Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: wielkanoc

sobota, 15 kwietnia 2017

Miało nic już nie być przed Świętami, ale może akurat pieczecie chleb wielkanocny i macie nadmiar (hiper)aktywnego zakwasu, albo też będziecie piec coś jeszcze jutro - i wtedy aż się prosi odłożyć odrobinę na hot cross buns ("bunie", jak mawiamy z M) na zakwasie! Słyszałam też, że niektórzy nie wyrobili się przed Wielkanocą i będą krzyżyki piec po fakcie - więc przepis wtedy też im się przyda.

Do tej pory bułeczki wielkopiątkowe (pierwszy raz w tym roku słyszałam tą nazwę i jest moim zdaniem b. udana) robiłam w wersji drożdżowej, i wciąż ją gorąco polecam, zwłaszcza, że nie trzeba przygotować się do pieczenia 5 dni wcześniej. Jest jednak coś bardzo satysfakcjonującego w wykonaniu słodkiego (czy też słodkawego), obiektywnie ciężkiego (masło, jaja) ciasta na zakwasie, tj. dzikich, naturalnych drożdżach, a zachęciłam się do tego po chlebku ukraińskim. Przepis pochodzi z tej strony, u mnie drobne zmiany, m.in. użyłam solonego masła i dodałam kandyzowaną skórkę pomarańczową. Przepis zakładał mąkę chlebową, mam jednak wrażenie, że - ponieważ piekłam jednocześnie coś innego... - pomyliłam pojemniki i użyłam pszennej uniwersalnej. Wyszło jednak bdb (choć temperatura pieczenia wymaga jednak korekty, o czym niżej). Swoją drogą: zapach tych bułeczek jest wspaniały, korzenny, a jednak inny niż np. piernika (co jest zrozumiałe, patrząc na skład) - czemu producenci kosmetyków się tym nie zainteresują...? Dobry balsam o aromacie hot cross buns bym przygarnęła ;).

Składniki (na 12 sztuk):

Zaczyn:

  • 80g mąki pszennej chlebowej (ew. uniwersalnej, najlepiej typ 550)
  • 20g brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 25g aktywnego zakwasu pszennego, dokarmianego co najmniej trzy dni
  • 35g wody

Ciasto właściwe:

  • 350g mąki jw.
  • zaczyn jw. (ok. 160g)
  • 2 jaja (ok. 100 g)
  • 50g cukru jw.
  • 85g miękkiego, solonego* masła
  • 5g soli
  • 110g letniego mleka
  • 50g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 40g rodzynek, namoczonych lub z magicznego słoika
  • skórka starta z 1 cytryny
  • 2-3 goździki, roztarte z moździerzu
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej (świeżo startej proponuję dać 1/2 tyle, bo jest bardziej intensywna w zapachu)
  • szczypta mielonej wanilii

* albo i niesolonego, wtedy soli 7g

Pasta na krzyżyki

  • 70g mąki jw.
  • 20g oleju roślinnego (neutralnego)
  • 60g wody

Oraz, do posmarowania:

W przeddzień pieczenia, rano wymieszać składniki zaczynu (masa będzie gęsta, jak ciasto) i odstawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Zasadniczo ma podwoić objętość - u mnie to nastąpiło już po 2 godzinach, ale zostawiłam go z konieczności (brak prądu :D) do potrojenia masy.

Dojrzały zaczyn wymieszać z mąką, jajkami, przyprawami, cukrem, mlekiem i solą, krótko wyrobić, by składniki się połączyły. Odstawić pod przykryciem na ok. 15 minut. Po tym czasie dodać masło, stopniowo (w 2-3 partiach) i cierpliwie wyrabiać ciasto (najlepiej mikserem), aż będzie całkiem gładkie i bardzo elastyczne. Odstawić ponownie na kilka minut i dodać bakalie oraz skórkę (tu przyznaję, że mi się pomieszała kolejność i dodałam bakalie wcześniej, tj. przed masłem. Ciasto nie ucierpiało, ale jednak oryginalna kolejność wydaje się bardziej właściwa). Gdyby ciasto było bardzo lepkie, delikatnie podsypać 1-2 łyżkami mąki, starać się jednak więcej nie dodawać. Wyrobione ciasto umieścić w natłuszczonej misce, przykryć folią, zostawić na 2 godziny w temp. pokojowej, potem umieścić w lodówce (moje trafiło tam ok. g. 17).

Następnego dnia rano wyciągnąć ciasto na blat kuchenny i nie przerazić się, jeśli mało urosło ;). Podzielić na 12 części, uformować bułki, ułożyć na blaszce z matą silikonową lub papierem do pieczenia. Przykryć folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia - mają się wyraźnie napuszyć i przejść test palca (wgłębienie od palca nie powinno się od razu wypełnić). U mnie to trwało ok. 4,5h.

Przed pieczeniem wymieszać pastę na krzyżyki, przełożyć do rękawa cukierniczego lub woreczka z uciętym rogiem i ozdobić bułki. Masy jest w sam raz, jest też dość gęsta, dzięki czemu nie wylewa się z worka/łatwo ją w nim umieścić, trzeba się jednak trochę przyłożyć do nakładania (albo tylko ja to tak odbieram, jako osoba oporna na czar rękawa cukierniczego :D). Piec bułeczki w temp. 200 st. C (termoobieg) przez ok. 10 minut, następnie ok. 15-20 w 180 st. C - sama piekłam w trochę wyższej temperaturze i 5 minut dłużej, sugerując się oryginałem, i uważam, że je lekko przepiekłam.

Gorące bułki posmarować od razu syropem lub podgrzanym dżemem (gęsty można lekko rozcieńczyć odrobiną wody (dałam 0,5 łyżki do 2 łyżek dżemu) i odstawić do przestudzenia - choć, oczywiście, najlepiej smakują jeszcze ciepłe...

A teraz już naprawdę Wesołych Świąt! Mokrego dyngusa nie życzę, bo aura chyba sama się o to postara ;).

Zapisz

Zapisz

środa, 12 kwietnia 2017

To, że korcą mnie wypieki z pogranicza ciast i chleba w opcji na zakwasie, pisałam już w przypadku chałki i od paski piwdennej, którą zobaczyłam u ukraińskiej instagramowiczki Katrii  oka nie mogłam oderwać (swoją drogą, dzięki Instagramowi sobie mocno odświeżyłam znajomość cyrylicy ;). Tyle, że pierwsza próba nie należała do udanych. Rzecz w tym, że nie przyszło mi do głowy dokarmić zakwas dłużej/częściej niż do chleba, tj. dwuetapowo, łącznie przez jakieś kilkanaście h. I niestety kolega nie dał rady, choć chleb dało się i tak zjeść. Porozmawiałam na ten temat z Katrią, która doradziła produkcję lievito madre 50% hydracji wg sugerowanego przez nią przepisu (na pierwszym etapie daje się, uwaga, łyżkę dojrzałego miąższu owocowego, np. z banana, efektem zaś jest zakwas turbo 😉). Szkutnik z Dzielnej (via Gospodarna Narzeczona) radził przygotowywanie zwykłego zakwasu pszennego przez kilka dni, w cieple, i ew. dodanie małej ilości drożdży. Jako, wiadomo, osoba uparta, zrobiłam drugie podejście. I wyszło! Chlebek jest lekki, słodkawy, ale nie deserowy (w wydaniu bez lukru), długo zachowuje świeżość. Może i jest czasochłonny, ale moim zdaniem warto spróbować. I jak zaraz zaczniecie odświeżać zakwas to jeszcze zdążycie go upiec na Wielkanoc!

Przepis podaję za Katrią, z moimi uwagami, i z 1/2 składników.

Składniki:

Pierwszy najważniejszy składnik to zakwas pszenny. Bardzo ważne jest dokarmianie go przez ok. 3 doby + trzymanie go w co najmniej 21 st. (ale lepiej w trochę wyższej temperaturze). Zaczęłam od łyżeczki, którą pomnażałam na zasadzie 50% hydracji (czyli np. łyżka mąki/pół łyżki wody) za pomocą mąki pszennej chlebowej, i tak przez trzy dni. Można oczywiście też użyć ww. lievito madre – przygotowanie od podstaw zajmuje ok. 5 dni.

W dniu pieczenia rano należy przygotować zaparkę: zagotować 170g pełnego mleka, wymieszać dokładnie z 65g pszennej mąki (tu już użyłam takiej do wypieków, typ 450-500). Przykryć folią i przestudzić przez 1h na kratce. Następnie dodać zakwas – 65g w przypadku hiperaktywnego 😉 lievito madre lub podobnego, 100g jeśli zakwas jest normalnie aktywny. Jeśli macie obawy co do jego mocy lub problem z ciepłym miejscem do wyrastania, można jeszcze dodać malutką ilość drożdży – np. wielkości małego ziarna groszku w przypadku drożdży świeżych (ok. 0,8 grama), lub maksymalnie dwukrotnie tyle (czyli 1,6g). Nie jest to jednak konieczne. Masę (dość gęstą, przypominającą trochę kleik, trochę krem do ciała) przykryć dokładnie folią i odstawić na 3-4 godziny w ciepłe miejsce. Dojrzały zaczyn będzie miał dużo pęcherzyków powietrza.

Wymieszać zaczyn z 2 żółtkami jaj, 1-2 łyżkami mleka i 450g mąki. Gdyby masa była za gęsta lub sucha, dodać trochę więcej mleka (zaczęłam od łyżki i dodałam jeszcze 1-1,5 łyżki). Wyrobić gładkie ciasto (powinno być elastyczne, ale nie powinno się lepić), przykryć folią i odstawić do wyrastania na ok. 2h.

Wyrośnięte ciasto wyrobić ponownie, dodając (stopniowo, krok po kroku): 100g drobnego cukru (zmieszanego ze skórką z ½ cytryny lub hojną szczyptą wanilii), 65g bardzo miękkiego lub stopionego masła oraz łyżką oleju. Gdyby ciasto było za lepkie, dodać do 25g mąki, ale u mnie nie było to konieczne. Dokładnie wyrobione, miękkie ciasto ponownie przykryć folią i odstawić do kolejnego wyrastania. Sugerowana temp. ciasta to 29 stopni, więc temperatura musi być wyraźnie powyżej standardowej pokojowej. Można postawić je w pobliżu grzejnika, użyć piekarnika nagrzanego do minimalnej temperatury, itd. Tak czy inaczej, ma potroić objętość, co w sprzyjających warunkach zajmie ok. 3h.

Do wyrośniętego ciasta dodać 120g bakalii: u mnie mieszanka skórki pomarańczowej i rodzynek z magicznego słoika, które po prostu wgniotłam w ciasto, składając je kilkakrotnie. Przełożyć do natłuszczonych i wysypanych foremek – powinno starczyć na jedną dużą formę na babkę/keks, ew. dwa mniejsze. Odstawić do ostatniego napuszenia na ok. 2h. Przed pieczeniem można posmarować białkiem/jajem/mlekiem (pominęłam). Piec w 190 st. C przez 20 minut, skręcić temperaturę do 180 st. i dopiekać dalsze 20-25 minut; piekłam z parą (jedno uderzenie), nie jest to jednak konieczne. Jeść jako pieczywo, zamiennik chałki lub bułeczek z krzyżykami, ew. polukrować i opcjonalnie ozdobić skórką cytrusową i potraktować jako babę.

niedziela, 27 marca 2016

To będzie wpis błyskawiczny, którego miało nie być ;). Zainspirowana wpisem Moniki (a powiedzmy sobie szczerze, już kilka lat temu popatrywałam na oryginalny przepis w Lemnis i Vitry)  o zielonym sosie wielkanocnym (tzw. witaminowym), ukręciłam małą miseczkę na śniadanie. Zawsze mnie też ciekawiło, jak wychodzi majonez na gotowanym żółtku (teraz już wiem, że choć konsystencja ta sama, smak jednak inny).

Zasadniczo sos ma towarzyszyć mięsom na śniadanie wielkanocne, w moim odczuciu jednak świetnie pasuje do jaj, i to niekoniecznie w wydaniu świątecznym (np. jako alternatywa dla sosu holenderskiego do jaja w koszulce!). A że jutro w końcu też się świętuje (my w tym roku bardziej nawet niż dziś), może ktoś jeszcze z przepisu skorzysta.

Poniżej wersja na niewielką miseczkę sosu, dokładnie w takich proporcjach jak to dziś rano zrobiłam, ale ilości oczywiście można zwiększyć. Doprawienie wg uznania: chrzan podobno nie jest konieczny, w moim odczuciu jednak tak, podobnie jak dość dużo soku z cytryny :).

Składniki:

  • 1 żółtko (świeżo* ugotowane na twardo)
  • 90ml oleju/oliwy (u mnie mieszanka 1:1, tak jak używam w majonezie)
  • szczypta soli
  • sok z 1/2 cytryny, lub do smaku
  • ok. 1/2 łyżeczki świeżo startego korzenia chrzanu, lub jw.
  • garść drobno posiekanych ziół, u mnie koperek i natka pietruszki z małym dodatkiem szczypiorku

Żółtko rozetrzeć dokładnie z sokiem z cytryny (zaczęłam z ok. 1/4 owocu) i pomału wlać olej, stale pracując trzepaczką, aż uzyskacie majonez. Doprawić do smaku solą i dodatkowym sokiem z cytryny. Dodać chrzan i zioła, dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Podawać do gotowanych jaj i wędlin.

 No i chyba wypada jeszcze życzyć Wesołej Wielkanocy! 

* Nawiązując do niedawnej dyskusji na FB.

piątek, 03 kwietnia 2015

Miało być tak pięknie, tzn. przepis lekko wielkanocny i życzenia kilka dni przed samymi Świętami. Niestety, doba nie jest z gumy (a szkoda ;), ale cieszę się, że i tak zdążyłam przed Wielką Niedzielą.

To, że na Wielkanoc menu składa się głównie z jaj, nie jest niczym nowym. W moim domu do tej pory bywały gotowane (kraszanki do samodzielnego obrania, ew. obrane np. przekrojone na pół i ozdobione majonezem), a poza tym faszerowane w skorupkach. I już. Tymczasem niedawno (zainspirowana zdjęciami w internecie) zrobiłam na śniadanie tzw. muffiny jajeczne (choć nie wiem, czy nazwa mini omlety nie jest bardziej trafna) i wydaje mi się, że to całkiem ciekawa propozycja śniadaniowa, nie tylko na Święta. A czemu? Bo bardziej ambitna, choć prosta do wykonania; atrakcyjna wizualnie; łatwa do urozmaicenia i zmodyfikowania.

Możliwości jest wiele: można zrobić opcję rybną (np. z wędzonym łososiem albo może obgotowanymi krewetkami?), mięsną lub warzywną (szparagi!) i użyć innego sera (koziego, pleśniowego)... albo na odwrót, zmniejszyć ilość dodatków do minimum. Poniżej podaję swoją wersję.

Składniki (6 sztuk):
  • 3 jaja
  • 1/3 szklanki (80ml) mleka
  • hojna szczypta soli
  • szczypta musztardy w proszku (opcjonalnie)
  • ok. łyżki posiekanego szczypiorku
  • jw. posiekanej natki pietruszki
  • ok. 2 plastrów chudej wędliny, drobno pokrojonej
  • ok. 4 suszonych pomidorów, z grubsza pokrojonych
  • parmezan

Jaja roztrzepać z mlekiem, solą, musztardą i zieleniną. Natrzeć lekko olejem 6 otworów w foremce na muffiny* (lub 6 miseczek żaroodpornych). Napełnić miseczki/otwory ½ mieszanki jajecznej, równo rozdzielić wędlinę i pomidory, wlać resztę jaj, posypać parmezanem (po prostu starłam trochę nad każdym otworem). Piec 15-16 minut w 180 st. C. (termoobieg), podawać od razu. W moim odczuciu bardzo dobrze pasuje do nich ketchup lub inny sos pomidorowy.

* W pozostałych otworach można zrobić grzanki, co widać na zdjęciu poniżej :).

To co, ktoś się zdecyduje na takie jaja świąteczne ;)?

Wesołych i spokojnych!

sobota, 14 marca 2015

Właściwie ten wpis powinien nazywać się „addio cytrusy”, bo do wypieków wykorzystałam jedne z ostatnich sycylijskich pomarańczy, kupionych kilka tygodni temu, i ostatnie cytryny. Cóż, do zobaczenia za rok...

Tytuł mógłby także brzmieć „mój pierwszy mazurek”. W mojej rodzinie się ich nie wypiekało; pierwsze jadłam z cukierni, w ramach eksperymentów rodziców, i mi nie smakowały. Były zawsze za słodkie (bo najczęściej kajmakowe) i ciasto nie takie... A przecież dobre kruche uwielbiam. I mazurek nie musi być przesłodki. Innymi słowy, chciałam stworzyć wypiek pod swój smak, i to mi się udało ;). Jeśli mam piec sama mazurka, to właśnie cytrusowego.

Inspirowałam się przepisem na cytrynowy z Kwestii Smaku i pomarańczowy z Moje Wypieki (skąd wzięłam kandyzowane cytrusy), ale postępując po swojemu.

Składniki:

Lemon curd można zrobić tego samego dnia albo kilka dni** wcześniej. Ciasto kruche przygotować, schłodzić w lodówce; następnie przygotować kandyzowane plastry cytrusów:

Składniki:

  • 1 średnia pomarańcza i 1 cytryna (lub tylko jeden rodzaj owoców)
  • ¾ szklanki (180ml) wody
  • ½ szklanki (120ml) cukru

Cytrusy dość cienko pokroić (ze skórką, ale pozbywając się pestek). Z wody i cukru zagotować syrop. Skręcić ogień na średni/mały, dodać owoce, gotować ok. 1 godzinę, co jakiś czas obracając delikatnie widelcem. Osączyć na pergaminie. Nadmiar syropu wykorzystać do np. napojów lub tarty (patrz niżej).

Gdy cytrusy się gotują, rozwałkować ciasto kruche, wyłożyć nim prostokątną tartownicę (najlepiej z ruchomym dnem, o wymiarach ok. 13 x 30cm). Nakłuć, przykryć folią, schłodzić co najmniej 30 minut w lodówce. Nagrzać piekarnik do 200 st. C., piec tartę na ślepo (z obciążeniem) ok. 12 minut i kolejne 12-15 bez obciążenia (ciasto ma być wyraźnie rumiane).

Lekko przestudzony spód posmarować dokładnie kremem cytrynowym, posypać kandyzowaną skórką pomarańczową i udekorować plastrami cytrusów. Puste miejsca zapełnić płatkami migdałowymi, wcześniej zrumienionymi (nie spalonymi ;) na suchej patelni. Schłodzić przed podaniem, przechowywać w lodówce.

Warianty: można podwoić ilość kandyzowanych plastrów a zrezygnować ze skórki; zamiast płatków migdałowych można użyć startego marcepanu (na wierzch jako dekoracja lub pod krem).

Z resztek ciasta zrobiłam mini tartę rustykalną (na dwie porcje ;). Taki format całkiem mi się spodobał, a prezentowała się całkiem estetycznie i przed, i po pieczeniu. Ku mojemu zdziwieniu owoce nie puściły specjalnie soku. Środek stanowiły dwie czerwone pomarańcze, dokładnie obrane, ale nie wyfiletowane, pokrojone w dość cienkie plastry; ciasto pod owocami posypałam lekko bułką tartą zmieszaną z cukrem. Tartę po upieczeniu polałam ok. 2 łyżkami zachowanego syropu z kandyzowania.

* Z reszty można przygotować, poza mini tartę rustykalną, kruche ciasteczka.

** Do ok. 3-4 dni; curd także się (podobno) dobrze mrozi.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wprowadzona przeze mnie do rodziny tradycja jedzenia paschy na Wielkanoc się przyjęła. Ba, słyszałam nawet kiedyś żartobliwe narzekania, czemu deseru nie ma na stole w Boże Narodzenie (albo i bez okazji). Nie szukałam innych przepisów, m.in. dlatego, że wśród jedzących często były kobiety ciężarne lub karmiące, więc pascha bez surowych jaj była bardzo na miejscu.

Niedawno jednak dostałam od mamy znajomej, którą nazwę tutaj panią R., przepis na "paschę babci Tekli". Rozumiecie sami, że musiałam ją zrobić ;). Różnica między przepisami polega na dodatku w jednym wariancie żółtek jaj, ale nie surowych - ugotowanych na twardo, a w drugim - miodu i śmietany. Cała reszta jest całkiem podobna. Podejrzewam w związku z tym, że w przyszłości będę korzystać z receptur na zmianę ;).

Warto dodać, że pascha to deser a/wyjątkowo prosty i mało pracochłonny, b/nie wymaga pieczenia ani zdolności kulinarnych, c/jest smaczny i efektowny. Czego chcieć więcej?

Uwaga, pani R. zapisała mi proporcje na ogromną ilość paschy (z 1,25kg sera). Ja zrobiłam z 1/3 składników, co daje ok. 8 porcji, i taką wersję podaję. Ponieważ deser wyszedł także moim zdaniem za słodki, uwzględniłam poniżej redukcję cukru.

Składniki:

  • 415g twarogu (tłustego lub półtłustego)
  • 2 żółtka jaj ugotowanych na twardo
  • 160g masła
  • 100g cukru pudru (bez dodatków) lub cukru drobnego LUB 50g płynnego miodu i 50g cukru jw.
  • szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • garść rodzynek/suszonej żurawiny/mieszanki owoców suszonych
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej

Ugotowane żółtka jaj utrzeć z cukrem (białka zjeść solo lub np. dodać do pasty śniadaniowej) a następnie z masłem. Osobno rozetrzeć lub zmielić (jeśli ktoś musi...) twaróg, dodawać stopniowo do masy maślanej, przy cały czas pracującym mikserze. Na koniec wmieszać delikatnie (już łyżką) wanilię i bakalie. Miseczkę lub foremkę wyłożyć podwójnie złożoną gazą lub ściereczką, na którą wyłożyć paschę, wyrównać, przykryć wierzch folią. Obciążyć równomiernie i odstawić na dobę do lodówki. Po tym czasie przełożyć na talerz (odwracając miskę do góry nogami) i podawać jak jest, lub z dowolną dekoracją z owoców lub bakalii.

I to tyle na temat mojego ulubionego dania wielkanocnego :).

sobota, 12 kwietnia 2014

Klops jaki jest, każdy widzi ;). Chodził za mną od dawna (nigdy nie robiłam, a nawet nie wiem, czy jadłam domowego?), a chęć przyrządzenia dania wzmogły wspomnienia Anny del Conte (Risotto with nettles), w których dużo jest przepisów „biednych” (bo wojennych i powojennych), w tym różne rolady z resztek lub tańszych mięs. Wszystkie przepisy wydawały mi się jednak albo zbyt skomplikowane, albo mało atrakcyjne ;), traf jednak chciał, że niedługo po zakończeniu lektury zobaczyłam na blogu Magazyn Kuchenny klopsa prostego, bez żadnego jaja na twardo uwięzionego w środku i... zrobiłam go z tylko okołomiesięcznym poślizgiem.

Najbardziej obawiałam się chwili wyjęcia pieczeni z foremki i dopiekania luzem. Pewnie gdyby nie było M pod ręką, skończyłoby się to obiadem na podłodze/w zlewie i poparzeniami, ale na szczęście można było wykorzystać męską siłę do tego trudnego zadania ;). Przepis poniżej, z uwagami własnymi, ale właściwie zgodnie z oryginałem, bo zasadniczo nic nie zmieniałam - poza tym, że miałam minimalnie więcej mięsa, więc zwiększyłam ilość składników. Przyjęłam, że mięso będzie mielone w domu (ew. można poprosić o zmielenie przy zakupie w sklepie, ale z wiadomych powodów nie sugerowałabym kupowania gotowego mielonego).

No to klops:

Składniki:

  • ok. 600 g wieprzowiny, nie b. chudej (np. z łopatki)
  • ok. 50 g czerstwego białego pieczywa, pokrojonego w kostkę
  • ok. ½ szklanki mleka (lub tyle, ile wchłonie chleb)
  • 1 łyżka oleju
  • 1 mała cebula, drobno posiekana
  • 1 ząbek czosnku, drobno posiekany
  • 1 duże jajko
  • ok. ½ łyżeczki soli morskiej
  • ok. ⅛ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
  • ¼ szklanki natki pietruszki, posiekanej
  • ok. 200 g wędzonego boczku (cienkie plasterki – raczej dłuższe niż krótsze) lub ¼ szklanki bułki tartej
  • opcjonalnie: majeranek, ziele angielskie

Cebulę zeszklić z czosnkiem na rozgrzanym oleju. Przestudzić. Bułkę/chleb namoczyć w mleku. Mięso wyjąć z lodówki, zmielić z cebulą i namoczoną oraz odciśniętą bułką. Dodać jajo, sól, pieprz oraz posiekaną natkę pietruszki (opcjonalnie można by użyć majeranku – świeżego lub suszonego, i dodać szczyptę ziela angielskiego), wyrobić szybko, ale dokładnie.

Małą keksówkę wyłożyć plastrami boczku, zostawiając wolne końcówki – z jednej strony krótkie, z drugiej trochę dłuższe niż szerokość foremki (najlepiej przedstawia to zdjęcie na stronie Magazynu). Mięsną masę włożyć do foremki, uklepać i wyrównać wierzch. Zakryć końcówkami plasterków boczku (najpierw krótkie, potem dłuższe; jeśli okaże się, jak u mnie, że trochę źle przewidzieliście ich ułożenie a szerokość foremki, można puste miejsce „załatać” boczkiem ułożonym w poprzek). Alternatywnie, zamiast używać boczku, można formę wysmarować masłem i wysypać bułką tartą.

Piec w piekarniku nagrzanym do 180ºC (termoobieg) przez 45 minut, następnie wyjąć klops z foremki (przyda się pomoc drugiej osoby oraz np. deska do krojenia jako podkładka; my także odlaliśmy podczas przekładania trochę wytopionego tłuszczu) i dopiec sam (np. na blaszce wyłożonej pergaminem) przez kolejnych 15 minut. Po upieczeniu wyłożyć na kratkę/deskę i odczekać kwadrans przed pokrojeniem (ważne, w przeciwnym razie się kruszy!).

Mięso bdb je się i na ciepło, i jako wędlinę (patrz zdjęcie). W towarzystwie sosu chrzanowego mogłoby pojawić się na wielkanocnym stole. Do wersji na ciepło przygotowałam do niego sos pomidorowy (podobny do mojego "podstawowego"), wzbogacony suszonymi grzybami, ale nie jest to niezbędny dodatek: klops bdb broni się sam. Warto spróbować.

piątek, 29 marca 2013

Nie będzie o jajach. Będzie o wyjątkowo łatwym i - o dziwo - bezjajecznym cieście, którego nie nazwę wypiekiem, bo... się go nie piecze. Najbliżej mu do lekkiego sernika czy śmietanowca - może więc świetnie się nadać jako deser awaryjny dla tych, którym ciasta nie wychodzą lub którym sernik wielkanocny się nie uda/spadnie na podłogę/zostanie zjedzony przez zwierzę domowe*. Latem widzę go na stole w ogrodzie, w towarzystwie świeżych porzeczek czy malin... a zamiast limonek można z powodzeniem użyć cytryn. Krem pasowałby też do deserów typu trifle czy do przekładania niezbyt słodkich blatów czekoladowych. Poziom trudności - jak dla przedszkolaka, tylko trzeba mieć mikser (choćby ręczny).

Mowa o (key) lime pie z "Domestic goddess" Nigelli Lawson. Autorka podaje dwa przepisy - jeden ortodoksyjny, żółtkowy, drugi - ten, którym się inspirowałam. Ze zmian: trochę inne proporcje śmietanki do mleka (bo ta śmietanka, którą kupuję, występuje w opakowaniu 250ml ;) a także zmiany w spodzie (bo ten wg przepisu ma moim zdaniem ciut za mało masła i się bardzo kruszy). Opcjonalnie można by użyć kruchego spodu, wypieczonego wcześniej na brąz i schłodzonego.

Składniki:

  • 200g ciasteczek digestive (ew. innych mało słodkich), rozdrobnionych na okruchy
  • 80g stopionego lub bardzo miękkiego masła
  • 450g słodzonego mleka skondensowanego, schłodzonego
  • 250ml śmietanki kremówki, schłodzonej
  • sok i skórka z 4 limonek (ew. cytryn)

Okruszki z ciastek dokładnie wymieszać (ręcznie lub w malakserze) ze stopionym masłem (lub wetrzeć w nie miękkie), aż całość będzie przypominać wilgotny piasek. Wyłożyć masą dno + do połowy ścianki tortownicy 23-24 cm**, schłodzić w lodówce.

W dużej misce ubić śmietankę, mleko, sok i skórkę z limonek na gęsty krem. Wyłożyć na schłodzony spód, wyrównać. Dobrze schłodzić (moim zdaniem - przynajmniej 10-12h). Przechowywać w lodówce.

Korzystając z okazji: Wesołych Świąt - smacznych i bez incydentów kulinarnych, chyba, że zamierzonych ;).

* Co dwa lata temu się przydarzyło z jedną babą Neli na ok. godzinę przed przybyciem gości w niedzielę wielkanocną. Na szczęście upiekłam dwie te baby...

** Ew. można użyć głębszej foremki na tarty, idealnie: z wyjmowanym dnem.

czwartek, 22 marca 2012



Gdy myślicie "sernik", ew. "sernik polski" lub "sernik tradycyjny", jaki obraz staje Wam przed oczyma? Ja widzę sernik z kratką, tak zwany krakowski. Ser jest zwarty i lekko żółty (ach, te jaja), hojnie nafaszerowany rodzynkami, kratka polukrowana. A, wypiek stoi na pralce w kuchni mojej Babci, gotowy do podania na stół świąteczny (a Babcia narzeka, że znowu nie wyszedł...).

Z sernikami nie-babcinymi byłam na bakier, zwłaszcza od popularyzacji gotowych serów mielonych (którym mówię stanowcze NIE), i w efekcie jedyne wypieki serowe, jakich kosztowałam, to cheesecake (z zasady robiony na innym serze sernik londyński w wielu odsłonach lub ew. nowojorski w wydaniu koleżanki E.) bądź sernik królewski autorstwa M, na niemielonym twarogu. Sernik krakowski od wielu lat - od kiedy nie ma babcinego - omijałam szerokim łukiem. Okazało się jednak, że można przywołać smak wypieku z dzieciństwa - stosując metodę z królewskiego, używając normalnego sera. I tak oto mam nowy ulubiony wypiek ;)

Przepis pochodzi z bloga Dorotuś, jednak u nas parę zmian: przede wszystkim, twaróg tłusty w kostkach, niemielony; cukier puder i skórka pomarańczowa do sera; brak lukru na kratce (tak, ten Babci go miał, ja jednak lukru nie kocham, a sernik jest i tak dość słodki).

Składniki na kruche ciasto:

  •     250 g mąki
  •     100 g cukru pudru
  •     125 g masła
  •     8 g cukru waniliowego
  •     1 jajo



Wszystkie składniki połączyć razem, szybko zagnieść ciasto, wstawić do lodówki na co najmniej godzinę czasu. Z ciasta odkroić 1/3, odłożyć z powrotem do lodówki. Pozostałe ciasto rozwałkować na bardzo cienki placek, wyłożyć nim dno formy o wymiarach ok. 35 x 25 cm (można ew. piec także w 2 małych tortownicach), ponakłuwać widelcem. Podpiec w temperaturze 170°C przez 15 minut.

Składniki na masę serową:

  •     1 kg twarogu (półtłusty, tłusty)
  •     8 jaj
  •     100 g miękkiego masła
  •     250 g cukru pudru
  •     3 łyżki cukru waniliowego
  •     3 łyżki mąki ziemniaczanej
  •     100 g rodzynek
  •     ok. 3 łyżek skórki pomarańczowej (kandyzowanej)
  •     ulubiony aromat - u nas kapka wanilii
  •     żółtko/jajo/mleko do posmarowania pasków, roztrzepane

Twaróg wkruszyć do miski (lub, jeśli ktoś musi/lubi/chce, zemleć). Masło, 200 g cukru i cukier waniliowy utrzeć w osobnym naczyniu na krem. Ucierając, dodawać po 1 żółtku i części twarogu. Ucierać, aż składniki się połączą i masa będzie puszysta. Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodając pozostałe 50 g cukru. Pianę wmieszać do masy serowej razem z mąką ziemniaczaną i rodzynkami oraz skórką. Można dodać ulubiony aromat.

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika. Wyłożyć na niego masę serową. Ciasto pozostałe w lodówce cienko rozwałkować i radełkiem (lub nożem...) wykroić paski o szerokości 1 cm. Z pasków ułożyć na serniku kratkę, posmarować ją żółtkiem/jajem/mlekiem.

Piec około 60 minut w temperaturze 170°C (termoobieg).

Jeśli ktoś bardzo chce - może po wystudzeniu kratkę polukrować :).

Polecam! I podczepiam pod akcję wielkanocną:



PS. Przypominam, że wciąż trwa konkurs :)

piątek, 22 kwietnia 2011

Wielkanoc tuż, tuż: sprzątacie, gotujecie, kontemplujecie? Niezależnie od zajęć, życzę Wam wszystkim Wesołego Allejuja, smacznych jaj, bab i pasztetów, a także spokoju i odpoczynku. Na zdjęciu okolicznościowym jest jedynie materiał na pisanki, bo te (a właściwie kraszanki?) będę robić na ostatnią chwilę. Do życzeń z pewnością dokłada się Karmi, nasza kotka zewnętrzna, która koniecznie chciała być na zdjęciu (lub dobrać się do jajek :).

A jeśli ktoś szuka przepisów wielkanocnych, znajdzie je tutaj, a tu są różne serniki.

 
1 , 2 , 3
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna