Niedawno zgadałam się z wirtualną znajomą, Edytą (której zawdzięczam przepis na surówkę) na temat dżodżenu - stosowanej w kuchni bułgarskiej, bardzo aromatycznej odmianie mięty (konkretnie to tzw. mięta kędzierzawa). Niedługo później otrzymałam mocno pachnącą (i przed otwarciem!) kopertę. Gdy napisałam do Edyty, by mi przypomniała, co z tym fantem się robi, wymieniła zupę fasolową, i to też ugotowałam, kierując się własnym widzimisię ;)
Składniki:
200g fasoli (raczej białej, ja miałam ok. 50g czarnej - która zabarwiła zupę na ciemniejszy kolor)
dżodżen (mięta kędzierzawa; ew. inna aromatyczna odmiana mięty w formie suszu)
Fasolę opłukać, zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, zalać świeżą wodą (ok. 1,5 litra), dodać liście laurowa, pora, jarzyny w kostkę, lubczyk suszony lub świeży (ok. łyżki), ciut cząbru, zagotować, gotować na średnim ogniu, częściowo tylko przykryte, aż fasola zmięknie (ok. godziny lub dłużej). Nie solić na początku, by nie była twarda. W razie konieczności podlać dodatkowo wodą. Osobno podgrzać na średnim ogniu boczek pokrojony w kostkę (w wersji wege można pominąć, użyć oleju), gdy wytopi się z niego tłuszcz, podkręcić ogień, gdy boczek zacznie się rumienić, dodać cebulę pokrojoną w kostkę, zeszklić. Dodać pomidory, przyprawy (poza dżodżenem), gotować kilka minut, aż sos się zagęści. Dorzucić do fasoli, wymieszać, sprawdzić doprawienie (najprawdopodobniej będzie potrzebna dodatkowa sól i pieprz), zagotować, skręcić ogień na mały/średni, dodać dżodżen (u mnie ok. łyżeczki), gotować jeszcze ok. 15 minut. Podawać np. z pieczywem/grzankami.
UWAGA! KONKURS!
Mam do oddania jedno opakowanie wędzonej soli Maldon, takiej, jak na powyższym zdjęciu; jest to produkt trudno dostępny (lub w ogóle niedostępny) w Polsce, a bardzo przez miłośników jedzenia ceniony. Są tacy, co dodają ją do wszystkiego ;) (mogłaby spokojnie zostać dodana do powyższej zupy, choć ja jednak wolę jej używać "na surowo"). Chętnie dowiem się, jak Wy byście ją wykorzystali. Wśród osób, które wypowiedzą się na temat zastosowania soli wędzonej w komentarzach pod tym wpisem (lub na stronie fanów Coś niecoś na Facebooku), wylosuję zwycięzcę, który otrzyma nagrodę (mogę wysłać w dowolne miejsce). Na odpowiedzi czekam przez tydzień, do 24.03 włącznie :)
"Lekkie curry" może brzmi paradoksalnie, bo curry takie, jak można zjeść w restauracji indyjskiej, bazujące na dużej ilości ghee, lekkie nie jest (ba, niektóre zaklejają nawet po dwóch łyżkach ;). To jednak nic innego jak to samo, ale lekko odchudzone, pod gust i żołądek cudzoziemskiego (najczęściej zachodniego) odbiorcy. Takie są dania np. proponowane przez Madhur Jaffrey, z której Indian Cookery często korzystam, i takie kreatywne potrawy indyjskie tworzyłam z przyjaciółką Madzią nie raz i nie dwa. Poniższa ciecierzyca pozostaje w tym duchu, także jeśli chodzi o kreatywność ;) i świetnie rozgrzewa, gdy w ciągu dnia słońce, wiosna niby się zbliża, ale temperatury pozostają ujemne. Poszłam na łatwiznę dla białasów i poza przyprawami jednorodnymi dodałam zamiast chilli - gotową pastę Madras, ale można oczywiście dodać ostrą paprykę świeżą lub w proszku.
Składniki: 1 szklanka ciecierzycy, 1/2 włoszczyzny (tzn. mały por, 2 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, całość pokrojona w kostkę poza porem), lubczyk suszony lub świeży, parę liści curry (idealnie: świeżych), olej, po 3/4 łyżeczki: czarnej gorczycy, kuminu, kopru włoskiego, kurkumy, mielonej kolendry (opcjonalnie) i łagodnego curry, 1 cebula, 500ml przecieru pomidorowego, łyżka ostrej pasty tandoori, vindaloo lub podobnej (ew. ostra papryka w proszku - od 1/4 łyżeczki wzwyż - lub posiekana drobno papryczka chilli), szczypta soli
Ciecierzycę opłukać, zalać zimną wodą, odstawić na noc. Następnego dnia zlać wodę z moczenia, zalać na nowo wodą (tyle, by przykryć), dodać jarzyny, parę liści lubczyku oraz liście curry, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 1h (sprawdzać co jakiś czas, czy wody nie jest za mało, ew. dolać). Osobno na patelni rozgrzać niewielką ilość łagodnego oleju/oliwy i dodać całe przyprawy (kumin, gorczycę, koper) - gdy zaczną pękać, dodać przyprawy mielone, przesmażyć. Do powstałej masali dodać cebulę w piórkach lub drobno posiekaną, przesmażyć, dodać ostrą pastę (lub chilli, lub papryczkę), wymieszać, dodać pomidory. Gotować kilka minut na mocnym ogniu, aż lekko zgęstnieje, dodać do ciecierzycy (z której wyłowić wcześniej pora). Lekko posolić, gotować ok. 8-10 minut pod przykryciem, ok. 20-30 minut odkryte. Podawać np. z ryżem i w idealnym świecie - posypane lekko kolendrą.
O daniach awaryjnych - resztkowych, lub składających się z tego, co pod ręką - już pisałam, i to więcej niż jeden raz. Oto dwie kolejne propozycje, które łączy... brak mięsa.
Po pierwsze - kolejna sałatka-śmieciówka, przegląd szafek, lodówki i zamrażarki. Zaskakująco smaczna, z 5 głównych składników ;)
Składniki (dla 2-3 osób): ok. 6 średnich ziemniaków, 1 mała cebula/szalotka, ok. 1/2 małej cukinii lub średniego ogórka, puszka (185g) sardynek/innych rybek w pomidorach, paczka (450g) mrożonej fasolki, sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta ostrej papryki, ulubiony olej/oliwa, sok z cytryny
Ziemniaki ugotować, to samo zrobić z fasolką (u mnie na parze). Gdy się gotują, posiekać drobno cebulę, zalać sokiem z cytryny (u mnie sporo, z ok. 1/2 owocu), dodać pokrojoną w cienkie plasterki lub półplasterki cukinię/ogórka, wymieszać, odstawić na bok (dobrze, by tak postały przynajmniej 10 minut). Ugotowaną fasolkę i ziemniaki lekko wystudzić, na tyle by można było te ostatnie pokroić w plastry. Wymieszać z cebulą i cukinią, dodać rybki wraz z sosem z puszki, doprawić do smaku (u mnie nie żałując pieprzu). Odstawić na ok. 10-15 minut, wymieszać ponownie, zajadać.
Po drugie: kotleciki z soczewicy. Do tej pory najczęściej robione z resztek soczewicy i ziemniaków pozostałych z obiadu ;) Tym razem bazowałam na przepisie Zieleniny, aczkolwiek wprowadziłam z konieczności pewne modyfikacje, a także... upiekłam je w piekarniku. Użyłam mieszanki soczewicy czarnej (zbliżonej do tej z Puy, drobnej, która się nie rozgotowuje) i zwykłej czerwonej.
Składniki: 200ml dowolnej soczewicy (u mnie 3/4 czarnej i reszta czerwonej), liść laurowy, ok. 4 ziaren ziela angielskiego, łyżeczka do herbaty wyrazistego oleju (np. rzepakowy, z lnianki, itd.) lub oliwy, 1/2 pora, 1/4 łyżeczki garam masala, 1/4 łyżeczki chaat masala (z tego przepisu, ale można użyć samej garam masala, lub dodać curry itd.), szczypta chilli, sól, pieprz, 1 jajo, 5-6 łyżek błyskawicznych płatków owsianych, 1/2 pęczka natki pietruszki (ale kolendra chyba byłaby też dobrym pomysłem)
Soczewicę opłukać, ugotować (co potrwa ok. 20-25 minut) w 400ml wody z listkiem bobkowym i zielem angielskim; odszumować podczas gotowania, tuż po zagotowaniu lekko posolić. Pod koniec gotowania dodać łyżeczkę oleju. W między czasie zeszklić na oliwie/oleju pora pokrojonego w cienkie półplasterki, odstawić na bok. Wymieszać z ugotowaną soczewicą, przyprawami, jajem i płatkami owsianymi, zmiksować na gładko w blenderze. Odstawić na ok. 20 minut, by płatki wchłonęły nadmiar wilgoci. Formować okrągłe kotleciki (mnie wyszło 6 sztuk) i a/smażyć do zezłocenia, b/upiec w piekarniku. Ja piekłam i tak ziemniaki do obiadu, więc wolną część blachy wyłożyłam kawałkiem folii, który lekko natłuściłam, umieściłam na niej kotlety i bardzo lekko posmarowałam po wierzchu olejem. Piekłam 20 minut w 190 st. C. (termoobieg). Poza ziemniakami podałam surówkę z tartej marchwi (doprawioną jogurtem, sokiem z cytryny i chrzanem). Niegłupim pomysłem wydaje mi się sos, np. zainspirowany kuchnią indyjską pomidorowy.
Co jakiś czas sobie myślę, że jemy za mało roślin strączkowych. Idę wówczas do szafki z tzw. suchymi produktami i patrzę, czy są jakieś w zapasach. Zazwyczaj odkrywam, że mogłabym otworzyć straganik, taki jak powyżej (zdjęcie autorstwa Madzi B., wspomnienie z naszego wyjazdu do Indii), bo jest i soczewica (co najmniej 2 rodzaje), i groch, i ciecierzyca, i jakaś fasola. Za każdym razem obiecuję sobie, że wprowadzę tradycję regularnego strączkowania, ale cóż - różnie to bywa ;).
W ramach któregoś ze zrywów przyrządziłam kurczaka po bombajsku z czerwoną soczewicą Madhur Jaffrey, albo kurczaka z dhalem.Dhal oznacza drobne strączkowe-grochowe, a także (dość paciajowate i często, jak na indyjskie dania, łagodne) sosy przygotowane z nimi w roli głównej. Ostatni dhal, który bardzo dobrze pamiętam, jadłam na takiej łodzi w Kerali:
Tak się składa, że wówczas zjadłam też jedyne mięso podczas pobytu w Indiach, tj. potrawkę z kurczaka, więc połączenie tych dwóch składników w jednym daniu wydaje się słuszne choćby z powodów sentymentalnych ;). Inną rzeczą jest to, że sam sos z soczewicy, bez dodatku mięsnego, potrafi być nieco mdły - w postaci z wkładką bardziej mi smakuje.
Kurczak z dhalem
Składniki (na ok. 3-4 porcje): 125g czerwonej soczewicy, ok. 35g cebuli, 1/2 długiego, świeżego chilli (wg Madhur zielonego, u mnie było czerwone), łyżeczka mielonego (roztartego w moździerzu) kuminu, 1/4 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki świeżego imbiru, 700-750ml wody, 500g piersi kurczaka, bez skóry, kopiasta łyżeczka soli, łyżka oleju, 1/2 łyżeczki nasion kuminu, 1-2 ząbki czosnku, ok. 1/4 łyżeczki chilli w proszku, łyżka soku z cytryny, 1/4 łyżeczki cukru, 1/4 łyżeczki garam masala, kolendra do posypki
W dużym garnku/rondlu umieścić opłukaną soczewicę, drobno pokrojoną cebulę, świeże chilli, mielony kumin, kurkumę i 1/2 imbiru, zalać wodą. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem ok. 30-40 minut (aż ugotuje się soczewica). Dodać pierś kurczaka, pokrojoną w paski i sól. Wymieszać, zagotować, ponownie częściowo przykryć i gotować na małym ogniu kolejne 25-30 minut, aż kurczak będzie miękki.
Na małej patelni rozgrzać olej na średnim ogniu. Gdy będzie gorący, dodać cały kumin, gdy zacznie skwierczeć (czyli po paru sekundach) - dodać pozostały imbir i czosnek. Smażyć, aż czosnek się lekko zbrązowi. Dodać chilli w proszku. Wlać zawartość patelni do kurczaka i soczewicy. Dodać sok z cytryny, cukier i garam masala. Wymieszać, gotować jeszcze 5 minut, sprawdzić doprawienie. Podawać przybrane kolendrą (lub ostatecznie pietruszką, jak kolendry brak, ale to mało autentyczne), z naanem lub ryżem.
Jednym z najpopularniejszym wpisów na blogu jest przepis na grochówkę. Wertując książkę River cottage everyday odkryłam przepis na zupę grochową, jak to u Hugh Fearnleya - szalenie oszczędną: na zachomikowanej kości z szynki. Akurat takową posiadałam, w związku z przygotowaniem szynki piwnej. Oto więc grochówka pt. 'Nie marnuję jedzenia', wzbogacona majerankiem, bo w tej zupie zdaniem moim (nie HFW) być musi. Uwaga: groch w połówkach nie wymaga namaczania przez noc, ale w całości - tak.
Grochowa na kości
Składniki (na ok. 6 porcji, można sobie podzielić): 1 ugotowana kość z szynki (ew. skrawki mięsa zostawione na później), łyżka masła, 1 duża, posiekana cebula, 1 duża marchewka, jw., 1 łodyga selera naciowego, jw. (uwaga: nie miałam, dałam łyżeczkę suszonego lubczyku i ok. łyżki łodyg natki pietruszki), 2 liście laurowe, 1 litr bulionu (ew. woda, ale bulion lepszy), 500ml wody, 300g grochu w połówkach, sól, pieprz, suszony majeranek
Stopić masło w rozgrzanym rondlu. Dodać jarzyny, przykryć, gotować na małym ogniu pod przykryciem, aż zmiękną (ok. 10 minut). Dodać kość, liście laurowe, bulion i wodę, groch. Zagotować, ew. odszumować. Skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem, aż groch będzie zupełnie miękki (45-60 minut). Wyciągnąć kość i liście laurowe. Rozgnieść warzywa i groch np. tłuczkiem do ziemniaków. Dodać ew. skrawki mięsne, wymieszać, doprawić solą, pieprzem i hojną szczyptą majeranku. Delikatnie podgrzać ponownie przez kilka minut, sprawdzić doprawienie przed podaniem.
Szkolne wakacje się skończyły, ale przecież jeszcze trwa kalendarzowe lato. W dzień niekiedy ostre słońce, wieczorem i rano - rześki chłód. Wciąż są pyszne pomidory i cukinie, zaczyna się sezon na paprykę i pomału na dynie. Aż się prosi, by jadać warzywa grillowane lub pieczone, z dodatkiem świeżego pieczywa. Do tego warto mieć coś do smarowania lub maczania, pochodzącego z szeroko rozumianej kuchni śródziemnomorskiej. Na przykład...
Rouille
Tradycyjnie sos do bouillabaisse, słynnej zupy rybnej z Marsylii (ale jadłam też pyszne "bouillabaisse z Morza Północnego" w Brugii). U nas też był zrobiony do zupy rybnej, ale sporo go zostało do wykorzystania inaczej - z czym nie było najmniejszych problemów, bo rouille jest pyszne i świetnie nadaje się jako dip, sos kanapkowy lub dodatek do wielu dań. Przepis za Julią Child.
Składniki: 30g czerwonej papryki, gotowanej kilka minut w osolonej wodzie i odcedzonej, 1 mała* papryczka chilli, ugotowana do miękkości (lub parę kropli Tabasco), 1 średni, ugotowany ziemniak (można ew. zastąpić 1-2 kromkami białego pieczywa), 4 ząbki czosnku, rozdrobnione, łyżeczka tymianku/cząbru (Julia nie precyzuje, czy świeżego, czy suszonego, u nas był świeży tymianek), 4-6 łyżek oliwy z oliwek, sól, pieprz, opcjonalnie: 2-3 łyżki gorącej zupy rybnej
Warzywa i zioła utłuc na gładką masę w moździerzu/malakserze. Pomału, wciąż ucierając, wlewać oliwę (jak przy robieniu majonezu). Doprawić solą/pieprzem do smaku. Podając comme il faut, tj. do zupy rybnej, należy sos tuż przed podaniem lekko rozrzedzić wywarem i podać na stół, by każdy z gości sobie nakładał do woli (dodając do zupy, smarując grzanki itd.). Można jednak sosu nie rozcieńczać, ew. wykorzystać do tego celu odrobinę innego wywaru/bulionu/odrobinę wina, wody czy (herezja?) soku pomidorowego...
* Rouille, które jadałam, nigdy nie było bardzo pikantne, więc sugerowałabym tu użyć papryczki typu peperoncino, a nie tajskiej (czyt. nie wyjątkowo ostrej).
Tapenade
Pierwszy słoik z pasty z oliwek przywiozłam jako prezent rodzicom z Grecji. Okazało się jednak, że specjalnie za nią nie przepadają i sama zaopiekowałam się tapenade. Potem zaczęłam robić sama - i z czarnych, i zielonych oliwek, jednak wolę z tych pierwszych. Proporcje można nieco zmieniać, np. zmniejszając udział oliwek/kaparów zgodnie ze smakiem.
Składniki: Ok. 150g oliwek bez pestek, 1-2 ząbki czosnku, łyżeczka kaparów, 3-4 fileciki anchois, oliwa z oliwek (ok. 2 łyżek; można wykorzystać olej z rybek), opcjonalnie: sok z cytryny, suszony tymianek
Wszystkie składniki utrzeć na gładko w moździerzu/malakserze. Oliwy dać tyle, ile trzeba, by pasta była jednolita i nie za sucha. Sól raczej nie powinna być konieczna (anchois i kapary powinny wystarczyć), ale zweryfikować doprawienie na koniec. Hummus
Pierwszy raz o hummusie usłyszałam w liceum, od uczniów wracających z wymiany ze szkołą w Izraelu, którzy pastę z ciecierzycy jadali na śniadanie. Pierwszy raz sama ją zjadłam kilka lat później w św. p. Cafe Brama w Warszawie (razem z "tym różowym", czyli taramasalatą). Jak mi się chce, moczę i gotuję ciecierzycę, jak zapomnę, albo mi się nie chce, a jest puszka pod ręką, używam tej ostatniej. Oba warianty mi smakują.
Składniki: 400g puszka ciecierzycy (220g osączonej lub taka sama ilość namoczonej przez noc, ugotowanej - trzeba liczyć co najmniej godzinę - i ostudzonej ciecierzycy), ząbek czosnku, ok. 2 łyżek oliwy, 2 łyżki tahiny (pasty sezamowej), sól, sok z 1/2 cytryny lub do smaku, hojna szczypta sumaku i/lub za'ataru (jedno i drugie - opcjonalnie - do środka pasty i/lub posypki)
Wszystkie składniki zmiksować na gładko w malakserze, doprawić do smaku. Gdyby masa była za sucha, można lekko podlać wodą lub zalewą z puszki, ew. dodać więcej oliwy. Lubię hummus odstawić na przynajmniej 2 godziny i schłodzić przed podaniem. Podawać lekko skropiony oliwą, opcjonalnie: oprószony sumakiem/za'atarem.
Dawno, dawno temu, była sobie zakamuflowana bułgarska knajpa, do której lubiliśmy chodzić ze znajomymi*. Nie wiem, jaką miała naprawdę nazwę, ale my mawialiśmy o niej "Bułgar" lub "U Bułgara". Podczas gdy z koleżankami zamawiałyśmy w kółko to samo (faszerowaną paprykę, sałatkę szopską czy tarator), płeć brzydka stawiała na mięso. W ten oto sposób pierwszy raz zjedliśmy smażone kurze serduszka, bo to, że M je zamówił, nie znaczyło, że sam je potem zjadł (były pyszne).
O "Bułgarze" pozostały tylko ciepłe wspomnienia, ale serca kurze regularnie pojawiają się na naszym stole. Tym razem w wersji lekko azjatyckiej (przyznaję, że chciałam głównie rozmnożyć niewielką ilość mięsa, a wyszła całkiem udana potrawa).
Składniki (na 2 porcje):
ok. 350-380g kurzych serc
ok. 200g mrożonej fasolki szparagowej
olej sezamowy
1 mała czerwona cebula
1/2 łyżeczki przyprawy pięć smaków
1/4 łyżeczki chilli
sól
ok. łyżeczki sosu sojowego
ok. łyżeczki octu ryżowego
150g makaronu soba (lub podobnego)
ok. 3 łyżek sezamu
Serca opłukać, osuszyć. Fasolkę gotować ok. 5 minut na parze, odstawić na bok (można to zrobić podczas obróbki cebuli i mięsa). Cebulę z grubsza posiekać, zeszklić na oleju sezamowym, bardzo lekko posolić, dodać przyprawę pięć smaków, chilli, wymieszać, dodać mięso. Smażyć ok. 10 minut na średnim ogniu, mieszając co jakiś czas. Dodać sos sojowy, ocet ryżowy i fasolkę, gotować ok. 5-6 minut (i w tym czasie ugotować makaron soba). Sprawdzić doprawienie mięsa. Uprażyć sezam na suchej patelni, wymieszać z mięsem i fasolką. Podawać z ugotowanym makaronem.
Danie jest szybkie, smaczne i - uwaga - dość pikantne (jeśli ktoś nie lubi ostrych dań, proponuję zmniejszyć ilość chilli). Jako dodatek jedliśmy surówkę z rzepy w stylu słodko-kwaśnej surówki z ogórka, którą tu prezentowałam.
*I spędziliśmy tam wiele udanych wieczorów, dopóki nas nie wyrzucono, oskarżając - niesłusznie - o próbę podpalenia lokalu ;)
Gdy wiatr wieje, śnieg sypie, temperatury spadają, a świat za oknem wygląda tak, jak powyżej, koty przyjmują postawę dwojaką:
Kleksy, tj. właściciele kotów, zaś chętnie jadają rozgrzewające zupy. Oto dwie propozycje. Jedna dla mięsożerców, druga, przy zastosowaniu bulionu warzywnego, jak najbardziej wege.
Zupa zimowa z fasolą i kiełbasą (wg The French Kitchen, z moimi zmianami, mianowicie zastąpiłam 2 posiekane marchewki... pieczarkami i dodałam parę suszonych grzybów; wyszło bardzo pożywnie i aromatycznie)
Składniki (na ok. 4-6 porcji):
200g suszonej białej fasoli (u mnie jaś), moczonej przez noc
2 łyżki oliwy
100g wędzonego boczku, pokrojonego w kostkę
2 drobno posiekane cebule
2 drobno posiekane ząbki czosnku
ok. 150g pieczarek, pokrojonych w cienkie plasterki
parę suszonych grzybów (objętościowo ok. 1-1,5 łyżki)
sól
świeżo mielony czarny pieprz
biała kiełbasa/kiełbaski o wadze ok. 350-400g
natka pietruszki (do posypki)
Wieczorem dnia poprzedzającego gotowanie zalać fasolę zimną wodą, przykryć, odstawić na noc. Kolejnego dnia odcedzić, przepłukać, umieścić w garnku. Zakryć wodą, zagotować, gotować na małym ogniu ok. 1 godzinę. Odszumowywać w trakcie gotowania, jeśli to konieczne. Ugotowaną fasolę odcedzić, odstawić na bok.
Rogrzać oliwę w rondlu i usmażyć na niej boczek na złoto. Dodać warzywa (najlepiej partiami, najpierw cebulę i czosnek, itd) przesmażyć kilka minut. Zalać całość bulionem, dodać liść laurowy, grzyby i doprawić do smaku. Wymieszać, dodać kiełbasę w całości i gotować ok. 25 minut pod przykryciem. Dodać fasolę, wymieszać i gotować dalsze 10 minut. Wyłowić kiełbasę, pokroić w plastry, umieścić z powrotem w zupie. Podawać całość posypaną posiekaną natką.
Zupa jarzynowo-dyniowa (wariant często robionej przeze mnie jarzynowej-krem, gdzie czasem zamiast dyni dodaję mniej lub więcej przecieru pomidorowego bądź same warzywa, wówczas nie redukując ilości marchewki)
Składniki (na ok. 4 porcje):
łyżka-dwie oliwy
1 litr dobrego bulionu (polecam domowy, może być też dobrej jakości warzywny instant),
1 włoszczyzna (bez dwóch marchewek),
ok. 500-550g dyni,
łyżka koncentratu pomidorowego,
płaska łyżeczka kwiatu gałki muszkatołowej (u mnie 1 rozgnieciony kwiatek) lub gałka muszkatołowa do smaku,
sól, pieprz
Włoszczyznę (bez dwóch marchewek) obrać, pokroić w plastry (nie muszą być drobne, zupa i tak będzie miksowana. Dynię obrać, pokroić z grubsza w kostkę. Zeszklić na oliwie pora, dodać dynię, przesmażyć chwilę, dodać włoszczyznę. Wymieszać, po chwili zalać bulionem. Zagotować, dodać koncentrat pomidory i gałkę/kwiat gałki muszkatołowej, doprawić do smaku. Wymieszać, skręcić ogień na mały/średni i gotować ok. 45-60 minut, aż warzywa będą całkiem miękkie. Gotową zupę zmiksować, sprawdzić doprawienie. Jeśli będzie za gęsta, lekko rozrzedzić wodą. Można podawać czystą, do picia w kubkach, lub z kleksem śmietany.
Kolejna edycja piekarni wiąże się z tematem kulinarnej zabawy pt. Tydzień z ciecierzycą. Chleb bardzo smaczny i łatwy, wymagał jedynie dolania większej ilości wody, co uwzględniłam w poniższym przepisie. Pieprzu bym nie pomijała (chyba, że ktoś bardzo nie lubi lub obawia się o dzieci), nadaje ciekawy smak i lekko cytrynowy aromat.
Składniki:
•500 g mąki •ok. 270 ml wody •2 łyżki oliwy •1,5 łyżeczki soli •1,5 łyżeczki cukru •7 g drożdży instant (lub 15g świeżych) •2 łyżki mleka w proszku •175 g ugotowanej ciecierzycy (bez płynu) oraz opcjonalnie: pieprz marynowany
Wszystkie składniki wrzucamy do miksera i wyrabiamy elastyczne ciasto (lub wyrabiamy ręcznie). Pod koniec wyrabiania dodajemy po 2 łyżeczki marynowanego pieprzu: zielonego i różowego (dałam tylko ten pierwszy, 3 łyżeczki deserowe). Ciasto odstawiamy do wyrośnięcia (ma dwukrotnie zwiększyć swoja objętość), odgazowujemy i formujemy dwa bochenki. Znów odstawiamy do wyrośnięcia, smarujemy mlekiem (pominęłam), nacinamy i pieczemy w temperaturze 200 (u mnie na kamieniu, w 210 st.) stopni przez ok. 30 (u mnie) -40 minut.