Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kot

niedziela, 17 lutego 2013

Rok temu zapomniałam o dniu kota - ostatni raz coś z tej okazji napisałam dwa lata temu. Przez ten czas nasza menażeria pozostała, na szczęście, stała... tj. 2 + 2.

Dopiero po dłuższym czasie w jednej kotce zewnętrznej, Popiołce, rozpoznaliśmy Mamę Oscypka vel Serwatkę, ponieważ ściemniało jej futro. I ona, i Karmi/Karmelek (pełne, pierwotne imię brzmiało Karmicielka), mają się dobrze.

Obie są wysterylizowane (zabiegi odbyły się w ostatniej chwili - gdybyśmy się zagapili, mielibyśmy dodatkowo 10 kociąt na stanie...), zaś zimą mają do dyspozycji dom w piwnicy, z dystrybutorem karmy. Popiół jest najmądrzejszym kotem z całej naszej gromady, a Karmelek - wręcz przeciwnie ;) (ex aequo z Oscypkiem, który jest także kotem najbardziej strachliwym).

Oscyp wyrósł na dużego, ale szczupłego kocura. Niestety niekiedy wychodzi z niego damski bokser...

U Bici, seniorki rodu (8,5 roku) bez zmian, tj. huśtawki nastrojów, wchodzenie w dziwne miejsca (ostatnie ulubione miejsce noclegowe - umywalka, może być wilgotna) i nietypowe reakcje (mizianie selera korzeniowego) obecne ;).

PS. Korzystając z okazji: widziałam w tym roku znów Pietera i miał się bardzo dobrze :).

Tagi: kot
13:01, ptasia , Miau!
Link Komentarze (12) »
sobota, 08 września 2012

(Koloseum, Termy Karakalli)

A więc spędziłam tydzień chodząc* po Rzymie, zwiedzając to i owo, fotografując to, co lubię najbardziej (ulice, okna i drzwi). Na ruiny po ok. 3 dniach dniach się uodporniłam, podobnie jak na urocze, zaniedbane kościoły, bo są właściwie w każdym zaułku.

(Centro Storico)

Zazwyczaj, gdy podróżuję, szukam trzech miejsc, które lubię ze względu na ich atmosferę: skansenów, ogrodów botanicznych i cmentarzy. W przypadku Rzymu pod ten pierwszy można podciągnąć ruiny ;); punkt drugi znajduje się w dzielnicy Trastavere, po drugiej stronie Tybru. Orto botanico jest ogromny, z dużym potencjałem, ale jest dość zaniedbany (jak wiele rzeczy w Rzymie, które nie są topowymi punktami turystycznymi). To dobre miejsce, żeby się wyciszyć po hałasie miejskim, podobnie jak - punkt trzeci - cmentarz protestancki (albo "niekatolicki" - acattolico) w Testaccio.

Nekropolia przyciąga pewną grupę turystów miejscami pochówku dwóch poetów romantycznych - Keatsa i Shelleya, mnie ujęła jego zieleń, spokój, wielokulturowość (nagrobki z inskrypcjami w języku angielskim obok szwedzkich, niemieckich czy cyrylicy) oraz... koty, które mieszkają w schronisku przy murze cmentarza (a więc w efekcie i na cmentarzu ;).

Poza ww. fotografowałam także w Rzymie retro szyldy, które są retro nie z wyboru, a dlatego, że wiszą w tych samych miejscach od dawna. Oto mały wybór (Brunetti znalazł się tam nie ze względu na walory estetyczne, a literackie):

Szyld "indyjskiego zakładu fryzjerskiego" sfotografowałam w dzielnicy Esquilino, dwie przecznice od Piazza Vittorio Emanuele II, przy której mieszkałam. To okolica pełna imigrantów (z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej), z czymś w rodzaju małego Chinatown (mikro sklepy sprzedające np. sztuczną biżuterię i koraliki, odzież w neonowych kolorach czy zakłady zajmujące się naprawą... nie wiadomo właściwie, czego), miejscami typu "Indian fast food", wyglądających rodem jak z Bombaju, czy sklepami z żywnością etniczną. Na lokalnym targu są jatki z mięsem halal, pachnie kuminem i curry. Tuż przy Piazza VE II jest także dom towarowy MAS, dzięki któremu można przenieść się w czasie do np. lat 80-tych w Polsce i ówczesnego np. PDT na Woli (ale Wars czy Sawa też do obrazku pasują). Część towarów naprawdę ta sama, podobnie jak ich ekspozycja oraz... zapach w sklepie (zapach kurzu, dużej ilości składowanych, niewietrzonych tkanin i trochę wilgoci plus ogólna "zapyziałość").

Dla kontrastu z Esquilino, doświadczenia zakupowe z dzielnicy Testaccio są mniej egzotyczne. Na lokalnym targu widać pojedynczych turystów (w przeciwieństwie do Campo di Fiori...) a większość kupujących to Rzymianie; można kupić emaliowane naczynia, jak poniżej, najróżniejsze owoce i warzywa, odzież i obuwie nowe lub używane. Można także zjeść coś ciekawego, o czym następnym razem. Więcej zdjęć z targu można znaleźć w rzymskim albumie Coś niecoś na Facebooku.

Shabby chic - targ w Testaccio

Wałęsając się po mieście musiałam coś jeść, prawda? Jako małe przekąski wybierałam najczęściej różne panini (tak, była też "buła z bakłażanem", czyli hit poprzedniego wyjazdu). Testowałam też włoskie wypieki i kolejny raz stwierdziłam, że są one... cóż... najczęściej suche. Wyjątek stanowią cannoli, które nie są pieczone, a smażone. Niedawno odświeżałam Ojca Chrzestnego ("Zostaw pistolet, zabierz cannoli" to chyba jeden z bardziej znanych tekstów z tego filmu, nie mówiąc o złowieszczej roli, jakie te słodycze odegrały w części III), musiałam więc ich spróbować. Jeśli lubicie rurki z kremem lub kremówki**, powinniście być zadowoleni; ja byłam :) (i nawet przeżyłam dodatek nielubianych pistacji, bo na szczęście było ich niedużo w stosunku do kremu z ricotty).

Na szczęście, choć wypieki może nie są włoskim forte, są przecież na świecie lody. Lodziarni jest zatrzęsienie, czynne są do godzin nocnych. Nie odwiedziłam tych najsłynniejszych (jak San Crispino), tylko mniejsze, lokalne, które były po drodze. Choć lody nie są moim ulubionym deserem (w przeciwieństwie do ciast/ciasteczek), przyznaję, że te rzymskie gelati nie były złe ;). Na zdjęciu widoczne orzechowe (z orzechów laskowych; bo jak zawsze zamawiałam tylko te w kolorach ciemnego beżu, tj. kawowe, tiramisu, orzechowe, itd).

I, oczywiście, wyznawałam zasadę, że dzień bez paru espresso = dzień stracony. Z rzadka (rano/przedpołudniem) zdarzało mi się zamawiać cappuccino. Najgorsza kawa była serwowana w hotelu, poza nim nie trafiłam na żadną, która nie byłaby przynajmniej dobra.

Gdybym musiała wybrać najlepsze espresso, byłoby to może to wypite w małej kawiarni przy via della Gatta lub kolejne w barze/delikatesach przy via Nazionale, dokąd wstąpiliśmy kilka godzin przed wylotem. Podobnie jak z lodziarniami, wybierałam raczej te mniejsze lokale w bocznych uliczkach, w których barman wita wchodzących mężczyzn okrzykiem: "Ciao ragazzi!", gdzie kawę pije się przy barze i płaci potem przy kasie.

Nie byłam natomiast zachwycona espresso w słynnej (czyt. opisywanej w przewodnikach i popularnej) Tazza d'Oro - w warunkach polskich nie narzekałabym, ale w stolicy Kraju Najlepszej Kawy było w moim odczuciu zbyt rzadkie (plus obsługa była średnio uprzejma - ciekawe, czy nie jest to wprost proporcjonalne do dużej bliskości Pantheonu...). Z ciekawości można spróbować, ale tylko dla porównania z tym, co piją Rzymianie, a nie turyści.

Tazza d'Oro

* Lub jeżdżąc komunikacją miejską i przekonując się, że trasy autobusów są zaplanowane wg logiki hm, włoskiej. Nie zakładajcie nigdy, że autobus wróci tą samą trasą lub że przystanek po drugiej stronie ulicy to źródło transportu w kierunku powrotnym.

** Jestem z frakcji, która uważa, że kremówki zawierają krem, nie budyń (który znajduje się w napoleonkach).

CDN...

piątek, 22 kwietnia 2011

Wielkanoc tuż, tuż: sprzątacie, gotujecie, kontemplujecie? Niezależnie od zajęć, życzę Wam wszystkim Wesołego Allejuja, smacznych jaj, bab i pasztetów, a także spokoju i odpoczynku. Na zdjęciu okolicznościowym jest jedynie materiał na pisanki, bo te (a właściwie kraszanki?) będę robić na ostatnią chwilę. Do życzeń z pewnością dokłada się Karmi, nasza kotka zewnętrzna, która koniecznie chciała być na zdjęciu (lub dobrać się do jajek :).

A jeśli ktoś szuka przepisów wielkanocnych, znajdzie je tutaj, a tu są różne serniki.

czwartek, 17 lutego 2011

Pisałam o tym święcie dwa i trzy lata temu. Dziś przypomniała mi o nim m.in. Pani Serwusowa. Gdy piszę te słowa, obrażona Bica śpi w drugim pokoju, podczas gdy Oscypek pokłada się na środku kanapy.

Przekopałam się przez archiwum w poszukiwaniu najstarszych zdjęć kotów. Oto Bica tuż po zamieszkaniu z nami (tak, to brązowe coś po prawej stronie zdjęcia to czterotygodniowy kociak, nie np. szczur):

A to Oscypek, w lipcu minionego roku, gdy wraz z rodzeństwem i swoją mamą pomieszkiwał na stogu za naszym domem:


A dziś wyglądają tak, jak u góry, lub poniżej:

Jak to jest mieć dwa koty w domu? Nawet jeśli się specjalnie nie kochają (czyt. Bica nie kocha Oscypka), jednak trochę się sobą zajmują i na swój sposób bawią. Od kiedy ma "brata", Bica nigdy nie obudziła nas nad ranem miaucząc pod drzwiami sypialni. Dokocenie dobrze wpłynęło na jej zachowania społeczne. Minusy to takie, że możemy się spodziewać podwojenia liczby martwych myszy/jaszczurek itd. (ciepłe dni przyniosły przedsmak tych atrakcji). Oscypek ponadto jest mniej wybredny od Bici i je dużo więcej od niej - i nagle się okazało, że trzeba kupować znacznie więcej i karmy, i kociego żwirku, a także pilnować jedzenia zostawionego na blacie, bo może zniknąć...

Jakby tego było mało, dokarmiamy zimą także dwie kotki zewnętrzne:

Nie wiedzą jeszcze, jakie mamy wobec nich plany (z grubsza takie, jak w linku). Przy okazji kociego święta warto poważnie pomyśleć o tym, jak zmniejszyć liczbę kotów trafiających  (lub i nie...) do schronisk, bezdomnych i niechcianych. Profilaktyka to podstawa i należy o tym pamiętać. Oba moje koty domowe są po kastracji/sterylizacji, i kotki dzikie-przydomowe, jeśli jeszcze trochę przy nas zostaną, także będą.

Tagi: kot
12:45, ptasia , Miau!
Link Komentarze (15) »
sobota, 11 grudnia 2010

Gdy wiatr wieje, śnieg sypie, temperatury spadają, a świat za oknem wygląda tak, jak powyżej, koty przyjmują postawę dwojaką:

Kleksy, tj. właściciele kotów, zaś chętnie jadają rozgrzewające zupy. Oto dwie propozycje. Jedna dla mięsożerców, druga, przy zastosowaniu bulionu warzywnego, jak najbardziej wege.

Zupa zimowa z fasolą i kiełbasą (wg The French Kitchen, z moimi zmianami, mianowicie zastąpiłam 2 posiekane marchewki... pieczarkami i dodałam parę suszonych grzybów; wyszło bardzo pożywnie i aromatycznie)

Składniki (na ok. 4-6 porcji):

  • 200g suszonej białej fasoli (u mnie jaś), moczonej przez noc
  • 2 łyżki oliwy
  • 100g wędzonego boczku, pokrojonego w kostkę
  • 2 drobno posiekane cebule
  • 2 drobno posiekane ząbki czosnku
  • ok. 150g pieczarek, pokrojonych w cienkie plasterki
  • 2 łodygi selera naciowego, drobno posiekane
  • litr bulionu drobiowego
  • 1 liść laurowy
  • parę suszonych grzybów (objętościowo ok. 1-1,5 łyżki)
  • sól
  • świeżo mielony czarny pieprz
  • biała kiełbasa/kiełbaski o wadze ok. 350-400g
  • natka pietruszki (do posypki)
Wieczorem dnia poprzedzającego gotowanie zalać fasolę zimną wodą, przykryć, odstawić na noc. Kolejnego dnia odcedzić, przepłukać, umieścić w garnku. Zakryć wodą, zagotować, gotować na małym ogniu ok. 1 godzinę. Odszumowywać w trakcie gotowania, jeśli to konieczne. Ugotowaną fasolę odcedzić, odstawić na bok.

Rogrzać oliwę w rondlu i usmażyć na niej boczek na złoto. Dodać warzywa (najlepiej partiami, najpierw cebulę i czosnek, itd) przesmażyć kilka minut. Zalać całość bulionem, dodać liść laurowy, grzyby i doprawić do smaku. Wymieszać, dodać kiełbasę w całości i gotować ok. 25 minut pod przykryciem. Dodać fasolę, wymieszać i gotować dalsze 10 minut. Wyłowić kiełbasę, pokroić w plastry, umieścić z powrotem w zupie. Podawać całość posypaną posiekaną natką.

Zupa jarzynowo-dyniowa (wariant często robionej przeze mnie jarzynowej-krem, gdzie czasem zamiast dyni dodaję mniej lub więcej przecieru pomidorowego bądź same warzywa, wówczas nie redukując ilości marchewki)

Składniki (na ok. 4 porcje):

  • łyżka-dwie oliwy
  • 1 litr dobrego bulionu (polecam domowy, może być też dobrej jakości warzywny instant),
  • 1 włoszczyzna (bez dwóch marchewek),
  • ok. 500-550g dyni,
  • łyżka koncentratu pomidorowego,
  • płaska łyżeczka kwiatu gałki muszkatołowej (u mnie 1 rozgnieciony kwiatek) lub gałka muszkatołowa do smaku,
  • sól, pieprz
Włoszczyznę (bez dwóch marchewek) obrać, pokroić w plastry (nie muszą być drobne, zupa i tak będzie miksowana. Dynię obrać, pokroić z grubsza w kostkę. Zeszklić na oliwie pora, dodać dynię, przesmażyć chwilę, dodać włoszczyznę. Wymieszać, po chwili zalać bulionem. Zagotować, dodać koncentrat pomidory i gałkę/kwiat gałki muszkatołowej, doprawić do smaku. Wymieszać, skręcić ogień na mały/średni i gotować ok. 45-60 minut, aż warzywa będą całkiem miękkie. Gotową zupę zmiksować, sprawdzić doprawienie. Jeśli będzie za gęsta, lekko rozrzedzić wodą. Można podawać czystą, do picia w kubkach, lub z kleksem śmietany.
niedziela, 07 listopada 2010

Jesień w pełni. Od paru dni mokro i wietrznie. Koty* siedzą na grzejnikach, a my wertujemy Harrisową ("A zobaczmy, jakie ma pomysły na kurczaka"). W efekcie odkryłam parę nowych perełek w mojej, bądź co bądź, ulubionej książce kucharskiej, jaką jest The French Kitchen. Tym razem jednak przepis z tomu 2, tj. The French Market. Danie (Poulet Chasseur) może mało odkrywcze - mięso duszone, grzyby, gęsty sos - ale smaczne. Zastąpiliśmy pieczarki namoczonymi, suszonymi grzybami. Gorąco polecam poszukać świeżego estragonu**, poza pietruszką, do posypania mięsa: anyżowy posmak ciekawie łamie smak. Robiliśmy ponadto danie z 1 kurczaka o wadze ok. 1,5kg, ale składników sosu nie dzieliliśmy na pół.

Składniki (na porcję dla ok. 6-8 osób): 2 łyżki masła, 3 łyżki oliwy, 2 x ok. 1,5kg kurczak, rozebrany na części, sól (do smaku), świeżo mielony pieprz (do smaku), szklanka (ok. 200ml) dowolnych suszonych grzybów, zalanych na ok. 30 min wrzącą wodą i odcedzonych, 2 drobno posiekane szalotki (lub cebula cukrowa), 2 drobno posiekane ząbki czosnku, ok. 3-4 łyżek mąki (w oryginale więcej, ale IMHO więcej nie trzeba), ok. 180 ml wytrawnego białego wina, 400ml bulionu drobiowego (ew. warzywnego), 1 łyżka koncentratu pomidorowego, do podania: garść posiekanej natki pietruszki i (jeśli dostaniecie, a polecam!) estragonu

Rozgrzać masło i oliwę w dużym rondlu/garnku o grubym dnie (a najlepiej w ogóle żeliwnym, jeśli posiadacie). Elementy kurczaka doprawić solą i pieprzem, obsmażać partiami, do zrumienienia, w rondlu, odstawiać na bok. Umieścić w rondlu grzyby, cebulę/szalotki i czosnek, gotować kilka minut. Oprószyć delikatnie i stopniowo mąką, mieszając, aż całość zgęstnieje. Stopniowo dolewać wino, dostępnie dodać bulion i koncentrat. Zagotować. Dodać kurczaka, skręcić ogień na średni/niski i gotować pod przykryciem ok. 30-40 minut, aż mięso będzie całkowicie ugotowane. Podawać posypane pietruszką i estragonem.

Do tego proponuję albo ziemniaki: z wody, puree albo, dla odmiany, pieczone w plastrach. Eksperyment, a okazał się udany. Zazwyczaj piekę w połówkach lub ćwiartkach, w plasterkach robią się jednak a/szybciej, b/wychodzą wyjątkowo chrupkie. Taka alternatywa dla frytek.

Składniki: ok. 8 średnich ziemniaków, oliwa, dwa ząbki czosnku, sól, ulubione suszone zioła (ew. mieszanka ziołowa zawierająca sól)
Piekarnik nagrzać do 220 st. C. Ziemniaki obrać i pokroić na dość cienkie plastry (ew. ziemniaki o cienkiej skórce wystarczy wyszorować i pokroić jw). Średnią płaską blaszkę lub naczynie żaroodporne wysmarować dokładnie oliwą, rozłożyć ziemniaki równą warstwą. Posypać drobno posiekanym czosnkiem, solą i ulubionymi suszonymi ziołami - ja użyłam przyprawy pt. zioła włoskie, która już zawiera sól, skropić oliwą. Wstawić do nagrzanego piekarnika, piec 15 minut, skręcić temperaturę do 200 st. i piec dalsze 15 minut.

** Mam estragon w ogródku ziołowym. Niestety już trochę zmarzł i dzisiaj np. niespecjalnie dałoby się zerwać do zjedzenia, ale jeszcze tydzień temu nie było źle. Tak wygląda kieszeń pełna estragonu:

* Uświadomiłam sobie, że nie pochwaliłam się na blogu faktem, że się dokociliśmy. Rozmnożenie inwentarza nie było planowane, koci maluch z chorym okiem się jednak przyplątał i nie mieliśmy serca go zostawić. Przeżył podróż do W-wy i z powrotem, oko jest zaleczone, a ponieważ nikt go nie chciał - został z nami. Oto nasz Oscypek w wersji jesiennej...

... oraz wygrzewający się na słońcu:

czwartek, 06 maja 2010

Plim, plam, plusk, plask - pada deszcz. Nie mam zasadniczo nic przeciwko, choć gdyby było ciut cieplej, byłoby milej. Na pocieszenie: tarta na obiad lub małe co nieco.  Dość lekka, bo z sosem bezjajecznym i bezserowym. Obiadowo proponuję podać z zieloną sałatą z winegretem.

Składniki: ok. 160-170g ulubionego ciasta kruchego (moje maślankowe, jak zawsze), do wyłożenia foremki ok. 27 cm średnicy; na farsz:  300g filetów z łososia bez skóry (najlepiej dzikiego), 200ml wytrawnego białego wina lub cydru, 1 mały por, liść laurowy, 2 szczypty soli, ok. 150g śmietany 18% (może być 1:1 z jogurtem greckim lub bałkańskim), 2-3 łyżeczki ostrego chrzanu, ok. 1/2 pęczka koperku, łyżeczka kaparów w soli

Przygotowanym, schłodzonym i rozwałkowanym ciastem kruchym wyłożyć foremkę, schłodzić ok. 30 minut, nakłuć i podpiec ok. 9-10 minut z obciążeniem (fasola np.) i drugie tyle bez obciążenia w 190 st. C (najlepiej na kamieniu).

Gdy tarta się piecze, przygotować farsz. Zagotować wino/cydr z liściem laurowym i porem w grubych plastrach w dość płytkim a szerokim garnku, dodać umyte filety rybne i lekko posolić (2 szczypty soli). Gotować na średnim ogniu pod przykryciem ok. 8 minut (10, jeśli filety są bardzo grube). Wyłowić rybę i pora z wina, przełożyć do miski i rybę lekko rozdrobnić widelcem. Wymieszać dobrze ze śmietaną, chrzanem, posiekanym koperkiem i posiekanymi drobno kaparami. Sprawdzić doprawienie, ale kapary powinny wystarczająco całość zasolić, a chrzan zaostrzyć. Gotowy farsz wyłożyć na podpieczony spód, całość piec jeszcze ok. 25 minut w 190 st. C.

A jako bonus kicia na oknie, za którym pada... Na parapecie zaś przed kotem mój miejski gródek ziołowy, edycja 2010 ;).

niedziela, 14 marca 2010

Grüss Gott! Wróciłam! Chleb z dożywionego zakwasu (i austriackiej mąki) rośnie na blacie, pranie się suszy, ja zaś sklejam zdjęcia na mozaiki, by pokazać Wam parę tegorocznych 'pocztówek' z Salzburgerland. A zatem...

Po pierwsze: przyroda. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Sportgastein, strumień w Kötschachtal i tamże widok na góry oraz Zell am See (dokąd pojechaliśmy na wycieczkę - na nartach kiepsko, ale zakupy owocne).

Zdjęcia nieco monotonne i monochromatyczne, bo śnieg - skały - kamień - lód, ale jak się pojechało w góry zimą, nie można się niczego innego spodziewać ;)

Po drugie: dekoracje i styl, o którym co nieco pisałam. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: kurczaczki wielkanocne przed kwiaciarnią (Zell am See), dekoracja przed domem w Kötschachtal, stragan z najróżniejszym kolorowym 'badziewiem' w Salzburgu i malowane talerze w barze (Graukogel).

Po trzecie: architektonicznie. Zawsze miałam słabość do fotografowania okien lub drzwi. Od lewej: dom w Zell am See, kapliczka niedaleko hotelu Grüner Baum w Kötschachtal,  nieczynny pawilon przy kasynie i Grand Hotelu w Bad Gastein.

Po czwarte: ulice i pasaże. Od lewej: Salzburg (niedaleko wjazdu na zamek), Zell am See (bulwar nad jeziorem) i ponownie centrum Salzburga.

Po piąte: właśnie Salzburg, do którego kolejny raz pojechaliśmy na jeden dzień. I znów poszliśmy do kościoła Św. Błażeja i na cmentarz. I do kawiarni.

Skoro o stylu i narodowym lokalu austriackim mowa, oto kilka impresji kawiarnianych: wnętrze Cafe Advocat ('wygląda lepiej na zdjęciach niż na żywo' - jak uznał towarzyszący nam F.) w Bad Gastein i front Cafe Furst w Salzburgu:

Jak przy kawiarniach jesteśmy, to trochę posłodzę. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Germknödel, z cynamonem i miodem, tort śmietanowy z malinami (z ww. Cafe Advocat) i bajaderka z różowym lukrem (z Cafe Furst).

Jeśli chodzi o jedzenie nie-słodkie, oto mała próbka: Kasnockn' (zapiekane spaetzle vel galuszki), Gulaschsuppe i oczywiście kawa - tu duża czarna, tj. Grosser Brauner.

I wreszcie: tegoroczne 'koty w podróży', a więc nasza dzielna podróżniczka Bica oraz bracia Max i Pieter z Graukogla. Max był kiedyś taki mały... a Pieter od zeszłego roku legowiska nie zmienił, za to nieco jeszcze 'zmężniał'.

Do jedzenia w Austrii jeszcze wrócę, nie martwcie się ;)

środa, 17 lutego 2010

Przepis znalazłam u Tatter i czym prędzej wypróbowałam. Chleb spod znaku PPP: pyszny, pachnący i prosty - róbcie, róbcie! U mnie w wersji bez drożdży. Dzięki temu oraz dzięki ziemniakom powinien być długo świeży. Wejdzie do stałego repertuaru.

225g ugotowanych ziemniakow, przepuszczonych przez praskę lub inaczej rozgniecionych
2 łyżki masla (u mnie oliwa, bo masło wyszło)
115g aktywnego zakwasu zytniego razowego 100% hydracji
100g wody z gotowania ziemniakow
350g białej pszennej mąki chlebowej
1/4 łyżeczki drozdzy instant (opcjonalnie i ja pominęłam)
2 łyżeczki soli (posoliłam tak, jak zazwyczaj, wodę do gotowania ziemniaków i wydawała mi się mocno słona, już nie dawałam więcej soli)
1/2 łyżeczki mielonego kminku (opcjonalnie - dałam mieszankę kminku, kopru włoskiego i kolendry, czyli mieszankę "Hausbrot" Kotanyi)

Ziemniaki połączyłam z masłem (oliwą). Do miski włożyłam zakwas i rozmieszałam go z wodą. Dodałam mąkę pszenna (w tym momencie też należy dać drożdże i dodatkową sól, jeśli używacie), przemieszałam i dodałam ziemniaki oraz kminek. Wyrobiłam gladkie, delikatnie scisłe ciasto. Zostawiłam do wyrosnięcia w ciepłym miejscu, az podwoiło objętość (ok. 2,5 godzin, w trakcie 1 raz odgazowałam).  Ciasto wyłożyłam na stół i odgazowałam. Ukształtowałam bochenek i włożyłam złączeniem do dołu go do koszyka wyłożonego pergaminem. Odstawiłam do wyrośnięcia na 2,5 h. Godzinę przed pieczeniem rozgrzałam piec z kamieniem do 230C. Wyrośnięty bochenek szybko nacięłam i włożyłam razem z pergaminem (wciąż się nie dorobiłam łopaty) do naparowanego pieca. Piekłam z parą przez 10 minut, nastepnie obniżyłam temperaturę pieca do 210C i piekłam kolejne 15 minut. Dopiekałam ok. 5 min w 200C. Wystudziłam na kratce.

A poniżej widać, że coś niecałkiem dokładnie rozgniotłam ziemniaki (górna kromka):

Jako bonus, z racji dzisiejszego święta - Dnia Kota - oto, co robi Bica, gdy M pracuje na komputerze (pod kocem są jego nogi). Nie wiem, czy muszę dodawać, że u mnie tak nie siedzi, no, ale wiadomo kogo kot kocha najbardziej...

środa, 23 grudnia 2009

Już trzecie Święta bloguję. I znów chciałabym Wam życzyć, by było Wam smacznie i pogodnie. By nie tylko Święta, ale cały rok był pełen szczęścia i miłości. By Wam się dobrze żyło, ot co (w tym jadło i gotowało :). I żeby już więcej nie smęcić, przekazuję, jak rok temu, pałeczkę Bice. Oto kot wpatrzony w świeżo ustawioną choinkę, w towarzystwie jemioły:

A także w ulubionej zabawie: miłość do "laleczek voodoo" nie gaśnie, więc targanie ich po podłodze (najlepiej pod choinką) zakończone topieniem w misce z wodą jest wciąż jak najbardziej na czasie.

Trochę czerwonej włóczki i tyle radości :)

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna