Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: zioła

niedziela, 06 sierpnia 2017

W tym roku nie ma, jak na razie, nadmiaru cukinii. W sumie to wszystko przez (tzn. dzięki ;) M, który bardzo nalegał na ograniczenie liczby krzaków i nawet na cztery sztuki kręcił nosem. Jak rok i dwa temu, posadziłam jedną dającą okrągłe owoce. Faszerowane kule już pokazywałam, w wersji choć nie wege, to dość delikatnej- i tym razem chciałam czegoś bardziej wyrazistego. Przepis zyskał aprobatę M („możesz zapamiętać i powtarzać”). Co istotne, użyłam tylko ½ miąższu do farszu (druga ½ trafiła do ratatouille), i była to dobra decyzja.

Składniki:

  • 3-4 niezbyt duże okrągłe cukinie
  • 2 średnie ziemniaki
  • puszka tuńczyka w zalewie (170g przed osączeniem)
  • świeże zioła, ok. 2 łyżek, u mnie oregano i estragon
  • 1 mała cebula
  • 3-4 plastry boczku
  • sól, pieprz i chilli (do smaku)
  • oliwa (do posmarowania cukinii)

Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie, przecisnąć przez praskę. Cukinie umyć, odciąć czubki (ja mówię „czapeczki” ;) z ogonkiem (zachować!), wydrążyć, ½ miąższu zostawić do późniejszego wykorzystania, pozostałą połowę posiekać. Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na małym ogniu, podkręcić ogień na średni, dodać posiekaną cebulę i zeszklić. Zdjąć z ognia, wymieszać z miąższem cukinii, ziemniakami, dobrze osączonym tuńczykiem i ziołami, doprawić do smaku solą, pieprzem i chilli (u mnie hojna szczypta). Napełnić cukinie farszem, nakryć „czapeczkami” z ogonkiem, lekko posmarować oliwą. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, piec ok. 25 minut w 190 st., następnie zdjąć „czapeczki” i piec dalsze 10-12 minut. Świetnie pasuje do tego sos koperkowy lub bazyliowy.

Z innych cukinii faszerowanych (podłużnych) na blogu były:

- słodko-kwaśna bliskowschodnia

- pomidorowa

Z dwóch podłużnych cukinii za to zrobiłam placki z cukinii, w innym wydaniu niż zazwyczaj, bo przemówił do mnie przepis na blogu Ani (Everyday Flavours). Do tej pory miałam problem z cukinią startą na tarce, tzn. umiarkowanie udawało mi się ją osączyć. Tu pomogło i sugerowane wcześniej sitko, i ręcznik papierowy, i obserwowanie ciasta w trakcie smażenia (odlałam płyn po kilku plackach i dodałam łyżkę mąki, potem już poszło gładko, a placki świetnie trzymały ksztatł). Przepis za Anią, z drobnymi zmianami i z grubsza z ½ składników (dla ok. 3 osób, lub 2 głodnych, które nie pogardzą zimnymi resztkami ;).

Składniki (na ok. 10-12 sztuk):

  • ok. 500-600g cukinii (2 średnie sztuki)
  • 2 jaja
  • 1/2 (kopiasta) szklanki mąki + ew. dodatkowa do podsypania, patrz niżej
  • 100g fety (prawdziwej, nie fetopodobnej)
  • kilka łyżek rozdrobnionych świeżych ziół (np. oregano, mięta, estragon, szałwia, itd.)
  • łyżka posiekanego szczypiorku
  • sól, pieprz (do smaku)
  • olej
  • Do podania: sos bazyliowy/koperkowy, domowy ketchup lub sos pomidorowy, tzatziki, itd.

Cukinię umyć, obciąć końce, zetrzeć na tarce o grubych oczkach, oprószyć solą i odstawić na 15 minut na sitko nakrytą ręcznikiem papierowym. Zlać płyn, cukinię dobrze odcisnąć przez ręcznik. Roztrzepane jaja utrzeć z mąką, dodać osączoną cukinię, fetę, zioła. Doprawić do smaku i dokładnie wymieszać. Gdyby masa wydawała się zbyt płynna, podsypać lekko mąką. Smażyć placki partiami na rozgrzanym oleju (ok. 1 kopiastej łyżki na placek), aż się zrumienią z obu stron; w zależności od patelni dolać po 1-2 partii oleju. Gdyby ciasto puściło sok, spróbować go delikatnie zlać, ew. zagęścić dodatkową łyżką mąki.

W skrócie, mąż wzgardził dodatkami do obiadu i skupił się na plackach… Na zimno został jeden ;).

piątek, 14 lipca 2017

Post będzie krótki, właściwie seria przypominajek.

Gdy dwa lata temu miałam urodzaj na grządce z bazylią, zrobiłam bardzo udany sos bazyliowy. Tym razem koperku mam więcej, niż jesteśmy w stanie przerobić, więc gdy w sobotę przyjechali goście, pół litra koperku przerobiłam na sos koperkowy - dokładnie taki, jak bazyliowy, tylko wody musiałam dać odrobinę więcej - i polałam nim pomidory, jak widać na zdjęciu. Reszta została wykorzystana i do pieczywa, i maczania pieczonych kwiatów (na zdjęciu), i kolejnego dnia jako dodatek do grillowanej ryby, i wreszcie jako omasta do niedzielnego jaja w koszulce (jak poniżej). Bardzo polecam!

Po drugie, widoczne na ww. zdjęciu pieczone kwiaty - nadziane fetą zmieszaną z ostrą papryką (pastą tajską, ale np. adżika czy ostra węgierska też byłaby bdb). Metoda przygotowania jak poprzednio (a błędu z posypaniem solą przed pieczeniem już więcej nie zrobię, tu zresztą dzięki słonemu farszowi sól w ogóle nie była potrzebna).

Po trzecie, pasta z bobu i fety, przygotowana jak poprzednio lub jeszcze wcześniej, ale z ok. 130g sera "typu feta" i bez gałki muszkatołowej. Nadmiar niewykorzystany na chlebie trafił, oczywiście, do pierogów, bo lato bez takich z zielonym farszem to nie lato ;).

Zapisz

wtorek, 11 lipca 2017

O odkryciu, jakim jest gruby bulgur, pisałam ze 2 lata temu. Choć upały jakoś specjalnie na razie Polski mocno nie dotykają, węglowodan gotowy do spożycia tylko przez zalanie (wcześniej) wodą, to latem zbawienie, zwłaszcza, że świetnie się łączy z daniami warzywnymi, wszystkim co zielone i/lub bliskowschodnie. Dlatego niedawno przygotowałam zielony bulgur, „jedno oko na Persję” oraz bardziej konkretną sałatkę obiadową, przygotowaną z garścią zieleniny z ogrodu (albo dżungli pourlopowej - jak weszłam między grządki po powrocie, najpierw osłupiałam, potem załamałam ręce, i do tej pory wszystkiego nie przepieliłam ;/).

W obu daniach podstawą jest szklanka bulguru namoczona ok. 2h w 2 szklankach wody z hojną szczyptą soli, mieszana co jakiś czas.

Bulgur w klimatach lekko perskich

Składniki:

  • szklanka grubego bulguru jw.,
  • garść posiekanych lub porwanych ziół (np. mięta i bazylia, można użyć mięty i pietruszki),
  • garść szpinaku (ew. przelanych wrzątkiem i osuszonych liści boćwiny bez łodyg),
  • ok. 2 łyżek z grubsza posiekanych pistacji,
  • ok. łyżki suszonego berberysu,
  • sól, oliwa, łagodny ocet/sok z cytryny

Wymieszać bulgur z zieleniną i bakaliami, doprawić do smaku solą, oliwą, octem np. jabłkowym lub sokiem z cytryny. Odstawić na co najmniej 10 minut, wymieszać i ew. jeszcze raz doprawić. Podawać z grillowanymi potrawami lub np. takimi klopsikami. Do delikatnej ryby też mi pasuje.

Sałatka z bulguru z fetą

Składniki:

  • szklanka bulguru jw.
  • 2 małe cebule dymki
  • garść świeżego groszku oraz cavolo nero lub jarmużu,
  • zioła - mięta i koperek - 2/3 do patelni, reszta posiekana surowa
  • opcjonalnie: kilka listków musztardowca lub pikatnej rukoli
  • oliwa, ocet lub cytryna, sól wg uznania
  • 150g fety,
  • ok. 8 pomidorów suszonych (namoczonych lub w oliwie, osączonych)

Dymkę posiekać, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju/oliwy, dodać porwane cavolo nero (bez łodyg). Smażyć chwilę, aż liście zmiękną, dodać łyżeczkę wody, wyłuskany groszek, hojną szczyptę soli i 2/3 ziół, gotować minutę. Przykryć naczynie i odstawić na bok na kilku minut, kiedy zajmiecie się pozostałymi czynnościami: posiekaniem reszty ziół i dodaniem ich do bulguru razem z pokruszoną fetą, pokrojonymi pomidorami i ew. liśćmi rukoli/musztardowca. Do naczynia dodać przesmażone warzywa i całość wymieszać. Doprawić do smaku oliwą, łagodnym octem lub sokiem z cytryny oraz solą.

czwartek, 18 maja 2017

Do tego, co dobre, człowiek się błyskawicznie przyzwyczaja. Mam tu akurat na myśli domowy makaron ;). Od kiedy uznałam, że zrobienie go to żaden problem, M lubi wałkować, szczęśliwych jaj nam nie brakuje – prawie w ogóle nie jemy kupnego, choć awaryjna paczka leży w szafce. Dodam, że nie suszymy na zapas, tylko ½ porcji jemy od razu, druga ½ leży przez kilka dni w lodówce (poza tym, że lekko ciemnieje, nic jej się nie dzieje, nie ma dyżuru przy maszynce, kłopotu z suszeniem – „znowu mi się skleiło” - i przechowywaniem – „jak ja mam to wsadzić do tego słoja”, ew. „co ci się to tak połamało”). I właśnie ok. 1/5 porcji tego ciasta użyłam do zrobienia dwóch (tak, słownie dwóch) ravioli con uovo, tj. wielkich pierożków z ciasta makaronowego, z żółtkiem i serem w środku (a wcześniej przeczytałam ileś tam przepisów w internecie, które zasadniczo wszystkie powtarzały te same składniki). Dodam, że nigdy tego dania wcześniej nie jadłam, intrygowała mnie jednak technika (dużo łatwiejsza, niż sądziłam!), poza tym przy takich składnikach – co może źle smakować? No, chyba, że ktoś nie jada płynnego żółtka :D

Wyszłam z założenia, że jedno duże raviolo na osobę = przystawka, jestem jednak w stanie sobie wyobrazić zjedzenie maksymalnie trzech na główny posiłek, z dużą ilością jakieś zieleniny jako dodatek. Uwaga, użyłam zwykłego twarogu, i od biedy może być, jednak mimo wszystko lepiej sprawdzi się ricotta – jest łagodniejsza, delikatniejsza i przede wszystkim, się nie warzy.

Składniki (2 sztuki):

  • 1/5 ciasta makaronowego z tego przepisu
  • 2 żółtka
  • 50-60g ricotty
  • garść czosnku niedźwiedziego (lub sezonowych ziół)
  • łyżeczka parmezanu
  • sól do smaku
  • Do podania:
  • 2-3 łyżki stopionego, zrumienionego masła

Przygotować ciasto zgodnie z przepisem, dać mu odpocząć. Ricottę rozetrzeć w misce, wymieszać z parmezanem. 2/3 czosnku niedźwiedziego drobno posiekać, dodać do sera, całość doprawić do smaku solą (powinien być dość wyrazisty). Nastawić wodę do gotowania jak na makaron, można też zacząć pomału stapiać masło. 1/5 ciasta makaronowego cienko rozwałkować na prostokąt. Ser podzielić na pół, ułożyć w odstępie ok. 10 cm na połowie ciasta, w każdej kupce zrobić głęboki dołek o średnicy przeciętnego żółtka. Żółta oddzielić od białek i delikatnie umieścić w dołkach (patrz zdjęcie), zakryć delikatnie pozostałą ½ ciasta. Wykroić ravioli – planowałam użyć okrągłej wykrawaczki, ponieważ okazała się za mała, wykroiłam krążki nożem do pizzy. Gotować ok. 4 minuty w osolonym wrzątku, w międzyczasie posiekać pozostały czosnek. Ravioli delikatnie wyławiać z garnku szumówką, podawać od razu, polane zrumienionym masłem i posypane czosnkiem niedźwiedzim.

Zapisz

niedziela, 07 maja 2017

Jeśli wierzyć biuletynom internetowym ;), sezon na cytrusy np. sycylijskie właśnie się kończy. Uznałam to za dobry moment na pokazanie dwóch udanych przetworów, które zrobiłam z owoców kupionych w lutym – bo jeszcze zdążycie co nieco nastawić, ew. przyda się na jesieni. Tzn. oczywiście, wiem, że cytryny można kupić cały rok, jednak w przypadku przetworów, gdzie za całe clou robi skórka, mam opory przed użyciem owoców wyjątkowo nieekologicznych*. Jeśli Wam to nie przeszkadza, radzę mimo wszystko bardzo dokładnie skórki sparzyć wrzątkiem i wytrzeć przed użyciem.

Limoncello pierwszy raz piłam wiele lat temu, podczas wesołego wieczoru w już nieistniejącym stołecznym pubie (wówczas uważaliśmy, że świetnie łączy się z piwem, na zasadzie jedno piwo, jedna „limonka”, i tak w kółko. Nie polecam na dłuższą metę). Butelki likieru potem regularnie przywoziliśmy z włoskich wakacji na nartach, ew. prosiliśmy o nie innych urlopowiczów. Przez jakiś czas zasmakowałam też w mlecznym crema di limoncello/crema di limone, aż… z jakiegoś powodu (brak włoskich wakacji?) likier cytrynowy znikł z naszego domu, i to na całkiem długo. Posiadając jednak większą ilość cytryn, uznałam, że czas na wersję własną. Skorzystałam z przepisu Chillibite (która swoją drogą wydała właśnie książkę właśnie o przetworach) i po pierwsze, okazało się, że produkcja limoncello jest tak prosta i szybka, że nic tylko robić, po drugie, smak jest bardzo autentyczny. Po trzecie, już ponad ¼ nie ma ;).

Składniki (na 2 litry likieru):

  • 40g skórki startej z cytryny (uwagi nt. cytryn jw.)
  • 800g cukru
  • 1l. wody
  • 500ml spirytusu (uwaga, klasycznego 98%, nie słabszego)

Zetrzeć skórkę z cytryny, uważając, by była całkowicie bez albedo – można użyć tzw. zestera, mnie najłatwiej i najszybciej to poszło obieraczką do jarzyn, bo kawałki skórki mogą być duże. Zalać spirytusem, odstawić na 1,5 tygodnia w ciemne miejsce, co jakiś czas potrząsając słoikiem.

Cukier rozpuścić w wodzie na syrop, przestudzić, połączyć ze skórkami. Odstawić na kolejne 3-4 dni. Całość odcedzić, przefiltrować i przelać do czystych, wyparzonych butelek. Odstawić na co najmniej tydzień przed degustacją. Pić mocno schłodzone (u mnie z zamrażarki, może być ostatecznie lodówka, ale polecam jednak zmrożenie).

Marynowane cytryny były – te szybkie i te zwykłe. Kiszonych jednak nie robiłam, a to wersja zdecydowanie bardziej slow, niż dojrzewające w oliwie. Owoce siedzą w solance i tak samo, jak w przypadku naszych swojskich ogórków, trzeba im dać co najmniej 2 miesiące na fermentację. Przepis za książką kucharską Ducksoup (od londyńskiej restauracji, do której może, może wrócę za nie b. długi czas ;), z własnym dodatkiem ziołowym (autorzy proponują całe korzenie).

Składniki:

  • 1kg cytryn
  • 250g soli morskiej (można użyć też kamiennej niejodowanej, tzw. do przetworów, lub mieszanki)
  • ew. opcjonalne dodatki – kilka liści laurowych, gałązka rozmarynu (u mnie) lub tymianku, przyprawy korzenne typu kardamon

Cytryny trzeba naciąć na krzyż prawie do nasady, napakować soli, upchnąć w dużym słoju (ew. z jedną sztukę podzielić, jeśli nie da się ich ładnie zmieścić - najlepiej, żeby były ciasto ułożone, powinny się na styk zmieścić w litrowym). Dodać zioła jw., lub korzenie w całości. Zalać dokładnie przefiltrowaną wodą (lub przestudzoną przegotowaną), wstrząsnąć, sprawdzić, czy wciąż są zakryte wodą, i odstawić w ciemnym, chłodnym miejscu na 2-3 miesiące. Ważne, by wciąż były zakryte wodą - w litrowym nalanym do pełna powinno być ok. Co jakiś czas można ostrożnie (bo fermentują!) poruszyć słojem. Po otwarciu przechowywać w lodówce.

Z czym to jeść? Podobnie jak ww. marynowane cytryny – jako dodatek do wszelkich dań bliskowschodnich, ponadto b. pasują mi do najróżniejszych potraw rybnych, warzywnych oraz indyjskich. Uwaga, nie jest to łatwy dodatek: mój M może w małych ilościach i b. drobno posiekane, ja zaś podjadam cytryny solo podczas tego siekania ;). Oczywiście, jak wspominałam, śledzie cytrynowe mężowi zupełnie nie smakowały, więc nie powinnam może się dziwić. Miłośnicy kwaśnego powinni być jednak zachwyceni.

* Co mi przypomina zeszłoroczny komentarz sprzedawczyni na targu, gdy wybierałam morele ze skrzyni: „Takie mają brzydkie plamki, prawda? Jakieś niedopryskane muszą być”.

środa, 08 marca 2017

Znacznie łatwiej (niż się spodziewałam) wypaść z przyjętego rytmu i rutyny. Gdy równowaga pracy, zajęć i tego, co wypełnia dzień, przeciąży szalę, w naturalny sposób się rezygnuje z tego, co nie jest niezbędne, a na co nie starcza czasu - typu blogowanie. W ostatnich paru tygodniach zrozumiałam, jak łatwo dochodzi do śmierci blogów: wiele było takich, które lubiłam i do których regularnie zaglądałam, a które raczej już nie zmartwychwstaną. Mimo wszystko mam nadzieję, że z Coś niecoś tak nie będzie, bo się do niego trochę przywiązałam przez te lata ;). Niemniej czasem po prostu brakuje szeroko rozumianego szwungu (czasu, sił, inwencji, motywacji, światła dziennego...). Mam jednak nadzieję, że to była sytuacja tymczasowa, czego choćby dowodem poniższy wpis. Nieważne, jak długo pisany ;).

O gołąbkach wspak powiedziała mi kiedyś moja Mama, która przypadkiem obejrzała jakiś program kulinarny. Pomysł mnie początkowo nie przekonał, bo kłócił się, w moim odczuciu, z ideą gołąbków (czegoś zawiniętego w liście). Gdy podałam M porcję poniższego dania, powiedział: „O, klopsy!”. Coś w tym jest, choć kształtem przypominają raczej odrzutowce czy sterowce, typu zeppeliny… ale to znowu inaczej się kojarzy ;).

A więc, do dania ogólnie nie byłam przekonana – dopóki nie zobaczyłam wersji Witka i Bei ;). Trochę się jednak zafrasowałam, gdy odkryłam, że mam pod ręką tylko jagnięce mielone. Witek zasugerował, żebym go użyła, tylko pominęła kapustę kiszoną. Tak zrobiłam, zastępując ją garścią jarmużu. Trochę zmieniłam też doprawienie. Ponieważ czas był dość napięty w tamten weekend, w ramach sosu pomidorowego użyłam litr warzywnego leczo pt. „klęska urodzaju” (do tej pory się klepie po plecach, że posłuchałam sugestii Ani i co wygotowałam jesienią, to spasteryzowałam – bardzo, bardzo się przydaje), w normalnych warunkach zrobiłabym po prostu wariant ulubionego sosu pomidorowego.

Składniki (2-3 porcje):

  • 2 kromki czerstwego jasnego pieczywa, pokrojonego w kostkę
  • 1 średnia cebula (najlepiej czerwona), pokrojona w kostkę
  • ¼ szklanki mleka
  • ½ kg mielonej jagnięciny
  • 1 jajko
  • ½ łyżeczki soli
  • pieprz (u mnie ok. 10 obrotów młynkiem)
  • ½ łyżeczki mieszanki korzennej baharat (albo na skróty użyć szczypty zmielonego kuminu i dodać po ¼ łyżeczki kolendry i ziela angielskiego)
  • 1¼ szklanki ugotowanego ryżu (½ szklanki suchego), zimnego
  • garść zblanszowanego i posiekanego jarmużu
  • olej, do smarowania formy
  • zioła do posypania (najlepiej kolendra, ale może być też pietruszka, koperek, itd.)
  • ok. 1 litr sosu pomidorowego, np. takiego (podwoić składniki x 2, ew. dopełnić wodą) – można doprawić przyprawami korzennymi, jak mięso

Pieczywo namoczyć w mleku – ok. 30-40 minut, można trochę dłużej – i zmiksować z cebulą. Wymieszać z mięsem, dodać przyprawy, jajo i ryż, wyrobić dokładnie (najlepiej dłonią); pod koniec dodać jarmuż. Umieścić w lodówce na ok. 30 minut. Formować owalne klopsy, wielkości zwykłych gołąbków, ułożyć w natłuszczonej brytfance, zalać sosem (powinien dochodzić do co najmniej ½ wysokości). Przykryć folią aluminiową i umieścić w piekarniku nagrzanym do 180 st. C (termoobieg). Piec ok. 45 minut pod przykryciem, odkryć i piec jeszcze 15 minut. Podawać posypane ziołami.

Ponieważ klopsogołąbki (sic) już zawierają ryż, zrezygnowałam z dodatku węglowodanów do posiłku, można jednak oczywiście podać np. pieczywo (tematycznie widziałabym pitę). Świetnie pasują też marynowane cytryny (szybkie lub slow), pikantna marchewka Ottolenghiego lub po prostu coś zielonego.

niedziela, 26 lutego 2017

Jaja po turecku prześladowały mnie na Pinterest (w domyślnym ustawieniu aplikacji zapamiętywane są wyniki wyszukiwania i przypięte zdjęcia, a potem polecane powiązane zdjęcia; nieważne, że często umyka mi związek między moimi kliknięciami a tymi sugestiami…). Nie wiem, czy muszę dodawać, że podczas naszej pamiętnej podróży po Turcji (już prawie 12 lat temu) ani razu czegoś takiego nie jadłam, ani na śniadanie, ani inny posiłek, choć podobno jajami w jogurcie zajadali się już sułtanowie.

Do tego niedzielnego śniadania przymierzałam się znów długo, bo a to ktoś zjadł jogurt, a to nie było ziół… W międzyczasie przeczytałam wiele przepisów i moja wersja oddaje to, co się najczęściej powtarzało w składnikach i proporcjach (bo ze 2 razy była też kurkuma, z raz kumin i cała papryczka chilli, ale uznałam, że to mimo wszystko fantazje autorów). Okazało się poza tym, że przypadkiem mam w domu odpowiednim tureckiej papryki pul biber – umiarkowanie pikantnej (swoją kupiłam na jakimś warszawskim targu jako „paprykę bałkańską” – jest lekko oleista i w moim odczuciu minimalnie ostra), można by jednak po prostu użyć łagodnie pikantnej ancho czy espelette, albo i zwykłej słodkiej, ew. modyfikując na plus dodatek chilli czy papryki wędzonej (to już moja fantazja, a właściwie słabość).

Składniki (2 porcje):

  • 150g gęstego jogurtu, najlepiej w temperaturze pokojowej
  • ząbek czosnku
  • 2 łyżki posiekanego koperku
  • 2 łyżki posiekanej natki pietruszki
  • sól
  • 4 jaja w koszulce
  • 25g stopionego masła
  • 1/2 łyżeczki lekko ostrej papryki (np. tzw. bałkańskiej, patrz uwagi powyżej, ew. zwykłej słodkiej jw.),
  • hojna szczypta wędzonej papryki - słodkiej lub agridulce (opcjonalnie)
  • szczypta chilli (jw.)

Jogurt wymieszać z czosnkiem przepuszczonym przez praskę, połową posiekanych ziół, hojną szczyptą soli i odstawić na bok. Masło stopić – najlepiej lekko zrumienić, jeśli jest czas – zdjąć z ognia i wymieszać z paprykami. Ugotować jaja w koszulce. Do dwóch misek nałożyć większość jogurtu, delikatnie ułożyć na nim jaja (po 2 na porcję), udekorować pozostałym jogurtem. Polać masłem, posypać pozostałymi ziołami i podawać od razu, z świeżym lub opieczonym pieczywem.

Przyznaję, że bałam się efektu miękkiego jajka i jogurtu (czyt. że wyjdzie jakaś maź), ale na szczęście obawy okazały się niesłuszne. Jaja wchodzą do repertuaru śniadań niedzielnych ;).

Zapisz

czwartek, 01 grudnia 2016

Jakiś czas temu przypadkiem wpadł mi w oko filmik Jamie’ego Olivera pt. jajka w koszulce z łososiem. Tak jak nie przepadam za filmikami instruktażowymi w ogóle, obejrzałam całość, bo jaja w koszulce bardzo lubię, a pomysł wydał się ciekawy jako urozmaicenie. Prawie od razu chciałam wypróbować patent (jajka, dodatki i folia spożywcza – czyli coś dla tych, którzy z gotowaniem jaj luzem mają kłopot), ale zafrasował mnie brak drugiego podstawowego składnika, tj. wędzonego łososia. Dla upartego nic trudnego: rozważałam przez chwilę zastąpienie ryby szynką, ale ostatecznie stanęło na dużej ilości ziół z małym dodatkiem anchois. Można by też użyć np. pieczonej papryki obranej ze skóry, pesto, suszonych pomidorów, przesmażonych pieczarek… Sporo jest możliwości, jak to zresztą z dodatkami do jaj bywa :). Paradoksalnie jedynie nie podoba mi się kształt: wydaje się zbyt uformowany, wolę te bardziej naturalne, gotowane luzem.

Składniki:

  • 4 duże jaja
  • 4 kopiaste łyżki posiekanej natki pietruszki i szczypiorku
  • 4-5 ziaren ziela angielskiego, roztartych w moździerzu
  • 4 fileciki anchois, osączone z oleju

Nastawić garnek wody do gotowania. Zioła dokładnie posiekać z anchois i wymieszać z zielem angielskim. Niewielki kubek wyłożyć folią spożywczą, nałożyć ¼ ziół z anchois, na to wbić jajko, zawiązać folię na kształt woreczka, upewniając się, że w środku nie zostało zbędne powietrze. Tak samo postąpić z resztą farszu i jajami. Powstałe 4 woreczki delikatnie włożyć do wrzątku i gotować 5-6 minut: 6 dla jaj XL, 5 dla mniejszych (moje były na oko M/L i 6 minut okazało się za długo). Delikatnie rozciąć każdy woreczek i wyłożyć jajo na… no właśnie. U mnie na kromki chleba obłożone sałatą, ale można je także dodać do sałatki, zupy, potrawki czy użyć jako dodatku do wytrawnych gofrów. Powtarzając to, co napisałam wyżej: możliwości jest wiele ;).

środa, 07 września 2016

Na blogu była już, z dawnych czasów, zupa au pistou („postna zupka z bazylią”, cytując Julię Żak w Szóstej klepce – ta bazylia w Polsce z okolic r. 1976 mnie całkiem zresztą intryguje ;)). Była, ale już nie ma, bo po namyśle naprawdę mało miała wspólnego z oryginałem (plus przepis był na tyle kreatywny, że M gmerając łyżką w talerzu marudził: „A możesz następnym razem zrobić tak, jak w oryginale…?”). Inna rzecz, że to jest z założenia kreatywne danie: zupa pt. przegląd ogródka warzywnego, w założeniu wykorzystująca to, co w sezonie/co się ma pod ręką plus, żeby było bardziej pożywnie, dodatek fasolki, drobnego makaronu (dla mnie zaskakujący dodatek) i pistou, tj. pesto bez orzechów; w sumie siostra włoskiej minestrone. Swoją robiłam w szczycie sezonu letniego, kilka tygodni temu, gdy groszek miał się jeszcze bardzo dobrze a zaczęła się już cukinia, więc te składniki były faktycznie z ogrodu (obok, oczywiście, bazylii).

Korzystałam tym razem z przepisu Davida Lebovitza z My Paris Kitchen, który swoją drogą lekko różni się od zamieszczonego niedawno przez autora na blogu (proporcjami i metodą). Z odstępstw sobie podzieliłam pistou na ½ (i w moim odczuciu nie było jej za mało), osobno, tj. wcześniej, ugotowałam fasolę oraz dodałam, poza wodą, 1/2 pół litra domowego bulionu (który był dość ciemny i w połączeniu z czerwoną cebulą swoiście zabarwił zupę ;), jeśli jednak chodzi o całą resztę, byłam grzeczna. Swoją drogą, ciekawe, że moje pistou wyszło wyraźnie pomarańczowe od pomidora, u autora jest jednak zielone ;).

Składniki:

  • ½ szklanki* fasoli Jaś, namoczonej na noc
  • liść laurowy
  • 500ml bulionu (dobrego domowego) + dodatkowa woda do gotowania
  • 1 mała cebula (u mnie czerwona)
  • 2-3 zmiażdżone ząbki czosnku
  • ½ łyżki soli, lub do smaku
  • 4 mikro (tj. b. młode i małe) marchewki
  • 1,5 średniej cukinii
  • 1 szklanka zielonego groszku (świeżego wyłuskanego lub mrożonego)
  • 80g bardzo drobnego makaronu (mikro gwiazdki, ryż lub podobny)
  • pieprz do smaku

Pistou:

  • 1 mały ząbek czosnku
  • ¼ łyżeczki soli
  • 50g (ok. 2 szklanek) bazylii
  • 1,5 łyżki dobrej oliwy
  • ½ niedużego pomidora pomidora bez skórki, drobno posiekanego
  • 45g startego parmezanu

* szklanka = 240ml

Namoczoną przez noc fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy, zagotować, skręcić ogień i gotować na małym ok. 45 minut (nie będzie zupełnie miękka, ale jeszcze będzie gotowała się w zupie). Fasolę odcedzić, pozbyć się liścia i odstawić na bok (można i na kilka h, tj. ja ugotowałam fasolę rano, a samą zupę przygotowałam dopiero późnym popołudniem).

Podgrzać bulion, dodać drobno posiekaną cebulę i czosnek, gotować kilka minut. Dodać marchewkę pokrojoną w cienkie plastry i ok. 500ml ciepłej wody, ponownie zagotować, gotować dalsze kilka minut, dodać fasolę, cukinię pokrojoną w kostkę i sól. Po ok. 10 dalszych minutach albo zgasić ogień pod garnkiem, jeśli przygotowujecie zupę z wyprzedzeniem, albo od razu dodać groszek i makaron (i jeśli to konieczne, uzupełnić wodę), gotować jeszcze 10 minut lub aż makaron będzie miękki. Pod koniec gotowania doprawić do smaku pieprzem.

Gdy zupa się gotuje, zmiksować wszystkie składniki pistou w malakserze/blenderem ręcznym lub utrzeć w moździerzu (można to ostatecznie zrobić wcześniej, ale pasta nawet szczelnie przykryta folią trochę ściemnieje podczas przechowywania). Podawać gorącą zupę z łyżką pistou, ew. nadmiar można także dać na stół.

Gdy podałam M talerz zupy, spytał z uśmiechem: „Krupnik…?”. Uśmiech oznaczał: „Raczej cię o to nie podejrzewam” (i ma ku temu podstawy: zjeść ostatecznie zjem, ale zrobić nie zrobię, m.in. ze względu na drobną kaszę). Delikatnie wskazałam mu różnice: makaron, młode warzywa, fasola… A jednak ta uwaga męża, choć rzucona jeszcze przed spróbowaniem dania, ma sens: zupa jest bardzo pożywna, rozgrzewająca (więc na polskie lato w sam raz), gęsta i podpada pod comfort food. I w takim wydaniu będę do niej wracać!

Zapisz

niedziela, 21 sierpnia 2016

Zacznijmy nie całkiem na temat: miewaliście zielniki, tj. zeszyty z wklejonymi ususzonymi roślinami, odpowiednio podpisanymi? Jako dziecko zaliczyłam kilka, z jeden pewnie narzucony przez szkołę (przedmiot pt. „środowisko” ;), pozostałe były zakładane na wakacjach, wzorem bohaterek czytanych książek i… szybko porzucane. Brakowało mi cierpliwości, zamiłowania do tematu i wiedzy ;). Od tamtych czasów ciut się zmieniło: podziwiam – na odległość - fotograficzne zielniki, jak ten i cieszę się, że wiem, co mam we własnym ogrodzie ziołowym, i tym (oby!) „wiecznym” (za domem), i tym jednorocznym (od frontu, w warzywniku).

Bazylii nie mam w tym roku tyle, co parę lat temu – kiedy rzeczywiście wysiałam ją dość hojnie i wyrosła na ½ dużej grządki – ale na brak też nie narzekam (choć, jak to z bazylią bywa, niedawny spadek temperatur nie do końca jej się spodobał). Dodam, że metodą chaotyczną (rozrzućmy w lewo, rozrzućmy w prawo) wysiałam parę odmian jednocześnie. Poza tą właściwą mam i tajską i (chyba) cytrynową. Mrówki niestety rozprawiły się z tzw. grecką ;). Co zrobić z bazylią, poza zwykłym pesto? Można ją dodać do kolejnej wersji pierogów z bobem*! Najlepiej w towarzystwie chwastu, tj. mięty, do której jeszcze wrócę.

Składniki:

  • 500g bobu,
  • łyżka mięty,
  • łyżka bazylii,
  • łyżka oleju rzepakowego
  • sól do smaku,
  • 80g bryndzy,
  • ok. 1/2-1 łyżka maślanki lub serwatki,
  • sok z cytryny do smaku,
  • ew. szczypta gałki muszkatołowej
  • ulubione ciasto pierogowe - ok. 360g (u mnie z 200g mąki i ok. 160g maślanki)
  • Do podania: ok. 30g masła, garść ziół

Bób ugotować, obrać ze skórek. Zmiksować w malakserze z ziołami, olejem, bryndzą, odrobiną gałki muszkatołowej. Gdyby masa była za sucha, jak u mnie, lekko zwilżyć maślanką lub dodatkowym olejem, powinna jednak pozostać gęsta (jak na ruskie). Doprawić do smaku solą i sokiem z cytryny. Przygotować masło ziołowe – u mnie z liśćmi szałwii i lubczyku. Ciasto pierogowe wałkować dość cienko, wycinać kółka wykrawaczką, nadziewać możliwie obficie farszem (po ok. 2 łyżeczki na pieróg; odrobina farszu może zostać, u mnie były to ok. 2 łyżki – można je potraktować jako bonus dla kucharza ;). Gotować pierogi w dużej ilości osolonej wody – ok. 2 minuty od wypłynięcia.


Jeśli macie wciąż nadmiar bazylii, albo przynajmniej pęczek na zbyciu, polecam bazyliowy winegret wg Davida Lebovitza. Autor polecał go jako dodatek do pomidorów lub np. białej fasoli na zimno – ja użyłam do mieszanej sałatki, jako okrasę do fasolki szparagowej (wymieszałam ciepłą, świeżo odcedzoną – ugotowaną tak, by pozostała jędrna – z zimnym sosem i od razu podałam), do skropienia pasty z bobu oraz, po schłodzeniu, jako smarowidło do pieczywa. Innymi słowy, zastosowań jest wiele, podobnie jak dla pesto ;). Poniżej wersja „prawie jak w oryginale”, tj. z moimi uwagami.

Składniki:

  • 125ml dobrej jakościowo oliwy lub mieszanki oliwy i dobrego, tłoczonego na zimno oleju rzepakowego („polskiej oliwy”), ew. sam olej rzepakowy jw.
  • 1 1/2 łyżki łagodnego octu (u mnie domowy jabłkowy)
  • 1 łyżka wody
  • 1 mała szalotka
  • 1 łyżka musztardy
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 2 szklanki liści bazylii (można użyć różnych odmian lub pomieszać bazylię z np. natką pietruszki)

Szalotkę drobno posiekać i umieścić z pozostałymi składnikami w malakserze lub dzbanku ręcznego blendera (tzw. żyrafy), zmiksować na gładko. Gdyby sos był za gęsty, lekko rozcieńczyć wodą (po schłodzeniu na pewno jeszcze zgęstnieje). Przechowywać w lodówce.

Wspominałam, że jeszcze wrócę do mięty. Otóż połączenie jagnięciny z tym ziołem to klasyka, i do niej nawiązał jakiś czas temu M, wykorzystując resztkę naszego groszku z ogrodu. Inspiracją był przepis Nigela Slatera z pierwszego tomu Tender, tylko u niego z zielonych składników było zrobione puree. Można powiedzieć, że taka wersja zdekonstruowana to świeże spojrzenie na słynny sos miętowy… a przy tym jest całkiem dekoracyjna ;). Po cichu dodam, że to piwo na zdjęciu poniżej to też dzieło M.


Składniki:

  • 2 schabiki jagnięce (każdy po ok. 220g)
  • po kopiastej łyżce tymianku i mięty (u nas tzw. deserowa)
  • płaska łyżeczka soli
  • ok. szklanki wyłuskanego groszku (parę młodych strąków można zostawić w całości), ew. rozmrożony
  • 1,5 łyżki masła

Miętę utłuc w moździerzu z tymiankiem i solą. Odłożyć łyżeczkę, pozostałą mieszanką natrzeć mięso. Piec na dobrze rozgrzanym grillu po ok. 5-7 minut z każdej strony, w zależności od tego, jak wypieczone mięso lubicie (u nas trwało to łącznie ok. 12 minut i mięso było średnio wysmażone). W międzyczasie przesmażyć krótko groszek na maśle. Przed podaniem wmieszać zachowaną łyżeczkę pasty ziołowej. Mięso pokroić w poprzek w plastry, podawać z groszkiem i świeżym pieczywem.

 Inne pomysły na zioła w roli głównej znajdziecie TU.

* Poprzednie pierogi z bobem zawierały boczek.

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna