Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia włoska

niedziela, 06 maja 2018

„Jesteśmy w Sienie”: pan z bransoletką ze skarabeuszem i nastoletnia Liv Tyler, a za chwilę na ekranie pojawiają się toskańskie krajobrazy, albo chciałam pojechać do Toskanii, od kiedy pierwszy raz obejrzałam Ukryte pragnienia (czyli od całkiem wielu lat). Najbardziej zależało mi na zobaczeniu na własne oczy tych zamglonych wzgórz z cyprysami, by móc powiedzieć to samo, co kiedyś na widok koloru Morza Egejskiego: tak, to naprawdę tak wygląda, jak na zdjęciach, to nie fotomontaż ;).

Naszą bazą na 3 dni pobytu było San Gimignano. Gdybym mogła spędzić więcej czasu w Toskanii, pewnie przynajmniej część pobytu nocowałabym w miejscu typu gospodarstwo agroturystyczne, w którym z okna widać właśnie te falujące, niebiesko-zielone wzgórza a nie mur sąsiedniej średniowiecznej kamienicy i pranie sąsiadów*; wówczas jednak pewnie zapamiętałabym to słynne średniowieczne miasto jako „katedra, wieża, turyści, wąskie uliczki” i nie poznałabym jego oblicza porannego lub wieczornego. O 8 rano turystów jeszcze nie ma (jedzą śniadanie u siebie i dopiero wsiądą do pojazdów, atrakcje zresztą otwarte dopiero od 10), a od ok. 19 już ich nie ma, i robi się zaskakująco pusto i cicho. Jest to z jednej strony przyjemne – po porannym espresso macchiato** można spokojnie zrobić zdjęcia bez ludzi w kadrze, jednak wieczorem ma się trochę wrażenie, że zostało po godzinach w skansenie ;). Zaznaczam, że taki był stan na kwiecień, szczyt sezonu może wyglądać (i brzmieć) inaczej.

Z innych miast toskańskich zwiedziliśmy Sienę, przespacerowaliśmy się także po Pienzy, przejechaliśmy przez szereg innych miast w regionie Val d’Orcia i wcześniej w Chianti, jadąc na lunch do Panzano (o czym niżej), przeszliśmy także przez kilka małych miasteczek w okolicy Montauto, i przyznaję, że w żadnym z nich się nie zakochałam. Lokalne krajobrazy: tak, to coś na co mogłabym patrzeć godzinami, jednak w kategorii miast i miasteczek Prowansja wygrywa nawet z zadbaną, miejscami pocztówkową Pienzą ;).

Co jedliśmy? Pierwszego wieczoru, bezpośrednio po dość późnym przyjeździe poszliśmy na kolację do restauracji Peruca, gdzie uznałam, że menu jest chyba jeszcze dość zimowe ;): dziczyzna i inne mięsa, poza tym sporo kapusty i strączkowych. Łatwo cudzoziemcom zapomnieć, że kuchnia włoska to nie tylko dania z południa, na upalną pogodę, a na pomidory kwietniu jeszcze nie sezon. Tortelloni z kapustą i fasolą były zaskakująco smaczne i… swojskie w smaku ;). W kolejne dwa dni postawiliśmy na lunch jako główny posiłek dnia i specjalnie pojechaliśmy do Panzano, do „rzeźnika-celebryty” (cyt. przewodnik Lonely Planet), a właściwie jednej z jego restauracji.

Dario Cecchini prowadzi w Panzano trzy lokale oraz sklep. Wybraliśmy się do opcji najmniej zobowiązującej, tj. Dario Doc, otwartej tylko w porze obiadowej i w której nie przyjmuje się rezerwacji. Szyldu widocznego nie ma, ale wchodzi się przez sklep i najlepiej od razu powiedzieć, czego się szuka, żeby nie tłoczyć się wśród chętnych na darmową degustację ;). Klientów sadza się przy długich, komunalnych stołach, na których już stoi woda, sosy oraz oliwa, do korzystania wg uznania, i stawia przed prostym wyborem, jeśli chodzi o menu: może być zestaw mały, średni lub duży, ewentualnie – wegetariański. Jeśli jednak je się mięso, jechać do słynnego rzeźnika by zjeść (tylko) warzywa…? Napoje zamawia się niezależnie, ale co ciekawe, można przyjść z własnym winem i nie będzie doliczone tzw. korkowe. Poszliśmy w opcję średnią, czyli burger wołowy, wysmażony wg uznania (poprosiliśmy o rare, i po namyśle nie wiem, czy jednak nie było to medium… Kwestia klasyfikacji, bo np. amerykańskie słabe wysmażenie = właściwie surowy, wg standardów europejskich?), fasolka na zimno (znów strączkowe!), sos pomidorowy, w moim odczuciu pyszny, liście selera naciowego, marynowana cebula oraz ziemniaki w plastrach zamiast frytek. Porcja dość obfita (u sąsiada widziałam zestaw L i sama bym go raczej nie zjadła), wszystko smaczne, choć mięso było (umyślnie?) mało doprawione. Jeśli będziecie w pobliżu, warto zajrzeć, choćby z ciekawości, ale nie wiem, czy bym ponownie specjalnie tam pojechała.

Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Sienę, i podczas przechadzki po ogrodach botanicznych usłyszeliśmy grzmoty. Zweryfikowaliśmy plany lunchowe i w deszczu doszliśmy (szybkim krokiem ;) do L’Orto de Pecci, czyli miejskiego ogrodu, na terenie którego działa restauracja. W ogrodach, co ciekawe, są zasadzone stare (podobno nawet średniowieczne) odmiany winorośli, rosną także oczywiście oliwki, rozmaryn wielkości drzewek, uprawia się warzywa i hoduje kozy, a pracownicy to osoby niepełnosprawne/potrzebujące. W menu wykorzystuje się własne płody rolne, oliwa na stoliku jest także własna. Zjedliśmy po talerzu prostego, warzywnego makaronu w stylu smacznej kuchni domowej, popijając domowym winem i następnie espresso, i byliśmy mile zaskoczeni niskim rachunkiem. Polecam, choćby dlatego, że inicjatywa wydaje się chwalebna. Po tym obiedzie poszliśmy – jedyny raz podczas wyjazdu! – na lody do polecanej Vecchia Latteria w centrum Sieny. Czekoladowe oraz kawowe były najlepsze, choć (bo?) bardzo intensywne, niemal wytrawne.

Te dwa wieczory w San Gimignano spędziliśmy w winiarni; konkretnie w D! Vineria za rogiem od Duomo (całkiem przyzwoite wina na kieliszki, ale z przekąsek właściwie tylko bruschetty) oraz w enotece na „głównej ulicy”, tj. Via San Matteo (gdzie wina, przynajmniej te odkorkowane, były gorsze, za to talerz przekąsek ogromny i smaczny, zwłaszcza część warzywna). Na deser można pójść na spacer wzdłuż murów miejskich ;).

W temacie bruschetty – pieczywo toskańskie jest jednym z gorszych, z jakim się spotkałam. Wiedziałam, że będzie niesłone – taki przepis i tradycja, ale nie, że będzie wysychać w błyskawicznym tempie (nigdy nie miałam wrażenia, że jest naprawdę świeże) i że skórka będzie tak twarda. Z ulgą powitałam chleby rzymskie, tam bowiem spędziliśmy ponad trzy dni po Toskanii.

Z podróży przywieźliśmy także prezenty spożywcze: nasza 10km wędrówka wokół Montauto prowadziła nie tylko przez gaje oliwne czy okolice opuszczonych kościołów, ale i bezpośrednio obok Fattorii San Donato, do której weszłam szukając kranu z wodą, a wyszłam z litrem lokalnej oliwy ;). Inną pamiątką, tym razem dla łasuchów, może być panforte, które leży na co drugiej wystawie sklepowej, a także… w sklepiku w zwiedzanym przez nas opactwie Sant ’Antimo. Była to wersja cytrusowa, którą kupiłam do bezpośredniego spożycia, kierowana ciekawością, jak to właściwie smakuje. W moim odczuciu to trochę bardziej sucha wersja Christmas cake, mająca też coś tam wspólnego z bakaliowym piernikiem – mnie smakowało ;). Opactwo swoją drogą też polecam, choćby ze względu na malownicze położenie (i zwierzęta, nie zawsze występujące w przyrodzie, zdobiące fasadę oraz kolumny wewnątrz kościoła).

Tyle wrażeń na szybko. Nie ukrywam, że nie zakochałam się w Toskanii i nie marzę o powrocie, niemniej warto choć raz zobaczyć te krajobrazy na własne oczy. Ciekawa jestem, jak odbiorę inny region Włoch, do którego trafię już za miesiąc…

* Nic nie mam do prania malowniczo zwisającego z okien, traktując je jako koloryt lokalny i w San Gimignano z ciekawością patrzyłam, co tego dnia się suszy vis a vis.

** To ta forma włoskiej kawy, jaka mi teraz najbardziej smakuje, skoro cappuccino już nie, jak wspominałam ;).

sobota, 03 marca 2018

Gdy się okazało, że przynajmniej trzy razy w tym roku będziemy w Rzymie, najpierw się ucieszyłam... a potem zaczęłam planować, co zjemy ;). Na pierwszy ogień zarezerwowałam kolacje-powroty: Armando al Pantheon (po 10 latach!) oraz Osteria 44, o której pisałam w 2012. Ten pierwszy lokal był wieczorem pełen, i trudno się dziwić, zważywszy na międzynarodową klientelę oraz to, że przypadkiem były to Walentynki. Jestem jednak zaskoczona, że w dzisiejszych czasach kuchnia, która jest maksymalnie domowa, tradycyjna a przy tym niefotogeniczna, cieszy się taką popularnością ;). Jedliśmy zapiekanego bakłażana (ja), karczocha z mozzarellą (M), ossobuco z groszkiem (M) oraz makaron z sosem pomidorowym z (małym) dodatkiem podrobów cielęcych (ja) + do tego dobre regionalne czerwone wino. Czy wróciłabym? Tak, ale może za jakiś czas. Co do Osterii, najbardziej ucieszyłam się ze spotkania Sergio, choć go nie poznaliśmy, dopóki się nie odezwał (6 lat temu nie miał brody ;). Spożywczo smakowała mi przystawka z zapiekanych ziemniaków z karczochami i boczkiem oraz toskańskie białe wino, polecone przez kelnera, z dań M dobra była jagnięcina z pistacjami, reszta poprawna; z ostateczną oceną kuchni wstrzymam się do kolejnej wizyty.


Kwestia lunchów czy też pranzo rozwiązała się bardzo prosto: gdy nasz kolega A. dowiedział się, że będziemy mieszkać koło dworca Termini, polecił nam Mercato Centrale; potem jeszcze przeczytałam o tamtejszej pizzy, i już wiadomo było, że musimy tam pójść. Ostatecznie poszliśmy trzy razy ;). Miejsce działa na zasadzie bardziej eleganckiej hali restauracyjnej, trochę zbliżonej do stołecznych Koszyków, acz mocniej kompaktowej i mimo wszystko w dużym stopniu obsługującej pasażerów dworca i/lub stacji metra (przeciskając się między stolikami i stoiskami trzeba uważać na walizki). Pomimo dużego ruchu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miejsc, choć na zasadzie dosiadania się do częściowo zajętego stolika. Jedliśmy owoce morza (grillowaną ośmiornicę i kalmary), przygotowane na świeżo, szybko i najprościej jak się da, podane z warzywami, i pizzę od słynnego (podobno, np. wg tego artykułu) Pietro Daniele Seu – smaczną, choć przekonałam się, że neapolitańska (chrupkie brzegi, miękki środek) to jednak nie mój nr 1. Piliśmy także zaskakująco smaczny, biorąc pod uwagę kolor i etykietę „detoks” (wrrr) sok z jabłek, kiwi i imbiru ze stoiska wege (za nami stał Indus, który prosił o „coś pikantnego” ;), oraz zrobiliśmy drobne zakupy. Właściwie to ja chciałam kupić kawałek sera a M miał nabyć espresso vis a vis, co skończyło się kupieniem sera, kawałka dojrzewającej wędliny i wypiciem zimnego espresso (a salami tylko dlatego nie wzięłam, że okazałam stanowczość plus nie przepadam za tą wędliną): innymi słowy, zaopiekował się mną sprzedawca (kierownik stoiska?). Pan ten poza podsuwaniem różnych kąsków i pytaniem, w jakim języku ma się ze mną porozumieć (sugerował sporo opcji ;), zapakował wędlinę próżniowo do samolotu. Oczywiście chętnie tam wrócę. Z innych napojów, niż wymienione powyżej, Mercato oferuje także stoisko z winem, także na kieliszki, oraz piwem, którego też kosztowaliśmy. Polecam, zwłaszcza jeśli będziecie w okolicy (choć Termini to chyba najlepiej skomunikowane miejsce w Rzymie).


Drążąc temat pizzy, w dniu wyjazdu (po dłuższym spacerze po cmentarzu Campo Verano – polecam, jeśli nie unikacie nekropolii) trafiliśmy do znanego Forno przy Campo di Fiori. Podaje się tam pizzę tzw. rzymską, czyli cienką i chrupką, sprzedawaną na kawałki. Pizza wychodzi z pieca (tzn. przy nas wyszła margherita, bianca już leżała za ladą), klient mówi, co i ile chce (pokazując palcami), sprzedawczyni kraja, składa na pół jak kanapkę, podaje, kieruje do kasy. W głębi sklepu można kupić pieczywo. Jest to fajna opcja na szybką przekąskę, ale na konkretniejszy posiłek chętnie poszukam pizzy romana z większą liczbą np. warzywnych dodatków.


Kolejnego wieczoru (piątkowego – brak obowiązków służbowych następnego dnia) wybraliśmy się w głąb dzielnicy Monti, do winiarni Ai tre scalini, i to jest miejsce, do którego na pewno chcę wrócić. Uwaga: podobno można zarezerwować telefonicznie stolik, mnie się nie udało jednak tam dodzwonić, natomiast lokal jest otwarty od 12 do nocy i bardzo popularny. Przychodząc o mało popularnej porze typu 17-18 pewnie znajdziecie miejsce (choć możliwe, że – jak my – wylądujecie przy barze), później może być jednak trudniej, a ok. 21 raczej nastawcie się na przeciskanie przez tłum i wołanie do kelnera o kieliszek wina ;). Nam udało się też zamówić jedzenie: suszone mięso (coppiette), oliwki i łubin jako przekąski; klopsy w sosie pomidorowym, caponatę, dorsza z ciecierzycą (na zdjęciu poniżej; jak się doczytałam przypadkiem u Rachel Roddy, tradycyjne danie piątkowe, bo rybne) i pieczywo. Do tego dobre czerwone wino na kieliszki: negroamaro, amarone i refosco, tylko trzy z bogatej listy na tablicy. Do rachunku jeszcze pojawiło się limoncello… no cóż, trzeba było porównać z domowym ;).


Z innych atrakcji dzielnicy Monti polecam APT na autorskie koktajle (próbowaliśmy trzech i wszystkie były smaczne) przygotowane przez b. sympatyczną obsługę, choć uprzedzam, że lokal mieści się w piwnicy, co nie każdemu musi pasować (było dość ciepło i pogoda sucha, ale zapach jest charakterystyczny dla tego typu pomieszczeń).

Skutkiem ubocznym wyjazdu było odkrycie, że... już niespecjalnie lubię włoskie cappuccino. Jest go trochę za dużo, mleko jest za mocno spienione, całość jest za słaba. Najlepsze było, o dziwo, to wypite na dworcu na stoisku Lavazza, vis a vis peronu z pociągiem Leonardo (tzn. na lotnisko). Na szczęście espresso, zwłaszcza to w miejscach zapyziałych, jest wciąż bardzo dobre. Raz też wybraliśmy się względnie chłodnym rankiem do „ambitnego” Faro (jeśli ktoś szuka dzbanków ze sznurkiem i innych piątych fal, to tam) na flat white. Szkoda, że kawy może i są w stylu z antypodów, ale już śniadania nie: lubię słodkie wypieki, wiadomo, ale zaczynanie dnia tylko od ciasta listkującego, w wersji luks – z jakimś nadzieniem, jakoś mnie nie przekonuje. Jednak nie jestem łasuchem (i nie, marizotto, czyli brioszka z kremem, nie jest alternatywą ;) - chyba już wolę croissanta, bo mimo wszystko mniej deserowy). Jak już mówimy o deserach, waniliowe cannoli (patrz pierwsze zdjęcie) wciąż jadalne ;).

Ciąg dalszy nastąpi wiosną (kalendarzową ;).

czwartek, 18 maja 2017

Do tego, co dobre, człowiek się błyskawicznie przyzwyczaja. Mam tu akurat na myśli domowy makaron ;). Od kiedy uznałam, że zrobienie go to żaden problem, M lubi wałkować, szczęśliwych jaj nam nie brakuje – prawie w ogóle nie jemy kupnego, choć awaryjna paczka leży w szafce. Dodam, że nie suszymy na zapas, tylko ½ porcji jemy od razu, druga ½ leży przez kilka dni w lodówce (poza tym, że lekko ciemnieje, nic jej się nie dzieje, nie ma dyżuru przy maszynce, kłopotu z suszeniem – „znowu mi się skleiło” - i przechowywaniem – „jak ja mam to wsadzić do tego słoja”, ew. „co ci się to tak połamało”). I właśnie ok. 1/5 porcji tego ciasta użyłam do zrobienia dwóch (tak, słownie dwóch) ravioli con uovo, tj. wielkich pierożków z ciasta makaronowego, z żółtkiem i serem w środku (a wcześniej przeczytałam ileś tam przepisów w internecie, które zasadniczo wszystkie powtarzały te same składniki). Dodam, że nigdy tego dania wcześniej nie jadłam, intrygowała mnie jednak technika (dużo łatwiejsza, niż sądziłam!), poza tym przy takich składnikach – co może źle smakować? No, chyba, że ktoś nie jada płynnego żółtka :D

Wyszłam z założenia, że jedno duże raviolo na osobę = przystawka, jestem jednak w stanie sobie wyobrazić zjedzenie maksymalnie trzech na główny posiłek, z dużą ilością jakieś zieleniny jako dodatek. Uwaga, użyłam zwykłego twarogu, i od biedy może być, jednak mimo wszystko lepiej sprawdzi się ricotta – jest łagodniejsza, delikatniejsza i przede wszystkim, się nie warzy.

Składniki (2 sztuki):

  • 1/5 ciasta makaronowego z tego przepisu
  • 2 żółtka
  • 50-60g ricotty
  • garść czosnku niedźwiedziego (lub sezonowych ziół)
  • łyżeczka parmezanu
  • sól do smaku
  • Do podania:
  • 2-3 łyżki stopionego, zrumienionego masła

Przygotować ciasto zgodnie z przepisem, dać mu odpocząć. Ricottę rozetrzeć w misce, wymieszać z parmezanem. 2/3 czosnku niedźwiedziego drobno posiekać, dodać do sera, całość doprawić do smaku solą (powinien być dość wyrazisty). Nastawić wodę do gotowania jak na makaron, można też zacząć pomału stapiać masło. 1/5 ciasta makaronowego cienko rozwałkować na prostokąt. Ser podzielić na pół, ułożyć w odstępie ok. 10 cm na połowie ciasta, w każdej kupce zrobić głęboki dołek o średnicy przeciętnego żółtka. Żółta oddzielić od białek i delikatnie umieścić w dołkach (patrz zdjęcie), zakryć delikatnie pozostałą ½ ciasta. Wykroić ravioli – planowałam użyć okrągłej wykrawaczki, ponieważ okazała się za mała, wykroiłam krążki nożem do pizzy. Gotować ok. 4 minuty w osolonym wrzątku, w międzyczasie posiekać pozostały czosnek. Ravioli delikatnie wyławiać z garnku szumówką, podawać od razu, polane zrumienionym masłem i posypane czosnkiem niedźwiedzim.

Zapisz

sobota, 31 grudnia 2016

Nie narzekam na pogodę, lubię każdą porę roku. Nie rusza mnie zmiana czasu z letniego na zimowy. Na zdania typu: „Jest z każdym dniem coraz dłużej jaśniej!” reaguję zaskoczeniem, bo nie mam problemu z szybkim zmierzchem – w przeciwieństwie do mrocznych poranków, które są owszem, trudne. Ciemno, sennie i trudno się do pewnych rzeczy zmobilizować (np. pełnego przebudzenia, nie mówiąc o porannej aktywności). Plus jakby to ująć… nie będę tęsknić za mijającym dziś rokiem, zwłaszcza z jego drugą połową.

Mobilizacja dotyczy też pisania na blogu. Zalega mi od dłuższego czasu kilka przepisów, zdjęcia leżą w folderze (i na moim sumieniu), ale ponieważ wymagają napisania może ciut więcej, niż dwa zdania, sobie dalej leżą. Koniec roku wydaje się dobrym momentem, żeby jeden z nich ruszyć – zwłaszcza, że tradycyjnie na zabawę sylwestrową się nie wybieram. A kto wie, może akurat macie pod ręką cielęcinę na noworoczny obiad…?

Pierwszy raz ossobuco milanese wg Anny del Conte robił M, kilka lat temu, ja do przepisu wróciłam latem (stąd zdjęcie gotowej potrawy) i ponowiłam go jesienią (zasadniczo „biblia” włoska się teraz otwiera na tym przepisie). Długo gotowane mięso z kością, sos doprawiony masłem, zioła i cytrusy – same, jak dla mnie, zalety. Ossobuco towarzyszyło równie klasyczne risotto milanese, z szafranem oraz na czerwonym (!) winie. Robiąc późnojesienny replay zastąpiłam czerwone wino białym – czyli nietradycyjnie a bardziej standardowo dla risotto – i też wyszło dobrze. W gruncie rzeczy zestaw jest bardziej zimowy, niż letni – nie podałabym go w upalny dzień - ale z tego co pamiętam, miniony lipiec jakoś nas bardzo nie rozpieszczał także temperaturami i coś rozgrzewającego a konkretnego było jak znalazł. Tym bardziej teraz.

Składniki (3 porcje):

  • 1kg (ok. 3 giczek) cielęciny ciętej na ossobuco
  • mąka do obtoczenia mięsa, sól, pieprz
  • 1 mała, drobno pokrojona cebula
  • 1 mała łodyga selera naciowego, drobno pokrojona (można zastąpić garścią lubczyku)
  • 2 łyżki oliwy
  • ok. 3 łyżek masła
  • 150-300ml (patrz uwagi) dobrego bulionu
  • 150ml białego wina (można zastąpić przynajmniej częściowo dodatkowym bulionem lub wodą)
  • Do podania:
  • skórka starta z ½ cytryny
  • ½ zmiażdżonego ząbka czosnku
  • 2 łyżki (lub trochę więcej… kto to sprawdzi ;) posiekanej natki pietruszki

Zacząć od przygotowania mięsa: każdy kawałek obwiązać sznurkiem wędliniarskim jak paczkę w stylu retro (patrz zdjęcie), następnie lekko obtoczyć w paru łyżkach mąki wymieszanej z łyżeczką soli. Oprószyć każdą giczkę pieprzem.

Rozgrzać oliwę w dużym, szerokim garnku (najlepiej żeliwnym) – mięso powinno się zmieścić ciasno w jednej warstwie. Obsmażyć giczki z obu stron, wyjąć z garnka i odłożyć na bok.

Rozgrzać w garnku 2 łyżki masła, przesmażyć krótko cebulę i selera na średnim ogniu. Oprószyć lekko solą i gotować jeszcze kilka minut, aż warzywa zmiękną. Dodać obsmażone mięso i wino, gotować na mocnym ogniu, aż płyn odparuje o połowę. Wlać 150-200ml bulionu, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem do ok. 2h, aż mięso będzie samo odchodzić od kości; co ok. 20-30 minut warto zamieszać potrawę, obracając mięso, uważając, by nie uszkodzić (cennego!) szpiku. Jeśli to będzie konieczne, podlać dodatkowym bulionem.

Pod koniec gotowania sprawdzić doprawienie sosu. Osobno wymieszać skórkę cytrynową z natką i czosnkiem, odstawić na bok. Wyjąć mięso na podgrzany talerz, ściągnąć sznurek i przykryć (lub np. włożyć do ciepła resztkowego piekarnika), następnie odparować sos, jeśli wydawałby się bardzo rzadki i dodać pozostałą łyżkę masła, pokrojoną na kilka plasterków. Dokładnie wymieszać i zdjąć z ognia, jak tylko masło się rozpuści. Wmieszać w gorący sos natkę cytrynowo-czosnkową, odstawić na chwilę i podawać na mięsie.

Uwaga, w risotto należało użyć posiekanego szpiku wołowego. Z braku (dość oczywistego) musiałam pokombinować.

Risotto:

  • 500ml dobrego bulionu
  • ½ małej cebuli, bardzo drobno posiekanej
  • łyżka tłuszczu gęsiego/kaczego
  • 2,5 łyżki masła
  • ¾ szklanki ryżu arborio
  • ok. 80ml czerwonego (lub białego…) wina
  • ¼ łyżeczki szafranu roztartego w moździerzu i namoczonego w 1-2 łyżkach bulionu jw.
  • sól, pieprz
  • ok. 4 łyżek startego parmezanu

Podgrzać bulion. Rozpuścić w rondlu tłuszcz kaczy i większość masła, dodać cebulę i zeszklić na średnim ogniu. Dodać ryż, wymieszać dokładnie z tłuszczem i cebulą, wlać wino i gotować chwilę, stale mieszając, następnie wlać ¼ bulionu. Gotować na średnim ogniu, często mieszając, aż prawie cały płyn zostanie wchłonięty, wówczas wlać kolejną porcję bulionu i gotować jw. Po ok. 10 minutach dodać namoczony szafran. Pod koniec gotowania, gdy cały bulion zostanie zużyty, ryż będzie miękki - ale nie rozgotowany – doprawić danie do smaku. Gdyby po wlaniu bulionu ryż wciąż wydawał się zbyt al dente, dodać trochę gorącej wody i dalej gotować.

Do gotowego risotto dodać pozostałe masło i 2-3 łyżki parmezanu, wymieszać, zdjęć z ognia i odstawić na chwilę pod przykryciem. Zamieszać dokładnie przed podaniem jako dodatek do ossobuco, dodatkowy ser stawiając na stół do użycia według uznania.

PS. Ufff. Udało się. Za 3 godziny 2017: oby był lepszy od 2016. A przynajmniej nie gorszy.

Zapisz

wtorek, 03 maja 2016

Pierwszą panna cottę jadłam podczas słynnego pierwszego wyjazdu na narty (kiedy zjedliśmy dużo nowych rzeczy, choć niekoniecznie nam one wówczas smakowały – do trufli musieliśmy ponad 10 lat jeszcze dojrzeć ;). Wyjątkowo obfite kolacje zawsze kończyły się jakimś skromnym deserem, przy czym wyboru dużego nie było: czasem były te owoce, czasem mus czekoladowy, a ze dwa razy panna cotta. Łysa, tj. śmietankowa bez żadnych dodatków, i jak teraz na to patrzę, bardzo mocno ścięta (za dużo żelatyny?). Z jakiegoś powodu i ja, i M po około dwóch łyżeczkach deseru mieliśmy dość (i nie była to kwestia przejedzenia, bo jestem pewna, że z tiramisu bym sobie poradziła ;). Tamto doświadczenie ukształtowało moje podejście do panna cotty, bo choć nigdy jej z własnej i nieprzymuszonej woli nie zamówiłam w restauracji, pojawiała się np. w menu degustacyjnych, albo „w gościach”. I choć bywała np. czymś aromatyzowana, nie przypominam sobie dodatku owoców lub sosu, i przeważnie było jej (dla mnie) za dużo. Jedyna, która mi smakowała, była wyjątkowo nietypowa, bo wytrawna ;) i urozmaicona.

Ponieważ jednak jestem a/jak wiadomo, uparta, b/same składniki deseru lubię, problemem jest tylko ta nuda na talerzu, c/ ufam Nigelowi Slaterowi – w końcu dzięki niemu wiem, że clafoutis da się lubić ;), a doczytałam się, że u niego, że clou m.in. w tym, żeby za mocno całości nie zżelować (idealnie to zjeść deser jeszcze tego samego dnia, np. wieczorem czy po upływie ok. 5h chłodzenia) i… trzeba było spróbować. Pierwsza wersja była pomarańczowa, wypadkowa wskazówek Nigela z sosem kreatywnym, i choć bardzo smaczna, niepokojąc się, żeby deser za mocno się nie ściął, wydałam go do jedzenia jednak za wcześnie. W skrócie, ścięty był tylko połowicznie ;). Do testów wróciłam, gdy zaczął się różowy sezon. Co ciekawe, Nigel do panna cotty z pieczonym rabarbarem używa mieszanki mleka, śmietanki i crème fraîche, produktu, który jak wiadomo, w Polsce występuje tylko jako import delikatesowy (czyt. nie występuje). Doczytałam się jednak, jak zrobić substytut, i taką zakwaszoną śmietankę wykorzystałam. Można jednak albo dać samą kremówkę (choć efekt będzie trochę inny) lub użyć gęstej śmietanki 36% (którą osobiście rzadko widuję w sklepach, ale to może kwestia lokalna).

A więc jak zrobić substytut crème fraîche? Należy wymieszać szklankę kremówki z 2 łyżkami maślanki i odstawić na dobę (lub trochę krócej, kilkanaście h może wystarczyć) w temperaturze pokojowej. Po tym czasie będziecie mieli gęstą, kremową a niewarzącą się kwaśną śmietanę. Ja jej właśnie użyłam do tego deseru.

Składniki (za TYM przepisem, u mnie przeliczone na 2-3 porcje, jak poniżej):

  • 100ml pełnego mleka
  • 100ml kremówki
  • ½ laski cynamonu
  • hojna szczypta mielonej wanilii
  • 100ml crème fraîche (lub zamienniki, patrz uwagi ^^)
  • 1,5 listka żelatyny (trochę ponad 3g)
  • 1,5 łyżki cukru pudru

Wymieszać mleko w rondelku z kremówką i wanilią, dodać cynamon i całość mocno podgrzać – zdjąć z ognia tuż zanim się zagotuje. Wmieszać crème fraîche, najlepiej za pomocą trzepaczki, żeby się równomiernie połączyła z pozostałymi składnikami. Przykryć naczynie i odstawić na 15 min. Namoczyć żelatynę w zimnej wodzie przez ok. 5 minut, aż zmięknie. Dodać razem z cukrem pudrem do rondelka i bardzo dokładnie wymieszać (znów najlepiej użyć trzepaczki), przy okazji wyłowić cynamon (Nigel sugerował przecedzenie całości przez sitko, ale moim zdaniem masa jest na to za gęsta). Przelać do 2-3 niewielkich miseczek, wystudzić na blacie, następnie schłodzić w lodówce 4-5 h (lub aż masa się zetnie). Przed podaniem delikatnie umieścić dno każdej miski w ciepłej wodzie i ew. obkroić brzegi nożem, przykryć talerzykiem i odwrócić miseczkę do góry nogami, po czym panna cotta powinna znaleźć się na talerzu. Podawać z pieczonym rabarbarem, na który potrzeba:

  • 200g rabarbaru, możliwie różowego
  • 1,5 łyżki miodu
  • ½ pomarańczy
  • ½ laski cynamonu
  • gwiazdka anyżu

Rabarbar pokroić na ok. 10cm kawałki. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, polać miodem i sokiem wyciśniętym z pomarańczy (wyciśnięty owoc też dodać do naczynia; opcjonalnie można wcześniej zetrzeć skórkę i rozrzucić ją na rabarbarze). Dodać korzenie, przykryć całość folią i piec ok. 30 minut w 160 st. C. Rabarbar powinien być miękki, ale nie rozpadający się. Wystudzić, usunąć pomarańczę. Podawać z panna cottą (a resztki są oczywiście wspaniałe np. na śniadanie z jogurtem.

Tym razem deser schładzał się prawie dobę przed jedzeniem, ale wbrew moim obawom nie stężał za bardzo i pozostał lekko miękki. Dzięki miodowo-korzennemu rabarbarowi nie ma śmietankowej nudy ;). W takim wydaniu się polubiliśmy.

Zapisz

niedziela, 23 sierpnia 2015

Pizza z ziemniakami chodziła za mną od dawna, co najmniej od dawnych, przedblogowych czasów Galerii Potraw. W Rzymie nie udało się planu zrealizować (frytki w moim odczuciu się nie liczą ;), ale w końcu M, który odpowiada u nas za produkcję pizzy, dał się namówić. Poszliśmy w opcję pizza bianca, bez sosu pomidorowego, z nieco luźniejszego (i później trochę grubiej rozwałkowanego) ciasta. Wersji minimum, choć smacznej, trochę czegoś (umami?) brakowało, i na drugą upieczoną połowę dołożyliśmy parę sardeli (dlatego na zdjęciach widać wersję i przed, i po). Ponieważ to okazało się kropką nad i, sugeruję anchois dodać albo od razu (ale pod ziemniaki, żeby się nie spaliły), albo najlepiej dorzucić na wierzch minutę przed końcem pieczenia.

Składniki:

  • ciasto na pizzę (z tego przepisu), wody o 1-2 łyżki więcej, żeby ciasto było bardziej luźne
  • 1 duży ziemniak (pokrojony na plastry ok. 3mm),
  • 2 ząbki czosnku,
  • oregano (świeże - niewielka garść; suszone - ok 1/2 łyżki),
  • oliwa,
  • kulka mozzarelli,
  • kilkanaście filecików anchois (sardeli)

Piekarnik z kamieniem do pieczenia nagrzać do maksymalnej temperatury co najmniej godzinę przed pieczeniem (a jeśli ktoś ma piec chlebowy, to sam wie, co robić ;). Wyrośnięte ciasto rozwałkować kilka mm grubiej, niż normalnie. Skropić oliwą, rozłożyć równomiernie anchois (jeśli wchodzą od razu do środka, patrz uwagi powyżej), na to rozłożyć ziemniaki, czosnek, oregano i ser pokrojony w plastry, całość jeszcze raz skropić oliwą. Piec ok. 10-12 minut; w opcji z dokładaniem sardeli pod koniec pieczenia dorzucić je na wierzch ok. minutę przed wyciągnięciem pizzy z pieca.

sobota, 27 czerwca 2015

Od dawna makaron domowy robiliśmy według jednego przepisu (tzn. TEGO), zmieniając tylko ewentualnie mąki. Najczęściej używałam mieszanki uniwersalnej lub tortowej pszennej z tzw. kaszką makaronową. Ostatnio jednak M oznajmił, że taka wersja jest zbyt delikatna. Zaproponowałam, żeby użyć mieszanki mąki pszennej z semoliną - i na tym ostatecznie się skończyło, jednak wcześniej M znalazł także inny przepis bazowy (na portalu Serious Eats). Powiem szczerze, że podziwiam zapał do eksperymentowania i cierpliwość autorki (mnie by się szybko skończyła) - polecam zajrzenie do linku choćby dla zdjęć porównawczych. Makaron z ostatecznie opracowanego przez nią przepisu jest smaczny i bardziej treściwy (choć, jak napisałam powyżej, w naszym makaronie jest ponadto dodatek semoliny). Minusem jest to, że wymaga większej liczby jaj/żółtek niż metoda 100g mąki = 1 jajo, ale coś za coś...

Przy okazji testów (łącznie 3 razy) sprawdziliśmy, że jednak grubiej wałkowany makaron (3 ustawienie od końca w maszynce) nam bardziej smakuje. Po właściwym wysuszeniu (wreszcie w miarę opanowaliśmy sztukę suszenia w gniazdach, bo wcześniej różnie z tym bywało...) dobrze się przechowuje w temp. pokojowej.

Składniki (zasadniczo za tym przepisem):

  • 150g mąki pszennej uniwersalnej/tortowej
  • 150g semoliny
  • 2 duże jaja
  • 4 duże żółtka
  • łyżeczka soli

Wymieszać mąki i sól w misce, zrobić na środku dołek, wbić jaja i żółtka. Wyrabiać ciasto mikserem z hakiem (polecam), ew. ręcznie, aż całość będzie elastyczna, gładka, dość twarda. Ciasto lekko omączyć, owinąć folią, odstawić by odpoczęło w temperaturze pokojowej co najmniej 30 minut.

Kawałki ciasta lekko rozpłaszczać wałkiem i kilka razy przepuścić przez pierwsze ustawienie maszynki do makaronu, składając za każdym razem jak list (ew. wykonać tą czynność ręcznie). Wałkować na dalszych ustawieniach maszynki (u nas do 7 z 9), ciąć na np. tagliatelle. Powstały makaron zwinąć w gniazdko, dokładnie omączyć, lekko otrzepać, ponownie uformować w gniazdko (jak np. na zdjęciu powyżej) i odłożyć np. na blaszkę do wysuszenia. Blaszkę umieścić w ciepłym i suchym miejscu (jeśli pogoda i temperatura nie sprzyja, można wykorzystać np. ciepło resztkowe piekarnika). Podczas suszenia regularnie (i delikatnie) gniazdka przewracać, żeby się nie zlepiły (co pozostawione same sobie zapewniam, że zrobią). Wysuszone gniazdka przełożyć do np. szczelnego worka strunowego lub pojemnika i przechowywać w suchym miejscu.

A gdy już mamy ten makaron, można zjeść na obiad minimalistyczne danie. Z bobem. Takim, jak rok temu, tylko jeszcze oszczędniej: tylko bób, boczek, oregano w ramach ziół, a z przypraw tylko sól i (dość obficie) pieprz. Po co więcej?

niedziela, 17 maja 2015

Wygląda na to, że nie spieszyłam się ze szparagami na blogu w tym roku. Pewnie są tacy czytelnicy, którzy już patrzeć na nie nie mogą ;). Wciąż zwlekam z próbą oswojenia białych (więc nie wiem, czy ta próba w ogóle w tym roku nastąpi...), a zielone były na razie na trzy sposoby: w omlecie, z sosem z tuńczyka i w lasagne.

Jeśli chodzi o ten sos: myślałam sobie o vitello tonnato, zimnej przystawce z cielęciny w sosie tuńczykowym, za którą przepadam, choć dawno nie miałam okazji kosztować. Wpadłam na pomysł podania w ten sposób pieczonych szparagów i sądząc, że jestem bardzo odkrywcza... do czasu, gdy mi uświadomiono, że nihil novi, bo choćby znajome blogerki (Thiessa i Anoushka) już wieki temu prezentowały tak przyrządzoną cukinię ;).

Sos do vitello tonnato przeważnie przygotowuje się z dodatkiem majonezu, którego zasadniczo nie miewam w domu (jeśli jem, to tylko domowy), użyłam więc zamienników, o których niżej.

Składniki:

  • 3-4 pęczki szparagów

Sos:

  • puszka tuńczyka w sosie własnym (dobrze osączona)
  • 2 kopiaste łyżki gęstego jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki jw. śmietany 18%
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, pieprz, sok z cytryny do smaku
  • do dekoracji: kapary lub posiekane sardele (anchois)

Szparagi upiec (jak w tym przepisie, tylko pominąć posypanie serem do podania). Gdy siedzą w piekarniku, zmiksować w malakserze wszystkie składniki sosu, poza elementami dekoracji, doprawić do smaku. Podawać gorące upieczone szparagi z zimnym sosem, udekorowane niewielką ilością kaparów lub anchois.

Do tego niewielka ilość pieczonych ziemniaków lub świeże pieczywo i obiad gotowy.

Lasagne przygotowałam analogicznie do tej z cukinii, używając jako farszu warzywnego ok. 1,5 pęczka szparagów krótko obgotowanych (ok. 4 minut) i przekrojonych na 1/2 wzdłuż; z sera użyłam tylko parmezanu do posypywania warstw szparagów. Parę szparagów umieściłam także w warstwie wierzchniej, do zapieczenia na sosie. Smaczne, stosunkowo lekkie i kolorowe, a to dla mnie zawsze plus ;).

czwartek, 24 lipca 2014

Rukola jest chwastem. W sumie o tym wiem, ale w zeszłym roku dałam jej przerosnąć i niestety ostatecznie za mało wykorzystałam. W tym roku czujnie obrywam kwiaty (i liście...), a rukola wciąż utrzymuje się na poziomie krzaczka.

Zastanawiałam się, co z nią zrobić, i nie wiem, czemu tak długo mi zajęło, że "przecież pesto". Przecież, bo właśnie dziką rukolę zrywała autorka Ripe for the picking randki z włoskim szefem kuchni (o czym pisałam dawno temu). We właściwym kierunku popchnęła mnie Ania z Polskiego South Beach.

Pesto z samej rukoli zaskakująco mi smakuje: jest pikantne, z lekką nutą goryczki. Poza wymieszaniem z makaronem, świetnie sprawdza się jako dip. Można też jeść jako smarowidło do chleba. Proporcje składników – orientacyjne.


Do malaksera lub dużego moździerza wrzucić:

  • dwie duże garści rukoli
  • ok. 4-5 łyżek pestek słonecznika
  • 1 duży ząbek czosnku
  • ok. 3-4 łyżek oliwy
  • sok z ½ cytryny, lub do smaku
  • 1-2 łyżki startego parmezanu
  • hojną szczyptę soli
Całość utrzeć na gładko, sprawdzić doprawienie, ew. stosownie zagęścić lub rozrzedzić. Przechowywać w lodówce (do kilku dni). Uwaga: czosnek z czasem będzie mocniej wyczuwalny.

Inne pesto, jakie były na blogu:

- z czosnku niedźwiedziego #1 i #2 (z dodatkiem lubczyku)

- z bazylii

- „przegląd ogródka”

- m.in. z liści rzodkiewki, pietruszki i ogórecznika

A cd. pewnie nastąpi ;).

piątek, 09 maja 2014

Jest takie angielskie powiedzenie take something for granted, które się trudno tłumaczy. Chodzi o uważanie czegoś za oczywiste i (w domyśle) tego nie doceniać. Mam wrażenie, że często tak podchodzimy do tego, co proste, zwykłe, „jak zawsze” i orientujemy się, że nam tego brakuje, dopiero, gdy zabraknie. W sferze jedzenia też tak jest (bo inaczej skąd by się wzięły emigranckie marzenia o ogórkach kiszonych, chlebie czy twarogu?).

Do podobnych refleksji skłoniła mnie trochę lektura książki Ani-Truskawki, która jest lekturą bardziej wspomnieniową, niż kulinarną (choć nie należy być głodnym czytając ;). Zapach truskawek polecam nie tylko fanom jej bloga: każdy, kto lubi rodzinne opowieści, trochę nostalgii, wspomnienia z dzieciństwa itd., odnajdzie coś dla siebie. Ania sporo pisze o przepisach rodzinnych, i może dlatego zrobiłam surówkę buraczaną mojej Mamy, o której wcześniej myślałam, że nie warto mówić czy pisać, bo na pewno każdy to zna (nie to, co „egzotyczną” ;) duszoną botwinkę-jarzynkę ;). A może jednak nie każdy, bo np. u M w domu się takiej nie jada, i to co proste nie zawsze jest oczywiste, a czasem zapomniane?

Składniki:

  • 2-3 buraki, upieczone w folii najlepiej „przy okazji” (czyt. przy okazji pieczenia chleba, ciasta, itd.) i wystudzone
  • 2 ogórki kiszone
  • ½ małej cebuli, najlepiej czerwonej (można też użyć dymki)
  • sok z cytryny, sól, pieprz, łagodna oliwa
  • opcjonalnie: chrzan (świeżo starty, ew. ze słoika)

Cebulę drobno posiekać, obficie skropić sokiem z cytryny, odstawić na bok. Buraki obrać, pokroić w kostkę razem z ogórkami, wymieszać z cebulą. Całość skropić oliwą, doprawić do smaku solą, pieprzem i opcjonalnie chrzanem. Odstawić na co najmniej 10 minut w temperaturze pokojowej (a najlepiej chociaż 30 minut) i sprawdzić doprawienie tuż przed podaniem.

Taka surówka pasuje wg mnie właściwie do wszystkiego; tu jedliśmy ze stekami i ziemniakami z grilla, z sosem ze świeżego chrzanu (startego i zmieszanego ze śmietaną - można użyć też gęstego jogurtu).

Z cyklu innych „zapomnianych dań” - kiedyś zawsze we włoskich restauracjach, nieważne czy w Polsce czy zagranicą, zamawiałam szpinak jako dodatek. Sparzony lub krótko duszony, liściasty, podany na zimno, czasem z dodatkiem rodzynek i czosnku. A potem... o nim zapomniałam. 

Składniki (podaję bez ilości, tylko proporcje - warto tylko pamiętać, że szpinak się kurczy jak szalony):

  • szpinak w liściach, najlepiej młody, co najmniej dwie hojne garści na osoby
  • czosnek
  • oliwa, sól, pieprz, dobry ocet balsamiczny
  • opcjonalnie: wcześniej namoczone rodzynki

Szpinak umyć i zblanszować (czyt. przelać wrzątkiem). Starszym liściom można oderwać duże łodygi. Lekko przestudzić, odcisnąć płyn. Wymieszać z posiekanym czosnkiem (ilość wg uznania), skropić oliwą i bardzo delikatnie octem, lekko doprawić do smaku (nie przesadzać z przyprawami, zwłaszcza z solą), ew. dodać niewielką ilość rodzynek. Zupełnie wystudzić (ale w temp. pokojowej) przed podaniem.

Po trzecie: białe szparagi. Pewnie nigdy ich naprawdę nie polubię, a przynajmniej nie tak jak zielone, ale odkryłam na nie metodę. Po prostu: po odłamaniu końców lekko potraktować obieraczką do jarzyn i upiec dokładnie tak, jak zielone. Jeść z sosem lub posypane parmezanem, jak na zdjęciu.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna