Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Londyn

piątek, 21 września 2018

W tym roku uzbierało się już sporo podróży (a to jeszcze nie koniec…); niemal bezpośrednio po górskim urlopie wylądowaliśmy na kilka dni w Londynie. Dla niektórych był to wyjazd głównie służbowy, inni mogli po kilku h pracy trochę pochodzić po mieście… i pojeść ;), a przez cztery dni tych posiłków wychodzi całkiem sporo! Innymi słowy, mam kolejny adresownik londyński, jako uzupełnienie lub weryfikację poprzedniego zbiorczego wpisu.

Dokąd w Londynie pójść…


  • … na śniadanie:

Jeśli szukacie czegoś rano bardziej konkretnego, zwłaszcza a) na ciepło, b) czynnego od 8 rano w weekend (w tygodniu od 7:30), polecam The Breakfast Club. Odwiedziłam dwukrotnie to w Soho (na D’Arblay St), za każdym razem było smacznie, sympatycznie (ale nie liczcie na pogaduszki, bo obsługa jest zabiegana – dosłownie!) i całkiem sprawnie/szybko. Jeśli chcecie coś małego, polecam owsiankę, cała reszta jest bowiem spora lub wielka (np. jajkami po benedyktyńsku spokojnie nasycą się dwie osoby, o ile nie umierają z głodu), ale o to tam chodzi ;). Jedyny minus to taki, że lokal zapełnia się błyskawicznie – o np. 8:45 w niedzielę pod drzwiami stoi kolejka czekających na stolik.

Niedaleko BC znajduje się piekarnio-kawiarnia Gail’s Bakery (Wardour St), która sobie zaplusowała u mnie za… muzykę puszczaną przed 8 rano. Była to mieszanka muzyki z lat 70/80/90 (np. The Police czy Nina Simone), która rozbudziła mnie skuteczniej niż „normalne” flat white czy średnia owsianka (na mleku owsianym, co jest chyba modne; po tym w Gail’s uznałam, że chyba ten zamiennik mi nie leży, ale potem zjadłam smaczną wersję w Breakfast Club… choć na mleku krowim pewnie byłaby jeszcze smaczniejsza ;). Innymi słowy, nie wiem, czy na pewno mogę miejsce polecić spożywczo, ale ze względu na pozytywną energię :) pewnie chętnie tam wrócę (nie na owsiankę).

  • … na małe co nieco:

Jeśli w okolicy Oxford Street zapragniecie kanapki z salted beef, ozorkiem lub pieczystym w klimatach lekko zapyziałych, polecam tycie Tongue & Brisket na Wardour St. Wkładki do kanapek występują także w postaci bez pieczywa, ale wersja klasyczna, z piklami i wściekle ostrą musztardą, przygotowana przez pana mówiącego cockneyem, ma wiele uroku. Tuż obok znajduje się modernistyczny budynek Film House, jak ktoś lubi ten styl architektoniczny, warto obejrzeć.

Odjeżdżając mocno poza centrum, bo do Kew: jeśli tam się znajdziecie, polecam niewielką kawiarnię Antrobus & Butler kilka kroków od stacji metra. Jedzenie jest smaczne, świeże, kolorowe – kilka opcji od wegańskich po mięsne, każda zawierająca jakieś warzywa. Obsługują sympatyczne właścicielki. Na półce koło drzwi stoi słój z przysmakami dla psów a miska na wodę dla czworonogów jest przed wejściem ;). Ogólne wrażenie jest takie, jak żywcem wzięte z literatury kobiecej, ale w pozytywnym sensie: kobiety prowadzące mały, bezpretensjonalny biznes adresowany głównie do lokalnej klienteli.

A jeśli chodzi o tą lokalizację: to była moja druga wizyta w ogrodach botanicznych w Kew, przy czym poprzednia miała miejsce hm, 21 lat temu (i nie miałam wówczas siedmiu lat, tylko ciut więcej ;). Wiem, że od minionego stulecia powstały w ogrodach różne nowe atrakcje, ale i tak wygląda na to, że pamiętałam tylko palmiarnię… no i zresztą jako nastolatka miałam trochę inny gust, czyt. od jakiegoś czasu ogrody botaniczne bardzo lubię, a wówczas mnie niespecjalnie interesowały. Nie mówiąc o dodatkowych skojarzeniach, że w jaskrawym wrześniowym słońcu (z paroma chmurami na niebie) tereny ogrodowe wyglądają jak plener jakiegoś dramatu kostiumowego (np. ekranizacji powieści Jane Austen). Odwiedziny królewskiego pałacu i pobliskich kuchni to wrażenie tylko spotęgowały ;). Tu film/kolaż zdjęć stamtąd, jaki zamieściłam na FB Coś niecoś:

  • … na kawę:

Chodziłam po Londynie i każdego dnia piłam co najmniej dwie kawy, zamawiając flat white na autopilocie. Smuciłam się jednak faktem, że jakoś w żadnym lokalu mój ulubiony napój do mnie nie przemówił na tyle, bym dla samej kawy zapragnęła tam wrócić. Aż ostatniego dnia mnie olśniło, że przecież (z drobnymi wyjątkami) „na mieście” wolę teraz mniejszy format, tj. cortado. Objawienie nastąpiło w Jacob the Angel, do którego od dawna chciałam pójść: bo te napisy na ścianach/podłodze, bo lokalizacja w od zawsze lekko hippisowskim Neal’s Yard (do którego mam i miałam słabość, podobnie jak do całej okolicy, tj. Seven Dials), bo domowo wyglądające wypieki. Teraz jeszcze mogę dodać, że „miła atmosfera i dobra kawa”; wypieku spróbowałam bardzo zdrowego, wegańskiej owsianej krajanki z (chyba) daktylami i kokosem, i choć miałam lekkie skojarzenia z karmą dla gryzoni ;), było to na swój sposób smaczne. Jeśli uda mi się naukę pt. cortado do następnego razu zapamiętać plus zawitam znowu w okolice „ulicy Cormorana [Strike’a]”, czyli na skwer przed kościołem St. Giles na końcu Denmark St, chętnie odwiedzę sympatyczną obsługę straganu Rosie & Joe (i do kawy zjem blok z masłem orzechowym) – jest to jednak opcja na ładną lub przynajmniej znośną pogodę.

  • … na ostrygi:

Nigdy nie kryłam, że lubię ostrygi, a jak wiadomo, Wielka Brytania to bdb adres na ich skosztowanie, bo w końcu także tam się je łowi.The Oystermen znalazłam na mapie Google, patrząc na lokale oddalone o kilka minut marszu od teatru Vaudeville, do którego udaliśmy się wieczorem. Okazało się, że dobre oceny były uzasadnione: restauracja jest malutka (sugeruję rezerwację, zwłaszcza w „gorącej” porze przedteatralnej), atmosfera b. luźna (piwo pije się z butelki, chyba, że ktoś naprawdę musi ze szklanki…) i bardzo przyjazna, tj. kelnerzy oraz włoski (z zachowania nawet bardzo ;) kierownik sali wykraczają poza brytyjskie normy, nawiązując bardziej osobiste relacje z gośćmi (typu opowieści z wakacji), co raczej kojarzy mi się (pozytywnie) ze stylem zza Atlantyku. Co najistotniejsze, jedzenie: ostrygi z naszego mieszanego zestawu 4 x 3 smakowały mi wszystkie, z naciskiem na dwa różne gatunki z Whitstable (do którego kiedyś pojadę…), w tym delikatne tzw. natives (rodzime? natywne?), które są dostępne tylko w miesiącach z "r" w nazwie (takich, jak September/wrzesień), czyt. chłodniejszych. Później sałatka z makrelą dla mnie i ryba (dorada?) dla M, plus dla jednej osoby szkockie piwo rzemieślnicze, dla drugiej przyzwoite rose na kieliszki. Na powtarzania, i nie musi być przed teatrem (choć miło łączyć dwie przyjemności).

  • … na obiad lub lunch:

Temat obiadów zaczął się pewnym rozczarowaniem, bowiem pierwszego dnia po przyjeździe wróciliśmy do Ducksoup. Zdarza Wam się wejść do restauracji i czuć, że nic dobrego z tego nie będzie? Tak było tym razem, i przeczucie mnie nie myliło. Zamówiliśmy łącznie pięć różnych dań, trzy różne wina na kieliszki + aperitif i z tego wszystkiego chyba najciekawsze było pomarańczowe wino, którego od dawna chciałam spróbować. Kuchnia niestety rozczarowała; do tej pory pamiętam, co jadłam za pierwszym razem, bo były to dania świetnie doprawione, proste a jednocześnie (dla mnie) odkrywcze. Tym razem z trudem sobie mogę przypomnieć, co pojawiło się na stole, poza tym, że M miał coś z jagnięciną, która zniknęła zupełnie w sosie, ja miałam coś w stylu włoskiej ciecierzycy z solonym dorszem, bo z fasolą – i niestety, oryginał z rzymskiego Ai tre scalini było dużo lepsze. Gwoździem do trumny była zimna tarte tatin z brzoskwiniami. Obiektywne jest to smutne, jednak tylko wzruszam ramionami, bo co jak co, ale nad Tamizą zamiennik zawsze się znajdzie. I tak było, gdy na ostatni posiłek w mieście, czyli niedzielny lunch, poszliśmy do Kiln.

Restauracja to długi, ciemny (co tłumaczy jakość powyższego zdjęcia ;) bar + stołki na górze plus ze trzy większe stoliki na dole; rezerwacje są przyjmowane tylko dla co najmniej czterech osób, do dolnej sali. Na górze: kto pierwszy, ten lepszy; nam się koło 13 udało wejść i usiąść, ale w chwilę później był komplet. Bardzo dawno nie jadłam autentycznej tajskiej kuchni i zapomniałam, jak bardzo ją lubię; tu jest (cytując opis restauracji) w wydaniu z północy kraju. Mogę nie być obiektywna, ale smakowało mi wszystko bardzo, z naciskiem na ostrą surówkę z kalarepy (choć najbardziej pikantne było curry rybne); curry z wołowiny przypominało mi mussaman curry, które akurat jedliśmy na Koh Tao (czyli nie na północy ;). Napoje (mojito z tajskiej bazylii oraz piwo rzemieślnicze z kija) także godne polecenia. Zdecydowanie do powtórki.

  • … na piwo:

W temacie piwa: w Londynie nie mam zupełnie wrażenia, że puby cienko przędą, a wręcz przeciwnie. Zjawisko tłumu kłębiącego się na co drugim (jak nie każdym… ;) rogu przed wejściem do lokalu, zwłaszcza od godziny 17-18, mnie zawsze fascynowało. W pubach lubię nie tylko ich powszechność, ale wybór piwa, to, że pół pinty, czyli mała pojemność, to także standard (bo rzadko mam ochotę na duże), czy wreszcie to, jak często są ładne wewnątrz. Po drodze do muzeum w Holborn weszliśmy do Princess Louise; kręciłam nosem, bo przed wejściem było pustawo i ogólnie pub wyglądał z zewnątrz na trochę zmęczony. W środku okazał się piękny, z autentycznym XIX w. wystrojem, i później się doczytałam, że niechcący trafiliśmy do znanego zabytku ;). Kolejnego dnia wieczorem zatrzymaliśmy się na chwilę pod Dog and Duck na rogu Frith i Bateman St; wg tabliczki na ścianie budynku od kilkuset lat znajdował się w tym miejscu jakiś szynk, choć obecny budynek jest z XIX w., a narysowane sprejem na chodniku kreski wyznaczają, gdzie mogą stać goście, a gdzie powinno być przejście dla pieszych ;). Tyle jeśli chodzi o spontaniczne wyjścia, natomiast bardziej docelowo odwiedziliśmy Mr Fogg’s Tavern, w którym już raz wcześniej byłam (na ich piwie firmowym). Grupa „Foggowa” obejmuje m.in. także Cahoots, o których pisałam dwa lata temu (i do którego nawet próbowaliśmy teraz zajrzeć, ale bez rezerwacji = czas oczekiwania 45 minut), i biznes chyba dobrze się kręci, bo lokali nawiązujących do powieści Verne’a jest już pięć, a klientów nie brakuje. Choć ta hurtowość niekoniecznie mnie zachwyca, podziwiam właścicieli za konsekwencję i dbałość o detale np. w wystroju wnętrz (w tawernie trzeba dokładnie obejrzeć sufit, no i pójść do toalety, obejrzeć zwłaszcza umywalki ;) czy dobór muzyki z epoki. Dlatego też w kategorii kolejnej...

  • … na drinki:

 

… odwiedziliśmy Mr Fogg’s Residence, kiedyś na Instagramie polecanym (przez samych „Foggów”) jako najlepsze miejsce na randkę. Położone jest rzeczywiście w cichym zaułku Mayfair (czyt. raczej mało osób trafia tam przypadkiem), ale odstawszy kilka minut w mikro kolejce do wejścia (pod okiem portiera w retro liberii) znaleźliśmy się na dużej, głośnej sali, w pełni wypakowanej klientami… z czym nie mam problemu, jednak nie tak sobie wyobrażam romantyczny nastrój ;). Przestrzeń bez ludzi wypełniona „pamiątkami z podróży” – czyimi? Phileasa Fogga, rzecz jasna, czyli są to najróżniejsze kaski tropikalne, flagi, trofea łowieckie itd. Koło nas siedzieli starsi panowie; jeden poprosił o niespodziankę i dostał koktajl w… rogu. W toalecie zaś, co najbardziej mi się podobało, leci „W 80 dni dookoła świata” jako audiobook. Po namyśle jednak, jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy na punkcie kolonializmu, może odebrać całość negatywnie. Osobiście widzę w tym wielkie przymrużenie oka i choć przy niektórych fragmentach „W 80 dni…” (czytałam kilka lat temu) się wzdrygałam, nic mnie w Rezydencji nie raziło. Ze spraw praktycznych: koktajli jest cała książeczka, przy stronie czwartej zrezygnowałam i zdecydowałam się na pierwszy drink, jaki wcześniej wpadł mi w oko: coś trochę jak ogórkowy sour z dodatkiem pieprzu. Specyficzny, ale mnie smakował. 

Żeby jeszcze podkreślić, jak ważna jest konsekwencja dla klimatu lokalu: podczas spaceru po Bloomsbury przypadkiem trafiłam do kawiarni Syrup of Soot, którą dojrzałam kiedyś na Instagramie ulubionej Georgian London (o której już wspominałam). Zajrzałam do środka i, ponieważ poza kelnerką nikogo nie było, zrobiłam kilka zdjęć nie telefonem komórkowym (czyt. nie udając, że niekoniecznie robię zdjęcia ;). I, niestety, całe wrażenie z retro wystroju lokalu zepsuła głośna muzyka elektroniczna wyraźnie z obecnego wieku (i przelana kawa nie pomogła ;). A miało być tak pięknie, albo nie wystarczy ustawić kilka starych krzeseł.

Ufff! Dojechaliście do końca? Byliście w którymś z tych miejsc? Macie takie same wrażenia? Chętnie się dowiem!

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych**, a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

** Errata z 07/2018: wczytałam się uważniej w kartkę na ścianie przy drugiej wizycie i okazało się, że raczej chodzi o zakaz rozmawiania przez telefon/odbieranie rozmów (dzwonki i inne dźwięki). Półmrok wnętrza jednak zdjęciom nie sprzyja ;).

środa, 09 marca 2016

7 lat minęło jak jeden dzień… Tzn. 7 lat od ostatniego pobytu w Londynie. Jeszcze wcześniejsze miały miejsce w poprzednim stuleciu. W związku z tym podczas czterech dni spędzonych w brytyjskiej stolicy w dużym stopniu odwiedzaliśmy to, co znane a dawno niewidziane. Taki był powrót do kościoła St. Bartholomew's, który ostatni raz widziałam w rusztowaniu; na cmentarz Highgate, który zwiedzałam prawie 20 (!) lat temu w upale, a teraz trzęsąc się z zimna; do działu ceramiki V&A (Muzeum Victorii i Alberta), który w 2009 r. był w trakcie renowacji. Jak zawsze rozczuliłam się na widok Nelsona na Trafalgar Square (jak byłam mała, uwielbiałam ten pomnik – chyba fascynował mnie kontrast między wysokością kolumny na „malutką” postacią na górze).

To nie znaczy, że klasyczne zwiedzanie nie objęło niczego nowego: spełniłam swoje marzenie, tj. wieczór w operze w Covent Garden. Co prawda, marzenie zakładało obejrzenie baletu, ale to już jakaś ostatnio prawidłowość, że z baletami mi nie po drodze terminowo. Trafiłam też po raz pierwszy do National Portrait Gallery. Swego czasu zaliczyłam większość londyńskich muzeów, ale to akurat pominęłam, uznając za nieinteresujące („nie lubię biografii”). Wątpię, bym tam wróciła, bo faktycznie niezupełnie jest to moja bajka (wciąż nie lubię biografii), ale nie sposób nie podziwiać brytyjskiego muzealnictwa: wykonania, przygotowania, a przede wszystkim kopalni wiedzy oraz materiałów za tym stojącej. Podczas krótkiej i pobieżnej wizyty paru ciekawych rzeczy się dowiedziałam (choćby na temat kobiet-pionierek w służbie zdrowia, tj. Mary Seacole – mniej znanej, niż Florence Nightingale – czy Elizabeth Garrett Anderson). Zupełnie przypadkiem (poszukując prezentu urodzinowego) trafiłam też do Hatchards, tj. „najstarszej księgarni Wielkiej Brytanii”. Nie ukrywam, że choć regularnie kupuję prawdziwe (papierowe) książki i nie uznaję czytników, robię to właściwie wyłącznie internetowo. Często też kupuję używane książki. Hatchards wygląda jednak tak, jak powinna wyglądać moim zdaniem księgarnia: ma kilka pięter, drewniane schody, jest ciemna, ciekawe pozycje są wyłożone zachęcająco na małych stolikach. W dziale podróżniczym stoi kolekcja globusów. Aż chce się zwinąć w kłębek w fotelu w kącie i czytać. Aha, i witryna jak z Dickensa.

Kultura kulturą, ale co z jedzeniem? Tu także było parę udanych powrotów i kilka wyczekanych nowości. A więc wróciliśmy na Borough Market, który choć także w częściowym remoncie, jest i większy, niż parę lat temu, i znacznie bardziej popularny. Mając na uwadze komfort zwiedzania może lepiej wybrać się rano? W porze lunchu w niektórych miejscach było nieprzyjemnie tłoczno, a kolejka do Monmouth Coffee, które chciałam odwiedzić, mnie niemile zaskoczyła (jeszcze bardziej zdziwiona byłam, że była dwukrotnie dłuższa, gdy wróciliśmy pod kawiarnię po zjedzeniu obiadu). Powrót na Borough oznaczał także powrót do Wright Brothers, i ostrygi były tak dobre, jak je zapamiętaliśmy (lub nawet lepsze), drugie dania jednak nierówne. Poprzedniego wieczora była także inna reaktywacja: kolacja w Harwood Arms, które w kilka miesięcy po tym, jak je odwiedziłam stało się „jedynym jednogwiazdkowym pubem”. Gwiazdkę przez te lata utrzymali i w moim odczuciu zasłużenie: wciąż w menu wyróżniają się ciekawe podroby/nietypowe mięsa (perliczka w dwóch postaciach, gołąb) i na drugim miejscu ryby/owoce morza. Do kart deserów niestety nie doszliśmy (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Obsługa jak poprzednio (i jak zresztą zazwyczaj w Londynie) przemiła, tym razem francuska.



Teraz nowości: po pierwsze, Nopi. Jak może pamiętacie, jestem fanką Jerusalem i choć ogólnie chciałam spróbować wydania restauracyjnego kuchni Ottolenghiego, miałam też pewne obawy (w skrócie takie, że ideał sięgnie bruku). Na szczęście, okazało się, że jest smacznie (nawet jeśli nie oszałamiająco). Formuła „małych dań” z zasady mi odpowiada, bo pozwala więcej przetestować. Z czterech dań, które spróbowaliśmy, pasowało nam zasadniczo każde, z naciskiem na dwa z nich (w przypadku M – sernik wytrawny, w moim – raki). A jednak nie wiem, czy bym chciała to powtórzyć, przy czym myślę o formule/klimacie restauracji, która nawet w części na parterze (indywidualne stoliki, piętro niżej jest tylko jeden wspólny stół – coś, czego osobiście nie lubię) jest mało intymna. Posiłek przebiega sprawnie, ale z konieczności dość szybko, bo już inni goście czekają na stoliki.



Po drugie: Ducksoup. O bio winiarni z ciekawym jedzeniem czytałam kilka tygodni przed wyjazdem, M jednak kręcił nosem, że wolałby coś innego, np. etnicznego. Ponieważ jednak do wybranej indyjskiej restauracji z sieci Dishoom była kolejka na 1,5 godziny czekania (!), spróbowaliśmy szczęścia kilka ulic dalej właśnie w Ducksoup. Miejsce jest ciemne, głośne i małe (a przede wszystkim wąskie: miałam skojarzenia z hiszpańskimi barami), ale o dziwo, znalazły się dwa miejsca na stołkach przy kontuarze. Do win bio szczerze mówiąc jeszcze się nie przekonałam – te w tej restauracji też wydawały się, hm, specyficzne, a spróbowaliśmy trzech różnych – ale bardzo smakowało mi jedzenie. To co mnie od jakiegoś czasu najbardziej interesuje, to prosta (ale nie przaśna) kuchnia z jak najlepszych składników. Tu próbowaliśmy m.in. jagnięcego serca, doprawionego bliskowschodnio, i młodego kurczaka gotowanego w mleku z szalotkami (oba dania na liście „do odtworzenia”).


Tyle, jeśli chodzi o główne posiłki, zostały jeszcze te pomniejsze. I tu powód, czemu słodycze nas w Harwood Arms nie kusiły: zjedliśmy wcześniej podwieczorek. Duży podwieczorek. W hotelu Savoy (który został wybrany drogą eliminacji, bo polecany przez Anię Claridge's był zajęty a termin mieliśmy tylko jeden i dość wąski). Innymi słowy, poszliśmy na klasyczne, tradycyjne afternoon tea, czyli coś, co co kusiło mnie od dawna. Teraz mogę z zadowoleniem pozycję skreślić na liście i… już nie powtarzać. Jak wygląda herbatka w Savoyu? Siedzi się w Thames Foyer na niskiej kanapce lub wyściełanych krzesłach i w ciągu ok. dwóch godzin konsumuje: kanapki w pięciu smakach (najbardziej smakował mi łosoś oraz kurczak z curry, tj. coronation chicken, najmniej pasta jajeczna), scones i clotted cream, drobne wypieki francuskie oraz ciasto. Ilość: do oporu, w miarę możliwości (my się oszczędzaliśmy, a i tak było nam odko), to samo dotyczy uzupełnianej herbaty. Nie jest to, w moim odczuciu, szczyt rozkoszy kulinarnych (najsmaczniejsze były wybrane kanapki i scones, bo wypieki jadałam znacznie lepsze), a raczej ciekawe doznanie kulturowe. Miłym zaskoczeniem było to, że sala (całkiem zresztą pełna) była zajęta nie przez np. grupy azjatyckich turystów, a raczej rodziny z dziećmi, matki z córkami, zakochane pary czy przyjaciół świętujących urodziny. Wiem, że są tacy, którzy regularnie (np. co rok, lub jak tylko mają okazję) wybierają się na odświętny podwieczorek, „kolekcjonując” w ten sposób słynne hotele lub restauracje, ale mnie jednorazowe zaspokojenie ciekawości wystarczy ;).


Po podwieczorku jest kolacja, a po wieczorem, po kolacji… Nie wiem, czy uwierzycie, ale piwo wypiłam tylko raz. Poszliśmy za to do nietypowego baru, w moim odczuciu pozycji obowiązkowej dla fanów klimatów retro i lat 40-tych. Mowa o Cahoots, które kryje się (dosłownie) przy Carnaby St w dawnym schronie z czasów wojny, a jest urządzone jak powojenna stacja metra, w której przypadkiem znalazł się bar. Z klimatyczną kartą drinków (m.in. sekcja „gwiazdy i gwiazdeczki”, a tam drinki nazwane na cześć Judy Garland czy Katherine Hepburn), mówiącą slangiem obsługą i innymi smaczkami (m.in. w toalecie leci program radiowy na temat cockneya). Rezerwacja jest konieczna – bez niej trzeba czekać na wejście bliżej nieokreślony czas.

Rano, zwłaszcza po dłuższym wieczorze a przed ciężkim dniem (spędzonym np. na targach – czasem trzeba zająć się pracą), może przydać się konkretne śniadanie. Choć wybraliśmy się na tzw. full English (klasyczne śniadanie w angielskim stylu, fasolka, boczek i s-ka, które zjadł M, bo ja zobaczyłam w karcie peklowaną wołowinę - salt beef - z jajkiem w koszulce…), topowym śniadaniem okazało się to w Dishoom (o którym wspomniałam wyżej). Sadzone jajo owinięte naanem to pomysł tak prosty a genialny, że nie wiem, jak wcześniej mogłam o tym nie słyszeć. Do tego dwie szklanki pysznego, pikantnego masala chai (które „nigdy się nie kończy”), sos chilli i krótko grillowane pomidory z kolendrą.

Chai? A co z kawą? Moja „googlomapa” składała się głównie z gęsto utkanych żółtych oznaczeń mniej lub bardziej znanych hipsterskich kawiarni. Ostatecznie zaliczyliśmy tylko trzy, a kawa (espresso) smakowało mi najbardziej we wspomnianym wyżej Monmouth – ale tym przynajmniej pozornie mniej obleganym na Covent Garden. Ogólnie jednak kawiarni w Londynie jest bardzo, bardzo dużo, a w popularnych miejscach jeszcze więcej.

Na koniec warto wspomnieć o pamiątkach z podróży, bo wiadomo, że spożywcze też przywiozłam. Skromnie, bo tylko parę sztuk ;) (chyba, że nasiona się liczą?) z Borough Market: dwa brytyjskie sery ze wspaniałego sklepu Neal's Yard Dairy oraz, bo jestem niepoprawna, dwa słoiki przypraw: baharat, której kiedyś mi już brakowało, oraz mahleb.

A teraz, jak już wszystko spisane, ciekawa jestem, kiedy kolejny powrót? Po cichu mam nadzieję, że szybciej niż za 7 lat ;).

sobota, 02 maja 2009

I ostatni wpis na temat stolicy nad Tamizą, głównie fotograficzny.

Na początek parki - widoczki z Kensington Gardens...

... i piękna glicynia (wisteria) na budynku w Notting Hill.

W kręgu napojów: w porze lunchu przed pubem obok Borough Market - ładna pogoda i zakaz palenia sprawiają, że wiele osób stoi na zewnątrz...

... a w pubie można napić się piwa (np. stout czy bitter) i zjeść pie (na zdjęciach pub w okolicy Charing Cross).

Podczas poprzedniego pobytu w Londynie (10 lat temu!) piłam pierwszą coffee to go, z Pret-a-Manger, do którego do tej pory mam sentyment (i uważam, że mają całkiem smaczne jedzenie i niezłe latte). Między 1999 a 2009 jest taka różnica, że teraz każda kawa na wynos musi być fairtrade i z mlekiem organicznym, a czasem dodatkowo na kubku jest cała powiastka:

Odwiedziliśmy także Muzeum Victorii i Alberta, jedno z naszych ulubionych miejsc (ale dział ceramiki - ciągnący się kilometrami, i zazwyczaj zupełnie pusty - jest niestety w remoncie). Poszliśmy tam także do kawiarni w tzw. Morris, Gambler and Poynter rooms, noszących nazwy od ich projektantów. Mój ulubiony pokój to ten zielony, sygnowany przez Williama Morrisa (bo zresztą b. lubię też prerafaelitów). Wewnątrz panuje półmrok, więc poniżej widok z fleszem i bez:

Zbliżenie na witraż...

Oraz co w "sali Morrisa" jadłam: cream tea, czyli herbatę w towarzystwie scone, clotted cream (bardzo, bardzo gęsta, właściwie maślana śmietana - b. podobna do tureckiego kaymaku) i dżemu pomarańczowego.

Tu zaś parada z okazji dnia Św. Jerzego (obchody w połączeniu z urodzinami Szekspira trwały cały weekend):

I fasada domu, który mi się podobał (okolice Tate Gallery):

PS. I jeszcze jedno: wspomniałam w poprzednim wpisie, że James McAvoy szkolił się w Le Gavroche do roli w Makbecie (2005, wersja BBC). Otóż wspomniałam to dlatego nieprzypadkowo, że podczas pobytu w Londynie mieliśmy przyjemność zobaczyć Jamesa w teatrze, w Three Days of Rain, i niektórzy czekali później przy wyjściu dla aktorów,  powiedzieli do niego 2 zdania i zdobyli autograf: ha! Dowodem na wydarzenie jest poniższe nienajlepsze zdjęcie, ale M robił znad głowy, więc należy mu wybaczyć. McAvoy podpisuje autografy na lewo, obok niego Nigel Harman, także grający w sztuce.

czwartek, 30 kwietnia 2009

Odwiedziłam w Londynie trzy godne polecenia restauracje. Każda z nich jest o nieco innym profilu i klasy.

Na początek odwiedziliśmy Wright Brothers, specjalizujących się w rybach i owocach morza, przy Borough Market. Najlepiej zarezerwować wcześniej (miejsce jest niewielkie i popularne) stolik na lunch, ale najpóźniej o 14:30 - kuchnia działa do 15. Nie ma menu w formie drukowanej, tylko wypisane jest kredą na 3 tablicach: jedna jest listą dań dnia, druga: dań regularnych (patrz: zdjęcie u góry), a trzecia: wszystkich rodzajów ostryg, serwowanych w restauracji.

 

Trochę jak w moim ukochanym Prufrocku T.S. Eliota: "... sawdust restaurants with oyster shells". Tu trocin nie ma, ale skorupek ostryg znajdzie się sporo.  I na naszych stołkach barowych jedliśmy ostrygi, konkretnie te z Colchester, popijane cydrem (ja) i białym winem (M), a później był dziki labraks z Kornwalii z pyszną drobną fasolką dla mnie, i fish pie dla M.

Kolejny posiłek zjedliśmy w Harwood Arms, tzw. gastropubie, ulokowanym na końcu cichej uliczki w Fulham. Nie jest to raczej miejsce dla wegetarian, czy właściwie jest to miejsce dla mięsożerców, bo choć jakieś dania bezmięsne się znajdą, jest ich niewiele (tu jest przykładowe menu). Szef kuchni bawi się tradycyjnymi mięsami i daniami, tworząc autorskie i często niecodzienne wersje znanych dań. Jedliśmy jako przystawkę deskę delicji z królika  (zdjęcie poniżej) -  rodzaj terrine (haslets), smażone łopatki, mięso duszone/pieczone (?) i mini kebaby, podane z "herbatą z majeranku", która smakowała jak wywar grzybowy (i poza majerankiem, grzyby w niej pływały).

Następnie spróbowałam tarty cebulowej na ciepło - mimo małej porcji przystawkowej, farsz tarty był gęsty i tak treściwy (oraz przepyszny), że nie czułam niedosytu. M jadł jagnięcinę. Na koniec chcieliśmy spróbować czarnej treacle tart, ale niestety podobno "wyszła" podczas lunchu. Jak zapewniła nas bardzo miła Polka, która nas obsługiwała, jest to wyjątkowy deser, lżejszy od tradycyjnej treacle tart. Może następnym razem, albo może ktoś z czytelników się załapie...?

I na koniec uwaga, uwaga: odwiedziliśmy Le Gavroche, czyli dwie gwiazdki Michelina, bracia Roux (tak, ci bracia Roux) i miejsce, w którym mój ulubiony aktor, James McAvoy, się szkolił przygotowując do roli w Makbecie (ta ostatnia uwaga nie jest przypadkowa, jak wyjawię innym razem). Zdjęć niestety nie będzie, bo wewnątrz restauracji jest dyskretnie przytłumione światło (czyt. półmrok), poza tym nie wiem, jak by przyjęto tam pstrykanie fotek. Zdarzało mi się bywać w eleganckich restauracjach, ale nie takich. To wyjątkowe doświadczenie, i kulinarne, i pod względem obsługi. Jedynym miejscem, w którym tyle osób by koło mnie tańczyło, odsuwało stół, bym mogła wygodnie usiąść, z pobłażliwą miną kładło mi serwetkę na kolanach i prowadziło do toalety, bym przypadkiem się nie zgubiła, były Indie - przy czym indyjska obsługa to Gavroche w krzywym zwierciadle. Kelnerzy w tej restauracji są nienaganni; wydawało mi się podczas posiłku, że chyba wiem, jak to bywało mieć dobrą służbę, która odczytuje każdy najmniejszy twój gest, każdy sygnał niewerbalny lub nawet wyczuwa, że dopiero masz zamiar taki sygnał wysłać. A, i mówi między sobą po francusku.

Wybraliśmy menu exceptionnel, czyli menu testowe złożone z 8 dań (plus amuse bouche na początek). M do każdego dania miał inne wino, ja na początku piłam mój ulubiony aperitif wszechczasów, czyli Kir Royal, i do kolejnych dań poprosiłam tylko 1 kieliszek wina białego i 1 czerwonego (bo i tak planowałam testować to, co dostał M :) Wina były niesamowite, każde inne, każde albo doskonałe i niezwykłe (np. lekko słodkawe czerwone do fois gras), albo po prostu bardzo dobre. A jedliśmy... uff, nie wiem, czy wszystko pamiętam, a menu na stronie internetowej jest trochę inne. Na amuse bouche były mini placuszki krabowe i mini-krakersy rybne (po 1 sztuce), później sałatka z homara podana na listku cykorii, mini suflet serowy (aż trudno uwierzyć, że można stworzyć coś tak lekkiego - to chyba będzie niedościgniony wzór sufletów), małże św. Jakuba, zapiekane langustynki i ślimaki (czyli 1 ślimak i 2 langustynki na osobę; i tu miałam jedno zastrzeżenie, mianowicie zwłaszcza ślimak był pyszny, ale sos zdecydowanie za słony), foie gras na ciepło podane z kawałkiem kaczki, doprawione wszystko cynamonem (wciąż nie lubię foie gras, niezależnie od tego, co się z nim zrobi i bardzo się ucieszyłam, że była to porcja mini), jagnię mleczne (tu miałam pewne rozterki, hm, natury moralnej), sery (które się wybiera samemu z ogromnego stołu... i ser kozi, który jadłam, był boski), wybór deserów (4 różne, m.in. mus - chyba - cytrynowy, wspaniały deser czekoladowy i zbyt alkoholowa mini babka ponczowa) i kawa z ptifurkami (mini ptysie i mini makaroniki z kremem). Ufff. Pomimo porcji mini, wyszliśmy, czy też wyturlaliśmy się, jak dwie oszołomione baryłki, oczywiście odprowadzani do drzwi przez szereg kelnerów. Wizyta w tej restauracji to coś, co z pewnością będę długo pamiętać, i - IMHO - to doświadczenie, którego nie powinno się nadużywać, nie tylko ze względu na ochronę portfela (bo jak domyślacie się, nie jest to restauracja niskobudżetowa :), ale ze względu na to, by nie spowszedniało.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Podczas weekendu w Londynie zwiedziłam Borough Market, raj dla smakoszy czy szerzej pojętych miłośników jedzenia. Miejsce jest mocno promowane przez tzw. celebrity chefs, np. Jamie'ego Olivera, i chyba stało się już atrakcją turystystyczną. Na szczęście, nie jest to miejsce tylko dla turystów: w porze lunchu przy straganach z daniami na wynos roiło się od Londyńczyków chcących zjeść popołudniowy posiłek, a prezentowany towar nie obejmuje jedynie artykułów delikatesowych. Można kupić, poza produktami z Francji i Hiszpanii czy ręcznie robionymi czekoladkami, warzywa, ryby czy mięso. Sklepy z tym ostatnim obejrzałam z zawiścią, bo osobiście uważam, że w Polsce są supermarkety, jatki na targach i niewiele pośrodku. Sklepów z ladami chłodniczymi, w których możesz wybrać mięso dokładnie takie, jakie chcesz (a nie takie, jakie jest), lub gdzie sprzedawcy dzielą sami tusze i możesz poprosić sprzedawcę, by ukroił to, co chcesz, w taki sposób, jak chcesz, nie znam (i jeśli ktoś zna, chętnie się dowiem, gdzie można je znaleźć). Co zupełnie już nierealne, gdyby miały świeżą jagnięcinę...

Tymczasem trochę wspomnień fotograficznych. Niestety, część targu (Green Market) była nieczynna, z niewiadomych powodów, i parę stoisk w czynnej części była też zamknięta.

  • Sery francuskie:

  • Ryby i owoce morza:

  • Szyld The Ginger Pig:

  • Martwa natura grzybno-ziołowa:

  • Dżemiki...

  • Masła...

  • ... i sole w Real France. Kupiłam tą z ziołami prowansalskimi i z glonami ;)

  • Tył stanowiska z oliwkami:

  • Pieczywo w The Flour Station:

  • Soki i inne przetwory owocowe, głownie jabłkowe. Piłam ciepły sok jabłkowy z cynamonem.

  • Niebieskie (czy tak naprawdę fioletowe) ziemniaki. Na straganie było ok. 8 różnych rodzajów tego warzywa.

  • Cydry. Pani nalewa nam wytrawny do 2 pintowej butelki plastikowej, takiej jak na mleko (która niestety lekko, ale na szczęście tylko lekko, po wylądowaniu w PL okazała się nieszczelna - czyt, walizka pachniała cydrem i trochę się lepiła na dnie...).

Pobyt na Borough Market zakończyliśmy obiadem w bardzo fajnej restauracji, o której opowiem kolejnym razem :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Zagadka będzie chyba dość prosta: gdzie byłam w miniony weekend :)?

Gdyby to było niejasne, kolejne zdjęcie powinno rozwiać wątpliwości:

Kto pierwszy odpowie?

| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna