Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Londyn

środa, 09 marca 2016

7 lat minęło jak jeden dzień… Tzn. 7 lat od ostatniego pobytu w Londynie. Jeszcze wcześniejsze miały miejsce w poprzednim stuleciu. W związku z tym podczas czterech dni spędzonych w brytyjskiej stolicy w dużym stopniu odwiedzaliśmy to, co znane a dawno niewidziane. Taki był powrót do kościoła St. Bartholomew's, który ostatni raz widziałam w rusztowaniu; na cmentarz Highgate, który zwiedzałam prawie 20 (!) lat temu w upale, a teraz trzęsąc się z zimna; do działu ceramiki V&A (Muzeum Victorii i Alberta), który w 2009 r. był w trakcie renowacji. Jak zawsze rozczuliłam się na widok Nelsona na Trafalgar Square (jak byłam mała, uwielbiałam ten pomnik – chyba fascynował mnie kontrast między wysokością kolumny na „malutką” postacią na górze).

To nie znaczy, że klasyczne zwiedzanie nie objęło niczego nowego: spełniłam swoje marzenie, tj. wieczór w operze w Covent Garden. Co prawda, marzenie zakładało obejrzenie baletu, ale to już jakaś ostatnio prawidłowość, że z baletami mi nie po drodze terminowo. Trafiłam też po raz pierwszy do National Portrait Gallery. Swego czasu zaliczyłam większość londyńskich muzeów, ale to akurat pominęłam, uznając za nieinteresujące („nie lubię biografii”). Wątpię, bym tam wróciła, bo faktycznie niezupełnie jest to moja bajka (wciąż nie lubię biografii), ale nie sposób nie podziwiać brytyjskiego muzealnictwa: wykonania, przygotowania, a przede wszystkim kopalni wiedzy oraz materiałów za tym stojącej. Podczas krótkiej i pobieżnej wizyty paru ciekawych rzeczy się dowiedziałam (choćby na temat kobiet-pionierek w służbie zdrowia, tj. Mary Seacole – mniej znanej, niż Florence Nightingale – czy Elizabeth Garrett Anderson). Zupełnie przypadkiem (poszukując prezentu urodzinowego) trafiłam też do Hatchards, tj. „najstarszej księgarni Wielkiej Brytanii”. Nie ukrywam, że choć regularnie kupuję prawdziwe (papierowe) książki i nie uznaję czytników, robię to właściwie wyłącznie internetowo. Często też kupuję używane książki. Hatchards wygląda jednak tak, jak powinna wyglądać moim zdaniem księgarnia: ma kilka pięter, drewniane schody, jest ciemna, ciekawe pozycje są wyłożone zachęcająco na małych stolikach. W dziale podróżniczym stoi kolekcja globusów. Aż chce się zwinąć w kłębek w fotelu w kącie i czytać. Aha, i witryna jak z Dickensa.

Kultura kulturą, ale co z jedzeniem? Tu także było parę udanych powrotów i kilka wyczekanych nowości. A więc wróciliśmy na Borough Market, który choć także w częściowym remoncie, jest i większy, niż parę lat temu, i znacznie bardziej popularny. Mając na uwadze komfort zwiedzania może lepiej wybrać się rano? W porze lunchu w niektórych miejscach było nieprzyjemnie tłoczno, a kolejka do Monmouth Coffee, które chciałam odwiedzić, mnie niemile zaskoczyła (jeszcze bardziej zdziwiona byłam, że była dwukrotnie dłuższa, gdy wróciliśmy pod kawiarnię po zjedzeniu obiadu). Powrót na Borough oznaczał także powrót do Wright Brothers, i ostrygi były tak dobre, jak je zapamiętaliśmy (lub nawet lepsze), drugie dania jednak nierówne. Poprzedniego wieczora była także inna reaktywacja: kolacja w Harwood Arms, które w kilka miesięcy po tym, jak je odwiedziłam stało się „jedynym jednogwiazdkowym pubem”. Gwiazdkę przez te lata utrzymali i w moim odczuciu zasłużenie: wciąż w menu wyróżniają się ciekawe podroby/nietypowe mięsa (perliczka w dwóch postaciach, gołąb) i na drugim miejscu ryby/owoce morza. Do kart deserów niestety nie doszliśmy (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Obsługa jak poprzednio (i jak zresztą zazwyczaj w Londynie) przemiła, tym razem francuska.



Teraz nowości: po pierwsze, Nopi. Jak może pamiętacie, jestem fanką Jerusalem i choć ogólnie chciałam spróbować wydania restauracyjnego kuchni Ottolenghiego, miałam też pewne obawy (w skrócie takie, że ideał sięgnie bruku). Na szczęście, okazało się, że jest smacznie (nawet jeśli nie oszałamiająco). Formuła „małych dań” z zasady mi odpowiada, bo pozwala więcej przetestować. Z czterech dań, które spróbowaliśmy, pasowało nam zasadniczo każde, z naciskiem na dwa z nich (w przypadku M – sernik wytrawny, w moim – raki). A jednak nie wiem, czy bym chciała to powtórzyć, przy czym myślę o formule/klimacie restauracji, która nawet w części na parterze (indywidualne stoliki, piętro niżej jest tylko jeden wspólny stół – coś, czego osobiście nie lubię) jest mało intymna. Posiłek przebiega sprawnie, ale z konieczności dość szybko, bo już inni goście czekają na stoliki.



Po drugie: Ducksoup. O bio winiarni z ciekawym jedzeniem czytałam kilka tygodni przed wyjazdem, M jednak kręcił nosem, że wolałby coś innego, np. etnicznego. Ponieważ jednak do wybranej indyjskiej restauracji z sieci Dishoom była kolejka na 1,5 godziny czekania (!), spróbowaliśmy szczęścia kilka ulic dalej właśnie w Ducksoup. Miejsce jest ciemne, głośne i małe (a przede wszystkim wąskie: miałam skojarzenia z hiszpańskimi barami), ale o dziwo, znalazły się dwa miejsca na stołkach przy kontuarze. Do win bio szczerze mówiąc jeszcze się nie przekonałam – te w tej restauracji też wydawały się, hm, specyficzne, a spróbowaliśmy trzech różnych – ale bardzo smakowało mi jedzenie. To co mnie od jakiegoś czasu najbardziej interesuje, to prosta (ale nie przaśna) kuchnia z jak najlepszych składników. Tu próbowaliśmy m.in. jagnięcego serca, doprawionego bliskowschodnio, i młodego kurczaka gotowanego w mleku z szalotkami (oba dania na liście „do odtworzenia”).


Tyle, jeśli chodzi o główne posiłki, zostały jeszcze te pomniejsze. I tu powód, czemu słodycze nas w Harwood Arms nie kusiły: zjedliśmy wcześniej podwieczorek. Duży podwieczorek. W hotelu Savoy (który został wybrany drogą eliminacji, bo polecany przez Anię Claridge's był zajęty a termin mieliśmy tylko jeden i dość wąski). Innymi słowy, poszliśmy na klasyczne, tradycyjne afternoon tea, czyli coś, co co kusiło mnie od dawna. Teraz mogę z zadowoleniem pozycję skreślić na liście i… już nie powtarzać. Jak wygląda herbatka w Savoyu? Siedzi się w Thames Foyer na niskiej kanapce lub wyściełanych krzesłach i w ciągu ok. dwóch godzin konsumuje: kanapki w pięciu smakach (najbardziej smakował mi łosoś oraz kurczak z curry, tj. coronation chicken, najmniej pasta jajeczna), scones i clotted cream, drobne wypieki francuskie oraz ciasto. Ilość: do oporu, w miarę możliwości (my się oszczędzaliśmy, a i tak było nam odko), to samo dotyczy uzupełnianej herbaty. Nie jest to, w moim odczuciu, szczyt rozkoszy kulinarnych (najsmaczniejsze były wybrane kanapki i scones, bo wypieki jadałam znacznie lepsze), a raczej ciekawe doznanie kulturowe. Miłym zaskoczeniem było to, że sala (całkiem zresztą pełna) była zajęta nie przez np. grupy azjatyckich turystów, a raczej rodziny z dziećmi, matki z córkami, zakochane pary czy przyjaciół świętujących urodziny. Wiem, że są tacy, którzy regularnie (np. co rok, lub jak tylko mają okazję) wybierają się na odświętny podwieczorek, „kolekcjonując” w ten sposób słynne hotele lub restauracje, ale mnie jednorazowe zaspokojenie ciekawości wystarczy ;).


Po podwieczorku jest kolacja, a po wieczorem, po kolacji… Nie wiem, czy uwierzycie, ale piwo wypiłam tylko raz. Poszliśmy za to do nietypowego baru, w moim odczuciu pozycji obowiązkowej dla fanów klimatów retro i lat 40-tych. Mowa o Cahoots, które kryje się (dosłownie) przy Carnaby St w dawnym schronie z czasów wojny, a jest urządzone jak powojenna stacja metra, w której przypadkiem znalazł się bar. Z klimatyczną kartą drinków (m.in. sekcja „gwiazdy i gwiazdeczki”, a tam drinki nazwane na cześć Judy Garland czy Katherine Hepburn), mówiącą slangiem obsługą i innymi smaczkami (m.in. w toalecie leci program radiowy na temat cockneya). Rezerwacja jest konieczna – bez niej trzeba czekać na wejście bliżej nieokreślony czas.

Rano, zwłaszcza po dłuższym wieczorze a przed ciężkim dniem (spędzonym np. na targach – czasem trzeba zająć się pracą), może przydać się konkretne śniadanie. Choć wybraliśmy się na tzw. full English (klasyczne śniadanie w angielskim stylu, fasolka, boczek i s-ka, które zjadł M, bo ja zobaczyłam w karcie peklowaną wołowinę - salt beef - z jajkiem w koszulce…), topowym śniadaniem okazało się to w Dishoom (o którym wspomniałam wyżej). Sadzone jajo owinięte naanem to pomysł tak prosty a genialny, że nie wiem, jak wcześniej mogłam o tym nie słyszeć. Do tego dwie szklanki pysznego, pikantnego masala chai (które „nigdy się nie kończy”), sos chilli i krótko grillowane pomidory z kolendrą.

Chai? A co z kawą? Moja „googlomapa” składała się głównie z gęsto utkanych żółtych oznaczeń mniej lub bardziej znanych hipsterskich kawiarni. Ostatecznie zaliczyliśmy tylko trzy, a kawa (espresso) smakowało mi najbardziej we wspomnianym wyżej Monmouth – ale tym przynajmniej pozornie mniej obleganym na Covent Garden. Ogólnie jednak kawiarni w Londynie jest bardzo, bardzo dużo, a w popularnych miejscach jeszcze więcej.

Na koniec warto wspomnieć o pamiątkach z podróży, bo wiadomo, że spożywcze też przywiozłam. Skromnie, bo tylko parę sztuk ;) (chyba, że nasiona się liczą?) z Borough Market: dwa brytyjskie sery ze wspaniałego sklepu Neal's Yard Dairy oraz, bo jestem niepoprawna, dwa słoiki przypraw: baharat, której kiedyś mi już brakowało, oraz mahleb.

A teraz, jak już wszystko spisane, ciekawa jestem, kiedy kolejny powrót? Po cichu mam nadzieję, że szybciej niż za 7 lat ;).

sobota, 02 maja 2009

I ostatni wpis na temat stolicy nad Tamizą, głównie fotograficzny.

Na początek parki - widoczki z Kensington Gardens...

... i piękna glicynia (wisteria) na budynku w Notting Hill.

W kręgu napojów: w porze lunchu przed pubem obok Borough Market - ładna pogoda i zakaz palenia sprawiają, że wiele osób stoi na zewnątrz...

... a w pubie można napić się piwa (np. stout czy bitter) i zjeść pie (na zdjęciach pub w okolicy Charing Cross).

Podczas poprzedniego pobytu w Londynie (10 lat temu!) piłam pierwszą coffee to go, z Pret-a-Manger, do którego do tej pory mam sentyment (i uważam, że mają całkiem smaczne jedzenie i niezłe latte). Między 1999 a 2009 jest taka różnica, że teraz każda kawa na wynos musi być fairtrade i z mlekiem organicznym, a czasem dodatkowo na kubku jest cała powiastka:

Odwiedziliśmy także Muzeum Victorii i Alberta, jedno z naszych ulubionych miejsc (ale dział ceramiki - ciągnący się kilometrami, i zazwyczaj zupełnie pusty - jest niestety w remoncie). Poszliśmy tam także do kawiarni w tzw. Morris, Gambler and Poynter rooms, noszących nazwy od ich projektantów. Mój ulubiony pokój to ten zielony, sygnowany przez Williama Morrisa (bo zresztą b. lubię też prerafaelitów). Wewnątrz panuje półmrok, więc poniżej widok z fleszem i bez:

Zbliżenie na witraż...

Oraz co w "sali Morrisa" jadłam: cream tea, czyli herbatę w towarzystwie scone, clotted cream (bardzo, bardzo gęsta, właściwie maślana śmietana - b. podobna do tureckiego kaymaku) i dżemu pomarańczowego.

Tu zaś parada z okazji dnia Św. Jerzego (obchody w połączeniu z urodzinami Szekspira trwały cały weekend):

I fasada domu, który mi się podobał (okolice Tate Gallery):

PS. I jeszcze jedno: wspomniałam w poprzednim wpisie, że James McAvoy szkolił się w Le Gavroche do roli w Makbecie (2005, wersja BBC). Otóż wspomniałam to dlatego nieprzypadkowo, że podczas pobytu w Londynie mieliśmy przyjemność zobaczyć Jamesa w teatrze, w Three Days of Rain, i niektórzy czekali później przy wyjściu dla aktorów,  powiedzieli do niego 2 zdania i zdobyli autograf: ha! Dowodem na wydarzenie jest poniższe nienajlepsze zdjęcie, ale M robił znad głowy, więc należy mu wybaczyć. McAvoy podpisuje autografy na lewo, obok niego Nigel Harman, także grający w sztuce.

czwartek, 30 kwietnia 2009

Odwiedziłam w Londynie trzy godne polecenia restauracje. Każda z nich jest o nieco innym profilu i klasy.

Na początek odwiedziliśmy Wright Brothers, specjalizujących się w rybach i owocach morza, przy Borough Market. Najlepiej zarezerwować wcześniej (miejsce jest niewielkie i popularne) stolik na lunch, ale najpóźniej o 14:30 - kuchnia działa do 15. Nie ma menu w formie drukowanej, tylko wypisane jest kredą na 3 tablicach: jedna jest listą dań dnia, druga: dań regularnych (patrz: zdjęcie u góry), a trzecia: wszystkich rodzajów ostryg, serwowanych w restauracji.

 

Trochę jak w moim ukochanym Prufrocku T.S. Eliota: "... sawdust restaurants with oyster shells". Tu trocin nie ma, ale skorupek ostryg znajdzie się sporo.  I na naszych stołkach barowych jedliśmy ostrygi, konkretnie te z Colchester, popijane cydrem (ja) i białym winem (M), a później był dziki labraks z Kornwalii z pyszną drobną fasolką dla mnie, i fish pie dla M.

Kolejny posiłek zjedliśmy w Harwood Arms, tzw. gastropubie, ulokowanym na końcu cichej uliczki w Fulham. Nie jest to raczej miejsce dla wegetarian, czy właściwie jest to miejsce dla mięsożerców, bo choć jakieś dania bezmięsne się znajdą, jest ich niewiele (tu jest przykładowe menu). Szef kuchni bawi się tradycyjnymi mięsami i daniami, tworząc autorskie i często niecodzienne wersje znanych dań. Jedliśmy jako przystawkę deskę delicji z królika  (zdjęcie poniżej) -  rodzaj terrine (haslets), smażone łopatki, mięso duszone/pieczone (?) i mini kebaby, podane z "herbatą z majeranku", która smakowała jak wywar grzybowy (i poza majerankiem, grzyby w niej pływały).

Następnie spróbowałam tarty cebulowej na ciepło - mimo małej porcji przystawkowej, farsz tarty był gęsty i tak treściwy (oraz przepyszny), że nie czułam niedosytu. M jadł jagnięcinę. Na koniec chcieliśmy spróbować czarnej treacle tart, ale niestety podobno "wyszła" podczas lunchu. Jak zapewniła nas bardzo miła Polka, która nas obsługiwała, jest to wyjątkowy deser, lżejszy od tradycyjnej treacle tart. Może następnym razem, albo może ktoś z czytelników się załapie...?

I na koniec uwaga, uwaga: odwiedziliśmy Le Gavroche, czyli dwie gwiazdki Michelina, bracia Roux (tak, ci bracia Roux) i miejsce, w którym mój ulubiony aktor, James McAvoy, się szkolił przygotowując do roli w Makbecie (ta ostatnia uwaga nie jest przypadkowa, jak wyjawię innym razem). Zdjęć niestety nie będzie, bo wewnątrz restauracji jest dyskretnie przytłumione światło (czyt. półmrok), poza tym nie wiem, jak by przyjęto tam pstrykanie fotek. Zdarzało mi się bywać w eleganckich restauracjach, ale nie takich. To wyjątkowe doświadczenie, i kulinarne, i pod względem obsługi. Jedynym miejscem, w którym tyle osób by koło mnie tańczyło, odsuwało stół, bym mogła wygodnie usiąść, z pobłażliwą miną kładło mi serwetkę na kolanach i prowadziło do toalety, bym przypadkiem się nie zgubiła, były Indie - przy czym indyjska obsługa to Gavroche w krzywym zwierciadle. Kelnerzy w tej restauracji są nienaganni; wydawało mi się podczas posiłku, że chyba wiem, jak to bywało mieć dobrą służbę, która odczytuje każdy najmniejszy twój gest, każdy sygnał niewerbalny lub nawet wyczuwa, że dopiero masz zamiar taki sygnał wysłać. A, i mówi między sobą po francusku.

Wybraliśmy menu exceptionnel, czyli menu testowe złożone z 8 dań (plus amuse bouche na początek). M do każdego dania miał inne wino, ja na początku piłam mój ulubiony aperitif wszechczasów, czyli Kir Royal, i do kolejnych dań poprosiłam tylko 1 kieliszek wina białego i 1 czerwonego (bo i tak planowałam testować to, co dostał M :) Wina były niesamowite, każde inne, każde albo doskonałe i niezwykłe (np. lekko słodkawe czerwone do fois gras), albo po prostu bardzo dobre. A jedliśmy... uff, nie wiem, czy wszystko pamiętam, a menu na stronie internetowej jest trochę inne. Na amuse bouche były mini placuszki krabowe i mini-krakersy rybne (po 1 sztuce), później sałatka z homara podana na listku cykorii, mini suflet serowy (aż trudno uwierzyć, że można stworzyć coś tak lekkiego - to chyba będzie niedościgniony wzór sufletów), małże św. Jakuba, zapiekane langustynki i ślimaki (czyli 1 ślimak i 2 langustynki na osobę; i tu miałam jedno zastrzeżenie, mianowicie zwłaszcza ślimak był pyszny, ale sos zdecydowanie za słony), foie gras na ciepło podane z kawałkiem kaczki, doprawione wszystko cynamonem (wciąż nie lubię foie gras, niezależnie od tego, co się z nim zrobi i bardzo się ucieszyłam, że była to porcja mini), jagnię mleczne (tu miałam pewne rozterki, hm, natury moralnej), sery (które się wybiera samemu z ogromnego stołu... i ser kozi, który jadłam, był boski), wybór deserów (4 różne, m.in. mus - chyba - cytrynowy, wspaniały deser czekoladowy i zbyt alkoholowa mini babka ponczowa) i kawa z ptifurkami (mini ptysie i mini makaroniki z kremem). Ufff. Pomimo porcji mini, wyszliśmy, czy też wyturlaliśmy się, jak dwie oszołomione baryłki, oczywiście odprowadzani do drzwi przez szereg kelnerów. Wizyta w tej restauracji to coś, co z pewnością będę długo pamiętać, i - IMHO - to doświadczenie, którego nie powinno się nadużywać, nie tylko ze względu na ochronę portfela (bo jak domyślacie się, nie jest to restauracja niskobudżetowa :), ale ze względu na to, by nie spowszedniało.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Podczas weekendu w Londynie zwiedziłam Borough Market, raj dla smakoszy czy szerzej pojętych miłośników jedzenia. Miejsce jest mocno promowane przez tzw. celebrity chefs, np. Jamie'ego Olivera, i chyba stało się już atrakcją turystystyczną. Na szczęście, nie jest to miejsce tylko dla turystów: w porze lunchu przy straganach z daniami na wynos roiło się od Londyńczyków chcących zjeść popołudniowy posiłek, a prezentowany towar nie obejmuje jedynie artykułów delikatesowych. Można kupić, poza produktami z Francji i Hiszpanii czy ręcznie robionymi czekoladkami, warzywa, ryby czy mięso. Sklepy z tym ostatnim obejrzałam z zawiścią, bo osobiście uważam, że w Polsce są supermarkety, jatki na targach i niewiele pośrodku. Sklepów z ladami chłodniczymi, w których możesz wybrać mięso dokładnie takie, jakie chcesz (a nie takie, jakie jest), lub gdzie sprzedawcy dzielą sami tusze i możesz poprosić sprzedawcę, by ukroił to, co chcesz, w taki sposób, jak chcesz, nie znam (i jeśli ktoś zna, chętnie się dowiem, gdzie można je znaleźć). Co zupełnie już nierealne, gdyby miały świeżą jagnięcinę...

Tymczasem trochę wspomnień fotograficznych. Niestety, część targu (Green Market) była nieczynna, z niewiadomych powodów, i parę stoisk w czynnej części była też zamknięta.

  • Sery francuskie:

  • Ryby i owoce morza:

  • Szyld The Ginger Pig:

  • Martwa natura grzybno-ziołowa:

  • Dżemiki...

  • Masła...

  • ... i sole w Real France. Kupiłam tą z ziołami prowansalskimi i z glonami ;)

  • Tył stanowiska z oliwkami:

  • Pieczywo w The Flour Station:

  • Soki i inne przetwory owocowe, głownie jabłkowe. Piłam ciepły sok jabłkowy z cynamonem.

  • Niebieskie (czy tak naprawdę fioletowe) ziemniaki. Na straganie było ok. 8 różnych rodzajów tego warzywa.

  • Cydry. Pani nalewa nam wytrawny do 2 pintowej butelki plastikowej, takiej jak na mleko (która niestety lekko, ale na szczęście tylko lekko, po wylądowaniu w PL okazała się nieszczelna - czyt, walizka pachniała cydrem i trochę się lepiła na dnie...).

Pobyt na Borough Market zakończyliśmy obiadem w bardzo fajnej restauracji, o której opowiem kolejnym razem :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Zagadka będzie chyba dość prosta: gdzie byłam w miniony weekend :)?

Gdyby to było niejasne, kolejne zdjęcie powinno rozwiać wątpliwości:

Kto pierwszy odpowie?

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna