina ;). Nam udało się też zamówić jedzenie: suszone mięso (coppiette), oliwki i łubin jako przekąski; klopsy w sosie pomidorowym, caponatę, dorsza z ciecierzycą (na zdjęciu poniżej; jak się doczytałam przypadkiem u Rachel Roddy, tradycyjne danie piątkowe, bo rybne) i pieczywo. Do tego dobre czerwone wino na kieliszki: negroamaro, amarone i refosco, tylko trzy z bogatej listy na tablicy. Do rachunku jeszcze pojawiło się limoncello… no cóż, trzeba było porównać z domowym ;).


Z innych atrakcji dzielnicy Monti polecam APT na autorskie koktajle (próbowaliśmy trzech i wszystkie były smaczne) przygotowane przez b. sympatyczną obsługę, choć uprzedzam, że lokal mieści się w piwnicy, co nie każdemu musi pasować (było dość ciepło i pogoda sucha, ale zapach jest charakterystyczny dla tego typu pomieszczeń).

Skutkiem ubocznym wyjazdu było odkrycie, że... już niespecjalnie lubię włoskie cappuccino. Jest go trochę za dużo, mleko jest za mocno spienione, całość jest za słaba. Najlepsze było, o dziwo, to wypite na dworcu na stoisku Lavazza, vis a vis peronu z pociągiem Leonardo (tzn. na lotnisko). Na szczęście espresso, zwłaszcza to w miejscach zapyziałych, jest wciąż bardzo dobre. Raz też wybraliśmy się względnie chłodnym rankiem do „ambitnego” Faro (jeśli ktoś szuka dzbanków ze sznurkiem i innych piątych fal, to tam) na flat white. Szkoda, że kawy może i są w stylu z antypodów, ale już śniadania nie: lubię słodkie wypieki, wiadomo, ale zaczynanie dnia tylko od ciasta listkującego, w wersji luks – z jakimś nadzieniem, jakoś mnie nie przekonuje. Jednak nie jestem łasuchem (i nie, marizotto, czyli brioszka z kremem, nie jest alternatywą ;) - chyba już wolę croissanta, bo mimo wszystko mniej deserowy). Jak już mówimy o deserach, waniliowe cannoli (patrz pierwsze zdjęcie) wciąż jadalne ;).

Ciąg dalszy nastąpi wiosną (kalendarzową ;).

piątek, 01 września 2017

Naczekały się te giczki na publikację. Właściwie to zdążyłam je trzy razy przyrządzić ;). Za każdym razem uznawałam, że przepis jest wart zapamiętania, a że do trzech razy sztuka…

Oryginał pochodzi ze strony Magazyn Kuchenny, którą zresztą bardzo polecam, zwłaszcza jeśli chodzi o inspiracje obiadowe. U Bee i Witka ostrość podkręcała pasta adżika, ja użyłam za pierwszym razem tajskiej pasty z chilli, później jednak dodawałam po prostu całą papryczkę chilli (dla gości poszło tylko ½ papryczki); za którymś razem do garnka trafił także kawałek słodkiej papryki, zamiast marchewki. Liści laurowych użyłam tylko raz, za to był lubczyk a wcześniej oregano... Innymi słowy, przepis to matryca, którą można wzbogacać ;). W sezonie warto użyć świeżych pomidorów, jak ja w miniony weekend. Choć próbowałam z giczek (nóg), wolę wersję z ossobuco.

Składniki (ok. 3-4 porcji):

  • ok. 1100g giczek cielęcych/ossobuco (2 większe nogi lub ok. 4-5 mniejszych kawałków)
  • sól i pieprz
  • olej lub np. tłuszcz kaczy (polecam!) do smażenia
  • 1 mała cebula, drobno posiekana
  • ½ marchewki, posiekanej jw. lub kawałek słodkiej papryki
  • 500ml przecieru pomidorowego/pomidorów w puszce lub ok. 550g świeżych pomidorów
  • ½-1 mała, b. ostra papryczka chilli (tzw. tajska)
  • 2 liście laurowe (lub łyżka świeżego lubczyku, lub świeży majeranek/oregano)
  • opcjonalne dodatkowe przyprawy: 5-6 ziaren ziela angielskiego, roztarte w moździerzu i/lub hojna szczypta słodkiej wędzonej papryki; sok z cytryny/łagodny ocet
  • natka pietruszki lub dodatkowe zioła do posypki

Mięso osuszyć i doprawić solą i pieprzem. W dużym garnku obsmażyć mięso do zrumienienia na rozgrzanym tłuszczu, odłożyć na bok; w międzyczasie sparzyć pomidory, jeśli używacie świeżyć, by ściągnąć z nich skórę. Na tym samym tłuszczu zeszklić cebulę, dodać marchewkę, chilli i pomidory (świeże obrane i bez gniazd nasiennych). Wymieszać, dodać opcjonalne dodatkowe przyprawy, zioła i mięso. Garnek przykryć i dusić na małym ogniu, co jakiś czas mieszając/obracając giczki, aż mięso będzie bardzo miękkie i będzie samo odchodzić od kości. Ossobuco powinno to zająć do 1,5h, ale uważam, że dłużej nie zaszkodzi (a jeszcze lepiej jest danie przygotować z wyprzedzeniem i potem pomału podgrzać). W trakcie mieszania warto spróbować sos i doprawić do smaku solą/pieprzem. Jeśli użyjecie pomidorów z puszki, które są zazwyczaj dość słodkie, możliwe, że trzeba będzie lekko sos zakwasić sokiem z cytryny lub łagodnym octem. Pod koniec gotowania, gdyby sos był za rzadki, odkryć garnek, podkręcić ogień i odparować kilka-kilkanaście minut; jeśli mięso jest bardzo miękkie, warto je wcześniej przenieść na podgrzany talerz, żeby się nie rozpadło podczas mocniejszego gotowania.

Podawać z kuskusem, kaszą, ryżem, bulgurem, puree z warzyw korzeniowych – znów możliwości jest wiele ;). Na zdjęciach widać moje eksperymenty z puree kalafiorowym, które, choć smaczne, wymaga jeszcze pracy np. nad konsystencją...

Bardzo polecam też klasyczne ossobuco milanese wg Anny del Conte, najlepiej z tematycznym risotto.

Zapisz

Zapisz

czwartek, 18 maja 2017

Do tego, co dobre, człowiek się błyskawicznie przyzwyczaja. Mam tu akurat na myśli domowy makaron ;). Od kiedy uznałam, że zrobienie go to żaden problem, M lubi wałkować, szczęśliwych jaj nam nie brakuje – prawie w ogóle nie jemy kupnego, choć awaryjna paczka leży w szafce. Dodam, że nie suszymy na zapas, tylko ½ porcji jemy od razu, druga ½ leży przez kilka dni w lodówce (poza tym, że lekko ciemnieje, nic jej się nie dzieje, nie ma dyżuru przy maszynce, kłopotu z suszeniem – „znowu mi się skleiło” - i przechowywaniem – „jak ja mam to wsadzić do tego słoja”, ew. „co ci się to tak połamało”). I właśnie ok. 1/5 porcji tego ciasta użyłam do zrobienia dwóch (tak, słownie dwóch) ravioli con uovo, tj. wielkich pierożków z ciasta makaronowego, z żółtkiem i serem w środku (a wcześniej przeczytałam ileś tam przepisów w internecie, które zasadniczo wszystkie powtarzały te same składniki). Dodam, że nigdy tego dania wcześniej nie jadłam, intrygowała mnie jednak technika (dużo łatwiejsza, niż sądziłam!), poza tym przy takich składnikach – co może źle smakować? No, chyba, że ktoś nie jada płynnego żółtka :D

Wyszłam z założenia, że jedno duże raviolo na osobę = przystawka, jestem jednak w stanie sobie wyobrazić zjedzenie maksymalnie trzech na główny posiłek, z dużą ilością jakieś zieleniny jako dodatek. Uwaga, użyłam zwykłego twarogu, i od biedy może być, jednak mimo wszystko lepiej sprawdzi się ricotta – jest łagodniejsza, delikatniejsza i przede wszystkim, się nie warzy.

Składniki (2 sztuki):

  • 1/5 ciasta makaronowego z tego przepisu
  • 2 żółtka
  • 50-60g ricotty
  • garść czosnku niedźwiedziego (lub sezonowych ziół)
  • łyżeczka parmezanu
  • sól do smaku
  • Do podania:
  • 2-3 łyżki stopionego, zrumienionego masła

Przygotować ciasto zgodnie z przepisem, dać mu odpocząć. Ricottę rozetrzeć w misce, wymieszać z parmezanem. 2/3 czosnku niedźwiedziego drobno posiekać, dodać do sera, całość doprawić do smaku solą (powinien być dość wyrazisty). Nastawić wodę do gotowania jak na makaron, można też zacząć pomału stapiać masło. 1/5 ciasta makaronowego cienko rozwałkować na prostokąt. Ser podzielić na pół, ułożyć w odstępie ok. 10 cm na połowie ciasta, w każdej kupce zrobić głęboki dołek o średnicy przeciętnego żółtka. Żółta oddzielić od białek i delikatnie umieścić w dołkach (patrz zdjęcie), zakryć delikatnie pozostałą ½ ciasta. Wykroić ravioli – planowałam użyć okrągłej wykrawaczki, ponieważ okazała się za mała, wykroiłam krążki nożem do pizzy. Gotować ok. 4 minuty w osolonym wrzątku, w międzyczasie posiekać pozostały czosnek. Ravioli delikatnie wyławiać z garnku szumówką, podawać od razu, polane zrumienionym masłem i posypane czosnkiem niedźwiedzim.

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna