Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: przekąski

czwartek, 30 sierpnia 2018

Guacamole wydaje się czymś oczywistym, nie wymagającym przepisu, w końcu składa się głównie z awokado i każdy je jadł przynajmniej raz w życiu. Nic prostszego. A jednak... nie do końca. Akurat niedawno jadłam guacamole w Warszawie, bo coś pod margarity (l.mn.) trzeba było zapodać ;), nie była to wersja moich marzeń. W skrócie: za łagodna, chyba za dużo cebuli, no i pomidor: choć w ogóle je kocham, tak tu wydają mi się zbędne. Gdy zatem znaleźliśmy się tymczasowo w miejscu, gdzie awokado dojrzałe do jedzenia leży w każdym sklepie spożywczym i M oznajmił, że chce zrobić guacamole, zasygnalizowałam mu, że sprawa może nie być taka prosta, po czym przeczytałam składniki z przepisu Jadłonomii... a on zwłaszcza do cebuli i chilli podszedł po swojemu ;). Taka (nieco) pikantna wersja okazało się smakuje nam bardzo, a mnie nawet BARDZO, i kilka dni później był replay. Uwaga: podaję składniki na 2 awokado, ale można spokojnie zrobić z trzech owoców, zwiększając tylko nieznacznie inne składniki (tj. biorąc nieco większą papryczkę, cebuli dając o cm więcej, kolendrę zwiększając o łyżeczkę, itd). Chilli jest z pestkami, bo od wielu lat ich nigdy nie usuwam.

Składniki (2 porcje):

  • 2 dojrzałe awokado
  • sok z ½ limonki
  • 15g kolendry (niewielka garść)
  • 1 b. mała tajska papryczka chilli (lub 2/3 nieco większej) - ok. 4cm, z pestkami*
  • cebula (może być od dymki), ok. 3x1cm kawałek
  • sól do smaku

* Jak pisałam, to wersja względnie pikantna, co stanowi dla mnie clou smaku, jeśli jednak wolicie mniej chilli, dajcie np. połowę ww. ilości.

Awokado przekroić, wydrążyć miąższ, przełożyć do miski. Chilli i cebulę b. drobno posiekać, dodać do awokado. Kolendrę posiekać już nie tak drobno, odłożyć odrobinę do dekoracji i resztę dodać do pozostałych składników wraz z sokiem z limonki i hojną szczyptą soli. Całość wymieszać i utrzeć np. tłuczkiem do ziemniaków - nie na gładkie puree, ma pozostać trochę struktury, ale jednocześnie składniki powinny być dobrze rozdrobnione. Sprawdzić doprawienie, ew. zweryfikować i posypać zachowaną kolendrą. Podawać od razu z chlebem, warzywami, pitą, nachos itd., itp.

W temacie podawania od razu: awokado ma to do siebie, że ciemnieje. Próbowałam metody z zachowaniem w nim pestki (i przełożeniem do szczelnego pojemnika) oraz przykrycia gotowego guacamole warstewką wody (polecanego właśnie przez zalinkowaną wyżej Martę, tj. Jadłonomię) i nie miałam wrażenia, bym osiągnęła 100% sukces; z pestką jednak trochę zmieniło kolor, a w przypadku wody wydaje mi się, że trochę guacamole potem zostało wraz z nią odlane, a reszta pasty była lekko wodnista. Innymi słowy, zalecam przygotowanie na świeżo, zwłaszcza, że trwa to szybko - a jak szybko znika...

PS. Re: pomidor - na FB padła sugestia użycia niewielkiej ilości samego miąższu, bez pestek. Tak faktycznie nie próbowałam, może następnym razem się - choć instynkt mi podpowiada, żeby zostawić tego pomidora obok ;).

sobota, 26 maja 2018

Nie wiem, jak wielu czytelników pamięta te burzliwe czasy, gdy w Polsce zmieniał się ustrój i pojawiły się artykuły spożywcze wcześniej zupełnie niedostępne*. Nigdy później nie jadłam tylu produktów wysokoprzetworzonych, co na samym początku lat 90 (i podczas trzech tygodni z zupkami chińskimi w Londynie kilka lat później, kiedy priorytetem były wstępy do muzeów i ubrania, a nie jakaś zdrowa dieta).

Poza chipsami z papryką, mlekiem UHT i jogurtami owocowymi w różnych smakach (a nie owocowym = wieloowocowym, i to by było na tyle), w sklepach pojawił się różowy sos „Tysiąca wysp”, a także krewetki koktajlowe. Wiecie, co to oznacza? Że przez jakiś czas na wszystkich spotkaniach towarzyskich, urządzanych przez moich rodziców, pojawiał się koktajl krewetkowy. Jak pierwszy raz go zjadłam, niezwykle mi smakował, więc potem zjadłam go za dużo… i później przez dłuższy czas na samą myśl o połączeniu zielonego (sałata) z różowym (sos i morska wkładka) się wzdrygałam. Potem też się wzdrygałam, bo wydawało mi się, że to takie danie na które lepiej spuścić zasłonę milczenia, mniej więcej jak na cappuccino w proszku (brrrr). Aż nie tak dawno temu gdzieś przypadkiem zjadłam coś, co ten nieszczęsny koktajl przypominało, tylko w wersji nieco zdekonstruowanej (m.in. nie z krewetek długości 1cm)… i niedawno myśl pt. „zjadłabym” jak do głowy mi weszła, to nie chciała z niej wyjść ;). Ponieważ na Facebooku zostałam zachęcona do realizacji, oto koktajl krewetkowy w wersji 30 lat później.

Składniki (2 porcje):

  • ok. 12 średnich blanszowanych krewetek, wcześniej rozmrożonych
Sos:
  • 2 łyżki majonezu (najlepiej domowego!)
  • 2 łyżki ketchupu
  • sos Worcestershire (do smaku)
  • tabasco (jw.)
  • sok z cytryny (jw.)
  • chrzan (opcjonalnie i jw.)
Do podania:
  • kilka liści sałaty
  • szczypiorek (opcjonalnie)
  • słodka papryka (jw.)

Użyłam rozmrożonych, blanszowanych krewetek, w większości obranych (tj. wciąż miały ogonki, ale bez pancerza), które obgotowałam ok. 2 minut (można na parze), odcedziłam i przestudziłam. Wszystkie składniki sosu wymieszałam i doprawiłam do smaku. Na dnie dwóch kieliszków do wina umieściłam kilka drobnych liści sałaty, dodałam kapkę sosu, rozłożyłam po równo krewetki (już bez ogonków), całość polałam sosem (z podanych składników wychodzi go zresztą trochę z zapasem, ale myślę, że sobie z tym poradzicie). Do podania można posypać odrobiną szczypiorku i oprószyć słodką papryką, żeby mocniej mrugnąć w stronę minionych czasów** ;). Jeść od razu, ew. po góra kilkunastu minutach, żeby sałata za mocno nie nasiąkła sosem.

* I do tej pory pamiętam, jak latem ’92 starszy o rok kolega opowiadał mi, jak był na otwarciu pierwszego w Warszawie McDonalda w św. p. budynku Sezamu.

** Bo przystawki, np. serowe koreczki, posypane po całości słodką papryką, to coś, co dla mnie aż krzyczy ‘1990’ ;).

środa, 20 września 2017

Wiem, że jestem Wam jeszcze winna ostatni wpis z Kanady (winnice i Góry Skaliste, tak kontrastowo), ale znowu pewnie mi chwilę zajmie produkcja, więc przed weekendem się jej nie spodziewajcie. Tymczasem jednak może macie jeszcze cukinię? W moim ogrodzie jest kilka okazów gabarytów mikro lub mini, które jeszcze powinny dojrzeć (obskubałam przed wyjazdem dość dokładnie wszystko, co było choć trochę wyrośnięte, potem było chłodno, więc do zerwania po 2 tyg. była tylko jedna).

Do rzeczy: jeśli macie cukinię lub się w nią zaopatrzycie, mam dla Was dwa pomysły. Obydwa pozornie wymagające pewnej zręczności, ale tylko pozornie! Ja dałam radę, a formowanie czy zwijanie nie są moją mocną stroną.

A więc, na przystawkę mogą być…

Roladki z cukinii

  • Składniki:
  • 10 plastrów cukinii, ukrojone wzdłuż możliwie cienko (jednak nie tak cienko, jak szatkownicą)
  • 3 łyżki fety/sera fetopodobnego
  • 3 łyżki twarogu
  • łyżeczka świeżej mięty
  • hojna szczypta/1/8 łyżeczki lekko ostrej papryki, typu bałkańska (ew. mieszanka słodkiej z ostrą)
  • oliwa, sól

Plastry cukinii lekko posmarować oliwą i lekko posolić, smażyć na rozgrzanej patelni grillowej po ok. 1-2 minuty z każdej strony (aż zrobią się paski), odłożyć na bok. Rozetrzeć fetę z twarogiem, doprawić miętą i papryką. Układać na końcu każdego plastra cukinii (bliżej siebie) kopiastą łyżeczkę nadzienia i zwijać (od siebie) roladki. Układać złożeniem do dołu na talerzu, odstawić na co najmniej godzinę do lodówki do stężenia. Można przed podaniem posypać miętą.

Na danie główne zaś proponuję zeszłoroczny hit – lasagnę ze świeżego makaronu. Lekką, z małą ilością sosu a dużą ilością warzyw. Ta z suchego makaronu oczywiście też jest w porządku, ale tak samo, jak świeży makaron jest lepszy od suchego/suszonego, tak samo lepsza jest wersja zapiekana. M ją przygotował spontanicznie dla letniego gościa, który wyjechał zachwycony i zostało jedno jedyne zdjęcie, ale przepisu nie zapisaliśmy. Cóż, trzeba było odtworzyć, żeby w przyszłym roku nie było wątpliwości.

Składniki (na 2 porcje):

  • makaron domowy z 1/2 porcji,
  • 3 średnie cukinie, starte we wstążki na szatkownicy,
  • garść świeżo startego parmezanu,
  • 1 szklanka przecieru lub świeżych pomidorów, obranych ze skórki i zgniecionych
  • 2-3 ząbki czosnku,
  • sól, pieprz, ostra papryka,
  • garść świeżej bazylii

Ząbki czosnku zgnieść, przesmażyć na niewielkiej ilości oliwy, dodać pomidory, całość zagotować i gotować na średnim ogniu, aż płyn odparuje o połowę. Doprawić do smaku, odstawić na bok. Cukinię po starciu lekko posolić, umieścić na sitku, po ok. 20-30 minutach odcedzić i dokładnie wysuszyć ręcznikiem papierowym lub ściereczką (jeśli z np. braku czasu o posoleniu/osuszeniu zapomnicie, też się nic wielkiego nie stanie, coś danie może być wilgotniejsze).

Przygotować foremkę, w której będziecie robić lasagnę i rozwałkować cienko makaron, przycinając płaty na wymiar wewnętrzny formy. Układać od razu warstwami w lekko natłuszczonym naczyniu: makaron, garść cukinii, sos i liście bazylii, ser, i tak w kółko do zużycia składników. Ostatni płat mocno docisnąć; nie trzeba niczym smarować. Piec ok. 25-30 minut w 190 st. C, do wyraźnego zrumienienia, odstawić na kilka minut przed wyjęciem porcji z foremki. Dobrze pasuje do tego kwaśna sałata lub rukola.

Zapisz

poniedziałek, 01 maja 2017

Jak co jakiś czas, miałam parę tygodni temu zryw pt. „jemy za mało strączkowych”. Tym razem trochę poszalałam, bo poza dwoma szklankami ciecierzycy na hummus(y), namoczyłam jeszcze sporą ilość na falafelki (które w związku z tym potem jedliśmy kilka dni ;). Rzecz w tym, że przemówił do mnie pomysł zmieszania ciecierzycy z miso (w końcu nie ma jak umami ;). Przeczytałam kilka przepisów w sieci, które różniły się głównie proporcjami i ew. dodatkami. Bazowały na jasnym miso, ja zaś miałam ciemne, które (o ile mi wiadomo), jest znacznie bardziej słone i wyraziste, i w związku z tym warto dać go mniej – o czym teraz już wiem, i co odzwierciedla poniższy przepis. Uwaga: to wciąga, tj. dodatkowe umami robi swoje i moim zdaniem trudniej się od tego smarowidła oderwać, niż od wersji klasycznej, dyniowej lub z masłem orzechowym.

Jeśli chodzi o dodatek sody do gotowania: owszem, przyspiesza proces, ale nie mam wrażenia, że aż tak, natomiast ciecierzyca gotująca się z sodą ma dość specyficzny zapach, który osobiście mnie nieco drażni, więc nie zawsze z niej korzystam; jeśli już, nie więcej niż łącznie łyżeczkę na szklankę ciecierzycy. 

Hummus z miso

Składniki (na spory słoik):

  • 1 szklanka (ok. 185g) suchej ciecierzycy,
  • 1 łyżeczka sody (opcjonalnie)
  • 2-4 (przy ciemnym proponuję zacząć od 2 i powinny wystarczyć) łyżki miso,
  • 1/2 szklanki tahiny,
  • ząbek czosnku
  • zimna woda,
  • hojna szczypta kuminu (i ew. dodatkowy do posypki),
  • sok z 1/4 cytryny

Ciecierzycę zalać wodą na noc. Jeśli używacie sody, dodać ją do namaczania (całą lub tylko ½ i resztę dorzucić do garnka następnego dnia). Kolejnego dnia wodę z namaczania odcedzić, zalać strączkowe świeża wodą, dodać ew. pozostałą sodę i gotować, aż ciecierzyca będzie zupełnie miękka, lekko rozpadająca się (co zajmie 40 minut lub nieco dłużej). Przestudzić, następnie zmiksować malakserem z pozostałymi składnikami, zimną wodę dodając stopniowo, by uzyskać pożądaną konsystencję. Uwaga: brak soli to nie błąd, miso jest wystarczająco słone.

Podawać hummus z pieczywem, skropiony oliwą/dobrym olejem np. rzepakowym i ew. posypany dodatkowym kuminem (można też użyć czarnuszki, nasion sezamu czy sumaku, choć ten ostatni moim zdaniem bardziej pasuje do wersji poniżej). Przechowywać w lodówce.

O ile hummus z miso jest słony i intensywny, wersja różowa jest słodsza, łagodniejsza i bardziej uniwersalna (o ile lubi się buraki). Bazowałam z grubsza na przepisie Jadłonomii, odkładając ½ ugotowanej ciecierzycy na wersję miso, a resztę na tą różową. Oryginał był dla mnie za słodki, więc dodałam do smaku więcej soku z cytryny + odrobinę dodatkowych przypraw (podobnie jak zrobiłam w przypadku "siostrzanej" wersji dyniowej).

Hummus buraczany

Składniki (na spory słoik):

  • 1 szklanka (ok. 185g) suchej ciecierzycy,
  • 1 łyżeczka sody (opcjonalnie)
  • 1 średni upieczony burak
  • ząbek czosnku
  • 1/2 szklanki tahiny,
  • zimna woda,
  • po hojnej szczypcie: słodkiej wędzonej papryki, ostrej papryki oraz sumaku (opcjonalnie), ew. więcej do posypki
  • sok z 1/2 cytryny lub do smaku

Postępować jak w powyższym przepisie, gotując namoczoną ciecierzycę, następnie ostudzoną miksując na gładko z resztą składników. Podawać skropione oliwą i najlepiej oprószone sumakiem/słodką papryką, niekoniecznie wędzoną (pasuje też czarnuszka lub czarny sezam, także dla kontrastu kolorystycznego).

niedziela, 19 marca 2017

Fougasse kiedyś już próbowałam zrobić. Z tego co pamiętam, próba nadania plackowi kształtu liścia i potem zepchnięcia go do piekarnika skończyła się upieczeniem zgniecionego wałka ciasta :). Chwalić raczej nie było się czym. Do powtórki jakoś ciężko było się zmobilizować, aż w wyniku zabawnego (moim zdaniem) qui pro quo pomieszałam przepisy na akcję blogową. O tym, że zaszła pomyłka, zorientowałam się, jak fougasse się już robiła, ale zupełnie nie żałuję: to świetny dodatek do serów, warzyw i innych przekąsek. Oliwa do maczania nieobowiązkowa, ale sama się prosi jako omasta; latem placek będzie świetnie smakować do sałatek lub chłodników. Ciasto bardzo mi smakowało (dodatek mąki razowej jest w sam raz) i rozważam, czy nie zrobić z niego wersji bez nacięć (a la focaccia). Oliwki można zastąpić sugerowanymi przez autora (oczywiście, Hamelmana ;)) anchois lub np. suszonymi pomidorami.

Jak kiedyś pisałam, korzystam z oryginalnej wersji Bread, w której nie ma gramów i jako leń przełączam wagę na uncje. Gospodarna Narzeczona jednak wszystko ładnie swego czasu przeliczyła, i od niej zapożyczyłam miary.

Składniki (2 chlebki, robiłam z ½):

Zaczyn drożdżowy

  • 120g mąki pszennej chlebowej
  • 80g wody
  • ½ łyżeczki soli
  • okruszek świeżych drożdży (tyle co ½ ziarna zielonego groszku)

Drożdże rozprowadzamy w wodzie, dodajemy mąkę i sól. Mieszamy na gładką, dość gęstą masę. Przykrywamy folią, odstawiamy w temp. pokojowej na noc lub do 16 godzin. Ciasto powinno wyraźnie urosnąć.

Ciasto właściwe:

  • 320g mąki pszennej chlebowej
  • 50g maki pszennej (lub orkiszowej) razowej
  • 255g wody
  • 1 łyżeczka soli
  • 5g świeżych drożdży
  • 2 łyżki możliwie dobrej oliwy
  • 40g czarnych oliwek bez pestek
  • zaczyn jw.

Mieszamy wszystkie składniki oprócz oliwy, oliwek i zaczynu. Kiedy całość się dobrze połączy,  dodajemy zaczyn w kilku kawałkach (co jest dziwnie przyjemne ;), wyrabiamy dalej przez kilka minut; wlewamy oliwę i jw. Na koniec dodajemy posiekane oliwki. Formujemy kulę i odkładamy do wyrośnięcia na 2 godziny, w ½ czasu składamy.  Wyrośnięte ciasto wykładamy na blat, dzielmy na ½, formujemy kule, przykrywamy folią i dajemy odpocząć (ok. 20 minut). Po tym czasie ciasto rozpłaszczamy na omączonym blacie i wałkujemy na grubość około 1 cm, nadając owalny kształt. Odkładamy do wyrastania (bezpośrednio na blacie jw. lub omączonej stolnicy/blaszce) na ok. godzinę. Jeśli wcześniej nie włączyliśmy piekarnika, czas go nagrzać do 230 st. C (lub trochę więcej), najlepiej oczywiście z kamieniem.

Wyrośnięte ciasto rozciągamy dłońmi i nadajemy kształt trójkąta, po czym od razu przenosimy na dobrze omączoną/obsypaną semoliną łopatę. Przy pomocy radełka/nożyka z piłką lub żyletki nacinamy ciasto we wzór żyłek na liściu, po czym delikatnie rozciągamy ciasto, by nacięcia się otworzyły i przekładamy fougasse z łopaty na rozgrzany kamień. Pieczemy z parą w temp. 230 stopni przez ok. 20 minut; można pod koniec uchylić drzwiczki, by wypuścić parę. Jemy od razu, ew. możliwie szybko – to pieczywo do spożycia na świeżo.

sobota, 24 września 2016

Złota (polska) jesień zawsze mi się wydawała takim okresem przejściowym – w dzień słońce potrafi grzać jeszcze mocno, ale temperatura nocą spada do kilku stopni. W tym roku co prawda do ½ września mieliśmy właściwie lato (tak, tak, byłam na austriackim urlopie, ale tam też cieszyłam się wyjątkowo ciepłą i słoneczną pogodą: ani płatka śniegu, w przeciwieństwie do poprzednich lat!), ale teraz chyba nikt nie ma złudzeń, że pora roku się zmieniła. Osobiście się cieszę, jak każdym nowym sezonem: na inne smaki (orzechy, dynie, papryki itd.), ciepłe napoje, rozgrzewające zupy i potrawki… oraz przyprawy korzenne, bo to pomału ten czas ;). A jednak to nie znaczy, że trzeba całkiem zrezygnować z letnich przebojów, typu sałatki czy cukinia w wielu postaciach*. Jedyna różnica jest przewaga ciepłego nad zimnym w kompozycji. A więc sałatka jest w co najmniej 2/3 na ciepło a wstążki lub plastry cukinii też nie surowe.

A więc…

Sałatka ziemniaczana ze smażoną rybą i pomidorami ma coś wspólnego ze (skądinąd świetną) sałatką z łososiem wg Jamie’ego O. lub tej z przegrzebkami, jest też moim zdaniem nawiązanie do sałatki nicejskiej (klasycznej lub z małżami), ale składników jest mniej; jest za to oliwa z chrupkimi ziołami (wegańska ;) wersja masła szałwiowego), która stanowi moim zdaniem clou dania, obok doprawienia ziemniaków octem… A sezon na zrobienie własnego się już zaczął, zachęcam każdego, kto ma własne jabłka lub dostęp do innych eko!

Składniki (2 porcje):

  • ok. 7-8 średnich ziemniaków
  • ocet jabłkowy, najlepiej domowy (łagodny)
  • sól, pieprz
  • ok. dwóch łyżek posiekanego szczypiorku, dymki lub 1 mała cebula (posiekana lub np. w piórach)
  • 2 większe pomidory
  • 4 niewielkie filety zwięzłej ryby morskiej (u nas małe okonie)
  • olej do smażenia
  • ok. 2 łyżek oliwy
  • garść liści szałwii, opcjonalnie zmieszanej z rozmarynem
  • sok z cytryny (do smaku)

Ugotowane ziemniaki pokroić w plastry, ułożyć na 2 talerzach, skropić octem jabłkowym (raczej delikatnie, chyba, że lubicie kwaśne/octowe), lekko posolić, rozrzucić na wierzchu szczypiorek/cebulę. Na wierzchu ułoży plastry pomidorów, ponownie oprószyć solą. Filety rybne (posolone) usmażyć do zrumienienia na niewielkiej ilości oleju. W międzyczasie rozgrzać na średnim ogniu oliwę, przesmażyć listki szałwii i rozmaryn (zioła powinny być chrupkie). Rybę dać na pomidory, skropić cytryną, całość polać oliwą z ziołami. Podawać od razu.

Tymczasem na śniadanie lub przekąskę polecają się kanapki z cukinią (na półciepło, tj. cukinia jest ciepła, pieczywo nie – tzn. można by oczywiście je opiec, ale osobiście uważam, że to, jak świeże pieczywo wchłania ew. soki ze smażenia, jest plusem).

Składniki (2 porcje)

  • 1/2 średniej cukinii
  • sól, oregano (opcjonalnie)
  • olej lub oliwa
  • ser kozi twardy/dojrzewający (ok. 4 plastrów) lub feta
  • opcjonalnie: plastry pomidora, liście bazylii

2 większe kromki chleba na zakwasie (raczej pszennego lub mieszanego, np. TEN lub TEN by się bdb nadał)

Cukinię pokroić w cienkie plastry, przesmażyć na oleju lub oliwie aż lekko zmięknie, lekko posolić, można dać np. oregano. Podawać na pieczywie na zakwasie z ew. olejem ze smażenia, z serem kozim lub fetą na wierzchu. W wersji „plus” można jeszcze dorzucić po plastrze pomidora i kilka liści bazylii. Podawać od razu.

* Zważywszy na pourlopową klęskę urodzaju, grozi mi raczej miesiąc pt. „dzień bez cukinii dniem straconym” ;).

sobota, 25 czerwca 2016

Nie wiem, ile upiekłam już w życiu chlebów i bułeczek, ale sądzę, że było ich całkiem sporo; krakersów (resztkowych i niekoniecznie, np. z siemienia) też trochę było, nigdy jeszcze – do zeszłego tygodnia – nie popełniłam żadnych paluchów ani paluszków :). Przy okazji wizyty gości, którym chciałam podać coś do przekąszenia przed obiadem – poza arbuzem prosto z lodówki, który okazał się zresztą strzałem w dziesiątkę – zgłębiłam temat i okazało się ku mojemu zaskoczeniu, że najpopularniejsze przepisy bazują na zwykłym, prostym cieście drożdżowym, z którego co jakiś czas robię bułki. Innymi słowy, przy okazji wypieku bułek można ½ lub ¼ ciasta przeznaczyć na blachę lub dwie paluchów ;). Dodatkowym plusem jest to, że nie wymagają drugiego wyrastania – można piec od razu po uformowaniu, które jest chyba jedyną w miarę pracochłonną czynnością. Wariantów smakowych można zrobić wiele: od ziołowych czy serowych poprzez wersje z czarnuszką, kminkiem lub „łyse”. Pamiętając, że z klasycznych paluszków zawsze najbardziej lubiłam te najrzadziej dostępne, tj. z sezamem, postawiłam na taką wersję.

Składniki (na 2 blachy paluchów, ok. 25-30 sztuk)

  • 250g mąki pszennej bułkowej (ew. jasnej orkiszowej)
  • 7,5g świeżych drożdży
  • 125g letniej wody lub serwatki, ew. 1:1 woda i serwatka
  • ¾ łyżeczki soli
  • łyżka sezamu
  • łyżka siemienia lnianego
  • dodatkowy sezam do obtoczenia paluchów

Mąkę wymieszać z solą, wkruszyć drożdże, zalać wybranym płynem, odstawić na kilka minut. Wyrobić gładkie ciasto, pod koniec wyrabiania dodać sezam i siemię. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce na ok. godzinę. Po tym czasie odgazować i rozwałkować ciasto na omączonym blacie na ok. 0,5cm grubości. Pociąć nożem do pizzy na cienkie paski (od kilku mm do ok. cm, zależnie od tego, jak grube chcecie mieć paluchy), następnie z każdego paska uformować wałeczek, obtoczyć w sezamie nasypanym do np. głębokiej salaterki. Nie należy się przejmować, jeśli stosunkowo niewiele ziaren przyklei się do palucha: nawet mała ilość nadaje wyraźny smak i aromat. Paluchy układać obok siebie na blaszkach wyłożonych pergaminem lub matą silikonową. Można odstawić na 10-15 minut do napuszenia, ale nie jest to konieczne – moim zdaniem najlepiej po zapełnieniu blaszki od razu umieścić ją w piekarniku i zająć się formowaniem reszty ciasta. Piec ok. 20-30 minut (zależnie od grubości) w 190 st. C (termoobieg), aż się wyraźnie zezłocą (muszą być dokładnie wypieczone).

Moje paluszki wyszły wyraźnie grubsze od grissini, może poza paroma wyjątkami, każdy był też innej długości oraz mniej lub bardziej koślawy ;); jedną blaszkę z „grubasami” musiałam piec dłużej. Goście jednak w tym braku symetrii dopatrzyli się urody. Paluchy niespożyte wraz z arbuzem towarzyszyły pierwszemu daniu - gazpacho teściowej, i tak też można je podawać.

Aha, do meczu jak najbardziej też pasują ;) (jak to pisałam, na murawie była oczywiście Polska i Szwajcaria, ale wynik końcowy był niepewny; teraz oczywiście już wiemy, że za kilka dni prowiant znów się przyda :).

Zapisz

Zapisz

niedziela, 24 kwietnia 2016

Jadacie granolę? Jeśli tak, to jak? Mam na myśli, czy „jak zalecono” umieszczacie ją w misce, dodajecie np. owoce i jogurt/mleko, czy też np. podjadacie ją na sucho, zamiast przekąski, owoców czy czegoś słodkiego? Nie ukrywam, że ja stosuję obie metody ;). Gdy przypadkiem trafiłam na zdjęcie batonów o podobnym składzie, co granola, ale z dodatkiem… uwaga… zakwasu, zachwyciłam się a/pomysłem na dodanie zakwasu do czegoś (względnie) słodkiego i nie będącego pieczywem, b/bardziej foremną postacią mojej ulubionej przekąski. OK, owszem, próbowałam kiedyś robić batony na mleku skondensowanym, ale poza tym, że jest to składnik, którego normalnie nie kupuje i budzi zawsze pewne moje wątpliwości, batony trzeba było je szybko zjeść (albo trzymać w lodówce, żeby się nie zepsuły; oczywiście wówczas nie miałam chłodnej spiżarni), miałam też problemy z konsytencją.

Poszukiwania w internecie wykazały, że batony owsiane na zakwasie to żadna nowość i całkiem sporo przepisów znalazłam do wyboru. Ostatecznie bazowałam na tym (bo wszystko miałam w domu ;), z pewnymi zmianami (wyrzuciłam czekoladę a dodałam koryntki). Batonów wychodzi niewiele, ale oczywiście można składniki podwoić. Dodatki bakalii itd. można sobie dowolnie modyfikować (np. dodając masło orzechowe zamiast migdałowego i zmieniając migdały na inne fistaszki, itd.).

Co robi tu zakwas? Podobno zapewnia większą puszystość i pożądaną spoistość oraz wilgotność. W założeniu jednak jest to przepis z cyklu „nie marnuję”, tj. na zużycie nadmiaru surowca... Nie żebym jakoś szczególnie narzekała na taką nadprodukcję ;).

Składniki:

  • 50g płatków owsianych,
  • 50g miodu,
  • 50g masła migdałowego,
  • 50g posiekanych migdałów,
  • 100g dowolnego zakwasu (u mnie aktywny żytni, ale podobno można użyć i takiego z lodówki),
  • 75g suszonej żurawiny,
  • 40g pestek słonecznika,
  • 50g koryntek,
  • szczypta soli

Wymieszać osobno suche, osobno mokre składniki. Połączyć suche z mokrym, przełożyć do małej foremki (np. keksowej) dokładnie wyłożonej pergaminem lub ew. matą silikonową, wyrównać. Piec ok. 20-22 minut w 180 st. C (termoobieg) – całość będzie rumiana z wierzchu, ale pod spodem wciąż lekko miękka. Wystudzić na kratce.

Nie miałam problemu z przechowywaniem batonów: wyszło mi ok. 8 sztuk, te, których od razu nie zjadłam ;) przełożyłam do plastikowego pudełka, ale nie zakryłam go szczelnie (tzn. uchylony otwór wentylacyjny, w który wyposażony jest pojemnik). Trzymałam je w ten sposób ponad tydzień w temperaturze pokojowej i pod koniec były tylko trochę bardziej suche. Aha, oczywiście można batony jeść nie tylko jako przekąskę/mało słodkie słodycze, ale i na śniadanie, zwłaszcza takie w biegu/na wynos.

środa, 13 kwietnia 2016

Podejście do bakłażana dzieli nasze stadło małżeńskie; np. stojąc przed wyborem „cukinia czy bakłażan”, M wybierze to pierwsze, ja (po namyśle, bo czy muszę wybierać?!) raczej to drugie. Tymczasem podczas naszego ostatniego posiłku w Londynie zamówionej przez M rybie towarzyszył tzw. (bo cytuję menu) kawior z bakłażana, który bardzo mężowi smakował (i sam się potem dopominał, żeby „coś takiego” w domu odtworzyć). Przyznaję, że nie znoszę tej nazwy: kawior to rybia ikra, a ta pasta nie dość, że nią nie jest, to z żadnej strony jej nie przypomina ;). Więc choć przepis, który znalazłam na stronie Jadłonomii i którym się inspirowałam, zatytułowany jest właśnie „kawior z bakłażana”, pozwolicie, że więcej tego określenia nie będę używać ;). Najbardziej podoba mi się fakt, że nie obiera się bakłażana ze skórki (bo melitzanasalatę, gdzie ją ściągałam, kiedyś pokazywałam).

Pastę zrobiłam w ciągu miesiąca dwukrotnie, i już teraz wiem, że wolę mniej zieleniny, niż Marta Dymek sugeruje, a także nieco inną (tzn. koperek zdecydowanie mi nie pasuje). Poniższe proporcje odzwierciedlają te zmiany ;).

Składniki:

  • 2 mniejsze/średnie bakłażany
  • ok. 4 łyżek oliwy
  • sok z ½ – 1 cytryny
  • ząbek czosnku
  • ok. 2 łyżek posiekanej świeżej kolendry/bazylii, ew. zmieszanej 1:1 z natką pietruszki, plus parę listków do dekoru
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: szczypta za'ataru

Bakłażany umyć, nakłuć parokrotnie, owinąć folią aluminiową, piec ok. 30 minut w 190-200* st. C (termoobieg). Lekko przestudzić, odciąć ogonki, z grubsza posiekać, umieścić w malakserze z pozostałymi składnikami. Zmiksować, ale nie na bardzo gładko. Sprawdzić doprawienie i najlepiej odstawić na co najmniej 1h do tzw. przegryzienia. Przed podaniem udekorować dodatkowymi ziołami, można też jeszcze skropić skropić oliwą i cytryną.

* Właśnie się zorientowałam, że autorka proponowała 200 st., ale jestem na 99% pewna, że piekłam w nieco niższej - dlatego, że zazwyczaj, jak nie wiem, jaką temp. wybrać, nastawiam na 190 ;).

Pasta świetnie pasuje solo, tzn. jako dip czy przystawka, jako składnik bliskowschodniego bufetu (falafel, labneh i s-ka) czy właśnie dodatek do ryby. A sezon na bakłażana tuż za rogiem, bo podobno już od maja (czyli tylko trochę się pospieszyłam)!

czwartek, 25 lutego 2016

Uświadomiłam sobie niedawno, że na blogu brakuje tagu "pasty i smarowidła" - na wszelkie dodatki do pieczywa. Całkiem często coś takiego produkuję, na blogu też się pojawiają, więc powinny się wyróżnić (zwłaszcza, że pasztety już wyodrębniłam)! Tag jak widać, już zaistniał (nie wiem tylko, czy wyłapałam wszystkie podpadające pod niego wpisy), i rychło w czas, bo oto kolejny słoik smarowidła... niestety, w szarym kolorze ;). W sumie można było przewidzieć, że podduszone pieczarki zmiksowane z twarogiem dadzą kolor popielaty, więc nie byłam bardzo tym zdziwiona, uprzedzam jednak tych liczących na atrakcyjny efekt wizualny. Można go lekko skorygować np. dekoracją w postaci posiekanych kaparów lub zieleniny... a tak czy inaczej, pasta jest smaczna i robi się łącznie kilkanaście minut. Jak zazwyczaj, zainspirowało mnie zdjęcie w internecie, ale niestety nie mogę znaleźć teraz źródła, zresztą, wzięłam z niego tylko myśl przewodnią ;).

Składniki:

  • 250g pieczarek
  • opcjonalnie: 2 większe suszone grzyby
  • 100g twarogu (tłustego lub półtłustego)
  • 3 szalotki + 1 ząbek czosnku
  • masło/oliwa do smażenia
  • łyżka posiekanego rozmarynu, sól, pieprz
  • łyżeczka kaparów
  • opcjonalnie: natka pietruszki

Pieczarki pokroić na cienkie plasterki, szalotki i czosnek posiekać. Rozgrzać ok. łyżkę masła lub oliwy w dużej patelni na średnim ogniu i przesmażyć krótko szalotkę, czosnek i 1/2 rozmarynu. Dodać pieczarki (i wkruszyć bezpośrednio na patelnię grzyby suszone, jeśli używacie), smażyć ok. 10 minut, mieszając co jakiś czas (grzyby powinny puścić trochę soku, który następnie powinien odparować). Wymieszać zawartość patelni z twarogiem, kaparami i pozostałym rozmarynem, doprawić do smaku solą i pieprzem. Opcjonalnie można dodać trochę natki pietruszki. Zmiksować na gładką masę, sprawdzić doprawienie. Przechowywać w lodówce. Najlepiej smakuje na ciemnym pieczywie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna