Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Kanada

czwartek, 14 września 2017

Vancouver uchodzi za jedno z miast o najwyższym standardzie życia na świecie, czy takie, co „ma wszystko” - metropolia z dużą ilością zieleni, położona nad morzem, z dostępem do oceanu, otoczona górami (zimą do najbliższych wyciągów jedzie się góra kilkadziesiąt minut). Szklane wieżowce sąsiadują z drewnianymi domami z początków rozwoju miasta. Do tego dość niski poziom przestępczości, ścieżki rowerowe i transport publiczny. Żeby nie było zbyt różowo, ceny nieruchomości obecnie nie są dla wszystkich a bezdomnych trudno nie zauważyć i w centrum, i w parkach. Trudno też uciec od smutnych refleksji na tle etnicznym, do których skłaniają choćby słynne totemy w Stanley Park (jedna z większych atrakcji turystycznych w mieście). Choć Vancouver nie skradło mojego serca tak, jak Nowy Jork, i to mimo tego, że też są budynki w stylu Art Deco*, jest to miasto łatwe w obsłudze przez kilka dni, zwłaszcza jak się mieszka w centrum i można niemal wszędzie dojść na piechotę (ew. dojechać rowerem miejskim, choć warto zaznaczyć, że prawo prowincji BC teoretycznie nakazuje jazdę w kasku, którego przeciętny turysta ze sobą raczej nie ma).

Pierwszą noc po przylocie spędziliśmy w dzielnicy West Point Grey (obok „hippisowskiego” czy też artystycznego Kitsilano), stosunkowo blisko lotniska oraz Jericho Beach. Jest to dzielnica mieszkalna, pełna domów jednorodzinnych z ogrodami i pustych, szerokich ulic ocienionych platanami. W ramach walki ze zmianą czasu poszliśmy jeszcze na krótki spacer nad morze. Było słonecznie, ciepło oraz wyjątkowo cicho, co zwalałam na długi weekend (Labour Day) z pogodą proszącą się o ucieczkę z miasta. Gdy po kilku godzinach snu obudziliśmy się o 2:30, po paru próbach ponownego zaśnięcia wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do całodobowego Lucy’s Eastside Diner. Ponieważ była to sobotnia noc, czy też właściwie nad ranem w niedzielę, w dinerze było całkiem sporo osób, przypuszczam kończących w ten sposób sobotnią zabawę ;). I tak naszym pierwszym kanadyjskim posiłkiem stała się kawa w stylu amerykańskim, wytrawne pankejki podane z pulled pork (!) oraz hash browns, tj. smażonymi ziemniakami. Po posiłku pojechaliśmy na nocne oględziny portu w Prospect Point oraz poszukiwanie wschodu słońca w Stanley Park; efekty widać na zdjęciach. Bonusem był „nasz pierwszy kojot” dostrzeżony z okna samochodu podczas drogi powrotnej do pensjonatu.

Po powrocie ze Squamish obrzeża Stanley Park (konkretnie jezioro Lost Lagoon) oglądałam codziennie podczas porannych przebieżek, bo mieszkaliśmy w dzielnicy West End, w której częściowo pozostawiono XIX w. domy (otoczone oczywiście blokami). Parę moich ulubionych widać na poniższych zdjęciach. W jednym mieści się Roedde House Museum, które polecam miłośnikom vintage, retro i pochodnych. Jest to w gruncie rzeczy mini skansen, tj. dom mieszkalny z odtworzonymi oryginalnymi wnętrzami, z ogromną liczbą akcesoriów z epoki; zwiedza się obowiązkowo z przewodnikiem, starszym wolontariuszem.

Vintage w formie stylu shabby chic (z naciskiem na to pierwsze, tj. obdrapanie i celowy brak renowacji ;) występowało w dwóch kawiarniach, które odwiedziliśmy właściwie przypadkiem, a które polecam i jako źródło napojów/przekąsek, i fanom tego stylu wnętrzarskiego. Jedna to Le Marche St. George, do której podjechaliśmy po zwiedzeniu ogrodów botanicznych Van Dusen. Prowadziłam nas za pomocą mapy Google, zastanawiając się, czy ktoś nie zrobił błędu, byliśmy bowiem znowu na cichym osiedlu domków mieszkalnych, gdzie przynajmniej w naszym kraju kawiarnie rzadko się spotyka. Tymczasem w Kanadzie faktycznie – narożny dom został udekorowany sznurami lampek, które na pewno świetnie znacie ze zdjęć na Pinterest czy Instagramie, na chodniku stoi kilka stolików a wnętrze jest wypełnione starymi szafami i stolikami nie od pary. W szafach stoją artykuły spożywcze do kupienia, typu sól wędzona, lub niszowe kosmetyki, typu mydło na piwie czy ziołowe serum do twarzy. Żeby jednak nie było, że wszystko jest na pokaz, kawa była świetna (bez poprawiania, tj. zmniejszania ilości mleka lub dolewania espresso, bo smutne doświadczenie uczy, że warto przed zamówieniem spytać choćby o wielkość kubka…), kisz smaczny i wypiliśmy nasze pierwsze London Fog, z którego słynie Vancouver. To słodki, mleczny napój herbaciany, trochę jak masala chai bez przypraw, ew. waniliowa bawarka. Ponieważ było ciepło, M zamówił wersję z lodem. W kawiarni panował duży ruch, m.in. przyszedł lokalny policjant, który pożegnał się z obsługą „było pysznie, jak zawsze”, a potem delikatnie zwrócił nieświadomym Europejczykom (tj. nam) uwagę na temat włączania się do ruchu w mieście Vancouver („nie każdy prowadzi tak świetnie jak Pan i dlatego lepiej parkować po prawej stronie drogi, żeby nie przecinać ulicy ruszając”).


Podobną osiedlową kawiarnią, do której trzeba trafić docelowo (np. przez media społecznościowe ;) lub mieszkać w pobliżu, jest Greenhorn, do którego zajrzeliśmy po pierwszym biegu wokół Lost Lagoon. Ponieważ kawiarnia dopiero wówczas się otwierała (o 7 rano), nie spodziewałam się, że gdy następnego dnia udam się tam w deszczu na ulubioną flat white (skądinąd mało w Kanadzie popularną), będę miała problem ze znalezieniem miejsca siedzącego… Podobnie zresztą było w drugim wnętrzu z vintage chic, o którym chciałam wspomnieć, tj. Finch’s w dzielnicy Gastown. Znów padało, a dotarliśmy tam tylko dlatego, że kanapkownia, w której chciałam zjeść lunch, okazała się zamknięta w sobotę (czyli pewnie nastawiona na klientów z pobliskich biur ;). Sam budynek, w którym mieści się kawiarnia, jest wart sfotografowania, jeśli lubi się to, co stare i nieco zapuszczone (ale takie w ogóle jest Gastown, poza pojedynczymi świeżo odnowionymi kamienicami z eleganckimi butikami). Finch’s serwuje napoje, sałatki i rozmaite kanapki – wszystkie przygotowywane na świeżo i smaczne, podawane na kawałku złożonego pergaminu, który potem należy wyrzucić do, uwaga, kosza na odpadki organiczne.

Dodatkowym plusem jest sąsiedztwo (po drugiej stronie ulicy) księgarni The Paper Hound, która jest nr 1 na liście „miejsc do ponownego odwiedzenia, jeśli kiedyś wrócę do Vancouver”. O ile Hatchards jest moją ukochaną księgarnią z nowymi książkami, The Paper Hound w tej chwili zajmuje pierwsze miejsce w kategorii używanych – prawdopodobnie od chwili, gdy zobaczyłam półkę z książkami dla dzieci pt. „gryzoń jako główny bohater”. Polecam też zajrzenie do „książek zakazanych” oraz do szafki z osobliwościami („fałszywe pamiątki rodzinne”). Kończąc temat Gastown, warto jeszcze dodać, że mieści się tam też kilka ascetycznych kawiarni nowego typu, takich dla miłośników alternatywnych metod parzenia i innych trzecich fal (ale w Nemesis flat white dobre też zrobią) oraz... punkty sprzedaży marihuany.

 

Dokąd bym jeszcze wróciła? Do przedstawicieli „kuchni świata”, tj. na taco do La Tacqueria Pinche (nie mam wielkich doświadczeń z kuchnią meksykańską, ale tu smakowało mi wszystko, zwłaszcza mole) oraz do Kingyo, izakaya na Denman St. Restauracji azjatyckich w Vancouver nie brakuje, co jest zrozumiałe, jeśli się przyjrzy mieszkańcom miasta… czy trochę pociągnie nosem: mnie się Vancouver chyba już będzie kojarzyć z zapachem oleju sezamowego ;). Kingyo wybrałam na lunch m.in. dlatego, że znajdowało się kilka minut na piechotę od naszego pensjonatu plus miało dobre recenzje. Nie robiłam rezerwacji, ale w popularnych porach warto; w 20 minut po otwarciu, czyli jeszcze przed 12, załapałam się na ostatni firmowy zestaw bento. Jak wyglądał, widać powyżej. Nie byłabym w stanie powtórzyć dokładnie, co jadłam, poza tym, że były surowe przegrzebki i niemal surowy tuńczyk, i kawałek wieprzowiny, i zupa miso, a wszystko było bardzo smaczne i zaskakująco lekkie.

Trzecim wyborem byłoby miejsce dla miłośników ryb i owoców morza, znana i powszechnie polecana Blue Water Cafe (a ja pierwszy raz o niej przeczytałam na blogu Ani, tj. Jest pięknie). Choć przed kolacją wzdychałam nad dłuuugą listą lokalnych ostryg, ostatecznie podzieliliśmy się wyborem surowych owoców morza dla dwojga, i w ten sposób po raz pierwszy zjedliśmy meduzę (gdybym nie wiedziała co to, powiedziałabym, że makaron ryżowy z – znowu - olejem sezamowym ;) oraz upewniliśmy się, że lubimy ceviche. Drugie dania to tuńczyk (M) i golec (ja), obydwie ryby b. świeże, prosto doprawione a porcje spore; piliśmy także białe wina z regionu Okanagan, w czym mieliśmy pewien cel, o czym następnym razem. Jeśli lubicie ryby/owoce morza, zdecydowanie warto pójść; z Yaletown, gdzie mieści się Blue Water, jest blisko na targ na Granville Island. My go odwiedziliśmy po 9 rano, poszukując kulinarnych pamiątek lub prezentów, i wydawał mi się przyjemnie niezatłoczony w porównaniu do np. Borough Market; w porze lunchu przypuszczam, że ruch jest znacznie większy.

Poza ww. top trójką oczywiście zjedliśmy w jeszcze paru innych restauracjach, które jednak nie załapują się na listę „do powtarzania”, np. w eleganckim Hawksworth (gdzie choć jedzenie smaczne, były problemy z obsługą, które moim zdaniem nie powinny wystąpić zwłaszcza w restauracji tej klasy) czy Forage, słynącym z czysto lokalnej kuchni (gdzie zjedliśmy bizona, kanadyjskie sery i piliśmy produkowane w kraju orzechowe amaretto, bez aromatu gorzkich migdałów). Byliśmy także testować piwa w Steamworks, który w porównaniu z browarami w Squamish jest rozmiarów fabrycznych a mimo to trudno wieczorem o stolik, oraz na koktajlach i ostrygach w Gotham. Śniadań poza domem nie było, gdyż zapewniał je w urozmaiconej i obfitej postaci pensjonat, i… też codziennie w jakiejś postaci pojawiały się ziemniaki ;).

CD, czyli wino i góry, nastąpi.

* Ale powiedzmy sobie szczerze: budynek Chryslera jest jeden, a jak się go zobaczy wieczorem, to już się nie odzobaczy ;).

Zapisz

wtorek, 12 września 2017

Gdy nasza przyjaciółka E. dowiedziała się, że jedziemy do Kanady, powiedziała „syrop klonowy i szopy pracze”. Moje pierwsze skojarzenia byłyby pewnie literackie, bo jako dziecko „karmiona” byłam Curwoodem (nieskutecznie, bo książki przygodowe to nie mój gatunek) i L.M. Montgomery (bardzo skutecznie; do tej pory zdarza mi się odświeżać Błękitny Zamek) . Z tego ostatniego powodu, gdybym miała sama wybrać miejsce docelowe w tym kraju, na pierwszym miejscu byłaby Wyspa Księcia Edwarda. Gdy jednak wyjazd jest tylko połowicznie wypoczynkowy, a część zawodowa wiąże się z Vancouver, człowiek znajduje się na zachodnim wybrzeżu (a całą tą relację pisze przemieszczając się pomału w kierunku Gór Skalistych).

W stolicy Kolumbii Brytyjskiej musieliśmy zatrzymać się na dłużej dopiero na czwarty dzień po przylocie, więc po dość krótkiej nocy w Vancouver (o czym następnym razem) ruszyliśmy na północ wzdłuż wybrzeża. Squamish to popularny cel np. weekendowych wycieczek mieszkańców Vancouver – trudno się dziwić, zważywszy na atrakcyjność miejsca i tylko godzinę jazdy samochodem. Whistler, znany ośrodek narciarski, znajduje się ok. 40 min. dalej. Nasze plany zakładały chodzenie po górach przez trzy dni pobytu, wiele osób jednak przyjeżdża tam na rafting, rowery, kajakarstwo… Możliwości jest wiele, choć natura nie zawsze ułatwia uprawianie sportu: trafiliśmy na wyjątkowo upalną pogodę, pod koniec połączoną z powietrzem zanieczyszczonym dymem z pożarów lasów. O ile na to drugie niewiele mogliśmy poradzić (i dlatego zdjęcia ze szczytu najpopularniejszej góry w okolicy, Stawamus Chief, są wszystkie zamglone), w przypadku pierwszego pomaga jetlag. Przy różnicy czasu 9 godzin, pobudka o np. 2:30 w pierwsze parę dni była dla mnie normą (oznaczało to także, że z wyjścia do restauracji pierwszego wieczoru niewiele pamiętam, bo prawie zasnęłam przy stole ok. 18). Słońce wstawało ok. 6:30, ale koło 6 było już względnie jasno. Tak czy inaczej, już koło 7 rano można było zacząć wędrówkę i w porze największego popołudniowego upału znaleźć się już na dole, by podjechać do jednego z jezior w okolicy (dwukrotnie zaliczyliśmy kąpiel w popularnym Lake Alice – pływanie w orzeźwiającej wodzie po uprawianiu sportu to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie znam).

Jeśli chodzi o same wędrówki, zaliczyliśmy spacer po Murrin Park, który choć mały, z wyżej położonych punktów ma piękne widoki na cieśninę Howe, wejście na Blackcomb (z zjazdem wyciągiem do centrum Whistler – załapaliśmy się na ostatni dzień pracy wyciągu, przy czym bilety na zjazd trzeba kupić… uwaga, wcześniej w dolnej stacji, czyli my musieliśmy kupić je dzień wcześniej, biorąc pod uwagę start o 7) oraz wspinaczkę na środkowy (tzw. drugi) szczyt Stawamus Chief. O ile szlaki w Murrin Park (poza najwyższym punktem) czy na Blackcomb bardzo przypominały ścieżki alpejskie czy nawet bieszczadzkie, Chief, przynajmniej od pewnego momentu, był bliższy Acadii w Maine. Z tą różnicą, że choć w Acadii korzystaliśmy przez chwilę z lin, nie musieliśmy się na nich podciągać, zwłaszcza nie po kawałku pionowej skały ;). Jak zobaczyłam potem klasyczną drabinę do dalszego wspinania się, bardzo się ucieszyłam. Widoki ze szczytu, nawet zaciągnięte dymem, wynagradzają stres i wysiłek (w moim przypadku razem z perspektywą zejścia inną trasą ;).

Innym bonusem, przynajmniej w wybrane dni, jest urocza zielona przyczepka z lodami Alice & Brohm, strategicznie umieszczona przy parkingu koło wejścia na szlak. Lody są zrobione z lokalnych składników, tylko owocowe, w 3 lub 4 klasycznych smakach, co stanowi odświeżającą odmianę po lodziarniach oferujących kilkanaście lub kilkadziesiąt opcji. Duża malina (M) i mała jeżyna (ja) w krajobrazie pustynnym smakowały świetnie.

Wspomniałam wyżej magiczne słowo „restauracja”. W Squamish nie mieliśmy noclegu z wyżywieniem ani możliwością przygotowania sobie posiłku, więc zwiedzaliśmy lokalną gastronomię także w zakresie śniadań. Na głównej ulicy tego swoiście zabudowanego miasta znaleźliśmy dwie przyzwoite kawiarnie z dobrą kawą; ciut lepsza była w The Ledge Community Coffee House, ale za to Zephyr Cafe jest otwarta od 6:30. Dlatego dwukrotnie zjedliśmy w niej śniadanie, przy czym rozmiar tego posiłku jest taki, by dostarczyć paliwo na dobre kilka godzin, nawet dla osób uprawiających sport (w dniu wyjazdu, tzn. bez wędrówki, po dorodnym talerzu granoli nie byłam głodna przez prawie 7 godzin ;). Numerki stolików/zamówień wyznaczają zabawki, typu figurka dinozaura lub Batmana, w środku kawiarni zaś panuje lekki duch hippizmu, który – w moim odczuciu – jest w ogóle wyczuwalny w Squamish, czasem płynnie przechodząc w łagodne hipsterstwo. Objawia się to liczbą szkół jogi oraz koczującymi (i ćwiczącymi) pod Chiefem joginami, sklepami z odzieżą używaną lub ręcznie dzierganą, czy łagodnie uśmiechniętymi długowłosymi osobami w różnym wieku, spacerującymi boso po bardzo rozgrzanym asfalcie lub wędrujących z jumbo matami do – znowu - jogi na plecach. Oczywiście, znalezienie dań weg(etari)ańskich nie jest też problemem. Miasteczko uprawia także ogródek warzywny na cele społeczne, typu bank żywności. Aha, i część przejść dla pieszych jest tęczowa ;), choć to zobaczyłam później także w Vancouver.

Hipsterstwo objawiło się chyba najwyraźniej podczas cotygodniowego targu (farmer’s market) w Whistler, który odwiedziliśmy w ramach kupowania ww. biletów na zjazd w Blackcomb, i w ten sposób wypiliśmy „naszą pierwszą kombuchę”. Gdybym nie wiedziała, że to sfermentowana herbatka, powiedziałabym, że woda gazowana z sokiem ;). Nie wchodząc w szczegóły składników i ich działanie, w gorący dzień smakowała bardzo dobrze.

Z innych lokalnych napojów wypróbowaliśmy dwa miejscowe browary, bo piwowarstwo rzemieślnicze w regionie ma się bardzo dobrze (w Vancouver urządza się np. oficjalne wycieczki po dzielnicy browarniczej, reklamowane choćby w… punkcie wynajmu samochodów). Zestaw 4 niedużych szklanek, czyli tzw. flight, do przetestowania wybranych piw to norma; bardzo podobało mi się, że może obejmować właśnie wybrane piwa, nie narzucone przez bar. W Howe Sound Brewing w centrum Squamish, mieszczącym się niedaleko naszego hotelu, ostatecznie piliśmy tylko piwo (raz testowo, za drugim razem od razu poprosiliśmy o Sky Pilot ;), natomiast w Backcountry Brewing, położonym ok. 3 km w stronę Whistler, zjedliśmy także bardzo smaczną pizzę i sałatkę, choć jak dotarliśmy na miejsce, niezupełnie myślałam o jedzeniu… Trzy kilometry wydają się bowiem dwa razy dłuższe, jeśli się je przejdzie w pełnym słońcu, w temperaturze w cieniu ok. 35 st. C, zacieniona strona ulicy bowiem nie istnieje. Squamish zostało założone niewiele ponad 100 lat temu, budynki są niskie, rozłożone z rzadka na dość dużym obszarze. Samo centrum przypominało mi mocno miasteczko Fortitude z serialu o tej samej nazwie ;). Mimo to cieszyłam się, że obraliśmy je na bazę zamiast Whistler, które postrzegam jako typowy kurort.

CDN., albo wypatrujcie relacji z Vancouver! W między czasie zapraszam na Instagram, także IG Stories.

Zapisz

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna