Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kot

piątek, 22 kwietnia 2011

Wielkanoc tuż, tuż: sprzątacie, gotujecie, kontemplujecie? Niezależnie od zajęć, życzę Wam wszystkim Wesołego Allejuja, smacznych jaj, bab i pasztetów, a także spokoju i odpoczynku. Na zdjęciu okolicznościowym jest jedynie materiał na pisanki, bo te (a właściwie kraszanki?) będę robić na ostatnią chwilę. Do życzeń z pewnością dokłada się Karmi, nasza kotka zewnętrzna, która koniecznie chciała być na zdjęciu (lub dobrać się do jajek :).

A jeśli ktoś szuka przepisów wielkanocnych, znajdzie je tutaj, a tu są różne serniki.

czwartek, 17 lutego 2011

Pisałam o tym święcie dwa i trzy lata temu. Dziś przypomniała mi o nim m.in. Pani Serwusowa. Gdy piszę te słowa, obrażona Bica śpi w drugim pokoju, podczas gdy Oscypek pokłada się na środku kanapy.

Przekopałam się przez archiwum w poszukiwaniu najstarszych zdjęć kotów. Oto Bica tuż po zamieszkaniu z nami (tak, to brązowe coś po prawej stronie zdjęcia to czterotygodniowy kociak, nie np. szczur):

A to Oscypek, w lipcu minionego roku, gdy wraz z rodzeństwem i swoją mamą pomieszkiwał na stogu za naszym domem:


A dziś wyglądają tak, jak u góry, lub poniżej:

Jak to jest mieć dwa koty w domu? Nawet jeśli się specjalnie nie kochają (czyt. Bica nie kocha Oscypka), jednak trochę się sobą zajmują i na swój sposób bawią. Od kiedy ma "brata", Bica nigdy nie obudziła nas nad ranem miaucząc pod drzwiami sypialni. Dokocenie dobrze wpłynęło na jej zachowania społeczne. Minusy to takie, że możemy się spodziewać podwojenia liczby martwych myszy/jaszczurek itd. (ciepłe dni przyniosły przedsmak tych atrakcji). Oscypek ponadto jest mniej wybredny od Bici i je dużo więcej od niej - i nagle się okazało, że trzeba kupować znacznie więcej i karmy, i kociego żwirku, a także pilnować jedzenia zostawionego na blacie, bo może zniknąć...

Jakby tego było mało, dokarmiamy zimą także dwie kotki zewnętrzne:

Nie wiedzą jeszcze, jakie mamy wobec nich plany (z grubsza takie, jak w linku). Przy okazji kociego święta warto poważnie pomyśleć o tym, jak zmniejszyć liczbę kotów trafiających  (lub i nie...) do schronisk, bezdomnych i niechcianych. Profilaktyka to podstawa i należy o tym pamiętać. Oba moje koty domowe są po kastracji/sterylizacji, i kotki dzikie-przydomowe, jeśli jeszcze trochę przy nas zostaną, także będą.

Tagi: kot
12:45, ptasia , Miau!
Link Komentarze (15) »
niedziela, 07 listopada 2010

Jesień w pełni. Od paru dni mokro i wietrznie. Koty* siedzą na grzejnikach, a my wertujemy Harrisową ("A zobaczmy, jakie ma pomysły na kurczaka"). W efekcie odkryłam parę nowych perełek w mojej, bądź co bądź, ulubionej książce kucharskiej, jaką jest The French Kitchen. Tym razem jednak przepis z tomu 2, tj. The French Market. Danie (Poulet Chasseur) może mało odkrywcze - mięso duszone, grzyby, gęsty sos - ale smaczne. Zastąpiliśmy pieczarki namoczonymi, suszonymi grzybami. Gorąco polecam poszukać świeżego estragonu**, poza pietruszką, do posypania mięsa: anyżowy posmak ciekawie łamie smak. Robiliśmy ponadto danie z 1 kurczaka o wadze ok. 1,5kg, ale składników sosu nie dzieliliśmy na pół.

Składniki (na porcję dla ok. 6-8 osób): 2 łyżki masła, 3 łyżki oliwy, 2 x ok. 1,5kg kurczak, rozebrany na części, sól (do smaku), świeżo mielony pieprz (do smaku), szklanka (ok. 200ml) dowolnych suszonych grzybów, zalanych na ok. 30 min wrzącą wodą i odcedzonych, 2 drobno posiekane szalotki (lub cebula cukrowa), 2 drobno posiekane ząbki czosnku, ok. 3-4 łyżek mąki (w oryginale więcej, ale IMHO więcej nie trzeba), ok. 180 ml wytrawnego białego wina, 400ml bulionu drobiowego (ew. warzywnego), 1 łyżka koncentratu pomidorowego, do podania: garść posiekanej natki pietruszki i (jeśli dostaniecie, a polecam!) estragonu

Rozgrzać masło i oliwę w dużym rondlu/garnku o grubym dnie (a najlepiej w ogóle żeliwnym, jeśli posiadacie). Elementy kurczaka doprawić solą i pieprzem, obsmażać partiami, do zrumienienia, w rondlu, odstawiać na bok. Umieścić w rondlu grzyby, cebulę/szalotki i czosnek, gotować kilka minut. Oprószyć delikatnie i stopniowo mąką, mieszając, aż całość zgęstnieje. Stopniowo dolewać wino, dostępnie dodać bulion i koncentrat. Zagotować. Dodać kurczaka, skręcić ogień na średni/niski i gotować pod przykryciem ok. 30-40 minut, aż mięso będzie całkowicie ugotowane. Podawać posypane pietruszką i estragonem.

Do tego proponuję albo ziemniaki: z wody, puree albo, dla odmiany, pieczone w plastrach. Eksperyment, a okazał się udany. Zazwyczaj piekę w połówkach lub ćwiartkach, w plasterkach robią się jednak a/szybciej, b/wychodzą wyjątkowo chrupkie. Taka alternatywa dla frytek.

Składniki: ok. 8 średnich ziemniaków, oliwa, dwa ząbki czosnku, sól, ulubione suszone zioła (ew. mieszanka ziołowa zawierająca sól)
Piekarnik nagrzać do 220 st. C. Ziemniaki obrać i pokroić na dość cienkie plastry (ew. ziemniaki o cienkiej skórce wystarczy wyszorować i pokroić jw). Średnią płaską blaszkę lub naczynie żaroodporne wysmarować dokładnie oliwą, rozłożyć ziemniaki równą warstwą. Posypać drobno posiekanym czosnkiem, solą i ulubionymi suszonymi ziołami - ja użyłam przyprawy pt. zioła włoskie, która już zawiera sól, skropić oliwą. Wstawić do nagrzanego piekarnika, piec 15 minut, skręcić temperaturę do 200 st. i piec dalsze 15 minut.

** Mam estragon w ogródku ziołowym. Niestety już trochę zmarzł i dzisiaj np. niespecjalnie dałoby się zerwać do zjedzenia, ale jeszcze tydzień temu nie było źle. Tak wygląda kieszeń pełna estragonu:

* Uświadomiłam sobie, że nie pochwaliłam się na blogu faktem, że się dokociliśmy. Rozmnożenie inwentarza nie było planowane, koci maluch z chorym okiem się jednak przyplątał i nie mieliśmy serca go zostawić. Przeżył podróż do W-wy i z powrotem, oko jest zaleczone, a ponieważ nikt go nie chciał - został z nami. Oto nasz Oscypek w wersji jesiennej...

... oraz wygrzewający się na słońcu:

czwartek, 06 maja 2010

Plim, plam, plusk, plask - pada deszcz. Nie mam zasadniczo nic przeciwko, choć gdyby było ciut cieplej, byłoby milej. Na pocieszenie: tarta na obiad lub małe co nieco.  Dość lekka, bo z sosem bezjajecznym i bezserowym. Obiadowo proponuję podać z zieloną sałatą z winegretem.

Składniki: ok. 160-170g ulubionego ciasta kruchego (moje maślankowe, jak zawsze), do wyłożenia foremki ok. 27 cm średnicy; na farsz:  300g filetów z łososia bez skóry (najlepiej dzikiego), 200ml wytrawnego białego wina lub cydru, 1 mały por, liść laurowy, 2 szczypty soli, ok. 150g śmietany 18% (może być 1:1 z jogurtem greckim lub bałkańskim), 2-3 łyżeczki ostrego chrzanu, ok. 1/2 pęczka koperku, łyżeczka kaparów w soli

Przygotowanym, schłodzonym i rozwałkowanym ciastem kruchym wyłożyć foremkę, schłodzić ok. 30 minut, nakłuć i podpiec ok. 9-10 minut z obciążeniem (fasola np.) i drugie tyle bez obciążenia w 190 st. C (najlepiej na kamieniu).

Gdy tarta się piecze, przygotować farsz. Zagotować wino/cydr z liściem laurowym i porem w grubych plastrach w dość płytkim a szerokim garnku, dodać umyte filety rybne i lekko posolić (2 szczypty soli). Gotować na średnim ogniu pod przykryciem ok. 8 minut (10, jeśli filety są bardzo grube). Wyłowić rybę i pora z wina, przełożyć do miski i rybę lekko rozdrobnić widelcem. Wymieszać dobrze ze śmietaną, chrzanem, posiekanym koperkiem i posiekanymi drobno kaparami. Sprawdzić doprawienie, ale kapary powinny wystarczająco całość zasolić, a chrzan zaostrzyć. Gotowy farsz wyłożyć na podpieczony spód, całość piec jeszcze ok. 25 minut w 190 st. C.

A jako bonus kicia na oknie, za którym pada... Na parapecie zaś przed kotem mój miejski gródek ziołowy, edycja 2010 ;).

niedziela, 14 marca 2010

Grüss Gott! Wróciłam! Chleb z dożywionego zakwasu (i austriackiej mąki) rośnie na blacie, pranie się suszy, ja zaś sklejam zdjęcia na mozaiki, by pokazać Wam parę tegorocznych 'pocztówek' z Salzburgerland. A zatem...

Po pierwsze: przyroda. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Sportgastein, strumień w Kötschachtal i tamże widok na góry oraz Zell am See (dokąd pojechaliśmy na wycieczkę - na nartach kiepsko, ale zakupy owocne).

Zdjęcia nieco monotonne i monochromatyczne, bo śnieg - skały - kamień - lód, ale jak się pojechało w góry zimą, nie można się niczego innego spodziewać ;)

Po drugie: dekoracje i styl, o którym co nieco pisałam. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: kurczaczki wielkanocne przed kwiaciarnią (Zell am See), dekoracja przed domem w Kötschachtal, stragan z najróżniejszym kolorowym 'badziewiem' w Salzburgu i malowane talerze w barze (Graukogel).

Po trzecie: architektonicznie. Zawsze miałam słabość do fotografowania okien lub drzwi. Od lewej: dom w Zell am See, kapliczka niedaleko hotelu Grüner Baum w Kötschachtal,  nieczynny pawilon przy kasynie i Grand Hotelu w Bad Gastein.

Po czwarte: ulice i pasaże. Od lewej: Salzburg (niedaleko wjazdu na zamek), Zell am See (bulwar nad jeziorem) i ponownie centrum Salzburga.

Po piąte: właśnie Salzburg, do którego kolejny raz pojechaliśmy na jeden dzień. I znów poszliśmy do kościoła Św. Błażeja i na cmentarz. I do kawiarni.

Skoro o stylu i narodowym lokalu austriackim mowa, oto kilka impresji kawiarnianych: wnętrze Cafe Advocat ('wygląda lepiej na zdjęciach niż na żywo' - jak uznał towarzyszący nam F.) w Bad Gastein i front Cafe Furst w Salzburgu:

Jak przy kawiarniach jesteśmy, to trochę posłodzę. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Germknödel, z cynamonem i miodem, tort śmietanowy z malinami (z ww. Cafe Advocat) i bajaderka z różowym lukrem (z Cafe Furst).

Jeśli chodzi o jedzenie nie-słodkie, oto mała próbka: Kasnockn' (zapiekane spaetzle vel galuszki), Gulaschsuppe i oczywiście kawa - tu duża czarna, tj. Grosser Brauner.

I wreszcie: tegoroczne 'koty w podróży', a więc nasza dzielna podróżniczka Bica oraz bracia Max i Pieter z Graukogla. Max był kiedyś taki mały... a Pieter od zeszłego roku legowiska nie zmienił, za to nieco jeszcze 'zmężniał'.

Do jedzenia w Austrii jeszcze wrócę, nie martwcie się ;)

środa, 17 lutego 2010

Przepis znalazłam u Tatter i czym prędzej wypróbowałam. Chleb spod znaku PPP: pyszny, pachnący i prosty - róbcie, róbcie! U mnie w wersji bez drożdży. Dzięki temu oraz dzięki ziemniakom powinien być długo świeży. Wejdzie do stałego repertuaru.

225g ugotowanych ziemniakow, przepuszczonych przez praskę lub inaczej rozgniecionych
2 łyżki masla (u mnie oliwa, bo masło wyszło)
115g aktywnego zakwasu zytniego razowego 100% hydracji
100g wody z gotowania ziemniakow
350g białej pszennej mąki chlebowej
1/4 łyżeczki drozdzy instant (opcjonalnie i ja pominęłam)
2 łyżeczki soli (posoliłam tak, jak zazwyczaj, wodę do gotowania ziemniaków i wydawała mi się mocno słona, już nie dawałam więcej soli)
1/2 łyżeczki mielonego kminku (opcjonalnie - dałam mieszankę kminku, kopru włoskiego i kolendry, czyli mieszankę "Hausbrot" Kotanyi)

Ziemniaki połączyłam z masłem (oliwą). Do miski włożyłam zakwas i rozmieszałam go z wodą. Dodałam mąkę pszenna (w tym momencie też należy dać drożdże i dodatkową sól, jeśli używacie), przemieszałam i dodałam ziemniaki oraz kminek. Wyrobiłam gladkie, delikatnie scisłe ciasto. Zostawiłam do wyrosnięcia w ciepłym miejscu, az podwoiło objętość (ok. 2,5 godzin, w trakcie 1 raz odgazowałam).  Ciasto wyłożyłam na stół i odgazowałam. Ukształtowałam bochenek i włożyłam złączeniem do dołu go do koszyka wyłożonego pergaminem. Odstawiłam do wyrośnięcia na 2,5 h. Godzinę przed pieczeniem rozgrzałam piec z kamieniem do 230C. Wyrośnięty bochenek szybko nacięłam i włożyłam razem z pergaminem (wciąż się nie dorobiłam łopaty) do naparowanego pieca. Piekłam z parą przez 10 minut, nastepnie obniżyłam temperaturę pieca do 210C i piekłam kolejne 15 minut. Dopiekałam ok. 5 min w 200C. Wystudziłam na kratce.

A poniżej widać, że coś niecałkiem dokładnie rozgniotłam ziemniaki (górna kromka):

Jako bonus, z racji dzisiejszego święta - Dnia Kota - oto, co robi Bica, gdy M pracuje na komputerze (pod kocem są jego nogi). Nie wiem, czy muszę dodawać, że u mnie tak nie siedzi, no, ale wiadomo kogo kot kocha najbardziej...

środa, 23 grudnia 2009

Już trzecie Święta bloguję. I znów chciałabym Wam życzyć, by było Wam smacznie i pogodnie. By nie tylko Święta, ale cały rok był pełen szczęścia i miłości. By Wam się dobrze żyło, ot co (w tym jadło i gotowało :). I żeby już więcej nie smęcić, przekazuję, jak rok temu, pałeczkę Bice. Oto kot wpatrzony w świeżo ustawioną choinkę, w towarzystwie jemioły:

A także w ulubionej zabawie: miłość do "laleczek voodoo" nie gaśnie, więc targanie ich po podłodze (najlepiej pod choinką) zakończone topieniem w misce z wodą jest wciąż jak najbardziej na czasie.

Trochę czerwonej włóczki i tyle radości :)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Bo wreszcie śnieży! Wreszcie jakieś oznaki zimy na świecie! Światełka mrygają na regale, z głośników zawodzą moje ulubione kolędy (Alibabki i spółka, lata 70-te - bardzo specyficzne, ale jak się człowiek wychował...). Kot obserwuje, jak się bielą świerczki sąsiadów za oknem. W sam raz pora na ciasteczka owsiane z białą czekoladą i żurawiną, które bardzo dawno temu pokazywałam na blogu i które gorąco polecam. Nie tylko na zimę, ale faktem jest, że przepis pochodzi z "Gwiazdkowej" części Feast. Według Nigelli, to "idealna przekąska między posiłkami, i taka zdrowa, bo z płatkami owsianymi"... Też się tak łudzę. Dobrze, że przynajmniej nikt nie twierdzi, że są ciasteczka są dietetyczne :)

Przy okazji podzielę się patentem na przechowywanie cukru brązowego (drobnego, typu muscovado), który występuje w przepisie. Jak wiele osób korzystających z tego cukru zauważyło, pozbawiony hermetycznego opakowania błyskawicznie twardnieje na kamień. Dobrą metodą na utrzymanie miękkiej struktury jest przechowywanie go nie tylko w szczelnym pojemniku, ale także umieszczenie wewnątrz kawałka skórki mandarynki lub pomarańczy i jej regularne wymienianie. Działa :)

A dla miłośników Bici: kot, ciasteczka i śnieg za oknem.

czwartek, 19 listopada 2009

Zrobiło się cieplej i z różnych zakamarków wyszły muszki i robaczki. Bica zapamiętale na nie poluje, a jak upoluje, to cóż... Przecież nie zostawi. A oto jak to wygląda w skrócie (mało dynamicznie, bo muszka sama się podłożyła, tj. przysiadła na złudnie jasnej ryzie papieru):

Przyznaję, że ostatnie zdjęcie najbardziej mi się podoba :)

Tagi: Bica kot
12:04, ptasia , Miau!
Link Komentarze (14) »
czwartek, 12 marca 2009

Rok temu na nartach sfotografowałam dwa koty w ośrodku Graukogel, niedaleko Bad Gastein: o jednym myślałam, że jest kotką, drugi wyglądał wyraźnie męsko. W tym roku mogłam się przekonać, co z tego ostatniego wyrosło: wielki, czarny kocur, wylegujący się na specjalnym hamaku w barze przy środkowej stacji wyciągu (przy drugim zdjęciu zaparował mi aparat):

Od kelnerki dowiedziałam się, że kocur nazywa się Peter (Pieter), a drugi, pusty koci hamak należał do jego brata: z rysopisu sądząc, tej właśnie "kotki", którą rok temu fotografowałam. Brat Piotrusia nazywa się Max, ale choć kilka razy odwiedziłam bar, nigdy go nie spotkałam. Jak powiedział M., z pewnością znalazł sobie lepszą miejscówkę - na przykład w kuchni.

A to już koci łobuziak w Lienz: siedział pod karmnikiem dla sikorek, który się kołysał, a kot się oblizywał - hm...

PS. Przyznaję, że trochę zaniedbałam bloga, ale można powiedzieć, że zbierałam materiały... Zresztą, wyjazd zbliża się do końca i wkrótce wszystko wróci do normy.

 
1 , 2
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki