O wałówce na drogę pisałam parokrotnie, ostatni raz - półtora roku temu. Niedawno znów ruszyliśmy w dłuższą podróż samochodem, a oto co nam towarzyszyło...
Po pierwsze: pieczone kacze uda. Zainspirowane przepisem na confit z The French Market (Harris i Warde), ale użyłam mniej tłuszczu.
Składniki: dwa kacze uda, sól, pieprz, suszony majeranek, 2 łyżki kaczego tłuszczu (zachowanego z innego pieczenia)
Uda umyć, dobrze osuszyć, natrzeć solą, pieprzem i suszonym majerankiem (na oko). Nakryć, zostawić na noc w lodówce (np. od razu w naczyniu żaroodpornym). Następnego dnia doprowadzić do temperatury pokojowej, posmarować każde udko łyżką tłuszczu kaczego, piec ok. 1,5 h w 160 st. C (aż mięso będzie miękkie). Jeść od razu lub osączyć z tłuszczu i wystudzić do konsumpcji na zimno.
Po drugie: sałatka ziemniaczana.
Składniki: ok. 6-7 średnich ziemniaków, ugotowanych lub upieczonych w piekarniku (np. w tym samym czasie, co ww. kaczka), 4 duże pieczarki, ok. 1/2-1/3 małego pora, 2 łyżki natki pietruszki, sól, pieprz, sok z cytryny, słodka papryka, 1 łyżka majonezu
Ciepłe ziemniaki, pokrojone w grubą kostkę lub plastry, wymieszać z surowymi pieczarkami w plasterkach i porem (pokrojonym jw.) oraz natką, dodać sól/pieprz, odstawić. Jak przestygnie doprawić do smaku cytryną, papryką słodką (u mnie większa szczypta), dodać łyżkę majonezu. Sprawdzić doprawienie, wystudzić przed jedzeniem.
Po trzecie: krakersy z ciasta maślankowego, takie jak kiedyś prezentowałam, ale tym razem użyłam resztek ciasta kruchego, które po rozwałkowaniu (cienko!) pocięłam jak na łazanki i do posypki (poza solą - kumin, suszone pomidory, zioła) niczym nie smarowałam. Poza tym wszystko jak we wcześniejszym przepisie.
Czy coś z tego zabralibyście jako prowiant :)?
PS. A co do celu podróży... Takie wczoraj widziałam widoki:
Szkolne wakacje się skończyły, ale przecież jeszcze trwa kalendarzowe lato. W dzień niekiedy ostre słońce, wieczorem i rano - rześki chłód. Wciąż są pyszne pomidory i cukinie, zaczyna się sezon na paprykę i pomału na dynie. Aż się prosi, by jadać warzywa grillowane lub pieczone, z dodatkiem świeżego pieczywa. Do tego warto mieć coś do smarowania lub maczania, pochodzącego z szeroko rozumianej kuchni śródziemnomorskiej. Na przykład...
Rouille
Tradycyjnie sos do bouillabaisse, słynnej zupy rybnej z Marsylii (ale jadłam też pyszne "bouillabaisse z Morza Północnego" w Brugii). U nas też był zrobiony do zupy rybnej, ale sporo go zostało do wykorzystania inaczej - z czym nie było najmniejszych problemów, bo rouille jest pyszne i świetnie nadaje się jako dip, sos kanapkowy lub dodatek do wielu dań. Przepis za Julią Child.
Składniki: 30g czerwonej papryki, gotowanej kilka minut w osolonej wodzie i odcedzonej, 1 mała* papryczka chilli, ugotowana do miękkości (lub parę kropli Tabasco), 1 średni, ugotowany ziemniak (można ew. zastąpić 1-2 kromkami białego pieczywa), 4 ząbki czosnku, rozdrobnione, łyżeczka tymianku/cząbru (Julia nie precyzuje, czy świeżego, czy suszonego, u nas był świeży tymianek), 4-6 łyżek oliwy z oliwek, sól, pieprz, opcjonalnie: 2-3 łyżki gorącej zupy rybnej
Warzywa i zioła utłuc na gładką masę w moździerzu/malakserze. Pomału, wciąż ucierając, wlewać oliwę (jak przy robieniu majonezu). Doprawić solą/pieprzem do smaku. Podając comme il faut, tj. do zupy rybnej, należy sos tuż przed podaniem lekko rozrzedzić wywarem i podać na stół, by każdy z gości sobie nakładał do woli (dodając do zupy, smarując grzanki itd.). Można jednak sosu nie rozcieńczać, ew. wykorzystać do tego celu odrobinę innego wywaru/bulionu/odrobinę wina, wody czy (herezja?) soku pomidorowego...
* Rouille, które jadałam, nigdy nie było bardzo pikantne, więc sugerowałabym tu użyć papryczki typu peperoncino, a nie tajskiej (czyt. nie wyjątkowo ostrej).
Tapenade
Pierwszy słoik z pasty z oliwek przywiozłam jako prezent rodzicom z Grecji. Okazało się jednak, że specjalnie za nią nie przepadają i sama zaopiekowałam się tapenade. Potem zaczęłam robić sama - i z czarnych, i zielonych oliwek, jednak wolę z tych pierwszych. Proporcje można nieco zmieniać, np. zmniejszając udział oliwek/kaparów zgodnie ze smakiem.
Składniki: Ok. 150g oliwek bez pestek, 1-2 ząbki czosnku, łyżeczka kaparów, 3-4 fileciki anchois, oliwa z oliwek (ok. 2 łyżek; można wykorzystać olej z rybek), opcjonalnie: sok z cytryny, suszony tymianek
Wszystkie składniki utrzeć na gładko w moździerzu/malakserze. Oliwy dać tyle, ile trzeba, by pasta była jednolita i nie za sucha. Sól raczej nie powinna być konieczna (anchois i kapary powinny wystarczyć), ale zweryfikować doprawienie na koniec. Hummus
Pierwszy raz o hummusie usłyszałam w liceum, od uczniów wracających z wymiany ze szkołą w Izraelu, którzy pastę z ciecierzycy jadali na śniadanie. Pierwszy raz sama ją zjadłam kilka lat później w św. p. Cafe Brama w Warszawie (razem z "tym różowym", czyli taramasalatą). Jak mi się chce, moczę i gotuję ciecierzycę, jak zapomnę, albo mi się nie chce, a jest puszka pod ręką, używam tej ostatniej. Oba warianty mi smakują.
Składniki: 400g puszka ciecierzycy (220g osączonej lub taka sama ilość namoczonej przez noc, ugotowanej - trzeba liczyć co najmniej godzinę - i ostudzonej ciecierzycy), ząbek czosnku, ok. 2 łyżek oliwy, 2 łyżki tahiny (pasty sezamowej), sól, sok z 1/2 cytryny lub do smaku, hojna szczypta sumaku i/lub za'ataru (jedno i drugie - opcjonalnie - do środka pasty i/lub posypki)
Wszystkie składniki zmiksować na gładko w malakserze, doprawić do smaku. Gdyby masa była za sucha, można lekko podlać wodą lub zalewą z puszki, ew. dodać więcej oliwy. Lubię hummus odstawić na przynajmniej 2 godziny i schłodzić przed podaniem. Podawać lekko skropiony oliwą, opcjonalnie: oprószony sumakiem/za'atarem.
Nigdy nie ukrywałam, że lubię kryminały; lubię także książki z motywem kulinarnym w tle. Gdy dostałam propozycję zrecenzowania lektury łączącej te dwie cechy, chętnie się zgodziłam. Mowa o Długim Weekendzie Wiktora Hagena.
Kryminał czyta się bardzo szybko, co sprawia, że jest dobrą lekturą do pociągu, na leżak albo plażę - innymi słowy książka na wakacje. Plusem jest także to, że napisana lekko, niekiedy całkiem dowcipnie, bez patosu i (prawie) bez pretensjonalnego języka; przy recenzji kulinarnej szeroko się uśmiechnęłam (każdy, kto czyta recenzje Macieja Nowaka też by to zrobił). Wątek kryminalny nie jest bardzo pasjonujący (ma charakter raczej, hm, ekonomiczny); sporo też w książce powielonych stereotypów, np. dotyczących środowiska akademickiego, mieszkańców starej Pragi, dziennikarzy itd. Nie wiedziałam, że w moim rodzinnym mieście cały czas ktoś coś kombinuje i że każdy, kto się czegoś dorobił, doszedł do tego niezbyt uczciwą drogą ;) (niemal jak w Wenecji Donny Leon), ale powiedzmy, że należy przyjąć to z przymrużeniem oka i zastosować duże tzw. zawieszenie niewiary (suspension of disbelief). Dotyczy to także metod śledczych komisarza Nemhausera (czy naprawdę doświadczony policjant zapomniałby przesłuchać współpracownika denata?) i niektórych zwrotów akcji (skąd znajoma ze studiów, z którą komisarz nie miał kontaktu od wielu lat, wie, gdzie on mieszka?). Pojawia się wiele postaci i wątków pobocznych, ale traktowanych pobieżnie, często urywających się lub niedokończonych.
W przeciwieństwie do postaci z innych kryminałów, główny bohater nie jest odrażający, nie rzuca mięsem, nie nadużywa alkoholu i ma unormowaną sytuację rodzinną, w czym przypomina trochę mojego ulubionego komisarza Brunettiego od wspomnianej Donny Leon. Z tym ostatnim łączy go także niechęć do korupcji i studia wyższe na wydziale historii (Brunetti ukończył co prawda prawo, ale nie kryje zamiłowania do historii starożytnej). Mimo to jako osobowość komisarz Nemhauser rysuje się blado; poza powyższymi faktami wiemy jedynie to, że lubi gotować i dorabia sobie weekendowym kucharzeniem w knajpie gdzieś w okolicach ul. Burakowskiej w W-wie. No właśnie: wątek kulinarny! Czekałam i czekałam, i czytałam i czytałam, i od zupy fasolowej gdzieś na pierwszych stronach (do której Nemhauser zapomniał namoczyć fasolę i liczył, że jak dłużej pogotuje, będzie dobrze... hm?!) do ok. 1/2 książki panowała spożywcza posucha. Potem wreszcie się doczekałam opisu dwóch wieczorów w restauracji. Pojawiły się wzmianki o zrazach (które jakoś dziwnie szybko się zrobiły?) i bitkach, za drugim razem były pierogi i spaghetti aglio olio oraz pasta do chleba z oliwek, chilli i cebuli, która jako pierwsza mnie naprawdę zainteresowała. Wszędzie gęsto przewijają się zioła prowansalskie (które lubię, ale czy aż tak ;)? Później był jeszcze obiad, który komisarz przyrządzał dla znajomych - naleśniki bretońskie (galettes?) z różnym nadzieniem (ratatouille też się dziwnie szybko zrobiła :) i samosy; do konsumpcji w końcu nie doszło, i nie wiem, czy w końcu usmażył pierożki i naleśniki. Za to rozważania nad gryczanym ciastem na temat Nathalie Gilberta Becauda znów wywołały mój uśmiech, bo miałam kiedyś podobne przemyślenia - że słuchacz także musi zawiesić niewiarę... Czyżby przebłysk autoironii ze strony autora?
Podsumowując: można przeczytać w przelocie, ot, właśnie na wakacjach, ale nie liczyłabym na to, że utwór zapadnie głęboko w pamięć... i osobiście szukać tomu pierwszego przygód Nemhausera nie będę.
Natomiast samosy ostatnio u nas się pojawiły; znalazłam bowiem paczkę ok. 250g zamrożonego ciasta na faworki i postanowiłam je wykorzystać. W Indiach te pierożki smaży się i sprzedaje na ulicy, jako lokalny fastfood. Można znaleźć w sieci przepisy na samosy pieczone, jednak tradycyjnie powinno się je smażyć. Ciasto nie faworkowe jest proste; komisarz Nemhauser robił je z "mąki, wody i sody", Madhur Jaffrey, czyli moja guru od kuchni indyjskiej, w ogóle nie dodaje spulchniaczy. Oto ciasto wg Madhur (Indian Cookery) i farsz będący wypadkową Madhur i moją (bo w oryginale nie było kalafiora). Zrobiłam do nich także sos pomidorowy wg własnego widzimisię.
Na ciasto (na 16 sztuk):
225g mąki
1/2 łyżeczki soli
4 łyżki oleju
4 łyżki wody
Przesiać mąkę z solą do miski. Dodać olej i wetrzeć w mąkę na okruszki. Pomału dodać wodę (ew. dodać trochę więcej), aż składniki połączą się i powstanie twarde ciasto. Przełożyć na blat i wyrabiać ok. 10 minut, aż będzie gładkie (można to zrobić w mikserze z hakiem). Umieścić lekko natłuszczoną olejem kulę ciasta w np. siatce foliowej (lub misce nakrytej folią) i odłożyć by odpoczęło co najmniej 30 minut.
Na farsz:
500g ziemniaków, ugotowanych w mundurkach, wystudzonych
ok. 250g kalafiora (podzielonego na małe różyczki i zblanszowanego, tj. przelanego wrzątkiem)
1 łyżeczka zmielonego (lub utartego w moździerzu) kuminu
1/4 łyżeczki pieprzu kajeńskiego (lub chilli w proszku)
sok z cytryny (2 łyżki)
olej do głębokiego smażenia
Obrać ziemniaki, pokroić w kostkę. Rozgrzać olej, przesmażyć cebulę na średnim ogniu. Gdy zacznie się rumienić, dodać kalafiora, groszek, imbir, chilli, kolendrę i lekko podlać wodą. Przykryć, gotować aż kalafior i groszek się ugotują. Dodać pozostałe składniki (włącznie z ziemniakami, ale poza olejem do smażenia ;). Wymieszać, gotować na małym ogniu kilka minut, delikatnie mieszając. Sprawdzić doprawienie, zwł. pod kątem soli i soku z cytryny. Zdjąć z ognia, lekko wystudzić.
Ciasto lekko zagnieść, podzielić na 8 części (z ciastem faworkowym postępowaliśmy tak samo). Każdą z części rozwałkować (w między czasie pozostałe powinny być przykryte, by nie wysychały) na okrągły placek, podzielić na pół. Z powstałego półksiężyca uformować rożek, skleić brzegi za pomocą wody. Wypełnić rożek ok. 2 łyżkami nadzienia, zakleić brzegi za pomocą odrobiny wody. Powstałe pierożki smażyć na głębokim tłuszczu - albo we frytkownicy, jak u nas (bo chcieliśmy też usmażyć kwiaty cukinii), albo w garnku, przy czym oleju powinno być na przynajmniej 5 cm wysokości. Przewracać samosy w trakcie smażenia, by były jednolicie brązowe. Osączać na ręcznikach papierowych.
Do tego podaliśmy sos pomidorowy:
Na rozgrzanym oleju/oliwie/ghee uprażyć ok. 1/2 łyżeczki całego kuminu i tyle samo czarnej gorczycy (jak nie ma, można użyć czarnuszki, lub pominąć); jak zaczną pękać (co słychać), dodać 1 drobno posiekaną cebulę, lekko oprószyć solą, skręcić trochę ogień, dodać ok. 1/2 łyżeczki łagodnego curry w proszku, szklić. Jak cebula jest miękka, dodać 0,5 l. przecieru pomidorowego i ok. 1-2 łyżeczek gotowego sosu vindaloo/tikka masala/podobnego. Jak nie ma, można dodać trochę suchej, ostrej mieszanki przypraw, albo dodać trochę chilli w proszku i trochę np. garam masala. Wymieszać i gotować na średnim ogniu, aż całość odparuje i zostanie ok. 300ml gęstego sosu, o konsystencji salsy.
A na deser wspomnienie stamtąd, skąd pochodzą samosy: sprzedawca na Chowpatty Beach w Bombaju (zdjęcie autorstwa Madzi B.) - minęły już prawie trzy lata...
Siedzieliśmy latem w ogrodzie, jedząc pierogi z ziołową ricottą i myślałam głośno, czym by tu jeszcze - nietypowo - można było nadziać pierogi: "A gdyby tak z łososiem...? I ziemniakami, jak w ruskich? Z koperkiem, i chrzanem?" Minęło lato, trwa jesień, i pomysł pierogów z wędzonym łososiem wrócił do mnie. Zrobiliśmy i wyszły świetnie. Z farszu można by także uformować i usmażyć kotleciki lub pulpety, można także użyć innej ryby wędzonej.
Składniki farszu (na ok. 20 pierogów, na większą ilość należy proporcjonalnie zwiększyć): 100g wędzonego łososia (lub innej ryby), możliwie dobrej jakości, dwa średnie ugotowane ziemniaki, 1-2 łyżeczki ostrego chrzanu ze słoika (można także dodać trochę świeżego startego chrzanu), pieprz do smaku, 1-2 łyżki posiekanego koperku, opcjonalnie: 1-2 łyżki twarogu lub serka śmietankowego
Ciasto na pierogi, jak zawsze - maślankowe (na 20 sztuk - z 150g mąki)
Do podania: ok. 2-3 łyżek masła i garść koperku
Ziemniaki rozgnieść. Łososia rozdrobnić, dodać do ziemniaków. Dodać pozostałe składniki, ilości modyfikując wg upodobań. Całość dokładnie wymieszać na jednolitą masę - gdyby była zbyt sucha, można dodać twarogu, ale u nas nie było to konieczne. Sprawdzić doprawienie - farsz powinien być wyrazisty (my daliśmy sporo świeżo mielonego pieprzu), ale sól prawdopodobnie nie będzie konieczna, zwłaszcza, jeśli posolicie ziemniaki do gotowania.
Wycięte krążki z rozwałkowanego ciasta nadziewać kopiastą łyżeczką farszu, gotować ok. 2 minut. Podawać polane alternatywą dla masła szałwiowego: stopionym masłem, wymieszanym z garścią posiekanego koperku.
Niedawno znów udaliśmy się w dłuższą podróż. Pół roku temu pisałam o jedzeniu na drogę; tym razem znów chciałam coś bardziej konkretnego dla nas przygotować. Choć niedawnym sukcesem okazały się ciabatty z dwoma rodzajami sera i grillowanymi plastrami cukinii oraz ajvarem, tym razem menu było inne. Poza kanapkami zpumpernikla oraz słonymi, kruchymi ciasteczkami przygotowałam sobie i M po pojemniczku sałatki makaronowej. A to było tak...
Sałatka makaronowa z cukinią, brokułem i sezamem
Składniki: ok. 225g (1/2 paczki) krótkiego makaronu (świderki, rurki lub podobne), ok. 8 różyczek brokuła, 1/2 średniej cukinii, ok. 2 łyżek posiekanego szczypiorku, kilka plastrów sera z niebieską pleśnią, ok. 2 łyżek sezamu, sól, pieprz, opcjonalnie: sok z cytryny
Na dressing: po 3 łyżki: oleju sezamowego, sosu sojowego, octu ryżowego i miodu, parę kropli tabasco
Makaron gotujemy, wystudzamy. Brokuła gotujemy na parze (ok. 10-12 minut), w 1/2 czasu dorzucamy cukinię pokrojoną w dość grube plastry (ugotuje się bardzo szybko). Warzywa studzimy - w tym czasie możemy wymieszać składniki dressingu oraz uprażyć na suchej na patelni sezam (uważając, by się nie spalił!) - zezłocony odstawiamy na bok. Wystudzony makaron mieszamy z różyczkami brokuła i dość drobno pokrojoną cukinią. Dodajemy szczypiorek, niedbale pokrojony ser i sezam. Doprawiamy całość lekko solą i pieprzem oraz mieszamy z sosem. Odstawiamy na ok. 10 minut minut i sprawdzamy doprawienie - ja jeszcze lekko posoliłam i skropiłam sokiem z cytryny. Dobrze, by całość się jeszcze 'przegryzła' co najmniej 30 minut. W wersji podróżnej - przygotować dzień wcześniej i przełożyć zawczasu do pojemników :)
Kwiaty cukinii, smażone i faszerowane, jadłam chyba tylko jeden lub dwa razy w życiu. Najczęściej podaje się je jako przystawkę we włoskich restauracjach. Przyznaję, że gdy zaczęłam bawić się w mini uprawę cukinii, myślałam o nich ciepło, wyobrażając sobie różne wersje, które trafią na nasz stół. Hodowla jednak szła mi (do tegorocznej gigantki) opornie, kwiatów rozwiniętych jednocześnie było zawsze za mało, by je przerobić na coś smakowitego. W tym roku wreszcie odniosłam jakiś sukces ogrodniczy, ale do wczoraj nie zmoblilizowałam się, aby kwiaty zebrać i przerobić. Gdy jednak zobaczyłam, że leży przede mną dziewięć ładnych kwiatów różnej wielkości (i z dyni makaronowej, i z cukinii), uznałam, że czas na debiut.
Z efektów jestem, może nieskromnie, bardzo zadowolona (a warto dodać, że moje doświadczenie w zakresie smażenia na głębokim tłuszczu do wczorajszego wieczoru było praktycznie zerowe). Częściowo inspirowałam się wersją znalezioną na blogu Pieprz czy Wanilia. Kwiaty pochodziły z mojego ogrodu, więc ich nie myłam, ale bardzo delikatne opłukanie z pewnością im nie zaszkodzi.
Farsz (wykonany na oko, proporcje można sobie zmodyfikować zgodnie z upodobaniami):ok. 5 łyżek miękkiego twarogu, ok. 3 łyżek tartego parmezanu/pecorino, ok. 4-5 łyżek drobno pokrojonego sera koziego dojrzewającego, 1-2 łyżki drobno posiekanej, świeżej szałwi (można też użyć np. bazylii), ok. łyżeczki suszonych pomidorów w płatkach, sól i pieprz do smaku
Ciasto naleśnikowe: 2 jaja (u mnie średnie), ok. 6 łyżek mąki, dwie szczypty soli, ok. 3-5 łyżek mleka
Wszystkie składniki farszu dobrze wymieszać, doprawić do smaku (powinien być wyrazisty), nadziać delikatnie kwiaty. Rozgrzać olej do smażenia na głębokim tłuszczu w rondlu/garnku (ja użyłam ok. 1 litra, ale zależy to od średnicy garnka, powinien sięgać ok. 5 cm wysokości naczynia, więc warto mieć dodatkowy olej na podorędziu) - musi być bardzo gorący. Gdy olej się nagrzewa, wymieszać dokładnie składniki ciasta - powinno mieć konsystencję ciasta na zwykłe naleśniki, czyli przypominać tzw. wiejską śmietanę - ew. gęstość regulować za pomocą mąki lub mleka. Kwiaty zanurzać w cieście, aby dokładnie je oblepiło i wrzucać na rozgrzany olej. Smażyć do zezłocenia, partiami (u mnie po nie więcej niż 3 niewielkie kwiaty na raz), delikatnie obracając je łopatką w oleju (ok. 2 minut). Osączać na ręczniki papierowym i podawać od razu.
Kwiaty są kruche i delikatne, idealne na przystawkę, przekąskę lub kolację dla dwóch osób.
Wiem, że trochę się w kraju w ostatnich dniach ochłodziło, ale upał powoli wraca, a wtedy chłodnik na obiad jak znalazł. Poza chłodnikiem botwinkowym, najczęściej robię chłodnik ogórkowy oraz gruboziarniste gazpacho, którego nie miksuję (raz spróbowałam to zrobić i wróciłam szybko do wersji gęstej). Przepis na to ostatnie znalazłam wieki temu na portalu puszka.pl, ale z nieco innymi proporcjami.
Gazpacho gruboziarniste
Składniki: 2-3 kromki suchego/opieczonego chleba, 1-2 ząbki czosnku, łyżka oliwy, łyżka octu winnego lub balsamico, ok. 1,5-1,6 kg dojrzałych, soczystych pomidorów (lub 1 kg świeżych + np. 450g dobrych pomidorów w puszce, lub ew. 1 litr dobrego przecieru pomidorowego/passaty), ok. 1 litra dobrego schłodzonego bulionu (warzywnego lub mięsnego), 2 średnie ogórki zielone, 1-2 papryki (w dowolnym kolorze), ulubione świeże i/lub suszone zioła (u mnie suszone oregano i świeży cząber), sól/pieprz, opcjonalnie: cukinia, cebula, płatki migdałowe, chilli, słodka /wędzona papryka w proszku
Chleb kroimy w kostkę, umieszczamy na dnie dużego kamiennego garnka lub wazy. Czosnek rozdrabniamy, mieszamy z chlebem, zalewamy oliwą i octem, ponownie mieszamy. Pomidory zalewamy wrzątkiem, aby sparzyć skórki, po paru minutach odcedzamy, obieramy ze skórek, miąższ rozgniatamy, dokładamy do chleba. Dodajemy bulion. Ogórki ścieramy na tarce, paprykę drobno kroimy i dodajemy do reszty. Jeśli chcemy dodać cukinię, także ścieramy ją na tarce, cebulę kroimy w b. drobną kostkę. Dodajemy zioła, ew. inne składniki (płatki migdałowe, chilli mielone/w płatkach/świeże, papryka w proszku...). Mieszamy dokładnie, doprawiamy do smaku, ew. rozrzedzamy lekko wodą, jeśli jest za gęste. Dobrze schładzamy przed podaniem (co najmniej kilka godzin w lodówce).
Chłodnik ogórkowy
Składniki: ok. 1 litra maślanki/mleka zsiadłego/kefiru/jogurtu lub mieszanki ww., opcjonalnie: kilka łyżek kwaśnej śmietany i/lub wody, ok. 3 ogórków średniej długości, garść posiekanego koperku i szczypiorku, dwa rozdrobione ząbki czosnku, sól/pieprz, opcjonalnie: parę drobno pokrojonych rzodkiewek, kilka plastrów chudej wędliny (np. schab lub cielęcina pieczona, chuda szynka), jajo na twardo, łyżka-dwie posiekanej świeżej kolendry, szczypta słodkiej papryki
Płynny nabiał (maślankę, jogurt, itp) dobrze wymieszać w garnku lub wazie ze startymi ogórkami (u mnie 1 ze skórką, reszta bez), drobno posiekaną zieleniną (u mnie, poza koprem i szczypiorkiem, także nietradycyjna świeża kolendra*), i rozdrobnionym czosnkiem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, opcjonalnie odrobiną słodkiej papryki. Jeśli całość za gęsta, lekko rozrzedzić wodą. Schłodzić co najmniej 4-5 godzin w lodówce. Podawać albo samo, albo z dodatkiem jajka na twardo lub pokrojonej chudej wędliny (jak na zdjęciu).
* Narzekano, że 'dominuje', i sugerowano, aby następnym razem nie eksperymentować, albo jeśli już, to delikatniej.
Pierogi chodziły mi ostatnio po glowie (co ilustruje rysunek poniżej). Takie letnie, z masełkiem szałwiowym, z farszem ziołowym... Co myślałam, tak zrobiłam. Przepis na ciasto pierogowe i ww masełko jak poprzednio (innego nie robię; i jak można nie doceniać maślanki?). Ricotta jest moim zdaniem wdzięcznym serem do nadziewania, gdyż nie warzy się, jest gładka, gęsta i zwarta w konsystencji oraz neutralna/łagodna (żeby nie powiedzieć mdła...) w smaku. Domową ricottę można wykonać zakwaszając np. litr mleka, doprowadzony do wrzenia, 1-2 łyżkami soku z cytryny, odstawiając na kilka minut i odcedzając na gazie powstałą masę.
Składniki na farsz (na ok. 20 pierogów): 1 opakowanie (250g) ricotty, duża garść mieszanych świeżych ziół (u mnie: lubczyk, tymianek, hyzop, estragon i mięta), 1 zmiażdżony ząbek czosnku, sól, pieprz
Ricottę rozgnieść widelcem, by była gładka, wymieszać z posiekanymi ziołami i czosnkiem. Doprawić do smaku.
Ciasto pierogowe i masełko szałwiowe przygotować wg tego przepisu. Na 20 pierogów wystarczy zrobić ciasto z ok. 150g mąki; ja zrobiłam z 200g i zostało mi trochę ciasta.
Rozwałkowane ciasto nadziewać masą serową, gotować ok. 2 minut, polewać masłem, pałaszować na obiad lub przystawkę :)
Ostatnio zastanowiłam się, ile kuchnia w moim domu zawdzięcza Nigelli Lawson. Cóż, trudno ocenić, ale z pewnością - bardzo wiele. Rozważania te snułam nad szklanką lemoniady z zmiksowanych całych cytryn, podobnej do mojej bazyliowej, a która powstała na bazie przepisu w Forever Summer.
Składniki: Na każdą szklankę wody - 1 cytryna/limonka i 1-1,5 kopiasta łyżka cukru, blender
Cytrynę pokroić na ćwiartki, wykroić miąższ ze skórek (najłatwiej najpierw naciąć przy skórce). Wrzucić do blendera, zasypać cukrem. Odstawić na kilkanaście sekund, zalać wodą, opcjonalnie dodać kilka kostek lodu. Zmiksować. Podawać schłodzone.
Inną rzeczą, za którą będę NL dozgonnie wdzięczna, jest, obok kruchego maślankowego,ciasto francuskie dla idiotów. Za każdym razem, gdy je robię - co nie zdarza się często - myślę sobie, jakie to bajecznie proste i doprawdy powinnam częściej praktykować. Przepis podawałam tu, zaś tym razem zrobiłam z niego tartaletki do podjęcia gości na obiedzie. Łatwe, bezforemkowe, kreatywne małe co nieco.
Składniki: ciasto francuskie (wg podanego przepisu lub 1 opakowanie gotowego), dowolne dodatki na wierzch (suszone pomidory, ser kozi/żółty, szynka, cukinia, musztarda, sos pomidorowy, zioła świeże lub suszone itd., itp).
Piekarnik nagrzewamy do 200 st. C (190 termoobieg). Gotowe ciasto rozwałkowujemy, wycinamy krążki szklanką lub wykrawaczką. Układamy dowolne dodatki na wierzchu każdej tartaletki, zostawiając ok 1 cm margines, np. musztarda - szynka - plasterek cukinii - suszone pomidory w płatkach. Warto pamiętać, by nie nadmiernie obciążać ciasto, bo wówczas tartaletki się ładnie nie napuszą. Brzegi posmarować roztrzepanym żółtkiem. Tartaletki układać na blaszkach wyłożonych pergaminem. Piec ok. 15 minut. Podawać najlepiej ciepłe/ciepławe, w kilka lub kilkanaście minut po wyjęciu z pieca (na zimno też można, ale jednak tracą trochę ze swoich walorów).
A niedługo powinno być jeszcze coś zainspirowane panią Czarnuszką ;)
Dzisiejszy dialog na targu: M: Jakie ładne bakłażany. Ja: Moglibyśmy kupić. M: No, mogłabyś zrobić melitzanosalatę. A ja w tym momencie sobie uświadomiłam, że chyba kilka lat - no, co najmniej dwa-trzy - nie robiłam puree z bakłażana. Kiedyś pojawiało się regularnie na naszym stole, ze względu na słodkie greckie wspomnienia. Na początku naszego pierwszego pobytu w Grecji, w miasteczku Vari na wyspie Syros, żywiliśmy się na przemian taramasalatą/tzatziki/melitzanasalatą i paroma innymi pastami dostępnymi w lokalnym (= jedynym) sklepiku. Wybór był prosty: na posiłek - wszystko jedno, czy śniadanie czy kolację - była ta pasta, która akurat była w lodówce w sklepie, plus jakieś pieczywo i owoce/warzywa. I sporo lodów Nirvana oraz Mythosa (greckiego piwa*).
Wspomnienia wspomnieniami, ale ze względu na dzisiejszy wynik meczu**, danie greckie jest jak najbardziej na czasie.
Składniki: 1 większy bakłażan, 2 ząbki czosnku, 2-3 łyżki gęstego jogurtu, sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa z oliwek
Bakłażana piec w piekarniku, najlepiej pod grillem, ok. 30-35 minut w 220 st. C, aż skórka się pomarszczy, np. tak, jak widać na poniższym zdjęciu:
Bakłażana lekko wystudzić (tak, by można było go swobodnie wziąć do ręki). Obrać ze skórki. Miąższ umieścić w misce lub bezpośrednio w malakserze, lekko wycisnąć. Dodać drobno posiekane lub rozdrobnione ząbki czosnku, jogurt, sok z ok. 1/4-1/2 cytryny (do smaku), sól, pieprz. Zmiksować na gładko w malakserze lub blenderem. Sprawdzić doprawienie. Schłodzić przed podaniem (choć czasem się nie da...) i podawać skropione oliwą.
Pasta świetnie pasuje jako dodatek do pieczywa i do surowych warzyw. Tradycyjnie podaje się jako przekąskę, ale może także stanowić dodatek do dania głównego, np. dań z grilla. Jakkolwiek kiczowato to nie zabrzmi, dla mnie melizanosalata smakuje słońcem.
* O dziwo nie retsiny, bo sklepik jej nie prowadził. Dziwne. Może właściciel nie lubił (albo inni źli turyści wykupywali cały zapas). Nic straconego, nadrobiliśmy na innych wyspach :)