Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Roztocze

niedziela, 22 stycznia 2012



Od jakiegoś czasu, bombardowana informacjami o walorach smakowych (zdrowotnych też, ale te pierwsze dla mnie ważniejsze) oleju rzepakowego oraz uległszy trendowi "Teraz Polska" zapragnęłam kupić jakiś dobry olej rzepakowy. Regionalny, tłoczony na zimno, ciekawy w smaku. Akurat wtedy przeczytałam na blogu Regionalia o olejarni na Roztoczu i niewiele myśląc złożyłam zamówienie. Kupiłam litr Świątecznego i pół litra oleju z lnianki (rydzyka :). Oba widać na zdjęciu powyżej. I muszę powiedzieć, że to było odkrycie. Oleje roztoczańskie nie zastąpią może w mojej kuchni oliwy extra vergine czy uniwersalnego oleju do smażenia w wysokich temperaturach, ale już ostrzejszą oliwę typu gran fruttata mogłyby z powodzeniem. Ba, sałatka caprese skropiona olejem z rydzyka nabiera nowych walorów smakowych ;) Świąteczny rzepakowy jest od lnianki mocniejszy i w smaku, i zapachu i... użyłam go właśnie w poniższym daniu wg Hugh Fearnleya-Whittingstalla, który jest wielkim fanem rzepaku (choć w jego przypadku jest to ten z Wysp Brytyjskich, a konkretnie najlepiej z hrabstwa Dorset ;). Przepis wykorzystuje także karkówkę jagnięcą - niedrogą, ale wymagającą dłuższej, cierpliwej obróbki.



Karkówka jagnięca z cytryną (wg HFW, oryginalny przepis - z inną nazwą, niż w książce River Cottage Everyday, ale składniki te same - tu)

Składniki na 2-3 osoby: 0,5kg karkówki jagnięcej, pozbawionej żył itd., pokrojonej na ok. 2 cm kawałki, 2 łyżki oliwy/oleju rzepakowego (u mnie mieszanka 1:1), 4 gałązki tymianku, sok z 3/4-1 cytryny, ok. 0,5l bulionu/wody (lub inaczej tyle, ile potrzeba, by zakryć mięso), do podania: ok. 100g pęczaku, garść jarmużu, sól, pieprz, opcjonalnie: parę kromek chleba

Doprawić jagnięcinę solą i pieprzem. Rozgrzać olej w garnku (najlepiej takim, który może wejść do piekarnika), zrumienić mięso z obu stron. Dodać sok z cytryny, tymianek, sól, pieprz, następnie tyle bulionu/wody, by ledwo zakryć to, co jest w garnku. Delikatnie zagotować, przykryć, umieścić w piekarniku nagrzanym do 140 st. C. Gotować dwie godziny, co jakiś czas mieszając. Po tym czasie wg Hugh należało w płynie, w tym samym garnku, ugotować kaszę (ok. 30 minut) - u nas okazało się, że płyn mimo przykrycia garnka nieco odparował, więc ugotowaliśmy osobno. Gdy kasza jest gotowa, lub niemal gotowa, wyjąć garnek z piekarnika, umieścić na kuchence na średnim ogniu, dodać porwany jarmuż i gotować kilka minut, aż się zblanszuje, ale pozostanie lekko chrupki.

Może przydać się jeszcze parę kromek chleba, do wyczyszczenia talerzy ;)



U Hugh danie wychodzi bardziej jak zupa, u nas była to duszona jagnięcina. Bardzo prosta potrawa, nie przefajnowane - także w doprawieniu: odwrotny biegun niż kuchnia Jamie'ego Olivera :) Nie poraża może smakiem, wyrafinowaniem czy wyglądem (to, że nie ma zdjęcia gotowego dania na talerzu to nie przypadek ;), ale to dobre, sycące jedzenie na zimowe wieczory.

środa, 02 września 2009

Od jakiegoś czasu chcieliśmy (zwłaszcza M) pojechać na Roztocze. Słyszeliśmy wiele o jego „dzikości”, pięknej przyrodzie i uroczych małych miejscowościach. O ile dwie ostatnie cechy regionu są obecne, pierwsza jest już chyba jedynie wspomnieniem. Dwa lata temu spędzaliśmy urlop m.in. na Łotwie i w Estonii, i spodziewaliśmy się (mylnie), że tu zastaniemy podobnie niskie nasycenie turystyką, co na tamtejszych terenach pozamiejskich. Oczywiście, Roztocze jest mniej „zadeptane” niż np. Tatry, ale zaskoczyło nas to, że turystów jest sporo, zaś baza noclegowa, gastronomiczna i innych tzw. udogodnień szeroko rozwinięta. Nie znaczy to jednak, że nie można cieszyć się pięknem okolicy – można (a nawet trzeba :), nie należy jednak liczyć na to, że będzie się to robić w samotności. Ponadto przykrym problemem, związanym z dużą liczbą ludzi, są śmieci, np. w popularnym rezerwacie Tanew, dokąd wiele osób jedzie nad szumy (wodospady). Jako mieszkanka (brudnej) Warszawy może nie powinnam się wypowiadać o śmieciach, ale ich stała obecność na szlaku była dla mnie bardzo niemiłą niespodzianką.

Najbardziej znane, atrakcyjne turystycznie miejscowości na Roztoczu (Zamość, Zwierzyniec) są urocze, zadbane i będą się wielu osobom podobać. Choć polecam je odwiedzającym okolice, muszę się do czegoś przyznać i mam nadzieję, że Zawszepolka mnie nie zabije ;). Mam chyba spaczone poczucie estetyki (określenie M) i brakowało mi w nich czegoś: jakiejś cechy łamiącej pocztówkowość i nadającej charakter, a widocznej na pierwszy, „turystyczny” rzut oka. Dlatego będąc w okolicach Lublina, byłam znacznie bardziej zadowolona z obejrzenia ruin pałacu w Zawieprzycach, niż z pchania się z grupą zwiedzających (wrrr) przez muzeum w Kozłówce, czy wśród stolic bałtyckich najbardziej podobało mi się Wilno, a nie Tallin. Prawdopodobnie dlatego też najbardziej podobał mi się zarośnięty, zaniedbany, ale duży i malowniczo położony kirkut w Szczebrzeszynie, a także mniej odwiedzane wioski przy granicy ukraińskiej (np. Wólka Wielka z drewnianą cerkwią). Tereny przygraniczne, np. lasy i pagórki w pobliżu Werchatej, to także doskonałe miejsce na spokojne wędrówki.

Do rzeczy kulinarnie: naszą bazą noclegową i wypadową była Zagroda Guciów w Guciowie, o której być może czytaliście w niedawnym numerze Kuchni (ja nie czytałam, ale Tilianara tak, i mi powiedziała :). Miejsce jest dość popularne, ale wciąż spokojne, ładnie położone (tuż przy polu tytoniu...) i warte polecenia.

Poza gospodą, chatą noclegową (z dość przaśnymi pokojami, ale w sumie o to chodzi) i „świetlicą”, na terenie Zagrody znajduje się także prywatny mini skansen.

W gospodzie zaś w ciągu kilku dni przerobiliśmy ok. 2/3 menu, i z całego serca mogę polecić szynkę z młodego jelenia, kaszankę, słodkie naleśniki i śniadania. Te ostatnie, cytując innego gościa Guciowa, jest w stylu Pana Tadeusza, także pod względem obfitości. My mieliśmy duży problem ze zjedzeniem po 1 śniadaniu na głowę i kolejnego dnia zamówiliśmy jedno na spółkę, po którym także ledwo odtoczyliśmy się do stołu. Innymi słowy, ostrzegam :)! Poniższe zdjęcie nie obejmuje całości posiłku – w kadrze brakuje jajecznicy i koktajlu jagodowego (na zsiadłym mleku).

Z sezonowych dań jedliśmy także przepyszne, dojrzałe maliny z gęstą, wiejską śmietaną i chłodnik ogórkowy.

Parę dań nie wzbudziło w nas dużego zachwytu, choć można je zjeść jako ciekawostkę: była to zupa z pokrzyw czy razowe kluseczki z serem.

Największym niewypałem okazał się reczczoniak, według karty dań pieróg z ziemniakami, kaszą i serem. Gdy go zobaczyłam, pomyślałam o angielskim meat loaf, tylko tu nie było żadnego meat, i niestety nie było także czegoś (tłuszczu?), co by zapobiegło zbytniej suchości potrawy.

Dania popijaliśmy lokalnym piwem (Zwierzyniec lub Lubelskie) bądź gęstym kwaśnym mlekiem.

Między jednym daniem a drugim (lub trzecim... :) można było obejrzeć kolekcję starych aparatów radiowych, wystawionych wewnątrz gospody.

Jeśli będziecie w okolicy – warto zajrzeć.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna