Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia tajska

poniedziałek, 21 maja 2012

Miał być wpis o deserze na ciepło, jednak ciepła aura nie sprzyja potrawom na chłodne wieczory ;). Pudding jeszcze się pojawi, tymczasem będzie notka bardziej na czasie - o napojach. Od niedawna jestem szczęśliwą właścicielką sokowirówki i badam - poza tradycyjnym sokiem pomarańczowym, pomarańczowo-grejpfrutowym czy marchwiowym - co by można było wycisnąć i pomieszać, by stworzyć ciekawą mieszankę, dobrą np. jako dodatek do śniadania. Jedną dość udaną opcją (według mnie, M miał na ten temat inne zdanie) był sok z 2 marchewek, 2 pomarańczy i jednej łodygi selera naciowego (widoczny powyżej). Drugim ciekawym wariantem (tu już M wyraził aprobatę) był sok z 1 średniego buraka, 1 marchewki, 2 niewielkich pomarańczy i 1/4 cytryny, lekko doprawiony startym imbirem. Poza oryginalnym smakiem, napój miał piękny kolor.

Wytłoczyny jarzyn czy owoców można później wykorzystać - te z marchwi np. do ciasta marchewkowego czy pieguska, a mieszane - z soku na 1 zdjęciu - dorzuciłam ostatnio (w ilości 130g, zamiast innych dodatków) do najprostszego chleba na drożdżach. Wyszedł pięknie żółty, o trochę większych dziurkach i dłużej zachowuje świeżość.

W ramach innych napojów, już tych chłodzących i orzeźwiających, przygotowałam napój z tamaryndu. Wspominałam o nim przy okazji wpisu tajskiego - ten wypity "u źródła" mi nie smakował, wiem już jednak dlaczego - był za słaby, zbyt słodki i zbyt rozcieńczony. Ten który sama zrobiłam to zupełnie co innego, i to wciąga ;). Skorzystałam z przepisu z tej strony.

Składniki:    

  •         1/2 szklanki pasty tamaryndowej
  •         1 szkl. wody
  •         1/4 szkl. cukru (u mnie brązowy - ciemny muscovado)
  •         sok z limonki do smaku
Pastę z tamaryndu zrobić tak, jak w tym przepisie, namaczając dokładnie pulpę w gorącej wodzie, rozdrabniając ją i potem przecedzając/przecierając przez sito; na 1/2 szklanki powinno wystarczyć ok. 3 łyżek pulpy i 6 łyżek wody. Można użyć też gotowej pasty, ale warto dokładnie przeczytać skład (dodatkowy cukier i inne dodatki). Gotową pastę zmieszać z wodą i cukrem w rondelku, podgrzewać na średnim ogniu do rozpuszczenia się cukru. Skosztować, ew. doprawić do smaku sokiem z limonki (u mnie; by zakwasić) lub dodatkowo dosłodzić. Smak powinien być dość mocny, w moim odczuciu - raczej kwaśny, bo napój będzie rozcieńczany - albo metodą tajską/amerykańską, poprzez wylanie porcji na całą szklankę lodu, albo, jak u mnie (i polecam), rozrzedzony w dowolnych proporcjach (np. 2:1 lub 1:1) schłodzoną wodą gazowaną i 1-2 kostkami lodu. Schłodzić w lodówce przed użyciem. Podawać z plastrem limonki.

A Wy jak - wyciskacie, mieszacie, przecieracie? Macie sprawdzone przepisy?

PS. A to kolejny pomysł na wyciskanie: sok z 4 pomarańczy i dwóch łodyg rabarbaru. Kwaskowato-słodkie w smaku, a kolor - jak widać :)

czwartek, 17 listopada 2011



Najwięcej roboty ze stir fry jest najczęściej z... pokrojeniem wszystkich składników. Jeśli się ma palnik o solidnej mocy (gaz, indukcja) i najlepiej woka, smażenie idzie błyskawicznie. Niestety, nie posiadam ani jednego, ani drugiego (i zresztą uważam, że warunek pierwszy jest niezbędny, by punkt drugi miał sens), więc stir fry w warunkach domowych - na zwykłej patelni i na kuchence elektrycznej o takiej sobie mocy - jest nieco oszukany. Dania są jednak wciąż smaczne i szybkie, a bazujące na przepisach, które poznaliśmy w Basil Cookery School. Oto przykładowe danie z tofu, które można zrobić także z ryby o zwartym mięsie, pokrojonej na 2 x 2 cm kostkę lub drobiu (jw.)

Składniki (na 2 porcje): 200g makaronu ryżowego (najlepiej szerszego), 1-2 ząbki czosnku, 1-2 małe tajskie papryczka chilli, paczka (ok. 150g) tofu, olej do smażenia, garść jarmużu (porwany, grube łodygi wycięte), ok. 3 liści limonki, sok z 1/2 -1 limonki, ciemny sos sojowy, sos rybny, liście kolendry

Zacząć od nastawienia wody na makaron. Rozgrzać na patelni ok. łyżki neutralnego oleju, dorzucić posiekany czosnek i chilli. Po chwili dodać tofu pokrojone w kostkę, smażyć kilka minut, obracając jednokrotnie, by jednolicie się zrumieniło z obu stron (nie przejmować się zbrązowieniem czosnku, to efekt całkiem pożądany ;). Gdy tofu się smaży, można przyrządzić makaron (zgodnie z instrukcją na opakowaniu; często trzeba tylko namoczyć we wrzątku i osuszyć); odcedzony wymieszać w misce z ok. 1,5 łyżeczki ciemnego sosu sojowego, który nada mu ciemniejszy kolor. Do tofu dorzucić jarmuż i liście limonki, przesmażyć chwilę, aż liście lekko zmiękną. Dodać makaron (wraz z ew. sosem sojowym, pozostałym w misce), wymieszać całość na patelni, doprawić do smaku sokiem z limonki i sosem rybnym/dodatkowym sosem sojowym. Podawać od razu, posypane liśćmi kolendry (chyba, że ich się nie ma, chlip, ale są cennym dodatkiem).

A poniżej przykład podobnie przyrządzonej wersji rybnej, z mniej zabarwionym makaronem, z dodatkiem dymki:



PS. Moja druga 1/2 właśnie przeczytała wpis i zażądała wprowadzenia zmian np. w opisie przyrządzenia makaronu, co też zrobiłam; M wyraził ponadto zdanie, że "woli makaron cieńszy". No cóż - o gustach się nie dyskutuje... ;)

czwartek, 14 lipca 2011

Zanim pojechaliśmy do Tajlandii, postanowiłam, że chcę pójść na lekcję gotowania. To bardzo popularna (zwłaszcza w Chiang Mai) rozrywka dla turystów. Szkoła, którą wybrałam, akurat wybierała się na urlop, i poleciła nam Basil, która miała wolne miejsca. Właściwie, okazało się, że mieliśmy szczęście, bo byliśmy jedynymi uczniami tego ranka (a poprzedniego dnia był komplet).

Rano przyjechały po nas Boom i Ning. Po drodze wręczyliśmy im listę dań (wybranych ze strony internetowej), które chcieliśmy ugotować, i pojechaliśmy na targ. Tam (uzbrojeni w dwa urocze wiklinowe koszyki na zakupy) oglądaliśmy produkty, które mieliśmy później użyć w kuchni: różne rodzaje bakłażanów, w tym wersję (pea eggplant), nie mającą nic wspólnego, poza nazwą, z bakłażanem, jakiego znamy; zieloną papaję i inne owoce; trzy rodzaje bazylii (najbardziej podobał mi się aromat cytrynowej); świeże liście limonki i pomarszczone limonki kaffir (papedy); jadalny bluszcz (albo coś podobnego); kurkumę w formie korzenia (taką, jaką widziałam na plantacji w Indiach); świeże tofu; makaron świeży, suchy oraz na wpół ususzony oraz żywe żaby (tych akurat nie użyliśmy potem na lekcji). Boom udzielała nam rad - która bazylia do czego służy, z jakiego kokosa robi się mleko, które papryczki są najostrzejsze oraz że zielone są tylko niedojrzałą formą czerwonych (na co nigdy wcześniej nie wpadłam).

Na lekcji mieliśmy przygotować 7 dań, z czego jedną pastę curry; ponieważ oboje wybraliśmy sałatkę z papai jako jedną z opcji, a pozostałe dania inne, łącznie przyrządziliśmy (i zjedliśmy) jedenaście potraw i dwie pasty curry. Nie martwcie się, porcje nie były duże :) (choć potem już darowaliśmy sobie kolację).
Część składników, np. kurczak, zostały wcześniej umyte i pokrojone, resztę obrabialiśmy sami. Tu muszę przyznać, że nie lubię korzystać z tzw. noży szefa do drobnego siekania ziół czy warzyw. Jestem z natury niezgrabna i roztrzepana, zaliczyłam też już w życiu wizytę na pogotowiu po tym, jak coś kroiłam, więc gotując we własnej kuchni wybieram albo siekacz (nóż kolebkowy), albo niewielkie nożyki z piłką. Tu musiałam w miarę sprawnie korzystać z dużego, ostrego noża szefa i nie uciąć sobie przy okazji niczego, co stanowiło pewne wyzwanie. Po paru minutach Ning, patrząc jak męczę się nad cebulą, chrząknęła i spytała, czy gotuję w ogóle regularnie... Ubawiony M wytłumaczył, o co chodzi. Podczas krojenia uczyliśmy się także, że twarde elementy (trawa cytrynowa, całe chilli, łodygi np. jarmużu) należy przed krojeniem zgnieść, zaś czosnek tajski nie wymaga obierania, tylko posiekania a z liści limonki należy wyjąć łodygę.
Pierwsze danie, które gotowaliśmy: makaron.  Ja przyrządziłam pad thai, jedno z najbardziej znanych tajskich dań, M - szeroki makaron z jarmużem. Pierwszy raz w życiu używałam woka, i to jeszcze na gazie. Makaron M był świeży, nie wymagał gotowania w wodzie, tylko podgrzania z resztą składników, po wcześniej zabarwieniu na ciemno słodkim sosem sojowym; mój gotował się krótko w chochli wody, na dnie woka, po tym, jak zepchnęłam na bok pozostałe przesmażone składniki.

Danie nr dwa: zupa - w moim przypadku pikantno-kwaśna (tom yum), M - kokosowa. Dowiedzieliśmy się, czemu w tej ostatniej zupie galangal i trawa cytrynowa są pokrojone na tak duże kawałki: bo wcale nie należy ich jeść, nadają tylko aromat/smak, ale są zbyt twarde lub nieprzyjemne do bezpośredniej konsumpcji. Czasem wrzuca się je w woreczku i wyciąga na koniec gotowania, by łatwiej było jeść. Wymieniliśmy spojrzenia i pomyśleliśmy o zupie, którą poprzedniego dnia dzielnie próbowaliśmy zjeść do ostatniego korzenia/liścia, zastanawiając się, czemu nie pokrojono składników drobniej (a kelnerka, odbierając od nas naczynia pewnie pomyślała: "Głupie te farangi").
Deser przygotowaliśmy wcześniej, bo musiał się schłodzić. Oboje przyrządzaliśmy potrawy z lepkiego ryżu - ja czarnego, M zaś z białego zrobił lepki ryż z mango. Ryż wymaga wcześniejszego namoczenia, za słodycz odpowiada głównie sos kokosowy. Szczerze mówiąc, wersja z czarnego ryżu była dla mnie najmniej udanym daniem z wszystkich, które tego dnia przygotowaliśmy, jako zbyt mdła; wersja z mango bardziej mi smakowała ;)

Jako ostatnie danie przed godzinną przerwą w gotowaniu przyrządzaliśmy sałatkę z zielonej papai. Zaczęliśmy od pokrojenia wszystkich składników na drobne paski, częściowo obieraczką do jarzyn, później ugniataliśmy składniki dressingu w wielkich moździerzach - za pomocą tłuczka, pomagając sobie łyżką. Ning nam radziła, aby papaję (trudno lub wcale dostępną w PL) zastąpić ogórkiem, jabłkiem lub dodatkową marchewką; osobiście myślałam też o młodej cukinii. Sałatki tajskie są bardzo orzeźwiające w smaku, słodko-kwaśne i dość pikantne, choć to zależy od ilości użytych papryczek (ja dałam 2, M 3 - i trochę cierpiał - a Tajowie daliby co najmniej 4 :). Spytałam, czy pestki w chilli się usuwa przy krojeniu (jak często robiłam w domu), na co Ning popatrzyła ze zdumieniem i spytała: "A po co?"
Po przerwie wróciliśmy, by trochę popracować fizycznie, ucierając ręcznie pastę curry. M wybrał zieloną, ja - Pha-nang (relatywnie łagodną, z dodatkiem suszonych papryczek chilli). Ponieważ wszystkie składniki ucieraliśmy własnoręcznie w moździerzach, przekonaliśmy się szybko, jak ważnym jest drobne pokrojenie twardych elementów (czosnek, imbir itd.) Gotowa pasta jest gładka i puszysta, a także bardzo aromatyczna - wersja ze słoika może się schować.
Po utarciu pasty zabraliśmy się za gotowanie curry - M zielonego, ja Pha-nang. Mleko kokosowe, którego użyliśmy, wcześniej sami wyciskaliśmy ręcznie ze startego kokosa (Ning: "jakbyście robili pranie"). Dowiedzieliśmy się, że komercyjne, puszkowane mleko kokosowe do curry najlepiej rozcieńczyć, a limonkę, której używamy do zakwaszania, najlepiej wycisnąć na skraju łyżki (i nie trzeba wyciskarki). Gotowe, gorące curry przelaliśmy do tradycyjnych, ceramicznych misek z pokrywką i zajęliśmy się ostatnim daniem - stir fry (krewetki z tamaryndą oraz druga opcja - wieprzowina), ponownie smażonym w woku. Ku swojemu zaskoczeniu (bo w "naszej" kuchni uważa się, że absolutnie nie należy to tego dopuścić) dowiedzieliśmy się, że czosnek właśnie ma się zrumienić...

Najważniejszą lekcją z pobytu w Basil było przekonanie się w praktyce, że kuchnia tajska jest łatwa i BARDZO szybka. Tak, nie wszystkie składniki można u nas kupić, ale do najbardziej popularnych dań - tak, ewentualnie można pobawić się w zamienniki. Pasty curry na razie nie chciało mi się utrzeć (muszę się wprawić w nastrój :) i do dużych noży się nie przekonałam, ale wszelkie łodygi zaczęłam zgniatać, a w zamrażalce zagościł worek pełen małych papryczek chilli...


ENGLISH PLEASE:


Before our trip Thailand I decided that I wanted to take some cookery lessons - a very popular (esp. in Chiang Mai) tourist activity. The school I had initially chosen was planning a vacation and recommened Basil, which happened to have some vacancies; actually, we were lucky to have the whole class (and kithen ;) for ourselves (while the day before the course was full).

Boom and Ning came for us in the morning. We handed them a list of dishes we had chosen to cook, selected from the list on the school's website and off we went to the market. Armed with two quite cute wicker shopping baskets we had a look at our cooking ingredients: different types of aubergines (eggplants), including pea eggplants, which had nothing in the common (apart from the name) with the aubergines as we know them; green papaya and other fruit; three different types of basil (I loved the aroma of lemon basil); fresh kaffir lime leaves and the wrinkly-skinned limes themselves; edible ivy (or something similar... ;); whole turmeric (like we had previously seen at the Indian spice farm); fresh tofu; fresh, dry and semi-dry noodles and finally, live frogs (but these we did not later cook). Boom adviced us on the correct use of basil types, coconuts use to make coconut milk and chillies: which are the hottest and that green are the same type as red ones, only unripe (I'd never guessed before).

We were supposed to cook 7 dishes, including 1 curry paste; since we both chose papaya salad as one of the options, altogether we prepared (and ate...) eleven dishes and two curry pastes. Don't worry, the helpings weren't large :) (although we did skip dinner afterwards...).
Some of the ingredients (eg. chicken) had been earlier cleaned and sliced, the rest we had to prepare ourselves. I must admit that I don't like the so called chef's knives for fine chopping of herbs or vegetables. I am naturally clumsy and a bit of a scatter-brain, and have already been once been to hospital after slicing something, which is why at home I prefer a mezzaluna or small serrated knives. Here I had to deftly use a large and sharp chef's knife without chopping off any extremities (a real challenge). After a few minutes of observing my efforts, Ning cleared her throat and inquired if I cooked regularly... An amused M explained my problem. While chopping we learnt that tougher ingredients (lemongrass stalks, whole chilli peppers, kale stems, etc.) should be crushed prior to chopping; Thai garlic does not need peeling, only chopping, while lime leaves need the stem removed.
We started with the noodles. I made pad thai, a flagship Thai dish, M - band noodles with kale. This was the first time I ever cooked in a wok (and on a gas cooker). M used fresh noodles, which did not require cooking, only heating with the rest of the ingredients after mixing with black soy sauce for some dark colouring; my noodles were shortly cooked in a ladelful of water in the bottom of the wok, with the other ingredients moved aside.
Dish no 2 was soup: hot and sour (tom yum) in my case, coconut milk for M. We learnt why in the latter galangal and lemongrass are chopped so coarsely: they're not intended for eating, only the aroma/taste, being too tough or unpleasant to eat in full. Sometimes they're put in the pot in piece of cheesecloth and thrown away at the end, to make eating more convenient. We exchanged glances, thinking about the soup we had eaten the day before, struggling to eat every leaf and root, wondering why they hadn't been finely chopped (and the waitress who collected the dishes must have thought: "Those farangs really are dum").
Dessert needed to chill a bit, so we prepared it earlier. We both made sticky rice desserts: black rice in my case, sticky rice with mango for M. The rice needs soaking before cooking, and the sweetness mainly comes from coconut sauce. To be honest, the black rice dessert was, for me, the least attractive dish out of all we cooked, being too bland; the mango version was much better ;)

The last dish we prepared before an hourly break was green papaya salad. We started by finely cutting the ingredients into strips and later mashed the dressing into a pulp with a pestle, in a huge mortar, aided by a spoon. Ning's tip was to subsitute papaya (hard or impossible to get by in Poland) with a cucumber, apple or additional carrots (personally I thought of baby courgettes). Thai salads have a clean, fresh taste; sweet, sour and quite spicy, but it depends how many chillies you use (I added 2, M 3 - and suffered a bit - while Thais woudl add at least 4). I asked if the chillies should be deseeded beforehand (which I often do in my kitchen), to which Ning asked, surprised: "What for?"
After the break we came back for some manual work: making curry paste, green for M, Pha-nang for me (Pha-nang paste being slightly milder than eg. red curry paste and made with dried chillies). The curry was made by hand in a mortar, so we quickly learned it is crucial to get the tougher ingredients (garlic, ginger etc.) chopped as finely as possible. The paste is ready when it it is smooth and fluffy. It is also very aromatic - forget the stuff from a jar.

Once the paste was made, we started making the actual curry (M: green, me: Pha-nang). The coconut milk used in the dished had been earlier pressed out of grated coconut (yes, by us; Ning: "imagine you're doing the laundry"). We learnt that commercially sold, canned coconut milk had best be mixed with a some water before cooking, while limes, used to sharpen the taste, are best squeezed out on the edge of our spoon/ladle (no juice extractor needed). Our hot curries were transferred into traditional ceramic lidded pots, while we dealt with the last dish: stir fry (tamarind and prawns and, as the second choice, pork), once more made in a wok. To our surprise (since in "our" cuisine it's a big no-no) we found out the garlic is supposed to brown...

The most crucial lesson we learnt that day was that Thai food is easy and VERY fast to cook. Yes, not all ingredients are readily available, but those for the most popular dishes can be bought, and some substitutes can be found. I have yet to make another curry paste (must get into the right mood :) and I'm not a fan of large knives, but I have started crushing all the stalks and stocked the freezer in bird's eye chillies...
niedziela, 26 czerwca 2011



W Tajlandii wyróżnia się trzy pory roku (gorącą, deszczową i suchą); na południu kraju tylko te dwie ostatnie. Niezależnie od pory roku, jest - przynajmniej dla osoby pochodzącej z innej strefy klimatycznej - mniej lub bardziej gorąco i napoje, zwłaszcza chłodzące, są wskazane. Najlepiej w dużych ilościach.

O tym, że woda z kranu nie nadaje się do picia, ale o wodę pitną nietrudno, a często oferowana jest bezpłatnie, wspominałam. Ponadto sprzedawcy uliczni oferują różne słodzone napoje w psychodelicznych barwach, często pakowane w woreczki; raz skosztowałam wściekle zielonej płynnej landrynki podczas wycieczki łodzią i więcej nie eksperymentowałam. Z ciekawością za to spróbowałam napoju z sokiem z tamaryndy; smak był bardziej słodki niż kwaśny, nieco apteczny i chyba jednak wolę tamaryndę w potrawach. Sok z limonki, który piłam na Koh Tao, był doprawiony... solą i przyjemnie orzeźwiający, podobnie zresztą jak lekko kwiatowy napój z wyciągiem z zatwaru, którym zostaliśmy poczęstowani w centrum masażu na terenie Wat Pho w Bangkoku. Raz także skosztowaliśmy lekkiego soku z zielonego kokosa:



W zakresie napojów bardziej wyskokowych, wypróbowałam cztery tajskie piwa, o dziwnie podobnych do siebie nazwach - Singha (Lew), Leo, Tiger i Chang, i dziwnie wszystkie podobne w smaku ;); najczęściej sprzedawane w małym formacie, w osłonkach mających zapobiegać zbyt szybkiemu ocieplaniu napoju.





Nie mogłoby zabraknąć kawy i herbaty. Jeśli powiedzenie, że cała Tajlandia przeżywa boom kawowy, jest przesadą, to przynajmniej ma to zastosowanie w przypadku Chiang Mai, zwłaszcza, że to na północy Tajlandii (okolice Chiang Rai) znajdują się plantacje kawy. W Chiang Mai piliśmy też najlepsze espresso. Poza dużymi krajowymi sieciówkami (Wawee czy Black Canyon) są też mniejsze kawiarnie, a także (oczywiście!) kawowe stragany uliczne (i jest też oczywiście międzynarodowa sieć na S vel Szmajbuks, ale to miejsce omijam z zasady szerokim łukiem ;). Ciekawe jest to, że poza kawami w stylu zachodnim (celowo piszę zachodnim, nie włoskim, bo espresso jak na mój gust było nieco przelane wodą, i objętość kawy zawsze za duża) można napić się także kawy w stylu tajskim, a ponadto właściwie każdy napój występuje w formie ciepłej i mrożonej (poza espresso), i jest wówczas od razu słodzony. Gdy tego nie sprecyzujemy przy zamówieniu, kelner zazwyczaj się upewni: "Hot? Cold?".



Dotyczy to także herbaty; widoczna poniżej herbata z miodem i cytryną także mogła być pita na ciepło lub na zimno - i widać, jaki wariant wybrałam...



Zamawiając kawę po tajsku spodziewałam się napoju gorącego, tymczasem jest to właśnie kawa mrożona - bardzo mocna, z długo parzonej kawy lub koncentratu kawowego, często podawana czarna.



Tajska herbata jest także - surprise - mrożona i mocna, przy czym może być doprawiana np. tamaryndą i podkolorowana barwnikiem spożywczym (jak moja poniżej):



Mogłoby się wydawać, że po powrocie do Polski i niższych temperatur mogłabym mieć dość napojów z lodem, ale może złapałam bakcyla, bo z dużą ciekawością przeczytałam przepis na koncentrat kawowy do kawy mrożonej na znanym blogu The Pioneer Woman Cooks. Najbardziej trafił mi do przekonania argument, że w przypadku tradycyjnej cafe con hielo gorąca kawa zbyt szybko rozpuszcza lód (prawda), który zandadto rozrzedza kawę (też prawda) i całość nie jest nigdy całkiem chłodna, chyba, żeby wypić napój duszkiem (ale chyba nie o to chodzi). Ree podaje proporcje na ogromną ilość koncentratu, ja zrobiłam z 1/2 ilości kawy (paczki 250g) i trochę innej ilości wody, a i tak mam kilka pojemników w różnych zakątkach lodówki; podobno jednak można ekstrakt przechowywać ok. 3 tygodni*(szczelnie zamknięty).



Koncentrat kawowy (na kawę mrożoną), na podstawie tego przepisu

Składniki:

  • 250g kawy mielonej
  • 3,5 litra wody (u mnie przefiltrowana)
  • do podawania: schłodzone mleko, syrop cukrowy

Wsypać kawę do dużej miski, zalać zimną wodą. Odstawić na noc (lub co najmniej 8 godzin, można na dłużej). Po tym czasie wyłożyć sitko gazą (co najmniej podwójną warstwą) i przecedzić kawę, lekko przeciskając fusy przez gazę. Powstały płyn (ponad 3 litry) - to nasz koncentrat. Przelewamy go do szczelnych pojemników/butelek/słoików i schładzamy w lodówce. Chcąc przyrządzić kawę, napełniamy (mniej lub bardziej, u mnie mniej) lodem, nalewamy koncentrat (proporcje dowolne) i schłodzone mleko. Dosładzamy do smaku (przyda się syrop do napojów, który lepiej rozpuszcza się niż nawet drobny cukier); oczywiście, gorzka kawa mrożona też jest dla ludzi, choć wyjątkowo wolę słodką. Ree sugeruje także opcję ze słodzonym mlekiem skondensowanym - nie próbowałam (jeszcze :).

* Osobiście sądzę, że 10-14 dni to maksymalny czas przechowywania.

wtorek, 14 czerwca 2011



- To, co chcesz iść na tą ulicę? - zwróciłam się do M, ku jego wesołości, po podróży nocnym pociągiem do Bangkoku. Wyjaśniam, że nie miałam na myśli sposobu zarobkowania*, lecz żywienia; jak wspominałam bowiem w poprzednim wpisie, tajskie ulice stanowią niezrównane źródło niedrogiego i świeżego jedzenia, a także najrozmaitszych innych towarów i usług, o czym niżej.

 

Aby zlokalizować najbliższy stragan (często na kółkach) wystarczy wyjść na zatłoczony chodnik i rozejrzeć się dookoła, ale jeśli chcemy mieć większy wybór, najlepiej znaleźć taką ulicę, przy której regularnie pojawiają się różne garkuchnie (a wówczas sprawdzić, które cieszą się największym powodzeniem). Najbardziej podobała mi się (długa) ulica w Chumporn, na której mieści się night market.



Nazwa jest myląca, bo to nie targ, a ciąg wyspecjalizowanych punktów spożywczych, w których zamawianie ogranicza się do wymieniania podstawowych liczebników (ile porcji i ile potem trzeba za nie zapłacić), bo najczęściej można kupić tylko jeden rodzaj dania, np. makaron smażony w woku z dodatkami (np. jarmuż i kurczak lub krewetki), podawany z surową zieleniną (dymką i kiełkami). Wszystkie potrawy można kupić także na wynos, więc gdy jedna osoba smaży, druga pracowicie pakuje zieleninę w plastikowe woreczki.



Jeśli zdecydujemy się zjeść na miejscu, po paru minutach ktoś bezceremionalnie postawi nam na stole kubki wypełnione lodem, do darmowej wody pitnej stojącej w dzbanku na stole, lub innych, płatnych napojów. Początkowo odsuwałam od siebie i lód, i wodę, pomna doświadczeń indyjskich (oraz ostrzeżeń, że jeść w Tajlandii można prawie wszystko, ale bezwzględnie unikać spożywania kranówki), aż się zorientowałam, że Tajowie bardzo zwracają uwagę na to, jaką wodę piją i z czego robią lód - i wówczas przestałam się krępować.

W "zestawie obowiązkowym" na stole makaronowym możemy znaleźć też miskę z rozdrobnionymi orzeszkami, do posypania dania:



Zaspokoiwszy pierwszy głód w Chumporn ruszyliśmy dalej wzdłuż ulicy, podziwiając sprzedawców różnych curry (klienci siedzieli przy jednym, rodzinnym stole ustawionym na chodniku i zastawionym paroma miskami z ziołami i inną zieleniną, do korzystania wedle upodobań). Później byli sprzedawcy tajskich pączków, opcjonalnie sprzedawanych z zielonym, kokosowym sosem oraz pani od pierożków... i wiele, wiele innych.



Poza straganami oferującymi ciepłe/zimne posiłki, są także takie z napojami ciepłymi i zimnymi (o których napiszę innym razem) oraz słodyczami i owocami. Jeśli chodzi o te ostatnie i tzw. update do poprzedniego wpisu, skosztowałam (także w Chumporn) wreszcie duriana vel śmierdziela, i nie było to doświadczenie, które chciałabym kiedyś powtórzyć ;).



A to już mój ulubiony mangostan:

Z innych produktów - nie spożywczych - na ulicy można kupić niemal wszystko: od ubrań czy wyrobów z plastiku po bardzo popularne miotełki od kurzu - nie z jakiegoś sztucznego włókna, lecz z kurzych lub pawich piór (jak te poniżej).

Ważnym towarem - najczęściej sprzedawanym w pobliżu świątyń - są kwiaty, konieczny element przydomowych kapliczek (spirit houses), stanowiących schronienie dla złych duchów (i utrzymujących je z dala od domu), oraz mini-ołtarzyków w restauracjach, taksówkach, autobusach i punktach usługowych. Kapliczki często zawierają, poza kwiatami i figurkami przedstawiającymi ludzi, wodę i jedzenie, regularnie wymienane; dary spożywcze dla duchów i duszków można też znaleźć w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, np. ustawione na krawężniku, na progu sklepu (tak, warto patrzeć pod nogi) lub pod zaparkowanym samochodem.



Kwiaty składa się także w świątyniach (jak na poniższych zdjęciach z Chiang Mai, gdzie trafiliśmy na buddyjski kwiatowy festiwal) i umieszcza na/przy tzw. świętych drzewach, obwiązanych kolorowymi wstęgami, a także przystraja się nimi podobizny króla.



Podobnie jak w Indiach, królują aksamitki. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam ich tyle na raz, co na wieczornym targu kwiatowym w Bangkoku, gdzie rozładowywano całe ciężarówki wypełnione wielkimi workami, pełnymi pomarańczowych kwiatów. Ba, w ogóle chyba nie widziałam nigdy tylu kwiatów, co na tym targu, na który nie składa się pięć czy dziesięć straganów na krzyż, ale całe ulice i przecznice ciasno wypełnione pękającymi w szwach kwiatowymi sklepikami i stoiskami (oczywiście, gdzieniegdzie przetykane straganami z jedzeniem...).



Skoro o ołtarzykach w taksówkach mowa - prawie każdy kierowca, poza podobizną Buddy i kwiatami, wozi jakieś amulety. Okazuje się, że nie tylko taksówkarze mają do nich słabość: w kilku miejsach w Bangkoku są bazary uliczne poświęcone najróżniejszym talizmanom, eliksirom i afrodyzjakom, przynoszącym rzekomo szczęście i oczywiście odczyniającym zły urok, do wyboru, do koloru. Najbardziej podobały mi się sztuczne szczęki (mogę tylko zgadywać, że należące do np. świątobliwego mnicha).



Niektórzy wiedzą, że należy zabezpieczać się przed ciosem w plecy...



W sektorze usług zaś najbardziej podobały mi się panie siedzące przy maszynie do szycia na ulicy lub naprawiające buty na chodniku.

Wspomniałam o podobiznach króla - ulice (a także domy, sklepy i urzędy) Tajlandii przepełniają najróżniejsze podobizny Ramy IX na różnych etapach życia; odrobinę rzadziej spotyka się zdjęcia Królowej Małżonki. Jeśli trafimy w miejscu publicznym na transmisję hymnu państwowego, należy dostosować się do otoczenia, tj. w ciszy, bezruchu i na stojąco wysłuchać całego utworu, gdyż za lekceważenie lub krytykę monarchii mogą nas spotkać niemiłe konsekwencje społeczno-prawne. Ja miałam trzy spotkania z hymnem: na deptaku (czyli de facto bazarze) w Chiang Mai (i gdzie ruch na chwilę rzeczywiście zamarł), w kinie w Bangkoku (transmisja ma miejsce przed każdym filmem; wszyscy widzowie wstali) oraz w lokalnej restauracji w Phuket Town, w której był włączony telewizor (i tu, o dziwo, wstała tylko jedna osoba na kilkanaście obecnych).



I wreszcie... Ktoś się mnie po powrocie spytał, czy widziałam jakieś egzotyczne zwierzęta, a gdy odpowiedziałam, że nie, spytano co w ogóle widziałam egzotycznego. Po dłuższym namyśle wydaje mi się, że kimś takim są ladyboys, czyli transwestyci, którzy w porównaniu z drag queens wyglądają bardzo niepozornie. Żadnego mocnego makijażu, peruk czy niebotycznych obcasów - tylko ot, zwykłe damskie ubranie. Pierwszego wskazał mi M na - oczywiście... - ulicy Chiang Mai; ja myślałam, że to kobieta, tylko taka dość męska. Kolejny ladyboy, w mundurku pracownicy agencji turystycznej, sprzedawał nam bilety na pociąg (a ja znów tylko pomyślałam: "Jakaś dziwna ta pani"). Ladyboys często występują w tajskich filmach i serialach jako element humorystyczny (u nas tą rolę spełniałby jowialny wujaszek czy zbzikowana ciotka); obejrzałam tylko 30 minut serialu telewizynego w tajskiej telewizji i rzeczywiście, był ladyboy**.

CDN...

* Co nie jest specjalnie śmieszne, zważywszy na zasięg i rozwój seks-biznesu w Tajlandii.

** Oraz sceny w stylu brazylijskiej telenoweli były przeplatane wątkiem... wampirzym. Hm.

środa, 01 czerwca 2011

 

Od dziesięciu dni podróżuję po Tajlandii. Z racji półmetka wyjazdu uznałam, że warto uporządkować wrażenia (i podzielić się nimi z czytelnikami ;).

Jeszcze nigdy nie byłam tak daleko na wschód. Najdalszym miejscem, do którego wcześniej zawędrowałam, były Indie. Pierwsze chwile po opuszczeniu lotniska w Bombaju dostarczyły niezapomnianych widoków i zapachów (niekoniecznie pozytywnych). Bangkok nie jest tak porażający. W porównaniu z Bombajem, jest znacznie czystszy, spokojniejszy, bardziej zielony. Drogi są lepsze, kierowcy uważniejsi, na ulicach nie kręci się aż tyle bezpańskich psów (nie mówiąc o krowach czy bawołach ;). Mimo to jest tu oczywiście dla nas egzotycznie: roślinność była pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę – to, jaka jest bujna, zielona i plenna, nawet w wielkiej, zanieczyszczonej metropolii, jaką jest stolica Tajlandii.

Drugą rzeczą, którą zauważyłam, było – ciekawe, czemu... - jedzenie uliczne. Podobnie jak w Turcji czy w Indiach, w Tajlandii wyjątkowo łatwo zaspokoić głód: dosłownie wszędzie znajdują się stragany czy wózki z jedzeniem, nie mówiąc o sklepach czy restauracjach. Oczywiście najlepiej wybierać te miejsca, które cieszą się największym powodzeniem wśród lokalnych mieszkańców, gdyż gwarantuje to, że jedzenie będzie i świeższe, i bardziej autentyczne w smaku. Jeśli zaś chodzi o to ostatnie – można wiele powiedzieć o tajskiej kuchni, ale nie, że jest mdła. Jedzenie najczęściej jest mniej lub bardziej pikantne; jak pouczała nas nauczycielka podczas kursu gotowania (o którym szczegółowo opowiem innym razem): „Ile użyjecie papryczek chilli, zależy od was, ale Tajowie wzięliby pięć”. Ja najczęściej brałam dwie, góra trzy ;) Nadmiar ostrości w gotowej potrawie można regulować cukrem, w niektórych daniach, podczas gotowania – mlekiem kokosowym. Również pozostałe smaki - słony i kwaśny – są silnie akcentowane w kuchni tajskiej. Dania na północy wydawały nam się zasadniczo ostrzejsze i kwaśniejsze niż na południu, które były słodsze. W wielu restauracjach lub knajpkach ulicznych na stołach stoi „zestaw obowiązkowy” składający się z czterech pojemników: z sosem rybnym lub sojowym (aby danie dosolić), chilli (najczęściej w płatkach), octem (zazwyczaj z dodatkiem świeżego chilli) oraz z cukrem.

Takie właśnie przyprawy stały na stolikach przy straganie na ulicy vis a vis naszego pensjonatu w Bangkoku, gdzie jedliśmy nasz pierwszy posiłek w Tajlandii, zamawiany głównie na migi oraz przy pomocy jedynej osoby w okolicy, która znała podstawy angielskiego i mogła pomóc obsłużyć faranga. Obok przypraw znajdowały się pojemniki na sztućce, czyli łyżki i widelce – ten ostatni służy do nabierania potrawy na łyżkę, którą jemy. Pałeczki są używane tylko do makaronu, a i to nie zawsze – niektórzy Tajowie jedzą go także łyżką i widelcem, tylko zamieniając dłonie, tj. nawijając makaron na widelec i zgarniając łyżką.

Kuchnia tajska jest zasadniczo lżejsza od indyjskiej, i zresztą trudno się dziwić – w jednej kuchni dużo ghee i paneeru, w drugiej – trochę oleju roślinnego i czasem mleko kokosowe plus krótka obróbka termiczna.

Trzecim ważnym elementem pobytu w Tajlandii są owoce. W Indiach większość wyjazdu unikaliśmy i surowych warzyw, i owoców, tu z przyjemnością odkrywam nowe smaki. Należą do nich różne gatunki bakłażanów, np. pea eggplant (mini-bakłażan; wygląda jak przerośnięty groszek), oraz grzybów. Pierwszym egzotycznym owocem, jakiego skosztowałam, był rambutan, który trochę przypomina z wyglądu mechate litchi; miąższ lekko przypomina strukturą melona, jest delikatny i orzeźwiający w smaku.



Kolejnym odkryciem było to, że dojrzały ananas (którego kiedyś bardzo nie lubiłam) może być pyszny. Później spróbowałam mangostanu – soczystego, słodko-kwaskowatego – i rose apple (czapetka jambos), bardzo chrupkiego, o lekkim posmaku gruszki. Następnym odkryciem był salak – słodki, o mocnym, lekko daktylowym zapachu i smaku - po obraniu z wężowej skórki.


Rozczarował mnie natomiast dragon fruit (pitaja), który pod niezwykłym wyglądem (fuksjowa skórka i miąższ a la makowiec – jak dalmatyńczyk w różowym kubraku ;) kryje mączną strukturę i nijaki smak (M: „jak krzyżówka rzodkiewki z kiwi”).

Od lewej: zielona papaja, rose apple, ananas, dragon fruit/pitaja

Naszym ulubionym tajskim deserem natomiast stał się lepki ryż z mango (tradycyjnie podawany w liściu bananowca). Clou tkwi w słodkim sosie na bazie mleka kokosowego i oczywiście na jak najlepszym mango...


CDN :)

| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna