Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: owoce morza

czwartek, 02 czerwca 2016

Nic nowego: to, co znane i oczywiste po minimalnej zmianie staje się odświeżająco nowe (o czym wspominałam mało odkrywczo kilka lat temu. Ew. to, co znane i oczywiste odkryte na nowo (np. po latach) też prowadzi do olśnień kulinarnych (o czym też wspominałam, ale nie aż tak dawno temu). Niedawno doświadczyłam tych odczuć przy okazji kolacji w sam raz na tą porę roku: późna wiosna, choć jeszcze nie lato, a na straganach można wybierać i przebierać.

Kapusta z łazankami: klasyka, prawda? Jednak nigdy sama jej nie robiłam! Gdy zaś kapusta jest młoda, i doprawiona pikantnie, a łazanki domowe, mamy w ogóle ciekawe danie. Proste, znane, a jednak odkrywcze.

Na łazanki: ½ porcji makaronu z tego przepisu, rozwałkowanego nie za cienko (5 ustawienie w maszynce 9-cio stopniowej) i pokrojonego na łazanki

Na kapustę: 1 mała młoda kapusta, 1 cebula, olej, sól/pieprz, 1-2 łyżeczki pasty z ostrej papryki (węgierska, harissa, azjatycka itp.).

Cebulę drobno pokroić, zeszklić na oleju. Kapustę poszatkować, dodać do cebuli, chwilę przesmażyć, lekko podlać wodą i dusić na średnim ogniu, aż będzie miękka, ale nie rozpadająca się (ok. 25 minut powinno wystarczyć). Doprawić pod koniec gotowania do smaku solą, pieprzem i ostrą papryką. Wymieszać dokładnie z makaronem ugotowanym al dente, podgrzewać razem na małym ogniu przez około minutę i od razu podawać.

O klasycznej młodej kapuście oczywiście już pisałam - takiej zabielanej koperkowej i pomidorowej.

Innym klasykiem obiadowo-kolacyjnym na cieplejszą porę roku są u nas sałatki. O nicejskiej, która w nieco pomniejszonej wersji wraca jak bumerang, już kiedyś pisałam. Niedawno stojąc nad paczką rozmrożonych małży i niechętnie myśląc, co z nimi zrobić („makaron dopiero co był… risotto? Za ciepło”, itd.) olśniło mnie, że czemu nie zastąpić nimi ryby w sałatce nicejskiej?

Składniki: ok. 5-6 ziemniaków, ½ średniej cebuli, ok. łyżki posiekanej dymki (opcjonalnie), 2 pomidory, kilka oliwek, ok. 250g mięsa małży, 2 ząbki czosnku, ok. łyżki świeżego oregano, ok. 6-8 anchois, 2 łyżki pesto (najlepiej domowe, np.klasyczne bazyliowe czy np. z rukoli), łyżka oliwy, sok z cytryny

Ziemniaki ugotować, minimalnie przestudzić (tyle, żeby się nie parzyć przy krojeniu), pokroić w plastry, rozłożyć równomiernie na dużym talerzu lub paterze. Gdy ziemniaki się gotują, rozgrzać na patelni niewielką ilość oliwy, przesmażyć zmiażdżony czosnek. Dodać małże, przesmażyć kilka minut (gotowanym wystarczy ok. 4 minut, surowym – 8-10). Pod koniec dorzucić oregano. Doprawić lekko pieprzem i, jeśli to konieczne, solą. Odstawić na bok. Pesto rozprowadzić oliwą, też odstawić na bok. Cebulę pokroić w pióra, rozłożyć na ziemniakach, ew. dodać posiekaną dymkę. Oprószyć całość solą i pieprzem, polać 2 łyżeczkami pesto z oliwą. Pomidory pokroić w plastry, rozłożyć na ziemniakach itd., polać kolejnymi 2 łyżeczkami pesto. Na wierzchu rozłożyć równomiernie małże, anchois i oliwki. Całość polać pozostałym sosem i skropić cytryną. Jeśli to możliwe, odstawić na ok. 10-15 minut przed podaniem.

 

środa, 17 września 2014

Pierwszym miejscem (poza Nowym Jorkiem), do którego wiedzieliśmy, że pojedziemy w Stanach, było Maine. Dlatego pierwszym pytaniem, jakie usłyszałam podczas rozmowy wizowej było krótkie a treściwe: „Why Maine?”. Wcześniej wydawało mi się, że nie wybraliśmy aż tak oryginalnych miejsc na podróż... To było zanim ileś osób spytało mnie, czemu nie Zachodnie Wybrzeże (które znajduje się gdzieś na końcu mojej amerykańskiej wishlisty). A czemu w ogóle Nowa Anglia? Jeśli się dorastało zaczytując Hotelem New Hampshire, odpowiedź jest jasna (i tylko jeszcze dodam, że kolejne na liście jest amerykańskie Południe. Tak, też przez literaturę). Do Maine dorzuciliśmy Martha's Vineyard, żeby było coś a/w połowie drogi między Nowym Jorkiem a północą, b/bo chciałam nad morze, w ramach urozmaiceń, a potem dodaliśmy jeszcze Vermont. Z perspektywy czasu uważam, że to dobry zestaw: każdy stan i miejsce jest inne. Nr jeden chyba został Vermont – tam mogłabym ew. zamieszkać.

W kilka h po opuszczeniu Nowego Jorku, nieco zmęczeni i zestresowani jazdą samochodem w nowych warunkach, dotarliśmy do promu na Martę, bo tak zaczęliśmy nazywać wyspę Martha's Vineyard. Z promem mieliśmy trochę szczęścia (bo akurat zbierał się do odpłynięcia, a nie mieliśmy rezerwacji, bo po co ;), ale relaksować zaczęliśmy się dopiero jakiś czas później, wśród pastelowych drewnianych domków i wydm. Ba, niektórzy nawet weszli od razu do Atlantyku (woda była ciepła!). Mieszkaliśmy w Oak Bluffs, które jest uroczą miejscowością: domy pomalowane są na różowo, niebiesko lub fioletowo, na obowiązkowych gankach kołyszą się fotele bujane, a wieczorem grasują skunksy ;). Cukierkowo-kreskówkową atmosferę podkręcają rozliczne miejsca serwujące słodycze: lodziarnie (jedną podobno upodobał sobie prezydent Obama), piekarnie (w tym taka „zamknięta po 21, ale na zapleczu w nocy sprzedaje się świeże pączki” - wiadomo, że po takiej reklamie tworzą się kolejki), retro sklepy ze słodyczami lub babeczkami. Na wyspie odkryliśmy te słynne „ogromne amerykańskie porcje”: kanapki okazywały się podwójne, a muffiny przerośnięte. Kontynuowaliśmy testowanie piw lokalnych oraz nielokalnego, ale bardzo dobrego, kalifornijskiego Pinot Noir* (konkretnie to Merry Edwards, 2013); M pierwszy raz próbował lobster roll (buły z homarem, czy też ładniej: bułki z mięsem homara), z którą ja jednak się wstrzymałam do właściwej lokalizacji, tj. Maine.

Albowiem Maine kulinarnie to homary, homary i homary. Może z dodatkiem chowderu i Whoopie Pie na deser (ale Whoopie'ego przyznaję od razu, że spróbowaliśmy dopiero w kolejnym stanie, więc o przysmaku Amiszów** za chwilę). W przypadku homara skupiłam się na lobster roll, i choć nie jest to moje ulubione danie, ma swój urok, jeśli się je patrząc na morze i wiedząc, że homar daleko nie podróżował. Chowder zaś okazało się, że robimy całkiem podobny, choć nie dajemy do niego oyster crackers (smakują jak groszek ptysiowy i wbrew pozorom, nie zawierają ostryg ;).

Mieszkaliśmy w Bar Harbor, które okazało się na tyle turystyczną miejscowością (Holiday Inn nigdy dobrze nie wróży), że nie chciałabym do niej wrócić, a lokalne restauracje jakoś nie wzbudzały naszego zachwytu, więc ostatniego dnia zdecydowaliśmy się na piknik (jeśli można tak nazwać posiłek jedzony na ganku). Odwiedziliśmy bowiem dobrze zaopatrzony sklep z winem, gdzie zainwestowaliśmy w kolejne porządne Pinot Noir z Russian River Valley... a potem odkryłam lodówkę z serami. Wzięliśmy dwa z Maine (choć w lodówce kusił Brillat Savarin): Fuzzy Udder, które za samą nazwę*** miało plusa, oraz kozi z Seal Cove Farm. Do tego rustykalna bagietka, czyt. najlepsze pieczywo, jakie jadłam podczas wyjazdu.

W Vermoncie też udało nam się zrobić piknik, po dniu wędrowania po parku stanowym i zwiedzaniu najbliższej miejscowości. O ile w Bar Harbor nasz pomysł podejścia na piechotę pod najbliższy szczyt (oddalony o kilka km Cadillac Mountain), celem jego zdobycia, wzbudziła konsternację i niepokój („samochód...? Albo chociaż autobus?”), nie sądzę, by taki pomysł wzbudził jakiekolwiek emocje w Vermoncie, który kształtuje się mniej więcej tak: las, las, las, wzgórze, dom, pastwisko, las, las, las, dom. Ci, którzy uważają, że po Mazurach nie powinno to wzbudzać naszych emocji, nie wiedzą, jaka jest różnica w zaludnieniu (czyt. Vermont ludzi jest znacznie mniej, a poza szczytem sezonu turyści budzą zainteresowanie jako wyróżniający się obcy). Nieliczni mieszkańcy są bardziej na dystans i mniej promienni, niż w innych stanach, co dla europejskiego temperamentu wydaje się bardziej naturalne ;). Vermont jest także znany z tendencji liberalnych i alternatywnych, więc osiadło tu dużo hippisów i hipsterów.

Drugi piknik składał się znów z lokalnego piwa i sera, bo Vermont to, poza lasami, właśnie pastwiska i krowy. Tradycyjnie produkuje się cheddar w różnych wydaniach. „Nasz” kupiłam w Country Store, czyli w uproszczeniu – sklepie ze wszystkim, ale głównie pamiątkami ;), w Wilmington (miejscowości jak z serialu – trochę Twin Peaks, trochę Przystanek Alaska...). Podczas zakupu piwa w bardzo pustych delikatesach w oko wpadł nam ww. whoopie. Zjadł go głównie M, bo białkowy krem marshmallow jest jedną z nielicznych rzeczy, jakich naprawdę nie lubię, choć na jeden kęs się skusiłam. I gdyby w środku było coś innego, byłoby znacznie lepiej, ale wiem, że już nie tradycyjnie... i pewnie nie tak słodko ;).


W temacie słodyczy, Vermont to także główny producent syropu klonowego. Pękate kanki sprzedaje się wszędzie, także przy drodze, w towarzystwie dyń (na które sezon powoli się zaczyna). Swoją butlę (½ galonu = 1,89 litra) kupiliśmy na targu (farmer's market) w Brattleboro. Ze sprzedawcą, a właściwie producentem, rozmawialiśmy pół godziny o systemie ochrony zdrowia w Polsce oraz, co było znacznie dla nas ciekawsze, o szczegółach produkcji syropu. Wybraliśmy oczywiście ten najciemniejszy, najbardziej aromatyczny, który kiedyś był nazywany „grade B”, ale jak nam wyjaśniono, „B sugeruje coś gorszego niż A”, więc zrezygnowano z tego nazewnictwa. Teraz wszystkie powinny być opisywane jako A, z dodatkowym opisem (np. „delikatny i złocisty”). Kanka wzbudziła zainteresowanie służb celnych, bo po otwarciu walizki okazała się owinięta taśmą „podległa kontroli”. Zawartość na szczęście nienaruszona i już zadebiutowała w owsiance...


CDN (wpis o końcówce wyjazdu, tj. restauracjach nowojorskich – jeśli jeszcze nie macie dość ;).

* I wreszcie zrozumieliśmy, o co chodziło Milesowi w Bezdrożach.

** Którzy podobno bardzo cieszyli się (Whoopie!) znajdując ciastka w paczkach z drugim śniadaniem, i stąd nazwa.

*** Mechate czy też włochate wymię.

wtorek, 09 września 2014

Parę dni temu obiecałam pierwsze impresje z USA. Tym razem jestem w drodze do Vermontu. Dzień rozpoczęłam od zejścia na parter pensjonatu, do źródła kap kap (ustawianej o 6:30 rano dla rannych ptaszków), a na późniejsze śniadanie jedliśmy m.in. stratę (zapiekankę zbliżoną do croque monsieur) oraz gofry z, uwaga, jagodami amerykańskimi (wild blueberries) – o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Są słodsze od „naszych”, ale b. smaczne, i rosną np. w górach Maine.

Opis Nowej Anglii poczeka jednak na kolejny wpis, bo zaczęłam – jak wiele osób przede mną – od Nowego Jorku, ale na swoje szczęście, w przeciwieństwie do niegdysiejszych emigrantów, nie od traumatycznych doświadczeń na Ellis Island ;). Na lotnisku wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, wg czasu polskiego – w środku nocy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wyjściu z autobusu koło dworca Grand Central, była oświetlona kopuła budynku Chryslera. Widok w połączeniu z niskimi chmurami i odbijającymi się światłami miasta sprawił, że zawołałam: „Gotham!”. I wieżowiec pozostał moim ulubionym (jak na razie) budynkiem w NYC (a nastawiałam się na zachwyt nad Mostem Brooklyńskim). Tymczasem ciągnęliśmy walizki do hotelu, ulice były ruchliwe jak w dzień, a wokół pachniało... curry.

Pierwsze (wczesne... zmiana czasu robi swoje ;) śniadanie składało się z kultowego zestawu: bajgli (ze śledziem doprawionym na słodko, co przypomniało mi o pewnej książce, i pastą z tuńczyka) i słabej mlecznej kawy. Inne możliwe warianty dodatków obejmowały siekaną wątróbkę, serek śmietankowy oraz łososia w różnych postaciach. Obsługa mówiła z akcentem, podobnie jak co druga osoba, z którą miałam do czynienia w Nowym Jorku.

W ciągu kolejnych paru gorących dni w mieście odkryłam, że kawa nie musi być lurowata, skoro mogłabym wyjść w kapciach po zupełnie przyzwoitą flat white, i to można wybierać między kawiarnią tuż obok hotelu a tą za rogiem. Oba lokale czynne od 7 rano, co w NY wydaje się normą, skoro przeciętny człowiek idący rano ulicą, czy to do pracy, czy na spacer z psem, czy wracający z biegania, niesie w ręku tekturowy kubek lub coś zbliżone objętością do wiaderka ;).

Kontynuując temat śniadania, jednym ze spożywczych „do zaliczenia” był diner jak z filmów. Taki serwujący naleśniki, placek owocowy i morze słabej kawy, dolewanej wielokrotnie przez obsługę. Marzenie zrealizowaliśmy trzeciego dnia w Nowym Jorku, umawiając się na spotkanie z koleżanką w Scotty's Diner. Były i naleśniki, i to wielkości ponadnaturalnej ;), podane z masłem, syropem klonowym, i morze dolewanej kawy kap-kap, i woda z lodem stawiana bez pytania na stole. Zrozumiałam, czemu David Lebovitz udzielał szczegółowych rad czytelnikom jak prosić/domagać się kranówki we Francji, bo taka oczywiście była ta woda, i to mocno chlorowana. Choć jestem zwolenniczką wody z kranu, miałam kłopot z przyzwyczajeniem się tego basenowego smaku - w Midtown, bo już na Chelsea Market woda była smaczniejsza, a poza Nowym Jorkiem zupełnie neutralna.

W temacie Chelsea Market: jak ktoś jest kulinarkiem czy też, stosując polanglo, „foodisiem” (fudisiem?) i wybiera się do NY, pewnie już ma to miejsce na liście do odwiedzenia. Poza faktem, że można się tam najeść i zrobić zakupy, hala jest ciekawa architektonicznie, jeśli się lubi klimaty postindustrialne (i warto połączyć wizytę z obejrzeniem chociaż kawałka pobliskiego High Line). Zakupów nie robiłam, za to wybraliśmy się na ostrygi do Cull & Pistol, a właściwie to talerz mieszanych specjałów z tzw. raw bar, na które składały się ostrygi, surowe krewetki i małże. Konkretnie to tzw. littleneck (leukoma staminea), w przypadku których przeżyłam niemiłą niespodziankę. Nie sądziłam, że są jakiekolwiek owoce morza, których bym nie lubiła – a jednak, i są to właśnie te małże :) (utwierdziłam się w pierwszym wrażeniu jeszcze raz w Maine).

W Nowym Jorku także rozpoczęłam testowanie piw z małych browarów (craft beers). O ile kiedyś piwo amerykańskie kojarzyło mi się z butelkami Millera czy Corony, pogardliwie nazywanych albo „damskim piwem” albo mniej elegancko sikami, to nowe napoje typu IPA są z drugiego końca skali. Często jestem w stanie obiektywnie ocenić, że piwo jest oryginalne, smaczne itd., ale nie w moim typie, bo przeważnie są za ciężkie i bardzo gorzkie, nawet te opisywane jako „lekkie, letnie piwa”. Zdarzyły się jednak oryginalne perełki typu Great South Bay Blood Orange (smakujący grejpfrutowo, co w praktyce jest znacznie smaczniejsze, niż może się wydawać ;) lub white ale.


Poza ostrygami udaliśmy się na „prawdziwe” (nie fastfoodowe) burgery. Przy prośbie o słabo wysmażone mięso kelner ostrzegł mnie, że krwiste oznacza naprawdę krwiste i zasugerował jednak medium. M niezrażony poprosił o rare. Pierwszy raz jedliśmy hamburgery tak mało wysmażone i – choć pewnie to mało odkrywcze – okazało się, że w przypadku dobrego mięsa to działa. Natomiast zdziwiło mnie pytanie, czy nie chcę sera, bo pomysł, że miałabym zabijać świetną wołowinę stopionym serem, wzbudził mój sprzeciw (pomijam to, że na do burgera podano na stół także rozliczne sosy, bo ich użycie jest dowolne). Potem przestałam się dziwić, gdy odkryłam, że przy każdym prawie daniu (mięsnym lub nie) proponuje się klientowi dodatek sera lub też ten ser gdzieś się przewija. Uwielbiam tą postać nabiału, ale... nie zawsze i nie wszędzie. Jak widać jednak, umiar niekoniecznie jest cnotą amerykańską ;).

Na ostatnią kolację podczas pierwszego pobytu w Nowym Jorku (bo za dwa dni tam wrócę) udaliśmy się tropem pierwszych aromatów, czyli curry. Mieszkaliśmy na skraju dzielnicy Murray Hill, zwanym Curry Hill, od skupiska restauracji indyjskich na obszarze 2-3 przecznic przy Lexington Avenue. Nam wystarczyło obejście jednej przecznicy, obejrzenie około 20 restauracji i ich menu, i wybranie jednego lokalu. Od powrotu z Indii w restauracji indyjskiej byłam tylko raz, i zapomniałam, jak lubię tą kuchnię w takim wydaniu ;). Różnica między Bombajem a Nowym Jorkiem jest taka, że nad Atlantykiem mówią poprawnie „salted lassi” (nie „salt”) i pije się wodę z kranu, a reszta (włącznie z akcentem) jest taka sama ;). To jeden z plusów mieszkania z takiej metropolii – wszelkie kuchnie świata na wyciągnięcie ręki, i w dużym wyborze.

Cd. wrażeń spod znaku Nowej Anglii nastąpi wkrótce.

wtorek, 17 września 2013

Bardzo często mam wejścia na bloga na hasło "przegrzebki co to jest" (ostatnio w liczbie pojedynczej - "przegrzebek co to jest", ale ograniczanie się do jednej sztuki brzmi bardzo skromnie...). Wejścia prowadzą do tej sałatki. Na urlopie (już niestety w czasie przeszłym), przy okazji nabycia niewielkiej paczki przegrzebek, przyrządziłam inny wariant tej potrawy. Coś w tym jest, że ziemniaki i małże do siebie pasują... I to dobre danie do sprawdzania, czy te wyjątkowo "mięsne" owoce morza Wam smakują.

Składniki:

  • 1 średnia cukinia,
  • 1 niewielka cebula, 
  • ostra papryka, sól, pieprz, olej
  • pietruszka (natka)
  • łyżka białego octu winnego lub jabłkowego
  • ok. 350g mięsa przegrzebek (rozmrożonych, jeśli uprzednio mrożonych)
    ok. 80-100g boczku, pokrojonego w kostkę
  • ok. 6-7 ugotowanych ziemniaków
  • kilka liści sałaty (ew. mała garść rukoli/roszponki)

 Zacząć od przyrządzenia cukinii: pokroić w cienkie plasterki lub półplasterki, odłożyć na bok. Na niewielkiej ilości oleju zeszklić cebulę pokrojoną w pióra, dodać cukinię, doprawić do smaku solą, pieprzem i ostrą papryką. Smażyć kilka minut, aż lekko zmięknie i przerzucić do miski z łyżką octu na dnie, wymieszać, odstawić na bok. Na patelni po cukinii wytopić tłuszcz z boczku na wolnym ogniu, potem podkręcić ogień i smażyć, aż będzie chrupki (jeśli boczek jest chudy, najpierw rozgrzać trochę oleju na patelni i dopiero potem przesmażyć). Dodać przegrzebki, smażyć po ok. 3 minuty z każdej strony, dorzucić do cukinii, dodać posiekaną natkę (ilość wg uznania) i wymieszać, po chwili sprawdzić doprawienie, ew. skorygować. Na patelni po przegrzebkach podgrzać ziemniaki, pokrojone w plastry. Na 2 talerzach położyć parę liści sałaty, rozdzielić po równo ziemniaki, na ziemniakach ułożyć pozostałe warzywa z przegrzebkami. Można skropić cytryną, lub podać cytrynę na stół; podawać od razu.

Zapisz

niedziela, 21 lipca 2013

W ogrodzie wciąż zielono. Boćwina wciąż ma się dobrze, choć sałata przekwita; jedną grządkę groszku już zjedliśmy, ale jeszcze dojrzewa cukrowy. Pojawiły się też cukinie, jarmuż nadaje się do zrywania, wygląda też na to, że będą w tym roku dynie.

Moją ulubioną tegoroczną formą jedzenia groszku jest połączenie go z kuskusem, szczególnie gdy okazało się, że niektórzy są na surowy lekko uczuleni. Wyłuskany groszek można dodać do surowej kaszy przed zalaniem wrzątkiem, a takie zblanszowanie zapewni, że nikt nie będzie pokasływał podczas posiłku. Jak na razie przećwiczyłam warianty:

* kuskus, groszek i mięta, doprawiony cytryną i olejem rzepakowym/oliwą, jako dodatek do posiłku;

* kuskus, groszek, rukola i bryndza, doprawiony jw. do smaku, jako sałatka np. na drugie śniadanie;

* kuskus, groszek, duże liście mięty i bazylii, ser szopski, czubryca, doprawiony jw., podany jw.

Co do boćwiny, wciąż szukam na nią pomysłów.

Makaron małże i boćwina: drobno posiekane łodygi boćwiny (niewielka garść) poddusiłam razem z posiekanym czosnkiem, dodałam ok. 200g mięsa małży, gotowałam ok. 10 minut, na koniec dodałam porwane liście boćwiny, całość przykryłam i zostawiłam na b. małym ogniu na ok. 2 minuty. Podałam wymieszane z makaronem spaghetti, lekko zakwaszone cytryną i udekorowane paroma liśćmi melisy (bazylia cytrynowa też byłaby na miejscu).

Makaron boćwina i pomidory: posiekane łodygi boćwiny dodałam jw. do czosnku/cebuli podczas pierwszej fazy robienia sosu pomidorowego do makaronu, na koniec gotowania dodałam liście.

Co do cukinii zaś - na razie była duszona i w makaronie (z kurkami), ale przypominam, że smażone faszerowane kwiaty to także coś pysznego (a same kwiaty cukinii, dla tych, co nie mają dostępu do ogrodowych, widziałam niedawno na targu w Warszawie).

CDN...

sobota, 22 czerwca 2013

Jak wspominałam w poprzednim odcinku ;), francuska prowincja wywarła na mnie znacznie lepsze wrażenie niż stolica kraju. Przez prowincję mam na myśli tą na północ od Paryża. Pierwszy przystanek nazywał się Giverny, czyli miejsce, w którym Claude Monet mieszkał, malował i zmarł. Dziś można zwiedzać jego dom i słynne ogrody, w miejscowości znajduje się także muzeum impresjonizmu.

Już pierwsze wioski po zjeździe z autostrady mi się podobały, jako małe, bardzo zadbane i schludne, o ciekawej architekturze, ale samo Giverny jest urocze – zielone, czyste (nie tylko w porównaniu z Paryżem ;), pełne kwiatów, z małym gotyckim kościołem (przy którym został pochowany Monet). Większość turystów skupia się na domu i ogrodach malarza (skądinąd ładnych i robiących wrażenie, zwłaszcza jeśli lubi się kwiaty łąkowe i grządki sprawiające wrażenie „dzikich”, nawet w deszczu ;), jednak warto przejść się dalej. Ku swojemu zaskoczeniu, miałam skojarzenia z austriackim Hallstat, które jest nr 1 w moim rankingu „słodkich miejscowości”; gdyby ktoś się mnie przed wyjazdem spytał, z czym będzie kojarzyć mi się Francja, wymieniłabym pewnie Hiszpanię, Włochy, nigdy kraje niemieckojęzyczne.

Po Giverny ruszyliśmy, nieco przemoczeni, dalej na północ, zatrzymując się przy opactwie Jumieges. Jeśli lubicie ruiny – polecam. Co prawda, jak na złość, wyszło na chwilę słońce – do gotyckiej atmosfery bardziej pasowałaby mi złowieszcze chmury czy mgła, ew. zacinający poziomo deszcz ;). Skojarzenia miałam z podobnym klasztorem pod rodzimym Zagórzem, w którym byłam kilkanaście lat temu. Był wówczas mocno zaniedbany i chyba nieobjęty jakąkolwiek opieką czy promocją – czy ktoś z czytelników wie, jak jest teraz?

Trzecim przystankiem była nasza baza na najbliższe dwa dni, tj. normandzkie Honfleur. Co tu dużo mówić – prawie każdy dom na starówce nadaje się do sfotografowania.

Miałam skojarzenia z Brugią (w wersji trochę mniej zadeptanej). Wrażenia potęgowało parę sklepów z czekoladkami, w tym jeden reklamujący się brugijskim rodowodem ;). Pośrodku malowniczy stary port, tuż obok – stary kościół Św. Katarzyny, jak wyjęty ze stron Beowulfa (czy jest na sali anglista ;)?). Miejscowość to także niezła (choć nie najlepsza, ze względu na odległość) baza wypadowa, jeśli ktoś interesuje się historią II wojny światowej i chciałby zwiedzić miejsca lądowań aliantów.

Poza samym Honfleur, obejrzeliśmy komiks średniowieczny ;) (tj. haftowaną tkaninę, przedstawiającą dokonania Wilhelma Zdobywcy) w Bayeux, malownicze klify w Etretat (które znów doceniali impresjoniści) oraz udaliśmy się na wycieczkę kulinarną na nadbrzeże w Trouville. Otóż Normandia to: sery (Camembert, Pont-l'Eveque – mój ulubiony - i Livarot wszystkie pochodzą rzut beretem od Honfleur), masło i inne wyroby z mleka krowiego; napoje procentowe z jabłek, czyt. cydr i calvados oraz dary morza, czyli ostrygi i inne.

Wyczytałam, że najlepiej udać się na ostrygi lub omułki na targ rybny (właściwie to kilka straganów) przy nadbrzeżu w Trouville. Towar jest świeży, przygotowywany do jedzenia właściwie przy kliencie. Napoje to np. dość kwaśne, lekkie białe wino, sztućce - plastikowe, do tego jako dodatek mokre chusteczki ;), przed chłodem (szkoda, że już nie przed deszczem) chronią zewnętrzne grzejniki.

Inne atrakcje regionu, tj. wspomniane sery i cydr, udało nam się skosztować wieczorem w Honfleur oraz podczas nadmorskiego pikniku w Etretat.

CDN :)

środa, 26 stycznia 2011

W lipcu 2004, wędrując po Półwyspie Iberyjskim, pod koniec pobytu w Portugalii trafiliśmy do Taviry. Miasto zapamiętaliśmy dlatego, że nie było nad morzem (wbrew temu, co z E. wypatrzyłyśmy wcześniej na mapie ;), za to na jego ulicach od rana do nocy słychać było fado, czasem z "romantycznym" (moja ówczesna opinia) kocim śpiewem w tle. W Tavirze też poszliśmy do restauracji, w której nie pamiętam, co jadłyśmy z E. (chyba ryby), ale bardzo dobrze pamiętam, że M jadł wieprzowinę z małżami, czyli porco a alentejana*. Kilka lat później odtworzyliśmy danie w domu (korzystając z tego przepisu), a ostatnio M zrobił replay, tym razem jednak zmieniając co nieco. Oto, jak było:

Składniki (na ok. 4 porcji):

  • 180ml wytrawnego białego wina
  • 1 1/4 łyżeczki soli
  • ok. 2 łyżek pasty paprykowej łagodnej (u nas węgierska)
  • ok. 2 łyżek pasty paprykowej ostrej (u nas harrisa)
  • 1/8 łyżeczki czarnego pieprzu
  • 1 ząbek czosnku, obrany, przekrojony na 1/2
  • 1 mały liść laurowy
  • ok. 450g schabu wieprzowego, pokrojonego w kostkę ok. 2,5cm
  • 1-2 łyżki oliwy/oleju
  • 1 cebula, obrana i cienko pokrojona
  • łyżeczka drobno pokrojonego czosnku
  • ok. 150ml przecieru pomidorowego (w sezonie mógłby to być miąższ z 1 większego pomidora)
  • ok. 900-1000g umytych małży w skorupach
  • posiekana natka pietruszki

W misce mieszamy wino, pasty paprykowe, pieprz, sól. Dodajemy czosnek, liść laurowy, pokrojone mięso, mieszamy. Marynujemy ok. 6 h w lodówce, mieszając co jakiś czas (to ostatnie nie jest niezbędne). Odcedzamy mięso, zostawiamy marynatę. Osuszamy mięso ręcznikiem. Wyrzucamy czosnek i liść laurowy. Podgrzewamy oliwę/olej na dużej patelni, rumienimy mięso, wyławiamy np. szumówką i odkładamy na bok do miski. Do patelni wlewamy marynatę, doprowadzamy do wrzenia, zeskrobujemy resztki np. mięsa ze ścianek naczynia. Gotujemy odparowując płyn, by uzyskać ok. 1/2 szklanki. Polewamy płynem zrumienione wcześniej mięso, odstawiamy. W dużym rondlu znów rozgrzewamy oliwę, szklimy cebulę (ok. 5 min), nie dopuszczamy do zbrązowienia. Dodajemy posiekany/wyciśnięty czosnek i pomidory, gotujemy na niewielkim ogniu 5 min. stale mieszając. Rozkładamy małże, spojeniem muszli do dołu, na pomidorach. Przykrywamy garnek i gotujemy na średnim-dużym ogniu 10 min lub aż małże się otworzą (nie otwarte po tym czasie oczywiście wyrzucamy; ja miałam worek dużych małży mrożonych w połówkach muszli, więc z zasady już otwartych, i proces selekcji pominęłam). Dorzucamy mięso z marynatą. Gotujemy na niewielkim ogniu ok. 5 min, aby całość się podgrzała. Podawać posypane pietruszką.

W oryginale były nie pasty paprykowe, lecz słodka i ostra papryka w proszku - można oczywiście ich użyć (zachęcałabym też, by choć 1 z nich była wędzona), znalazłam jednak wiele przepisów wykorzystujących właśnie pasty. Ponieważ miałam dwa warianty na stanie, zostały dodane. Harissa sprawiła, że danie jest lekko pikantne, ale nie przesadnie.U nas z dodatków były pieczone ziemniaki i trochę surowej zieleniny, ale świeżo upieczony biały chleb - typu bagietka - jest jak najbardziej wskazany. Danie bardzo polecam - mięso zyskuje na kontakcie z owocami morza, i na odwrót. Choć jadłam je dotychczas tylko latem, nie wiem, czy to potrawa bardziej zimowa - zresztą, sami spróbujcie.

* Oraz że wieczór zakończył się machaniem portugalską flagą z balkonu...

piątek, 24 września 2010

Od blisko dwóch tygodni, czyli od przyjazdu do Austrii, wszędzie dookoła widzę dynie. Czy to z okna pokoju, w sąsiednim ogrodzie (tu powinien być czas przeszły, bo już została zerwana), rosnące samopas (na stertach kompostu przy drodze, na terenie skansenu koło Salzburga, itd)., wystawione jako dekorację przed restauracjami, czy też sprzedawane w wielkich stosach 'z ziemi', przy stacjach benzynowych. Wszystko to sprawiło, że po pierwsze, tęsknię myślę o mojej dyni makaronowej na działce (zerwałam 1 wyrośniętą sztukę, ale co pozostałymi?), a po drugie, rzuciłam się na dynie w supermarkecie, gdyż nawet w zwykłym Sparze są 4 rodzaje do wyboru. Przede wszystkim porwałam dynię piżmową, trudno lub wcale dostępną w Polsce. Z 1/2 zrobiłam zupę*, większość pozostałej zaś M udusił z pomidorami, a mały kawałek użyłam jeszcze do poniższego risotta.

Składniki (dla 2 osób): szklanka (250ml) ryżu (najlepiej arborio, ale jak może widać na zdjęciu, u mnie z braku laku był basmati), ok. 60ml wytrawnego białego wina, 1/2 średniego pora, ok. 150g dyni (u mnie piżmowej), ok. 350ml dowolnego bulionu (najlepiej warzywnego lub delikatnego drobiowego), oliwa, masło, dodatkowa woda, ok. 200g (waga po osączeniu) rozmrożonej mieszanki owoców morza (można także użyć takich w zalewie), opcjonalnie: skórka starta z 1/2 cytryny i sok z cytryny

Pora umyć, pokroić w cienkie plasterki lub półplasterki. W rondlu/garnku rozgrzać masło z oliwą (po ok. łyżce każdego), zeszklić pora. Dodać dynię, pokrojoną w kostkę (piżmowej nie trzeba obierać, choć ja tym razem to zrobiłam), oprószyć warzywa lekko solą i smażyć ok. 5-10 minut (piżmowa b. szybko się gotuje, innym może zająć to trochę dłużej). Dodać ryż, wymieszać, przesmażyć kilkanaście sekund, skręcić ogień na średni, wlać pomału, stale mieszając, wino. Mieszać ryż, aż wchłonie cały płyn, wówczas wlewać stopniowo bulion, często mieszając. Gdy bulion zostanie wchłonięty, dodać owoce morza, wymieszać i stopniowo, w miarę potrzeby, dodawać dodatkową wodę - u mnie na oko, około 80-90ml, tyle, ile ryż wchłonie, pozostając wciąż lekko mokry. Gdy będzie już miękki, doprawić solą i pieprzem do smaku (u mnie ten ostatni obficie) oraz dodać skórkę z cytryny, jeśli używacie; ew. skropić także sokiem z cytryny. Wmieszać ok. 1 łyżkę masła, przykryć i odstawić na 2-3 minut na minimalnym ogniu (w przypadku kuchenki elektrycznej po prostu na wyłączonym, lecz jeszcze ciepłym palniku). Podawać najlepiej posypane natką pietruszki.

Nie jest to tylko specjalnie fotogeniczne danie...

* Dyniowe zupy już na blogu były:

piątek, 18 grudnia 2009

Jak w tytule postu: przegrzebki, małże Św. Jakuba i skalopki (spolszczone scallops) to to samo, tylko różnie nazywane. Przyznaję, że najbardziej lubię nazwę skalopki, choć nie jestem przekonana co do jej poprawności językowej. Przegrzebki kojarzą mi się z grzebaniem, a małże Św. Jakuba brzmi jakoś pompatycznie. Skalopki zaś jakoś swojsko (prawie jak eskalopki ;). Tak czy inaczej, małże te są pyszne, dość "mięsne" i niewiele potrzeba, by wydobyć z nich smak. Niedawna konsumpcja w Amber Room sprawiła, że gdy niedawno je zobaczyliśmy w sklepie, nabyliśmy niemal bez namysłu. Przepis pochodzi z kontynuacji mojej ulubionej The French Kitchen, tj. The French Market. Podaję pełne proporcje wg autorki, na 6 porcji - imho większych przystawkowych - lub z 3 obiadowe, np. z niewielkimi dodatkami. U nas proporcje były nieco zaburzone, gdyż użyliśmy całej  1 kg paczki mrożonych przegrzebków, których chyba było trochę więcej, niż 18 sztuk, ale radziłabym się kierować jednak oryginałem.

Składniki: 700g niewielkich ziemniaków, 3 łyżki oliwy, ok. 200-210 bekonu/wędzonego boczku w plastrach, 1 łyżka octu z białego wina (u nas balsamico), posiekany pęczek estragonu (z braku użyliśmy pietruszki), sól i świeżo mielony pieprz do smaku, 18 dużych skalopek (przegrzebków) bez muszli, 3 łyżki masła

Ugotować ziemniaki na parze (idealnie wyszorowane, w mundurkach, jeśli jednak mają grubą skórkę, trzeba je obrać). Gdy ziemniaki się gotują, rozgrzewamy oliwę (1 łyżkę) na patelni i przesmażamy bekon na chrupko (ok. 6 minut). Przekładamy na ręcznik papierowy do osączenia. Gdy ziemniaki się ugotują, studzimy je na tyle, by można było je dotykać bez oparzeń :) i kroimy w grube plastry. Mieszamy ziemniaki z osączonym bekonem, pozostałymi 2 łyżkami oliwy i octem oraz ziołami (estragonem/pietruszką) i doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

Skalopki opłukujemy, osuszamy na ręczniku papierowym. W dużej patelni/rondlu rozgrzewamy masło i przesmażamy skalopki (partiami, chyba, że macie aż tak olbrzymią patelnię; usmażone już małże przekładamy np. na podgrzany talerz). Uwaga: wg p. Harris do zezłocenia wystarczy im po 1 minucie na stronę, u nas było to coś ok. 2-3 minut na stronę - radzę sprawdzać i nie przesadzić ze smażeniem, aby nie nie były zbyt twarde. Sałatkę ziemniaczaną rozdzielamy sprawiedliwie na tyle porcji, ile osób jedzących, na każdej porcji umieszczając po kilka przegrzebek. Podawać od razu. Można na stół dać cytrynę, by każdy sobie pokropił do smaku.

Prawda, że proste? Latem wyśmienicie by smakowało ze świeżym pieczywem i kieliszkiem schłodzonego rosé lub białego wina...

poniedziałek, 19 października 2009

Czyli: M gotuje z Gastronomy of Italy Anny del Conte. Oto dwa udane przepisy, które mój mąż niedawno wypróbował z tej księgi. Przy okazji się dowiedziałam, że gnocchi to nie tylko ziemniaczane kopytka: w zależności od regionu Włoch, mogą być przyrządzane z semoliną, ryżem, polentą itd. My jedliśmy gnocchi di patate, jak pisze Anna, charakterystyczne dla Lacjum i Wenecji Euganejskiej (Veneto).

Gnocchi di patate (gnocchi ziemniaczane)

Składniki (na 4 porcje, u nas z 1/2): 1kg dobrze wymytych ziemniaków, 1 łyżeczka soli, 300g mąki, najlepiej włoskiej typ "00", 1 duże jajo, 75g masła, 2 zmiażdżone ząbki czosnku, 3-4 porwane liście świeżej szałwi, 75g (3/4 szklanki) świeżo startego parmezanu

Ziemniaki ugotować w mundurkach, odcedzić i obrać jeszcze ciepłe. Rozdrobnić za pomocą tłuczka, ugniatacza lub innego narzędzia. W misce zmieszać mąkę z solą. Do rozgniecionych ziemniaków dodać roztrzepane jajo i połowę mąki z solą. Wyrabiać ciasto, dosypując pomału pozostałej mąki, aż masa będzie gładka, miękka i lekko lepka. Uformować wałki o ok. 2,5 cm średnicy, następnie pokroić je na 2 cm kawałki. Z tych ostatnich należy uformować gnocchi, spłaszczając lekko każde kopytko widelcem.

Następnie należy zagotować dużą ilość wody (ok. 5 litrów), nieosolonej, gdyż spowoduje to sklejanie się gnocchi. W między czasie przygotowujemy sos, stapiając na małym ogniu masło z czosnkiem i szałwią i gotując tak długo, aż piana zniknie, a masło będzie jasnozłote. Sos należy trzymać w cieple; przed podaniem usuwamy czosnek.

Gotujemy kopytka partiami, po ok. 30 sztuk na raz (lub mniej). Po wypłynięciu na powierzchnię wody gotujemy 20 sekund, po czym wyjmujemy je za pomocą szumówki. Każdą porcję polewamy sosem i posypujemy parmezanem.

Danie jest smaczne, proste i bardzo sycące. Może nie są to moje ulubione gnocchi (jeśli w ogóle takie istnieją :), ale warte spróbowania.

Natomiast to, że lubię małże, to żadna tajemnica. Oto wersja z nadzieniem, czyli cozze ripiene, zasadniczo danie przystawkowe... ale my zjedliśmy, jak zazwyczaj się to dzieje z małżami, jako danie główne. Przepis obala teorię, jakoby Włosi nigdy nie jedli sera z daniami z owoców morza.

Cozze ripiene (małże nadziewane)

Składniki: 1,25-1,5kg (użyliśmy worka 2 l.) małży w skorupkach, 10 łyżek (ok. 3/4 szklanki) bułki tartej, 10 łyżek (jw.) posiekanej świeżej pietruszki, 2 drobno posiekane ząbki czosnku, świeżo mielony czarny pieprz, 7 łyżek oliwy, sól, 2 łyżki świeżo startego parmezanu lub pecorino

Umyć małże dokładnie i wyrzucić te, których muszle pozostaną otwarte, także po postukaniu o np. blat i umieszczenie na chwilę w zimnej wodzie. Nastawić piekarnik na 230 st. C. Małże umieścić w duzym rondlu. Gotować na dużym ogniu pod przykryciem (płyn dodatkowy nie jest konieczny, wystarczy to, co wydobędzie się ze owoców morza) ok. 4 minut, co jakiś czas potrząsając garnkiem, aż muszle się otworzą. Nie wylewać płynu powstałego podczas gotowania. Pozbywamy się 1/2 każdej muszli, pozostawiając 1 "skrzydło" muszli z mięczakiem w środku. Małże, które się nie otworzyły podczas gotowania wyrzucamy.

Przecedzamy płyn z gotowania przez sitko i gazę. W misce mieszamy bułkę tartą, pietruszkę, czosnek i szczodrze doprawiamy pieprzem. Dodajemy oliwę i 4 łyżki płynu z gotowania małży, dobrze mieszamy. Kosztujemy i doprawiamy do smaku. Układamy skorupki z małżami na 1-2 blachach do pieczenia. W każdej skorupce umieszczamy szczodrą szczyptę nadzienia z bułki i pietruszki, dociskamy palcem, by wypełnić muszlę. Posypujemy po wierzchu serem i zapiekamy ok. 10 minut w nagrzanym piekarniku (230 st.), zamieniając blachy miejscami w 1/2 czasu pieczenia, jeśli to konieczne.

Przepis jest bardziej pracochłonny niż inne prezentowane przeze mnie pomysły na małże, ale warto się trochę pobawić - dla późniejszej konsumpcji.

 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna