Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: wykorzystanie resztek

wtorek, 16 października 2018

World Bread Day, October 16, 2018World Bread Day to dla mnie stały punkt każdej jesieni od niemal dekady, obok m.in. urodzin rodzinnych, świąt państwowych, terminu zebrania jabłek czy zagniecenia ciasta na piernik (gdybyście nie zauważyli, to już za chwilę ;). Owszem, gdy sobie uświadamiam, że to już zaraz, mam zazwyczaj pustkę w głowie, co upiec (i czego jeszcze nie ma na blogu). Mam nadzieję, że jeszcze nieprędko odpuszczę, a przynajmniej dopóki akcja będzie miała miejsce.

Widząc poprzedni wpis, nie powinniście być zaskoczeni różowym dodatkiem w tegorocznym bochenku. Potraktowałam to jako eksperyment i choć nie wydaje mi się, by burak był wyczuwalny w smaku, ponieważ sam chleb wyszedł bardzo dobrze i jest spod znaku „nie marnuję”, uznałam, że przepis jest wart zapamiętania i rozpowszechniania nawet międzynarodowo ;).

Masa wyszła mi dość mokra (wody chlapnęło mi się nieco za dużo) i wahałam się, czy przełożyć ją do foremki, czy zaryzykować pieczenie w garnku, które sprawdza się przy np. dość luźnym no knead bread. Wybrałam tą ostatnią metodę i wam także polecam, także przy chlebie o strukturze w normie ;).

Składniki:

Zaczyn:

  • 60g aktywnego zakwasu żytniego,
  • 90g wody,
  • 90g mąki żytniej 720

Ciasto właściwe:

  • 240g zaczynu jw.
  • 250g mąki pszennej 750,
  • 250g mąki żytniej 720,
  • 1,5 łyżeczki soli,
  • 190-200g startego, upieczonego lub ugotowanego buraka,
  • 210-220g wody,
  • łyżeczka czarnuszki,
  • ½ łyżeczki kminku

Wieczorem w przeddzień pieczenia wymieszać składniki zaczynu w misce, przykryć, odstawić na 8-12h w temp. pokojowej.

Następnego dnia wymieszać dokładnie wszystkie składniki i wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto. Uwaga, gdyby burak puścił sok podczas ścierania (mój nie), wykorzystać go jako część wody. Gdyby ciasto było wyjątkowo mokre, podsypać delikatnie mąką; gdyby wydawało się suche, ostrożnie zwilżyć. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce na 2-2,5h; w między czasie złożyć 1-2 razy. Uformować bochenek w kształcie garnka z pokrywką, w którym będziecie go piec, umieścić złożeniem do góry w koszyku wyłożonym omączoną ściereczką, odstawić do wyrastania na kolejne 2-2,5h. Pół godziny przed pieczeniem zacząć nagrzewać piekarnik i garnek wraz z pokrywką (w 230 st. C). Ostrożnie (choć możliwie szybko) przełożyć chleb ze ściereczki do garnka, natychmiast nakryć i umieścić w piekarniku. Piec 30 minut pod przykryciem, zdjąć pokrywkę i dopiekać ok. 8 minut. Studzić na kratce.

Alternatywnie można chleb piec na nagrzanym kamieniu, z parą, w ok. 220-225 st. C (termoobieg) przez 40-45 minut.

ENGLISH PLEASE:

For me, World Bread Day has been a fixture of each and every autumn for nine years now – there are birthdays, bank holidays, deadlines for apple picking or making gingerbread dough (yeah, it’s almost time!) and WBD. I do usually panic when the date draws near (WHAT ON EARTH SHOULD I BAKE?!), but I’m still far from burnout or baker’s block ;).

Given that my latest blog post is beet-themed, it’s no wonder there’s something magenta-coloured in this year’s loaf. This recipe was an experiment; admittedly, I can’t taste the beetroot, but maybe it works, because the bread tastes good. All in all, something to come back to, especially that it’s something that helps you use up leftovers (and if you make borscht, you will have cooked beets to deal with).

Because the dough came out quite wet (I was a bit overenthusiastic when adding water), I wasn’t sure if a tin might not be better or if I could risk using a pre-heated lidded pan, which works great in e.g. no knead bread. I chose the latter, and that’s what I recommend, also for dough of average sticking factor ;).

Ingredients:

Starter:

  • 60g active rye culture,
  • 90g water,
  • 90g light rye flour

Final dough:

  • 240g rye starter as above
  • 250g bread flour,
  • 250g light rye flour,
  • 1.5 tsp salt,
  • 190-200g pre-cooked (i.e. roast or cooked) beetroot, grated
  • 210-220g water,
  • 1 tsp nigella seeds,
  • ½ tsp caraway seeds

Make the sourdough build-up the day before baking: mix all the ingredients in a bowl, cover well and leave for 8-12 hrs in room temperature.

The next morning, mix all the ingredients and knead until you have a smooth, slightly sticky dough. If the beets leak juice when grated (mine didn’t), use it as some of the liquid. If the dough is very tacky, add a little more flour; if it seems too dry, add a few drops more water. Allow to prove in a lightly oiled bowl for 2-2.5 hrs; fold once or twice during this time. Once the dough has risen, shape a round or oval loaf, depending on your pan’s shape, and place (folded side upwards) in a well-floured, linen-lined proving basket. Leave to rise for another 2-2.5 hrs. Pre-heat your oven, together with pan and lid, to 230 dgs C half an hour before baking time. Carefully place the proven bread in the pre-heated pan, cover with the hot lid as quickly as possible and place in the oven immediately; bake for 30 mins. Take off the lid and bake for another 8 mins or so. Cool on a rack before slicing.

The bread can be also baked with steam, on a pre-heated baking stone (approx.. 220-225 dgs C + fan) for around 40-45 mins.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Minęła połowa ciepłego (czasem upalnego) czerwca. W ogrodzie wciąż dojrzewają truskawki, pomału czerwienią się porzeczki (zawsze jeden krzak robi to szybciej) i nadal jest rabarbar. Oczywiście, własne truskawki najlepiej smakują prosto z krzaka, gdy się nagrzane na słońcu, ale czemu nie wykorzystać pewną ilość jako nadzienie w tarcie rustykalnej?

  • tarta dokładnie wg tego przepisu, tylko składniki połączone za pomocą maślanki, nie wody;
  • owoce: ok. 400g truskawek, przekrojonych na pół, 1 średnia łodyga rabarbaru, pokrojona w plastry, garść czerwonej porzeczki plus szczypta wanilii;
  • zamiast dżemu morelowego - odrobina rozcieńczonego truskawkowego, ale można w ogóle pominąć;
  • pieczone ok. 20 minut w 200 st. (termoobieg), potem kolejne 20 min w 190 st. C.

Jak tarta "połowa czerwca" wygląda, widać poniżej i powyżej ;). Osobiście uważam, że przy tym wypieku trudno o skuchę: jeśli ciasto jest dobrze przygotowane a owoce smaczne, nie wiem, co może się nie udać. Ponieważ jednak nadzienie jest stosunkowo mokre (bardziej niż w jabłecznej galette), tarta najlepiej smakuje tego samego dnia, bezpośrednio po przestudzeniu.

Z truskawek przygotowałam także prostszą i (może...) lżejszą wersję chleba smażonego na śniadanie. Wersja z sosem truskawkowym się już kiedyś tu pojawiła, tym razem jednak wykorzystałam pieczywo niedeserowe.

  • trzy większe kromki czerstwego pieczywa, częściowo razowego, wymoczyłam w 2 jajach roztrzepanych z ok. 3 łyżkami mleka;
  • smażyłam krótko (tyle, by chleb się zrumienił z obu stron) na niewielkiej ilości masła;
  • posmarowałam gotowe kromki minimalistycznym (lodówkowym) dżemem truskawkowym i obłożyłam świeżymi owocami, pokrojonymi w plastry;
  • w wersji plus może być jeszcze gęsty jogurt ;).

PS. Kolorów na zdjęciach nie podkręcałam ;).

A co poza tym z tych truskawek? Klafutek, tj. clafoutis, też zawsze da się zjeść...

niedziela, 05 listopada 2017

 

Jak macie w ręku nową książkę kucharską, od jakiej sekcji zaczynacie oględziny? Jak przeglądam online (tu np. Amazon z funkcją "Look inside" ma zdecydowaną przewagę nad innymi sklepami), patrzę najpierw na indeks i spis treści. Jak już mam swoją książkę, zaczynam prawie zawsze oglądanie od tyłu, a tam znajdują się standardowo desery - nawet w książce, która nie ma tradycyjnych podziałów na sekcje, tzn. najnowsza Nigella (At my table). Tak wpadł mi w oko kolejny pomysł na zużycie białek, czyli "zapomniane ciasteczka", vel merookies (połączenie cookies i meringue - bezociasteczka, choć my je nazwaliśmy inaczej, o czym niżej).

Pomysł nawiązuje do nocnej bezy tej samej autorki, o której (w opcji czekoladowej) pisałam kilka lat temu - wsadza się ciasto do piekarnika i o nim zapomina przez noc (analogicznie do pieczonych pomidorów). W przeciwieństwie jednak do "zapomnianego deseru", gratki dla fanów musu czekoladowego i mokrego wnętrza Pavlovej, beziki z czekoladą wychodzą wyraźnie suche; wnętrze z orzechami i czekoladą nam się mocno kojarzyło z kakaowymi wafelkami, stąd nazwa bezowafelki. W moim odczuciu ciekawsze od zwykłych małych bez, za którymi specjalnie nie szaleję, proste, szybkie, i łatwo można zagospodarować te nieszczęsne białka (których stale mam nadmiar, wystarczy zrobić makaron...).

Składniki:

  • 2 duże białka
  • 100g drobnego cukru
  • 75g posiekanej ciemnej czekolady
  • 75g posiekanych pistacji (można ew. użyć innych orzechów)
  • ¼ łyżeczki mielonego kardamonu lub wanilii
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej lub kukurydzianej
  • 1 łyżeczka octu z białego wina lub jabłkowego

Białka ubić na sztywno z cukrem i szczyptą soli, sypiąc cukier pomału i stopniowo, łyżeczka po łyżeczce. Wymieszać delikatnie a stanowczo z octem i skrobią, dodać wanilię/kardamon, większość pistacji i czekoladę, wymieszać krótko, tylko do połączenia. Nakładać po łyżce masy na bezę, w odstępach, bo rosną, na 1 lub 2 blaszkach wyłożonych matą silikonową lub papierem do pieczenia, posypać pozostałymi pistacjami. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i natychmiast go wyłączyć. Zostawić bezy w środku na noc lub co najmniej 8h. Dość dobrze się przechowują w suchym miejscu, w temperaturze pokojowej lub nieco niższej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

wtorek, 29 sierpnia 2017

O „czymś z niczego”, czyli occie jabłkowym, już pisałam. Od lat się zachwycam, jak resztki owoców (czyli właściwie śmieci), woda i trochę cukru tworzą coś, z czego korzysta się prawie codziennie. Domowy ocet bardzo polecam – jest łagodny, o delikatnym zapachu; swój dodaję i do sałatek, i sosów, i przetworów typu ketchup, wreszcie do zakwaszania zup czy potrawek.

Parę miesięcy temu Katria (Seldonenko), o której babie na zakwasie pisałam na wiosnę, zaczęła pokazywać baniaki pełne fermentujących owoców, z których będą różne owocowe octy. Były także śledzie, doprawione octem owocowym, które bardzo do mnie przemówiły. Przeczytałam jej przepis, na przykładzie octu malinowego, który zawiera więcej cukru („zjadanego” na początku fermentacji) oraz dodatkowy ferment ;) w postaci zakwasu. Wszystkie te dodatki mają przyspieszyć fermentację oraz zmniejszyć ryzyko niepożądanej pleśni (która owszem, w occie jabłkowym mi się kiedyś zdarzyła). Ponieważ, jak co rok, miałam sporo czerwonych porzeczek, wypróbowałam „patent turbo” na nich. Ocet kolor ma jaki widać na zdjęciu powyżej (całkowicie naturalna barwa, bez obróbki!), czyli moim zdaniem fantastyczny, pachnie owocowo, jest łagodnie kwaśny. Ze względu na fotogeniczność – świetny prezent kulinarny ;).

Oczywiście, porzeczek już nie ma, ale są wrześniowe maliny, śliwki, jeżyny, jabłka, gruszki, a także zaraz zacznie dojrzewać czarny bez! Możliwości jest więc wiele...

  • 500g owoców (najlepiej niepryskane, świeże lub resztki, typu obierki/gniazda nasienne jabłek lub gruszek, ew. świeże wytłoczyny np. po galaretce), w moim przypadku była to porzeczka
  • 2,5 litra wody (przefiltrowanej i/lub przegotowanej)
  • 200g cukru lub miodu (u mnie to drugie)
  • 30g dowolnego aktywnego zakwasu
  • opcjonalnie: świeży rozmaryn, szałwia lub tymianek

Owoce umyć, jeśli to konieczne (np. w przypadku śliwek), rozdrobnić, umieścić w dużym słoju, zalać wodą, dodać miód, zakwas i zioła, jeśli używacie, całość dobrze wymieszać. Przykryć np. gazą lub częściowo nakryć pokrywką, umieścić w ciepłym, ciemnym miejscu i codziennie mieszać przez 2-3 tygodnie: wiele zależy od temperatury pomieszczenia. Pianę drożdżową, która się pojawi po jakimś czasie, można wykorzystać do chleba (traktując jako np. łyżkę zakwasu i rozmnażając za pomocą mąki i wody na zaczyn).

Po ok. 2-3 tygodniach (u mnie zajęło to 2) ocet zacznie pachnieć kwaśno i można odcedzić owoce oraz dodać dodatkowe 150g cukru do drugiej fermentacji, która zajmie kolejne 3 tygodnie. Jak poprzednio, przynajmniej przez 10 dni trzeba codziennie mieszać; jeśli ocet będzie pachniał wyraźnie kwaśno, na wierzchu zacznie tworzyć się woskowa „skórka”, wystarczy mieszać co 2 dni. Pod koniec można także słój dokładniej przykryć.

Gotowy ocet należy przecedzić przez gazę i przelać do czystego słoja lub od razu do butelek. Przechowywać w ciemnym, chłodnym miejscu, typu piwnica.

Zapisz

Zapisz

czwartek, 30 marca 2017

Wiadomo, stale szukam pomysłów na przerobienie białek (może powinnam dodać nowy tag na blogu...?). Ostatnim odkryciem była chałka oraz, do pewnego stopnia, bo mało wydajne jako metoda przetwórcza ;), whisky sour. Niedawno jednak Karolina ze Sto kolorów kuchni zachęcała do spożytkowania białek po np. pączkach w... granoli. Pomysł bardzo mi się spodobał, bo wykorzystuje akurat tyle białek, ile zostaje po produkcji domowego makaronu. W sumie dotychczas robiłam w kółko granolę z masłem orzechowym - aż M nie zaczął marudzić, że coś mu nie smakuje, a potem nastała zima, kiedy ze śniadań jedzonych łyżeczką wolę ciepłą owsiankę lub kaszę manny. Skoro jednak mamy wiosnę, można wrócić do płatków na zimno, a po wielkanocnych wypiekach z pewnością zostaną kolejne obiekty do ubicia (i zużycia).

Moja wersja nieco różni się od tej Karoliny, bo jest i lekko słodsza (więcej miodu + suszone owoce), ale wciąż nie wyraźnie słodka, i dałam bardziej urozmaicone nasiona. Osobiście wolę też mieszankę płatków, można jednak oczywiście użyć tylko owsianych. Zmniejszyłam także ilość przyprawy korzennej, bo z doświadczenia wiem, że mało ją czuję w gotowym produkcie ;).

Składniki:

  • 700g płatków owsianych (górskich lub zwykłych) lub mieszanka 1:1 płatków owsianych i np. żytnich
  • 200g mieszanki siemienia lnianego, sezamu i pestek słonecznika
  • 100g orzechów włoskich (posiekanych) lub zwiększyć ilość ww. nasion
  • 4 łyżki płynnego miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki oleju
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 4 białka dużych jaj (lub ok. 5 mniejszych)
  • garść suszonej żurawiny
  • garść rodzynek lub innych suszonych owoców (śliwek, moreli), posiekanych

Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Płatki, nasiona i orzechy mieszamy w misce. Dodajemy pozostałą sól, przyprawę korzenną, olej i miód, ponownie i dokładnie mieszamy. Przekładamy płatki itd. do ubitych białek i całość mieszamy tak, aby białka pokryły wszystkie suche składniki. Przekładamy na blachę wyłożoną matą do pieczenia (ew. pergaminem), wyrównujemy i pieczemy ok. 50-60 minut w 140 st.C, mieszając ok. 3 razy w międzyczasie (można też piec na raty, jeśli z przyczyn praktycznych trzeba zwolnić piekarnik, tj. np. 30 minut, przestudzić, potem dopiec kolejne 30 minut, gdy piekarnik znów będzie wolny). Do upieczonej granoli dorzucić suszone owoce, wymieszać i zostawić jeszcze na 10-15 minut w cieple resztkowym piekarnika. Wystudzić na kratce, przełożyć do słojów. Wychodzi ok. 2 litrów granoli.

niedziela, 12 czerwca 2016

Moja ukochana chałka to maślano-mleczna XXL-ka. Piekłam i taką szabasową (na oleju) i taką z dodatkiem mąki razowej, ale... do nich jakoś nie wracam, w przeciwieństwie do tej pierwszej. Teraz mam drugą kandydatkę, o podobnym składzie, ale - co jest plusem! - na białkach, nie całym jaju. Gdy zobaczyłam przepis u Kornika, uznałam, że z nieba mi spadł, zważywszy na moje stałe zapasy białek do przerobienia.

W mojej wersji jest jedna standardowa chałka zamiast dwóch małych, i z dodatkiem soli oraz wanilii w składzie. Można też się nie rozdrabniać i upiec od razu dwie sztuki z podwójnej ilości, albo na odwrót, przerobić ciasto na maślane bułeczki (zaplatane lub nie). Z innych zmian - piekłam w wyższej temperaturze i użyłam innej mąki (kto wie, następnym razem może dodam trochę orkiszowej jasnej).

Składniki:

  • 70g cukru
  • 10g świeżych drożdży
  • 70g miękkiego masła
  • 80ml letniego mleka
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 300g mąki pszennej (najlepiej luksusowej/typ 550, o wysokiej zawartości białka, ew. miks tortowej i np. bułkowej 650)
  • hojna szczypta soli
  • opcjonalnie: szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • mak/sezam do posypki

Rozczynić drożdże za pomocą łyżeczki cukru (odsypanej z 70g), odstawić na chwilę, aż się spienią. Dodać mąkę, mleko, sól i ew. wanilię, zacząć wyrabiać ciasto. Dodać masło i białka, wyrabiać dalej, aż uzyskacie gładkie, elastyczne ciasto. Odstawić do wyrośnięcia (u mnie trwało to dość długo, ponad 1,5 godziny). Po tym czasie podzielić na 3 równe wałeczki i zapleść chałkę. Odstawić do kolejnego wyrastania na blaszce wyłożonej papierem lub matą do pieczenia na ok. 45-60 minut. Posmarować mlekiem (ew. żółtkiem/jajem) i posypać sezamem lub makiem (albo jednym i drugim). Piec ok. 30-35 minut (do zrumienienia i suchego patyczka) w 190 st. C (termoobieg).

Szczerze mówiąc, nie ma ogromnej różnicy między chałką na całym jaju a tą białkową - może wciąż XXL-ka jest moją ulubienicą, ale ta jest całkiem zbliżona (bo pewnie clou tkwi jednak w maśle ;). Zaskakująco nieźle się także przechowuje, a więc wchodzi do repertuaru!

niedziela, 15 maja 2016

- Może zużylibyśmy jakoś nasze białka?

- Ale chyba nie mamy ich tak dużo...

- Nie??? [chwilę później] 46. 46 białek.

Tak mniej więcej przebiegł dialog między M a mną, dotyczący zawartości naszej zamrażarki. Dodam, że to nie ja je policzyłam, ale liczba wywarła na mnie wrażenie i postanowiłam podejść poważnie do tematu: w piątek wyciągnęłam kilka woreczków do rozmrożenia i deszczowe sobotnie przedpołudnie spędziłam produkując ciasteczka. Poza tym, że upiekłam eksperyment czekoladowy oraz garibaldki, przypomniałam sobie o przepisie na proste makaroniki (nie mylić z francuskimi z nadzieniem), nazywane przeze mnie "najłatwiejszymi ciasteczkami świata". I naprawdę, zważywszy na to, że czas przygotowania ciasta to jakieś 3 minuty, nakładanie zaś ze 2, nie wiem, czemu nie piekę ich przynajmniej raz w miesiącu (zużywając w ten sposób chociaż część białek). Po zapełnieniu jednej blaszki ciasteczkami podstawowymi (migdałowymi z migdałem i aromatem migdałów, tj. amaretto ;) przypomniałam sobie o ciągnących się nargili z Kaszanu. A więc wersja kokos + migdał:

Składniki:

  • 1 szklanka* mielonych migdałów (mieląc ręcznie warto dodać 4-5 sztuk gorzkich migdałów, dla zwiększenia migdałowego aromatu);
  • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 1/2 łyżeczki malibu
  • 1/2 łyżeczki amaretto lub esencji migdałowej*
  • 2 łyżki mąki
  • ok. 12 migdałów i dodatkowe wiórki kokosowe (do posypki)

*240ml

Połączyć mielone migdały z kokosem, utrzeć na pastę z cukrem, białkami, alkoholem i mąką. Nakładać masę łyżką (po ok. 1 łyżce na ciasteczko), w dość dużych odstępach (rosną - głównie na boki!), na blaszkę wyłożoną pergaminem lub matą do pieczenia. Powinno wyjść ok. 12 (sporych) sztuk. W środek każdego ciastka wcisnąć migdał i całość lekko posypać kokosem. Piec ok. 20 minut w 160 st. C (termoobieg). Uwaga, ciasteczka będą zezłocone, zwłaszcza na brzegach, ale środek pozostanie nieco miękki i ciągnący, marcepanowy - co było moim zamierzeniem. Jeśli ktoś woli ciasteczka bardziej chrupkie, najlepiej piec ok. 5 minut dłużej.

* Opcjonalnie można, idąc w klimaty perskie, zastąpić oba aromaty łyżeczką wody różanej.


Pomysły pt. "zużycie białek" skumulowałam swego czasu TU. Dziś dodałabym jeszcze do tej listy (poza ww. garibaldkami) także whisky sour.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Jadacie granolę? Jeśli tak, to jak? Mam na myśli, czy „jak zalecono” umieszczacie ją w misce, dodajecie np. owoce i jogurt/mleko, czy też np. podjadacie ją na sucho, zamiast przekąski, owoców czy czegoś słodkiego? Nie ukrywam, że ja stosuję obie metody ;). Gdy przypadkiem trafiłam na zdjęcie batonów o podobnym składzie, co granola, ale z dodatkiem… uwaga… zakwasu, zachwyciłam się a/pomysłem na dodanie zakwasu do czegoś (względnie) słodkiego i nie będącego pieczywem, b/bardziej foremną postacią mojej ulubionej przekąski. OK, owszem, próbowałam kiedyś robić batony na mleku skondensowanym, ale poza tym, że jest to składnik, którego normalnie nie kupuje i budzi zawsze pewne moje wątpliwości, batony trzeba było je szybko zjeść (albo trzymać w lodówce, żeby się nie zepsuły; oczywiście wówczas nie miałam chłodnej spiżarni), miałam też problemy z konsytencją.

Poszukiwania w internecie wykazały, że batony owsiane na zakwasie to żadna nowość i całkiem sporo przepisów znalazłam do wyboru. Ostatecznie bazowałam na tym (bo wszystko miałam w domu ;), z pewnymi zmianami (wyrzuciłam czekoladę a dodałam koryntki). Batonów wychodzi niewiele, ale oczywiście można składniki podwoić. Dodatki bakalii itd. można sobie dowolnie modyfikować (np. dodając masło orzechowe zamiast migdałowego i zmieniając migdały na inne fistaszki, itd.).

Co robi tu zakwas? Podobno zapewnia większą puszystość i pożądaną spoistość oraz wilgotność. W założeniu jednak jest to przepis z cyklu „nie marnuję”, tj. na zużycie nadmiaru surowca... Nie żebym jakoś szczególnie narzekała na taką nadprodukcję ;).

Składniki:

  • 50g płatków owsianych,
  • 50g miodu,
  • 50g masła migdałowego,
  • 50g posiekanych migdałów,
  • 100g dowolnego zakwasu (u mnie aktywny żytni, ale podobno można użyć i takiego z lodówki),
  • 75g suszonej żurawiny,
  • 40g pestek słonecznika,
  • 50g koryntek,
  • szczypta soli

Wymieszać osobno suche, osobno mokre składniki. Połączyć suche z mokrym, przełożyć do małej foremki (np. keksowej) dokładnie wyłożonej pergaminem lub ew. matą silikonową, wyrównać. Piec ok. 20-22 minut w 180 st. C (termoobieg) – całość będzie rumiana z wierzchu, ale pod spodem wciąż lekko miękka. Wystudzić na kratce.

Nie miałam problemu z przechowywaniem batonów: wyszło mi ok. 8 sztuk, te, których od razu nie zjadłam ;) przełożyłam do plastikowego pudełka, ale nie zakryłam go szczelnie (tzn. uchylony otwór wentylacyjny, w który wyposażony jest pojemnik). Trzymałam je w ten sposób ponad tydzień w temperaturze pokojowej i pod koniec były tylko trochę bardziej suche. Aha, oczywiście można batony jeść nie tylko jako przekąskę/mało słodkie słodycze, ale i na śniadanie, zwłaszcza takie w biegu/na wynos.

wtorek, 05 kwietnia 2016

Często zdarza Wam się fiasko kulinarne? A może nie całkiem fiasko, tylko nieudane danie, typu za rzadki sos, kruszący się spód: innymi słowy, coś, co smakuje może i dobrze, ale nie nadaje się do wykorzystania zgodnie z planem. Tak miałam w miniony weekend, kiedy ambitnie postanowiłam zrobić eklerki i z pierwszej wersji ciasta ptysiowego wyprodukowałam partię... kapci. Ewidentnie nie doceniłam gabarytów wiejskich jaj, bo ciasto było za luźne, a zorientowałam się dopiero wtedy, gdy zaczęłam je wylewać szprycą na blaszkę. Były to jednak bardzo smaczne kapcie, i po oddaniu paru sztuk M na podwieczorek, resztę zachowałam na śniadanie, które wyszło b. smaczne (M: "To twój pomysł? Do zapamiętania"), a można by je łatwo otworzyć za pomocą placków (pankejków), usmażonych w nieco większym formacie. Pewnie można by też wykorzystać nadprodukcję zwykłych naleśników, złożonych na pół, lub placków ziemniaczanych. A więc...

Składniki (2 osoby):

  • 4 nieudane, płaskie eklerki ;) lub placki z np. tego lub tego (bez dodatku owoców) przepisu, dość cienkie i owalne, o wielkości przeciętnego jaja sadzonego, ew. inne sugestie ze wstępu
  • 4 jajka
  • sos z tahiny (i polecam!), inne opcje: ajwar, słodki sos chilli, ketchup, łagodny chrzan... lub co lubicie najbardziej
  • garść szpinaku lub rukoli
  • inne dodatki: boczek/wędlina, wędzony łosoś, kozi ser lub co Wam w ręce wpadnie
  • opcjonalnie: sól i chilli w płatkach

Wyprodukować placki, usmażone trzymać na podgrzanym talerzu/w nastawionym na niską temp. piekarniku. Usmażyć jaja sadzone. Każdy placek posmarować łyżeczką wybranego sosu, ułożyć na nim trochę zieleniny, jajo, przykryć drugim posmarowanym plackiem, ponownie dodać zieleninę i jajo. Oprószyć (opcjonalnie) lekko solą i chilli, podawać od razu.

Sos z tahiny jak się okazało, świetnie pasuje do jaj! Wiem, że może robienie go specjalnie do takiego śniadania wydaje się bez sensu (a już na pewno niezgodne z ideą wykorzystania resztek), ale zapewniam, nie zmarnuje się, bo - w moim odczuciu przynajmniej - można go wykorzystać jako dodatek do niemal wszystkiego.

niedziela, 24 maja 2015

Dawno temu w rodzinie mojej Mamy był pies Tobik, czarny pudel („jeden lok”, cytując Mamę). Był niejadkiem, w co wierzę, bo mimo dużych starań wszystkich kobiet w rodzinie, pozostał bardzo szczupły. Najbardziej lubił jeść słodycze... ale najpierw Dziadek próbował nakarmić go brajką.

Co takiego? A więc podobno pierwszego poranka ze szczeniakiem Dziadek – który wcześniej narzekał na pomysł brania psa do domu - najpierw golił się z pudlem na kolanach, a potem chciał go nakarmić. Nie miał zbyt rozwiniętych zdolności kulinarnych, nie znał się też na żywieniu zwierząt. Dał mu więc to, co umiał zrobić a sam najbardziej lubił zjeść, tj. bułkę namoczoną w mleku i posłodzoną. Czyli właśnie brajkę.

Taką historię opowiadała mi wielokrotnie Mama, i nostalgicznie myślałam sobie o niej (ww. Tobika kojarząc tylko z zamazanych czarno-białych zdjęć), krusząc czerstwy chleb orkiszowy* do miski. Po zjedzeniu śniadania usiadłam do komputera, rozmyślając o kuchni regionalnej i niemile się rozczarowałam, gdy Google na hasło „brajka” nic mi na temat nie powiedział. Dalsze poszukiwania zaprowadziły mnie m.in. do filmiku z Nigellą (wiedziałam, że gdzieś o tym czytałam po angielsku!), ale więcej dowiedziałam się po rozpoczęciu dyskusji na Facebooku.


Otóż: niektórzy znają drobionkę (opisywaną przez Basię) lub bułkę drobioną, bułkę parzoną, poznańską snelkę (od 'schnell?' Szybkie śniadanie?), brejkę albo po prostu bułę z mlekiem. Występuje też wariant z kakao zamiast mleka i słodką bułką. Są też wersje niesłodkie. Nikt jednak nie kojarzył nazwy „brajka”, niby podobnej do brejka, ale co ciekawe, odtwarzającej wymowę niemieckiego Brei [brai] (jak powiedziała mi jednak dziś Mama: "kto wie, czy same tej nazwy nie przekręciłyśmy, bo brejka kojarzyła nam się z breją?"). Wszyscy wspominali to jako coś, co albo jedli w dzieciństwie i/lub dawali im dziadkowie, albo jedli to Ci ostatni. Widziałam też wyznania pt. „trauma dzieciństwa” ;).

Jak więc zrobiłam swoją brajkę, bo przy tej rodzinnej nazwie pozostanę?

Do miski wkruszyć czerstwą bułkę lub dwie kromki suchego pieczywa (u mnie tym razem chleb orkiszowy razowy). Zalać mlekiem – zimnym lub podgrzanym. Posypać cukrem do smaku (u mnie – demerarą) i w wersji luks oprószyć cynamonem lub mieloną wanilią. Jeść od razu.

*Chleb miodowy upiekłam w ilości podwójnej (i tym razem z mąki orkiszowej) i jeden bochenek zamroziłam. Okazało się, że to pieczywo się do tego nie nadaje, bo po rozmrożeniu bardzo się kruszy. Brajka nasunęła się więc sama przez się.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna