Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: śniadanie

niedziela, 14 maja 2017

Pewnie zjedliście już niedzielne śniadanie. Jeśli przypadkiem nie, a macie czerstwe pieczywo na stanie lub szparagi, mam dwie propozycje. Jeśli tak, może przepisy przydadzą się na zaś lub jako np. element lekkiej kolacji.

Po pierwsze, wytrawny chleb smażony. Taki na słodko – vel tosty francuskie, jak ktoś używa tej nazwy, bo ja nie ;) – już pokazywałam (ostatnio gruszkowe oraz jagodowe z hot cross buns). Czemu jednak nie zrobić wersji „na słono”, skoro wersja nocna (Croque Monsieur) działa bdb?

Wytrawne tosty z patelni

Składniki (2 porcje):

  • 4 kromki chleba,
  • 2 jaja,
  • 100ml mleka,
  • sól, pieprz, koperek,
  • plastry sera koziego/fety,
  • 1 pomidor,
  • bazylia

Jaja roztrzepać z mlekiem, doprawić hojną szczyptą soli i pieprzu, przelać do płytkiego, dużego naczynia. Obtoczyć chleb w jaju z mlekiem, odstawić do nasiąknięcia na co najmniej 10 minut. Rozgrzać na patelni niewielką ilość masła (lub mieszanki masła i oleju), smażyć pieczywo na złoto z jednej strony, obrócić. Gdy druga strona się rumieni, obłożyć kromki serem, pomidorem, posypać koperkiem i bazylią. Smażyć, aż spód się zezłoci a ser lekko zmięknie. Jeśli ser nie jest słony (typu feta), można przed podaniem tosty oprószyć solą.

Szparagi w tym sezonie jadłam już kilkakrotnie – zielone pieczone (choć bez sosu). W końcu uznałam, ze można urozmaicić formę. Stanęło na omlecie, a ponieważ wciąż szukam pomysłów na zagospodarowanie białek (patrz: tag na blogu ;), jednak omlety na samych białkach mi nie smakują, poszłam w kierunku „cudownego rozmnożenia”, i taką opcję polecam. Szparagi oczywiście można zastąpić czymś innym, choćby zblanszowanym szpinakiem lub liśćmi boćwiny.

Omlet ze szparagami (częściowo na białkach)

  • 3 jaja (białka i żółtka osobno),
  • łyżeczka mleka
  • 2 dodatkowe białka,
  • pęczek średnich zielonych szparagów parowany 3 minuty,
  • sól, pieprz,
  • 1,5 łyżki startego sera

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce, gotować na parze ok. 3 minuty (cieńsze krócej, bardzo grube z 30-60 sekund dłużej), po ugotowaniu lekko posolić. Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Białka ubić (razem z dodatkowymi oraz szczyptą soli) na pianę, żółtka roztrzepać z mlekiem, hojną szczyptą soli i pieprzu. Delikatnie, lecz dokładnie wymieszać żółtka z białkami, dodać ok. ½ sera. Przelać na rozgrzaną, żaroodporną patelnię z niewielką ilością masła (lub oleju, lub masła i oleju), na wierzchu ułożyć szparagi. Gotować ok. 2 minut, następnie posypać pozostałym serem i przełożyć do nagrzanego (180 st.) piekarnika (u mnie na poziom 2 od góry) i piec ok. 9 minut. Podawać od razu.

PS. Zeszłoroczny wpis "dwa letnie śniadania" zawierał podobny zestaw ;).

czwartek, 30 marca 2017

Wiadomo, stale szukam pomysłów na przerobienie białek (może powinnam dodać nowy tag na blogu...?). Ostatnim odkryciem była chałka oraz, do pewnego stopnia, bo mało wydajne jako metoda przetwórcza ;), whisky sour. Niedawno jednak Karolina ze Sto kolorów kuchni zachęcała do spożytkowania białek po np. pączkach w... granoli. Pomysł bardzo mi się spodobał, bo wykorzystuje akurat tyle białek, ile zostaje po produkcji domowego makaronu. W sumie dotychczas robiłam w kółko granolę z masłem orzechowym - aż M nie zaczął marudzić, że coś mu nie smakuje, a potem nastała zima, kiedy ze śniadań jedzonych łyżeczką wolę ciepłą owsiankę lub kaszę manny. Skoro jednak mamy wiosnę, można wrócić do płatków na zimno, a po wielkanocnych wypiekach z pewnością zostaną kolejne obiekty do ubicia (i zużycia).

Moja wersja nieco różni się od tej Karoliny, bo jest i lekko słodsza (więcej miodu + suszone owoce), ale wciąż nie wyraźnie słodka, i dałam bardziej urozmaicone nasiona. Osobiście wolę też mieszankę płatków, można jednak oczywiście użyć tylko owsianych. Zmniejszyłam także ilość przyprawy korzennej, bo z doświadczenia wiem, że mało ją czuję w gotowym produkcie ;).

Składniki:

  • 700g płatków owsianych (górskich lub zwykłych) lub mieszanka 1:1 płatków owsianych i np. żytnich
  • 200g mieszanki siemienia lnianego, sezamu i pestek słonecznika
  • 100g orzechów włoskich (posiekanych) lub zwiększyć ilość ww. nasion
  • 4 łyżki płynnego miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki oleju
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 4 białka dużych jaj (lub ok. 5 mniejszych)
  • garść suszonej żurawiny
  • garść rodzynek lub innych suszonych owoców (śliwek, moreli), posiekanych

Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Płatki, nasiona i orzechy mieszamy w misce. Dodajemy pozostałą sól, przyprawę korzenną, olej i miód, ponownie i dokładnie mieszamy. Przekładamy płatki itd. do ubitych białek i całość mieszamy tak, aby białka pokryły wszystkie suche składniki. Przekładamy na blachę wyłożoną matą do pieczenia (ew. pergaminem), wyrównujemy i pieczemy ok. 50-60 minut w 140 st.C, mieszając ok. 3 razy w międzyczasie (można też piec na raty, jeśli z przyczyn praktycznych trzeba zwolnić piekarnik, tj. np. 30 minut, przestudzić, potem dopiec kolejne 30 minut, gdy piekarnik znów będzie wolny). Do upieczonej granoli dorzucić suszone owoce, wymieszać i zostawić jeszcze na 10-15 minut w cieple resztkowym piekarnika. Wystudzić na kratce, przełożyć do słojów. Wychodzi ok. 2 litrów granoli.

niedziela, 26 lutego 2017

Jaja po turecku prześladowały mnie na Pinterest (w domyślnym ustawieniu aplikacji zapamiętywane są wyniki wyszukiwania i przypięte zdjęcia, a potem polecane powiązane zdjęcia; nieważne, że często umyka mi związek między moimi kliknięciami a tymi sugestiami…). Nie wiem, czy muszę dodawać, że podczas naszej pamiętnej podróży po Turcji (już prawie 12 lat temu) ani razu czegoś takiego nie jadłam, ani na śniadanie, ani inny posiłek, choć podobno jajami w jogurcie zajadali się już sułtanowie.

Do tego niedzielnego śniadania przymierzałam się znów długo, bo a to ktoś zjadł jogurt, a to nie było ziół… W międzyczasie przeczytałam wiele przepisów i moja wersja oddaje to, co się najczęściej powtarzało w składnikach i proporcjach (bo ze 2 razy była też kurkuma, z raz kumin i cała papryczka chilli, ale uznałam, że to mimo wszystko fantazje autorów). Okazało się poza tym, że przypadkiem mam w domu odpowiednim tureckiej papryki pul biber – umiarkowanie pikantnej (swoją kupiłam na jakimś warszawskim targu jako „paprykę bałkańską” – jest lekko oleista i w moim odczuciu minimalnie ostra), można by jednak po prostu użyć łagodnie pikantnej ancho czy espelette, albo i zwykłej słodkiej, ew. modyfikując na plus dodatek chilli czy papryki wędzonej (to już moja fantazja, a właściwie słabość).

Składniki (2 porcje):

  • 150g gęstego jogurtu, najlepiej w temperaturze pokojowej
  • ząbek czosnku
  • 2 łyżki posiekanego koperku
  • 2 łyżki posiekanej natki pietruszki
  • sól
  • 4 jaja w koszulce
  • 25g stopionego masła
  • 1/2 łyżeczki lekko ostrej papryki (np. tzw. bałkańskiej, patrz uwagi powyżej, ew. zwykłej słodkiej jw.),
  • hojna szczypta wędzonej papryki - słodkiej lub agridulce (opcjonalnie)
  • szczypta chilli (jw.)

Jogurt wymieszać z czosnkiem przepuszczonym przez praskę, połową posiekanych ziół, hojną szczyptą soli i odstawić na bok. Masło stopić – najlepiej lekko zrumienić, jeśli jest czas – zdjąć z ognia i wymieszać z paprykami. Ugotować jaja w koszulce. Do dwóch misek nałożyć większość jogurtu, delikatnie ułożyć na nim jaja (po 2 na porcję), udekorować pozostałym jogurtem. Polać masłem, posypać pozostałymi ziołami i podawać od razu, z świeżym lub opieczonym pieczywem.

Przyznaję, że bałam się efektu miękkiego jajka i jogurtu (czyt. że wyjdzie jakaś maź), ale na szczęście obawy okazały się niesłuszne. Jaja wchodzą do repertuaru śniadań niedzielnych ;).

Zapisz

niedziela, 08 stycznia 2017

Wciąż szukam przepisu na gofry idealne. Do tej pory najlepsze były, w moim odczuciu, te drożdżowe, ale wymagają dość długiego pieczenia by osiągnęły pożądaną (w moim odczuciu) chrupkość. Niedawno spotkałam się z pomysłem dodania do masy niewielkiej ilości mąki owsianej lub ryżowej: dla wchłonięcia nadmiaru wilgoci. Spodobał mi się w związku z tym przepis w How to Hygge, gdzie gofry składają się z dwóch ulubionych zbóż autorki, Signe Johansen: owsa i orkiszu (choć można i użyć mąki pszennej). Przygotowanie jest nieco bardziej pracochłonne, niż przy „zwykłych” gofrach, jednak uprażenie płatków daje wyraźną słodycz i orzechowy aromat, który mnie osobiście bardzo odpowiada, M jednak narzekał, że „owies za bardzo czuć” (nie dogodzisz…). Gofry wychodzą także bez specjalnego wysiłku wyraźnie chrupkie, tak, jak lubię najbardziej. Są także wyraźnie słodkie, więc moim zdaniem, jeśli planujecie wytrawne dodatki (imho gofry śniadaniowe z jajkiem w jakiejś postaci i/lub łososiem wędzonym są lepsze od deserowych ;), warto dać mniej cukru (co oznaczyłam w przepisie).

Składniki (dla 2 osób, ok. 5-6 sztuk):

  • 75g płatków owsianych błyskawicznych
  • 175g jasnej mąki orkiszowej (opcjonalnie można dać z tego ok. 30g razowej)
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 25-50g* drobnego cukru
  • ¼ łyżeczki soli
  • 75g stopionego masła (+ ew. dodatkowe do natłuszczenia gofrownicy, jeśli tego wymaga)
  • 50ml wody
  • 125g kwaśnej śmietany lub mieszanki śmietany i maślanki/jogurtu (jak u mnie, i polecam)
  • 100ml mleka
  • 2 średnie jaja
  • łyżeczka ekstraktu z wanilii (w przypadku gofrów na słodko)

* Jak we wstępie: więcej, jeśli mają być tylko deserowe.

Uprażyć (przez 10 minut) płatki owsiane na blaszce w piekarniku nagrzanym do 170 st. Powinny lekko się zezłocić i nabrać orzechowego aromatu. Lekko wystudzić, zmielić 1/2 na mąkę, resztę zostawić w całości. Można to zrobić np. wieczorem poprzedniego dnia, jeśli gofry mają być na śniadanie.

Wymieszać wszystkie suche składniki w misce, dodać mokre i wyrobić dość gęste ciasto – nie powinno lać się natychmiast z trzepaczki, tylko opadać z niej po paru sekundach (w razie potrzeby podsypać mąką). Odstawić na 30 minut. Nagrzać gofrownicę i postępować zgodnie z instrukcją obsługi, przeznaczając po chochelce ciasta na gofra. Studzić na kratce, ew. można je trzymać z lekko ciepłym piekarniku/na podgrzanym talerzu, jeśli zależy wam na tym, by pozostały ciepłe – nie powinny zawilgotnieć.

Teraz kolejne wyzwanie – połączyć przepis na gofry drożdżowe z tym na owsiane, by osiągnąć wersję zadowalającą wszystkich… O ile to możliwe ;).

czwartek, 01 grudnia 2016

Jakiś czas temu przypadkiem wpadł mi w oko filmik Jamie’ego Olivera pt. jajka w koszulce z łososiem. Tak jak nie przepadam za filmikami instruktażowymi w ogóle, obejrzałam całość, bo jaja w koszulce bardzo lubię, a pomysł wydał się ciekawy jako urozmaicenie. Prawie od razu chciałam wypróbować patent (jajka, dodatki i folia spożywcza – czyli coś dla tych, którzy z gotowaniem jaj luzem mają kłopot), ale zafrasował mnie brak drugiego podstawowego składnika, tj. wędzonego łososia. Dla upartego nic trudnego: rozważałam przez chwilę zastąpienie ryby szynką, ale ostatecznie stanęło na dużej ilości ziół z małym dodatkiem anchois. Można by też użyć np. pieczonej papryki obranej ze skóry, pesto, suszonych pomidorów, przesmażonych pieczarek… Sporo jest możliwości, jak to zresztą z dodatkami do jaj bywa :). Paradoksalnie jedynie nie podoba mi się kształt: wydaje się zbyt uformowany, wolę te bardziej naturalne, gotowane luzem.

Składniki:

  • 4 duże jaja
  • 4 kopiaste łyżki posiekanej natki pietruszki i szczypiorku
  • 4-5 ziaren ziela angielskiego, roztartych w moździerzu
  • 4 fileciki anchois, osączone z oleju

Nastawić garnek wody do gotowania. Zioła dokładnie posiekać z anchois i wymieszać z zielem angielskim. Niewielki kubek wyłożyć folią spożywczą, nałożyć ¼ ziół z anchois, na to wbić jajko, zawiązać folię na kształt woreczka, upewniając się, że w środku nie zostało zbędne powietrze. Tak samo postąpić z resztą farszu i jajami. Powstałe 4 woreczki delikatnie włożyć do wrzątku i gotować 5-6 minut: 6 dla jaj XL, 5 dla mniejszych (moje były na oko M/L i 6 minut okazało się za długo). Delikatnie rozciąć każdy woreczek i wyłożyć jajo na… no właśnie. U mnie na kromki chleba obłożone sałatą, ale można je także dodać do sałatki, zupy, potrawki czy użyć jako dodatku do wytrawnych gofrów. Powtarzając to, co napisałam wyżej: możliwości jest wiele ;).

niedziela, 02 października 2016

Sałatka na śniadanie… ? Właściwie – czemu nie! Pomysł przyszedł mi do głowy spontanicznie, gdy myślałam nad czymś lżejszym i warzywnym na początek dnia, łatwym do wzbogacenia za pomocą jajka. Od koncepcji jaja w koszulce na gniazdku ze zblanszowanej zieleniny przeszłam do opcji bardziej kolorowej i urozmaiconej. Warto spróbować, dopóki są jeszcze dobre pomidory! Rok temu prawie do końca października ćwiczyłam nocne pieczone (które wykorzystałam także tu), i liczę na podobną passę w tym roku.

Swoją drogą: nie wiem, czy tylko ja tak mam, że gdy gotuję kilka jaj w koszulce, teoretycznie z tego samego źródła, możliwie świeże itd., z np. 4 sztuk przynajmniej jedna wychodzi mi zawsze a la dzieło dr Frankensteina ;), a tylko góra 2 wyglądają fotogenicznie...

Składniki:

  • 1 cebula dymka,
  • olej/oliwa,
  • mała garść liści boćwiny/jarmużu lub szpinaku,
  • ok. 3-4 niedużych dojrzałych pomidorów (najlepiej kolorowych),
  • ok. 4-6 pieczonych nocnych pomidorów,
  • garść liści bazylii,
  • odrobina oliwy (lub dobrego oleju np. rzepakowego) i jak najlepszego octu balsamicznego,
  • 4 jaja (ugotowane w koszulkach),
  • odrobina świeżo startego pecorino,
  • sól, pieprz

Dymkę pokroić w plasterki razem ze szczypiorem, krótko przesmażyć na średnim ogniu na niewielkiej ilości oleju, oprószyć solą. Dodać umyte, osuszone i porwane liście jarmużu/boćwiny z wykrojonymi łodygami (zostawić je do innego dania lub dodać do bulionu); szpinak pozbawić tylko ew. większych łodyg. Gotować ok. 1 minutę, tyle, by liście były zblanszowane i rozdzielić między dwa głębsze talerze. Pomidory pokroić w ćwiartki, rozdzielić między talerze, dodać pomidory nocne. Oprószyć solą i pieprzem, dodać bazylię. Skropić całość odrobiną dobrej oliwy/oleju i octu balsamicznego (tu naprawdę tylko parę kropel) i zabrać się za gotowanie jaj w koszulce jak w tym przepisie (ostatecznie można też użyć ugotowanych w skorupkach na półmiękko, tj. gotowanych 7-8 minut). Na każdym talerzu umieścić dwa jaja, posypać je odrobiną pecorino i pieprzem. Natychmiast podawać.

W temacie nocnych pomidorów… Odkryłam parę dni temu, że paprykę też tak można piec (pokrojoną w ósemki i zostawiając nagrzany piekarnik włączony na ok. 5 minut z warzywami w środku). Polecam, jest pyszna!

sobota, 24 września 2016

Złota (polska) jesień zawsze mi się wydawała takim okresem przejściowym – w dzień słońce potrafi grzać jeszcze mocno, ale temperatura nocą spada do kilku stopni. W tym roku co prawda do ½ września mieliśmy właściwie lato (tak, tak, byłam na austriackim urlopie, ale tam też cieszyłam się wyjątkowo ciepłą i słoneczną pogodą: ani płatka śniegu, w przeciwieństwie do poprzednich lat!), ale teraz chyba nikt nie ma złudzeń, że pora roku się zmieniła. Osobiście się cieszę, jak każdym nowym sezonem: na inne smaki (orzechy, dynie, papryki itd.), ciepłe napoje, rozgrzewające zupy i potrawki… oraz przyprawy korzenne, bo to pomału ten czas ;). A jednak to nie znaczy, że trzeba całkiem zrezygnować z letnich przebojów, typu sałatki czy cukinia w wielu postaciach*. Jedyna różnica jest przewaga ciepłego nad zimnym w kompozycji. A więc sałatka jest w co najmniej 2/3 na ciepło a wstążki lub plastry cukinii też nie surowe.

A więc…

Sałatka ziemniaczana ze smażoną rybą i pomidorami ma coś wspólnego ze (skądinąd świetną) sałatką z łososiem wg Jamie’ego O. lub tej z przegrzebkami, jest też moim zdaniem nawiązanie do sałatki nicejskiej (klasycznej lub z małżami), ale składników jest mniej; jest za to oliwa z chrupkimi ziołami (wegańska ;) wersja masła szałwiowego), która stanowi moim zdaniem clou dania, obok doprawienia ziemniaków octem… A sezon na zrobienie własnego się już zaczął, zachęcam każdego, kto ma własne jabłka lub dostęp do innych eko!

Składniki (2 porcje):

  • ok. 7-8 średnich ziemniaków
  • ocet jabłkowy, najlepiej domowy (łagodny)
  • sól, pieprz
  • ok. dwóch łyżek posiekanego szczypiorku, dymki lub 1 mała cebula (posiekana lub np. w piórach)
  • 2 większe pomidory
  • 4 niewielkie filety zwięzłej ryby morskiej (u nas małe okonie)
  • olej do smażenia
  • ok. 2 łyżek oliwy
  • garść liści szałwii, opcjonalnie zmieszanej z rozmarynem
  • sok z cytryny (do smaku)

Ugotowane ziemniaki pokroić w plastry, ułożyć na 2 talerzach, skropić octem jabłkowym (raczej delikatnie, chyba, że lubicie kwaśne/octowe), lekko posolić, rozrzucić na wierzchu szczypiorek/cebulę. Na wierzchu ułoży plastry pomidorów, ponownie oprószyć solą. Filety rybne (posolone) usmażyć do zrumienienia na niewielkiej ilości oleju. W międzyczasie rozgrzać na średnim ogniu oliwę, przesmażyć listki szałwii i rozmaryn (zioła powinny być chrupkie). Rybę dać na pomidory, skropić cytryną, całość polać oliwą z ziołami. Podawać od razu.

Tymczasem na śniadanie lub przekąskę polecają się kanapki z cukinią (na półciepło, tj. cukinia jest ciepła, pieczywo nie – tzn. można by oczywiście je opiec, ale osobiście uważam, że to, jak świeże pieczywo wchłania ew. soki ze smażenia, jest plusem).

Składniki (2 porcje)

  • 1/2 średniej cukinii
  • sól, oregano (opcjonalnie)
  • olej lub oliwa
  • ser kozi twardy/dojrzewający (ok. 4 plastrów) lub feta
  • opcjonalnie: plastry pomidora, liście bazylii

2 większe kromki chleba na zakwasie (raczej pszennego lub mieszanego, np. TEN lub TEN by się bdb nadał)

Cukinię pokroić w cienkie plastry, przesmażyć na oleju lub oliwie aż lekko zmięknie, lekko posolić, można dać np. oregano. Podawać na pieczywie na zakwasie z ew. olejem ze smażenia, z serem kozim lub fetą na wierzchu. W wersji „plus” można jeszcze dorzucić po plastrze pomidora i kilka liści bazylii. Podawać od razu.

* Zważywszy na pourlopową klęskę urodzaju, grozi mi raczej miesiąc pt. „dzień bez cukinii dniem straconym” ;).

wtorek, 09 sierpnia 2016

Pamiętacie, jak pisałam na blogu o londyńskim Dishoom? Naany z jajem sadzonym na śniadanie głęboko zapadły mi w pamięć, jak to jednak bywa – odwlekałam domową realizację przepisu, aż jakoś niedawno temat wypłynął podczas sobotniej kolacji. Nie było już czasu się zastanawiać, tylko zagnieść ciasto na naany, żeby były gotowe na niedzielny poranek!

Do odtworzenia śniadania a la Dishoom dla 2 osób będziecie potrzebować:

- ok. 2 naanów na osobę – u mnie z tego przepisu przy ½ proporcjach uzyskałam tym razem 4 placki. Ciasto wyrobiłam wieczorem i zostawiłam do wyrastania w lodówce, rano przed pieczeniem doprowadziłam (przez ok. 1h) do temp. pokojowej;

- 4 jaja sadzone, po jednym na placek;

- ze 2 dojrzałe pomidory, posypane posiekaną kolendrą, opcjonalnie minimalnie posolone (można też użyć pomidorów nocnych, doprawionych jw. kolendrą);

- chai* w ilości dowolnej;

- sos chilli: zapamiętałam oryginał jako nieco ostrzejszy niż np. słodki sos chilli, ale nie wyraźnie pikantny, więc wymieszałam słodki sos chilli (kupny, ale robiłam też domowy) z ostrą tajską pastą paprykową w proporcji 3:1, tj. łyżeczka pasty na łyżkę sosu; nadałby się też dżem pomidorowy z chilli.

Naany piekłam w wyższej temperaturze niż wcześniej (inny piekarnik ;), tj. 280 st., 3 minuty na kamieniu + minutę pod grillem. To ostatnie nie jest obowiązkowe: mocniej przypieczone placki są twardsze, więc trochę trudniej je złożyć – Dishoomowe były bardziej miękkie - za to mają klasyczne przypieczenia; warto dodać, że też tym razem niczym placków nie natłuszczałam. Upieczone trzymałam owinięte w ściereczkę. Gdy ostatnia partia kończyła się piec, zaczęłam smażyć jaja. Na środku każdego placka ułożyłam po sadzonym, złożyłam naan na ½ i od razu podałam na stół. Najlepiej jeść rękoma. Bardzo polecam dla fanów kuchni indyjskiej/nietypowych śniadań :)!

* W moim odczuciu: smak Indii w szklance, bardziej niż cokolwiek innego...

Zapisz

Zapisz

niedziela, 31 lipca 2016

Choć pod pewnymi względami wciąż trudno mi cieszyć się tym, co zawsze sprawiało przyjemność – typu blog – życie toczy się dalej, nawet jeśli liczba kotów w gospodarstwie domowym jest inna, niż dwa tygodnie temu. I choć wciąż nasłuchuję w nocy, czy to miauczenie na zewnątrz, to nie cienki głos Oscypka, nie mam zbyt wiele nadziei na to, że go jeszcze kiedyś zobaczę poza zdjęciami czy filmikiem nakręconym komórką :(. W międzyczasie oczywiście coś jem i gotuję, nawet kiszę ogórki, które wreszcie (pod wpływem powrotu słońca) postanowiły zacząć dojrzewać, i prowadzimy z M dyskusje na temat technik kiszenia (ostatni wniosek: będą ogórki moje, i ogórki jego). Upiekłam kilka chlebów (w tym jeden łudząco przypominający kształtem rozgniecioną żabę), dwie blaszki jagodzi(ew)anek, popełniłam też wyjątkowo nieudany eksperyment pt. faszerowane placki z mąki gryczanej, które miały wszystkie najgorsze cechy tej mąki. Dla równowagi na dzisiejsze śniadanie była udana bruschetta, która – o dziwo – jakoś wcześniej nie trafiła na bloga (choć była wersja odwrócona, tj. chleb z pomidorem na ciepło, którą też dobrze wspominam).


Oczywiście wiem, że zasadniczo te włoskie grzanki-nie grzanki pojawiają się jako przystawka. Gdy jem je w restauracji, zazwyczaj pierwsze, co czuję, to wyraźny aromat surowego czosnku, który skądinąd bardzo lubię, ale niekoniecznie o ósmej rano. W „Kocham Toskanię” Giulia Scarpaleggia wspomina, że najlepiej pomidory wymieszać z ziołami itd. kilka godzin przed jedzeniem, a ząbek czosnku dodać w całości, by oddał aromat warzywom, ale można go było przed podaniem usunąć. Uwaga słuszna, ja jednak jakoś poranek wolałabym zacząć w ogóle bezczosnkowo ;). Stąd moje pomidory były doprawione minimalną ilością szczypiorku (własnego, który z jakiegoś powodu jest wyjątkowo delikatny) i hojną garścią bazylii. Uwaga, wegan tym też nakarmicie!


Składniki (4 grzanki):

  • 4 kromki czerstwego, ale nie bardzo twardego pieczywa (u mnie wieloziarnisty Komarki)
  • 2 duże, dojrzałe i soczyste pomidory, np. malinowe
  • hojna garść bazylii, u mnie różne odmiany
  • ok. ½ łyżki posiekanego szczypiorku (można pominąć lub zastąpić np. oregano, lub innymi ziołami)
  • sól, pieprz, oliwa

Pomidory drobno posiekać i, uwaga, osączyć z nadmiaru soku na sitku (sok potem wypić lub wykorzystać np. z zupie). Zioła drobno posiekać, wymieszać z osączonymi pomidorami. Doprawić do smaku solą i pieprzem, skropić minimalnie oliwą. Można mieszankę odstawić na kilka h w chłodne miejsce, można wykorzystać od razu nakładając na gorące, opieczone pieczywo (przy powyżej 2 kromkach robię to w piekarniku). Skropić oliwą i od razu podawać – najlepiej w towarzystwie jak najlepszych oliwek (u nas kalamata kupione w W-wie, które przypomniały mi te w Grecji, dzięki którym w ogóle przekonałam się do oliwek…).


Z cyklu śniadanie niedzielne nie tak dawno temu – choć jeszcze zanim zapanowała „wielka smuta” :( - przygotowałam omlet, który nazwałam roboczo „przegląd ogródka”, bazą bowiem była garść warzyw, które przyniosłam z grządki, a wierzch udekorowałam ziołami i kwiatami cukinii. Bazą był przepis z którego zazwyczaj wcześniej korzystałam, ale tym razem nie dodawałam sera, za to masę jajeczną wzbogaciłam (inspirując się lekturą książki Davida Lebovitza) kapką mleka (w wersji bardziej luks może być to także śmietanka) – moim zdaniem to istotny dodatek, wpływający pozytywnie na puszystość i gęstość upieczonego omletu. Okazało się też, że lepiej sprawdza się wyższa temperatura piekarnika.

Składniki (2 większe porcje)

  • 4-5 jaj (białka i żółtka osobno)
  • łyżka mleka/śmietanki
  • sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta gałki muszkatołowej
  • olej
  • garść warzyw (wszystkie lub tylko część): parę liści jarmużu i/lub boćwiny, ok. 2 łyżek wyłuskanego młodego groszku, cebula dymka, kilka cienkich plasterków młodej cukinii
  • garść dowolnych ziół
  • ok. 6-8 kwiatów dyni lub cukinii

Nagrzać piekarnik do 200 st. C (termoobieg lub grill z termoobiegiem), wstawiając od razu blaszkę na 1-2 poziom od góry (moja patelnia wchodzi na 2). Rozgrzać patelnię z niewielką ilością oleju i przesmażyć posiekaną dymkę na średnim ogniu. Dorzucić drobno pokrojone łodygi boćwiny/jarmużu, po ok. 1-2 minutach dodać groszek i cukinię, chwilę przesmażyć, dodać porwane liście jarmużu/cukinii. Gdy warzywa się smażą, wymieszać żółtka z mlekiem lub śmietanką, doprawić szczyptą soli, pieprzu, ew. gałki. Osobno ubić białka na sztywno, następnie delikatnie a stanowczo wymieszać białka z żółtkami. Wylać masę jajeczną na patelnię, na wierzchu rozrzucić zioła i rozłożyć koncentrycznie kwiaty cukinii. Smażyć 1-2 minuty, następnie włożyć patelnię do piekarnika na 1-2 poziom od góry. Piec ok. 7 minut lub aż omlet urośnie i się zezłoci. Natychmiast podawać.


Zapisz

Zapisz

Zapisz

czwartek, 28 kwietnia 2016

Szakszuka na blogu była dwojaka – klasyczna i bakłażanowa. Do tej pory jadłam ją tylko na śniadanie, ew. jeśli trzeba było awaryjnie kogoś późno nakarmić (bo to jednak oczko bardziej wyrafinowanie niż jajecznica ;). Niedawno jednak miałam pęczek pierwszej w tym roku botwinki, którą postanowiłam rozmnożyć za pomocą pomidorów (jako danie obiadowe) na wariant mojej ukochanej "jarzynki". Gdy już składniki bulgotały na patelni, pomyślałam… a właściwie czemu nie wbić w to jaj? I tak oto wyszła kolejna szakszuka.

Składniki:

  • olej/oliwa, ew. z małym dodatkiem masła
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 małe pęczki botwinki z mikro buraczkami, ew. 1 trochę większy
  • 200ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz, koperek
  • 2-4 jaja

Czosnek posiekać, przesmażyć na średnim ogniu na oleju (opcjonalnie z małym dodatkiem masła), dodać posiekaną botwinkę (buraczki obrane/oskrobane i posiekane w kostkę, cała reszta – bardzo z grubsza). Chwilę przesmażyć, skręcić lekko ogień, podlać paroma łyżkami wody i dusić pod przykryciem ok. 10 minut. Dodać pomidory, oprószyć solą i pieprzem, dusić kolejne 10 minut, lub aż buraczki będą wyraźnie miękkie. Sprawdzić doprawienie. Jeśli sos wydaje się za rzadki, odparować kilka minut na mocniejszym ogniu. Zrobić w sosie dołki, wbić jaja, smażyć, aż się zetną (można pod koniec pod przykryciem, ale uważać, żeby nie wyszły na twardo ;). Hojnie posypać koperkiem i podawać od razu, w idealnym świecie – z młodymi ziemniakami lub świeżym pieczywem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna