O daniach awaryjnych - resztkowych, lub składających się z tego, co pod ręką - już pisałam, i to więcej niż jeden raz. Oto dwie kolejne propozycje, które łączy... brak mięsa.
Po pierwsze - kolejna sałatka-śmieciówka, przegląd szafek, lodówki i zamrażarki. Zaskakująco smaczna, z 5 głównych składników ;)
Składniki (dla 2-3 osób): ok. 6 średnich ziemniaków, 1 mała cebula/szalotka, ok. 1/2 małej cukinii lub średniego ogórka, puszka (185g) sardynek/innych rybek w pomidorach, paczka (450g) mrożonej fasolki, sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta ostrej papryki, ulubiony olej/oliwa, sok z cytryny
Ziemniaki ugotować, to samo zrobić z fasolką (u mnie na parze). Gdy się gotują, posiekać drobno cebulę, zalać sokiem z cytryny (u mnie sporo, z ok. 1/2 owocu), dodać pokrojoną w cienkie plasterki lub półplasterki cukinię/ogórka, wymieszać, odstawić na bok (dobrze, by tak postały przynajmniej 10 minut). Ugotowaną fasolkę i ziemniaki lekko wystudzić, na tyle by można było te ostatnie pokroić w plastry. Wymieszać z cebulą i cukinią, dodać rybki wraz z sosem z puszki, doprawić do smaku (u mnie nie żałując pieprzu). Odstawić na ok. 10-15 minut, wymieszać ponownie, zajadać.
Po drugie: kotleciki z soczewicy. Do tej pory najczęściej robione z resztek soczewicy i ziemniaków pozostałych z obiadu ;) Tym razem bazowałam na przepisie Zieleniny, aczkolwiek wprowadziłam z konieczności pewne modyfikacje, a także... upiekłam je w piekarniku. Użyłam mieszanki soczewicy czarnej (zbliżonej do tej z Puy, drobnej, która się nie rozgotowuje) i zwykłej czerwonej.
Składniki: 200ml dowolnej soczewicy (u mnie 3/4 czarnej i reszta czerwonej), liść laurowy, ok. 4 ziaren ziela angielskiego, łyżeczka do herbaty wyrazistego oleju (np. rzepakowy, z lnianki, itd.) lub oliwy, 1/2 pora, 1/4 łyżeczki garam masala, 1/4 łyżeczki chaat masala (z tego przepisu, ale można użyć samej garam masala, lub dodać curry itd.), szczypta chilli, sól, pieprz, 1 jajo, 5-6 łyżek błyskawicznych płatków owsianych, 1/2 pęczka natki pietruszki (ale kolendra chyba byłaby też dobrym pomysłem)
Soczewicę opłukać, ugotować (co potrwa ok. 20-25 minut) w 400ml wody z listkiem bobkowym i zielem angielskim; odszumować podczas gotowania, tuż po zagotowaniu lekko posolić. Pod koniec gotowania dodać łyżeczkę oleju. W między czasie zeszklić na oliwie/oleju pora pokrojonego w cienkie półplasterki, odstawić na bok. Wymieszać z ugotowaną soczewicą, przyprawami, jajem i płatkami owsianymi, zmiksować na gładko w blenderze. Odstawić na ok. 20 minut, by płatki wchłonęły nadmiar wilgoci. Formować okrągłe kotleciki (mnie wyszło 6 sztuk) i a/smażyć do zezłocenia, b/upiec w piekarniku. Ja piekłam i tak ziemniaki do obiadu, więc wolną część blachy wyłożyłam kawałkiem folii, który lekko natłuściłam, umieściłam na niej kotlety i bardzo lekko posmarowałam po wierzchu olejem. Piekłam 20 minut w 190 st. C. (termoobieg). Poza ziemniakami podałam surówkę z tartej marchwi (doprawioną jogurtem, sokiem z cytryny i chrzanem). Niegłupim pomysłem wydaje mi się sos, np. zainspirowany kuchnią indyjską pomidorowy.
Co jakiś czas sobie myślę, że jemy za mało roślin strączkowych. Idę wówczas do szafki z tzw. suchymi produktami i patrzę, czy są jakieś w zapasach. Zazwyczaj odkrywam, że mogłabym otworzyć straganik, taki jak powyżej (zdjęcie autorstwa Madzi B., wspomnienie z naszego wyjazdu do Indii), bo jest i soczewica (co najmniej 2 rodzaje), i groch, i ciecierzyca, i jakaś fasola. Za każdym razem obiecuję sobie, że wprowadzę tradycję regularnego strączkowania, ale cóż - różnie to bywa ;).
W ramach któregoś ze zrywów przyrządziłam kurczaka po bombajsku z czerwoną soczewicą Madhur Jaffrey, albo kurczaka z dhalem.Dhal oznacza drobne strączkowe-grochowe, a także (dość paciajowate i często, jak na indyjskie dania, łagodne) sosy przygotowane z nimi w roli głównej. Ostatni dhal, który bardzo dobrze pamiętam, jadłam na takiej łodzi w Kerali:
Tak się składa, że wówczas zjadłam też jedyne mięso podczas pobytu w Indiach, tj. potrawkę z kurczaka, więc połączenie tych dwóch składników w jednym daniu wydaje się słuszne choćby z powodów sentymentalnych ;). Inną rzeczą jest to, że sam sos z soczewicy, bez dodatku mięsnego, potrafi być nieco mdły - w postaci z wkładką bardziej mi smakuje.
Kurczak z dhalem
Składniki (na ok. 3-4 porcje): 125g czerwonej soczewicy, ok. 35g cebuli, 1/2 długiego, świeżego chilli (wg Madhur zielonego, u mnie było czerwone), łyżeczka mielonego (roztartego w moździerzu) kuminu, 1/4 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki świeżego imbiru, 700-750ml wody, 500g piersi kurczaka, bez skóry, kopiasta łyżeczka soli, łyżka oleju, 1/2 łyżeczki nasion kuminu, 1-2 ząbki czosnku, ok. 1/4 łyżeczki chilli w proszku, łyżka soku z cytryny, 1/4 łyżeczki cukru, 1/4 łyżeczki garam masala, kolendra do posypki
W dużym garnku/rondlu umieścić opłukaną soczewicę, drobno pokrojoną cebulę, świeże chilli, mielony kumin, kurkumę i 1/2 imbiru, zalać wodą. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem ok. 30-40 minut (aż ugotuje się soczewica). Dodać pierś kurczaka, pokrojoną w paski i sól. Wymieszać, zagotować, ponownie częściowo przykryć i gotować na małym ogniu kolejne 25-30 minut, aż kurczak będzie miękki.
Na małej patelni rozgrzać olej na średnim ogniu. Gdy będzie gorący, dodać cały kumin, gdy zacznie skwierczeć (czyli po paru sekundach) - dodać pozostały imbir i czosnek. Smażyć, aż czosnek się lekko zbrązowi. Dodać chilli w proszku. Wlać zawartość patelni do kurczaka i soczewicy. Dodać sok z cytryny, cukier i garam masala. Wymieszać, gotować jeszcze 5 minut, sprawdzić doprawienie. Podawać przybrane kolendrą (lub ostatecznie pietruszką, jak kolendry brak, ale to mało autentyczne), z naanem lub ryżem.
Jednym z najpopularniejszym wpisów na blogu jest przepis na grochówkę. Wertując książkę River cottage everyday odkryłam przepis na zupę grochową, jak to u Hugh Fearnleya - szalenie oszczędną: na zachomikowanej kości z szynki. Akurat takową posiadałam, w związku z przygotowaniem szynki piwnej. Oto więc grochówka pt. 'Nie marnuję jedzenia', wzbogacona majerankiem, bo w tej zupie zdaniem moim (nie HFW) być musi. Uwaga: groch w połówkach nie wymaga namaczania przez noc, ale w całości - tak.
Grochowa na kości
Składniki (na ok. 6 porcji, można sobie podzielić): 1 ugotowana kość z szynki (ew. skrawki mięsa zostawione na później), łyżka masła, 1 duża, posiekana cebula, 1 duża marchewka, jw., 1 łodyga selera naciowego, jw. (uwaga: nie miałam, dałam łyżeczkę suszonego lubczyku i ok. łyżki łodyg natki pietruszki), 2 liście laurowe, 1 litr bulionu (ew. woda, ale bulion lepszy), 500ml wody, 300g grochu w połówkach, sól, pieprz, suszony majeranek
Stopić masło w rozgrzanym rondlu. Dodać jarzyny, przykryć, gotować na małym ogniu pod przykryciem, aż zmiękną (ok. 10 minut). Dodać kość, liście laurowe, bulion i wodę, groch. Zagotować, ew. odszumować. Skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem, aż groch będzie zupełnie miękki (45-60 minut). Wyciągnąć kość i liście laurowe. Rozgnieść warzywa i groch np. tłuczkiem do ziemniaków. Dodać ew. skrawki mięsne, wymieszać, doprawić solą, pieprzem i hojną szczyptą majeranku. Delikatnie podgrzać ponownie przez kilka minut, sprawdzić doprawienie przed podaniem.
Kolejna jesień oznacza kolejny Dzień Jabłka. Kojarzy mi się ze zrywaniem owoców z naszej jabłoni no name (o której mówię od jakiegoś czasu, że jest koksą, ale jednak mam wątpliwości...), pogodą typu złota polska jesień, zapachem liści i... pieczonych jabłek, rzecz jasna. Takich, jak w dwóch prostych deserach. Użyłam w tytule słowa 'retro', bo tak mi się kojarzą - nie za słodkie proste słodkości z dzieciństwa naszego czy naszych dziadków. Pierwszy można podciągnąć pod akcję "Nie marnuję jedzenia" (wykorzystanie ugotowanego ryżu). I jeden i drugi deser może być jedzony na śniadanie, jeśli ktoś lubi na słodko.
Ryż zapiekany z jabłkiem
Składniki (dla 2 osób): ok. szklanki ugotowanego ryżu (mój ulubiony to basmati, ale każdy się nada), 1 duże jabłko, ok. 2 łyżek cukru (dowolnego), 2 łyżki śmietany lub gęstej śmietanki, opcjonalnie: łyżka rodzynek, cynamon
Nagrzać piekarnik do 190 st. C. (termoobieg). Wysmarować masłem dwie niewielkie żaroodporne miseczki. Jeśli ryż jest bardzo suchy, lekko zwilżyć odrobiną mleka, wymieszać z rodzynkami, jeśli używacie, i łyżeczką cukru. Jabłko opcjonalnie obrać, wydrążyć, pokroić w kostkę, wymieszać z łyżką cukru i cynamonem (zależnie od upodobań, od hojnej szczypty po ok. 1/4 łyżeczki). Układać warstwami w miseczkach ryż, jabłka, ryż, jabłka. Śmietanę wymieszać z pozostałym cukrem (powinny zostać ze 2 łyżeczki), posmarować jabłka z wierzchniej warstwy. Piec ok. 30 minut, można pod koniec umieścić bliżej grzałki, by śmietanka się przyrumieniła (ale uważać, by nie przypalić!). Jeść na ciepło.
Nagrzać piekarnik do 190-200 st. C. (termoobieg). Jabłka umyć, wydrążyć (ale nie na wylot), nałożyć do powstałych otworów po łyżce konfitury (u mnie porzeczkowa). Opcjonalnie oprószyć dodatkowo cukrem po wierzchu. Umieścić na wyłożonej folią blaszce lub w natłuszczonych żaroodpornych miseczkach, piec ok. 30-35 minut. Jeść ciepłe.
Myśląc nad wpisem zaczęłam zastanawiać się nad nazewnictwem i zwyczajami w zakresie posiłków. Śniadanie, wiadomo, co to i kiedy się je*; kolację je się wieczorem, ale czy jest to główny posiłek, czy raczej nieduży? I co z obiadem - w środku dnia czy bliżej jego końca? W języku angielskim wiadomo**, że lunch jest w środku dnia i w objętości od małej do średniej, a dinner jest po pracy i jest to największy posiłek dnia. Sprawę komplikuje supper, który jest zawsze wieczorem, często późnym, i rozmiar zależy od jedzącego, ale jest raczej mniejszy niż większy. Gdy mieszkałam w domu z rodzicami, główny posiłek, czyli obiad, jadało się w okolicach g. 15, a wieczorem była (mała) kolacja; obecnie jadam ok. 12-13 coś na kształt drugiego śniadania, a ok. 18 - obiad, który jest głównym posiłkiem dnia. Czy jednak taki późny obiad to wciąż obiad, czy też kolacja? Według Wikipedii niekoniecznie...
Co więc jadamy, gdy dzień był bardzo ciepły, ale wieczorem już w powietrzu czuć jesień? Na przykład sałatkę z kurczakiem i - najnowszym odkryciem! - quinoą (komosą):
Składniki:
ok. 1 szklanki*** (lub trochę więcej ;) mięsa kurczaka lub indyka (pozostałego z np. pieczenia lub grillowania)
ugotowana quinoa (z 3/4 szklanki suchego ziarna)
ok. szklanki zieleniny (typu młoda sałata, młody szpinak/roszponka, młode, porwane liście jarmużu)
łyżka-dwie posiekanej natki pietruszki lub koperku
łyżka posiekanego szczypiorku/cebuli dymki
1 mały pomidor
1 mały ogórek/pół średniego
sól, pieprz do smaku
sok z cytryny, oliwa
*** - szklanka = amerykański cup, ok. 240ml
Ugotować quinoę - zgodnie z instrukcją na opakowaniu, a jeśli jej nie posiadacie lub jak u mnie, jest w nieznanym (portugalskim) języku, postępować jak z ryżem (dokładnie opłukać na sitku i zalać wodą w stosunku 2:1 woda: quinoa, gotować 15 minut w lekko osolonej wodzie). Osączyć, wystudzić, przełożyć do dużej miski. Dodać pozostałe składniki - liście porwane, pozostałe warzywa drobno pokrojone, np. w kostkę, zioła posiekane. Doprawić do smaku - u mnie dość mocno cytryną - i odstawić na ok. 10-15 minut do przegryzienia się smaków.
Można też podać bezmięsną faszerowaną cukinię, która jest i prosta i całkiem szybka:
sól, pieprz (lub opcjonalnie chilli), szczypta cynamonu
suszone oregano i/lub tymianek świeży lub suszony
100g fety
Cukinie umyć, osuszyć, przekroić na 1/2 wzdłuż, wydrążyć miąższ, zachować. Rozgrzać odrobinę oliwy, przesmażyć rozdrobniony czosnek, dodać miąższ cukinii, przesmażyć aż zmięknie. Oprószyć solą, dodać przecier i zioła w ilości zgodnej z upodobaniami, doprawić lekko pieprzem (albo chilli, jeśli ktoś woli), dodać szczyptę cynamonu. Gotować na średnim ogniu ok. 10-15 minut, aż sos się zagęści. Zdjąć ognia, dodać pokruszoną fetę, lekko wymieszać, nadziać wydrążoną cukinię. Lekko skropić oliwą i umieścić w lekko natłuszczonej brytfance/naczyniu żaroodpornym. Piec ok. 30 minut w 180 st. C (termoobieg).
* Choć czytając Fałszerzy Gide'a byłam skołowana późno jedzonym przez bohaterów śniadaniem, zakrapianym i zawierającym dania niezbyt śniadaniowe. Dopiero po długim czasie skojarzyłam, że w oryginale przecież było dejeuner (nie petit dejeuner, czyli śniadanie), czyli de facto obiad, albo jak kto woli - lunch :) ** Zazwyczaj wiadomo...
I skończyła się Wielkanoc. Nie wiem, jak Wy, ale wciąż mam pełno sernika i innych ciast, a żurek musiałam zamrozić, bo trochę przeceniłam moce przerobowe. Gdy tak stałam i gotowałam, i piekłam, a pora obiadowa się zbliżała, jasne było, że obiad będzie z gatunku prościej być nie może*. Stąd ten makaron doprawiony oliwą z czosnkiem i chilli, czyli jak my robimy spaghetti aglio olio e peperoncino.
Składniki (na dwie osoby): 225-250g spaghetti, 5-6 łyżek oliwy (ok. 80ml), 3 ząbki czosnku, 1 długa papryczka chilli (lub inna ilość świeżych/suszonych ostrych papryczek, do smaku), natka pietruszki, opcjonalnie: odrobina świeżo startego parmezanu
Gotujemy makaron. Gdy zacznie zbliżać się do końca czasu gotowania (ok. 3 minuty przed końcem), na małej patelni delikatnie rozgrzewamy oliwę, dodajemy posiekany czosnek i drobno pokrojoną papryczkę (bez pestek, chyba, że chcecie jeszcze ostrzej). Całość podgrzewamy, by oliwa przeszła smakiem przypraw, ale uważamy, by nie przypalić czosnku. Ugotowany, odcedzony makaron szybko mieszamy z oliwą z czosnkiem i chilli, posypujemy pokrojoną natką (ilości dowolne) i przekładamy na talerze. Opcjonalnie można posypać szczyptą (naprawdę niewielką ilością) świeżo startego parmezanu lub podobnego sera. Jeść od razu.
* Tak, wiem, że technicznie może być jeszcze prościej ;)
A więc to było przed Świętami. Po Świętach zaś, poza ww. sernikami i żurkiem, zostały mi w lodówce różne pojemniki, zawierające a to jarzyny z wywaru na żurek, a to grzybki marynowane, a to niedojedzone wędliny. Innymi słowy, świetny materiał na sałatkę makaronową.
Składniki: ok. 200g ugotowanego makaronu (kolanka, rurki, kokardki lub podobne), parę ugotowanych jarzyn (z wywaru) - 1-2 pietruszki, 2-3 marchewki i niewielki seler, kilka plasterków drobno pokrojonej wędliny, łyżka posiekanych marynowanych grzybków, łyżka chrzanu, kilka łyżek posiekanej zieleniny (u mnie natka pietruszki i parę listków melisy), oliwa, sól, pieprz, suszony majeranek, sok z cytryny/ocet winny
Jarzyny pokroić w kostkę, wymieszać z wystudzonym makaronem. Dodać wędlinę, grzybki, chrzan i zieleninę. Skropić oliwą, dokładnie wymieszać. Doprawić do smaku solą, pieprzem, majerankiem, octem lub sokiem z cytryny. Odstawić na ok. 10-15 minut przed jedzeniem.
Gdy kiedyś w pewnej restauracji dowiedziałam się, że "podają różne pasty", trochę się zdziwiłam - i myślałam, że chodzi o smarowidła do chleba (bo pewnie mogłaby jeszcze być pasta do zębów, podłóg czy butów, ale nie w kontekście spożywczym ;). Chodziło tymczasem o makaron - który wydawało mi się, że po polsku zwie się makaronem (podobnie jak seabass to w naszym języku labraks czy okoń morski, a nie seabass czy też - jeszcze lepiej - bass...). To tyle, jeśli chodzi o zgryźliwość na tle językowym. A więc pasta to smarowidło, pesto zaś w jakimś sensie też smarowidło, tyle, że ucierane (włoski czasownik pestare - miażdżyć, ugniatać, zgniatać, stąd też angielskie pestle - tłuczek od moździerza*). Pesto nie musi być koniecznie z bazylii, można użyć innych liści, choć warto, by choć część z nich była mocno aromatyczna.
A więc - najpierw pasta. Tak zwana awaryjna, powstała przypadkiem. Świetna rzecz jak nic nie ma do jedzenia w domu poza paczką sera feto-podobnego. Zamiast ziemniaka można też użyć pozostałego z obiadu kalafiora lub brokuła. Innymi słowy znów danie z cyklu "nie marnujemy jedzenia".
Składniki: 1 średni ugotowany ziemniak, ok. 100g fety (lub sera a la feta, może być też miękki ser kozi lub owczy), 1-2 zgniecione ząbki czosnku, ok. 1/2 łyżeczki oliwy, 1-2 łyżeczki posiekanej zieleniny (pietruszka, kolendra, bazylia... co jest pod ręką), pieprz
Wszystkie składniki rozgnieść dokładnie na miazgę (ilość oliwy zależy od suchości sera). Sprawdzić doprawienie, odstawić na kilka minut do przegryzienia. Podawać od razu na chlebie lub krakersach.
Po drugie: pesto. O takim z bazylii już tu wspominałam, można jednak je przyrządzić także z możliwie świeżych liści rzodkiewki (które najczęściej wyrzucamy...) lub natki pietruszki. Albo i z jednego i drugiego.
Składniki: liście z jednego pęczka rzodkiewki, objętościowo taka sama ilość natki pietruszki, parę (ok. 6-8) liści aromatycznych ziół (u mnie była to mięta i ogórecznik), oliwa z oliwek, 1 zgnieciony ząbek czosnku, szczypta soli, ok. łyżeczki parmezanu i pestek słonecznika, opcjonalnie: parę kropel soku z cytryny
Liście i zioła umyć. Umieścić w moździerzu, rozgnieść. Podlać lekko oliwą, dodać pozostałe składniki i dalej ugniatać i rozcierać, aż powstanie jednolita pasta. Oczywiście można skorzystać z malaksera, ale przy takiej niewielkiej ilości składników fajnie pobawić się ręcznie. Sprawdzić doprawienie. Użyć od razu, np. na makaronie, lub stosować np. na kanapkach. Można kilka dni przechowywać w lodówce.
Ogórecznik, jeśli kogoś interesuje, w młodej formie wygląda tak:
A jako zioło, np. w sałatkach, jada się właśnie takie młode liście, które... rzeczywiście smakują ogórkiem. Mają także intensywny aromat.
* Co było ładnie wytłumaczone w książce Annie Hawes Ripe for the picking przy okazji randki Annie z Ciccio pt. zbieramy dziką rukolę (by zrobić z niej pesto).
Wyobraźcie sobie, że zjedliście na obiad pieczonego kurczaka (np. takiego z dynią lub podstawowego). Został wam po nim korpus, jakieś samotne skrzydełka i sos z pieczenia. Możecie wszystko wywalić, ale nie polecam, bo szkoda. Możecie zachować kości i mięso na nich na bulion. Możecie też zrobić jedną rzecz - zlać sos z pieczenia do miski/pojemnika, dodać mięso obskubane z kości i wykorzystać całość nazajutrz lub po dwóch dniach jako sos do długiego makaronu (najlepiej spaghetti lub linguine). Sos może zawierać sporo tłuszczu, ale po schłodzeniu w lodówce zbierze się na powierzchni i będzie go można łatwo usunąć.
Pomysł na ten obiad wyczytałam w strumieniu świadomości Nigelli w How to eat i jestem jej za to dozgonnie wdzięczna, a nie wiem, czy sama bym na to wpadła. Szczerze mówiąc, czasem mam ochotę upiec kurczaka tylko po to, by zrobić ten makaron. Resztki z pieczenia zazwyczaj są bardzo esencjonalne i mocno doprawione, choć smak warto oczywiście sprawdzić; można sos też lekko podlać winem, ew. dodać zioła (M ostatnio zaostrzył odrobiną pasty tandoori). Warto go pogotować kilkanaście minut, by odparował i naturalnie zagęścił. Gorący należy wymieszać z ugotowanym makaron i posypać (mniej lub bardziej obficie) natką pietruszki. Ser osobiście żaden mi do dania nie pasuje, ale to już zależy od was :)
Ponieważ mamy zapasy własnych ogórków kiszonych, po otwarciu słoika zostaje nam sok. Zazwyczaj jest wypijany, ale tegoroczny wyszedł nam mocno słony. Pomyślałam, że dobrze nadawałby się do chleba na zakwasie. Efekt wyszedł świetny. Oto zatem zmiany, jakie wprowadziłam w stosunku do oryginalnego przepisu:
Całą wodę zastąpiłam sokiem z ogórków i nie dodałam w ogóle soli; gdyby wasz sok był mniej słony, dałabym do 1/2 łyżeczki soli;
Dałam tylko 1 łyżeczkę octu;
Dałam ok. 1/2 łyżeczki kminku i 1/2 łyżeczki mielonej austriackiej mieszanki Hausbrot, składającej się znów z kminku, kolendry i kopru włoskiego;
Jak zawsze, pominęłam glazurę jajeczną na wierzch.
Reszta b/z. Chleb wyszedł mocno pachnący ogórkami kiszonymi, wilgotny, kwaskowaty. Polecam, podobnie jak i moją wersję gryczaną.
Nigdy nie ukrywałam, że rosół jest jedną z tych potraw, których dobrowolnie raczej nie zjem. Inaczej rzecz się ma z dobrym bulionem, drobiowym lub mięsnym, który można użyć jako podstawę zupy - i tu następuje wkład brytyjskich autorów książek kulinarnych w moją kuchnię (i zawartość zamrażarki).
W Polsce zupy na mięsie gotuje się na "świeżo", biorąc kurę, włoszczyznę i duży garnek. Mięso z rosołu się czasem wykorzystuje (jeśli ktoś lubi gotowane), ale ugotowana włoszczyzna często ląduje (może poza marchewką) w koszu. Można jednak zrobić inaczej, odwrócić niejako kolejność (czy też priorytety, zwłaszcza te dotyczące marnowania żywności). Jak to ujmuje Jamie Oliver: "Jecie kurczaka na obiad i... co dalej? Możecie go wyrzucić do śmieci, albo użyć do ugotowania bulionu". Nigella Lawson w programie telewizyjnym wyznawała, że zbiera kości na wywar po znajomych i magazynuje w zamrażarce, aż uzbiera stosowną ilość. Gordon Ramsey podaje przepis, w którym można użyć kurczaka wcześniej opieczonego w piekarniku. I dlatego też ja "chomikuję" kości (do zamrażarki) - głównie drobiowe, ale nie tylko - by raz na jakiś czas (z reguły co 2-3 miesiące) wyciągnąć je wszystkie i przygotować mój bulion. Przyjmuję, że powinnam mieć kości z co najmniej 3 (a najlepiej 4-5) kurczaków lub ich odpowiednik. Jeśli kupujemy drób, by go podzielić na części, zostawiam surowy korpus na bulion. Niektórzy sugerują, aby nie mieszać kości - od kiedy jednak do tych z kurczaka dodałam raz kości kacze, a raz z królika, i bulion wyszedł wyjątkowo esencjonalny, nie zastanawiam się. Ostatnio poza drobiowymi dodałam kilka kości jagnięcych.
Składniki: kości/korpusy z co najmniej 3 kurczaków (surowe i/lub ugotowane/upieczone; mogą być z domieszką innych kości, można także dorzucić kilka serc lub wątróbek kurzych), 1 włoszczyzna (oczyszczona i obrana; w przypadku młodych warzyw najlepiej użyć 2 pęczków), 1-2 łodygi selera naciowego, łyżeczka pieprzu, łyżeczka ziela angielskiego, 2 liście laurowe, lubczyk świeży (1-2 gałązki) lub suszony (ok. 1 łyżki), ok. 1-2 łyżek soli, opcjonalnie: 2-3 gałązki świeżego tymianku, 1 cebula, parę suszonych grzybów
Wszystkie składniki umieścić w dużym rondlu, zalać wodą, zagotować. Odszumować, skręcić ogień na mały/średni, gotować ok. 2-2,5 godziny. Pod koniec sprawdzić doprawienie. Wywar odcedzić (warzywa i kości/podroby zachować!), schłodzić na blacie, następnie w lodówce. Ściągnąć tłuszcz z wierzchu (który można osobno wykorzystać, np. do pieczenia lub smażenia ziemniaków), bulion odpowiednio podzielić i użyć/zamrozić. Ostatnio uzyskałam niecałe 3 litry bulionu, z czego 1 litr użyłam od razu do zupy, a resztę podzieliłam na 0,5 litrowe porcje i zamroziłam.
Żeby było jeszcze bardziej gospodarnie, zachowane warzywa, podroby i mięso oskubane z korpusów można przerobić na pasztet. Składnikizmiksować w malakserze , doprawić do smaku solą, pieprzem, gałką muszkatołową oraz imbirem i zagęścić, w razie konieczności, 1-2 łyżkami bułki tartej. Przełożyć do foremki keksowej wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Piec ok. 60-70 minut w 200 st. C. Powstały pasztet jest bardzo warzywny i delikatny w smaku, dość miękki, ale dający kroić się w plastry.
Sądzę, że warto przy tej okazji przypomnieć o akcji Nie marnuję jedzenia. Oto jej oficjalny klip reklamowy:
Bardzo chciałam upiec coś słodkiego, zawierającego orzechy (także ze względu na Orzechowy Tydzień) i najchętniej z mojego nowego nabytku (2 tomu Tender Nigela Slatera). Niestety, wszystkie przepisy, które mnie interesowały z tej ostatniej książki, zawierały co najmniej jeden składnik, którego nie miałam na stanie, albo wydawały mi się zbyt skomplikowane. Przypomniałam sobie wówczas, że w - tak, znowu - The French Kitchen widziałam jakieś ciasto-śmieciówkę dla idiotów (bez pieczenia). Ponieważ tym razem wszystko miałam albo w spiżarni, albo w lodówce, oto one. Wg autorki jest to no bake crunch cake, czyli w dowolnym tłumaczeniu chrupkie ciasto bez pieczenia. Moim zdaniem jednak bardziej przypomina czekoladowy baton czekoladowy, ew. krzyżówkę batonu z Torcikiem Wedlowskim. Oprócz tego, że ciasto-baton jest smaczne, łatwe i szybkie w wykonaniu, to także świetny sposób na wykorzystanie różnych zalegających resztek bakalii i/lub ciasteczek (w czym przypomina bajaderki).
Składniki: 200g dobrej ciemnej czekolady (min. 70% kakao), 1 łyżka melasy, 3 łyżki złotego syropu/golden syrup (można użyć miodu sztucznego), 150g masła, 150g łuskanych orzechów i/lub pestek (dowolnych, u mnie włoskie, z grubsza posiekane), 150g rodzynek, 75g suszonych/kandyzowanych wiśni (u mnie żurawina), 75g suszonych moreli (u mnie jeszcze trochę żurawiny i reszta posiekanego kandyzowanego imbiru), 250g rozdrobnionych ciasteczek digestive (można użyć także innych herbatników, ale wówczas warto dodać do masy także trochę soli - ok. 1/8 łyżeczki np.)
Na małym ogniu stopić czekoladę z masłem, melasą i syropem. W misce zmieszać bakalie z pokruszonymi ciasteczkami, wymieszać dokładnie z masą czekoladową. Przełożyć do foremki np. na tartę, ew. do tortownicy, o średnicy ok. 23-24 cm, wyłożonej pergaminem. Wyrównać wierzch, schłodzić ok. 2 h w lodówce (i ja tam ciasto potem też przechowywałam). Oprószyć cukrem pudrem przed podaniem. Kroić w dość cienkie kawałki (przyda się ostry nóż).