Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia włoska

czwartek, 18 maja 2017

Do tego, co dobre, człowiek się błyskawicznie przyzwyczaja. Mam tu akurat na myśli domowy makaron ;). Od kiedy uznałam, że zrobienie go to żaden problem, M lubi wałkować, szczęśliwych jaj nam nie brakuje – prawie w ogóle nie jemy kupnego, choć awaryjna paczka leży w szafce. Dodam, że nie suszymy na zapas, tylko ½ porcji jemy od razu, druga ½ leży przez kilka dni w lodówce (poza tym, że lekko ciemnieje, nic jej się nie dzieje, nie ma dyżuru przy maszynce, kłopotu z suszeniem – „znowu mi się skleiło” - i przechowywaniem – „jak ja mam to wsadzić do tego słoja”, ew. „co ci się to tak połamało”). I właśnie ok. 1/5 porcji tego ciasta użyłam do zrobienia dwóch (tak, słownie dwóch) ravioli con uovo, tj. wielkich pierożków z ciasta makaronowego, z żółtkiem i serem w środku (a wcześniej przeczytałam ileś tam przepisów w internecie, które zasadniczo wszystkie powtarzały te same składniki). Dodam, że nigdy tego dania wcześniej nie jadłam, intrygowała mnie jednak technika (dużo łatwiejsza, niż sądziłam!), poza tym przy takich składnikach – co może źle smakować? No, chyba, że ktoś nie jada płynnego żółtka :D

Wyszłam z założenia, że jedno duże raviolo na osobę = przystawka, jestem jednak w stanie sobie wyobrazić zjedzenie maksymalnie trzech na główny posiłek, z dużą ilością jakieś zieleniny jako dodatek. Uwaga, użyłam zwykłego twarogu, i od biedy może być, jednak mimo wszystko lepiej sprawdzi się ricotta – jest łagodniejsza, delikatniejsza i przede wszystkim, się nie warzy.

Składniki (2 sztuki):

  • 1/5 ciasta makaronowego z tego przepisu
  • 2 żółtka
  • 50-60g ricotty
  • garść czosnku niedźwiedziego (lub sezonowych ziół)
  • łyżeczka parmezanu
  • sól do smaku
  • Do podania:
  • 2-3 łyżki stopionego, zrumienionego masła

Przygotować ciasto zgodnie z przepisem, dać mu odpocząć. Ricottę rozetrzeć w misce, wymieszać z parmezanem. 2/3 czosnku niedźwiedziego drobno posiekać, dodać do sera, całość doprawić do smaku solą (powinien być dość wyrazisty). Nastawić wodę do gotowania jak na makaron, można też zacząć pomału stapiać masło. 1/5 ciasta makaronowego cienko rozwałkować na prostokąt. Ser podzielić na pół, ułożyć w odstępie ok. 10 cm na połowie ciasta, w każdej kupce zrobić głęboki dołek o średnicy przeciętnego żółtka. Żółta oddzielić od białek i delikatnie umieścić w dołkach (patrz zdjęcie), zakryć delikatnie pozostałą ½ ciasta. Wykroić ravioli – planowałam użyć okrągłej wykrawaczki, ponieważ okazała się za mała, wykroiłam krążki nożem do pizzy. Gotować ok. 4 minuty w osolonym wrzątku, w międzyczasie posiekać pozostały czosnek. Ravioli delikatnie wyławiać z garnku szumówką, podawać od razu, polane zrumienionym masłem i posypane czosnkiem niedźwiedzim.

Zapisz

sobota, 31 grudnia 2016

Nie narzekam na pogodę, lubię każdą porę roku. Nie rusza mnie zmiana czasu z letniego na zimowy. Na zdania typu: „Jest z każdym dniem coraz dłużej jaśniej!” reaguję zaskoczeniem, bo nie mam problemu z szybkim zmierzchem – w przeciwieństwie do mrocznych poranków, które są owszem, trudne. Ciemno, sennie i trudno się do pewnych rzeczy zmobilizować (np. pełnego przebudzenia, nie mówiąc o porannej aktywności). Plus jakby to ująć… nie będę tęsknić za mijającym dziś rokiem, zwłaszcza z jego drugą połową.

Mobilizacja dotyczy też pisania na blogu. Zalega mi od dłuższego czasu kilka przepisów, zdjęcia leżą w folderze (i na moim sumieniu), ale ponieważ wymagają napisania może ciut więcej, niż dwa zdania, sobie dalej leżą. Koniec roku wydaje się dobrym momentem, żeby jeden z nich ruszyć – zwłaszcza, że tradycyjnie na zabawę sylwestrową się nie wybieram. A kto wie, może akurat macie pod ręką cielęcinę na noworoczny obiad…?

Pierwszy raz ossobuco milanese wg Anny del Conte robił M, kilka lat temu, ja do przepisu wróciłam latem (stąd zdjęcie gotowej potrawy) i ponowiłam go jesienią (zasadniczo „biblia” włoska się teraz otwiera na tym przepisie). Długo gotowane mięso z kością, sos doprawiony masłem, zioła i cytrusy – same, jak dla mnie, zalety. Ossobuco towarzyszyło równie klasyczne risotto milanese, z szafranem oraz na czerwonym (!) winie. Robiąc późnojesienny replay zastąpiłam czerwone wino białym – czyli nietradycyjnie a bardziej standardowo dla risotto – i też wyszło dobrze. W gruncie rzeczy zestaw jest bardziej zimowy, niż letni – nie podałabym go w upalny dzień - ale z tego co pamiętam, miniony lipiec jakoś nas bardzo nie rozpieszczał także temperaturami i coś rozgrzewającego a konkretnego było jak znalazł. Tym bardziej teraz.

Składniki (3 porcje):

  • 1kg (ok. 3 giczek) cielęciny ciętej na ossobuco
  • mąka do obtoczenia mięsa, sól, pieprz
  • 1 mała, drobno pokrojona cebula
  • 1 mała łodyga selera naciowego, drobno pokrojona (można zastąpić garścią lubczyku)
  • 2 łyżki oliwy
  • ok. 3 łyżek masła
  • 150-300ml (patrz uwagi) dobrego bulionu
  • 150ml białego wina (można zastąpić przynajmniej częściowo dodatkowym bulionem lub wodą)
  • Do podania:
  • skórka starta z ½ cytryny
  • ½ zmiażdżonego ząbka czosnku
  • 2 łyżki (lub trochę więcej… kto to sprawdzi ;) posiekanej natki pietruszki

Zacząć od przygotowania mięsa: każdy kawałek obwiązać sznurkiem wędliniarskim jak paczkę w stylu retro (patrz zdjęcie), następnie lekko obtoczyć w paru łyżkach mąki wymieszanej z łyżeczką soli. Oprószyć każdą giczkę pieprzem.

Rozgrzać oliwę w dużym, szerokim garnku (najlepiej żeliwnym) – mięso powinno się zmieścić ciasno w jednej warstwie. Obsmażyć giczki z obu stron, wyjąć z garnka i odłożyć na bok.

Rozgrzać w garnku 2 łyżki masła, przesmażyć krótko cebulę i selera na średnim ogniu. Oprószyć lekko solą i gotować jeszcze kilka minut, aż warzywa zmiękną. Dodać obsmażone mięso i wino, gotować na mocnym ogniu, aż płyn odparuje o połowę. Wlać 150-200ml bulionu, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem do ok. 2h, aż mięso będzie samo odchodzić od kości; co ok. 20-30 minut warto zamieszać potrawę, obracając mięso, uważając, by nie uszkodzić (cennego!) szpiku. Jeśli to będzie konieczne, podlać dodatkowym bulionem.

Pod koniec gotowania sprawdzić doprawienie sosu. Osobno wymieszać skórkę cytrynową z natką i czosnkiem, odstawić na bok. Wyjąć mięso na podgrzany talerz, ściągnąć sznurek i przykryć (lub np. włożyć do ciepła resztkowego piekarnika), następnie odparować sos, jeśli wydawałby się bardzo rzadki i dodać pozostałą łyżkę masła, pokrojoną na kilka plasterków. Dokładnie wymieszać i zdjąć z ognia, jak tylko masło się rozpuści. Wmieszać w gorący sos natkę cytrynowo-czosnkową, odstawić na chwilę i podawać na mięsie.

Uwaga, w risotto należało użyć posiekanego szpiku wołowego. Z braku (dość oczywistego) musiałam pokombinować.

Risotto:

  • 500ml dobrego bulionu
  • ½ małej cebuli, bardzo drobno posiekanej
  • łyżka tłuszczu gęsiego/kaczego
  • 2,5 łyżki masła
  • ¾ szklanki ryżu arborio
  • ok. 80ml czerwonego (lub białego…) wina
  • ¼ łyżeczki szafranu roztartego w moździerzu i namoczonego w 1-2 łyżkach bulionu jw.
  • sól, pieprz
  • ok. 4 łyżek startego parmezanu

Podgrzać bulion. Rozpuścić w rondlu tłuszcz kaczy i większość masła, dodać cebulę i zeszklić na średnim ogniu. Dodać ryż, wymieszać dokładnie z tłuszczem i cebulą, wlać wino i gotować chwilę, stale mieszając, następnie wlać ¼ bulionu. Gotować na średnim ogniu, często mieszając, aż prawie cały płyn zostanie wchłonięty, wówczas wlać kolejną porcję bulionu i gotować jw. Po ok. 10 minutach dodać namoczony szafran. Pod koniec gotowania, gdy cały bulion zostanie zużyty, ryż będzie miękki - ale nie rozgotowany – doprawić danie do smaku. Gdyby po wlaniu bulionu ryż wciąż wydawał się zbyt al dente, dodać trochę gorącej wody i dalej gotować.

Do gotowego risotto dodać pozostałe masło i 2-3 łyżki parmezanu, wymieszać, zdjęć z ognia i odstawić na chwilę pod przykryciem. Zamieszać dokładnie przed podaniem jako dodatek do ossobuco, dodatkowy ser stawiając na stół do użycia według uznania.

PS. Ufff. Udało się. Za 3 godziny 2017: oby był lepszy od 2016. A przynajmniej nie gorszy.

Zapisz

wtorek, 03 maja 2016

Pierwszą panna cottę jadłam podczas słynnego pierwszego wyjazdu na narty (kiedy zjedliśmy dużo nowych rzeczy, choć niekoniecznie nam one wówczas smakowały – do trufli musieliśmy ponad 10 lat jeszcze dojrzeć ;). Wyjątkowo obfite kolacje zawsze kończyły się jakimś skromnym deserem, przy czym wyboru dużego nie było: czasem były te owoce, czasem mus czekoladowy, a ze dwa razy panna cotta. Łysa, tj. śmietankowa bez żadnych dodatków, i jak teraz na to patrzę, bardzo mocno ścięta (za dużo żelatyny?). Z jakiegoś powodu i ja, i M po około dwóch łyżeczkach deseru mieliśmy dość (i nie była to kwestia przejedzenia, bo jestem pewna, że z tiramisu bym sobie poradziła ;). Tamto doświadczenie ukształtowało moje podejście do panna cotty, bo choć nigdy jej z własnej i nieprzymuszonej woli nie zamówiłam w restauracji, pojawiała się np. w menu degustacyjnych, albo „w gościach”. I choć bywała np. czymś aromatyzowana, nie przypominam sobie dodatku owoców lub sosu, i przeważnie było jej (dla mnie) za dużo. Jedyna, która mi smakowała, była wyjątkowo nietypowa, bo wytrawna ;) i urozmaicona.

Ponieważ jednak jestem a/jak wiadomo, uparta, b/same składniki deseru lubię, problemem jest tylko ta nuda na talerzu, c/ ufam Nigelowi Slaterowi – w końcu dzięki niemu wiem, że clafoutis da się lubić ;), a doczytałam się, że u niego, że clou m.in. w tym, żeby za mocno całości nie zżelować (idealnie to zjeść deser jeszcze tego samego dnia, np. wieczorem czy po upływie ok. 5h chłodzenia) i… trzeba było spróbować. Pierwsza wersja była pomarańczowa, wypadkowa wskazówek Nigela z sosem kreatywnym, i choć bardzo smaczna, niepokojąc się, żeby deser za mocno się nie ściął, wydałam go do jedzenia jednak za wcześnie. W skrócie, ścięty był tylko połowicznie ;). Do testów wróciłam, gdy zaczął się różowy sezon. Co ciekawe, Nigel do panna cotty z pieczonym rabarbarem używa mieszanki mleka, śmietanki i crème fraîche, produktu, który jak wiadomo, w Polsce występuje tylko jako import delikatesowy (czyt. nie występuje). Doczytałam się jednak, jak zrobić substytut, i taką zakwaszoną śmietankę wykorzystałam. Można jednak albo dać samą kremówkę (choć efekt będzie trochę inny) lub użyć gęstej śmietanki 36% (którą osobiście rzadko widuję w sklepach, ale to może kwestia lokalna).

A więc jak zrobić substytut crème fraîche? Należy wymieszać szklankę kremówki z 2 łyżkami maślanki i odstawić na dobę (lub trochę krócej, kilkanaście h może wystarczyć) w temperaturze pokojowej. Po tym czasie będziecie mieli gęstą, kremową a niewarzącą się kwaśną śmietanę. Ja jej właśnie użyłam do tego deseru.

Składniki (za TYM przepisem, u mnie przeliczone na 2-3 porcje, jak poniżej):

  • 100ml pełnego mleka
  • 100ml kremówki
  • ½ laski cynamonu
  • hojna szczypta mielonej wanilii
  • 100ml crème fraîche (lub zamienniki, patrz uwagi ^^)
  • 1,5 listka żelatyny (trochę ponad 3g)
  • 1,5 łyżki cukru pudru

Wymieszać mleko w rondelku z kremówką i wanilią, dodać cynamon i całość mocno podgrzać – zdjąć z ognia tuż zanim się zagotuje. Wmieszać crème fraîche, najlepiej za pomocą trzepaczki, żeby się równomiernie połączyła z pozostałymi składnikami. Przykryć naczynie i odstawić na 15 min. Namoczyć żelatynę w zimnej wodzie przez ok. 5 minut, aż zmięknie. Dodać razem z cukrem pudrem do rondelka i bardzo dokładnie wymieszać (znów najlepiej użyć trzepaczki), przy okazji wyłowić cynamon (Nigel sugerował przecedzenie całości przez sitko, ale moim zdaniem masa jest na to za gęsta). Przelać do 2-3 niewielkich miseczek, wystudzić na blacie, następnie schłodzić w lodówce 4-5 h (lub aż masa się zetnie). Przed podaniem delikatnie umieścić dno każdej miski w ciepłej wodzie i ew. obkroić brzegi nożem, przykryć talerzykiem i odwrócić miseczkę do góry nogami, po czym panna cotta powinna znaleźć się na talerzu. Podawać z pieczonym rabarbarem, na który potrzeba:

  • 200g rabarbaru, możliwie różowego
  • 1,5 łyżki miodu
  • ½ pomarańczy
  • ½ laski cynamonu
  • gwiazdka anyżu

Rabarbar pokroić na ok. 10cm kawałki. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, polać miodem i sokiem wyciśniętym z pomarańczy (wyciśnięty owoc też dodać do naczynia; opcjonalnie można wcześniej zetrzeć skórkę i rozrzucić ją na rabarbarze). Dodać korzenie, przykryć całość folią i piec ok. 30 minut w 160 st. C. Rabarbar powinien być miękki, ale nie rozpadający się. Wystudzić, usunąć pomarańczę. Podawać z panna cottą (a resztki są oczywiście wspaniałe np. na śniadanie z jogurtem.

Tym razem deser schładzał się prawie dobę przed jedzeniem, ale wbrew moim obawom nie stężał za bardzo i pozostał lekko miękki. Dzięki miodowo-korzennemu rabarbarowi nie ma śmietankowej nudy ;). W takim wydaniu się polubiliśmy.

Zapisz

niedziela, 23 sierpnia 2015

Pizza z ziemniakami chodziła za mną od dawna, co najmniej od dawnych, przedblogowych czasów Galerii Potraw. W Rzymie nie udało się planu zrealizować (frytki w moim odczuciu się nie liczą ;), ale w końcu M, który odpowiada u nas za produkcję pizzy, dał się namówić. Poszliśmy w opcję pizza bianca, bez sosu pomidorowego, z nieco luźniejszego (i później trochę grubiej rozwałkowanego) ciasta. Wersji minimum, choć smacznej, trochę czegoś (umami?) brakowało, i na drugą upieczoną połowę dołożyliśmy parę sardeli (dlatego na zdjęciach widać wersję i przed, i po). Ponieważ to okazało się kropką nad i, sugeruję anchois dodać albo od razu (ale pod ziemniaki, żeby się nie spaliły), albo najlepiej dorzucić na wierzch minutę przed końcem pieczenia.

Składniki:

  • ciasto na pizzę (z tego przepisu), wody o 1-2 łyżki więcej, żeby ciasto było bardziej luźne
  • 1 duży ziemniak (pokrojony na plastry ok. 3mm),
  • 2 ząbki czosnku,
  • oregano (świeże - niewielka garść; suszone - ok 1/2 łyżki),
  • oliwa,
  • kulka mozzarelli,
  • kilkanaście filecików anchois (sardeli)

Piekarnik z kamieniem do pieczenia nagrzać do maksymalnej temperatury co najmniej godzinę przed pieczeniem (a jeśli ktoś ma piec chlebowy, to sam wie, co robić ;). Wyrośnięte ciasto rozwałkować kilka mm grubiej, niż normalnie. Skropić oliwą, rozłożyć równomiernie anchois (jeśli wchodzą od razu do środka, patrz uwagi powyżej), na to rozłożyć ziemniaki, czosnek, oregano i ser pokrojony w plastry, całość jeszcze raz skropić oliwą. Piec ok. 10-12 minut; w opcji z dokładaniem sardeli pod koniec pieczenia dorzucić je na wierzch ok. minutę przed wyciągnięciem pizzy z pieca.

sobota, 27 czerwca 2015

Od dawna makaron domowy robiliśmy według jednego przepisu (tzn. TEGO), zmieniając tylko ewentualnie mąki. Najczęściej używałam mieszanki uniwersalnej lub tortowej pszennej z tzw. kaszką makaronową. Ostatnio jednak M oznajmił, że taka wersja jest zbyt delikatna. Zaproponowałam, żeby użyć mieszanki mąki pszennej z semoliną - i na tym ostatecznie się skończyło, jednak wcześniej M znalazł także inny przepis bazowy (na portalu Serious Eats). Powiem szczerze, że podziwiam zapał do eksperymentowania i cierpliwość autorki (mnie by się szybko skończyła) - polecam zajrzenie do linku choćby dla zdjęć porównawczych. Makaron z ostatecznie opracowanego przez nią przepisu jest smaczny i bardziej treściwy (choć, jak napisałam powyżej, w naszym makaronie jest ponadto dodatek semoliny). Minusem jest to, że wymaga większej liczby jaj/żółtek niż metoda 100g mąki = 1 jajo, ale coś za coś...

Przy okazji testów (łącznie 3 razy) sprawdziliśmy, że jednak grubiej wałkowany makaron (3 ustawienie od końca w maszynce) nam bardziej smakuje. Po właściwym wysuszeniu (wreszcie w miarę opanowaliśmy sztukę suszenia w gniazdach, bo wcześniej różnie z tym bywało...) dobrze się przechowuje w temp. pokojowej.

Składniki (zasadniczo za tym przepisem):

  • 150g mąki pszennej uniwersalnej/tortowej
  • 150g semoliny
  • 2 duże jaja
  • 4 duże żółtka
  • łyżeczka soli

Wymieszać mąki i sól w misce, zrobić na środku dołek, wbić jaja i żółtka. Wyrabiać ciasto mikserem z hakiem (polecam), ew. ręcznie, aż całość będzie elastyczna, gładka, dość twarda. Ciasto lekko omączyć, owinąć folią, odstawić by odpoczęło w temperaturze pokojowej co najmniej 30 minut.

Kawałki ciasta lekko rozpłaszczać wałkiem i kilka razy przepuścić przez pierwsze ustawienie maszynki do makaronu, składając za każdym razem jak list (ew. wykonać tą czynność ręcznie). Wałkować na dalszych ustawieniach maszynki (u nas do 7 z 9), ciąć na np. tagliatelle. Powstały makaron zwinąć w gniazdko, dokładnie omączyć, lekko otrzepać, ponownie uformować w gniazdko (jak np. na zdjęciu powyżej) i odłożyć np. na blaszkę do wysuszenia. Blaszkę umieścić w ciepłym i suchym miejscu (jeśli pogoda i temperatura nie sprzyja, można wykorzystać np. ciepło resztkowe piekarnika). Podczas suszenia regularnie (i delikatnie) gniazdka przewracać, żeby się nie zlepiły (co pozostawione same sobie zapewniam, że zrobią). Wysuszone gniazdka przełożyć do np. szczelnego worka strunowego lub pojemnika i przechowywać w suchym miejscu.

A gdy już mamy ten makaron, można zjeść na obiad minimalistyczne danie. Z bobem. Takim, jak rok temu, tylko jeszcze oszczędniej: tylko bób, boczek, oregano w ramach ziół, a z przypraw tylko sól i (dość obficie) pieprz. Po co więcej?

niedziela, 17 maja 2015

Wygląda na to, że nie spieszyłam się ze szparagami na blogu w tym roku. Pewnie są tacy czytelnicy, którzy już patrzeć na nie nie mogą ;). Wciąż zwlekam z próbą oswojenia białych (więc nie wiem, czy ta próba w ogóle w tym roku nastąpi...), a zielone były na razie na trzy sposoby: w omlecie, z sosem z tuńczyka i w lasagne.

Jeśli chodzi o ten sos: myślałam sobie o vitello tonnato, zimnej przystawce z cielęciny w sosie tuńczykowym, za którą przepadam, choć dawno nie miałam okazji kosztować. Wpadłam na pomysł podania w ten sposób pieczonych szparagów i sądząc, że jestem bardzo odkrywcza... do czasu, gdy mi uświadomiono, że nihil novi, bo choćby znajome blogerki (Thiessa i Anoushka) już wieki temu prezentowały tak przyrządzoną cukinię ;).

Sos do vitello tonnato przeważnie przygotowuje się z dodatkiem majonezu, którego zasadniczo nie miewam w domu (jeśli jem, to tylko domowy), użyłam więc zamienników, o których niżej.

Składniki:

  • 3-4 pęczki szparagów

Sos:

  • puszka tuńczyka w sosie własnym (dobrze osączona)
  • 2 kopiaste łyżki gęstego jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki jw. śmietany 18%
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, pieprz, sok z cytryny do smaku
  • do dekoracji: kapary lub posiekane sardele (anchois)

Szparagi upiec (jak w tym przepisie, tylko pominąć posypanie serem do podania). Gdy siedzą w piekarniku, zmiksować w malakserze wszystkie składniki sosu, poza elementami dekoracji, doprawić do smaku. Podawać gorące upieczone szparagi z zimnym sosem, udekorowane niewielką ilością kaparów lub anchois.

Do tego niewielka ilość pieczonych ziemniaków lub świeże pieczywo i obiad gotowy.

Lasagne przygotowałam analogicznie do tej z cukinii, używając jako farszu warzywnego ok. 1,5 pęczka szparagów krótko obgotowanych (ok. 4 minut) i przekrojonych na 1/2 wzdłuż; z sera użyłam tylko parmezanu do posypywania warstw szparagów. Parę szparagów umieściłam także w warstwie wierzchniej, do zapieczenia na sosie. Smaczne, stosunkowo lekkie i kolorowe, a to dla mnie zawsze plus ;).

czwartek, 24 lipca 2014

Rukola jest chwastem. W sumie o tym wiem, ale w zeszłym roku dałam jej przerosnąć i niestety ostatecznie za mało wykorzystałam. W tym roku czujnie obrywam kwiaty (i liście...), a rukola wciąż utrzymuje się na poziomie krzaczka.

Zastanawiałam się, co z nią zrobić, i nie wiem, czemu tak długo mi zajęło, że "przecież pesto". Przecież, bo właśnie dziką rukolę zrywała autorka Ripe for the picking randki z włoskim szefem kuchni (o czym pisałam dawno temu). We właściwym kierunku popchnęła mnie Ania z Polskiego South Beach.

Pesto z samej rukoli zaskakująco mi smakuje: jest pikantne, z lekką nutą goryczki. Poza wymieszaniem z makaronem, świetnie sprawdza się jako dip. Można też jeść jako smarowidło do chleba. Proporcje składników – orientacyjne.


Do malaksera lub dużego moździerza wrzucić:

  • dwie duże garści rukoli
  • ok. 4-5 łyżek pestek słonecznika
  • 1 duży ząbek czosnku
  • ok. 3-4 łyżek oliwy
  • sok z ½ cytryny, lub do smaku
  • 1-2 łyżki startego parmezanu
  • hojną szczyptę soli
Całość utrzeć na gładko, sprawdzić doprawienie, ew. stosownie zagęścić lub rozrzedzić. Przechowywać w lodówce (do kilku dni). Uwaga: czosnek z czasem będzie mocniej wyczuwalny.

Inne pesto, jakie były na blogu:

- z czosnku niedźwiedziego #1 i #2 (z dodatkiem lubczyku)

- z bazylii

- „przegląd ogródka”

- m.in. z liści rzodkiewki, pietruszki i ogórecznika

A cd. pewnie nastąpi ;).

piątek, 09 maja 2014

Jest takie angielskie powiedzenie take something for granted, które się trudno tłumaczy. Chodzi o uważanie czegoś za oczywiste i (w domyśle) tego nie doceniać. Mam wrażenie, że często tak podchodzimy do tego, co proste, zwykłe, „jak zawsze” i orientujemy się, że nam tego brakuje, dopiero, gdy zabraknie. W sferze jedzenia też tak jest (bo inaczej skąd by się wzięły emigranckie marzenia o ogórkach kiszonych, chlebie czy twarogu?).

Do podobnych refleksji skłoniła mnie trochę lektura książki Ani-Truskawki, która jest lekturą bardziej wspomnieniową, niż kulinarną (choć nie należy być głodnym czytając ;). Zapach truskawek polecam nie tylko fanom jej bloga: każdy, kto lubi rodzinne opowieści, trochę nostalgii, wspomnienia z dzieciństwa itd., odnajdzie coś dla siebie. Ania sporo pisze o przepisach rodzinnych, i może dlatego zrobiłam surówkę buraczaną mojej Mamy, o której wcześniej myślałam, że nie warto mówić czy pisać, bo na pewno każdy to zna (nie to, co „egzotyczną” ;) duszoną botwinkę-jarzynkę ;). A może jednak nie każdy, bo np. u M w domu się takiej nie jada, i to co proste nie zawsze jest oczywiste, a czasem zapomniane?

Składniki:

  • 2-3 buraki, upieczone w folii najlepiej „przy okazji” (czyt. przy okazji pieczenia chleba, ciasta, itd.) i wystudzone
  • 2 ogórki kiszone
  • ½ małej cebuli, najlepiej czerwonej (można też użyć dymki)
  • sok z cytryny, sól, pieprz, łagodna oliwa
  • opcjonalnie: chrzan (świeżo starty, ew. ze słoika)

Cebulę drobno posiekać, obficie skropić sokiem z cytryny, odstawić na bok. Buraki obrać, pokroić w kostkę razem z ogórkami, wymieszać z cebulą. Całość skropić oliwą, doprawić do smaku solą, pieprzem i opcjonalnie chrzanem. Odstawić na co najmniej 10 minut w temperaturze pokojowej (a najlepiej chociaż 30 minut) i sprawdzić doprawienie tuż przed podaniem.

Taka surówka pasuje wg mnie właściwie do wszystkiego; tu jedliśmy ze stekami i ziemniakami z grilla, z sosem ze świeżego chrzanu (startego i zmieszanego ze śmietaną - można użyć też gęstego jogurtu).

Z cyklu innych „zapomnianych dań” - kiedyś zawsze we włoskich restauracjach, nieważne czy w Polsce czy zagranicą, zamawiałam szpinak jako dodatek. Sparzony lub krótko duszony, liściasty, podany na zimno, czasem z dodatkiem rodzynek i czosnku. A potem... o nim zapomniałam. 

Składniki (podaję bez ilości, tylko proporcje - warto tylko pamiętać, że szpinak się kurczy jak szalony):

  • szpinak w liściach, najlepiej młody, co najmniej dwie hojne garści na osoby
  • czosnek
  • oliwa, sól, pieprz, dobry ocet balsamiczny
  • opcjonalnie: wcześniej namoczone rodzynki

Szpinak umyć i zblanszować (czyt. przelać wrzątkiem). Starszym liściom można oderwać duże łodygi. Lekko przestudzić, odcisnąć płyn. Wymieszać z posiekanym czosnkiem (ilość wg uznania), skropić oliwą i bardzo delikatnie octem, lekko doprawić do smaku (nie przesadzać z przyprawami, zwłaszcza z solą), ew. dodać niewielką ilość rodzynek. Zupełnie wystudzić (ale w temp. pokojowej) przed podaniem.

Po trzecie: białe szparagi. Pewnie nigdy ich naprawdę nie polubię, a przynajmniej nie tak jak zielone, ale odkryłam na nie metodę. Po prostu: po odłamaniu końców lekko potraktować obieraczką do jarzyn i upiec dokładnie tak, jak zielone. Jeść z sosem lub posypane parmezanem, jak na zdjęciu.

piątek, 02 maja 2014

Zaczęło się od tego, że M - od pewnego czasu fan białych win deserowych - kupił vin santo, na co zareagowałam: "No, to teraz już muszę zrobić biscotti!". Tylna okładka mojego wydania Gastronomy of Italy Anny del Conte to właśnie tradycyjny duet ww. wina i ciasteczek.

Tu mała uwaga o nazewnictwie: guru del Conte podaje właściwie przepis na cantucci, ale w leksykonie stosuje wymiennie tą nazwę z określeniem biscotti. Znalazłam opinie, że biscotti to szersze pojęcie a prawdziwe cantucci muszą zawierać migdały, ale niedawno kupiłam paczkę herbatników o tej nazwie bez migdałów, za to z dodatkiem orzechów laskowych... Potem się doczytałam, że cantucci to tzw. biscotti di Prato (Prato to miejscowość w Toskanii). Ogłupiała spytałam "naszego człowieka w Toskanii", tj. autorkę bloga Moja Toskania, o co właściwie chodzi. Dowiedziałam się, że choć tradycyjne cantucci są z Prato i migdałowe, obecnie spotyka się nawet takie z truflami ;) i innymi bardziej klasycznymi dodatkami deserowymi (typu czekolada). Żeby jednak uniknąć dyskusji typu "te kremówki to napoleonki" czy "ta tarta to nie tarta", wolę przyjąć bardziej pojemne określenie, tj. uważam, że upiekłam biscotti :). Bazowałam jednak na przepisie z Nigellissima na ciasteczka z żurawiną - u mnie są ze zmienionymi dodatkami (inne orzechy, skórka pomarańczowa).

Składniki:

  • 1 jajo
  • 75g drobnego cukru
  • 2 łyżeczki skórki otartej z pomarańczy
  • 125g mąki
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej (lub szczypta cynamonu)
  • 2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • ok. 75g orzechów włoskich, lekko rozdrobnionych

Ubić jajo z cukrem na kogel mogel. Dodać pozostałe składniki poza bakaliami, wymieszać do połączenia składników, na koniec delikatnie wmieszać bakalie. Przełożyć masę na omączony blat (ciasto jest dość lepkie, ale takie ma być) i uformować bochenek a la ciabatta. Ułożyć na blaszce wyłożonej pergaminem/matą do pieczenia i piec ok. 25/30 minut w 180 st. C. (u mnie z termoobiegiem), aż "bochenek" się lekko zezłoci (uważać, żeby nie przepiec; na mój gust ciasteczka na zdjęciu* w książce są nieco przypalone ;).

Przełożyć na kratkę na ok. 5 minut i pokroić nożem z piłką na ok. 1cm kawałki (powinno ich wyjść ok. 16-17, włącznie z piętkami). Kawałki ułożyć na blaszce i piec kolejne 5 minut. Wystudzić przed jedzeniem.

Ciasteczka są dość twarde (ale uwaga, nie jak kamień - z czym się już spotykałam w przypadku biscotti) i maczanie w jakimś napoju jest wskazane. Nie jestem jednak pewna, czy od vin santo nie wolę po prostu kawy ;). Wino mi owszem, smakuje (w klasie win deserowych, których z rzadka się mogę napić), ale przynajmniej to, które kupiliśmy, jest mało aromatyczne, żeby nie powiedzieć, że nie ma w ogóle aromatu (a dobry tokaj** mogę wąchać godzinami). Jeśli ktoś jednak koniecznie zapragnąłby połączyć jedno z drugim, sugeruję wybranie naczynia do picia o odpowiednio szerokim otworze, by ciasteczko swobodnie można było maczać.

* Warto dodać, że ogólnie zdjęcia w książce Nigelli są dość specyficzne (a przynajmniej - nierówne), choć oczywiście koszmarków w duchu lat 80-tych ze wspomnianej Gastronomy of Italy nie przebiją.

** Ciekawa jestem, czy ktoś oglądał film Dean Spanley, w którym bohater grany przez Sama Neilla robi dość niezwykłe rzeczy pod wpływem tokaju?

wtorek, 22 kwietnia 2014

O czosnku niedźwiedzim wspominałam dopiero co. Dziko rosnącego jeszcze nigdy nie spotkałam, ale posadziłam dwa lata temu w ogrodzie parę kępek sadzonek. Odrasta co wiosnę, jednak jak na moje potrzeby jest go zdecydowanie za mało (na jesieni planuję dosadzenie). Dlatego pesto z lubczyku i liści czosnku wyszła mi mini ilość, ale w przyszłości mam nadzieję, że nie będę musiała się tak krępować... Dwa lata temu robiłam inną wersję, z samego czosnku niedźwiedziego.

Składniki:

  • mała garść liści czosnku niedźwiedziego
  • jw. lubczyku
  • łyżka migdałów w płatkach
  • szczypta soli
  • łyżka oliwy
  • ok. łyżeczki startego parmezanu/pecorino

Wszystkie składniki rozetrzeć w moździerzu. Doprawić do smaku, ew. skorygować gęstość za pomocą większej/mniejszej ilości oliwy i migdałów. Z podanych ilości wychodzi ok. ¼ szklanki (60ml) pesto.

Zieloną pastę (lekko pieprzną w smaku, tylko delikatnie czosnkową) jedliśmy jako dodatek do kolejnego wcielenia placka Nigelli. Na farsz warzywny składały się 2 małe cebule, garść pieczarek, ½ papryki i bardzo mały (wielkości pięści) kawałek kapusty włoskiej. Ciasto – z ½ porcji, a całość piekłam a la tarte tatin* – w patelni stalowej, w której dusiłam warzywa.

Utrzymując się w klimacie bezmięsnych eksperymentów - niedawno ponownie zrobiłam wege lasagnę, tym razem z farszem dyniowym (gdy ostatni owoc znalazł się – w kawałkach – w zamrażarce). Ok. 400g dyni poddusiłam na patelni z dodatkiem czosnku, lekko doprawiłam gałką muszkatołową, solą i pieprzem oraz wymieszałam z 2 łyżkami parmezanu. Farszu użyłam tak samo, jak cukiniowego, i taka wersja smakowała mi równie mocno.

I jeszcze w temacie przypominajek: pamiętacie ser jogurtowy, tj. labneh? Ostatnio sobie o nim przypomniałam, bo musiałam szybko zużyć nadmiar mleka. Okazało się, że wersja naturalna, tj. tylko posolona, smakuje bardzo podobnie do sera śmietankowego do smarowania, np. takiego znanego na P. ;). Co istotniejsze, taka opcja pasuje wszystkim domownikom...

* Której jednak na tej patelni nie będę mogła zrobić, ze względu na kwas w owocach, który usunąłby pracowicie wytworzoną warstwę cennej patyny.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna