Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: wykorzystanie resztek

niedziela, 12 czerwca 2016

Moja ukochana chałka to maślano-mleczna XXL-ka. Piekłam i taką szabasową (na oleju) i taką z dodatkiem mąki razowej, ale... do nich jakoś nie wracam, w przeciwieństwie do tej pierwszej. Teraz mam drugą kandydatkę, o podobnym składzie, ale - co jest plusem! - na białkach, nie całym jaju. Gdy zobaczyłam przepis u Kornika, uznałam, że z nieba mi spadł, zważywszy na moje stałe zapasy białek do przerobienia.

W mojej wersji jest jedna standardowa chałka zamiast dwóch małych, i z dodatkiem soli oraz wanilii w składzie. Można też się nie rozdrabniać i upiec od razu dwie sztuki z podwójnej ilości, albo na odwrót, przerobić ciasto na maślane bułeczki (zaplatane lub nie). Z innych zmian - piekłam w wyższej temperaturze i użyłam innej mąki (kto wie, następnym razem może dodam trochę orkiszowej jasnej).

Składniki:

  • 70g cukru
  • 10g świeżych drożdży
  • 70g miękkiego masła
  • 80ml letniego mleka
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 300g mąki pszennej (najlepiej luksusowej/typ 550, o wysokiej zawartości białka, ew. miks tortowej i np. bułkowej 650)
  • hojna szczypta soli
  • opcjonalnie: szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • mak/sezam do posypki

Rozczynić drożdże za pomocą łyżeczki cukru (odsypanej z 70g), odstawić na chwilę, aż się spienią. Dodać mąkę, mleko, sól i ew. wanilię, zacząć wyrabiać ciasto. Dodać masło i białka, wyrabiać dalej, aż uzyskacie gładkie, elastyczne ciasto. Odstawić do wyrośnięcia (u mnie trwało to dość długo, ponad 1,5 godziny). Po tym czasie podzielić na 3 równe wałeczki i zapleść chałkę. Odstawić do kolejnego wyrastania na blaszce wyłożonej papierem lub matą do pieczenia na ok. 45-60 minut. Posmarować mlekiem (ew. żółtkiem/jajem) i posypać sezamem lub makiem (albo jednym i drugim). Piec ok. 30-35 minut (do zrumienienia i suchego patyczka) w 190 st. C (termoobieg).

Szczerze mówiąc, nie ma ogromnej różnicy między chałką na całym jaju a tą białkową - może wciąż XXL-ka jest moją ulubienicą, ale ta jest całkiem zbliżona (bo pewnie clou tkwi jednak w maśle ;). Zaskakująco nieźle się także przechowuje, a więc wchodzi do repertuaru!

niedziela, 15 maja 2016

- Może zużylibyśmy jakoś nasze białka?

- Ale chyba nie mamy ich tak dużo...

- Nie??? [chwilę później] 46. 46 białek.

Tak mniej więcej przebiegł dialog między M a mną, dotyczący zawartości naszej zamrażarki. Dodam, że to nie ja je policzyłam, ale liczba wywarła na mnie wrażenie i postanowiłam podejść poważnie do tematu: w piątek wyciągnęłam kilka woreczków do rozmrożenia i deszczowe sobotnie przedpołudnie spędziłam produkując ciasteczka. Poza tym, że upiekłam eksperyment czekoladowy oraz garibaldki, przypomniałam sobie o przepisie na proste makaroniki (nie mylić z francuskimi z nadzieniem), nazywane przeze mnie "najłatwiejszymi ciasteczkami świata". I naprawdę, zważywszy na to, że czas przygotowania ciasta to jakieś 3 minuty, nakładanie zaś ze 2, nie wiem, czemu nie piekę ich przynajmniej raz w miesiącu (zużywając w ten sposób chociaż część białek). Po zapełnieniu jednej blaszki ciasteczkami podstawowymi (migdałowymi z migdałem i aromatem migdałów, tj. amaretto ;) przypomniałam sobie o ciągnących się nargili z Kaszanu. A więc wersja kokos + migdał:

Składniki:

  • 1 szklanka* mielonych migdałów (mieląc ręcznie warto dodać 4-5 sztuk gorzkich migdałów, dla zwiększenia migdałowego aromatu);
  • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 1/2 łyżeczki malibu
  • 1/2 łyżeczki amaretto lub esencji migdałowej*
  • 2 łyżki mąki
  • ok. 12 migdałów i dodatkowe wiórki kokosowe (do posypki)

*240ml

Połączyć mielone migdały z kokosem, utrzeć na pastę z cukrem, białkami, alkoholem i mąką. Nakładać masę łyżką (po ok. 1 łyżce na ciasteczko), w dość dużych odstępach (rosną - głównie na boki!), na blaszkę wyłożoną pergaminem lub matą do pieczenia. Powinno wyjść ok. 12 (sporych) sztuk. W środek każdego ciastka wcisnąć migdał i całość lekko posypać kokosem. Piec ok. 20 minut w 160 st. C (termoobieg). Uwaga, ciasteczka będą zezłocone, zwłaszcza na brzegach, ale środek pozostanie nieco miękki i ciągnący, marcepanowy - co było moim zamierzeniem. Jeśli ktoś woli ciasteczka bardziej chrupkie, najlepiej piec ok. 5 minut dłużej.

* Opcjonalnie można, idąc w klimaty perskie, zastąpić oba aromaty łyżeczką wody różanej.


Pomysły pt. "zużycie białek" skumulowałam swego czasu TU. Dziś dodałabym jeszcze do tej listy (poza ww. garibaldkami) także whisky sour.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Jadacie granolę? Jeśli tak, to jak? Mam na myśli, czy „jak zalecono” umieszczacie ją w misce, dodajecie np. owoce i jogurt/mleko, czy też np. podjadacie ją na sucho, zamiast przekąski, owoców czy czegoś słodkiego? Nie ukrywam, że ja stosuję obie metody ;). Gdy przypadkiem trafiłam na zdjęcie batonów o podobnym składzie, co granola, ale z dodatkiem… uwaga… zakwasu, zachwyciłam się a/pomysłem na dodanie zakwasu do czegoś (względnie) słodkiego i nie będącego pieczywem, b/bardziej foremną postacią mojej ulubionej przekąski. OK, owszem, próbowałam kiedyś robić batony na mleku skondensowanym, ale poza tym, że jest to składnik, którego normalnie nie kupuje i budzi zawsze pewne moje wątpliwości, batony trzeba było je szybko zjeść (albo trzymać w lodówce, żeby się nie zepsuły; oczywiście wówczas nie miałam chłodnej spiżarni), miałam też problemy z konsytencją.

Poszukiwania w internecie wykazały, że batony owsiane na zakwasie to żadna nowość i całkiem sporo przepisów znalazłam do wyboru. Ostatecznie bazowałam na tym (bo wszystko miałam w domu ;), z pewnymi zmianami (wyrzuciłam czekoladę a dodałam koryntki). Batonów wychodzi niewiele, ale oczywiście można składniki podwoić. Dodatki bakalii itd. można sobie dowolnie modyfikować (np. dodając masło orzechowe zamiast migdałowego i zmieniając migdały na inne fistaszki, itd.).

Co robi tu zakwas? Podobno zapewnia większą puszystość i pożądaną spoistość oraz wilgotność. W założeniu jednak jest to przepis z cyklu „nie marnuję”, tj. na zużycie nadmiaru surowca... Nie żebym jakoś szczególnie narzekała na taką nadprodukcję ;).

Składniki:

  • 50g płatków owsianych,
  • 50g miodu,
  • 50g masła migdałowego,
  • 50g posiekanych migdałów,
  • 100g dowolnego zakwasu (u mnie aktywny żytni, ale podobno można użyć i takiego z lodówki),
  • 75g suszonej żurawiny,
  • 40g pestek słonecznika,
  • 50g koryntek,
  • szczypta soli

Wymieszać osobno suche, osobno mokre składniki. Połączyć suche z mokrym, przełożyć do małej foremki (np. keksowej) dokładnie wyłożonej pergaminem lub ew. matą silikonową, wyrównać. Piec ok. 20-22 minut w 180 st. C (termoobieg) – całość będzie rumiana z wierzchu, ale pod spodem wciąż lekko miękka. Wystudzić na kratce.

Nie miałam problemu z przechowywaniem batonów: wyszło mi ok. 8 sztuk, te, których od razu nie zjadłam ;) przełożyłam do plastikowego pudełka, ale nie zakryłam go szczelnie (tzn. uchylony otwór wentylacyjny, w który wyposażony jest pojemnik). Trzymałam je w ten sposób ponad tydzień w temperaturze pokojowej i pod koniec były tylko trochę bardziej suche. Aha, oczywiście można batony jeść nie tylko jako przekąskę/mało słodkie słodycze, ale i na śniadanie, zwłaszcza takie w biegu/na wynos.

wtorek, 05 kwietnia 2016

Często zdarza Wam się fiasko kulinarne? A może nie całkiem fiasko, tylko nieudane danie, typu za rzadki sos, kruszący się spód: innymi słowy, coś, co smakuje może i dobrze, ale nie nadaje się do wykorzystania zgodnie z planem. Tak miałam w miniony weekend, kiedy ambitnie postanowiłam zrobić eklerki i z pierwszej wersji ciasta ptysiowego wyprodukowałam partię... kapci. Ewidentnie nie doceniłam gabarytów wiejskich jaj, bo ciasto było za luźne, a zorientowałam się dopiero wtedy, gdy zaczęłam je wylewać szprycą na blaszkę. Były to jednak bardzo smaczne kapcie, i po oddaniu paru sztuk M na podwieczorek, resztę zachowałam na śniadanie, które wyszło b. smaczne (M: "To twój pomysł? Do zapamiętania"), a można by je łatwo otworzyć za pomocą placków (pankejków), usmażonych w nieco większym formacie. Pewnie można by też wykorzystać nadprodukcję zwykłych naleśników, złożonych na pół, lub placków ziemniaczanych. A więc...

Składniki (2 osoby):

  • 4 nieudane, płaskie eklerki ;) lub placki z np. tego lub tego (bez dodatku owoców) przepisu, dość cienkie i owalne, o wielkości przeciętnego jaja sadzonego, ew. inne sugestie ze wstępu
  • 4 jajka
  • sos z tahiny (i polecam!), inne opcje: ajwar, słodki sos chilli, ketchup, łagodny chrzan... lub co lubicie najbardziej
  • garść szpinaku lub rukoli
  • inne dodatki: boczek/wędlina, wędzony łosoś, kozi ser lub co Wam w ręce wpadnie
  • opcjonalnie: sól i chilli w płatkach

Wyprodukować placki, usmażone trzymać na podgrzanym talerzu/w nastawionym na niską temp. piekarniku. Usmażyć jaja sadzone. Każdy placek posmarować łyżeczką wybranego sosu, ułożyć na nim trochę zieleniny, jajo, przykryć drugim posmarowanym plackiem, ponownie dodać zieleninę i jajo. Oprószyć (opcjonalnie) lekko solą i chilli, podawać od razu.

Sos z tahiny jak się okazało, świetnie pasuje do jaj! Wiem, że może robienie go specjalnie do takiego śniadania wydaje się bez sensu (a już na pewno niezgodne z ideą wykorzystania resztek), ale zapewniam, nie zmarnuje się, bo - w moim odczuciu przynajmniej - można go wykorzystać jako dodatek do niemal wszystkiego.

niedziela, 24 maja 2015

Dawno temu w rodzinie mojej Mamy był pies Tobik, czarny pudel („jeden lok”, cytując Mamę). Był niejadkiem, w co wierzę, bo mimo dużych starań wszystkich kobiet w rodzinie, pozostał bardzo szczupły. Najbardziej lubił jeść słodycze... ale najpierw Dziadek próbował nakarmić go brajką.

Co takiego? A więc podobno pierwszego poranka ze szczeniakiem Dziadek – który wcześniej narzekał na pomysł brania psa do domu - najpierw golił się z pudlem na kolanach, a potem chciał go nakarmić. Nie miał zbyt rozwiniętych zdolności kulinarnych, nie znał się też na żywieniu zwierząt. Dał mu więc to, co umiał zrobić a sam najbardziej lubił zjeść, tj. bułkę namoczoną w mleku i posłodzoną. Czyli właśnie brajkę.

Taką historię opowiadała mi wielokrotnie Mama, i nostalgicznie myślałam sobie o niej (ww. Tobika kojarząc tylko z zamazanych czarno-białych zdjęć), krusząc czerstwy chleb orkiszowy* do miski. Po zjedzeniu śniadania usiadłam do komputera, rozmyślając o kuchni regionalnej i niemile się rozczarowałam, gdy Google na hasło „brajka” nic mi na temat nie powiedział. Dalsze poszukiwania zaprowadziły mnie m.in. do filmiku z Nigellą (wiedziałam, że gdzieś o tym czytałam po angielsku!), ale więcej dowiedziałam się po rozpoczęciu dyskusji na Facebooku.


Otóż: niektórzy znają drobionkę (opisywaną przez Basię) lub bułkę drobioną, bułkę parzoną, poznańską snelkę (od 'schnell?' Szybkie śniadanie?), brejkę albo po prostu bułę z mlekiem. Występuje też wariant z kakao zamiast mleka i słodką bułką. Są też wersje niesłodkie. Nikt jednak nie kojarzył nazwy „brajka”, niby podobnej do brejka, ale co ciekawe, odtwarzającej wymowę niemieckiego Brei [brai] (jak powiedziała mi jednak dziś Mama: "kto wie, czy same tej nazwy nie przekręciłyśmy, bo brejka kojarzyła nam się z breją?"). Wszyscy wspominali to jako coś, co albo jedli w dzieciństwie i/lub dawali im dziadkowie, albo jedli to Ci ostatni. Widziałam też wyznania pt. „trauma dzieciństwa” ;).

Jak więc zrobiłam swoją brajkę, bo przy tej rodzinnej nazwie pozostanę?

Do miski wkruszyć czerstwą bułkę lub dwie kromki suchego pieczywa (u mnie tym razem chleb orkiszowy razowy). Zalać mlekiem – zimnym lub podgrzanym. Posypać cukrem do smaku (u mnie – demerarą) i w wersji luks oprószyć cynamonem lub mieloną wanilią. Jeść od razu.

*Chleb miodowy upiekłam w ilości podwójnej (i tym razem z mąki orkiszowej) i jeden bochenek zamroziłam. Okazało się, że to pieczywo się do tego nie nadaje, bo po rozmrożeniu bardzo się kruszy. Brajka nasunęła się więc sama przez się.

niedziela, 04 stycznia 2015

 Kto wciąż posiada (poza mną ;) ciasta świąteczne lub noworoczne? Te dojrzewające (piernik czy Xmas Cake) mogą jeszcze poleżeć, ale inne wypieki pewnie całkiem już wyschły. Chcecie je jakoś zagospodarować? Jeśli tak...

Po pierwsze, zawsze można stworzyć bajaderki :).

Po drugie, drożdżowe czy suchy keks świetnie nadadzą się do zapieczenia jako pudding chlebowy. Do środka zamiast dżemu i masła można dać kutię lub środek makowca, jeśli wyszedł Wam za mokry (ja tak właśnie przyrządziłam pudding* ze zdjęcia poniżej). Suchego makowca, z przewagą ciasta nad nadzieniem, też można tak zapiec, już bez dodatkowego farszu.

Z ww. ciast (może poza makowcem, który na patelni mógłby się rozpaść) można także zrobić chleb smażony na śniadanie i podać w towarzystwie cytrusów.

Skoro o śniadaniu i ww. kutii mowa... Łyżka czy dwie wzbogacą poranną porcję owsianki (jak na zdjęciu powyżej), kaszy czy granoli :).

W ostateczności można też suche resztki przerobić na okruszki (zbliżone do gruboziarnistej słodkiej bułki tartej) i przechować w szczelnym pojemniku (lub zamrozić) jako przyszły spód do sernika.

A jakie Wy macie patenty? Chętnie się dowiem!

* Słowo pudding jako hasło wypłynęło w rozmowie przy świątecznym stole, ale zupełnie nie wiem, czemu ten chlebowy nie przyszedł mi do głowy jako przykład...

sobota, 08 listopada 2014

Rillettes wieprzowe jadłam niedawno w The Spotted Pig; to z kaczki zachwycona Mama przywiozła z Paryża (i nie rozumiała, czemu jej siedmioletnia córka nie jest pod takim samym wrażeniem). Ostatnio Karolina ze Zmysłów w kuchni opublikowała swój przepis na to danie, zarzucając wcześniej temat pt. „jak to jest po polsku”. Ku swojemu zdziwieniu dowiedziałam się, że jest coś takiego, jak tuszonka, najczęściej wieprzowa, ale w dyskusji ktoś (niestety, nie pamiętam kto...) powiedział, że można także ją robić z mięsa rosołowego. Ten argument trafił mi do przekonania, bo (mimo tych wszystkich przepisów na długo pieczone mięsa, z których rillettes czy tuszonka ma potem powstać) nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pierwotnie to było danie resztkowe, typu „co zaradna gospodyni wyczaruje z niczego”. Większą produkcję się wekuje.

Do rzeczy: robiłam bulion, po odcedzeniu wywaru na korpusach kurzych i kościach króliczych zostało sporo mięsa. Po nakarmieniu kotów postanowiłam zrobić eksperymentalną nie-całkiem tuszonkę.

Składniki: ok. pół szklanki (120ml) bulionu mięsnego, mięso z bulionu (bez ściągniętego tłuszczu), podzielone na włókienka – ok. szklanki, chlust brandy i dobrego octu (winnego lub jabłkowego), sól, pieprz, szczypta ziela angielskiego i imbiru (lub hojna szczypta przyprawy 5 smaków - ukłon w stronę rillettes Karoliny ;)

Bulion wymieszać z octem i brandy, doprawić do smaku solą, pieprzem i korzeniami – powinien być dość wyrazisty. Przelać do słoja (ok. 400-500ml). Mięso cierpliwie podzielić na włókienka (najlepiej ręcznie, ew. dwoma widelcami), przełożyć do słoja, ubić tak, by na wierzchu pozostała minimalna warstwa płynu i tłuszczu. Słój zamknąć, wystudzić na blacie, przełożyć do lodówki. Jeśli po schłodzeniu warstwa tłuszczu okaże się zbyt mała, można stopić niewielką ilość tłuszczu kaczego/gęsiego lub masła i zalać nim mięso.

Zajadałabym „odzyskaną wędlinę” na chlebie, najlepiej razowym, najlepiej żytnim. Może przydać się dodatek chrzanu (który jakoś wyjątkowo pasuje do gotowanych mięs...). W stosunku do klasyki typu rillettes, moja „nie całkiem tuszonka” jest chudsza, a bardziej wilgotna.

Z innych odzyskanych z bulionu potraw robiłam także pasztet oraz kulebiak (polecam!).

czwartek, 09 października 2014

Gdy zaproponowałam Gospodarnej Narzeczonej i Monice ze Stoliczku, nakryj się! oraz Kuchni naszej polskiej wspólne tworzenie strudla z dodatkiem węgierek, pewien podejrzliwy Szkutnik dopytywał się, czy to "nasz eksperyment". Tymczasem już przy okazji strudla z wiśniami wspomniałam o kawiarni, w której są strudle z prawie każdego rodzaju owoców. Także ze śliwek, i je jadłam ;).

Eksperymentalny ten Zwetschkenstrudel był za to o tyle, że dla niektórych był to pierwszy własnoręcznie rozwałkowany, rozciągnięty i upieczony strudel w życiu ;), a poza tym nie byłyśmy pewne, jak śliwki do końca się zachowają, tzn. ile puszczą soku. Sugerowałabym kupienie węgierek późnych, dość suchych, raczej drobnych. Można je zasypać cukrem do puszczenia soku i potem odcedzić - ja tego jednak nie zrobiłam, i choć nadzienie minimalnie wyciekło, nie była to duża strata materiału. Za to w smaku powiem Wam, że choć Apfelstrudel pozostaje nr. 1, śliwkowy smakuje mi chyba bardziej od tego z wiśniami. Jest aromatyczny, lekko dymny, korzenny... i jaki zresztą może być w październiku?

Składniki: Ciasto - jak w przepisie na strudel jabłkowy

Nadzienie: 1 kg śliwek węgierek (waga przed wydrylowaniem); 100g cukru (z czego polecam przynajmniej 50g brązowego drobnego); 1/4 łyżeczki cynamonu, 1/2 łyżeczki mielonego imbiru; 70g bułki tartej, ok. 80g masła do polania ciasta

Śliwki wydrylować, jeśli nie są bardzo drobne, podzielić na ćwiartki, wymieszać z cukrem i korzeniami. Po rozwałkowaniu i rozciągnięciu ciasta oraz przycięciu brzegów wg instrukcji rozrzucić bułkę tartą równomiernie na 2/3 ciasta, a na bułce owoce. Dalej postępować jak w wariancie z jabłkami.

Do tego wariantu jednak nie pasują mi żadne fantazyjne dodatki poza lekką warstwą cukru pudru. Jedliśmy ciasto i na ciepło, i na zimno, i obie wersje mi smakują. Kolejny w planach: strudel serowy :).

Z resztek ciasta pozostałych po odkrojeniu brzegów można zrobić bardzo udane krakersy: rozwałkować jak najcieniej, pokroić na kwadraty, posmarować resztką masła pozostałą ze strudla (ew. oliwą) z obu stron, posypać solą i np. kuminem oraz/lub pieprzem syczuańskim. Piec np. razem ze strudlem, na innym poziomie piekarnika, ok. 15 minut lub do zrumienienia.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Kto ma jeszcze w lodówce wspomnienie Wielkanocy pt. białą kiełbasę? Kto nie ma pomysłu na obiad a ma pod ręką oliwę truflową (albo inną wyrazistą, aromatyczną i lekko pikantną - może ciekawy olej rzepakowy by się nadał)?

Spełniwszy oba powyższe warunki wreszcie zrobiłam (z grubsza, i trochę improwizując, bo sorry, ale świeże trufle na Mazurach nie obrodziły ;) przepis Joanne Harris i Fran Warde na makaron z boudin blanc i białą truflą. Tak, wiem, że pieczarki to nie trufle, ale uznałam, że b. aromatyczna oliwa da radę. I dała.

Składniki (2 porcje):

  • 2 małe pęta białej kiełbasy (ugotowanej)
  • 1 mała cebula
  • Ok. 6 dużych - 8 średnich pieczarek, pokrojonych w plastry
  • olej do smażenia
  • oliwa truflowa - ok. 1,5 łyżki
  • natka pietruszki
  • 225-250g makaronu (dowolnego, ale raczej szerszego)

Zacząć od nastawienia wody na makaron. Przesmażyć na niewielkiej ilości oleju drobno pokrojoną cebulę z pieczarkami. Dodać białą kiełbasę w plasterkach (a makaron już powinien się gotować), smażyć kilka minut na małym/średnim ogniu, całość delikatnie doprawić solą i pieprzem. Odcedzić ugotowany makaron, do garnka po nim wlać łyżkę oliwy truflowej. Dodać makaron, zawartość patelni oraz garść natki pietruszki, całość dobrze wymieszać, i skropić dodatkową oliwą według uznania (wciąż w garnku lub ew. na talerzach). Podawać od razu, najlepiej z dodatkiem czegoś zielonego (sałata, zblanszowany szpinak, itp.).

piątek, 28 marca 2014

Kupiłam papierowe wkłady do praski do burgerów (stosowane wkładka – farsz – wkładka owocują kotletami właściwie uformowanymi, które da się wyjąć z praski w jednym kawałku*). Musiałam to cudo sprawdzić na żywo. Ale! Nie chciałam jakichś tam mięsnych kotletów siekanych. W myśl różnych kotletów wege, resztkowych i nie, uformowałam (praską ;) wege burgery.

Swoją drogą, pierwsze takie kotlety jadłam... nie w wege barku, nie na straganie ze zdrową żywnością, tylko, uwaga... w McDonaldzie. Dobre kilkanaście lat temu, w Londynie ;). Tamte burgery wyglądały na zrobione ze zmielonej włoszczyzny z dodatkiem groszku, co mnie zainspirowało, gdy potrzebowałam dosztukować pozostałe jarzyny. Poza wspomnieniem słodkich lat 90-tych, inspirowałam się przepisem z Jadłonomii, biorąc z niego głównie jaglankę i niektóre przyprawy. Uwaga! Lista składników może przerażać długością, ale rzecz jest naprawdę prosta.

Składniki (na ok. 12 kotletów):

  • 1 ¾ szklanki jarzyn (marchewka, dynia, burak) – wytłoczyn z sokowirówki lub świeżo startych i dobrze odciśniętych,
  • ¾ szklanki (objętość przed ugotowaniem) kaszy jaglanej
  • ¾ szklanki mrożonego groszku
  • po dwie łyżki nasion słonecznika i siemienia lnianego (lub sezamu)
  • ½ małej cebuli, drobno posiekanej i zeszklonej na oleju
  • po hojnej szczypcie kuminu i mielonego chilli
  • posiekany świeży imbir (ok. 2 cm)
  • 2 łyżki sosu sojowego (jasnego)
  • opcjonalnie: łyżka świeżych/suszonych ulubionych ziół
  • 1 jajo
  • 1 łyżka bułki tartej (lub ew. więcej, jeśli masa będzie b. mokra)

Jarzyny zetrzeć i odcisnąć lub odzyskać z sokowirówki. Kaszę ugotować z groszkiem w osolonej 1,5 szkl. wody na zupełnie miękko (lekkie rozgotowanie nie zaszkodzi - jak dla mnie dopiero taka jest jadalna...), przestudzić. Wymieszać jarzyny z kaszą – masa powinna być całkiem gęsta. Dodać pozostałe składniki, sprawdzić doprawienie. Na tym etapie można masę schłodzić w lodówce, lub formować od razu kotlety lub burgery (za pomocą ww. praski ;). Uformowane schłodzić przynajmniej 15 minut przed pieczeniem, smażeniem lub grillowaniem. Wybrałam tą ostatnią metodę, na patelni grillowej. Burgery lekko smarowałam olejem z jednej strony (tej, która miała pierwsza styczność z patelnią). Nie przejmujcie się, jeśli kotlety trochę się rozpadną podczas obracania – można je ponownie uklepać.

Można podawać jak klasyczne burgery mięsne (z bułkami) lub z sosem pomidorowym na ciepło. Bardzo dobrze smakują też na zimno.

* I to faktycznie działa.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna