Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: ciasta

sobota, 29 października 2011



Wielokrotnie chciałam przygotować sernik z dynią z Feast Nigelli, jednak za każdym razem, gdy to proponowałam, M rzucał mi spojrzenie rannej sarny ("dlaczego mi to robisz?"). W końcu jednak jest Festiwal Dyni, w lodówce leżała nadkrojona piżmowa, kupiłam stos serka śmietankowego i tym sposobem...

To także sernik pływający, jak moja miłość vel Londyńczyk. Piecze się go jednak w niższej temperaturze i dużo dłużej; nakrycie folią wierzchu jest wskazane (ja to zrobiłam, ale nie od razu, co po jednej połowie sernika niestety widać). Jest puszysty, ale nie zanadto, wilgotny, ale nie ciężki. Szczerze - bardzo mi smakuje, i nawet M wyraził (początkową) aprobatę. Tłumaczenie przepisu można znaleźć np. na blogu Dorotuś, i przyznaję, że do niego zerkałam, bo ma normalne gramy, a nie uncje i szklanki, jak w moim amerykańskim wydaniu książki ;). U mnie minimalne zmiany w stosunku do oryginału (cynamon w serku, ciut mniej ciasteczek na dnie, itd.)

 Składniki na spód:

  • 250 g ciastek digestive (użyłam paczki 225g)
  • 1/4 łyżeczki cynamonu lub przyprawy np. do piernika
  • 125g miękkiego masła (dałam 110g)

Tortownicę o średnicy 23 cm dokładnie uszczelnić folią aluminiową z zewnątrz. Ciastka rozdrobnić blenderem lub pokruszyć wałkiem (lub ręką...). Wymieszać z cynamonem. Dodać masło, wymieszać, aż całość zacznie przypominać mokry piasek. Wcisnąć w dno tortownicy. Włożyć do lodówki na czas wykonania masy serowej.

Składniki na masę serową:

  • puree z dyni, około 430 g (w warunkach np. USA może być z puszki; w warunkach PL należy dynię albo rozgotować i zmiksować, albo upiec - np. w 180-190 st. C przez godzinę - i zmiksować; użyłam dyni piżmowej, która ma zwięzły miąższ, i do miksowania musiałam ją lekko podlać mlekiem)
  • 750 g serka śmietankowego
  • 200 g drobnego cukru
  • hojna szczypta cynamonu
  • 6 jajek

Chłodne puree zmiksować z twarożkiem, do dokładnego połączenia. Następnie dodawać stopniowo cukier, nie przerywając miksowania, a następnie wbijać jajka, po jednym. Dodać cynamon i dokładnie wymieszać. Całość wylać na ciasteczkowy spód.

Sernik będzie pieczony w kąpieli wodnej. W tym celu jeszcze raz dokładnie uszczelnić tortownicę z zewnątrz mocną folią. Przygotować większą formę, włożyć do niej naszą tortownicę i zalać wrzącą lub bardzo gorącą wodą do połowy wysokości tortownicy. Można od razu przykryć od góry folią aluminiową (lub zrobić po ok. 30-40 minutach pieczenia).

Piec przez 1 godzinę i 45 minut w temperaturze 170ºC (nie pieczemy go do tzw. suchego patyczka; ja piekłam 10 minut krócej). Ostudzić, włożyć na kilka godzin do lodówki, a najlepiej na całą noc.



Najlepszy oczywiście następnego dnia. Można podawać z dodatkiem kwaskowatego dżemu lub konfitury, np. z czerwonych porzeczek.

piątek, 07 października 2011



Lubicie gruszkowe wypieki? Przyznaję, że podobnie jak i same gruszki, nie plasują się wśród moich najbardziej ulubionych przekąsek; nie znaczy to, że pogardzę muffinem z gruszkowym nadzieniem, czy, tym bardziej, ciastem marcepanowym. Szczególnie, jeśli grusza w tym roku wyjątkowo obrodziła...

Muffiny za Nigellą - niby jak zawsze, a jednak ze śmietaną chyba nigdy nie robiłam (i zastanawiam się, czy nie można by zastąpić jogurtem lub maślanką?). Wychodzą wilgotne i korzenne. Ciasto marcepanowe zaś znalazłam u Zieleniny i na pewno powtórzę (M: "Z jabłkami byłoby dużo lepsze" :).

Muffiny gruszkowe z imbirem (za Nigella Express)
Składniki:
250g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
150g drobnego cukru
75g cukru ciemnego/jasnego muscovado, plus opcjonalnie jeszcze trochę do posypki (ja posypałam demerarą)
1 łyżeczka mielonego imbiru
142ml kwaśnej śmietany (musiałam dać ok. łyżkę-dwie więcej, bo ciasto było za suche)
125ml oleju roślinnego
1 x 15ml łyżka miodu
2 duże jaja
1 duża gruszka, o wadze ok 300g - obrana, wydrążona, pokrojona w ok. 1/2 cm kostkę

Nagrzać piekarnik do 200 st. C., wyłożyć foremkę na muffinki papilotkami. Suche składniki (mąka, cukry, proszek, imbir) wymieszać w misce. Osobno roztrzepać składniki mokre (jaja, śmietanę itd.). Wymieszać byle jak suche z mokrym, na koniec niedbale dodać gruszkę (nie mieszać za długo, by nie wyszły muffiny a la cegły). Nałożyć ciasto do przygotowanej foremki, posypać delikatnie dodatkowym brązowym cukrem, piec 20 minut. Studzić na kratce.

Uwaga: to pierwsze muffiny, które bardziej smakują mi nie lekko ciepłe, a po dokładnym wystudzeniu, lub wręcz następnego dnia, ale co kto lubi ;)



Ciasto marcepanowe z gruszkami (za Zieleniną, z minimalnymi moimi zmianami)

Na formę o średnicy ok. 26cm (można też piec w mniejszej*)
1/2 kg gruszek/jabłek/śliwek
sok z 1/2 cytryny
100g masy marcepanowej
125g miękkiego masła
125g cukru
1 paczka cukru wanilinowego/waniliowego (pominęłam, chlusnęłam ekstraktem z wanilii)
3 średnie jajka
150g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
duża szczypta cynamonu
cukier puder do posypania


Sok z cytryny wyciskamy do sporej miski. Gruszki obieramy, przekrawamy na pół i wycinamy gniazda nasienne. Nacinamy je na głębokość ok. 1cm natychmiast przekładamy do miski z sokiem z cytryny, mieszając łyżką aby je dokładnie obtoczył (nie ściemnieją). Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni, formę smarujemy tłuszczem, dno możemy wyłożyć papierem, boków nie trzeba (albo wykładamy całą papierem do pieczenia, lub smarujemy i wysypujemy - co kto chce). Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i solą. Mikserem lub robotem ucieramy na jednolita masę masło z marcepanem (ja swój wcześniej rozdrobniłam). Kontynuując ucieranie dodajemy cukier i po jednym jajku - kolejne dodając aż poprzednie będzie zupełnie utarte. Na koniec wsypujemy mąkę z proszkiem i solą, miksujemy na gładkie i gęste ciasto.
Ciasto przekładamy do formy Na wierzchu układamy gruszki lekko je dociskając. Oprószamy cynamonem. Pieczemy ok. 30 minut (lub w przypadku *mniejszej foremki - u mnie 21 cm - ok. 60 minut). Po wystudzeniu, a przed podaniem, posypujemy cukrem pudrem.

Ciasto jest wyjątkowo łatwe i szybkie do upieczenia, bardzo aromatyczne, puszyste, o idealnej słodyczy. Długo zachowuje świeżość. Jak dla mnie - same plusy ;)

wtorek, 21 czerwca 2011



Z chlebkiem bananowym (banana bread), czyli ciastem bananowym, wielokrotnie było mi drodze i mam do niego sentyment. To pierwsze ciasto, jakie upiekłam: najpierw nie całkiem samodzielnie, mając ok. 8 lat (w szkole*) oraz samodzielnie, kilkanaście lat później. Za tym pierwszym razem mój zespół (cztery dziewczynki) został publicznie skrzyczany przez nauczyciela za nietrzymanie się przepisu, a właściwie kolejności dodawania składników; jednak później to nasz chlebek był najlepszy ze wszystkich. Za drugim razem bardzo podekscytowana nakarmiłam wypiekiem znajomego, który akurat nas odwiedzał, i stałam nad nim tak długo, aż przełknął i pochwalił (przepraszam, Tomku ;). Potem, w ramach przerabiania How to be a domestic goddess uznałam, że chlebek bananowy Nigelli to jest TO, a później... jakoś o tym cieście zapomniałam. Do naszego tajskiego urlopu, gdy poczęstunek podczas rejsu po Ao Phang Nga zawierał dziwnie znajomy wypiek... Olśniło mnie na chwilę przed tym, gdy Geoff, pilot wycieczki, spytał: "Jak wam smakuje ciasto bananowe?". Wówczas uznałam, że będzie to pierwsze ciasto, jakie upiekę po powrocie. Przepis z ww. Domestic Goddess, z moimi zmianami (dotyczącymi dodatku brązowego cukru oraz przyprawy korzennej).

Składniki: 175g mąki, 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody, 1/2 łyżeczki soli, 110g białego drobnego cukru, 40g ciemnego muscovado, 125g stopionego masła, 2 duże jaja, 100g rodzynek (u mnie z magicznego słoiczka z mocnym alkoholem, jeśli go nie posiadacie - odpowiednio wcześniej - np. godzinę przed pieczeniem - należy rodzynki zalać np. podgrzanym rumem), opcjonalnie: mała garść posiekanych orzechów, 1 łyżeczka przyprawy do piernika (lub inną korzenną), ok. 300g (ok. 3 średnich) obranych, rozgniecionych bananów


Nagrzać piekarnik do 170 st. C. (termoobieg). Wymieszać mąkę z proszkiem, sodą, solą i przyprawą korzenną. W osobnej misce utrzeć masło z cukrem na puszystą masę (wystarczy ręczna trzepaczka, mikser nie jest konieczny), dodać jaja, ubić krótko, dodać banany, następnie rodzynki (i orzechy, jeśli używacie). Po trochu, stale mieszając łyżką, dodawać suche składniki, wymieszać dokładnie. Przełożyć do wysmarowanej i wysypanej (lub wyłożonej pergaminem) keksówki, wyrównać wierzch, piec ok. 1 godziny (lub do suchego patyczka). Studzić na kratce.

PS. Ponieważ właśnie się zorientowałam, że dziś pierwszy dzień lata, oto mazurski obrazek okolicznościowy, z minionego weekendu, a który mógłby moim zdaniem nosić nazwę Midsommar. Dwa lata temu zamieściłam dłuższy wpis na temat letnich obrazów i inspiracji.

* W Londynie: w Polsce w latach 80-tych, zważywszy na dostępność bananów, byłoby to trudne :)

poniedziałek, 14 lutego 2011

To miały być ciasteczka z lawendą. Ponieważ jednak robione były na prezent dla osoby, od której jesienią dostałam pachnącą torebkę z ususzonymi kwiatami oregano - użyłam ich zamiast lawendy.

Ciasteczka są maślane, idealne do herbaty lub jako przegryzka, ale rozczaruję Was, jeśli sądziliście, że kwiaty są mocno wyczuwalne - nie są, choć zwiększyłam ilość w przepisie, bo szczerze mówiąc chyba najlepiej wykorzystywać je do dekoracji/posypki dań. W stanie surowym są bardzo fotogenicznie. Przyznacie jednak, że "ciasteczka z kwiatami oregano" brzmi ciekawie i niecodziennie ;). Nie wiem, jak z wyczuwalnością aromatu w przypadku lawendy, ale kiedyś taki wariant też zrobię, bo to wdzięczny wypiek. Może świeże kwiaty byłyby bardziej aromatyczne? Przepis znalazłam na blogu Margot; robiłam z 1/2 porcji, ale podaję przepis na całość.

Składniki:

  • 175g miękkiego masła
  • 1,5 czubate - 2 niepełne łyżki suszonych kwiatów oregano (w oryginale 1 niepełna łyżka suszonej/2 łyżki świeżej lawendy)
  • 100g cukru (najlepiej drobnego)
  • 225g zwykłej maki
  • 25g demerary lub grubego cukru-kryształu
Ubić masło z suszonymi kwiatami, dodać cukier, nadal ubijając. Dodać mąkę, wszystko wymieszać, zagnieść krotko, aż ciasto stanie się gładkie. Podzielić ciasto na dwie części, z każdej formując wałek ok 15cm długi lub, jeśli chcecie wycinać ciasteczka foremką - dwa placki. Rozsypać demerare na tacce i obtoczyć wałki w cukrze (placków nie obtaczać). Zawinąć ciasto w folię i chłodzić, aż lekko stwardnieje (uwaga: w przypadku wałków mogą stwardnieć nawet mocno, w przypadku placków - najlepiej wałkować po ok. 20-30 minutach. Jeśli za bardzo ciasto stwardnieje, należy zostawić je na kilkanaście minut w temp. pokojowej, by odtajało). Rozgrzać piec do 170 st.C. (u mnie 175). Każdy wałek podzielić na 20 plastrów, które układać na blachach.  W przypadku placków: wałkować dość cienko, wycinać dowolne kształty i posypać cukrem. Piec 15-20 min, aż będą delikatnie brązowe na brzegach.

Jak widać, ja wycinałam kształty a la pierniczki-katarzynki, ale jeśli ktoś, w przeciwieństwie do mnie, obchodzi dzisiejsze Walentynki - można pokusić się o serduszka...

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Mówi się, że złość piękności szkodzi. Coś w tym musi być, skoro wredna macocha Królewny Śnieżki przegrała w konkursie piękności organizowanym przez wiadome Zwierciadło ;) Mam jednak wrażenie, że trochę "dobrej sportowej złości" poprawia samopoczucie fizyczne. Ja w każdym razie, gdy w przeddzień Wigilii zobaczyłam nieudane wypieki, zdecydowanie się rozzłościłam i zrobiłam makowca awaryjnego: ze znanego drożdżowego, które zawsze wychodzi i dobrze się wałkuje, oraz z kupnej masy makowej. I wiecie co? Ciasto wyszło, a mi przeszła gorączka i wyzdrowiałam :)

Składniki: ciasto drożdżowe z 1/2 składników z przepisu na cynamonki (robiłam z niego także jagodzianki i bułeczki z dżemem); masa makowa  z bakaliami 800g; na lukier: cukier puder, wrzątek, sok z cytryny, ew. bakalie do dekoracji

Ciasto drożdżowe przygotować wg ww przepisu (z 1/2 składników, tj. 2 szklanek mąki), odstawić do wyrośnięcia, odgazować, podzielić na 2 części. Każdą rozwałkować dość cienko, ale nie tak, aby ciasto się rwało. Każdy placek posmarować cienko masą makową, zostawiając kilkucentymetrowy margines. Zwinąć ściśle w rulon wg dłuższego boku. Przełożyć  zwinięte ciasta albo do długich foremek keksowych, wysmarowanych tłuszczem i wysypanych mąką lub wyłożonej pergaminem, bądź owinąć od dołu w kawałek pergaminu (tworząc z niego rodzaj łódeczki dla makowca; inspirowałam się instrukcją zawijania na stronie Dorotuś) i tak ułożyć luzem na blaszce.

Odstawić do napuszenia na ok. 40 minut. Piec ok. 50-60 minut w 190 st. C. (do suchego patyczka; temperatura moich makowców pod koniec  pieczenia wynosiła 97 st. C, kilka stopni niższa też powinna być ok).

Wystudzone ciasta polać lukrem (rozrabiając kilka łyżek cukru pudru wrzątkiem i sokiem z cytryny do uzyskania pożądanej konsystencji) i opcjonalnie udekorować bakaliami.

Mam nadzieję, że mieliście udane Święta :)?

poniedziałek, 06 grudnia 2010

Na wstępie chciałam wszystkim podziękować za udział w tegorocznym Korzennym Tygodniu. Przez ostatnie cztery dni przebywałam na intensywnym weekendowym wyjeździe, z dostępem do internetu tylko w komórce (co oznacza, że nie mogłam np. nic komentować), postaram się jednak w najbliższym tygodniu nadrobić zaległości i zajrzeć do wszystkich zgłoszonych przepisów. Podsumowanie powinno się także pojawić w ciągu tygodnia na blogu.

Przez weekend zajmowałam się m.in. pierniczkowaniem, jak i np. rok czy dwa lata temu. Towarzystwo było prawie to samo, przepis też ten sam... Z różnic były pisaki cukrowe, którymi się bawiłyśmy. Efekty prac ręcznych można podziwiać tu - czyli pierniczki ludowe/hippisowskie, lekko makabryczne ;), witraże i artystyczne maziaje (plus śnieżynki cukrowe).

Gdy wróciliśmy do domu czekało na nas tzw. szybkie i łatwe ciasto świąteczne z Nigella Christmas. Powiedzmy sobie szczerze, że szybkość jest rzeczą względną: chodzi o to, że czas leżakowania jest krótszy niż w przypadku tradycyjnego, brytyjskiego ciasta świątecznego. Można je upiec (a piecze się i tak długo) i jeść przed samymi Świętami, bądź odstawić do dojrzewania na 1-2 tygodnie. Przepis podałam już kiedyś na blogu, na prośbę Margot, jako przypis do wpisu o Christmas Cake, ale go nigdy dotąd nie zrobiłam.

Składniki (na tortownicę 20 cm):

  • 350 g śliwek suszonych, posiekanych lub pociętych nożyczkami na paski (osobiście wzięłam tzw. kalifornijskie),
  • 250 g rodzynek,
  • 175 g koryntek,
  • 175 g miękkiego masła,
  • 175 g cukru ciemnego muscovado,
  • 225 g (175 ml) miodu,
  • 125 ml Tia Maria lub innego likieru kawowego,
  • skórka starta (drobno) z 2 pomarańczy i sok z ww.
  • 1 łyżeczka przypraw korzennych,
  • 2 łyżki kakao,
  • 3 roztrzepane jaja,
  • 150 g mąki,
  • 75 g mielonych migdałów,
  • po 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia i sody

Opcja: zastąpić likier kawowy rumem/brandy i dla słodyczy dodać łyżkę marmolady; zamiast kakao dać dodatkowe 2 łyżki mąki

Umieszczamy wszystkie składniki jak ww. tylko do kakao włącznie w rondlu i doprowadzamy do wrzenia na niewielkim ogniu, mieszając, by masło się rozpuściło. Gotujemy na małym ogniu 30 min., odstawiamy do wystudzenia na 30 min. Dodajemy pozostałe składniki, tj. jaja, mąkę, migdały, proszek i sodę, mieszamy. Przekładamy do foremki. Umieszczamy w piekarniku (150 st. C) i pieczemy 1 3/4-2 h (sugeruję to ostatnie, lub nawet chwilę dłużej) - ciasto powinno być lśniące po wierzchu, ale sprężyste, patyczek po umieszczeniu w środku wciąż lekki wilgotny. Po pieczeniu studzimy, po ostudzeniu, jeśli chcemy przechować, rozpakowujemy, pakujemy w pergamin itd. i umieszczamy w szczelnym pojemniku. Można udekorować - Nigella proponuje złote gwiazdki itd.

Ciasto wyszło mi wilgotniejsze niż Christmas Cake (dlatego też myślę, że dodatkowe 10 minut pieczenia by mu dobrze zrobiło) i rzeczywiście trochę smakuje jak śliwki w czekoladzie. Najlepiej podsumował to M: "No, dobre". Ja: "To może piec dwa na Święta?" M: "A po co? Tamto na Święta, a to poza nimi". Na zimowy czas - jak znalazł.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Miałam ochotę na coś słodkiego, bo dzień był smutny i burzowy. Problem polegał na ograniczonych wiktuałach: nie miałam w ogóle masła (ale olej: tak), tylko trzy jajka, zero owoców sezonowych. Przypadkiem, zastanawiając się, co zrobić z cukinią-gigantką, zobaczyłam ciacho u Zawszepolki, które z posiadanych składników mogłam upiec! Musiałam, co prawda, sporo pozamieniać i pokombinować, więc z oryginału nie zostało tak wiele, ale za to wyszło pysznie. W sam raz wilgotny murzynek cukiniowy.

Składniki: 350g mąki pszennej, 60g dobrej jakości, ciemnego kakao, pół łyżeczki sody oczyszczonej, 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki przyprawy korzennej LUB 1 łyżeczka cynamonu, 1/2 łyżeczki imbiru i 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, 175 ml oleju słonecznikowego, 185g cukru (u mnie 1:1 zwykły i domowy waniliowy), 3 duże jajka, 2 łyżki ekstraktu z wanilii lub aromatycznego alkoholu: u mnie brandy pigwówkowa, Cointreau czy Amaretto też by się nadało, 3 średnie młode cukinie (waga przed starciem 500g), 50g rodzynek, 50g chrupkiego musli (u mnie z dmuchaną pszenicą)/granoli lub posiekanych orzechów

Piekarnik rozgrzewamy do 165 st. C termoobieg/175-180 st. C grzanie góra-dół. W misce mieszamy mąkę, kakao przyprawę korzenną, proszek do pieczenia, sodę. Mieszamy. W drugiej misce ubijamy jajka z cukrem, aż masa będzie biała i puszysta. Dodajemy olej, ekstrakt z wanilii i mieszamy. Cukinii nie obieramy i ścieramy na tarce do jarzyn (duże oczka). Dodajemy do masy jajecznej i delikatnie mieszamy. Do masy dodajemy bakalie i musli/orzechy. Na końcu dodajemy wymieszane suche składniki i dokładnie, ale delikatnie mieszamy.
Masę przekładamy do średniej keksówki wyłożonej papierem od pieczenia wyrównujemy wierzch i pieczemy przez ok. 60 minut, do  dość suchego patyczka, ale UWAGA: należy nie wysuszyć za bardzo ciasta (można sprawdzić wypieczenie po ok. 50 minutach, ja musiałam piec łącznie 65 minut). Ciasto studzimy ok. 10 minut piekarniku, potem uchylamy na kilka minut drzwiczki, wreszcie wyjmujemy z formy i studzimy na kratce.

Gotowe ciasto można posypać cukrem pudrem, polać lukrem lub polewą czekoladową.

Ciasto jest długo świeże, ba: mam wrażenie, że z każdym dniem jest lepsze. Użyłam do niej nie cukinii-gigantki, ale młodych cukinii, z tego samego krzaczka-giganta. Który wygląda tak:

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Nie mam obsesji na punkcie temperatury w kuchni. Nie uważam, że drożdżowe koniecznie musi siedzieć pod pierzyną i mieć zero przeciągów (ba, wiem, że bardzo dobrze rośnie sobie przez noc w lodówce). Nie uważam, że kruche trzeba wyrabiać przy oknie, z którego ciągnie chłód, zimnymi palcami (bo nasadka ucierająca miksera wyrabia je bardzo dobrze :). Przyznaję jednak, że upał kruchemu nie sprzyja i może niezbyt mądrze wybrałam sobie na robienie słodkiej tarty najgorętszy dzień w roku, gdy temperatura w kuchni oscylowała w okolicach 30 st.C (i nie chcę myśleć, ile było w okolicach nagrzanego piekarnika...). Oczywiście, nie obyło się bez pewnych problemów, szczególnie, że postanowiłam grzecznie zrobić nieznane kruche z przepisu (i nie wiem, czy to był taki dobry pomysł...). A przepis jest autorstwa pań Harris & Warde, z jednej z moich ulubionych książek. Uwaga: imho składników jest za dużo, jak na podane wymiary tarty. Ciasta mi zostało, zaś truskawek dałam maksymalnie 3/4 kg.

Składniki: Na ciasto - kruche migdałowe: 225g mąki, 75g mielonych migdałów, 200g zimnego masła, 150g cukru (w oryginale brązowy, z przyczyn niezależnych u mnie drobny biały, z czego 75g - waniliowy), 2-3* żółtka jaj

Na wierzch: ok. 650-750g truskawek (wg autorek 1 kg), 200g galaretki porzeczkowej (w słoiku, takiej, jak do mięs)

* U mnie 2 + dodatkowo trochę zimnej wody

Wymieszać suche składniki, dodać zimne masło pokrojone w drobną kostkę i wyrobić na okruszki. Dodać żółtka, wyrobić na jednolite ciasto, schłodzić co najmniej 30 minut w lodówce**. Schłodzone ciasto rozwałkować możliwie jak najcieniej (uwaga: nie udało mi się rozwałkować tak cienko jak lubię i jak zazwyczaj wałkuję, gdyż ciasto się rwało) i wyłożyć nim foremkę tartową ok. 25-27 cm (najlepiej z wyjmowanym dnem, ale nie posiadam). Schłodzić foremkę z ciastem 20-30 min w lodówce. Nagrzać piekarnik do 190 st. C (grzanie góra/dół, w termoobiegu 180 st). Podpiec tartę na ślepo 20 minut , skręcić temp. do 160 st. C (w termoobiegu 150) i kolejne 25 minut piec bez obciążenia. Wyjąć z piekarnika, schłodzić.

Galaretkę porzeczkową podgrzać na małym ogniu, by była rzadka i o gładkiej konsystencji***. Lekko wystudzić. Truskawki umyć i, jeśli są duże, pokroić na 2 lub 3 części. Ułożyć równą warstwą na schłodzonym cieście, zalać galaretką. Schłodzić co najmniej godzinę przed jedzeniem.

** U mnie trwało to znacznie dłużej, po po 1 h ciasto za szybko się ociepliło i nie mogłam go dobrze rozwałkować, nie mówiąc o przeniesieniu do foremki; dopiero po kolejnym schłodzeniu, w tym ok. 10 min w zamrażarce, się udało.

*** Ponieważ moja domowa była z zasady rzadka, po podgrzaniu wtrzepałam do niej 2 łyżeczki skrobi ziemniaczanej (ze 4 byłyby lepsze, bo okazała się potem wciąż za rzadka) i dopiero później studziłam.

Ciasto moim zdaniem najlepsze było na następny dzień, gdyż zbyt gruba - moim zdaniem - warstwa ciasta lekko nasiąkła sokiem z truskawek i polewą, stając się całkiem smaczna. Sam pomysł na tartę jest ciekawy - wierzch jest kwaskowaty, kruche dość słodkie. Następnym razem spróbowałabym jednak z innym, sprawdzonym ciastem. A z resztek mogdałowego wykroiłam i upiekłam... małe myszki (ok. 15 minut w 200 st. C) ;) Co ciekawe, następnego - chłodniejszego - dnia, po przeleżakowaniu w lodówce 24 h, ciasto wciąż nie dało się cienko rozwałkować, choć było miękkie i bardzo elastyczne, więc przypuszczam, że takie właśnie ma być. Na kruche ciasteczka nadaje się doskonale (choć niektórzy u nas narzekają, że "migdały są niefajne, bo włażą w zęby..." -  ech...).

poniedziałek, 08 lutego 2010

Dwa dni temu dowiedziałam się, że jak byłam mała, podobno jadłam domowe pączki, smażone przez babcię. Cóż, być może. Ja tego nie pamiętam :) i wolę uznać, że do minionego piątku pączków domowych nigdy nie jadłam. Dużo traciłam!

Spotkaliśmy się z Mi. i E., aby, jak w zeszłym roku, usmażyć faworki i pączki. Świetnie się złożyło, że akurat przepis 'zadała' nam Olcik w ramach Weekendowej Cukierni. Robiłam z 1/2 porcji, wyszło ok. 12 średniej wielkości pączków. Poniżej kopiuję przepis z moimi uwagami (przede wszystkim zredukowałam o 1/2 drożdże i smażyłam na oleju we frytkownicy, no i ponieważ pojawia się 'znikający' spirytus, pominęłam go w przepisie*. Pączki odstawiłam także do napuszenia po uformowaniu). Przepis pochodzi z książki W kuchni babci i wnuczki (okazało się, że ją mam, a nigdy nie używałam - teraz się zachęciłam, bo pączki wyszły świetne).

Składniki: 1/2 kg przesianej mąki, 5 (u mnie 2,5) dag drożdży, 6 łyżek cukru, ok. szklanki mleka, szczypta soli, 5 dużych (jeśli  mniejsze, warto dać 6) żółtek, 5 łyżek masła, otarta skórka z cytryny (pominęłam, dałam trochę ekstraktu waniliowego - ok. łyżki*)
Do nadziewania pączków: konfitura z dzikiej róży
Do smażenia:ok. 1/2 kg smalcu (u mnie olej słonecznikowy)

1. Drożdże rozprowadzić z łyżką mąki i cukru ciepłym mlekiem. Poczekać, aż wyrosną.
2. Utrzeć żółtka  zresztą cukru.
3. W miseczce połączyć mąkę z drożdżami, utartymi żółtkami, skórką z cytryny/wanilią, szczyptą soli, wyrabiać (u mnie mikserem z hakiem).

4. Pod koniec wyrabiania, kiedy już ciasto jest doskonale wymieszane i lekko odstaje od łyżki lub dłoni, dolać stopione masło. Ciasto powinno być dość "wolne", czyli rzadkie, a także delikatne. Zostawić do wyrośnięcia.

5. Wyrośnięte ciasto rozwałkować lekko na grubość palca (u mnie cieniej) na wysypanej mąką stolnicy. Wycinać szklanką krążki, na środek nakładać konfiturę z róży. Można nakrywać takim samym krążkiem wyciętym z ciasta. Można też rozwałkować ciasto nieco grubiej i wycinać jeden krążek, który po nałożeniu konfitury różanej zlepiać palcami w jednym miejscu, tworząc jakby pakiecik (i ja tak robiłam).

6. Układać gotowe pączki na serwecie posypanej mąką. Pączki zlepiane z jednego krążka kłaść miejscem zlepienia w dół. Odstawić do napuszenia ok. 30-45 min (powinny wyraźnie urosnąć).
7. Wskazówki do metody smalcowej: W dość obszernym naczyniu rozgrzać smalec. Powinien być dość gorący, ale nie palić pączków; sprawdzić moża wrzucając kawałek ciasta, jeśli się lekko, niezbyt gwałtownie rumieni, temperatura jest odpowiednia. Smażyć po kilka pączków na umiarkowanym ogniu nie gwałtownym, lecz i nie za lekkim, aby nie nasiąkały tłuszczem. Po jednej stronie smażyć pod przykryciem, a po drugiej, po przewróceniu pączków przy pomocy patyczka czy widelca, bez przykrycia, wtedy utworzy sie wokół pączka ładna, jaśniejsza obwódka.

W przypadku frytkownicy (polecam, jeśli macie): postępować zgodnie z instrukcją obsługi. Smażyć pączki partiami, po ok. 1 minuty na stronę.
8. Po usmażeniu na brązowo, wyjąć pączki, osączyć z tłuszczu ma bibule, posypać cukrem pudrem przez sitko lub polukrować.

* Po opublikowaniu przepisu dowiedziałam się, że alkohol daje się podobno po to, aby pączki nie chłonęły nadmiernie tłuszczu, a zatem 'znikanie' spirytusu z oryginału nie było zamierzone. Nie wiem, czy to dlatego, że dałam domowy ekstrakt waniliowy, który jest na wódce, czy z innych powodów, ale nasze pączki tłuszczu nadmiernie nie wchłonęły. Innymi słowy, zastąpienie spirytusu alkoholową wanilią polecam. Jeśli Wy chcecie dać czysty alkohol/wódkę, dodajcie go do ciasta podczas wyrabiania (w tym samym momencie, co skórkę z cytryny).

Ciasto bardzo dobrze się formowało, było miękkie i elastyczne. Ku radości E. niektóre pączki wyszły szczególnie "kostropate", tj. z wybrzuszeniami i innym cellulitem ;). A smak... Powiem tak: dopóki nie zjadłam ciepłego, świeżego pączka, wydawało mi się, że pączków nie lubię. I takich z cukierni, z lukrem, już nie super-świeżych, wciąż nie lubię. A te drugie - uwielbiam. Niestety, należy je zjeść na świeżo, jak najszybciej - po poleżakowaniu nawet niecałą dobę nieprzyjemnie upodabniają się do sklepowych. Oczywiście, wiem, że wielu osobom to nie przeszkadza.

A oto, jak wyglądały nasze faworki:

Przepis ten sam, co rok temu, smażone także we frytkownicy (i wałkowane w maszynce do makaronu :).

czwartek, 30 lipca 2009

W zależności, jak na to spojrzymy, mamy jedno dużo ciasto brownie (lp.), albo dużo małych brownies (lm.). Jedno brownie już tu prezentowałam. W przypadku dzisiejszego przepisu mamy parę małych brownies lub jedno małe ciasto, bo to brownie w wersji mini: w oryginale przepis dla dzieci, z małej ilości składników, i daje niezbyt duży produkt końcowy. Nic straconego: można zrobić z podwójnej porcji :) Z pojedynczych ilości wychodzi 6 średnich - 8 małych kawałków ciasta. Przepis oryginalnie znaleziony u Dorotuś, ale ja pokombinowałam - przede wszystkim z czekoladą.

Składniki: 110g masła, 110g dobrej, gorzkiej czekolady o wysokiej zawartości kakao (użyłam Lindt 85%), 150g cukru, 2 jaja, 110g mąki, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta soli, po 50g: kokosa prasowanego, posiekanego* (ew. wiórek kokosowych) i rodzynek (nie trzeba moczyć),

Stapiamy masło i czekoladę na małym ogniu, odstawiamy do lekkiego wystudzenia. Dodajemy pozostałe składniki, mieszamy na gładką masę; jeśli użyjemy cukru zwykłego, nie drobnego, warto wcześniej go rozetrzeć z jajami, i dopiero potem dodać do reszty masy. Na końcu wmieszać bakalie.

*Kokos prasowany może, jeśli masa będzie wciąż trochę ciepła (jak u mnie), się roztopić i tym samym zagęścić masę. Nie należy się tym przejmować, jeśli jednak całość zacznie się warzyć, należy dodać 1-2 łyżki wrzątku i energicznie mieszać/ucierać - powinno pomóc.

Przełożyć masę czekoladową do niewielkiej foremki (u mnie ok. 20x20 cm) wyłożonej pergaminem/wysmarowanej + wysypanej. Piec w 170 st. 20 minut (dla uzyskania brownie dość płynnego) - 25 minut (dla wersji bardziej stałej), lub, by uzyskać ciasto minimalnie tylko mokre, 25 minut + 5 minut w wyłączonym piekarniku.

Czy zdziwiły Was wskazówki dotyczące ciasta mokrego/suchego? W naszym stadle małżeńskim tylko ja lubię mokre brownie, M zdecydowanie woli bardziej suche ciasta. Z różnych przyczyn nie byłoby dobrze, gdyby dostała mi się cała blaszka, nawet mini :)), więc muszę pójść na pewne kompromisy. Wy zrobicie, jak chcecie, ale zapewniam, że wersja "prawie sucha" jest także warta skosztowania... Już jej nie ma ;)

 
1 , 2
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki