W lipcu 2004, wędrując po Półwyspie Iberyjskim, pod koniec pobytu w Portugalii trafiliśmy do Taviry. Miasto zapamiętaliśmy dlatego, że nie było nad morzem (wbrew temu, co z E. wypatrzyłyśmy wcześniej na mapie ;), za to na jego ulicach od rana do nocy słychać było fado, czasem z "romantycznym" (moja ówczesna opinia) kocim śpiewem w tle. W Tavirze też poszliśmy do restauracji, w której nie pamiętam, co jadłyśmy z E. (chyba ryby), ale bardzo dobrze pamiętam, że M jadł wieprzowinę z małżami, czyli porco a alentejana*. Kilka lat później odtworzyliśmy danie w domu (korzystając z tego przepisu), a ostatnio M zrobił replay, tym razem jednak zmieniając co nieco. Oto, jak było:
Składniki (na ok. 4 porcji):
180ml wytrawnego białego wina
1 1/4 łyżeczki soli
ok. 2 łyżek pasty paprykowej łagodnej (u nas węgierska)
ok. 2 łyżek pasty paprykowej ostrej (u nas harrisa)
1/8 łyżeczki czarnego pieprzu
1 ząbek czosnku, obrany, przekrojony na 1/2
1 mały liść laurowy
ok. 450g schabu wieprzowego, pokrojonego w kostkę ok. 2,5cm
1-2 łyżki oliwy/oleju
1 cebula, obrana i cienko pokrojona
łyżeczka drobno pokrojonego czosnku
ok. 150ml przecieru pomidorowego (w sezonie mógłby to być miąższ z 1 większego pomidora)
ok. 900-1000g umytych małży w skorupach
posiekana natka pietruszki
W misce mieszamy wino, pasty paprykowe, pieprz, sól. Dodajemy czosnek, liść laurowy, pokrojone mięso, mieszamy. Marynujemy ok. 6 h w lodówce, mieszając co jakiś czas (to ostatnie nie jest niezbędne). Odcedzamy mięso, zostawiamy marynatę. Osuszamy mięso ręcznikiem. Wyrzucamy czosnek i liść laurowy. Podgrzewamy oliwę/olej na dużej patelni, rumienimy mięso, wyławiamy np. szumówką i odkładamy na bok do miski. Do patelni wlewamy marynatę, doprowadzamy do wrzenia, zeskrobujemy resztki np. mięsa ze ścianek naczynia. Gotujemy odparowując płyn, by uzyskać ok. 1/2 szklanki. Polewamy płynem zrumienione wcześniej mięso, odstawiamy. W dużym rondlu znów rozgrzewamy oliwę, szklimy cebulę (ok. 5 min), nie dopuszczamy do zbrązowienia. Dodajemy posiekany/wyciśnięty czosnek i pomidory, gotujemy na niewielkim ogniu 5 min. stale mieszając. Rozkładamy małże, spojeniem muszli do dołu, na pomidorach. Przykrywamy garnek i gotujemy na średnim-dużym ogniu 10 min lub aż małże się otworzą (nie otwarte po tym czasie oczywiście wyrzucamy; ja miałam worek dużych małży mrożonych w połówkach muszli, więc z zasady już otwartych, i proces selekcji pominęłam). Dorzucamy mięso z marynatą. Gotujemy na niewielkim ogniu ok. 5 min, aby całość się podgrzała. Podawać posypane pietruszką.
W oryginale były nie pasty paprykowe, lecz słodka i ostra papryka w proszku - można oczywiście ich użyć (zachęcałabym też, by choć 1 z nich była wędzona), znalazłam jednak wiele przepisów wykorzystujących właśnie pasty. Ponieważ miałam dwa warianty na stanie, zostały dodane. Harissa sprawiła, że danie jest lekko pikantne, ale nie przesadnie.U nas z dodatków były pieczone ziemniaki i trochę surowej zieleniny, ale świeżo upieczony biały chleb - typu bagietka - jest jak najbardziej wskazany. Danie bardzo polecam - mięso zyskuje na kontakcie z owocami morza, i na odwrót. Choć jadłam je dotychczas tylko latem, nie wiem, czy to potrawa bardziej zimowa - zresztą, sami spróbujcie.
* Oraz że wieczór zakończył się machaniem portugalską flagą z balkonu...
Od blisko dwóch tygodni, czyli od przyjazdu do Austrii, wszędzie dookoła widzę dynie. Czy to z okna pokoju, w sąsiednim ogrodzie (tu powinien być czas przeszły, bo już została zerwana), rosnące samopas (na stertach kompostu przy drodze, na terenie skansenu koło Salzburga, itd)., wystawione jako dekorację przed restauracjami, czy też sprzedawane w wielkich stosach 'z ziemi', przy stacjach benzynowych. Wszystko to sprawiło, że po pierwsze, tęsknię myślę o mojej dyni makaronowej na działce (zerwałam 1 wyrośniętą sztukę, ale co pozostałymi?), a po drugie, rzuciłam się na dynie w supermarkecie, gdyż nawet w zwykłym Sparze są 4 rodzaje do wyboru. Przede wszystkim porwałam dynię piżmową, trudno lub wcale dostępną w Polsce. Z 1/2 zrobiłam zupę*, większość pozostałej zaś M udusił z pomidorami, a mały kawałek użyłam jeszcze do poniższego risotta.
Składniki (dla 2 osób): szklanka (250ml) ryżu (najlepiej arborio, ale jak może widać na zdjęciu, u mnie z braku laku był basmati), ok. 60ml wytrawnego białego wina, 1/2 średniego pora, ok. 150g dyni (u mnie piżmowej), ok. 350ml dowolnego bulionu (najlepiej warzywnego lub delikatnego drobiowego), oliwa, masło, dodatkowa woda, ok. 200g (waga po osączeniu) rozmrożonej mieszanki owoców morza (można także użyć takich w zalewie), opcjonalnie: skórka starta z 1/2 cytryny i sok z cytryny
Pora umyć, pokroić w cienkie plasterki lub półplasterki. W rondlu/garnku rozgrzać masło z oliwą (po ok. łyżce każdego), zeszklić pora. Dodać dynię, pokrojoną w kostkę (piżmowej nie trzeba obierać, choć ja tym razem to zrobiłam), oprószyć warzywa lekko solą i smażyć ok. 5-10 minut (piżmowa b. szybko się gotuje, innym może zająć to trochę dłużej). Dodać ryż, wymieszać, przesmażyć kilkanaście sekund, skręcić ogień na średni, wlać pomału, stale mieszając, wino. Mieszać ryż, aż wchłonie cały płyn, wówczas wlewać stopniowo bulion, często mieszając. Gdy bulion zostanie wchłonięty, dodać owoce morza, wymieszać i stopniowo, w miarę potrzeby, dodawać dodatkową wodę - u mnie na oko, około 80-90ml, tyle, ile ryż wchłonie, pozostając wciąż lekko mokry. Gdy będzie już miękki, doprawić solą i pieprzem do smaku (u mnie ten ostatni obficie) oraz dodać skórkę z cytryny, jeśli używacie; ew. skropić także sokiem z cytryny. Wmieszać ok. 1 łyżkę masła, przykryć i odstawić na 2-3 minut na minimalnym ogniu (w przypadku kuchenki elektrycznej po prostu na wyłączonym, lecz jeszcze ciepłym palniku). Podawać najlepiej posypane natką pietruszki.
Nie jest to tylko specjalnie fotogeniczne danie...
Jak w tytule postu: przegrzebki, małże Św. Jakuba i skalopki (spolszczone scallops) to to samo, tylko różnie nazywane. Przyznaję, że najbardziej lubię nazwę skalopki, choć nie jestem przekonana co do jej poprawności językowej. Przegrzebki kojarzą mi się z grzebaniem, a małże Św. Jakuba brzmi jakoś pompatycznie. Skalopki zaś jakoś swojsko (prawie jak eskalopki ;). Tak czy inaczej, małże te są pyszne, dość "mięsne" i niewiele potrzeba, by wydobyć z nich smak. Niedawna konsumpcja w Amber Room sprawiła, że gdy niedawno je zobaczyliśmy w sklepie, nabyliśmy niemal bez namysłu. Przepis pochodzi z kontynuacji mojej ulubionej The French Kitchen, tj. The French Market. Podaję pełne proporcje wg autorki, na 6 porcji - imho większych przystawkowych - lub z 3 obiadowe, np. z niewielkimi dodatkami. U nas proporcje były nieco zaburzone, gdyż użyliśmy całej 1 kg paczki mrożonych przegrzebek, których chyba było trochę więcej, niż 18 sztuk, ale radziłabym się kierować jednak oryginałem.
Składniki: 700g niewielkich ziemniaków, 3 łyżki oliwy, ok. 200-210 bekonu/wędzonego boczku w plastrach, 1 łyżka octu z białego wina (u nas balsamico), posiekany pęczek estragonu (z braku użyliśmy pietruszki), sól i świeżo mielony pieprz do smaku, 18 dużych skalopek (przegrzebek) bez muszli, 3 łyżki masła
Ugotować ziemniaki na parze (idealnie wyszorowane, w mundurkach, jeśli jednak mają grubą skórkę, trzeba je obrać). Gdy ziemniaki się gotują, rozgrzewamy oliwę (1 łyżkę) na patelni i przesmażamy bekon na chrupko (ok. 6 minut). Przekładamy na ręcznik papierowy do osączenia. Gdy ziemniaki się ugotują, studzimy je na tyle, by można było je dotykać bez oparzeń :) i kroimy w grube plastry. Mieszamy ziemniaki z osączonym bekonem, pozostałymi 2 łyżkami oliwy i octem oraz ziołami (estragonem/pietruszką) i doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Skalopki opłukujemy, osuszamy na ręczniku papierowym. W dużej patelni/rondlu rozgrzewamy masło i przesmażamy skalopki (partiami, chyba, że macie aż tak olbrzymią patelnię; usmażone już małże przekładamy np. na podgrzany talerz). Uwaga: wg p. Harris do zezłocenia wystarczy im po 1 minucie na stronę, u nas było to coś ok. 2-3 minut na stronę - radzę sprawdzać i nie przesadzić ze smażeniem, aby nie nie były zbyt twarde. Sałatkę ziemniaczaną rozdzielamy sprawiedliwie na tyle porcji, ile osób jedzących, na każdej porcji umieszczając po kilka przegrzebek. Podawać od razu. Można na stół dać cytrynę, by każdy sobie pokropił do smaku.
Prawda, że proste? Latem wyśmienicie by smakowało ze świeżym pieczywem i kieliszkiem schłodzonego rosé lub białego wina...
Czyli: M gotuje z Gastronomy of Italy Anny del Conte. Oto dwa udane przepisy, które mój mąż niedawno wypróbował z tej księgi. Przy okazji się dowiedziałam, że gnocchi to nie tylko ziemniaczane kopytka: w zależności od regionu Włoch, mogą być przyrządzane z semoliną, ryżem, polentą itd. My jedliśmy gnocchi di patate, jak pisze Anna, charakterystyczne dla Lacjum i Wenecji Euganejskiej (Veneto).
Gnocchi di patate (gnocchi ziemniaczane)
Składniki (na 4 porcje, u nas z 1/2): 1kg dobrze wymytych ziemniaków, 1 łyżeczka soli, 300g mąki, najlepiej włoskiej typ "00", 1 duże jajo, 75g masła, 2 zmiażdżone ząbki czosnku, 3-4 porwane liście świeżej szałwi, 75g (3/4 szklanki) świeżo startego parmezanu
Ziemniaki ugotować w mundurkach, odcedzić i obrać jeszcze ciepłe. Rozdrobnić za pomocą tłuczka, ugniatacza lub innego narzędzia. W misce zmieszać mąkę z solą. Do rozgniecionych ziemniaków dodać roztrzepane jajo i połowę mąki z solą. Wyrabiać ciasto, dosypując pomału pozostałej mąki, aż masa będzie gładka, miękka i lekko lepka. Uformować wałki o ok. 2,5 cm średnicy, następnie pokroić je na 2 cm kawałki. Z tych ostatnich należy uformować gnocchi, spłaszczając lekko każde kopytko widelcem.
Następnie należy zagotować dużą ilość wody (ok. 5 litrów), nieosolonej, gdyż spowoduje to sklejanie się gnocchi. W między czasie przygotowujemy sos, stapiając na małym ogniu masło z czosnkiem i szałwią i gotując tak długo, aż piana zniknie, a masło będzie jasnozłote. Sos należy trzymać w cieple; przed podaniem usuwamy czosnek.
Gotujemy kopytka partiami, po ok. 30 sztuk na raz (lub mniej). Po wypłynięciu na powierzchnię wody gotujemy 20 sekund, po czym wyjmujemy je za pomocą szumówki. Każdą porcję polewamy sosem i posypujemy parmezanem.
Danie jest smaczne, proste i bardzo sycące. Może nie są to moje ulubione gnocchi (jeśli w ogóle takie istnieją :), ale warte spróbowania.
Natomiast to, że lubię małże, to żadna tajemnica. Oto wersja z nadzieniem, czyli cozze ripiene, zasadniczo danie przystawkowe... ale my zjedliśmy, jak zazwyczaj się to dzieje z małżami, jako danie główne. Przepis obala teorię, jakoby Włosi nigdy nie jedli sera z daniami z owoców morza.
Umyć małże dokładnie i wyrzucić te, których muszle pozostaną otwarte, także po postukaniu o np. blat i umieszczenie na chwilę w zimnej wodzie. Nastawić piekarnik na 230 st. C. Małże umieścić w duzym rondlu. Gotować na dużym ogniu pod przykryciem (płyn dodatkowy nie jest konieczny, wystarczy to, co wydobędzie się ze owoców morza) ok. 4 minut, co jakiś czas potrząsając garnkiem, aż muszle się otworzą. Nie wylewać płynu powstałego podczas gotowania. Pozbywamy się 1/2 każdej muszli, pozostawiając 1 "skrzydło" muszli z mięczakiem w środku. Małże, które się nie otworzyły podczas gotowania wyrzucamy.
Przecedzamy płyn z gotowania przez sitko i gazę. W misce mieszamy bułkę tartą, pietruszkę, czosnek i szczodrze doprawiamy pieprzem. Dodajemy oliwę i 4 łyżki płynu z gotowania małży, dobrze mieszamy. Kosztujemy i doprawiamy do smaku. Układamy skorupki z małżami na 1-2 blachach do pieczenia. W każdej skorupce umieszczamy szczodrą szczyptę nadzienia z bułki i pietruszki, dociskamy palcem, by wypełnić muszlę. Posypujemy po wierzchu serem i zapiekamy ok. 10 minut w nagrzanym piekarniku (230 st.), zamieniając blachy miejscami w 1/2 czasu pieczenia, jeśli to konieczne.
Przepis jest bardziej pracochłonny niż inne prezentowane przeze mnie pomysły na małże, ale warto się trochę pobawić - dla późniejszej konsumpcji.
To był prosty obiad na słoneczni, letni dzień w wydaniu M: paczka mrożonych owoców morza, wrzucona bez rozmrażania na gorącą oliwę, lekko posolona i popieprzona (świeżo zmielonym pieprzem), gotowana ok. 10 minut. Następnie owoce morza zostały wyłowione z oliwy i puszczonego płynu, rzucone na liście sałaty, doprawione oliwą i octem balsamicznym i prawie natychmiast zjedzone.
Do tego było różowe wino i różne sery, wynik zakupów w delikatesach i wizyty w sklepie na ul. Francuskiej w W-wie, specjalizującym się w... wyrobach francuskich. Chyba o tym nie wspominałam, ale bardzo, bardzo lubię wszelkie sery. Podpisałam, co jedliśmy, na poniższym zdjęciu (oprócz serów, jak widać, był pasztet, pomidory i chleb). Na szczególną uwagę zasługuje Casinca (lub A Casinca, znalazłam dwie wersje nazwy), ser pochodzący z Korsyki, o bardzo mocnym wyglądzie, zapachu i smaku - nie dla każdego, i wino zdecydowanie się do niego przydaje (najlepiej czerwone, różowe okazało się trochę za słabe). A, i Sage Derby nie jest serem francuskim, lecz angielskim - jednym z moich ulubionych.
Może ciekawi Was owo "i" z tytułu posta. Pamiętacie moje foremki z Muminkami? (Robiliśmy z nich także pierniczki). Dzięki świeżo upieczonej parze małżeńskiej, E i M, kolekcja Muminkowa się powiększyła o te oto kubki:
Bardzo cieszymy się z prezentu. Domyślacie się chyba, czyj kubek jest czyj ;) A wewnątrz kubków jest nasza poranna kawa.
Od czasu wakacji w Grecji, do niedawna byłam przekonana, że smażona/grillowana ośmiornica musi być twarda. Jak mawiał nasz kolega Ł., żując dzielnie i z zachwytem, "jak podeszwa". Hm. Tymczasem odkryłam (np. w knajpie w "(bardzo) mrocznym zaułku" w Cochinie na Kerali), i wyczytałam, że podeszwa robi się wtedy, jak obrabiamy ośmiornicę ZA DŁUGO. Więc: obróbka termiczna minimalna, i mamy danie miękkie, pyszne, przyjemne.
Oto przepis ekspresowy, z Nigella gryzie. W sam raz na trochę bardziej treściwą i fantazyjną kolację dla dwóch zmęczonych osób.
Składniki: Ok. 500g ośmiornicy tzw. baby, pokrojonej w talarki, macki nie pokrojone (lub tyle samo mini ośmiorniczek, nie rozdrobnionych, ew. większe sztuki pokrojone na 1/2), ok. 465-475ml oleju roślinnego (by podszedł do ok. 1,25cm ścianek patelni), 2 łyżki grubej soli morskiej, 2 łyżki pieprzu ziarnistego, 1/3 szklanki skrobi kukurydzianej/ziemniaczanej, sok z cytryny
Zgniatamy lekko w moździerzu sól z pieprzem (nie na proszek, ale by było trochę rozdrobnione; użycie przypraw mielonych będzie trochę gorsze, ale nie będzie przestępstwem ;), pomieszać je w mocnym woreczku foliowym (np. do mrożonek) ze skrobią, dorzucić pokrojoną ośmiornicę/ośmiorniczki, dobrze wymieszać.
Rozgrzać mocno olej na patelni i smażyć ośmiorniczki partiami, otrzepując nadmiar mąki, po ok. 1-1,5 minuty (nie więcej!) na partię. Oleju jest tyle, że nie powinno być potrzeby obracania (choć można). Zdejmować usmażoną ośmiornicę na talerze wyłożone ręcznikami papierowymi do osączenia. Podawać skropione cytryną i - zgadzam się z Nigellą - jeść najlepiej palcami.
Witam w Nowym Roku! Jak niektórzy z Was wiedzą, lub domyślają się, zniknęłam na parę dni na Mazurach, gdzie wreszcie pojawiła się zima, ze śniegiem i lekkim (a na koniec sporym...) mrozem. Szkoda, że Gwiazdka nie była biała, ale... lepiej późno niż wcale.
Naleśniki w każdej formie to jedno z moich ulubionych dań. Crêpes z dżemem na francuskiej ulicy, tureckie gözleme, pancakes z syropem klonowym na śniadanie, masala dosa w Indiach, naleśniki „meksykańskie” mojej drugiej połowy, czy – bliny rosyjskie w każdym wydaniu. Rok temu Sylwestra świętowaliśmy z blinami błyskawicznymi z mąką ziemniaczaną, w tym roku podeszliśmy do sprawy bardziej ambitnie. Nie było to nasze pierwsze podejście do blinów drożdżowych, bo w lecie robiliśmy bliny 100% gryczane. Napstrykałam pełno zdjęć i miałam wrzucić je na bloga, ale okazało się, że przepis wymaga dopracowania - dokładnie tego samego, co przepis na nasze sylwestrowe bliny pszenno-gryczane, tj. dolania znacznie więcej płynu. W związku z powyższym przestałam się krępować i uznałam, że mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, tj. zaprezentować oba rodzaje blinów, a także jako bonus: co zrobić z resztkami. Oba przepisy pochodzą z Kuchni rosyjskiej Hyginy Sehin (1979), a problem z wodą wiąże się, jak przypuszczam, z rodzajem mąki. Użyłam jedynej mąki gryczanej, jaką udało mi się dostać, tj. firmy Bio Babalscy (używam ich także mąk razowych i otrąb). Jeśli jej także użyjecie, spokojnie możecie od razu zwiększyć ilość płynu o ilości podane przeze mnie w nawiasach, i mieć mleko na podorędziu by ew. dolać. Jeśli masa będzie zbyt gęsta po wyrośnięciu, dodajcie mleka (letniego lub chociaż w temp. pokojowej) przed samym smażeniem. Masa powinna mieć konsystencję gęstej, kremowej śmietanki (lub, jak poprawia mnie M, „gęstej śmietany wiejskiej” :), może być tylko minimalnie gęstsza od tej na tradycyjne naleśniki – musi być możliwość lania na patelnię. Danie jest bardzo efektowne i zważywszy na zasadę „zrób to sam”, dobrze nadaje się na przyjęcie, na którym podacie miskę blinów na stół, dodatki dookoła a goście częstują się sami. Jeśli zrobicie malutkie placuszki, jak u nas, nie potrzeba nawet sztućców, poza tymi do dodatków, bo bliny można wówczas jeść palcami. Z jednego przepisu można nakarmić, przy kilku dodatkach jako główny posiłek, 5-6 osób, jako przekąskę – drugie tyle.
Bliny pszenno-gryczane
Składniki: 250 g mąki pszennej, 200 g mąki gryczanej, wg przepisu: 0,5 l litra mleka (radzę dać od razu 0,75-08 l, i trzymać więcej w zapasie), 3 jaja, 15 g cukru, 3 g soli, 30 g drożdży świeżych, 15 g tłuszczu (u mnie stopione masło), słonina do posmarowania patelni
Drożdże wymieszać z 1/3 ilości letniego lub chociaż w temp. pokojowej mleka, zasypać cukrem i 1/2 mąki pszennej. Wyrobić, przykryć ściereczką, odstawić do podwojenia objętości, następnie dodać sól, masło, żółtka i pozostałą mąkę.
Ciasto stopniowo rozprowadzić ciepłym mlekiem i odstawić do wyrośnięcia (patrz: zdjęcie).
Do podwojonego ciasta dodać ubite na pianę białka (od tych 3 jaj), odstawić na 15 minut. Po tym czasie smażyć na posmarowanej słoniną patelni. Jeśli masa będzie za gęsta, tj. nie będzie można lać, dodać trochę mleka, do uzyskania konsystencji gęstej śmietanki. Warstwy ciasta powinny być niewielkie, 4-5 mm, i my lubimy blinki małe, ok. 6 cm średnicy. Smażyć z obu stron, lekko rumieniąc, etapy widać poniżej.
O dodatkach napisałam poniżej.
Bliny gryczane
Składniki: 0,6 kg mąki gryczanej, 15 g cukru, 40 g drożdży, 3 jaja, wg przepisu: 0,5 l litra mleka (radzę dać od razu 0,75-08 l, i trzymać więcej w zapasie), sól, tłuszcz do smażenia
Drożdże rozetrzeć w misce i rozprowadzić 1/2 mleka, dodać 200 g przesianej mąki, dobrze wyrobić i odstawić przykryte ścierką w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Gdy rozczyn się podwoi, dodać sól (szczyptę), żółtka, pozostałe ciepłe mleko i mąkę, dobrze wyrobić. Pod koniec wyrabiania delikatnie połączyć z pianą z 3 jaj. Odstawić do ponownego wyrośnięcia. Jeśli będzie wówczas za gęste - rozrzedzić delikatnie mlekiem. Smażyć jak w przepisie poprzednim.
A tu mały pictorial z etapów smażenia. Tym razem zrobiliśmy placuszki większe, ok. 10 cm, i zdecydowanie wolę maluchy.
A to dowód na to, że rzecz działa się nie zimą :) (patrz: widok za oknem) i podgląd na strukturę usmażonego blina:
Proponowane dodatki do obu rodzajów blinów: kawior, możliwie jak najlepszy, kwaśna śmietana, łosoś lub pstrąg wędzony, kapary, anchois (lekko wymoczone w mleku), poza tym chrupkie warzywa: rzodkiewki, białą rzodkiew w plastrach, szczypior, ogórki (świeże, kiszone, konserwowe)+ sól do maczania warzyw. No i oczywiście stosowne napoje ;) (ja wolę tu lekkie, wytrawne i musujące, ale wiem, że nasuwa się także inny napój wyskokowy).
Z tych dwóch rodzajów placuszków bardziej mi smakowały pierwsze – gryka jest wyczuwalna, ale się nie narzuca. Te drugie są znacznie bardziej wytrawne, dymne – podobnie jak z wilgotnym i kwaśnym chlebem razowym, nie każdemu zasmakują.
Jeśli zostaną Wam resztki blinów, mam propozycję wykorzystania w formie deseru w stylu austriackiego Kaiserschmarrn'.
Bliny pociąć w paski. Na patelni rozgrzać trochę masła, przesmażyć kilka minut pocięte bliny. Przełożyć do miski, posypać rodzynkami (można wcześniej namoczyć np. w rumie, ale nie jest to konieczne), posypać szczodrze przesianym cukrem pudrem. Podawać od razu z konfiturami, dżemem lub powidłami (u nas z dżemem rabarbarowym).
Czy Was choć trochę zachęciłam...? :)
PS. Przepis pojawił się jako... spójrzcie w lewo ;)
Od czasu do czasu kupujemy worek świeżych małży, a wówczas najczęściej ćwiczymy przepis z Kuchni francuskiej na co dzień i od święta Buczma i Bonik na małże au naturel. Szybko, prosto i smacznie.
Na 2 l. małży potrzebujemy: 1 marchewkę, 1 cebulę, 30 g masła, natkę pietruszki, tymianek (ew. rozmaryn), 1 liść laurowy. Małże myjemy, czyścimy skorupki, płuczemy kilka razy, odsączamy. Marchewkę i cebulę obieramy, kroimy w talarki. Do rondla wkładamy tłuszcz, jarzyny, małże, przyprawy (ale bez soli, małże same w sobie słone) i stawiamy na ogniu (u nas najpierw parę min. samo masło, jarzyny itd., potem dopiero małże). Gdy małże zaczną się otwierać, potrząsamy od czasu rondlem, dopóki się całkiem nie otworzą (co trwa parę minut). Małże, które się nie otworzą, wyrzucamy. Jeść natychmiast :)
Z dodatkami (świeży chleb lub pieczone ziemniaki, grillowane warzywa, zielona sałata) takie skorupiaki starczą za cały posiłek, bez - mogą spokojnie posłużyć za przystawkę dla kilku osób.
Byliśmy w Makro, co zaowocowało zakupem krewetek. Pierwszy raz "królewskie" jadłam w Grecji, jako część talerza mieszanych owoców morza i nieco się stresowałam faktem, że muszę im ręcznie obrywać główki i ogonki. Smakowały mi, choć nie tak, jak inne elementy talerza, bo wydawały mi się trochę za suche i za twarde. Z perspektywy czasu przypuszczam, że za długo były smażone - naprawdę niewiele im potrzeba, by były gotowe do jedzenia, a wciąż soczyste.
Luźno inspirowaliśmy się przepisem ze świątecznego programu Nigella gryzie (Christmas Bites). Z tym, że u nas 60 dkg krewetek, oryginalny przepis (patrz poniżej) na 1 kg - zmniejszyliśmy sobie trochę na oko. Wyniki tak czy inaczej bardzo przyjemne.
Przepis: 1kg krewetek królewskich (lub podobnych dużych), 3 łyżki oliwy z oliwek, 3 dymki pokrojne w paseczki, 2 duże ząbki czosnku pokrojone w plasterki, 1cm imbiru pokrojony w drobne paseczki, 75ml sherry (w oryg. Tio Pepe, u mnie jakieś wytrawne stojące w lodówce; pewnie można użyć białego wina), sól morska do smaku.
Rozgrzać olej w dużym szerokim rondlu, wrzucić dymkę, czosnek i imbir. Mieszać energicznie aż dymka zacznie mięknąć, wrzucić krewetki, zamieszać. Zakryć rondel, gotować ok. 5 minut, wlać sherry. Zamieszać ponownie i gotować kolejne kilka minut, aż krewetki będą ugotowane (cyt. "i nie będą szkliste w środku"). Spróbować, czy nie wymagają soli do smaku (moje zdecydowanie nie). Przerzucić do miski wraz z powstałym sosem, podawać od razu. Jeść rękoma, odrywając główki i ogonki. U nas do tego tosty z serem kozim, pomidorem i bazylią. Pyszne.
Jestem śmierdzącym leniem, bo od ponad tygodnia zbieram się z wrzuceniem tych blinów. A jedliśmy je na Sylwestra. Cóż, lepiej późno niż wcale.
Pisałam o nich kiedyś tu. To danie jest dla mnie ważne, bo jadłam je tylko - jak na razie - 3 razy w życiu, i każdy z tych posiłków był małą ucztą, i raczej wiązał się z ważniejszym wydarzeniem. Pierwszy raz wypróbowałam przepis na te placuszki po obejrzeniu Eden na WFF 2006. Film zrobił na mnie duże wrażenie - jest to historia nieśmiałego kucharza-geniusza i kelnerki, w której jest (skrycie) zakochany (film wyszedł na DVD w Niemczech i ma wkrótce wyjść w UK - obejrzyjcie koniecznie!). Jak można się domyśleć, jedzenie, a raczej gotowanie i ucztowanie, odgrywa tam ogromną rolę. Wróciliśmy śmiertelnie głodni do domu i wspólnie wyprodukowaliśmy miskę blinów... Sami rozumiecie, że od tego czasu mam sentyment :)
I zanim ktoś powie, że bliny to tylko drożdżowe i gryczane - tak to pojmujemy w Polsce, w Rosji (i to samo na Litwie, co poznałam z 1-szej ręki) blin to każdy rodzaj naleśnika/naleśnikopodobnego placuszka (szczerze mówiąc, bliny wydają mi się bliższe amerykańskim pancakes niż czemukolwiek innemu, ew. oładkom lub racuchom). Dopiero poprzez przymiotniki lub określenia można sprecyzować, o jaki rodzaj blina/placuszka nam chodzi. W mojej "Kuchni rosyjskiej" przepisów jest co najmniej parę stron, część zawiera spulchniacze, część nie, te gryczano-drożdżowe są określane jako "ruskie".
Przepis pochodzi z Feast Nigelli (jako "Potato pancakes") i wygląda następująco (proporcje na ok. 50 szt., robię z 1/2 i może robię mniejsze, bo wychodzi mi 30 lub więcej).
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej, 1 szkl mąki zwykłej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody, 1/4 łyżeczki soli - mieszamy. Osobno roztrzepujemy: 2 łyżeczki roztopionego masła, 1 1/3 szkl maślanki i 2 jaja. Dodajemy do suchego, roztrzepujemy, smażymy na suchej, rozgrzanej patelni do zezłocenia po obu stronach (czyli po 1-2 minutach na stronę). Masa wychodzi gęstsza i po usmażeniu grubsza niż na tradycyjne pancakes, właśnie bliższa racuchom, choć zarazem nie aż tak gruba.
Blinki oczekujące na konsumpcję układamy na pergaminie (lub na podgrzanym talerzu). Podobno nadprodukcję można zamrażać.
Podawać z: kawiorem (jak najlepszym - taki duży czerwony z ikry łososia jest całkiem ok, czarnego przyzwoitego w ludzkiej - do kilkudziesięciu zł/słoik - cenie nie znalazłam); kwaśną śmietaną; kaparami; anchois; wędzonym łososiem; dowolną kombinacją powyższych.