Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: strączkowe

poniedziałek, 01 maja 2017

Jak co jakiś czas, miałam parę tygodni temu zryw pt. „jemy za mało strączkowych”. Tym razem trochę poszalałam, bo poza dwoma szklankami ciecierzycy na hummus(y), namoczyłam jeszcze sporą ilość na falafelki (które w związku z tym potem jedliśmy kilka dni ;). Rzecz w tym, że przemówił do mnie pomysł zmieszania ciecierzycy z miso (w końcu nie ma jak umami ;). Przeczytałam kilka przepisów w sieci, które różniły się głównie proporcjami i ew. dodatkami. Bazowały na jasnym miso, ja zaś miałam ciemne, które (o ile mi wiadomo), jest znacznie bardziej słone i wyraziste, i w związku z tym warto dać go mniej – o czym teraz już wiem, i co odzwierciedla poniższy przepis. Uwaga: to wciąga, tj. dodatkowe umami robi swoje i moim zdaniem trudniej się od tego smarowidła oderwać, niż od wersji klasycznej, dyniowej lub z masłem orzechowym.

Jeśli chodzi o dodatek sody do gotowania: owszem, przyspiesza proces, ale nie mam wrażenia, że aż tak, natomiast ciecierzyca gotująca się z sodą ma dość specyficzny zapach, który osobiście mnie nieco drażni, więc nie zawsze z niej korzystam; jeśli już, nie więcej niż łącznie łyżeczkę na szklankę ciecierzycy. 

Hummus z miso

Składniki (na spory słoik):

  • 1 szklanka (ok. 185g) suchej ciecierzycy,
  • 1 łyżeczka sody (opcjonalnie)
  • 2-4 (przy ciemnym proponuję zacząć od 2 i powinny wystarczyć) łyżki miso,
  • 1/2 szklanki tahiny,
  • ząbek czosnku
  • zimna woda,
  • hojna szczypta kuminu (i ew. dodatkowy do posypki),
  • sok z 1/4 cytryny

Ciecierzycę zalać wodą na noc. Jeśli używacie sody, dodać ją do namaczania (całą lub tylko ½ i resztę dorzucić do garnka następnego dnia). Kolejnego dnia wodę z namaczania odcedzić, zalać strączkowe świeża wodą, dodać ew. pozostałą sodę i gotować, aż ciecierzyca będzie zupełnie miękka, lekko rozpadająca się (co zajmie 40 minut lub nieco dłużej). Przestudzić, następnie zmiksować malakserem z pozostałymi składnikami, zimną wodę dodając stopniowo, by uzyskać pożądaną konsystencję. Uwaga: brak soli to nie błąd, miso jest wystarczająco słone.

Podawać hummus z pieczywem, skropiony oliwą/dobrym olejem np. rzepakowym i ew. posypany dodatkowym kuminem (można też użyć czarnuszki, nasion sezamu czy sumaku, choć ten ostatni moim zdaniem bardziej pasuje do wersji poniżej). Przechowywać w lodówce.

O ile hummus z miso jest słony i intensywny, wersja różowa jest słodsza, łagodniejsza i bardziej uniwersalna (o ile lubi się buraki). Bazowałam z grubsza na przepisie Jadłonomii, odkładając ½ ugotowanej ciecierzycy na wersję miso, a resztę na tą różową. Oryginał był dla mnie za słodki, więc dodałam do smaku więcej soku z cytryny + odrobinę dodatkowych przypraw (podobnie jak zrobiłam w przypadku "siostrzanej" wersji dyniowej).

Hummus buraczany

Składniki (na spory słoik):

  • 1 szklanka (ok. 185g) suchej ciecierzycy,
  • 1 łyżeczka sody (opcjonalnie)
  • 1 średni upieczony burak
  • ząbek czosnku
  • 1/2 szklanki tahiny,
  • zimna woda,
  • po hojnej szczypcie: słodkiej wędzonej papryki, ostrej papryki oraz sumaku (opcjonalnie), ew. więcej do posypki
  • sok z 1/2 cytryny lub do smaku

Postępować jak w powyższym przepisie, gotując namoczoną ciecierzycę, następnie ostudzoną miksując na gładko z resztą składników. Podawać skropione oliwą i najlepiej oprószone sumakiem/słodką papryką, niekoniecznie wędzoną (pasuje też czarnuszka lub czarny sezam, także dla kontrastu kolorystycznego).

niedziela, 26 marca 2017

Sądzę, że M trochę się zdziwił, wracając do domu w dzień powszedni i zastając a) mnie pracowicie lepiącą pierogi, b) barszcz podgrzewający się na minimalnym (wiadomo, czemu) ogniu na kuchence. Faktycznie, tak rozbudowane menu zdarza mi się raczej tylko w weekend, a w wariancie tradycyjnym – prawie nigdy ;). Z tą tradycją jednak to tylko na pierwszy rzut oka, bo pierogi miały nadzienie dość nietypowe. Szczerze mówiąc miały być z kaszą i twarogiem, ale na przeszkodzie stanął niedobór tego ostatniego. Szukałam więc czegoś, co jest miękkie i zlepiające, czyt. zamiennika sera, i wymyśliłam lekko rozgotowane strączkowe: czerwoną soczewicę lub groch. W ten sposób nadzienie zyskuję cechę, którą nazywam „przypadkowo wegańskie”. Zaskoczony po raz drugi M powiedział: „Takie chłopskie te pierogi. Ale smaczne!”. Ja: „Chłopskie? Że bida kuchnia niby? Może raczej wiejskie…?”. W końcu - mieszkamy na wsi.

Pierogi wiejskie

  • 1/2 szklanki (suchego) grochu,
  • 1/2 szklanki (suchej) kaszy gryczanej,
  • 1/2 łyżeczki ziela angielskiego,
  • dużo pieprzu, sól,
  • suszony majeranek i mięta,
  • 2 małe, drobno posiekane cebule
  • ulubione ciasto pierogowe z ok. 250g mąki
  • Do podania: masło, koperek lub inne zioła

Cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Ugotować kaszę i groch na miękko – ten ostatni może się nawet lekko rozpadać - i wymieszać z cebulą. Doprawić zielem angielskim oraz do smaku ziołami, solą i pieprzem. Całość dokładnie wymieszać, na gładko; użyć łyżki nadzienia na pieróg. Gotować ok. 2 minut od wypłynięcia w dużej ilości osolonej wody. Podawać z masłem, np. koperkowym. Barszcz na kwasie do popicia też nie jest głupim pomysłem (ostatnio odkryłam, że lepiej smakuje z mniejszą ilością grzybów - wolę tylko z paroma sztukami w wywarze jarzynowym - za to z dodatkiem bulionu).

Utrzymując się w temacie kuchni wiejskiej… Jak mam zjeść większego coś sama, jem albo resztki, albo sałatkę, albo jajka w jakiejś postaci – zazwyczaj. Gdy jednak miałam pod ręką kilka kilo (tak, tak) domowej kapusty kiszonej, czyli dar od pani R. i znów naczytałam się Nigela Slatera, popełniłam taką jednoosobową wariację ("talerz") na temat kapusty i grzybów. Gdyby pogotować ze 2 dni a nie 20 minut, może i byłby bigos ;).

Talerz wiejski dla 1 głodnej osoby

Składniki:

  • 2 nieduże ziemniaki,
  • dwie garście kapusty kiszonej,
  • ½ cebuli,
  • 4 pieczarki,
  • łyżka suszonych grzybów,
  • 3-4 plastry boczku,
  • kopiasta łyżka kwaśnej śmietany,
  • sól, pieprz, opcjonalnie: kminek,
  • koperek do posypki

Boczek pokroić w kostkę, przełożyć na patelnię i wytopić tłuszcz na małym ogniu. Podkręcić ogień na średni, dodać cebulę pokrojoną w kostkę, zeszklić. Dodać pieczarki pokrojone w plastry i wkruszyć suszone grzyby, smażyć, aż grzyby nie będą surowe; osobno ugotować ziemniaki. Dorzucić kapustę do patelni, gotować 2-3 minuty, tyle, by się podgrzała. Doprawić całość do smaku solą i pieprzem; można posypać lekko kminkiem, jeśli lubicie, a nie ma go już w kapuście (u mnie był). Wymieszać z gorącymi ziemniakami, pokrojonymi w ćwiartki. Podawać od razu z kleksem śmietany i posypane koperkiem.

środa, 07 września 2016

Na blogu była już, z dawnych czasów, zupa au pistou („postna zupka z bazylią”, cytując Julię Żak w Szóstej klepce – ta bazylia w Polsce z okolic r. 1976 mnie całkiem zresztą intryguje ;)). Była, ale już nie ma, bo po namyśle naprawdę mało miała wspólnego z oryginałem (plus przepis był na tyle kreatywny, że M gmerając łyżką w talerzu marudził: „A możesz następnym razem zrobić tak, jak w oryginale…?”). Inna rzecz, że to jest z założenia kreatywne danie: zupa pt. przegląd ogródka warzywnego, w założeniu wykorzystująca to, co w sezonie/co się ma pod ręką plus, żeby było bardziej pożywnie, dodatek fasolki, drobnego makaronu (dla mnie zaskakujący dodatek) i pistou, tj. pesto bez orzechów; w sumie siostra włoskiej minestrone. Swoją robiłam w szczycie sezonu letniego, kilka tygodni temu, gdy groszek miał się jeszcze bardzo dobrze a zaczęła się już cukinia, więc te składniki były faktycznie z ogrodu (obok, oczywiście, bazylii).

Korzystałam tym razem z przepisu Davida Lebovitza z My Paris Kitchen, który swoją drogą lekko różni się od zamieszczonego niedawno przez autora na blogu (proporcjami i metodą). Z odstępstw sobie podzieliłam pistou na ½ (i w moim odczuciu nie było jej za mało), osobno, tj. wcześniej, ugotowałam fasolę oraz dodałam, poza wodą, 1/2 pół litra domowego bulionu (który był dość ciemny i w połączeniu z czerwoną cebulą swoiście zabarwił zupę ;), jeśli jednak chodzi o całą resztę, byłam grzeczna. Swoją drogą, ciekawe, że moje pistou wyszło wyraźnie pomarańczowe od pomidora, u autora jest jednak zielone ;).

Składniki:

  • ½ szklanki* fasoli Jaś, namoczonej na noc
  • liść laurowy
  • 500ml bulionu (dobrego domowego) + dodatkowa woda do gotowania
  • 1 mała cebula (u mnie czerwona)
  • 2-3 zmiażdżone ząbki czosnku
  • ½ łyżki soli, lub do smaku
  • 4 mikro (tj. b. młode i małe) marchewki
  • 1,5 średniej cukinii
  • 1 szklanka zielonego groszku (świeżego wyłuskanego lub mrożonego)
  • 80g bardzo drobnego makaronu (mikro gwiazdki, ryż lub podobny)
  • pieprz do smaku

Pistou:

  • 1 mały ząbek czosnku
  • ¼ łyżeczki soli
  • 50g (ok. 2 szklanek) bazylii
  • 1,5 łyżki dobrej oliwy
  • ½ niedużego pomidora pomidora bez skórki, drobno posiekanego
  • 45g startego parmezanu

* szklanka = 240ml

Namoczoną przez noc fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy, zagotować, skręcić ogień i gotować na małym ok. 45 minut (nie będzie zupełnie miękka, ale jeszcze będzie gotowała się w zupie). Fasolę odcedzić, pozbyć się liścia i odstawić na bok (można i na kilka h, tj. ja ugotowałam fasolę rano, a samą zupę przygotowałam dopiero późnym popołudniem).

Podgrzać bulion, dodać drobno posiekaną cebulę i czosnek, gotować kilka minut. Dodać marchewkę pokrojoną w cienkie plastry i ok. 500ml ciepłej wody, ponownie zagotować, gotować dalsze kilka minut, dodać fasolę, cukinię pokrojoną w kostkę i sól. Po ok. 10 dalszych minutach albo zgasić ogień pod garnkiem, jeśli przygotowujecie zupę z wyprzedzeniem, albo od razu dodać groszek i makaron (i jeśli to konieczne, uzupełnić wodę), gotować jeszcze 10 minut lub aż makaron będzie miękki. Pod koniec gotowania doprawić do smaku pieprzem.

Gdy zupa się gotuje, zmiksować wszystkie składniki pistou w malakserze/blenderem ręcznym lub utrzeć w moździerzu (można to ostatecznie zrobić wcześniej, ale pasta nawet szczelnie przykryta folią trochę ściemnieje podczas przechowywania). Podawać gorącą zupę z łyżką pistou, ew. nadmiar można także dać na stół.

Gdy podałam M talerz zupy, spytał z uśmiechem: „Krupnik…?”. Uśmiech oznaczał: „Raczej cię o to nie podejrzewam” (i ma ku temu podstawy: zjeść ostatecznie zjem, ale zrobić nie zrobię, m.in. ze względu na drobną kaszę). Delikatnie wskazałam mu różnice: makaron, młode warzywa, fasola… A jednak ta uwaga męża, choć rzucona jeszcze przed spróbowaniem dania, ma sens: zupa jest bardzo pożywna, rozgrzewająca (więc na polskie lato w sam raz), gęsta i podpada pod comfort food. I w takim wydaniu będę do niej wracać!

Zapisz

wtorek, 21 czerwca 2016

Lata 80-te, warszawska Wola, „prawie Centrum”. Zawsze chłodna i ciemna – zwłaszcza w słoneczny dzień - klatka schodowa wybudowanej w latach 50-tych kamienicy, w której mieszkała Babcia D. Szeroki drewniany parapet w kuchni, na którym czasem wolno było mi siadać, z oknem na ciemne podwórko, a pod parapetem szafka zwana „zimną kuchnią”, w której mieszkały słoiki z przetworami (wiśnie, brązowe i nieciekawe truskawki i borówki do mięsa). Na parapecie jadłam chrupki chleb Cioci, brązowy z dużymi dziurkami, który bardzo mi smakował. Łapki miksera po ubijaniu śmietanki (wydane zapewne też przez Ciocię, bez wiedzy Mamy) oblizywałam przy blacie kuchennym, już po zejściu z parapetu. Barszcz w najróżniejszych wydaniach pojawiał się jednak już albo przy stole kuchennym, albo podany na obiad przy biurku w pokoju brata ciotecznego.

A barszcz był i czysty, i zabielany, i z jajem, i z osolonymi, sypkimi ziemniakami podanymi z boku, i w zupie, i – clou! - z farfoclami, tj. poszatkowanymi jarzynami z wywaru oraz fasolką. Lubiłam każdy wariant, może z drobną przewagą wersji z jajem/zabielanej, no i farfocle były zawsze atrakcyjne, m.in. ze względu na to, że pojawiały się stosunkowo rzadko (pewnie ze względu na większą pracochłonność). W moich wspomnieniach babcina zupa = z buraków (bo choć musiały być inne, to ich nie pamiętam, tak samo jak z surówek pamiętam tylko słodko-kwaśną mizerię). Tak czy inaczej, w sumie nietrudno zrozumieć, czemu tak lubię buraki w najróżniejszej postaci (duszona botwinka w końcu też była Mamy daniem rodzinnym, o buraczkach na ciepło czy w surówce nie wspominając).

I dlatego nad zupą botwinkową z fasolką zrobiło mi się sentymentalnie, zwłaszcza jak jeszcze posypałam ugotowane i wysuszone ziemniaki koperkiem, lekko doprawiłam masłem i postawiłam obok talerzy z zupą. O tym zwyczaju jedzenia ziemniaków obok zupy pamiętam, jak Babcia mi opowiadała, nakładając jedną czy dwie sztuki na spodek, bo to musiała być dla mnie nowość. A zapach młodego koperku na wiosnę zawsze mi przypomina przechodzenie z Babcią przez nieistniejący targ vis a vis Hali Mirowskiej. W tym roku pierwszy raz wysiałam koperek w ogrodzie, licząc na to, że się sam wysieje i potem będzie się w cudowny sposób odradzał (jak się dzieje u naszych sąsiadek).

Składniki:

  • 1 szklanka fasoli Jaś
  • 2 liście laurowe
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 większy pęczek botwinki (z dość dużymi buraczkami, szt. 4-5)
  • 1 litr bulionu (dowolnego, ale jak najlepszego, tj. wskazany ulubiony/domowy)
  • ok. 1,5 szklanki wcześniej ugotowanych (np. w bulionie), ew. upieczonych, jarzyn (marchewka i pietruszka, ew. seler, jeśli ktoś lubi)
  • sól, pieprz
  • sok z ½ cytryny (lub do smaku)

Fasolę zalać wodą (ok. 2 szklanek lub trochę więcej) na noc w dzień poprzedzający gotowanie. Następnego dnia zalać świeżą wodą, dodać liście laurowe, zagotować, gotować ok. godzinę na małym ogniu, odcedzić, usunąć liście laurowe. Odstawić na bok.

Czosnek posiekać, krótko przesmażyć w dużym garnku na niewielkiej ilości oleju. Buraki odciąć od reszty botwiny, umyć, pokroić w kostkę, dodać do garnka, zalać szklanką bulionu, zagotować, gotować pod przykryciem na małym ogniu przez ok. 15 minut. Dodać posiekane łodygi, zalać kolejną szklanką bulionu, gotować dalsze 10 minut. Dorzucić posiekane liście, wlać pozostały bulion, gotować jeszcze kilka minut. Dodać fasolkę i jarzyny, skręcić ogień na mały, by całość tylko podgrzewać. Po kilku minutach doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Podgrzewać jeszcze co najmniej 10-15 minut przed podaniem. Podawać z ugotowanymi ziemniakami, posypanymi koperkiem i doprawionymi masłem. Opcjonalne inne dodatki: jajko na twardo, kwaśna śmietana, szczypior.

A na deser: zdjęcie Babci z Mamą w opisanej wyżej kuchni, kilka dekad wcześniej, niż ja w niej siadywałam.

Zapisz

niedziela, 14 lutego 2016

Podczas ostatniego pobytu w Austrii wpadł mi w ręce magazyn ilustrowany, w którym tylko szybko obejrzałam obrazki, ale który miał ciekawy kulinarny załącznik: broszurę z daniami z każdego regionu kraju, ułożonymi na zasadzie trzydaniowego menu (czyli był zestaw z Tyrolu, Karyntii, itd.). Niektóre przepisy zaciekawiły mnie na tyle, że sprawdziłam w słowniku wszystkiego niezrozumiałe dla mnie słowa, a jedno danie nawet od razu ugotowałam.

Ritschert znalazłam wśród dań ze Styrii. To bardzo gęsta, sycąca zupa (a może nawet Eintopf) z dodatkiem kaszy, ziemniaków, fasoli i wędzonki. Wiki informuje m.in., że to danie... więzienne ;). Ponieważ w swojej zupie, poza wodą, użyłam także 500ml bulionu, dodałam mniej wędliny, niż sugerowano, bo obkroiłam ją z tłuszczu. Można jednak dać samą wodę a ilość boczku zwiększyć, nadal nie przesadzałabym jednak z jego tłustością. Majeranek to mój dodatek, bo pasował bardziej, niż sugerowany tymianek.

Składniki (dla 2-4 osób):

  • 200g fasoli (dowolnej, u mnie Jaś) namoczonej na noc
  • 250g ziemniaków, najlepiej sałatkowych (nie mącznych)
  • ok. 70-120g wędzonki (patrz uwagi jw.)
  • 500ml bulionu (opcjonalnie) i ok. 500ml wody, lub sama woda (patrz uwagi jw.)
  • 100g pęczaku, najlepiej wcześniej namoczonego co najmniej 1h
  • sól/pieprz
  • liść laurowy
  • suszony majeranek
  • łagodny ocet (jabłkowy: domowy się świetnie nadaje lub z białego wina)
  • do podania: posiekana natka pietruszki

Namoczoną fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy, zagotować. Gotować ok. 10 minut, następnie dodać namoczoną i odcedzoną kaszę, całość lekko posolić i ew. uzupełnić wodę; gotować razem ok. 20-25 minut (i kasza, i fasola powinna pozostać lekko jędrna). Dodać bulion (jeśli używacie) i wodę, posiekaną wędzonkę oraz obrane i pokrojone w kostkę ziemniaki. Doprawić hojną szczyptą (lub tyle, ile uważacie) majeranku, gotować, aż ziemniaki będą miękkie. Jeśli to konieczne, dolać więcej wody podczas gotowania. Doprawić do smaku solą, pieprzem i octem (mój jabłkowy jest na tyle delikatny, że dokwaszałam kilka razy). Podgrzewać jeszcze przez co najmniej kilkanaście minut i jeszcze raz sprawdzić doprawienie; najlepiej jednak zupę odstawić na co najmniej 2h i dopiero przed podaniem delikatnie podgrzać. Gdyby zupa była za gęsta, znów delikatnie rozrzedzić. Podawać posypane natką.

M po zajrzeniu do garnka nie chciał uwierzyć, że zupa nie była zagęszczana mąką – i to prawda, że też miałam skojarzenia z żurkiem, nie tylko ze względu na kwaśno-mięsne smaki. Cała jednak „mączność” pochodzi ze strączkowych i kaszy, raczej w minimalnym stopniu z ziemniaków – bo miałam takie jak trzeba, tj. zwięzłe, i zachowały kształt nawet po podgrzaniu (przygotowałam zupę kilka godzin przed podaniem). Tak czy inaczej, talerz lub dwa spokojnie starczą za cały posiłek, a w chłodniejsze pory roku takie obiady bardzo lubię ;). Jeśli ktoś lubi kwaśne, można podać na stół dodatkowo ocet, użyty do zupy.

piątek, 22 stycznia 2016

Jakiś czas temu, planując obiad bezmięsny, przeszukałam szafkę kuchenną z tzw. 'suchymi' pod kątem soczewicy. Już, już trzymałam w ręku puszkę z czarną „Bieługą”, gdy zobaczyłam paczkę tej czarno-białej, kupionej jakiś czas temu przez internet. Tyle, że po uważniejszym wczytaniu się w opakowanie (nie wersję polską, bo ta właśnie miała „soczewicę”) i przeszukaniu internetu, okazało się, że to właściwie fasola. Mowa o urid (urad) dal, albo fasoli mungo (nie mylić z mung). W języku angielskim nazywa się ją (mylnie) soczewicą i taka kalka językowa pojawiła się w sklepie internetowym. Jak wygląda, widać na zdjęciach – moja to wersja w połówkach, ale niełuskana. Na oko wygląda jak monochromatyczny groch, ale w przeciwieństwie do tego ostatniego, nie rozpada się podczas gotowania. Zapach ma lekko orzechowy, natomiast jeśli chodzi o wygląd, M po nachyleniu się nad garnkiem spytał, co to za kasza ;). Smak ma także, w moim odczuciu, nietypowy dla strączkowych.

Dość długi zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić, poza tym, że coś indyjskiego. Popatrzyłam na różne przepisy i ostatecznie skupiłam się na dodatku szpinaku, jak u Heidi Swanson, modyfikując jednak metodę i składniki. Użyłam oleju kokosowego, ponieważ zaplanowałam dodatek mleka kokosowego, ale można użyć oleju roślinnego, ghee itd. Wyszło zaskakująco smaczne, choć – jak to wszystkie dania indyjskie ze szpinakiem i/lub strączkowymi – umiarkowanie atrakcyjne wizualnie ;). Moim zdaniem zyskuje na wcześniejszym przygotowaniu i podgrzaniu, choć można je też jeść od razu. Ponieważ ugotowałam nadmiar fasolki, zrobiłam jeszcze szybką pastę do pieczywa (która już zupełnie nie wygląda ;), o której niżej.

Urid dal ze szpinakiem

  • Składniki:
  • 1/3 szklanki fasolki mungo (urid dal)
  • 3 łyżeczki oleju kokosowego
  • po ½ łyżeczki kuminu i czarnej gorczycy
  • 1/4 łyżeczki kurkumy
  • 2 ząbki czosnku
  • ok. 7 plasterków imbiru
  • 1 mała zielona (lub czerwona) papryczka chilli
  • opcjonalnie: łyżka suszonych liści kozieradki
  • 450g mrożonego szpinaku
  • sól do smaku
  • 165ml (mała puszka) mleka kokosowego

Fasolę namoczyć przez godzinę, odcedzić, umieścić w rondlu, zalać wodą i gotować ok. 15 minut ze szczyptą soli i ok. ½ łyżeczki oleju. Po ugotowaniu odcedzić, odstawić na bok. Pozostały olej rozgrzać w dużym, szerokim garnku i zrobić masalę z przypraw. Gdy gorczyca zacznie strzelać, dodać imbir, czosnek, chilli, przesmażyć chwilę, następnie dodać szpinak, lekko podlać wodą i podgrzewać na średnim ogniu, aż się rozmrozi. Dodać mleko kokosowe i 165ml wody (odmierzone puszką po mleku), liście kozieradki (jeśli używacie), gotować chwilę, dodać sól do smaku. Połączyć szpinak z dalem, całość gotować jeszcze ok. 30 minut na niewielkim ogniu LUB (i to polecam) gotować ok. 20 minut, po czym odstawić na co najmniej 2-3h i przed jedzeniem podgrzewać co najmniej 20 minut. W idealnym świecie podać posypane świeżą kolendrą. 

Szybka pasta do pieczywa

  • ½ szklanki (czyli 120ml) ugotowanej jw. fasolki mungo
  • 2 łyżki masła orzechowego lub tahiny
  • 7-8 pomidorów suszonych (nie z oleju, lub dobrze osączonych)
  • ½ łyżeczki soli (+ do smaku)
  • 3-4 łyżki oleju rzepakowego/oliwy
  • ½ łyżeczki papryki wędzonej (u mnie słodka, można dać lekko ostrą)
  • ½ łyżeczki za'ataru

Wszystkie składniki zmiksować z malakserze, sprawdzić doprawienie. Gdyby masa była za gęsta, dodać odrobinę gorącej wody. Przed podaniem skropić oliwą i oprószyć słodką papryką (już niekoniecznie wędzoną).

Uprzedzając pytania - kolor papryki na poniższym zdjęciu jest całkowicie naturalny :).

sobota, 31 października 2015



W tym roku naprawdę myślałam, że z Festiwalu Dyni (link do gospodyni: patrz banner) na blogu nici. Można powiedzieć, że jest to Festiwal last minute, bo zamieszczam wpis w ostatnim dniu ;). Nie miałam weny i/lub czasu do testowania nowych przepisów dyniowych, pozostając przy starych szlagierach typu dyniowe puree, zupa z czego popadnie, w tym z dyni, itd. Nie pomagał niestety brak światła dziennego w godzinach popołudniowych, czyt. wtedy, kiedy zazwyczaj coś gotuję poza weekendem. 

A jednak coś się udało ;). Po pierwsze: odświeżona wersja zupy sprzed 3 lat. A właściwie sama zupa uproszczona, za to rozbudowane dodatki.

Składniki:

  • ok. 750g dyni (najlepiej dość zwięzłej, typu Amazonka czy Hokkaido, ale tym razem miałam mieszankę i takiej, i wodnistej no name)
  • 1 duża cebula
  • 3 średnie, winne/kwaskowate jabłka
  • 500ml ulubionego bulionu
  • ok. 1/8 łyżeczki nasion kolendry
  • sól (do smaku), pieprz (dość obficie)
  • hojna szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
  • szczypta słodkiej wędzonej papryki
  • ok. 1cm kawałek imbiru, drobno posiekany

Do podania:

  • 180g opakowanie tofu (naturalnego lub wędzonego)
  • ok. łyżeczki oleju sezamowego
  • ok. 1/2 łyżeczki łagodnej przyprawy korzennej, typu garam masala czy advieh
  • kilka łyżek bulguru (najlepiej grubego), zalanych wodą ok. 3h wcześniej (lub kilka łyżek wcześniej ugotowanej innej, ulubionej kaszy)

Dynię pokrojoną na 3-4 kawałki, cebulę przekrojoną na 1/2 oraz wydrążone jabłka umieścić w piekarniku w 180 st. C. (termoobieg) i piec ok. 50 minut. Umieścić w garnku razem z bulionem i przyprawami, podlać szklanką wody, zagotować, gotować ok. 10-15 minut, dokładnie zmiksować. Gdyby zupa była za gęsta, ew. rozrzedzić wodą. Delikatnie podgrzać, sprawdzić doprawienie. Jeśli to możliwe - przygotować ją dzień wcześniej niż planowana konsumpcja, bo jak każda zupa zyskuje na wystudzeniu i podgrzaniu.

Bulgur zalać wodą co najmniej 3h przed podaniem - tak przygotowany nie wymaga gotowania (i m.in. dlatego go lubię ;). Co najmniej 1h przed podaniem pokroić tofu w grubą kostkę, wymieszać dokładnie z olejem sezamowym oraz wybraną przyprawą, odstawić w temp. pokojowej, tak samo jak wcześniej bulgur. Tak doprawione tofu obsmażyć krótko z wszystkich stron na niewielkiej ilości neutralnego oleju. Podgrzaną zupę podawać z ok. 2 łyżkami bulguru, osączonego z ew. niewchłoniętej wody, posypane tofu.

A po drugie... Hummus dyniowy na Everyday Flavours dał mi wiele do myślenia ;). W mojej wersji ma trochę inne proporcje, tj. jest więcej dyni a mniej tahiny (bo się skończyła), za to dodałam łyżkę oleju z pestek dyni. Trochę obawiałam się, że ten wyrazisty dodatek zdominuje całość, jednak niepotrzebne. Taka wersja hummusu mi wyjątkowo smakuje - bo zresztą mam wrażenie, że ciecierzyca bardzo dobrze uzupełnia się upieczoną dynią - z tych zwięzłych, bardziej mącznych (tu użyłam też Hokkaido) i przeważnie ciemnopomarańczowych, które wolę o wiele bardziej od jasnych a wodnistych.

Składniki:

  • 1/2 szklanki ciecierzycy
  • płaska łyżeczka sody
  • 200g upieczonej dyni (ok. szklanki)
  • 1/4 szklanki (4 łyżki) tahiny
  • łyżka oleju z dyni
  • sól do smaku
  • ok. 2 łyżek soku z cytryny
  • 1/4 łyżeczki słodkiej wędzonej papryki
  • szczypta ostrej papryki
  • 2 małe ząbki czosnku

Ciecierzycę zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, wymieszać z sodą, zalać wodą i gotować ok. 30-40 minut, aż zacznie się rozpadać. Odcedzić i przestudzić. Wymieszać z pozostałymi składnikami i zmiksować na gładko w malakserze (gdyby masa była za gęsta, można dodać trochę zimnej wody, u mnie jednak nie było to konieczne), sprawdzić doprawienie. Można podawać skropione olejem dyniowym i posypane uprażonymi pestkami (świeżymi lub suszonymi), ale w wersji podstawowej, jak na zdjęciu, jest także całkiem smaczne.

A to poniżej pestki odzyskane z ww. Hokkaido, doprawione solą i wędzoną papryką, pieczone "piętro niżej" niż warzywa na zupę z wpisu. Nie doczekały do roli jakiejkolwiek posypki ;).

 

czwartek, 23 lipca 2015

Niedawno pisałam, w ramach „Zielono mi” o bobie z przyprawami. Zdjęcie tego bobu wzbudziło (ku mojemu zaskoczeniu) duże zainteresowanie na Facebooku, ale znacznie bardziej popularne okazały się pierogi z bobem. Nigdy ich wcześniej nie jadłam, choć obiły mi się o oczy w różnych miejscach w internecie, a gdy wspomniała o nich Magda Kasprzyk-Chevrieux w artykule o, no właśnie, bobie – klamka zapadła. M podszedł do sprawy sceptycznie, ale przypomniałam mu pierogi z dynią i zamilkł. Dodam, że końcowy produkt mu bardzo smakował ;).

Składniki:

  • ulubione ciasto pierogowe, moje jak zawsze (zużyłam łącznie około 360g ciasta)
  • 500g ugotowanego i wyłuskanego bobu
  • ok. 100g wędzonego boczku
  • ½ drobno posiekanej cebuli
  • ok. 2 łyżek drobno posiekanych ziół: lubczyk, koperek*
  • sól, pieprz
  • ok. 2-3 łyżek stopionego masła i dodatkowa garść lubczyku

Boczek wytopić na małym ogniu na suchej patelni, podkręcić ogień, chwilę przesmażyć, dodać cebulę, zeszklić. Wymieszać z bobem, całość rozgnieść, dodać zioła, doprawić do smaku. Farsz jest gotowy do nadziewania pierogów. Gotowe pierogi polać masłem z lubczykiem, przygotowanym analogicznie do szałwiowego czy koperkowego.


W temacie strączkowych z grządki: we Francji jedliśmy w jednym miejscu całe przesmażone strąki bardzo młodego groszku. Ponieważ groszek nam w tym roku obrodził i mamy i strąki jeszcze zupełnie miękkie, i gotowe do łuskania, na obiad zjedliśmy super prosty i szybki makaron.

Składniki:

  • ok. 200-220g makaronu
  • garść jak najmłodszych (zupełnie miękkich) strąków groszku
  • oliwa (ok. 1,5 łyżki)
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 tajska papryczka chilli
  • ok. 4 łyżek wyłuskanego groszku
  • parmezan

Gdy makaronowi zostało niewiele czasu do ugotowania, na patelni rozgrzać oliwę, przesmażyć drobno posiekany czosnek i chilli. Dodać strąki (może pryskać), smażyć ok. minutę. Wymieszać z ugotowanym makaronem, przełożyć na dwa talerze. Każdy posypać dwoma łyżkami groszku i (dość hojnie) świeżo startym parmezanem. Podawać natychmiast.

Jako taki PS nie na temat, bo z kategorii "owocowo", ale porzeczki pomału się kończą: próbowaliśmy czerwonej na pieczywie? Konkretnie na wieloziarnistym chlebie, z dodatkiem miękkiego koziego sera, miodu i czegoś zielonego (tu: liście rzodkiewki)? Polecam :).


piątek, 05 czerwca 2015

Hummus z białej fasoli mignął mi gdzieś na zdjęciu w internecie i MUSIAŁAM go zrobić. Najlepiej natychmiast, no, dobrze, odcierpiałam czas moczenia fasoli. Ku swojemu smutkowi w szafce znalazłam jej tylko małą garść i musiałam dosztukować grochem...

Tu taka uwaga: oczywiście, ktoś może się obruszyć, że nie ma czegoś takiego jak hummus z fasoli, (a pesto jest tylko z bazylii). Nie podchodzę emocjonalnie do nazewnictwa w tym przypadku (nie to, co do takiego „sernika” z kaszy jaglanej ;)), ale jakoś rzeczywiście bardziej pasuje mi nazwa pasta. Ewentualnie smarowidło. Pokrewne awaryjnemu z samego grochu, ale clou smakowe tkwi, moim zdaniem, w dodatku świeżego estragonu (tzw. francuskiego**).

Składniki:

  • ¾ szklanki fasoli Jaś
  • ok. ½ szklanki grochu w połówkach*
  • liść laurowy
  • ok. 2 łyżek dobrego oleju np. rzepakowego, z lnianki lub oliwy
  • sól, pieprz, sok z cytryny (wszystko do smaku)
  • ok. łyżki posiekanego estragonu francuskiego (koniecznie!**)
  • opcjonalnie: ok. ½ łyżki liści majeranku
  • kopiasta łyżka tahiny

Fasolę namoczyć na noc. Następnego dnia odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy i groch, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować, aż całość będzie miękka (ok. 1 h; nie szkodzi, jeśli groch się rozpadnie); co jakiś czas sprawdzać, czy woda nadmiernie nie odparowała. Odcedzić (wodę z gotowania można zachować do ew. rozrzedzenia pasty), wymieszać z pozostałymi składnikami w malakserze, zmiksować na gładko, doprawić wg uznania. Zajadać na dobrym pieczywie (na zdjęciach widać chleb żytni na zaparce) lub w towarzystwie świeżych warzyw.

* Oczywiście można użyć samej fasoli, u mnie miks był z konieczności.

** Nie rozumiem, czemu nie ma więcej informacji na temat odmian estragonu, ale rosyjski jest bardziej wytrzymały, łatwiejszy w hodowli, ale niestety smakuje i pachnie tylko sianem, za to trudniejszy do utrzymania francuski ma wyraźny, świeży anyżowy posmak – a więc bardzo się różnią, jeśli chodzi o walory kulinarne! Wspominałam o tym zresztą np. przy okazji soli 12 ziół.

niedziela, 08 lutego 2015

Gdy nic nie masz w lodówce, do sklepu daleko a przydałoby się coś do chleba, zaglądasz do szafki z suchymi produktami. Wyciągasz pojemnik z napisem "groch połówki" oraz słoik masła orzechowego...

Składniki (na ok. 200ml pasty):

  • 1/2 szkl. grochu w połówkach
  • ok. 1,5 szkl. wody (lub więcej wg potrzeby)
  • 1 mikro ząbek czosnku, rozdrobniony
  • kopiasta łyżka masła orzechowego
  • szczypta wędzonej słodkiej papryki
  • olej z pestek dyni: ok. 2 łyżeczek lub wg uznania
  • sól
  • opcjonalnie: szczypta chilli/innej ostrej papryki; sok z cytryny

Groch zalać wodą, zagotować, podlać ok. 1/2 łyżeczki oleju z pestek dyni, skręcić ogień na mały i gotować, aż zacznie się rozpadać (co potrwa ok. 50-60 minut). W razie potrzeby podlać wodą podczas gotowania (czyt. uważać, by nie przypalić). Zmiksować groch w malakserze z pozostałymi składnikami (ew. można całość rozgnieść ręcznie np. w makutrze, ale wówczas czosnek trzeba przecisnąć przez praskę). Doprawić do smaku - gdyby było za słodko, można dodać ostrą paprykę i/lub sok z cytryny. Gdyby pasta była za sucha, delikatnie rozrzedzić za pomocą gorącej wody. Przechowywać w lodówce, podawać na pieczywie.

Oczywiście, pasta jest wariacją na temat hummusu ;) - nawet pojawił się na blogu taki z dodatkiem masła orzechowego. Olej z pestek dyni to ukłon w stronę niedawno opuszczonej zimowej Austrii ;) i choć moim zdaniem pasuje i do grochu, i do orzechów, można go zastąpić czymś innym (może pikantną oliwą lub olejem z lnianki?). Z pozostałymi dodatkami też można poszaleć, np. dodając pod koniec miksowania garść pestek dyni, tak, by tylko lekko się rozdrobniły. Potrzeba matką wynalazków!

 
1 , 2 , 3
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna