Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: nowalijki

niedziela, 31 lipca 2016

Choć pod pewnymi względami wciąż trudno mi cieszyć się tym, co zawsze sprawiało przyjemność – typu blog – życie toczy się dalej, nawet jeśli liczba kotów w gospodarstwie domowym jest inna, niż dwa tygodnie temu. I choć wciąż nasłuchuję w nocy, czy to miauczenie na zewnątrz, to nie cienki głos Oscypka, nie mam zbyt wiele nadziei na to, że go jeszcze kiedyś zobaczę poza zdjęciami czy filmikiem nakręconym komórką :(. W międzyczasie oczywiście coś jem i gotuję, nawet kiszę ogórki, które wreszcie (pod wpływem powrotu słońca) postanowiły zacząć dojrzewać, i prowadzimy z M dyskusje na temat technik kiszenia (ostatni wniosek: będą ogórki moje, i ogórki jego). Upiekłam kilka chlebów (w tym jeden łudząco przypominający kształtem rozgniecioną żabę), dwie blaszki jagodzi(ew)anek, popełniłam też wyjątkowo nieudany eksperyment pt. faszerowane placki z mąki gryczanej, które miały wszystkie najgorsze cechy tej mąki. Dla równowagi na dzisiejsze śniadanie była udana bruschetta, która – o dziwo – jakoś wcześniej nie trafiła na bloga (choć była wersja odwrócona, tj. chleb z pomidorem na ciepło, którą też dobrze wspominam).


Oczywiście wiem, że zasadniczo te włoskie grzanki-nie grzanki pojawiają się jako przystawka. Gdy jem je w restauracji, zazwyczaj pierwsze, co czuję, to wyraźny aromat surowego czosnku, który skądinąd bardzo lubię, ale niekoniecznie o ósmej rano. W „Kocham Toskanię” Giulia Scarpaleggia wspomina, że najlepiej pomidory wymieszać z ziołami itd. kilka godzin przed jedzeniem, a ząbek czosnku dodać w całości, by oddał aromat warzywom, ale można go było przed podaniem usunąć. Uwaga słuszna, ja jednak jakoś poranek wolałabym zacząć w ogóle bezczosnkowo ;). Stąd moje pomidory były doprawione minimalną ilością szczypiorku (własnego, który z jakiegoś powodu jest wyjątkowo delikatny) i hojną garścią bazylii. Uwaga, wegan tym też nakarmicie!


Składniki (4 grzanki):

  • 4 kromki czerstwego, ale nie bardzo twardego pieczywa (u mnie wieloziarnisty Komarki)
  • 2 duże, dojrzałe i soczyste pomidory, np. malinowe
  • hojna garść bazylii, u mnie różne odmiany
  • ok. ½ łyżki posiekanego szczypiorku (można pominąć lub zastąpić np. oregano, lub innymi ziołami)
  • sól, pieprz, oliwa

Pomidory drobno posiekać i, uwaga, osączyć z nadmiaru soku na sitku (sok potem wypić lub wykorzystać np. z zupie). Zioła drobno posiekać, wymieszać z osączonymi pomidorami. Doprawić do smaku solą i pieprzem, skropić minimalnie oliwą. Można mieszankę odstawić na kilka h w chłodne miejsce, można wykorzystać od razu nakładając na gorące, opieczone pieczywo (przy powyżej 2 kromkach robię to w piekarniku). Skropić oliwą i od razu podawać – najlepiej w towarzystwie jak najlepszych oliwek (u nas kalamata kupione w W-wie, które przypomniały mi te w Grecji, dzięki którym w ogóle przekonałam się do oliwek…).


Z cyklu śniadanie niedzielne nie tak dawno temu – choć jeszcze zanim zapanowała „wielka smuta” :( - przygotowałam omlet, który nazwałam roboczo „przegląd ogródka”, bazą bowiem była garść warzyw, które przyniosłam z grządki, a wierzch udekorowałam ziołami i kwiatami cukinii. Bazą był przepis z którego zazwyczaj wcześniej korzystałam, ale tym razem nie dodawałam sera, za to masę jajeczną wzbogaciłam (inspirując się lekturą książki Davida Lebovitza) kapką mleka (w wersji bardziej luks może być to także śmietanka) – moim zdaniem to istotny dodatek, wpływający pozytywnie na puszystość i gęstość upieczonego omletu. Okazało się też, że lepiej sprawdza się wyższa temperatura piekarnika.

Składniki (2 większe porcje)

  • 4-5 jaj (białka i żółtka osobno)
  • łyżka mleka/śmietanki
  • sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta gałki muszkatołowej
  • olej
  • garść warzyw (wszystkie lub tylko część): parę liści jarmużu i/lub boćwiny, ok. 2 łyżek wyłuskanego młodego groszku, cebula dymka, kilka cienkich plasterków młodej cukinii
  • garść dowolnych ziół
  • ok. 6-8 kwiatów dyni lub cukinii

Nagrzać piekarnik do 200 st. C (termoobieg lub grill z termoobiegiem), wstawiając od razu blaszkę na 1-2 poziom od góry (moja patelnia wchodzi na 2). Rozgrzać patelnię z niewielką ilością oleju i przesmażyć posiekaną dymkę na średnim ogniu. Dorzucić drobno pokrojone łodygi boćwiny/jarmużu, po ok. 1-2 minutach dodać groszek i cukinię, chwilę przesmażyć, dodać porwane liście jarmużu/cukinii. Gdy warzywa się smażą, wymieszać żółtka z mlekiem lub śmietanką, doprawić szczyptą soli, pieprzu, ew. gałki. Osobno ubić białka na sztywno, następnie delikatnie a stanowczo wymieszać białka z żółtkami. Wylać masę jajeczną na patelnię, na wierzchu rozrzucić zioła i rozłożyć koncentrycznie kwiaty cukinii. Smażyć 1-2 minuty, następnie włożyć patelnię do piekarnika na 1-2 poziom od góry. Piec ok. 7 minut lub aż omlet urośnie i się zezłoci. Natychmiast podawać.


Zapisz

Zapisz

Zapisz

wtorek, 19 lipca 2016

Szukałam na blogu risotto z groszkiem, szukałam… Nie znalazłam. Tzn. znalazłam risi e bisi, ale risotto: nie. Widocznie mi się przyśniło zanim zrobiłam to wg Nigela Slatera.

Gwoli ścisłości, u Nigela było risotto z bobem. Ponieważ jednak z powodzeniem już zamieniałam bób na świeży groszek w klopsikach… W ramach sera „niebieskiego” był rodzimy Lazur. Z braku surowca pominęłam wino (choć jeśli jest pod ręką, oczywiście można je dodać), za to zakwasiłam całość lekko sokiem z limonki. Dodałam ogólnie mniej płynu, niż Nigel sugerował, bo pół litra bulionu wystarczyło do ugotowania całości. Dorzuciłam też trochę ziół. Pozostaje tylko polecić na letnią, dość szybką (jeśli groszek już wyłuskany) kolację, oczywiście najlepiej w ogrodzie lub na tarasie.

Składniki:

  • 1 mała cebula
  • 25g masła
  • 150g arborio
  • 500ml dobrego bulionu (można go częściowo zastąpić niewielką ilością - do 1 kieliszka - białego wina)
  • szklanka* wyłuskanego groszku (ok. 160g)
  • sok z ½ limonki/cytryny, lub do smaku
  • niewielka garść liści mięty i estragonu
  • 100g sera z niebieską pleśnią (Lazur jest ok ;)

* 240ml

Zeszklić posiekaną cebulę na maśle, dodać ryż, przesmażyć chwilę, dodać ½ ziół i wlewać partiami bulion (ew. najpierw wino, potem bulion), gotując ryż na średnim ogniu i często mieszając. Wraz z ostatnią partią bulionu dodać groszek, zamieszać ponownie, skręcić ogień na mały. Gotować pod przykryciem, aż ryż wchłonie niemal cały płyn (niemal, bo risotto powinno pozostać lekko mokre) i będzie miękki, ale nie zanadto. Zdjąć wówczas garnek z ognia i wkruszyć ser, wymieszać, odstawić na chwilę pod przykryciem. Ser powinien lekko się rozpuścić i zamienić z resztką bulionu w kremowy sos. Pozostałe zioła posiekać. Sprawdzić doprawienie risotta (zakwasić do smaku) i podawać posypane ziołami.

Zapisz

Zapisz

wtorek, 21 czerwca 2016

Lata 80-te, warszawska Wola, „prawie Centrum”. Zawsze chłodna i ciemna – zwłaszcza w słoneczny dzień - klatka schodowa wybudowanej w latach 50-tych kamienicy, w której mieszkała Babcia D. Szeroki drewniany parapet w kuchni, na którym czasem wolno było mi siadać, z oknem na ciemne podwórko, a pod parapetem szafka zwana „zimną kuchnią”, w której mieszkały słoiki z przetworami (wiśnie, brązowe i nieciekawe truskawki i borówki do mięsa). Na parapecie jadłam chrupki chleb Cioci, brązowy z dużymi dziurkami, który bardzo mi smakował. Łapki miksera po ubijaniu śmietanki (wydane zapewne też przez Ciocię, bez wiedzy Mamy) oblizywałam przy blacie kuchennym, już po zejściu z parapetu. Barszcz w najróżniejszych wydaniach pojawiał się jednak już albo przy stole kuchennym, albo podany na obiad przy biurku w pokoju brata ciotecznego.

A barszcz był i czysty, i zabielany, i z jajem, i z osolonymi, sypkimi ziemniakami podanymi z boku, i w zupie, i – clou! - z farfoclami, tj. poszatkowanymi jarzynami z wywaru oraz fasolką. Lubiłam każdy wariant, może z drobną przewagą wersji z jajem/zabielanej, no i farfocle były zawsze atrakcyjne, m.in. ze względu na to, że pojawiały się stosunkowo rzadko (pewnie ze względu na większą pracochłonność). W moich wspomnieniach babcina zupa = z buraków (bo choć musiały być inne, to ich nie pamiętam, tak samo jak z surówek pamiętam tylko słodko-kwaśną mizerię). Tak czy inaczej, w sumie nietrudno zrozumieć, czemu tak lubię buraki w najróżniejszej postaci (duszona botwinka w końcu też była Mamy daniem rodzinnym, o buraczkach na ciepło czy w surówce nie wspominając).

I dlatego nad zupą botwinkową z fasolką zrobiło mi się sentymentalnie, zwłaszcza jak jeszcze posypałam ugotowane i wysuszone ziemniaki koperkiem, lekko doprawiłam masłem i postawiłam obok talerzy z zupą. O tym zwyczaju jedzenia ziemniaków obok zupy pamiętam, jak Babcia mi opowiadała, nakładając jedną czy dwie sztuki na spodek, bo to musiała być dla mnie nowość. A zapach młodego koperku na wiosnę zawsze mi przypomina przechodzenie z Babcią przez nieistniejący targ vis a vis Hali Mirowskiej. W tym roku pierwszy raz wysiałam koperek w ogrodzie, licząc na to, że się sam wysieje i potem będzie się w cudowny sposób odradzał (jak się dzieje u naszych sąsiadek).

Składniki:

  • 1 szklanka fasoli Jaś
  • 2 liście laurowe
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 większy pęczek botwinki (z dość dużymi buraczkami, szt. 4-5)
  • 1 litr bulionu (dowolnego, ale jak najlepszego, tj. wskazany ulubiony/domowy)
  • ok. 1,5 szklanki wcześniej ugotowanych (np. w bulionie), ew. upieczonych, jarzyn (marchewka i pietruszka, ew. seler, jeśli ktoś lubi)
  • sól, pieprz
  • sok z ½ cytryny (lub do smaku)

Fasolę zalać wodą (ok. 2 szklanek lub trochę więcej) na noc w dzień poprzedzający gotowanie. Następnego dnia zalać świeżą wodą, dodać liście laurowe, zagotować, gotować ok. godzinę na małym ogniu, odcedzić, usunąć liście laurowe. Odstawić na bok.

Czosnek posiekać, krótko przesmażyć w dużym garnku na niewielkiej ilości oleju. Buraki odciąć od reszty botwiny, umyć, pokroić w kostkę, dodać do garnka, zalać szklanką bulionu, zagotować, gotować pod przykryciem na małym ogniu przez ok. 15 minut. Dodać posiekane łodygi, zalać kolejną szklanką bulionu, gotować dalsze 10 minut. Dorzucić posiekane liście, wlać pozostały bulion, gotować jeszcze kilka minut. Dodać fasolkę i jarzyny, skręcić ogień na mały, by całość tylko podgrzewać. Po kilku minutach doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Podgrzewać jeszcze co najmniej 10-15 minut przed podaniem. Podawać z ugotowanymi ziemniakami, posypanymi koperkiem i doprawionymi masłem. Opcjonalne inne dodatki: jajko na twardo, kwaśna śmietana, szczypior.

A na deser: zdjęcie Babci z Mamą w opisanej wyżej kuchni, kilka dekad wcześniej, niż ja w niej siadywałam.

Zapisz

czwartek, 02 czerwca 2016

Nic nowego: to, co znane i oczywiste po minimalnej zmianie staje się odświeżająco nowe (o czym wspominałam mało odkrywczo kilka lat temu. Ew. to, co znane i oczywiste odkryte na nowo (np. po latach) też prowadzi do olśnień kulinarnych (o czym też wspominałam, ale nie aż tak dawno temu). Niedawno doświadczyłam tych odczuć przy okazji kolacji w sam raz na tą porę roku: późna wiosna, choć jeszcze nie lato, a na straganach można wybierać i przebierać.

Kapusta z łazankami: klasyka, prawda? Jednak nigdy sama jej nie robiłam! Gdy zaś kapusta jest młoda, i doprawiona pikantnie, a łazanki domowe, mamy w ogóle ciekawe danie. Proste, znane, a jednak odkrywcze.

Na łazanki: ½ porcji makaronu z tego przepisu, rozwałkowanego nie za cienko (5 ustawienie w maszynce 9-cio stopniowej) i pokrojonego na łazanki

Na kapustę: 1 mała młoda kapusta, 1 cebula, olej, sól/pieprz, 1-2 łyżeczki pasty z ostrej papryki (węgierska, harissa, azjatycka itp.).

Cebulę drobno pokroić, zeszklić na oleju. Kapustę poszatkować, dodać do cebuli, chwilę przesmażyć, lekko podlać wodą i dusić na średnim ogniu, aż będzie miękka, ale nie rozpadająca się (ok. 25 minut powinno wystarczyć). Doprawić pod koniec gotowania do smaku solą, pieprzem i ostrą papryką. Wymieszać dokładnie z makaronem ugotowanym al dente, podgrzewać razem na małym ogniu przez około minutę i od razu podawać.

O klasycznej młodej kapuście oczywiście już pisałam - takiej zabielanej koperkowej i pomidorowej.

Innym klasykiem obiadowo-kolacyjnym na cieplejszą porę roku są u nas sałatki. O nicejskiej, która w nieco pomniejszonej wersji wraca jak bumerang, już kiedyś pisałam. Niedawno stojąc nad paczką rozmrożonych małży i niechętnie myśląc, co z nimi zrobić („makaron dopiero co był… risotto? Za ciepło”, itd.) olśniło mnie, że czemu nie zastąpić nimi ryby w sałatce nicejskiej?

Składniki: ok. 5-6 ziemniaków, ½ średniej cebuli, ok. łyżki posiekanej dymki (opcjonalnie), 2 pomidory, kilka oliwek, ok. 250g mięsa małży, 2 ząbki czosnku, ok. łyżki świeżego oregano, ok. 6-8 anchois, 2 łyżki pesto (najlepiej domowe, np.klasyczne bazyliowe czy np. z rukoli), łyżka oliwy, sok z cytryny

Ziemniaki ugotować, minimalnie przestudzić (tyle, żeby się nie parzyć przy krojeniu), pokroić w plastry, rozłożyć równomiernie na dużym talerzu lub paterze. Gdy ziemniaki się gotują, rozgrzać na patelni niewielką ilość oliwy, przesmażyć zmiażdżony czosnek. Dodać małże, przesmażyć kilka minut (gotowanym wystarczy ok. 4 minut, surowym – 8-10). Pod koniec dorzucić oregano. Doprawić lekko pieprzem i, jeśli to konieczne, solą. Odstawić na bok. Pesto rozprowadzić oliwą, też odstawić na bok. Cebulę pokroić w pióra, rozłożyć na ziemniakach, ew. dodać posiekaną dymkę. Oprószyć całość solą i pieprzem, polać 2 łyżeczkami pesto z oliwą. Pomidory pokroić w plastry, rozłożyć na ziemniakach itd., polać kolejnymi 2 łyżeczkami pesto. Na wierzchu rozłożyć równomiernie małże, anchois i oliwki. Całość polać pozostałym sosem i skropić cytryną. Jeśli to możliwe, odstawić na ok. 10-15 minut przed podaniem.

 

niedziela, 08 maja 2016

Skoro przy straganach znów można dostać oczopląsu a grządka warzywna powoli się zapełnia (choć sałata uparcie nie kiełkuje), czas wrócić do cyklu Zielono mi :). Od zeszłego tygodnia w siatce z zakupami znajdują się zielone szparagi, które jedliśmy i pieczone (jako dodatek), i w makaronie. Pieczonych upiekłam z rozmysłem więcej, żeby je przerobić na kolejną pastę do pieczywa. Zmiksowałam je z twarogiem, można by jednak użyć innego sera (śmietankowego, miksu z kozim twarogowym lub fetą), albo i nawet ciecierzycy. W wersji „wieczornej” (czyt. nie na śniadanie w np. dzień pracujący) można by dodać ząbek czosnku.

Składniki:

  • 8 większych zielonych szparagów
  • 70g twarogu (lub mieszanki twarogu i np. fety, lub patrz ww. sugestie)
  • łyżka lubczyku (lub innych świeżych ziół)
  • opcjonalnie: łyżka czosnku niedźwiedziego (lub szczypiorku)
  • łyżeczka oliwy/dobrego oleju rzepakowego
  • sól, pieprz, sok z cytryny

Upieczone szparagi zmiksować na gładko z pozostałymi składnikami, doprawić do smaku solą (jeśli użyjecie np. fety + szparagi były posolone może nie być w ogóle potrzebna), pieprzem i sokiem z cytryny. Podawać na pieczywie.

Zastanawiając się nad zastąpieniem sera gotowanym ziemniakiem, zaczęłam myśleć nad zielonym farszem do pierogów. W skrócie, chodziło mi o coś a la ruskie ze szparagami ;). Po namyśle uznałam, że trzeba trzymać się sprawdzonej receptury, a więc po prostu zamieniłam twaróg na pieczone, posiekane szparagi. Znów dodałam też lubczyk - ładnie odrósł na wiosnę i przyznaję, że pcham go prawie do wszystkiego. Pierogów wyszło tyle, że byłam przekonana, że zostanie przynajmniej jedna porcja na później. No cóż… Zjedliśmy wszystkie, więc chyba można uznać danie za udane ;). Przy okazji uświadomiłam sobie, że z rok nie gotowałam żadnych pierogów, a to stanowczo za długo, i musimy robić to częściej (zwłaszcza, że we dwójkę lepi się sprawnie i przyjemnie, a do środka można włożyć prawie wszystko).

Składniki:

  • pęczek zielonych szparagów (ok. 180g po upieczeniu)
  • ok. 225g ziemniaków (2-3 sztuki)
  • dwie łyżki posiekanego lubczyku (lub ostatecznie koperku)
  • 1 mała cebula
  • olej
  • sól, pieprz
  • ulubione ciasto pierogowe z 250g mąki
  • Do podania: ok. 50g stopionego masła i dodatkowy lubczyk/koperek (1-2 łyżki)

Ziemniaki ugotować i rozgnieść (można dodać łyżeczkę oleju, gdyby były za suche). Upieczone szparagi posiekać, wymieszać z lubczykiem i ziemniakami. Cebulę drobno posiekać, zeszklić, dodać do masy. Całość dobrze wymieszać i wyrobić, doprawić do smaku solą/pieprzem (u mnie ten ostatni dość obficie). Przygotować ulubione ciasto pierogowe (u mnie jak zawsze maślankowe), cienko rozwałkować, wycinać pierogi, nadziewać łyżeczką farszu. Gotować ok. 2 minuty od wypłynięcia. Podawać z masłem lubczykowym/koperkowym, analogicznym do szałwiowego.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Szakszuka na blogu była dwojaka – klasyczna i bakłażanowa. Do tej pory jadłam ją tylko na śniadanie, ew. jeśli trzeba było awaryjnie kogoś późno nakarmić (bo to jednak oczko bardziej wyrafinowanie niż jajecznica ;). Niedawno jednak miałam pęczek pierwszej w tym roku botwinki, którą postanowiłam rozmnożyć za pomocą pomidorów (jako danie obiadowe) na wariant mojej ukochanej "jarzynki". Gdy już składniki bulgotały na patelni, pomyślałam… a właściwie czemu nie wbić w to jaj? I tak oto wyszła kolejna szakszuka.

Składniki:

  • olej/oliwa, ew. z małym dodatkiem masła
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 małe pęczki botwinki z mikro buraczkami, ew. 1 trochę większy
  • 200ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz, koperek
  • 2-4 jaja

Czosnek posiekać, przesmażyć na średnim ogniu na oleju (opcjonalnie z małym dodatkiem masła), dodać posiekaną botwinkę (buraczki obrane/oskrobane i posiekane w kostkę, cała reszta – bardzo z grubsza). Chwilę przesmażyć, skręcić lekko ogień, podlać paroma łyżkami wody i dusić pod przykryciem ok. 10 minut. Dodać pomidory, oprószyć solą i pieprzem, dusić kolejne 10 minut, lub aż buraczki będą wyraźnie miękkie. Sprawdzić doprawienie. Jeśli sos wydaje się za rzadki, odparować kilka minut na mocniejszym ogniu. Zrobić w sosie dołki, wbić jaja, smażyć, aż się zetną (można pod koniec pod przykryciem, ale uważać, żeby nie wyszły na twardo ;). Hojnie posypać koperkiem i podawać od razu, w idealnym świecie – z młodymi ziemniakami lub świeżym pieczywem.

niedziela, 02 sierpnia 2015

To w ogóle nie była moja kolej na robienie obiadu. M jednak coś wypadło i musiałam coś zrobić z rozmrożoną porcją mielonego mięsa. Chodziły mi po głowie klopsiki, może w stylu tureckich... i sięgnęłam po Jerusalem. U Ottolenghiego/Tamimi jest w czym wybierać, jeśli chodzi o pomysły na mielone i dość długo się wahałam. W końcu jednak padło na klopsy z bobem. Nieważne, że zamiast bobu był groszek, że mięso nie do końca takie, jak zalecano, przyprawa bliskowschodnia, ale inna, niż w przepisie, a zioła też w trochę innej konfiguracji. Ogólna idea jest właściwa i przy podmianach też się sprawdziła ;), a więc inspiracja zadziałała. Oto moja wersja.

Składniki:

Warzywa:

  • ok. 280g (waga przed wyłuskaniem) świeżego zielonego groszku, plus ok. 6-8 młodych strąków niewyłuskanych
  • 500ml bulionu (drobiowego lub warzywnego)
  • oliwa
  • ok. łyżki koperku (lub mieszanki takiej samej, jak użytej do klopsów, patrz niżej)
  • 6 ząbków czosnku pokrojonych w plasterki
  • 4-6 łodyg większego szczypioru/dymki, bardzo grubo posiekanych
  • sok z 1 cytryny
  • sól, pieprz

Klopsiki:

  • ok. 500g mielonej wołowiny
  • 1 średnia/mała cebula, bardzo drobno posiekana
  • ok. 120g bułki tartej (ew. otrąb, ew. mieszanka)
  • ok. 3 łyżek (przy czym ½ łyżki odłożone do posypania) mieszanych ziół: u mnie mięta, kolendra i koperek, z przewagą tego ostatniego
  • 2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
  • łyżka advieh (w oryginale korzenna mieszanka baharat*; można by też użyć ras-el-hanout, garam masala, itd.)
  • łyżka kuminu, roztartego w moździerzu
  • 2 łyżeczki osączonych i posiekanych kaparów
  • 1 jajo
  • niepełna łyżeczka soli
  • pieprz (u mnie ok. 5 obrotów młynkiem)

* główne składniki: pieprz, kolendra, cynamon, goździki, ziele angielskie, kumin, kardamon i gałka muszkatołowa.

Wszystkie składniki klopsów umieścić w dużej misce, dokładnie wymieszać (najlepiej rękoma). Uformować klopsiki (mniej więcej wielkości piłeczek do ping ponga). Zrumienić partiami na oliwie, w dużym rondlu, odłożyć na bok, wytrzeć naczynie. Ponownie rozgrzać nieco oliwy, dodać czosnek i dymkę, przesmażyć. Dodać wyłuskany groszek, połowę soku z cytryny, koperek, tyle bulionu, by przykryć groszek, ¼ łyżeczki soli i sporo pieprzu. Przykryć garnek, gotować na małym ogniu ok. 10 minut. Dodać klopsy, groszek w strąkach i resztę bulionu, gotować na małym ogniu ok. 25 minut. Jeśli to konieczne (u mnie nie było), na koniec odparować sos. Podawać najlepiej z ryżem, posypane ziołami i skropione pozostałym sokiem z cytryny.

Danie jest świeże, zielone, lekko kwaśne, aromatyczne. Klopsiki bardzo dobrze sprawdzają się także na zimno na pieczywie.

 

Ponieważ groszku mam wciąż dostatek, wykorzystałam go także jako nadzienie do pieczonych kwiatów cukinii. Bazą był gruby bulgur, który jest odkryciem roku, bezpośrednio związanym z wyjazdem do Iranu. Podczas pierwszego obiadu jadłam bliskowschodnie (czyli właściwe) tabbouleh, które w porównaniu z europejskim jest znacznie bardziej zielone/warzywne a udział kaszy (bulgur) jest marginalny. W Alborz był to właśnie bulgur gruby lub średni, którego nigdy wcześniej nie jadłam, a okazało się, że bardzo mi smakuje (bo z drobnym, jak i z innymi drobnymi kaszami, mam problem). Po powrocie do kraju odkryłam, że w dodatku bulguru nie trzeba gotować – o czym nie miałam pojęcia; drobny wystarczy przepłukać, a gruby namoczyć (np. jakieś 2h przed konsumpcją). Taka właśnie namoczona kasza, skropiona olejem rzepakowym i zmieszana z miętą i groszkiem znalazła się w kwiatach, a nadmiar nadzienia także zjadłam, jak widać na powyższym zdjęciu**. Piekłam kwiaty tak samo, jak zeszłoroczne serowe.

** Gdyby kogoś ciekawiło, co jest poza tym na talerzu: hummus z dodatkiem harissy (wyjątkowo nie domowy) oraz plastry grillowanej cukinii.

czwartek, 23 lipca 2015

Niedawno pisałam, w ramach „Zielono mi” o bobie z przyprawami. Zdjęcie tego bobu wzbudziło (ku mojemu zaskoczeniu) duże zainteresowanie na Facebooku, ale znacznie bardziej popularne okazały się pierogi z bobem. Nigdy ich wcześniej nie jadłam, choć obiły mi się o oczy w różnych miejscach w internecie, a gdy wspomniała o nich Magda Kasprzyk-Chevrieux w artykule o, no właśnie, bobie – klamka zapadła. M podszedł do sprawy sceptycznie, ale przypomniałam mu pierogi z dynią i zamilkł. Dodam, że końcowy produkt mu bardzo smakował ;).

Składniki:

  • ulubione ciasto pierogowe, moje jak zawsze (zużyłam łącznie około 360g ciasta)
  • 500g ugotowanego i wyłuskanego bobu
  • ok. 100g wędzonego boczku
  • ½ drobno posiekanej cebuli
  • ok. 2 łyżek drobno posiekanych ziół: lubczyk, koperek*
  • sól, pieprz
  • ok. 2-3 łyżek stopionego masła i dodatkowa garść lubczyku

Boczek wytopić na małym ogniu na suchej patelni, podkręcić ogień, chwilę przesmażyć, dodać cebulę, zeszklić. Wymieszać z bobem, całość rozgnieść, dodać zioła, doprawić do smaku. Farsz jest gotowy do nadziewania pierogów. Gotowe pierogi polać masłem z lubczykiem, przygotowanym analogicznie do szałwiowego czy koperkowego.


W temacie strączkowych z grządki: we Francji jedliśmy w jednym miejscu całe przesmażone strąki bardzo młodego groszku. Ponieważ groszek nam w tym roku obrodził i mamy i strąki jeszcze zupełnie miękkie, i gotowe do łuskania, na obiad zjedliśmy super prosty i szybki makaron.

Składniki:

  • ok. 200-220g makaronu
  • garść jak najmłodszych (zupełnie miękkich) strąków groszku
  • oliwa (ok. 1,5 łyżki)
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 tajska papryczka chilli
  • ok. 4 łyżek wyłuskanego groszku
  • parmezan

Gdy makaronowi zostało niewiele czasu do ugotowania, na patelni rozgrzać oliwę, przesmażyć drobno posiekany czosnek i chilli. Dodać strąki (może pryskać), smażyć ok. minutę. Wymieszać z ugotowanym makaronem, przełożyć na dwa talerze. Każdy posypać dwoma łyżkami groszku i (dość hojnie) świeżo startym parmezanem. Podawać natychmiast.

Jako taki PS nie na temat, bo z kategorii "owocowo", ale porzeczki pomału się kończą: próbowaliśmy czerwonej na pieczywie? Konkretnie na wieloziarnistym chlebie, z dodatkiem miękkiego koziego sera, miodu i czegoś zielonego (tu: liście rzodkiewki)? Polecam :).


czwartek, 16 lipca 2015

Pamiętacie wpisy z serii „Zielono mi”? Były rozmaite, np. dwa lata temu: boćwina, groszek i cukinia, rok temu: pasta z bobem (a jeszcze więcej znajdziecie TU). W tym roku też jest całkiem zielono, choć w ogrodzie (przypuszczam, że przez suszę plus niskie temperatury w maju/czerwcu) wszystko pojawia się lub dojrzewa o tydzień-dwa później. Dla przykładu dzisiaj jeszcze zerwałam kilka truskawek, a z tego co widziałam, czarny bez w rogu ogrodu jeszcze kwitnie ;).

Jakiś czas temu zjedliśmy kolację, w której każde danie było zielone. Głównym punktem programu były faszerowane okrągłe cukinie. Pierwszy raz udało mi się je kupić, i to lokalnie! Mam nadzieję, że nie piszczałam za głośno nad straganem ;). Po przyjściu do domu pobiegłam prosto do The French Market, w której wielokrotnie (wzdychając) oglądałam serię zdjęć pt. 'tak nadziewa się małe cukinie'. Oto przepis, dość wiernie odtworzony.

Składniki:

  • 4 małe okrągłe* cukinie
  • ok. 150g wędzonego boczku
  • 1 cebula, najlepiej cukrowa (w idealnym świecie: ze 3 szalotki)
  • 2 ząbki czosnku
  • garść świeżego majeranku (ew. innych ziół, np. oregano)
  • sok i skórka z 1 cytryny (wcześniej sparzonej, ew. eko)
  • sól, pieprz (do smaku)
  • oliwa

Cukinie umyć, odciąć górną część (jak czapkę) i zachować; łyżeczką wydrążyć owoce. Miąższ posiekać.

Boczek pokroić w kostkę i wytopić tłuszcz na małym ogniu na suchej patelni, następnie podkręcić temperaturę na średnią i zrumienić (w przypadku chudego boczku trzeba go przesmażyć na niewielkiej ilości oleju). Dodać posiekaną cebulę oraz czosnek, smażyć jeszcze chwilę. Zawartość patelni wymieszać z cukinią i ziołami, doprawić do smaku. Nadziać cukinie masą (uwaga, trzeba dość mocno upychać, a i tak może wyjść z lekką górką), przykryć „czapkami” z ogonków, lekko skropić oliwą i piec ok. 45 minut w 180 st. C (termoobieg).

Tak przyrządzone cukinie są bardzo delikatne i dość lekkie, mimo obecności boczku. Korciłoby mnie, żeby następnym razem trochę mocniej doprawić farsz. Można przyrządzić także wersję bezmięsną, np. z dodatkiem sera (może koziego?). Część cukinii została nam na kolejny obiad i odgrzałam je w piekarniku, wcześniej posypując parmezanem.

Do tego jedliśmy młody bób, który postanowiłam doprawić czymś więcej, niż tylko – jak dotychczas – solą. Nie wiem zupełnie, czemu nie wpadłam na ten pomysł wcześniej, a przecież daje to tyle możliwości! Skórka cytrynowa/pomarańczowa i kumin; rozmaryn i pieprz... albo jak tu:

Składniki:

  • 500g bobu
  • łyżka łagodnego octu (użyłam domowego jabłkowego)
  • łyżka dobrego oleju rzepakowego lub oliwy
  • ok. ¼ łyżeczki soli, lub do smaku
  • hojna szczypta ostrej papryki (może być np. w płatkach)
  • trzy łyżki posiekanych ziół (tu: koperek, mięta i szczypior)

Do miski wlać olej i ocet. Bób ugotować (NIE rozgotować, ma pozostać jędrny!), odcedzić. Młody, z cienkimi skórkami od razu przerzucić do miski z octem i olejem; nieco starszy możliwie szybko obrać i postąpić tak samo. Dodać pozostałe przyprawy i zioła, całość dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Odstawić do przegryzienia smaków na kilka minut (lub dłużej – można zostawić w temperaturze pokojowej przez np. pół godziny-godzinę).

Trzecie zielone? Szpinak, przyrządzony prawie tak, jak w tym wpisie (po przelaniu wrzątkiem dusiłam liście jakieś 2-3 minuty).

CD. zieleni nastąpi ;).

sobota, 27 czerwca 2015

Od dawna makaron domowy robiliśmy według jednego przepisu (tzn. TEGO), zmieniając tylko ewentualnie mąki. Najczęściej używałam mieszanki uniwersalnej lub tortowej pszennej z tzw. kaszką makaronową. Ostatnio jednak M oznajmił, że taka wersja jest zbyt delikatna. Zaproponowałam, żeby użyć mieszanki mąki pszennej z semoliną - i na tym ostatecznie się skończyło, jednak wcześniej M znalazł także inny przepis bazowy (na portalu Serious Eats). Powiem szczerze, że podziwiam zapał do eksperymentowania i cierpliwość autorki (mnie by się szybko skończyła) - polecam zajrzenie do linku choćby dla zdjęć porównawczych. Makaron z ostatecznie opracowanego przez nią przepisu jest smaczny i bardziej treściwy (choć, jak napisałam powyżej, w naszym makaronie jest ponadto dodatek semoliny). Minusem jest to, że wymaga większej liczby jaj/żółtek niż metoda 100g mąki = 1 jajo, ale coś za coś...

Przy okazji testów (łącznie 3 razy) sprawdziliśmy, że jednak grubiej wałkowany makaron (3 ustawienie od końca w maszynce) nam bardziej smakuje. Po właściwym wysuszeniu (wreszcie w miarę opanowaliśmy sztukę suszenia w gniazdach, bo wcześniej różnie z tym bywało...) dobrze się przechowuje w temp. pokojowej.

Składniki (zasadniczo za tym przepisem):

  • 150g mąki pszennej uniwersalnej/tortowej
  • 150g semoliny
  • 2 duże jaja
  • 4 duże żółtka
  • łyżeczka soli

Wymieszać mąki i sól w misce, zrobić na środku dołek, wbić jaja i żółtka. Wyrabiać ciasto mikserem z hakiem (polecam), ew. ręcznie, aż całość będzie elastyczna, gładka, dość twarda. Ciasto lekko omączyć, owinąć folią, odstawić by odpoczęło w temperaturze pokojowej co najmniej 30 minut.

Kawałki ciasta lekko rozpłaszczać wałkiem i kilka razy przepuścić przez pierwsze ustawienie maszynki do makaronu, składając za każdym razem jak list (ew. wykonać tą czynność ręcznie). Wałkować na dalszych ustawieniach maszynki (u nas do 7 z 9), ciąć na np. tagliatelle. Powstały makaron zwinąć w gniazdko, dokładnie omączyć, lekko otrzepać, ponownie uformować w gniazdko (jak np. na zdjęciu powyżej) i odłożyć np. na blaszkę do wysuszenia. Blaszkę umieścić w ciepłym i suchym miejscu (jeśli pogoda i temperatura nie sprzyja, można wykorzystać np. ciepło resztkowe piekarnika). Podczas suszenia regularnie (i delikatnie) gniazdka przewracać, żeby się nie zlepiły (co pozostawione same sobie zapewniam, że zrobią). Wysuszone gniazdka przełożyć do np. szczelnego worka strunowego lub pojemnika i przechowywać w suchym miejscu.

A gdy już mamy ten makaron, można zjeść na obiad minimalistyczne danie. Z bobem. Takim, jak rok temu, tylko jeszcze oszczędniej: tylko bób, boczek, oregano w ramach ziół, a z przypraw tylko sól i (dość obficie) pieprz. Po co więcej?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna