Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: zioła

środa, 08 marca 2017

Znacznie łatwiej (niż się spodziewałam) wypaść z przyjętego rytmu i rutyny. Gdy równowaga pracy, zajęć i tego, co wypełnia dzień, przeciąży szalę, w naturalny sposób się rezygnuje z tego, co nie jest niezbędne, a na co nie starcza czasu - typu blogowanie. W ostatnich paru tygodniach zrozumiałam, jak łatwo dochodzi do śmierci blogów: wiele było takich, które lubiłam i do których regularnie zaglądałam, a które raczej już nie zmartwychwstaną. Mimo wszystko mam nadzieję, że z Coś niecoś tak nie będzie, bo się do niego trochę przywiązałam przez te lata ;). Niemniej czasem po prostu brakuje szeroko rozumianego szwungu (czasu, sił, inwencji, motywacji, światła dziennego...). Mam jednak nadzieję, że to była sytuacja tymczasowa, czego choćby dowodem poniższy wpis. Nieważne, jak długo pisany ;).

O gołąbkach wspak powiedziała mi kiedyś moja Mama, która przypadkiem obejrzała jakiś program kulinarny. Pomysł mnie początkowo nie przekonał, bo kłócił się, w moim odczuciu, z ideą gołąbków (czegoś zawiniętego w liście). Gdy podałam M porcję poniższego dania, powiedział: „O, klopsy!”. Coś w tym jest, choć kształtem przypominają raczej odrzutowce czy sterowce, typu zeppeliny… ale to znowu inaczej się kojarzy ;).

A więc, do dania ogólnie nie byłam przekonana – dopóki nie zobaczyłam wersji Witka i Bei ;). Trochę się jednak zafrasowałam, gdy odkryłam, że mam pod ręką tylko jagnięce mielone. Witek zasugerował, żebym go użyła, tylko pominęła kapustę kiszoną. Tak zrobiłam, zastępując ją garścią jarmużu. Trochę zmieniłam też doprawienie. Ponieważ czas był dość napięty w tamten weekend, w ramach sosu pomidorowego użyłam litr warzywnego leczo pt. „klęska urodzaju” (do tej pory się klepie po plecach, że posłuchałam sugestii Ani i co wygotowałam jesienią, to spasteryzowałam – bardzo, bardzo się przydaje), w normalnych warunkach zrobiłabym po prostu wariant ulubionego sosu pomidorowego.

Składniki (2-3 porcje):

  • 2 kromki czerstwego jasnego pieczywa, pokrojonego w kostkę
  • 1 średnia cebula (najlepiej czerwona), pokrojona w kostkę
  • ¼ szklanki mleka
  • ½ kg mielonej jagnięciny
  • 1 jajko
  • ½ łyżeczki soli
  • pieprz (u mnie ok. 10 obrotów młynkiem)
  • ½ łyżeczki mieszanki korzennej baharat (albo na skróty użyć szczypty zmielonego kuminu i dodać po ¼ łyżeczki kolendry i ziela angielskiego)
  • 1¼ szklanki ugotowanego ryżu (½ szklanki suchego), zimnego
  • garść zblanszowanego i posiekanego jarmużu
  • olej, do smarowania formy
  • zioła do posypania (najlepiej kolendra, ale może być też pietruszka, koperek, itd.)
  • ok. 1 litr sosu pomidorowego, np. takiego (podwoić składniki x 2, ew. dopełnić wodą) – można doprawić przyprawami korzennymi, jak mięso

Pieczywo namoczyć w mleku – ok. 30-40 minut, można trochę dłużej – i zmiksować z cebulą. Wymieszać z mięsem, dodać przyprawy, jajo i ryż, wyrobić dokładnie (najlepiej dłonią); pod koniec dodać jarmuż. Umieścić w lodówce na ok. 30 minut. Formować owalne klopsy, wielkości zwykłych gołąbków, ułożyć w natłuszczonej brytfance, zalać sosem (powinien dochodzić do co najmniej ½ wysokości). Przykryć folią aluminiową i umieścić w piekarniku nagrzanym do 180 st. C (termoobieg). Piec ok. 45 minut pod przykryciem, odkryć i piec jeszcze 15 minut. Podawać posypane ziołami.

Ponieważ klopsogołąbki (sic) już zawierają ryż, zrezygnowałam z dodatku węglowodanów do posiłku, można jednak oczywiście podać np. pieczywo (tematycznie widziałabym pitę). Świetnie pasują też marynowane cytryny (szybkie lub slow), pikantna marchewka Ottolenghiego lub po prostu coś zielonego.

niedziela, 26 lutego 2017

Jaja po turecku prześladowały mnie na Pinterest (w domyślnym ustawieniu aplikacji zapamiętywane są wyniki wyszukiwania i przypięte zdjęcia, a potem polecane powiązane zdjęcia; nieważne, że często umyka mi związek między moimi kliknięciami a tymi sugestiami…). Nie wiem, czy muszę dodawać, że podczas naszej pamiętnej podróży po Turcji (już prawie 12 lat temu) ani razu czegoś takiego nie jadłam, ani na śniadanie, ani inny posiłek, choć podobno jajami w jogurcie zajadali się już sułtanowie.

Do tego niedzielnego śniadania przymierzałam się znów długo, bo a to ktoś zjadł jogurt, a to nie było ziół… W międzyczasie przeczytałam wiele przepisów i moja wersja oddaje to, co się najczęściej powtarzało w składnikach i proporcjach (bo ze 2 razy była też kurkuma, z raz kumin i cała papryczka chilli, ale uznałam, że to mimo wszystko fantazje autorów). Okazało się poza tym, że przypadkiem mam w domu odpowiednim tureckiej papryki pul biber – umiarkowanie pikantnej (swoją kupiłam na jakimś warszawskim targu jako „paprykę bałkańską” – jest lekko oleista i w moim odczuciu minimalnie ostra), można by jednak po prostu użyć łagodnie pikantnej ancho czy espelette, albo i zwykłej słodkiej, ew. modyfikując na plus dodatek chilli czy papryki wędzonej (to już moja fantazja, a właściwie słabość).

Składniki (2 porcje):

  • 150g gęstego jogurtu, najlepiej w temperaturze pokojowej
  • ząbek czosnku
  • 2 łyżki posiekanego koperku
  • 2 łyżki posiekanej natki pietruszki
  • sól
  • 4 jaja w koszulce
  • 25g stopionego masła
  • 1/2 łyżeczki lekko ostrej papryki (np. tzw. bałkańskiej, patrz uwagi powyżej, ew. zwykłej słodkiej jw.),
  • hojna szczypta wędzonej papryki - słodkiej lub agridulce (opcjonalnie)
  • szczypta chilli (jw.)

Jogurt wymieszać z czosnkiem przepuszczonym przez praskę, połową posiekanych ziół, hojną szczyptą soli i odstawić na bok. Masło stopić – najlepiej lekko zrumienić, jeśli jest czas – zdjąć z ognia i wymieszać z paprykami. Ugotować jaja w koszulce. Do dwóch misek nałożyć większość jogurtu, delikatnie ułożyć na nim jaja (po 2 na porcję), udekorować pozostałym jogurtem. Polać masłem, posypać pozostałymi ziołami i podawać od razu, z świeżym lub opieczonym pieczywem.

Przyznaję, że bałam się efektu miękkiego jajka i jogurtu (czyt. że wyjdzie jakaś maź), ale na szczęście obawy okazały się niesłuszne. Jaja wchodzą do repertuaru śniadań niedzielnych ;).

Zapisz

czwartek, 01 grudnia 2016

Jakiś czas temu przypadkiem wpadł mi w oko filmik Jamie’ego Olivera pt. jajka w koszulce z łososiem. Tak jak nie przepadam za filmikami instruktażowymi w ogóle, obejrzałam całość, bo jaja w koszulce bardzo lubię, a pomysł wydał się ciekawy jako urozmaicenie. Prawie od razu chciałam wypróbować patent (jajka, dodatki i folia spożywcza – czyli coś dla tych, którzy z gotowaniem jaj luzem mają kłopot), ale zafrasował mnie brak drugiego podstawowego składnika, tj. wędzonego łososia. Dla upartego nic trudnego: rozważałam przez chwilę zastąpienie ryby szynką, ale ostatecznie stanęło na dużej ilości ziół z małym dodatkiem anchois. Można by też użyć np. pieczonej papryki obranej ze skóry, pesto, suszonych pomidorów, przesmażonych pieczarek… Sporo jest możliwości, jak to zresztą z dodatkami do jaj bywa :). Paradoksalnie jedynie nie podoba mi się kształt: wydaje się zbyt uformowany, wolę te bardziej naturalne, gotowane luzem.

Składniki:

  • 4 duże jaja
  • 4 kopiaste łyżki posiekanej natki pietruszki i szczypiorku
  • 4-5 ziaren ziela angielskiego, roztartych w moździerzu
  • 4 fileciki anchois, osączone z oleju

Nastawić garnek wody do gotowania. Zioła dokładnie posiekać z anchois i wymieszać z zielem angielskim. Niewielki kubek wyłożyć folią spożywczą, nałożyć ¼ ziół z anchois, na to wbić jajko, zawiązać folię na kształt woreczka, upewniając się, że w środku nie zostało zbędne powietrze. Tak samo postąpić z resztą farszu i jajami. Powstałe 4 woreczki delikatnie włożyć do wrzątku i gotować 5-6 minut: 6 dla jaj XL, 5 dla mniejszych (moje były na oko M/L i 6 minut okazało się za długo). Delikatnie rozciąć każdy woreczek i wyłożyć jajo na… no właśnie. U mnie na kromki chleba obłożone sałatą, ale można je także dodać do sałatki, zupy, potrawki czy użyć jako dodatku do wytrawnych gofrów. Powtarzając to, co napisałam wyżej: możliwości jest wiele ;).

środa, 07 września 2016

Na blogu była już, z dawnych czasów, zupa au pistou („postna zupka z bazylią”, cytując Julię Żak w Szóstej klepce – ta bazylia w Polsce z okolic r. 1976 mnie całkiem zresztą intryguje ;)). Była, ale już nie ma, bo po namyśle naprawdę mało miała wspólnego z oryginałem (plus przepis był na tyle kreatywny, że M gmerając łyżką w talerzu marudził: „A możesz następnym razem zrobić tak, jak w oryginale…?”). Inna rzecz, że to jest z założenia kreatywne danie: zupa pt. przegląd ogródka warzywnego, w założeniu wykorzystująca to, co w sezonie/co się ma pod ręką plus, żeby było bardziej pożywnie, dodatek fasolki, drobnego makaronu (dla mnie zaskakujący dodatek) i pistou, tj. pesto bez orzechów; w sumie siostra włoskiej minestrone. Swoją robiłam w szczycie sezonu letniego, kilka tygodni temu, gdy groszek miał się jeszcze bardzo dobrze a zaczęła się już cukinia, więc te składniki były faktycznie z ogrodu (obok, oczywiście, bazylii).

Korzystałam tym razem z przepisu Davida Lebovitza z My Paris Kitchen, który swoją drogą lekko różni się od zamieszczonego niedawno przez autora na blogu (proporcjami i metodą). Z odstępstw sobie podzieliłam pistou na ½ (i w moim odczuciu nie było jej za mało), osobno, tj. wcześniej, ugotowałam fasolę oraz dodałam, poza wodą, 1/2 pół litra domowego bulionu (który był dość ciemny i w połączeniu z czerwoną cebulą swoiście zabarwił zupę ;), jeśli jednak chodzi o całą resztę, byłam grzeczna. Swoją drogą, ciekawe, że moje pistou wyszło wyraźnie pomarańczowe od pomidora, u autora jest jednak zielone ;).

Składniki:

  • ½ szklanki* fasoli Jaś, namoczonej na noc
  • liść laurowy
  • 500ml bulionu (dobrego domowego) + dodatkowa woda do gotowania
  • 1 mała cebula (u mnie czerwona)
  • 2-3 zmiażdżone ząbki czosnku
  • ½ łyżki soli, lub do smaku
  • 4 mikro (tj. b. młode i małe) marchewki
  • 1,5 średniej cukinii
  • 1 szklanka zielonego groszku (świeżego wyłuskanego lub mrożonego)
  • 80g bardzo drobnego makaronu (mikro gwiazdki, ryż lub podobny)
  • pieprz do smaku

Pistou:

  • 1 mały ząbek czosnku
  • ¼ łyżeczki soli
  • 50g (ok. 2 szklanek) bazylii
  • 1,5 łyżki dobrej oliwy
  • ½ niedużego pomidora pomidora bez skórki, drobno posiekanego
  • 45g startego parmezanu

* szklanka = 240ml

Namoczoną przez noc fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy, zagotować, skręcić ogień i gotować na małym ok. 45 minut (nie będzie zupełnie miękka, ale jeszcze będzie gotowała się w zupie). Fasolę odcedzić, pozbyć się liścia i odstawić na bok (można i na kilka h, tj. ja ugotowałam fasolę rano, a samą zupę przygotowałam dopiero późnym popołudniem).

Podgrzać bulion, dodać drobno posiekaną cebulę i czosnek, gotować kilka minut. Dodać marchewkę pokrojoną w cienkie plastry i ok. 500ml ciepłej wody, ponownie zagotować, gotować dalsze kilka minut, dodać fasolę, cukinię pokrojoną w kostkę i sól. Po ok. 10 dalszych minutach albo zgasić ogień pod garnkiem, jeśli przygotowujecie zupę z wyprzedzeniem, albo od razu dodać groszek i makaron (i jeśli to konieczne, uzupełnić wodę), gotować jeszcze 10 minut lub aż makaron będzie miękki. Pod koniec gotowania doprawić do smaku pieprzem.

Gdy zupa się gotuje, zmiksować wszystkie składniki pistou w malakserze/blenderem ręcznym lub utrzeć w moździerzu (można to ostatecznie zrobić wcześniej, ale pasta nawet szczelnie przykryta folią trochę ściemnieje podczas przechowywania). Podawać gorącą zupę z łyżką pistou, ew. nadmiar można także dać na stół.

Gdy podałam M talerz zupy, spytał z uśmiechem: „Krupnik…?”. Uśmiech oznaczał: „Raczej cię o to nie podejrzewam” (i ma ku temu podstawy: zjeść ostatecznie zjem, ale zrobić nie zrobię, m.in. ze względu na drobną kaszę). Delikatnie wskazałam mu różnice: makaron, młode warzywa, fasola… A jednak ta uwaga męża, choć rzucona jeszcze przed spróbowaniem dania, ma sens: zupa jest bardzo pożywna, rozgrzewająca (więc na polskie lato w sam raz), gęsta i podpada pod comfort food. I w takim wydaniu będę do niej wracać!

Zapisz

niedziela, 21 sierpnia 2016

Zacznijmy nie całkiem na temat: miewaliście zielniki, tj. zeszyty z wklejonymi ususzonymi roślinami, odpowiednio podpisanymi? Jako dziecko zaliczyłam kilka, z jeden pewnie narzucony przez szkołę (przedmiot pt. „środowisko” ;), pozostałe były zakładane na wakacjach, wzorem bohaterek czytanych książek i… szybko porzucane. Brakowało mi cierpliwości, zamiłowania do tematu i wiedzy ;). Od tamtych czasów ciut się zmieniło: podziwiam – na odległość - fotograficzne zielniki, jak ten i cieszę się, że wiem, co mam we własnym ogrodzie ziołowym, i tym (oby!) „wiecznym” (za domem), i tym jednorocznym (od frontu, w warzywniku).

Bazylii nie mam w tym roku tyle, co parę lat temu – kiedy rzeczywiście wysiałam ją dość hojnie i wyrosła na ½ dużej grządki – ale na brak też nie narzekam (choć, jak to z bazylią bywa, niedawny spadek temperatur nie do końca jej się spodobał). Dodam, że metodą chaotyczną (rozrzućmy w lewo, rozrzućmy w prawo) wysiałam parę odmian jednocześnie. Poza tą właściwą mam i tajską i (chyba) cytrynową. Mrówki niestety rozprawiły się z tzw. grecką ;). Co zrobić z bazylią, poza zwykłym pesto? Można ją dodać do kolejnej wersji pierogów z bobem*! Najlepiej w towarzystwie chwastu, tj. mięty, do której jeszcze wrócę.

Składniki:

  • 500g bobu,
  • łyżka mięty,
  • łyżka bazylii,
  • łyżka oleju rzepakowego
  • sól do smaku,
  • 80g bryndzy,
  • ok. 1/2-1 łyżka maślanki lub serwatki,
  • sok z cytryny do smaku,
  • ew. szczypta gałki muszkatołowej
  • ulubione ciasto pierogowe - ok. 360g (u mnie z 200g mąki i ok. 160g maślanki)
  • Do podania: ok. 30g masła, garść ziół

Bób ugotować, obrać ze skórek. Zmiksować w malakserze z ziołami, olejem, bryndzą, odrobiną gałki muszkatołowej. Gdyby masa była za sucha, jak u mnie, lekko zwilżyć maślanką lub dodatkowym olejem, powinna jednak pozostać gęsta (jak na ruskie). Doprawić do smaku solą i sokiem z cytryny. Przygotować masło ziołowe – u mnie z liśćmi szałwii i lubczyku. Ciasto pierogowe wałkować dość cienko, wycinać kółka wykrawaczką, nadziewać możliwie obficie farszem (po ok. 2 łyżeczki na pieróg; odrobina farszu może zostać, u mnie były to ok. 2 łyżki – można je potraktować jako bonus dla kucharza ;). Gotować pierogi w dużej ilości osolonej wody – ok. 2 minuty od wypłynięcia.


Jeśli macie wciąż nadmiar bazylii, albo przynajmniej pęczek na zbyciu, polecam bazyliowy winegret wg Davida Lebovitza. Autor polecał go jako dodatek do pomidorów lub np. białej fasoli na zimno – ja użyłam do mieszanej sałatki, jako okrasę do fasolki szparagowej (wymieszałam ciepłą, świeżo odcedzoną – ugotowaną tak, by pozostała jędrna – z zimnym sosem i od razu podałam), do skropienia pasty z bobu oraz, po schłodzeniu, jako smarowidło do pieczywa. Innymi słowy, zastosowań jest wiele, podobnie jak dla pesto ;). Poniżej wersja „prawie jak w oryginale”, tj. z moimi uwagami.

Składniki:

  • 125ml dobrej jakościowo oliwy lub mieszanki oliwy i dobrego, tłoczonego na zimno oleju rzepakowego („polskiej oliwy”), ew. sam olej rzepakowy jw.
  • 1 1/2 łyżki łagodnego octu (u mnie domowy jabłkowy)
  • 1 łyżka wody
  • 1 mała szalotka
  • 1 łyżka musztardy
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 2 szklanki liści bazylii (można użyć różnych odmian lub pomieszać bazylię z np. natką pietruszki)

Szalotkę drobno posiekać i umieścić z pozostałymi składnikami w malakserze lub dzbanku ręcznego blendera (tzw. żyrafy), zmiksować na gładko. Gdyby sos był za gęsty, lekko rozcieńczyć wodą (po schłodzeniu na pewno jeszcze zgęstnieje). Przechowywać w lodówce.

Wspominałam, że jeszcze wrócę do mięty. Otóż połączenie jagnięciny z tym ziołem to klasyka, i do niej nawiązał jakiś czas temu M, wykorzystując resztkę naszego groszku z ogrodu. Inspiracją był przepis Nigela Slatera z pierwszego tomu Tender, tylko u niego z zielonych składników było zrobione puree. Można powiedzieć, że taka wersja zdekonstruowana to świeże spojrzenie na słynny sos miętowy… a przy tym jest całkiem dekoracyjna ;). Po cichu dodam, że to piwo na zdjęciu poniżej to też dzieło M.


Składniki:

  • 2 schabiki jagnięce (każdy po ok. 220g)
  • po kopiastej łyżce tymianku i mięty (u nas tzw. deserowa)
  • płaska łyżeczka soli
  • ok. szklanki wyłuskanego groszku (parę młodych strąków można zostawić w całości), ew. rozmrożony
  • 1,5 łyżki masła

Miętę utłuc w moździerzu z tymiankiem i solą. Odłożyć łyżeczkę, pozostałą mieszanką natrzeć mięso. Piec na dobrze rozgrzanym grillu po ok. 5-7 minut z każdej strony, w zależności od tego, jak wypieczone mięso lubicie (u nas trwało to łącznie ok. 12 minut i mięso było średnio wysmażone). W międzyczasie przesmażyć krótko groszek na maśle. Przed podaniem wmieszać zachowaną łyżeczkę pasty ziołowej. Mięso pokroić w poprzek w plastry, podawać z groszkiem i świeżym pieczywem.

 Inne pomysły na zioła w roli głównej znajdziecie TU.

* Poprzednie pierogi z bobem zawierały boczek.

Zapisz

środa, 29 czerwca 2016

Niektóre podroby są w naszej kuchni bardziej popularne niż inne. Wątroba, flaki, serca czy żołądki drobiowe łatwo jest kupić, z ogonem czy ozorem wołowym lub cielęcym nie jest już tak prosto (choć chyba i tak dużo łatwiej, niż z nerkami czy móżdżkiem). Szkoda, bo jestem fanką podrobów, z powodów smakowych i merytorycznych (skoro jemy zwierzę, to możliwie w całości). Wracając do ozorów, jaki kojarzycie sposób podania, np. restauracyjny? Moje pierwsze skojarzenie brzmi „w galarecie" (i zaraz jeszcze widzę szklany dzbanuszek z octem spirytusowym). Tymczasem w "mięsnej" książce April Bloomfield (w tym roku na urodziny dostałam też „warzywną”, tj. A girl and her greens) jest opcja bez galarety, gotowana, potem krótko grillowana, za to podana z ciekawym zielonym sosem i świeżym chrzanem. Przepis jak to u April: jest czasochłonny. Podobnie jak przy gnudi, trzeba sobie zaplanować co najmniej kilka dni, jeśli nie tydzień (!), na wszystkie prace kuchenne. Efekt jednak jest świetny (w smaku, bo uroda podrobów jest zawsze dyskusyjna).

W oryginale był ozór wołowy – użyłam cielęcego, który wymaga dużo krótszego gotowania, ale peklowałam tak samo długo, jak przy sugestiach dla wołowego. Mięsa miałam ok. kilograma, więc użyłam zalewy w proporcji (z grubsza) 2/3 składników. Do wywaru podeszłam nieco kreatywnie, używając zamiast anglosaskiego standardu seler naciowy + marchew, niepełnego pęczka młodej marchewki i taką opcję polecam; zmniejszyłam też ilość czosnku. Sam wywar to smaczny bulion, który zachowałam do zup. Wreszcie April proponowała, by ozoru używać do kanapek. Owszem, tak użyłam resztek (polecam z chałką!), większość jednak zjedliśmy na ciepło w plastrach. Sugerowany sos estragonowy – choć może również umiarkowanie fotogeniczny - jest także wyśmienity, na pewno jeszcze go wypróbuję np. do ryb czy innych mięs.

Składniki:

Zalewa:

  • 2/3 szklanki soli niejodowanej, ew. morskiej
  • 1,5 łyżki ziaren pieprzu
  • ¾ łyżki goździków
  • 2 świeże liście laurowe
  • ½ łyżeczki soli peklowej
  • ok. 1kg ozorków cielęcych
  • pęczek młodej włoszczyzny (wraz z zieleniną) minus część marchewki (zostawić tylko dwie)
  • 3 ząbki czosnku
  • ½ małej cebuli (opcjonalnie)
  • łyżka świeżego lubczyku (opcjonalnie, ale polecam)
  • liść laurowy
Sos estragonowy
  • ok. ¼ suchego pieczywa, porwanego na dość drobne kawałki i raczej bez skórki, chyba, że jest cienka
  • 3,5 łyżki octu (u mnie jabłkowy, w oryginale winny)
  • 2 łyżki odcedzonych i posiekanych kaparów
  • 4 filety anchois
  • szczypta posiekanego czosnku
  • łyżka musztardy (w oryginale Dijon, u mnie sarepska)
  • ¼ szklanki możliwie dobrej oliwy
  • duża garść estragonu francuskiego
  • 1 jajo na twardo
  • sól, pieprz

Połączyć wszystkie składniki zalewy, poza solą peklową, dodać 0,75l wody i zagotować. Zdjąć z ognia, dokładnie wymieszać, żeby sól się rozpuściła, dodać 1,25l zimnej wody, dokładnie wystudzić. Dodać sól peklową i zalać zalewą ozorki. Umieścić w lodówce na 5 dni, w tym czasie obrócić 1-2 razy. Po upływie czasu peklowania zlać zalewę, ozorki dokładnie opłukać zimną wodą i albo od razu ugotować, albo osuszyć, owinąć folią i umieścić w lodówce na maks. 2 dni.

Gotowanie ozorów: umieścić je w dużym garnku, zalać wodą, zagotować i natychmiast odcedzić (co wg autorki ma pomóc uniknąć nadmiaru szumu, i faktycznie – nie musiałam go potem usuwać). Umieścić z powrotem w garnku, dodać jarzyny, lubczyk (jeśli używacie) i liść laurowy, zalać ponownie wodą. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 2h, lub aż mięso będzie całkiem miękkie, ale nie rozpadające się. W międzyczasie można przygotować sos estragonowy (patrz niżej). Wyciągnąć ozorki na deskę (wywar zostawić!) i wystudzić na tyle, by można było ściągnąć skórkę/błonę bez oparzeń (powinna ściągnąć się b. łatwo, jeśli są dokładnie ugotowane); przy okazji usunąć ew. chrząstki. Umieścić ozorki z powrotem w wywarze, aż wystudzą się do temp. pokojowej. Owinąć w folię i schłodzić przynajmniej 30 minut w lodówce (wg April, można je znowu trzymać tam do ok. 2 dni). Przed samym podaniem pokroić ozory w ok. 1cm plastry, lekko posmarować olejem/oliwą i krótko (ok. 2 minut na stronę) je przesmażyć partiami na rozgrzanej patelni grillowej. Podawać z chrzanem, zielonym sosem estragonowym i np. puree (niekoniecznie ziemniaczanym, mogą być warzywa korzeniowe), kaszą kukurydzianą „na mokro” (jak na zdjęciu powyżej), ew. świeżym pieczywem.

Sos estragonowy:

Zalać chleb octem, odstawić na kilka minut, rozdrobnić palcami. Posiekać kapary, anchois i czosnek na jednolitą pastę. Dodać do chleba, wmieszać oliwę i musztardę. Drobno posiekać estragon i dodać do pozostałych składników. Oddzielić żółtko ugotowanego jaja od białka, rozetrzeć, białko posiekać, dodać do sosu. Dokładnie wymieszać, doprawić do smaku solą/pieprzem. Przechowywać w lodówce: z podanych proporcji wychodzi raczej więcej, niż do zjedzenia do jednego posiłku, nie liczyłabym jednak na to, że starczy na b. długo (u nas znikł zaskakująco szybko).

Tak, jak widać, to nie jest szybkie danie ;), mimo to uważam, że nie jest trudne czy pracochłonne, a że trzeba je wcześniej zaplanować… Nie zawsze wszystko musi dziać się ekspresowo a podroby wymagają trochę więcej „miłości”. Resztki oczywiście świetnie smakują na zimno: ja grillowałam do obiadu tylko 2 z 3 ugotowanych ozorów, tyle, ile potrzebowałam do posiłku, a pozostały od razu był przeznaczony do kanapek. Czyli tak, jak April sugerowała :).

poniedziałek, 23 maja 2016

Jakiś czas temu podczas pobytu w Warszawie wybraliśmy się z rodziną do restauracji gruzińskiej. M (kierowca) zamówił lemoniadę estragonową. Napój był niepokojąco zielony, ale smakował całkiem nieźle. Mama wzięła łyk i oznajmiła: „Anyż!”. Miała rację, bo mój ukochany estragon francuski (wspominałam o nim wielokrotnie, choćby przy okazji „kurczaka myśliwego”) ma wyraźnie anyżowy posmak – co dla mnie jest ogromnym plusem i nie widzę sensu używania innego estragonu.

Niedawno planowałam przygotować domową lemoniadę estragonową, ale ostatecznie aura nie była wystarczająco letnia (i do chłodnika, i do napojów chłodzących musi być, w moim odczuciu, jednak bardzo ciepło). Zrobiłam więc napój wyskokowy ;). Jakiś czas temu czytałam o basil smash*, koktajlu na bazie ginu; swoją wersję nazwałam tarragon smash. Uwaga, całość jest wyraźnie anyżowa, ale poniżej opisałam też wersję delikatną.

Składniki (1 porcja):

  • 45ml (3 łyżki) ginu,
  • 7,5ml (pół łyżki) pastis**,
  • garść estragonu francuskiego,
  • łyżeczka cukru,
  • woda sodowa i lód,
  • sok z 3/4 limonki (lub do smaku)

Estragon rozetrzeć tamperem w szklance (ok. 250-300ml) z cukrem i sokiem z limonki, odstawić na parę minut. Dodać alkohol, wymieszać, dopełnić schłodzona wodą sodową. Opcjonalnie dodać lód. Podawać od razu.

** W wersji łagodniejszej pominąć lub zastąpić ginem (ew. można spróbować z limoncello?).

Przypominam także innego blogowego „smasha” z procentami, tj. truskawkowego: sezon owocowy już tuż, tuż!

* Dwa dni temu trafiłam do lokalu, w którym można napić się właśnie basil smash (i innych smacznych koktajli – uwaga, są też takie bezalkoholowe), tj. warszawskiego Baru Wieczornego. W trzy osoby udało nam się całkiem sporo przetestować (właściwie było nas czworo, ale E. skupiła się na Młodym Ziemniaku i innych wódkach artystycznych)… choć do ginu z bazylią w końcu nie doszłam, bo inne propozycje za bardzo kusiły (np. drinki z nutą kwiatową – różane czy lawendowe – czy bogata kolekcja moich ulubionych sours). Duży plus za niewielkie, kameralne wnętrze z kolekcjonerskimi plakatami teatralnymi (i klimatyczny dziedziniec) oraz miłą, pomocną obsługę. Polecam, jeśli szukacie miejsca na wieczorne wyjście.

niedziela, 08 maja 2016

Skoro przy straganach znów można dostać oczopląsu a grządka warzywna powoli się zapełnia (choć sałata uparcie nie kiełkuje), czas wrócić do cyklu Zielono mi :). Od zeszłego tygodnia w siatce z zakupami znajdują się zielone szparagi, które jedliśmy i pieczone (jako dodatek), i w makaronie. Pieczonych upiekłam z rozmysłem więcej, żeby je przerobić na kolejną pastę do pieczywa. Zmiksowałam je z twarogiem, można by jednak użyć innego sera (śmietankowego, miksu z kozim twarogowym lub fetą), albo i nawet ciecierzycy. W wersji „wieczornej” (czyt. nie na śniadanie w np. dzień pracujący) można by dodać ząbek czosnku.

Składniki:

  • 8 większych zielonych szparagów
  • 70g twarogu (lub mieszanki twarogu i np. fety, lub patrz ww. sugestie)
  • łyżka lubczyku (lub innych świeżych ziół)
  • opcjonalnie: łyżka czosnku niedźwiedziego (lub szczypiorku)
  • łyżeczka oliwy/dobrego oleju rzepakowego
  • sól, pieprz, sok z cytryny

Upieczone szparagi zmiksować na gładko z pozostałymi składnikami, doprawić do smaku solą (jeśli użyjecie np. fety + szparagi były posolone może nie być w ogóle potrzebna), pieprzem i sokiem z cytryny. Podawać na pieczywie.

Zastanawiając się nad zastąpieniem sera gotowanym ziemniakiem, zaczęłam myśleć nad zielonym farszem do pierogów. W skrócie, chodziło mi o coś a la ruskie ze szparagami ;). Po namyśle uznałam, że trzeba trzymać się sprawdzonej receptury, a więc po prostu zamieniłam twaróg na pieczone, posiekane szparagi. Znów dodałam też lubczyk - ładnie odrósł na wiosnę i przyznaję, że pcham go prawie do wszystkiego. Pierogów wyszło tyle, że byłam przekonana, że zostanie przynajmniej jedna porcja na później. No cóż… Zjedliśmy wszystkie, więc chyba można uznać danie za udane ;). Przy okazji uświadomiłam sobie, że z rok nie gotowałam żadnych pierogów, a to stanowczo za długo, i musimy robić to częściej (zwłaszcza, że we dwójkę lepi się sprawnie i przyjemnie, a do środka można włożyć prawie wszystko).

Składniki:

  • pęczek zielonych szparagów (ok. 180g po upieczeniu)
  • ok. 225g ziemniaków (2-3 sztuki)
  • dwie łyżki posiekanego lubczyku (lub ostatecznie koperku)
  • 1 mała cebula
  • olej
  • sól, pieprz
  • ulubione ciasto pierogowe z 250g mąki
  • Do podania: ok. 50g stopionego masła i dodatkowy lubczyk/koperek (1-2 łyżki)

Ziemniaki ugotować i rozgnieść (można dodać łyżeczkę oleju, gdyby były za suche). Upieczone szparagi posiekać, wymieszać z lubczykiem i ziemniakami. Cebulę drobno posiekać, zeszklić, dodać do masy. Całość dobrze wymieszać i wyrobić, doprawić do smaku solą/pieprzem (u mnie ten ostatni dość obficie). Przygotować ulubione ciasto pierogowe (u mnie jak zawsze maślankowe), cienko rozwałkować, wycinać pierogi, nadziewać łyżeczką farszu. Gotować ok. 2 minuty od wypłynięcia. Podawać z masłem lubczykowym/koperkowym, analogicznym do szałwiowego.

niedziela, 27 marca 2016

To będzie wpis błyskawiczny, którego miało nie być ;). Zainspirowana wpisem Moniki (a powiedzmy sobie szczerze, już kilka lat temu popatrywałam na oryginalny przepis w Lemnis i Vitry)  o zielonym sosie wielkanocnym (tzw. witaminowym), ukręciłam małą miseczkę na śniadanie. Zawsze mnie też ciekawiło, jak wychodzi majonez na gotowanym żółtku (teraz już wiem, że choć konsystencja ta sama, smak jednak inny).

Zasadniczo sos ma towarzyszyć mięsom na śniadanie wielkanocne, w moim odczuciu jednak świetnie pasuje do jaj, i to niekoniecznie w wydaniu świątecznym (np. jako alternatywa dla sosu holenderskiego do jaja w koszulce!). A że jutro w końcu też się świętuje (my w tym roku bardziej nawet niż dziś), może ktoś jeszcze z przepisu skorzysta.

Poniżej wersja na niewielką miseczkę sosu, dokładnie w takich proporcjach jak to dziś rano zrobiłam, ale ilości oczywiście można zwiększyć. Doprawienie wg uznania: chrzan podobno nie jest konieczny, w moim odczuciu jednak tak, podobnie jak dość dużo soku z cytryny :).

Składniki:

  • 1 żółtko (świeżo* ugotowane na twardo)
  • 90ml oleju/oliwy (u mnie mieszanka 1:1, tak jak używam w majonezie)
  • szczypta soli
  • sok z 1/2 cytryny, lub do smaku
  • ok. 1/2 łyżeczki świeżo startego korzenia chrzanu, lub jw.
  • garść drobno posiekanych ziół, u mnie koperek i natka pietruszki z małym dodatkiem szczypiorku

Żółtko rozetrzeć dokładnie z sokiem z cytryny (zaczęłam z ok. 1/4 owocu) i pomału wlać olej, stale pracując trzepaczką, aż uzyskacie majonez. Doprawić do smaku solą i dodatkowym sokiem z cytryny. Dodać chrzan i zioła, dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Podawać do gotowanych jaj i wędlin.

 No i chyba wypada jeszcze życzyć Wesołej Wielkanocy! 

* Nawiązując do niedawnej dyskusji na FB.

wtorek, 10 listopada 2015

O zasadzie „skoro dziś piątek, to mamy makaron” pisałam kilka lat temu. Od tamtego czasu trochę menu piątkowe jednak urozmaiciłam (np. co drugi tydzień pojawia się tego dnia zupa, jeśli jest chłodno, lub w sezonie cieplejszym - sałatka ;), ale wciąż makaron pozostaje świetnym daniem awaryjnym, jeśli trzeba ugotować coś szybko i z tego, co jest w domu. W ten sposób powstał kolejny makaron z dynią...

Składniki:

  • garść posiekanej dyni (najlepiej o zwięzłym, niezbyt mokrym miąższu)
  • ok. 250g pieczarek,
  • 2-3 większe suszone grzyby,
  • 1 cebula,
  • olej,
  • mała garść liści szałwii
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
  • opcjonalnie: natka pietruszki (ok. łyżki)
  • ok. 1,5 łyżki masła
  • ok. 225g makaronu (krótkiego lub, jeszcze lepiej, szerszego domowego, np. pappardelle)

Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Dodać dynię, przesmażyć, skropić wodą i dusić kilka minut pod przykryciem (w tym czasie nastawić wodę na makaron). Dodać do dyni pieczarki pokrojone w plastry, kilka listków szałwii i wkruszyć grzyby. Smażyć kilka minut, doprawić do smaku solą, pieprzem i gałką, ponownie przykryć i dusić ok. 10-15 minut na małym ogniu, aż warzywa będą całkiem miękkie. Pod koniec gotowania sprawdzić doprawienie.

Pozostałe liście szałwii usmażyć na chrupko na maśle. Wymieszać dokładnie ugotowany makaron z sosem i ew. posiekaną natką, odstawić na minutę pod przykryciem przed podaniem. Każdą porcję posypać przesmażonymi listkami szałwii.

A z innych makaronów dyniowych był:

- taki z jarmużem i boczkiem;

- z małżami;

- "dwa liście";

- efektowne rotolo oraz

- lasagne.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna