Śniadania niedzielne są inne od powszednich. Jest więcej czasu na jedzenie, na zaplanowanie: Na co bym miała ochotę?, czy ugotowanie czegoś bardziej skomplikowanego. Mogą być to naleśniki lub zapiekane tosty, zwykła jajecznica, a może...
Tosty z piekarnika
Danie popisowe mojego Taty, gdy byłam mała. Przygotowywał je dość długo, starannie układając warstwy na podściółce z przekrojonej kazjerki. U niego zazwyczaj był majonez, jajo na twardo, ser, czasem cebula w piórkach i pomidor (nawet zimowy po lekkiej obróbce termicznej zyskuje trochę na atrakcyjności). Moja wersja śniadaniowa (bo robię najróżniejsze, blacha takich grzanek pojawiała się też niejednokrotnie na imprezach-domówkach) jest bardziej śródziemnomorska, na przekór śnieżnemu, mroźnemu porankowi (które, żeby nie było, lubię).
Składniki: 4 kromki dowolnego, nieco czerstwego pieczywa, 1 ząbek czosnku, parę kropel oliwy, ulubione suszone zioła, parę plasterków twardego sera - żółty krowi, kozi, dowolny, po plasterku pomidora na kromkę, opcjonalnie: 0,5 łyżeczki ketchupu lub ajvaru na kromkę, suszone pomidory w płatkach
W wersji mniej czosnkowej kromki potrzeć obranym, przekrojonym na 1/2 ząbkiem czosnku. W wersji mocniej antywampirzej, czosnek posiekać, rozdzielić między pieczywo. Skropić oliwą, posypać lekko ziołami. Na zioła położyć plastry sera, na to - opcjonalnie - sos i pomidora, można dodatkowo posypać suszonymi pomidorami w płatkach. Piec ok. 10-12 minut w 190-200 st. C. Można na koniec umieścić bliżej grzałki, ale uważać, by ser się zanadto nie przypiekł. Udekorować przed podaniem listkami mięty lub innych ziół, jeśli są na stanie.
Omlet 2 x pomidor
W sumie, jak się nad tym zastanowić, ten omlet ma sporo wspólnego z powyższymi tostami... Jeden z pierwszych, jakie zjadłam po dłuuugiej przerwie - po Indiach miałam omletowstręt (w ramach przesytu)*. Niestety, patelni, którą można by wstawić do piekarnika, wciąż się nie dorobiłam.
Składniki: masło i oliwa do smażenia, 1/4-1/2 średniej cebuli, ok. 1/2 papryki (u mnie żółta), opcjonalnie: 2-3 pieczarki, 3 duże jaja, sól, pieprz, papryka wędzona, szczypta chilli - opcjonalnie, świeża kolendra - ok. 2-3 łyżek, 4 pomidory suszone, 2-4 plastry pomidora świeżego
Zacząć od rozgrzania niewielkiej ilości masła i oliwy na średniej wielkości patelni. Zeszklić cebulę pokrojoną w piórka, oprószyć lekko solą i dodać drobno pokrojoną paprykę i pieczarki, jeśli używacie. Gdy warzywa zmiękną, dodać roztrzepane jaja, doprawione solą, pieprzem i papryką/chilli, po wierzchu rozrzucić kolendrę, umieścić w równych odstępach pomidory suszone. Smażyć na średnim ogniu, aż jaja będą w 1/2 ścięte. Rozłożyć na wierzchu plastry pomidorów, smażyć, aż omlet się zetnie, co jakiś czas ruszając patelnią. Można znów podać z ajvarem :)
* Ale za to ostatnio naczytałam się wspomnień M. Pagnola, w których co i rusz pojawiają się omlety z pomidorami...
Od wyprowadzki z Warszawy regularnie odwiedzam stolicę (co kilka-kilkanaście tygodni) i już kilkakrotnie stanęłam przed dylematem: Jest bardzo wcześnie rano i jest dzień niepracujący - dokąd na kawę i śniadanie? Bardziej dramatyczne było pytanie: Trwają Święta, wszystko zamknięte, skąd wziąć rano kawę*?! Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami w tej materii.
A więc, najpierw - śniadania.
W dzień powszedni nie ma problemu - wielokrotnie odwiedzałam np. Cafe Zagadka na Elektoralnej (niemal róg Al. Jana Pawła II; moje byłe okolice...). Miejsce czynne pon-pią od 8 rano oferuje kilka prostych zestawów śniadaniowych z kawą i sokiem pomarańczowym w cenie; ceny przyjazne, zaczynają się od ok. 10 zł. Najczęściej wybierałam wersję z twarożkiem. Zdjęć śniadania niestety nie ma, za to mogę pokazać kawałek wystroju wnętrza :)
Niestety w soboty Zagadka czynna od 10... Podobnie jak wiele innych sympatycznych kawiarni - moje ulubione To lubię na ul. Freta, o którym pisałam, i w którym zjadłam już chyba całą taczkę bułeczek z pastami do chleba (można też zjeść rogaliki, vide foto), oficjalnie jest też czynne od 10 (nieoficjalnie podobno od 9:30).
Co jednak, jeśli głód przyciśnie nas wcześniej? Otóż są kawowe sieciówki, z których zasadniczo uznaję głównie Green Coffee, ewentualnieCoffee Heaven (a tej z zielonym logo na S nie uznaję). W zależności od miejsca, są czynne od 6 lub 7 rano (a na lotnisku jeszcze wcześniej). Ciekawa wydaje mi się jednak oferta Delikatesy Esencjana Marszałkowskiej (koło Teatru Rozmaitości, tam, gdzie dawno temu była Cafe Brama - ech, te wieczory przy tanim piwie i mezze ;), w którym to miejscu można w weekendy od 9 (w tygodniu od 8) zainwestować w pełne śniadanie (33 zł), które składa się z bufetu do woli, 1 dania na ciepło, dowolnej kawy/herbaty i soku wyciskanego.
Skosztowałam wędlin (smacznych i w stylu 'swojskim'), świeżej chałki, warzyw, serów; jako danie ciepłe wybrałam jajka w kokilkach (vide pierwsze zdjęcie w poście), których nigdy wcześniej nie jadłam (i mi smakowały, choć jaj w koszulce nie przebiły ;).
Misja druga - kawa.
Rok temu 25 grudnia uznałam, po bezowocnym przeszukaniu internetu przez komórkę, że przy Dworcu Centralnym coś musi być otwarte. Myliłam się. Skończyło się kawą w kawiarni któregoś hotelu w odległości 1km od Dworca - i nie było to doświadczenie godne zapamiętania (do tego stopnia, że nie pamiętam, który to był hotel...). W tym roku przeprowadziłam wcześniejsze netowe badania, i wygląda na to, że: a/są czynne stacje benzynowe, ale to raczej styl napojów kawowych lub kawowopodobnych, b/są wspomniane wyżej hotele ;), ale różnie bywa z jakością (i trzeba się liczyć z nieco wyższymi cenami), c/są otwarte, także 25.12., niektóre wspomniane wyżej sieciówki. Jeśli ktoś ma blisko na Okęcie, na lotnisku kawiarnie działają od świtu ;); my wybraliśmy się do czynnego od 9 rano Green Coffee na 4 piętrze (przy siłowni) bocznego skrzydła hotelu Hilton na ul. Grzybowskiej. Oferta kawiarni jest taka sama, jak innych GC, choć ceny są trochę wyższe, co wiąże się, jak sądzę, z lokalizacją. Za to byli czynni w dzień świąteczny... i serwują przyzwoite (tylko trochę za duże) cappuccino na doppio. Plus migdałowe croissanty, dla tych, którzy muszą jakoś przetrwać 2 godziny do rodzinnego śniadania.
* Nie mam na myśli napojów kawopodobnych z granulek (a kysz), filtru przelewowego (fe) itd. Wierzę tylko w ekspresy ciśnieniowe i maksymalną pojemność cappuccino 200ml. Kawiarki nie posiadam.
PS. Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku ;)
Retro jabłko pojawiło się już wcześniej, ale nie dość, że mam swoich jabłek trochę, to jeszcze dostałam skrzynkę małych i dość brzydkich, choć słodkich i o różowym miąższu. Co zrobić (poza szarlotką)? A na przykład...
Mus jabłkowy co się sam robi (w piekarniku)
Składniki:
Jabłka (ok. 2-3 kilo)
ok. 2-3 łyżek cukru
opcjonalnie: sok z cytryny
Słodkie jabłka - tyle, ile się zmieści na blaszce w piekarniku, więc obstawiam, że coś pomiędzy 2 a 3 kilo - umyć, wydrążyć, ułożyć na lekko wysmarowanej masłem blaszce. Piec 1-1 1/4 godz. w 180 st. C., wystudzić (można zostawić w piekarniku do wystudzenia). Ściągnąć skórki (powinny bdb odchodzić) a miąższ dokładnie rozgnieść; można zmiksować lub przetrzeć. Skosztować i delikatnie dosłodzić, jeśli to konieczne - ja dodałam 2 łyżki cukru na ok. litr musu. Jak wspominałam, owoce miały delikatnie różowy miąższ, który po upieczeniu był zdecydowanie różowy (jak na zdjęciu), nie dodawałam więc soku z cytryny, można jednak nim skropić mus, by nie ściemniał bardziej. Przechowywać w lodówce (myślę, że tak do 2 tygodni), jeść na chlebie, z jogurtem, ciastem, kaszką lub wyjadać łyżeczką prosto ze słoika.
Druga rzecz to coś małego a słodkiego, w sam raz na nadmiar jabłek ;).
Jabłko pod kruszonką (a nawet nad nią...)
Składniki (na 2 porcje):
2 małe jabłka
70g cukru
70g mąki
70g zimnego masła
łyżka brązowego cukru
parę orzechów włoskich
Jabłka umyć, wydrążyć, pokroić każde na ok. 4-6 części. Wysmarować masłem dwie miseczki żaroodporne. Cukier wymieszać z mąką, dodać masło pokrojone w kostkę, wetrzeć w suche składniki na okruchy. Podzielić kruszonkę na 1/2, jedną połowę podzielić między każdą miskę, rozsypując na dnie; na tym umieścić jabłka i orzechy, oprószyć brązowym cukrem. Na wierzchu rozłożyć resztę kruszonki. Piec ok. 25-35 minut w 190 st. C (termoobieg), lub do lekkiego zezłocenia wierzchu.
To śniadanie weekendowe, gdy ma się ochotę na coś innego, niż zwykłe jajko w jakiejś postaci, a w chlebaku leży lekko czerstwy chleb. Przepis zainspirowany Nigellą i Hugh Fearnleyem-Whittingstallem (River Cottage Everyday), ale z wykorzystaniem opisanego powyżej musu.
Smażony chleb + jabłka (na śniadanie)
Składniki (na 2 osoby):
2-3 niewielkie jabłka, umyte, wydrążone, podzielone na ćwiartki
1-2 łyżki musu jabłkowego (domowego lub kupnego; można użyć też marmolady jabłkowej*, lub pominąć)
ok. łyżki brązowego cukru
ok. 5-6 kromek czerstwego pieczywa
2 jaja
60ml mleka
szczypta soli
cynamon mielony
Zacząć od chleba: roztrzepać jaja z mlekiem, dodać sól i szczyptę cynamonu. Umieścić w mieszance chleb, obrócić, odstawić, by dobrze nasiąknął (co najmniej 10 minut); w między czasie zajmiemy się jabłkami. Rozgrzać na patelni ok. łyżki masła, dodać jabłka, przesmażyć na średnim ogniu, obracając co jakiś czas, aż się lekko zrumienią i zmiękną (ok. 5-10 minut). Można je minimalnie podlać wodą, gdyby przywierały do dna. Dodać mus jabłkowy, hojną szczyptę cynamonu, brązowy cukier, wymieszać i przesmażyć jeszcze chwilę. Utrzymywać w cieple, np. nakryć folią, podczas smażenia chleba, do którego potrzebujemy rozgrzać ponownie trochę masła (lub mieszanki masła i oleju/oliwy). Smażyć chleb partiami na średnim ogniu, ok. 2 minut na stronę, aż się ładnie zrumieni; gotowe kromki układać np. na podgrzanym talerzu. Podawać na ciepło; albo osobno jabłka, osobno chleb, albo układać na talerzach "kanapki" z jabłkami.
* Która stanowi ostatnio hit wejść na Coś niecoś z wyszukiwarek ;)
Zazwyczaj przygotowuję śniadanie na autopilocie, tj. nie zastanawiając się (w końcu jest rano...) przygotowuję kanapki z twarogiem lub gotuję owsiankę. Tylko w weekendy bywam bardziej kreatywna. Dziś był wyjątek od tej reguły. Można powiedzieć, że zerknęłam na nieco zwiędłe jabłko i spłynęło na mnie natchnienie ;). Oto proste pieczone owoce dla jednej osoby: niby nic, a jednak coś innego, zwłaszcza w wyjątkowo mroźny (-26 st. C!) poranek. Oczywiście, trzeba mieć na nie chwilę czasu, bo pieką się pół godziny, ale można umieścić je w piekarniku i tymczasem zająć się innymi, porannymi sprawami. Nie różnią się bardzo od pieczonego rabarbaru, który tu pokazywałam.
Składniki:
1 małe jabłko,
1 niewielki banan,
łyżka demerary,
ok. 2 plastrów masła,
ok. 1/4-1/2 łyżeczki przyprawy do piernika lub mielonego cynamonu
parę łyżek jogurtu,
ok. 2 łyżek ulubionych płatków śniadaniowych
Niewielką miseczkę żaroodporną wysmarować masłem. Jabłko umyć i wydrążyć. Miąższ banany pokroić w grube plastry. Ułożyć owoce ciasno w misce. Zasypać cukrem, posypać przyprawą korzenną, obłożyć drobinkami masła. Piec w 200 st. C. ok. 30 min. Wyjąć miskę z piekarnika, owoce rozgnieść widelcem, zmieszać z jogurtem i płatkami. Zajadać :)
Gdy otrzymaliśmy od Madzi patelnię do pankejków prosto z Ameryki, jasne było, że na śniadanie będą amerykańskie naleśniki. Zabawka wygląda bowiem tak:
Aż się prosi, by coś na niej usmażyć :) Skorzystałam z wielokrotnie przerabianego przepisu Nigelli. Od niej także pochodzi pomysł na dodatek boczku i syropu klonowego (Nigella gryzie). Oczywiście dodatki mogą być inne, dowolne - sam syrop, owoce, twarożek, jogurt - co Wam przyjdzie do głowy. Patelnia też może być normalna, choć odkryłam, że zagłębienia ułatwiają przewracanie i zachowanie kształtku pankejków. Z drugiej strony, trochę szybciej się przypalają (co widać trochę na górnym zdjęciu), ale to zapewne kwestia wprawy i oswojenia się ze sprzętem. Najlepiej odbija się wzór małpki i lwa :)
Składniki (dla ok. 4-6 osób, ja robiłam z 1/2): 225g mąki, 1 łyżka proszku do pieczenia, szczypta soli, łyżeczka cukru, 2 duże jaja (roztrzepane), 30g stopionego masła (można użyć oleju roślinnego), 300-330ml mleka, do smażenia: masło lub olej
Ponadto: kilka plastrów wędzonego boczku (ok. 4 na głowę), jak najcieniej pokrojonego, syrop klonowy, ew. inne dodatki Wszystkie składniki ciasta umieścić w blenderze i zmiksować na gładką masę, lub ręcznie roztrzepać w misce/dzbanku. Masa pankejkowa powinna być trochę gęstsza niż na zwykłe naleśniki, ale wciąż lejąca. Jeśli byłaby za gęsta, dodać trochę więcej mleka (ja zawsze muszę dodać z łyżkę-dwie więcej). Nigella sugeruje odstawienie masy na 30 minut, do czego nie zawsze się stosuję. Tym razem można jednak się do tego przynajmniej częściowo zastosować, jeśli chcecie przygotować boczek (w jak najcieńszych plastrach - moje były niestety trochę za grube). Ja umieściłam go na suchej, średnio nagrzanej patelni, wytopiłam tłuszcz, następnie podkręciłam ogień i smażyłam, aż był chrupki. Przełożyłam na talerz wyłożony ręcznikami papierowymi i przykryłam ręcznikiem od góry.
Naleśniki smażyłam na wysmarowanej olejem (można także na maśle) patelni, przewracając je na drugą stronę, gdy pojawiło się dużo bąbelków, co następuje po maksymalnie 1 minucie. Gotowe placuszki przekładałam do miski i trzymałam w cieple, aż usmażyłam wszystkie. Podałam na stół razem z syropem klonowym i boczkiem. Powyżej widać gotowe do spożycia placuszki, obłożone boczkiem i skropione syropem.
A oto inne śniadaniowe naleśniki i placuszki, jakie pojawiły się na blogu:
Myśląc, czym można łatwo wykarmić na śniadanie* kilka osób, powiedziałabym: jajecznicą. Są jednak inne dania śniadaniowe, które świetnie się nadają do porannego wyżywienia większego grona. Jedno z nich zaserwowaliśmy ostatnio przebywającej u nas parze, drugie, w wersji 2/3 proporcji, jedliśmy sami. Mam tu na myśli śniadania wakacyjne czy też weekendowe, kiedy i jedzący, i gotujący mają czas i ochotę na "coś więcej".
Propozycja nr 1: klasyczne naleśniki na śniadanie. Zwykłe, bez spulchniaczy, czyli nie amerykańskie pankejki. Takie, jak w tym przepisie - na 4 dorosłe osoby należy składniki podwoić i najlepiej smażyć jednocześnie na 2 patelniach. Naleśniki układać jeden na drugim, na podgrzanym talerzu, i tak zanieść na stół (vide zdjęcie). Na stół podać dodatki: ser żółty i pleśniowy, twaróg lub gęsty jogurt, szczypior i/lub posiekaną miętę, lubczyk itd., sezonowe owoce (u nas borówki), dżemy/konfitury, miód, cytrynę, cukier i posiekany imbir. Każdy z gości zwija sobie naleśniki zgodnie z własnymi upodobaniami. Polecam szczególnie wersję ser pleśniowy + borówki + kapka jogurtu + mięta, oraz naleśnik "hot ginger lemon honey" - czyli posmarowany miodem, posypany świeżym imbirem i skropiony cytryną: pyszne.
Propozycja nr 2: zapiekanka Croque-monsieur wg Nigelli Lawson, z Nigella Express. Zaskakująco smaczne i sycące, taki wytrawny pudding chlebowy. Plusem jest przygotowanie poprzedniego dnia wieczorem, rano tylko wrzucamy do piekarnika. U mnie z 2/3 składników (tj. 4 kromek chleba, 4 plastrów sera itd.), bez szynki.
Składniki: 6 kromek pełnoziarnistego (lub dowolnego, najlepiej lekko czerstwego) chleba, 75g musztardyDijon (lub innej ostrej), 125g (6 plastrów) sera Gruyere (lub innego wyrazistego żółtego sera), 70g (3 plastry) szynki (pominęłam), 6 jajek, 1/2 łyżeczki soli, 80ml pełnotłustego mleka, 4 łyżki startego Gruyere, Emmentalera lub Cheddara (uwaga jw.), porządny chlust sosu Worcestershire
Posmarować każdą kromkę chleba musztardą, zrobić kanapki za pomocą sera i szynki (jeśli użyjecie) i chleba. Opcjonalnie każdą kanapkę przeciąć na pół, tak by powstały trójkąty. Umieścić kanapki w lekko natłuszczonej foremce żaroodpornej o wymiarach ok. 27x21x6cm (tak czy inaczej, powinna być do foremka, którą kanapki dobrze wypełnią, bez zbytniego luzu). Roztrzepać jajka z solą i mlekiem i wylać na ułożone kanapki. Przykryć folią i umieścić w lodówce na noc. Następnego dnia rano nastawić piekarnik na 200 C i wyjąć foremkę z lodówki, by zawartość doszła do temp. pokojowej. Chleb posypać startym serem, skropić sosem Worcestershire i piec ok. 25 minut.
Z jednej strony, z cytrusami kojarzy mi się raczej zima, zwłaszcza para: Boże Narodzenie i pomarańcze (o czym pisałam w jednym z pierwszych postów na tym blogu). Z drugiej strony, chyba najwięcej cytryn i limonek zużywam latem - do napojów, do doprawiania ryb i drobiu, do deserów - bo są orzeźwiające i pasują do lekkich dań. Takich, jak poniższe placuszki, które znalazłam w książce Sophie Dahl (Miss Dahl's voluptuous delights) i trochę, z konieczności, zmodyfikowałam. Idealne na letnie śniadanie w ogrodzie lub na balkonie.
Składniki (dla 4 osób, u mnie równo z 1/2 składników dla 2): 225g ricotty lub, u mnie, zwykłego twarogu, 2 jaja, 125 ml mleka (u mnie chudego, u Sophie półtłustego), 60g mąki (u Sophie orkiszowej, u mnie pełnoziarnista, drobnomielona Lubella), łyżeczka proszku do pieczenia, łyżka płynnego miodu lub dowolnego cukru (u Sophie syrop klonowy lub z agawy), 2 łyżeczki skórki z cytryny (nie cackałam się i starłam mniej więcej z 1/2 cytryny), 2 łyżeczki oleju (u mnie masła)
Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Żółtka rozetrzeć w misce z twarogiem i mlekiem, dodać mąkę, proszek i miód/syrop/cukier. Białka ubić na pianę, delikatnie domieszać do reszty, dodać skórkę z cytryny. Na patelni rozgrzać olej lub masło i smażyć małe placuszki (po kopiastej łyżeczce) na złoto-brązowy kolor (u mnie bardziej brązowy ;) ok. 1-2 minuty na stronę (widać, że są gotowe do odwrócenia, jeśli jest dużo pęcherzyków i brzeg stały - jak przy innych pankejkach/blinach). Masa jest bardzo delikatna i większe placuszki będą b. trudne do odwracania/przenoszenia (ja nawet z niektórymi małymi miałam problemy), więc warto być cierpliwym i usmażyć więcej mniejszych. Podawać od razu, z dodatkiem jogurtu naturalnego lub twarożku i miodu, bądź z owocami/domowymi przetworami.
Miłośnicy wszelkich naleśników, racuszków, pankejków itd. nie będą zawiedzeni. Te są leciutkie, delikatnie cytrynowe. I nie, te na zdjęciu powyżej nie są spalone, tylko mocno wysmażone ;)
Druga cytrusowa propozycja to lody limonkowe, znów w wykonaniu domowego lodziarza (M). Przepis taki, jak tu(z 1/2 porcji, czyli z 5 żółtek), z tą różnicą, że z pominęciem wanilii, a z dodatkiem - domieszanym na sam koniec, do lodów już schłodzonych w maszynce do lodów - skórki i soku z 2 limonek. Gotowe lody warto wyjąć z zamrażarki do lodówki na 15 minut przed planowanym spożyciem.Jeśli chodzi o smak, to sczerze powiedziałam M, że to jedne z lepszych lodów, jakie do tej pory zrobił - gęste, śmietankowe, ale z mocną nutą cytrusową. Idealne na lato.
Śpiewam na melodię Bye bye blackbird*, najchętniej w wykonaniu Diany Krall:
"Bye, bye rhubarb". Bo nie ulega wątpliwości, że sezon albo się skończył, albo w najlepszym wypadku kończy. Poniższe propozycje zatem albo są na kolejny rok, albo może jeszcze zdążycie, jeśli gdzieś znajdziecie różowe gałązki (u mnie na Mazurach w ogrodzie coś tam jeszcze rośnie).
* Tylko co jakiś czas pociągając nosem, myśląc o zakończeniu Wrogów publicznych i "Tell Billie for me..."
Po pierwsze: crumble, czyli rabarbar pod kruszonką
Składniki: dla dwóch osób: 1 niewielka gałązka rabarbaru na głowę, 2 łyżki cukru, dwa małe naczynka żaroodporne (np. większe tzw. ramekiny), 50g cukru (może być z wanilią), 50g masła, 75g mąki
Rabarbar umyć, drobno pokroić. Nagrzać piekarnik do 190 st. C. Naczynka żaroodporne wysmarować masłem. Do każdego naczynka wsypać rabarbar, posypać cukrem (1 łyżka na 1 łodygę), piec ok. 7-8 minut. Wyjać, skręcić temp. do 180 st. C. Z masła, cukru i mąki zrobić kruszonkę, posypać nią równą warstwą rabarbar (uwaga: u mnie parę łyżek zostało, ale niektórzy lubią jeść kruszonkę na surowo...). Umieścić naczynka z powrotem w piekarniku, piec ok. 25-30 minut (do zezłocenia). Podawać polane śmietanką.
Po drugie: Eton mess, czyli bałagan, z rabarbarem
Standardowo jest z truskawkami. To powinno zaczynać się tak: "Zrób pavlovą, która Ci nie wyjdzie...". A dodatek rabarbaru zainspirowany przepisem Sophie Dahl.
Składniki: 1 nieudana (np. opadła) czekoladova pavlova lub czekoladowe mini-pavlove z 5-6 białek, ew. kakaowe beziki** z 5-6 białek, 1 kg rabarbaru, ok. 5 łyżek cukru (może być z wanilią), ok. 500ml śmietanki 30%, ok. 3-4 łyżek cukru drobnego
** Jak w tym przepisie, tylko dodać pod koniec ubijania 3 łyżki przesianego kakao
Rabarbar myjemy, kroimy w nie za drobną kostkę, umieszczamy równą warstwą w brytfance, zasypujemy cukrem, nakrywamy folią i pieczemy ok. 50-60 min w 190 st. C. Studzimy.
Tuż przed podaniem przygotowaną wcześniej bezę kruszymy niedbale do miski, zostawiając trochę okruchów do posypki. Schłodzoną śmietankę ubijamy, dosładzając do smaku. Mieszamy bezę z ostudzonym rabarbarem i śmietanką, dekorujemy okruchami bezowymi.
Resztki bałaganu przechowane w lodówce o dziwo nie podeszły wodą, tylko się lekko zestaliły (pektyny w owocach?) do konsystencji gęstego jogurtu - więc nie martwcie się, jeśli Wam trochę deseru przypadkiem zostanie.
Po trzecie: jajecznica wg Michela Roux
Danie ze słynnych Jajek. U nas z 1/2 porcji, a sama jajecznica wykonana wg własnego widzimisię. Ciekawe, choć na przyszłość bym jednak co nieco zmieniła.
Składniki (dla 2-3 osób): 100g rabarbaru, 50g cukru, 1 kromka białego chleba, 50g masła/ghee + dodatkowe ok. 2 łyżki do jajecznicy, 3-4 jaja, 2 łyżki śmietany, sól, pieprz
Rabarbar myjemy. 2/3 kroimy w drobną kostkę, resztę w paseczki "wielkości dużej zapałki" (sic; moje były "bardzo dużej zapałki"). Do garnka wlewamy 50ml wody, wsypujemy cukier, wstawiamy na wolny ogień, doprowadzamy do wrzenia. Wrzucamy rabarbar w paseczkach, gotujemy 30 sekund, wyławiamy szumówką i trzymamy w cieple. Syrop znów zagotowujemy, wrzucamy do niego rabarbar w kostkę, gotujemy 45 sekund-1 minutę, tak, aby pozostał twardawy. Odsączamy, odkładamy na bok (a pozostały syrop możemy zlać i po wystudzeniu wykorzystać do napojów).
Chleb kroimy w kostkę (jeśli komuś przeszkadzają skórki, może je wcześniej odkroić, ja tego oczywiście nie zrobiłam). Na patelni rozgrzewamy masło, smażymy kostki chleba do zrumienienia. Grzanki osączamy na papierowym ręczniku.
Z dodatkowego masła i jaj robimy jajecznicę tak, jak lubimy najbardziej (ale ze względu na dalsze składniki lepiej ją mocniej wysmażyć). Pod koniec gotowania dodajemy śmietanę i drobno pokrojony rabarbar. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Podajemy na stół posypane grzankami i większymi kawałkami rabarbaru.
Moje wrażenia odnośnie tego ostatniego dania były mieszane, tj. b. smakował mi nietypowy dodatek rabarbaru w środku jajecznicy, ale różowa posypka na wierzchu - choć b. efektowna - była dla mnie zbyt słodka i gryzła się z pozostałymi smakami. W następnym roku rabarbarowym ;) ją pominę.
W piątek na targu nabyłam wór rabarbaru i surowo zabroniłam panu sprzedawcy (zwanym przez nas "panem od jarmużu" - zgadnijcie, czemu...) go przecinać. Następnego dnia zaczęłam szaleć z przerabianiem. Na pierwszy ogień poszła znowutarta rustykalna (patrz: zdjęcie górne). Podobnie jak w przypadku wersji malinowej, warto zwrócić uwagę, aby mocniej podpiec spód, bo rabarbar ma to do siebie, że puszcza sok. Przechowywana w lodówce tarta może trochę nasiąknąć, ale przy właściwym podpieczeniu spodu nie powinno to przeszkadzać.
Po tarcie zajęłam się koktajlem na śniadanie.
Składniki: upieczony rabarbar z ok. 4 średnich łodyg (metoda jak tutaj), schłodzony, 4 kopiaste łyżki gęstego jogurtu, 4 łyżki mleka, 2 łyżki cukru.
Rabarbar (wraz z wytworzonym sokiem) umieścić w blenderze z jogurtem, mlekiem i cukrem. Zmiksować na gładko. Sprawdzić dosłodzenie i gęstość (ew. lekko rozrzedzić dodatkowym mlekiem). Na zdjęciu udekorowany cząstkami upieczonego rabarbaru.
Na koniec zaś był kompot rabarbarowy - taki, jak poprzednio. Tym razem dałam trochę mniej rabarbaru - 3 duże łodygi, dlatego wyszedł dużo jaśniejszy. Na zdjęciu świeżo przygotowany i wystudzony - przechowywany w lodówce trochę ciemnieje.
Bardzo jestem zadowolona, że to już ta różowa pora roku...
Nie jestem pierwszą blogerką, która zapoznała się bliżej z książką Jajka Michela Roux. Tom znalazłam pod choinką i przejrzałam z dużym zainteresowaniem. Najbardziej moją uwagę przykuły kule niby mozzarelli - jajka gotowane w koszulkach. Tak się składa, że też tuż przed Świętami oglądałam film Julie & Julia, w którym Julie marnuje dobrych kilka jaj zanim wreszcie udaje jej się ugotować jajko w koszulce comme il faut (tj. zgodnie z przepisem Julii Child). Przyznam się, że moja (i M) pierwsza próba także nie była najbardziej udana (tzn. chyba 4 i 5 jajko z podejścia nr 1 zjedliśmy, ale poprzednie nie zachęcały do konsumpcji). Ponieważ jestem uparta, pooglądałam sobie filmiki poglądowe na Youtube, zajrzałam także do Julii Child i na tą stronę, i druga próba została zakończona sukcesem. Oto, co zrobiliśmy, i prawdą jest, że ostateczna metoda nie całkiem zgadza się z przepisem pana Roux...
Składniki: 1 jajko (jak najświeższe) na osobę, woda, biały ocet winny, ponadto: kromki chleba/tosty, ser żółty, opcjonalne inne dodatki: ketchup, szczypior, itd.
Do szerokiego, raczej płaskiego rondla nalewamy wodę do około 7-8 cm wysokości (tak, by jajo było przykryte, ale nie miało bardzo długiej drogi do dna garnka), zagotowujemy z kopiastą łyżką octu. Jaja delikatnie wbijamy do miseczek lub kubeczków (każde jajo osobno), uważając, by nie rozbić żółtka. Gdy woda się zagotuje, skręcamy ogień tak, by płyn wciąż się gotował, ale delikatnie, nie gwałtownie. Bierzemy do ręki miseczkę z jajkiem i delikatnie wlewamy je do wody, najlepiej jak najbliżej powierzchni; gdy tylko wpadnie do środka, od razu delikatnie zagarniamy biało łyżką lub łopatką, nadając mu okrągły kształt. Jednocześnie można gotować ok. 3-4 jaj, w zależności od szerokości rondla. Gotujemy ok. 1,5-2 minuty. Jeśli białko na gotowym jaju jest lekko poszarpane/niekształtne, można je delikatnie przyciąć nożykiem.
My jedliśmy jajka jak widać: na kromkach świeżego pieczywa, z serem żółtym, szczypiorem i ketchupem. Do pierwszej - nieudanej - próby przygotowałam grzanki w piekarniku, z podobnych składników. Jajko w koszulce jest bardzo efektowne i smaczne: jeśli ktoś lubi jajko gotowane na miękko lub sadzone, tą formę z pewnością polubi.