Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Polska

czwartek, 04 lutego 2010

Większą część minionego weekendu spędziłam w Krakowie, łącząc przyjemne (spacery, jedzenie i zakupy) z pożytecznym. Zwiedziliśmy dwie restauracje, o których chętnie Wam opowiem. A właściwie: opowie M, któremu ostatnio nieźle poszło recenzowanie. Zatem - oddaję znów głos małżonkowi.


Weekendowa wyprawa do Krakowa związana była z wizytą w dwóch lokalach przy Rynku.

Czy zastanawialiście się kiedyś jaka jest najsłynniejsza polska restauracja? Nie, nie McDonalds.

Za moich czasów dzieci w czwartej klasie wkuwały jej nazwę na zajęciach z historii. Bawili tu królowie, prezydenci, premierzy i inni prominenci. A w piątek odwiedziliśmy ją z A. aby sprawdzić o co tyle hałasu.

Mowa oczywiście o Wierzynku.

Lokal: Trudno sobie wyobrazić lepszą lokalizację. Rynek, wnętrze „z epoki”, widok z okna na pierwszym piętrze na ośnieżony rynek. Bosko.

Obsługa: Nasz kelner był kompetentny i uprzejmy. Jedynym wyjątkiem był obrażony szatniarz - choć też byłbym obrażony gdybym nosił czerwoną koszulę do krawata.

Jedzenie: Ja zamówiłem „Menu tradycyjne”, a A. tylko dwa dania, ale obsługa świetnie wybrnęła z tego podając A. drobne „próbki możliwości” aby nie czekała bezczynnie.

Jako amuse bouche dostaliśmy tabbouleh. Dla mnie był zdecydowanie zbyt nijaki, o dziwnym posmaku – jakby zbyt długo leżał w lodówce. (Uwaga A: No i z kuchnią polską ma chyba mało wspólnego...)

Śledź w śmietanie – bardzo smaczny, płaty były odrobinę zbyt „masywne” ale cała reszta wyśmienita.

Łosoś, którego A. dostała, aby dotrzymać towarzystwa był w porządku, ale jako przegryzka, którą się błyskawicznie zapomina.

Barszcz z kołdunami był dobrze doprawiony, ale zbyt mało esencjonalny.

Zupa rakowa była smaczna, ale podobnie jak barszcz zbyt „płaska”.

Perliczka w sosie jagodowym smakowała A., ale dla mnie brakowało jej nieco charakteru. (Uwaga A: przypominała mi trochę naszą wieprzowinę w czarnej porzeczce).

Pierś gęsi z czerwoną kapustą i kluseczkami śliwkowo-jabłkowymi polana sosem grzybowym była bardzo smaczna, choć porcja była iście królewska.

Szarlotka z lodami była przyzwoita, choć znów trochę nieciekawa. Lody były niestety kupne, podobnie jak mierne pieczywo serwowane do posiłku.

Irytującym i utrzymanym w duchu „starej szkoły” gastronomicznej jest zwyczaj przyozdabiania potraw potencjalnie jadalnymi dodatkami, które jednak nie mają się nijak do dania, które upiększają, np. rozmaryn (całe gałązki!) w gęsi.

Podsumowując: Wierzynek jest moim zdaniem kwintesencją polskiej kuchni w wydaniu, jakie zapamiętałem z wczesnej młodości (głównie ze stołówek). Dania przygotowane są porządnie, ale bez polotu. Świetne miejsce aby przyprowadzić gościa z zagranicy - dobry sposób, aby w ciekawym otoczeniu spróbował polskich dań podanych typowo i bezpiecznie. Zresztą, oprócz obsługi nie widziałem ani jednego Polaka. Jeśli jednak szukacie wybitnej kuchni, albo potraw jak „u mamy”, to radzę wybrać inny lokal.

Ceny warszawskie plus. Dania dość obfite.

Na sobotni obiad wybraliśmy się do Restauracji Szara, a konkretnie do lokalu w Rynku, bo jest jeszcze drugi na Kazimierzu. Zgodnie z informacją na menu restauracja znajduje się w przewodniku Michelina (dwa sztućce).

Lokal: Wystrój przypadł nam do gustu, a lokalizacja przy samym Rynku jest również godna pozazdroszczenia.

Obsługa: dyskretna, choć nie bez drobnych potknięć.

Jedzenie: Karta dań zaprojektowana jest z wielkim rozmachem. Znajdują się tu składniki z każdego krańca Europy. Brawa za odwagę dla szefa kuchni.

Zupa dyniowa z imbirem – bardzo przypadła A. do smaku.

Tatar z renifera – nie ukrywam, że nie wiem jak smakuje mięso z tego egzotycznego w Polsce zwierzęcia. Niestety, sposób podania był bardzo efektowny – duże ilości ślicznie udrapowanej śmietany oraz chrzan wymieszany z mięsem sprawiły, że smak biednego Rudolfa zupełnie mi umknął. Zastanawiałem się nawet czy mięso z renifera nie jest po prostu niesmaczne i szef kuchni w ten sposób sprawił, ze stało się ono jadalne.

Halibut – była bardzo smaczny. To w gruncie rzeczy bardzo trudna ryba, ale tu przygotowana była w doskonały sposób. Sos berneński w pomysłowy sposób doprawiony był lubczykiem.

Sałatka cesarska w wersji z kurczakiem była BARDZO obfita ku rozpaczy A. Dla mnie jednak kurczak był nieco zbyt suchy, a sałata zbyt mocno nasączona majonezem.

Pieczywo bardzo przypominało wieloziarnisty chleb Komarki, co należy szefowi policzyć na plus.

Podsumowując – Szara jest miłym, choć niewyróżniającym się szczególnie miejscem. Można tu wpaść na rzetelny posiłek, albo coś oryginalnego, czego nigdy wcześniej nie próbowaliście.


Tyle M. Jako bonus jeszcze wspomnienia fotograficzne z grodu Kraka...

Takie Planty, prawie jak u Wyspiańskiego, lubię najbardziej.

piątek, 09 października 2009

Tak naprawdę te wspomnienia powinny być na Dzień Jabłka, ale on miał miejsce wcześniej. W zeszłym tygodniu byliśmy na jabłkobraniu na działce. Z jednej niewielkiej jabłoni (plus jabłonki-niemowlaka) zebraliśmy ok. 20kg jabłek. Nie mam dużych doświadczeń w tej dziedzinie, ale wydaje mi się to sporą ilością.

Słońce świeciło (z przerwami... ;), kot szalał. Pracując w ogrodzie zastanawiałam się, że czy gdyby Faulkner mieszkał w Polsce lub okolicach, czy nie napisałby książki zatytułowanej Światłość we wrześniu (ew. wczesnym październiku). Nie wiem, jak Wy, ale uwielbiam światło wczesną, pogodną jesienią, szczególnie, jeśli pada na jesienne liście i inne elementy przyrody (a nie blok naprzeciwko czy zapuszczony balkon sąsiadów).

Z paru kilo jabłek na razie zrobiłam trochę marmolady. Trochę rozdałam... i wciąż kilka koszy stoi na balkonie. Zastanawiam się, czy posadzenie czterech nowych jabłonek było dobrym pomysłem - a nuż będą obficie owocować :)? Już wiem: zacznę robić domowy cydr :)!

Pozdrawiam tym samym z krainy kataru...

wtorek, 22 września 2009

To obiecany wpis o zwierzakach w podróży. Nie zwyczajowo o kotach, bo jakoś ich mało spotkaliśmy (czułam niedosyt, wzmożony przez tęsknotę za Bicą). Na początek trzy bardzo przyjazne psy z trzech miejsc: z Guciowa (Dyrdek), Chaty Magoda (Buba) i Wołowca (starowinka Łata).

Koty, z którymi nie udało mi się niestety bliżej zapoznać: tajemniczy rudzielec z Lutowisk i śliczny tygrysek spod Pałacu Długoszów w Siarze...

... a także rozkoszne (i bardzo ruchliwe :) parotygodniowe kociaki spod Kawiarni Jaśminowej w Nałęczowie.

Dla urozmaicenia także inny zwierzyniec: kozy Jagody, dzięki którym był serek na śniadanie...

... bardzo szczęśliwe, nagabujące turystów kury ze skansenu lubelskiego...

... i kaczki w ogrodzie botanicznym.

Jeszcze w temacie kotów: dziś wyczytałam, że na początku października wychodzi książka twórcy "kota Szymona", czyli Simon's Cat. Z tej okazji na Amazonie można obejrzeć nowy filmik z niesfornym czteronogiem. A to poprzedni odcinek, przy którym śmiałam się na głos:

Bica podobnie poluje: może bez takich demolek, ale lampę przewrócić jej się zdarza. No i to tłuczenie i popychanie łapką ;)...

czwartek, 17 września 2009

To już ostatni merytoryczny wpis o naszych podróżach wakacyjnych (jeszcze będzie tylko jeden fotograficzny o zwierzakach w podróży). Wakacje zakończyliśmy bowiem krótkim pobytem w Krakowie. A Kraków to moje ulubione polskie miasto. Byłam w nim wielokrotnie, najwięcej razy na pierwszych latach studiów. Mam miejsca, do których zawsze wracam. Przede wszystkim odwiedzam kościół Franciszkanów, a potem... snujemy się po knajpach, księgarniach i sklepach, bo w Krakowie dobrze mi się robi zakupy ;). Poniżej kilka moich ulubionych miejsc...

Poranek można zacząć śniadaniem w Camelocie, choć można tam też wpaść na kawę lub coś mocniejszego. Uwaga! Nalewki (na zdj. orzechowa) są naprawdę mocne! Oczywiście najbardziej lubię siedzieć na oknie ;)

Jeśli w Camelocie nie wypijemy kawy, nic straconego: rzut beretem od "zaułka Niewiernego Tomasza", na tej samej ulicy, jest Cafe Larousse: małe, obklejone stronami ze starej encyklopedii Larousse'a wnętrze, które od lat się nie zmienia - i mam nadzieję, że tak pozostanie, choć podsłuchana rozmowa chyba właścicieli kawiarnii mnie bardzo zaniepokoiła. Proszę się nie zmieniać, nie potrzeba kolejnej sieciówki! Kawa jest mocna, a wypieki domowe.

Jeśli wolimy herbatę, możemy przespacerować się na Grodzką do Wiśniowego Sadu, by przy dźwiękach rosyjskiej muzyki wypić herbatę z konfiturą i zakąsić słodkie lub małe co nieco. W ofercie są także alkohole i ukraińskie piwo.

Na lunch/drugie śniadanie często wpadam do Chimery na Św. Anny, na sałatki i niecodzienne napoje (np. z selera czy pokrzywy z limonką). A na obiad poszliśmy tym razem...

I teraz będzie miejsce, które odwiedziliśmy pierwszy raz, tj. restauracja Ancora Adama Chrząstowskiego, znanego widzom kuchnia.tv. Przeczytałam o miejscu przypadkiem przed przyjazdem do Krakowa. M b. się zapalił do odwiedzin, ja byłam bardziej sceptyczna. Eleganckie kopczyki artykułów spożywczych pomazane artystycznie sosem  to nie to, co lubię najbardziej, a tego się obawiałam po obejrzeniu strony www.  Na szczęście rzeczywistość okazała się ciekawsza (czy też smaczniejsza), choć niewątpliwie Ancora to miejsce aspirujące do zdobycia uznania Michelina :). Czy na nie zasługuje? Pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne, jeśli chodzi o obsługę kelnerską, wino i przystawki, niestety potem wystąpiły pewne zgrzyty. Chętnie bym poszła jeszcze raz, by wydać ostateczną opinię. Z pewnością warto spróbować tamtejszej kuchni. Nasze wrażenia szczegółowo spisał M w swojej recenzji na gastronauci.pl (pt. "Prawdziwa zagadka"), dokąd Was zapraszam, a poniżej parę zdjęć.

Oto przystawki, które bardzo nam smakowały: zupa rakowa z grzanką z kawiorem...

... oraz carpaccio z tuńczyka.

Intermezzo, czyli sorbet cytrynowy z wódką, coś, z czym nigdy nie spotkałam się w restauracji, jedynie czytałam u Petera Mayle'a. Sorbet ma na celu zrobienie "trou" (dziury) w pełnym żołądku, by można było coś jeszcze zmieścić.

Najsłabszy punkt programu: mój jesiotr. Oto mamy kopczyk! Sos z marynowanych ogórków z koprem (warstwa 1) był ciekawy, ale ryba trochę  wodnista, buraczki pod rybą za miękkie, a puree zupełnie rozciapane.

I, na koniec, miejsce tylko trochę spożywcze: księgarnią z kawiarnią Massolit Bookstore na ulicy Felicjanek.

Księgarnia oferuje książki w języku angielskim - nowe i mniej lub bardziej używane. Wygląda tak, jak księgarnia powinna: z regałami zapełnionymi pod sufit, kącikiem dla dzieci z zabawkami (przy książkach dziecięcych), z drabinkami, by sięgnąć do najwyższych półek. Warto pamiętać, że księgarnia to nie tylko sklep od frontu, ale także druga część w głębi, w zaadaptowanym mieszkaniu. Parę książek tam nabyłam :) Można napić się kawy lub lemoniady i zjeść coś słodkiego.

poniedziałek, 14 września 2009

Jadąc z Przemyśla w Bieszczady przejeżdżaliśmy przez Pogórze Przemyskie. Spodobały nam się te puste, zielone i rzadko zaludnione tereny, więc po pobycie w Chacie Magoda wróciliśmy na północ od Bieszczadów. Spędziliśmy cztery dni w byłym ośrodku rządowym Arłamów - tym samym, w którym internowany był Lech Wałęsa. Miejsce jest bardzo specyficzne i nie każdemu się spodoba, bo - cóż - hotel bazuje na silnym "czaru PRL-u". Jeśli komuś to jednak nie przeszkadza, lub wręcz przeciwnie, ma ochotę powspominać/zaznać trochę egzotyki, bo tych czasów nie pamięta, jest to miejsce warte polecenia - przede wszystkim na lokalizację i tereny bezpośrednio przylegające do ośrodka. Choć w porównaniu z tym, co było niegdyś - ponad 30 000 hektarów! - teren został mocno okrojony, wciąż można spacerować po nim godzinami. Powyższe zdjęcie zostało zrobione na łące, na której zimą znajduje się trasa biegówkowa.

W przerwach między lekcjami jazdy konnej (które bardzo nam się podobały) zwiedzaliśmy okolice. W bezpośredniej okolicy Arłamowa nie ma żadnej miejscowości, jest za to rezerwat przyrody Turnica, przez który się przedzieraliśmy jednego dnia (a właściwie przedzieraliśmy się po tym, jak prawie utonęliśmy w błocie). W dalszej okolicy jest także ośrodek maryjny Kalwaria Pacławska, która poza klasztorem franciszkańskim i niezliczonymi kapliczkami jest po prostu ładną, zadbaną miejscowością, położoną w pobliżu pagórków (tzw. połoninek). Powyżej widać jedno z tych wzniesień, Madżoha, na które się przespacerowaliśmy z Kalwarii. Chodziliśmy po połoninkach sami, co nie jest niczym dziwnym, gdyż tereny nie są specjalnie popularne wśród turystów.

Przejeżdżaliśmy także przez Posadę Rybotycką, w której znajduje się najstarsza cerkiew obronna w Polsce.

Żywiliśmy się właściwie wyłącznie w restauracji hotelowej (w której jedzenie było może w standardzie bardziej stołówkowym, niż haute cuisine, ale zupełnie przyzwoite), ale jest jeden artykuł spożywczy, kupiony w Kalwarii Pacławskiej (prawie vis a vis klasztoru), który pokażę ku przestrodze. Jest to napój "strong apple wine", który kupiłam, spodziewając się czegoś a la cydr. Slogan reklamowy "trzeciego nikt nie dopił" (patrz poniżej) jednak powinien mi dać do myślenia, podobnie jak 14% zawartość alkoholu.

To w jakimś sensie był cydr, tylko niestety odpowiednio wzmocniony najprawdopodobniej spirytusem, co po pierwszych paru łykach dało się czuć. My nie tylko trzeciego, ale i jednego na spółkę nie dopiliśmy. Innymi słowy: nie polecam.

Z jednego regionu mało obleganego turystycznie pojechaliśmy do kolejnego, tj. w Beskid Niski do Wołowca. Mieszkaliśmy w pensjonacie Wołowiec 15 (za informacje o miejscu znów dziękuję Tili!), bardzo przyjemnym, spokojnym miejscu, z widokiem na okoliczne wzgórza. To dobre miejsce by pojechać i się "wyciszyć", np. siedząc z herbatą pod kocem na tarasie i słuchając szumu strumienia. Być może koc wydaje się nie na miejscu przy dzisiejszym słońcu i 21 st. C w Warszawie, ale w Beskidzie była już jesień. Wieczorem szłam na spacer w czapce i rękawiczkach :) Wołowiec to dogodne miejsce do rekreacyjnych górskich wycieczek - my udaliśmy się m.in. do Bartnego, pobliskiej wsi łemkowskiej. Na szlaku przez 5 godzin nie spotkaliśmy nikogo, nie licząc oczywiście samej wsi Bartne, w której kilka osób widzieliśmy.

Podobnie jak w Chacie Magody, jadaliśmy posiłki domowe przygotowane przez właścicielkę pensjonatu (i zwłaszcza owsianka z owocami i cynamonem na śniadanie została mi w pamięci :), jednak wyżywienie mieliśmy dopiero od drugiego dnia pobytu. Zatem pierwszego pojechaliśmy kilka km do najbliższego sklepu i sporządziliśmy risotto turystyczne ;). Poniżej wersja, którą zrobiliśmy w Wołowcu, jednak oczywiście jest to danie bazujące na tym, co będzie w sklepie/wspólnej kuchni. Można je także przygotować na kocherku turystycznym, dbając o to, by wcześniej/jednocześnie zagotować wodę do ryżu.

Risotto turystyczne

Składniki (na 2 osoby): 2 torebki (łącznie 200g) ryżu, 1 cebula, 1-2 marchewki, 6-8 pieczarek, 1 papryka czerwona/żółta, sól, pieprz, suszone zioła, parę łyżek masła lub oliwy, trochę soku z cytryny, wrzątek

Kroimy drobno cebulę, marchewkę kroimy w plasterki, całość lekko solimy i przesmażamy razem na rozgrzanym maśle lub oliwie. Lekko podlewamy wodą, dusimy ok. 10 minut. Dodajemy pokrojoną w kostkę paprykę, mieszamy, dusimy dalsze kilka minut, na końcu dodajemy pieczarki pokrojone w plastry. Gdy pieczarki puszczą płyn, dodajemy ryż, mieszamy, po chwili lejemy niewielką ilość wrzątku. Skręcamy ogień i gotujemy pod przykryciem parę minut, mieszamy, dolewamy znów wrzątku i tak parę razy, aż ryż będzie całkiem ugotowany, a warzywa dość miękkie, choć marchewka prawdodopodobnie będzie wciąż lekko chrupka. Doprawiamy do smaku dostępnymi przyprawami (sól, pieprz, zioła) i lekko skrapiamy cytryną.

Danie najlepiej smakuje jedzone na dworzu, przy lekkim chłodzie, popijane piwem z puszki/butelki i oczywiście z plastikowego talerzyka. Widoczny powyżej talerz to prawdziwy globtrotter, gdyż wraz ze swym bratem w kolorze wściekłego różu ;), został nabyty na wyspie Syros w Grecji, zjechał z nami potem parę innych wysp na Cykladach, a od tego czasu trochę zwiedził świat w naszym towarzystwie. To samo tyczy się zestawów sztućców-niezbędników, które służą nam wiernie ok. 13 lat.

Posiłek można zagryźć bardzo słodką krówką popularną i popić, dla kontrastu, mocną herbatą z cytryną :)

sobota, 12 września 2009

Na terenach Polski wschodniej widać, jak wieloetnicznym byliśmy kiedyś narodem, wyznającym różne religie. Cerkwie stoją w pobliżu kościołów katolickich, kirkuty w tych samych miejscowościach, co cmentarze greckokatolickie.  Stąd np. we Włodawie, gdzie zwiedzaliśmy synagogę i ciekawe muzeum w niej urządzone, organizowany był kilkakrotnie Festiwal Trzech Kultur (niestety, nie w tym roku). Choć ten świat dawno przeminął, zabytki niszczeją, a cerkwie czy kirkuty są często zamknięte na klucz, wciąż jest wiele miejsc, które skłaniają do refleksji. Już kiedyś zresztą wspominałam, czemu lubię zwiedzać lokalne cmentarze. Oto kilka wspomnień...

Cmentarz przy ulicy Lipowej w Lublinie, gdzie kwatery protestanckie sąsiadują z katolickimi i prawosławnymi.

Cerkiew w Wólce Wielkiej w Lublinie, na którą natknęliśmy się przypadkiem, jadąc w kierunku Werchratej. Pierwsza ze świątyń ze Szlaku Architektury Drewnianej, której przyjrzałam się z bliska, niestety, zamknięta na głucho. Przy cerkwi znajduje się niewielki cmentarz, z grobami nowymi i XIX-wiecznymi.

Bardzo chciałam zwiedzić stary kirkut w Lublinie, niestety, jest zasadniczo zamknięty dla zwiedzających i ograniczyłam się do tzw. nowego. Potem przeszliśmy się między grobami na zarośniętym, ale urokliwym kirkucie w Szczebrzeszynie, na którym mieści się ponad 300 macew.

Krzyże i kapliczki wyłaniają się z niemal każdego, nawet najbardziej odludnego kąta. Na rozstajach dróg, na drzewach, przy pustych polach, opuszczonych domach... W Beskidzie Niskim były to często krzyże prawosławne, i zazwyczaj pomalowane na jaskrawy odcień niebieskiego. Widzieliśmy także krzyż zielony oraz... czerwony, co wydało mi się trochę, hm, niepokojące (ale niestety zdjęcia nie zrobiłam). Poniżej obrazki ze wsi Bartne (Beskid), okolic Kalwarii Pacławskiej (Pogórze Przemyskie) i Roztocza.

wtorek, 08 września 2009

Do trzech razy sztuka: to było trzecie podejście do Bieszczadów. Za pierwszym razem, 13 lat temu, był to mój drugi w życiu wyjazd w jakiekolwiek góry. (Pierwszym była wycieczka klasowa do Bukowiny Tatrzańskiej: zmuszanie uczniów do wspinaczki nie zachęca do górskich wycieczek). Ulewa nas zmoczyła na Żukowie, spaliśmy w przemakającym namiocie (z promocji w supermarkecie) a później musieliśmy szybciej wrócić do domu, gdyż rozchorowałam się na tajemniczy rozstrój żołądka – pełna trauma. Za drugim razem, rok później, było nieco lepiej, ale się mocno przeziębiłam (na miejsce do chorowania wybrałam Cisną). W kolejnym roku pojechaliśmy na wyjazd trekingowy do Rumunii, po którym powiedziałam, że nigdy więcej nie pójdę w góry ;). Jednak tylko krowa nie zmienia zdania, czas mija, człowiek ewoluuje, po drodze uczy się jeździć na nartach i co rok jeździ na stok, oswaja się z górami i bez oporu zgadza się pojechać, po latach, w Bieszczady. Dobrowolnie wchodzi na Połoninę Wetlińską i patrząc na krajobraz, pierwszy raz z pełnym przekonaniem mówi, że jest pięknie.

Byliśmy w górach tylko 2 dni (plus jeden deszczowy wieczór), i porównując 2009 z latami 1996/97, wydaje mi się, że turystów na popularnych trasach z grubsza tyle samo, co kiedyś, ale za to znacznie gęściej jest w dolinie. Powstało bowiem znacznie więcej udogodnień, ośrodków i „gościńców” dla przyjezdnych. Jeśli się jednak postarać i ominąć najpopularniejsze szlaki, można znaleźć miejsca, by wędrować kilka h, spotykając jedynie leśnika, i nawet można po spacerze się ochłodzić kąpielą... Nie powiem, gdzie to, ale miejsce jest na jednej w powyższych fotek.

Naszą bazą noclegowo-wypadową była Chata Magoda, o której się dowiedziałam, wędrując po blogach. Miejsce gorąco polecam (i pozdrawiam właścicielkę Chaty, Jagodę, jeśli to czyta :). Położone w Lutowiskach, przy szlaku na Otryt, trochę na uboczu miejscowości, więc hałasu nie ma, starannie urządzone (widziałam w sieni statuetkę-nagrodę Czterech Kątów: należała się) i przytulne. Tak się złożyło, że mieszkaliśmy w pokoju „pod kotami”, w którym wszystkie ozdoby i bibeloty zawierały motyw mojego ulubionego zwierzęcia (poniżej mała próbka).

Inną zaletą Chaty są domowe posiłki – śniadania z kozim serkiem i domowymi dżemami (np. z... cukinii), oraz obiady z gorącymi zupami (dyniowa!) i innymi smakołykami (cannelloni ze szpinakiem ;).

Między jednym a drugim posiłkiem była ponad 9-godzinna przerwa, więc raz zrobiliśmy sobie lunch górski (góralski?) w wersji fusion.

Rzecz się działa na dużym tarasie z widokiem na góry (podejrzewam, że to ulubiona miejscówka większości gości Jagody), a składnikami posiłku były sery: huculski i owczy, kupione koło Wetliny oraz grahamka i hiszpańskie czerwone wino ze sklepu w tejże miejscowości. Słońce świeciło, i miło było po prostu usiąść z winem, by popatrzeć na góry...

środa, 02 września 2009

Od jakiegoś czasu chcieliśmy (zwłaszcza M) pojechać na Roztocze. Słyszeliśmy wiele o jego „dzikości”, pięknej przyrodzie i uroczych małych miejscowościach. O ile dwie ostatnie cechy regionu są obecne, pierwsza jest już chyba jedynie wspomnieniem. Dwa lata temu spędzaliśmy urlop m.in. na Łotwie i w Estonii, i spodziewaliśmy się (mylnie), że tu zastaniemy podobnie niskie nasycenie turystyką, co na tamtejszych terenach pozamiejskich. Oczywiście, Roztocze jest mniej „zadeptane” niż np. Tatry, ale zaskoczyło nas to, że turystów jest sporo, zaś baza noclegowa, gastronomiczna i innych tzw. udogodnień szeroko rozwinięta. Nie znaczy to jednak, że nie można cieszyć się pięknem okolicy – można (a nawet trzeba :), nie należy jednak liczyć na to, że będzie się to robić w samotności. Ponadto przykrym problemem, związanym z dużą liczbą ludzi, są śmieci, np. w popularnym rezerwacie Tanew, dokąd wiele osób jedzie nad szumy (wodospady). Jako mieszkanka (brudnej) Warszawy może nie powinnam się wypowiadać o śmieciach, ale ich stała obecność na szlaku była dla mnie bardzo niemiłą niespodzianką.

Najbardziej znane, atrakcyjne turystycznie miejscowości na Roztoczu (Zamość, Zwierzyniec) są urocze, zadbane i będą się wielu osobom podobać. Choć polecam je odwiedzającym okolice, muszę się do czegoś przyznać i mam nadzieję, że Zawszepolka mnie nie zabije ;). Mam chyba spaczone poczucie estetyki (określenie M) i brakowało mi w nich czegoś: jakiejś cechy łamiącej pocztówkowość i nadającej charakter, a widocznej na pierwszy, „turystyczny” rzut oka. Dlatego będąc w okolicach Lublina, byłam znacznie bardziej zadowolona z obejrzenia ruin pałacu w Zawieprzycach, niż z pchania się z grupą zwiedzających (wrrr) przez muzeum w Kozłówce, czy wśród stolic bałtyckich najbardziej podobało mi się Wilno, a nie Tallin. Prawdopodobnie dlatego też najbardziej podobał mi się zarośnięty, zaniedbany, ale duży i malowniczo położony kirkut w Szczebrzeszynie, a także mniej odwiedzane wioski przy granicy ukraińskiej (np. Wólka Wielka z drewnianą cerkwią). Tereny przygraniczne, np. lasy i pagórki w pobliżu Werchatej, to także doskonałe miejsce na spokojne wędrówki.

Do rzeczy kulinarnie: naszą bazą noclegową i wypadową była Zagroda Guciów w Guciowie, o której być może czytaliście w niedawnym numerze Kuchni (ja nie czytałam, ale Tilianara tak, i mi powiedziała :). Miejsce jest dość popularne, ale wciąż spokojne, ładnie położone (tuż przy polu tytoniu...) i warte polecenia.

Poza gospodą, chatą noclegową (z dość przaśnymi pokojami, ale w sumie o to chodzi) i „świetlicą”, na terenie Zagrody znajduje się także prywatny mini skansen.

W gospodzie zaś w ciągu kilku dni przerobiliśmy ok. 2/3 menu, i z całego serca mogę polecić szynkę z młodego jelenia, kaszankę, słodkie naleśniki i śniadania. Te ostatnie, cytując innego gościa Guciowa, jest w stylu Pana Tadeusza, także pod względem obfitości. My mieliśmy duży problem ze zjedzeniem po 1 śniadaniu na głowę i kolejnego dnia zamówiliśmy jedno na spółkę, po którym także ledwo odtoczyliśmy się do stołu. Innymi słowy, ostrzegam :)! Poniższe zdjęcie nie obejmuje całości posiłku – w kadrze brakuje jajecznicy i koktajlu jagodowego (na zsiadłym mleku).

Z sezonowych dań jedliśmy także przepyszne, dojrzałe maliny z gęstą, wiejską śmietaną i chłodnik ogórkowy.

Parę dań nie wzbudziło w nas dużego zachwytu, choć można je zjeść jako ciekawostkę: była to zupa z pokrzyw czy razowe kluseczki z serem.

Największym niewypałem okazał się reczczoniak, według karty dań pieróg z ziemniakami, kaszą i serem. Gdy go zobaczyłam, pomyślałam o angielskim meat loaf, tylko tu nie było żadnego meat, i niestety nie było także czegoś (tłuszczu?), co by zapobiegło zbytniej suchości potrawy.

Dania popijaliśmy lokalnym piwem (Zwierzyniec lub Lubelskie) bądź gęstym kwaśnym mlekiem.

Między jednym daniem a drugim (lub trzecim... :) można było obejrzeć kolekcję starych aparatów radiowych, wystawionych wewnątrz gospody.

Jeśli będziecie w okolicy – warto zajrzeć.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Jutro wyjeżdżamy z Lublina. Bardzo spodobało mi się to miasto. W pierwszej chwili skojarzyło mi się z Wilnem, a potem - czy też przez myśl o Wilnie - z miastami na południu Europy, w Portugalii czy we Włoszech. Być może to dlatego, że z wyjątkiem jednego dnia, trafiła nam się niemal śródziemnomorska pogoda (i tak samo było dwa lata temu na Litwie). Słońce i upał sprawiają, że wąskie uliczki i zaniedbane kamienice nabierają niezwykłego uroku, tak, że mogłabym się po tych zaułkach kręcić godzinami... Żeby nie było, że nie wyszliśmy poza Starówkę - wyszliśmy ;) (np. do Ogrodu Botanicznego UMCS, który także polecam, pobliskiego skansenu czy na cmentarz przy ul. Lipowej), jednak to Stare Miasto wywarło na mnie największe wrażenie.

Pierwszego wieczoru w mieście poszliśmy do żydowskiej restauracji Mandragora, w której zjedliśmy kolację i wysłuchaliśmy koncertu Lubliner Klezmorim. Muzykę tych ostatnich, zwłaszcza na żywo, gorąco polecam; zresztą ciekawym przeżyciem jest wysłuchanie koncertu klezmerskiego w małej salce na kilka stolików. Zważywszy na to, że było ciemno, a gdy koncert się na dobre zaczął, już nie myślałam o zdjęciach, mam tylko jedną, hm, fotograficzną impresję klezmerską (poniżej na lewo):

Wnętrze restauracji (widoczne powyżej) także bardzo mi się podobało, a z dań, których skosztowałam (podczas łącznie dwóch wizyt, bo jeszcze wróciliśmy po koncercie), gorąco polecam gęsi pipek - powinien smakować także osobom, które nie przepadają za podrobami. Przeczytałam w jakiejś internetowej recenzji Mandragory, że podają jedzenie "domowe"; sądzę, że jest to do pewnego stopnia prawda, a przynajmniej (w najlepszym znaczeniu tego słowa) odnosi się właśnie do gęsiego pipka. Jedliśmy także hummus (nieco inny, niż zwykłam jadać i robić - grubiej zmielony/utarty i lżejszy!), gefilte fisz, śledzie z rodzynkami, pierogi czosnkowe (dość ciężkie i obfite danie - nie dla każdego), zupę jerozolimską (rybną, ale o słodkawym smaku, z rodzynkami i migdałami - b. nietypowy smak) oraz czulent. Ten ostatni także różnił się od wersji, którą zrobiłam parę miesięcy temu - był z kaszą gryczaną i paroma rodzajami fasoli, ale bez mięsa.

I do tego izraelskie wino (Shiraz Cabernet), woda z miętą i świeżą pomarańczą, potem mocna herbata miętowa, która, jak wyraziła się kelnerka, "przyleciała do nas z Izraela". Sądzę, że jeszcze kiedyś zawędruję do Lublina, a wtedy znów odwiedzę to miejsce. Tymczasem jutro ruszamy na Roztocze!

piątek, 21 sierpnia 2009

Znacie tą piosenkę? "Pamiętasz pan, pani, podróżny, co się zdarzyło na Próżnej..."

Wczoraj niżej podpisana wraz z Tilianarą odbyła małą kulinarną wycieczkę po sklepach specjalistycznych, która zakończyła się właśnie na ulicy Próżnej w W-wie. Byłyśmy najpierw w libańskiej Samirze, gdzie nabyłyśmy m.in. sery, kaszkę bulgur i wahałyśmy się nad ogromnym opakowaniem za'ataru. Z klimatów arabskich przeniosłyśmy  się (logicznie :)?) do sklepu koszernego przy Synagodze Nożyków. Celem była chałka koszerna, ale nie miałyśmy szczęścia - była tylko mrożona (i tak kupiłyśmy ;). Z pl. Grzybowskiego rzut beretem do Próżnej, gdzie odpoczęłyśmy w Cafe Próżna i wyciągnęłyśmy aparaty...

Zdjęcia na rozpadających się kamienicach zostały powieszone, by upamiętnić 65 rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim. Czytałam dziś, że Próżna ma zostać odnowiona, a na rogu ulicy ma powstać hotel. Tymczasem jednak jest tak...

Tak, w oknie kawiarni widać dwie blogerki, a wory znajdujące się pod stolikiem kawiarnianym zawierają ich zakupy :) Więcej na temat wycieczki można poczytać u Tili.

PS. I teraz idę się pakować, bowiem jutro ruszamy na dłuższą wycieczkę po południowo-wschodniej Polsce. Najpierw Lublin, potem nie wiem ;), potem Bieszczady, a potem zobaczymy (Beskidy? Roztocze?). Dostęp do internetu powinnam mieć, by bloga nie zaniedbać, więc proszę zaglądać. Tymczasem: co polecacie w tych regionach? Do zobaczenia, przejścia, pomieszkania lub zjedzenia?

 
1 , 2
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna