Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia indyjska

środa, 07 marca 2012



"Lekkie curry" może brzmi paradoksalnie, bo curry takie, jak można zjeść w restauracji indyjskiej, bazujące na dużej ilości ghee, lekkie nie jest (ba, niektóre zaklejają nawet po dwóch łyżkach ;). To jednak nic innego jak to samo, ale lekko odchudzone, pod gust i żołądek cudzoziemskiego (najczęściej zachodniego) odbiorcy. Takie są dania np. proponowane przez Madhur Jaffrey, z której Indian Cookery często korzystam, i takie kreatywne potrawy indyjskie tworzyłam z przyjaciółką Madzią nie raz i nie dwa. Poniższa ciecierzyca pozostaje w tym duchu, także jeśli chodzi o kreatywność ;) i świetnie rozgrzewa, gdy w ciągu dnia słońce, wiosna niby się zbliża, ale temperatury pozostają ujemne. Poszłam na łatwiznę dla białasów i poza przyprawami jednorodnymi dodałam zamiast chilli - gotową pastę Madras, ale można oczywiście dodać ostrą paprykę świeżą lub w proszku.

Składniki: 1 szklanka ciecierzycy, 1/2 włoszczyzny (tzn. mały por, 2 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, całość pokrojona w kostkę poza porem), lubczyk suszony lub świeży, parę liści curry (idealnie: świeżych), olej, po 3/4 łyżeczki: czarnej gorczycy, kuminu, kopru włoskiego, kurkumy, mielonej kolendry (opcjonalnie) i łagodnego curry, 1 cebula, 500ml przecieru pomidorowego, łyżka ostrej pasty tandoori, vindaloo lub podobnej (ew. ostra papryka w proszku - od 1/4 łyżeczki wzwyż - lub posiekana drobno papryczka chilli), szczypta soli

Ciecierzycę opłukać, zalać zimną wodą, odstawić na noc. Następnego dnia zlać wodę z moczenia, zalać na nowo wodą (tyle, by przykryć), dodać jarzyny, parę liści lubczyku oraz liście curry, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 1h (sprawdzać co jakiś czas, czy wody nie jest za mało, ew. dolać). Osobno na patelni rozgrzać niewielką ilość łagodnego oleju/oliwy i dodać całe przyprawy (kumin, gorczycę, koper) - gdy zaczną pękać, dodać przyprawy mielone, przesmażyć. Do powstałej masali dodać cebulę w piórkach lub drobno posiekaną, przesmażyć, dodać ostrą pastę (lub chilli, lub papryczkę), wymieszać, dodać pomidory. Gotować kilka minut na mocnym ogniu, aż lekko zgęstnieje, dodać do ciecierzycy (z której wyłowić wcześniej pora). Lekko posolić, gotować ok. 8-10 minut pod przykryciem, ok. 20-30 minut odkryte. Podawać np. z ryżem i w idealnym świecie - posypane lekko kolendrą.



czwartek, 24 listopada 2011



Co jakiś czas sobie myślę, że jemy za mało roślin strączkowych. Idę wówczas  do szafki z tzw. suchymi produktami i patrzę, czy są jakieś w zapasach. Zazwyczaj odkrywam, że mogłabym otworzyć straganik, taki jak powyżej (zdjęcie autorstwa Madzi B., wspomnienie z naszego wyjazdu do Indii), bo jest i soczewica (co najmniej 2 rodzaje), i groch, i ciecierzyca, i jakaś fasola. Za każdym razem obiecuję sobie, że wprowadzę tradycję regularnego strączkowania, ale cóż - różnie to bywa ;).

W ramach któregoś ze zrywów przyrządziłam kurczaka po bombajsku z czerwoną soczewicą Madhur Jaffrey, albo kurczaka z dhalem. Dhal oznacza drobne strączkowe-grochowe, a także (dość paciajowate i często, jak na indyjskie dania, łagodne) sosy przygotowane z nimi w roli głównej. Ostatni dhal, który bardzo dobrze pamiętam, jadłam na takiej łodzi w Kerali:


Tak się składa, że wówczas zjadłam też jedyne mięso podczas pobytu w Indiach, tj. potrawkę z kurczaka, więc połączenie tych dwóch składników w jednym daniu wydaje się słuszne choćby z powodów sentymentalnych ;). Inną rzeczą jest to, że sam sos z soczewicy, bez dodatku mięsnego, potrafi być nieco mdły - w postaci z wkładką bardziej mi smakuje.
Kurczak z dhalem
Składniki (na ok. 3-4 porcje): 125g czerwonej soczewicy, ok. 35g cebuli, 1/2 długiego, świeżego chilli (wg Madhur zielonego, u mnie było czerwone), łyżeczka mielonego (roztartego w moździerzu) kuminu, 1/4 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki świeżego imbiru, 700-750ml wody, 500g piersi kurczaka, bez skóry, kopiasta łyżeczka soli, łyżka oleju, 1/2 łyżeczki nasion kuminu, 1-2 ząbki czosnku, ok. 1/4 łyżeczki chilli w proszku, łyżka soku z cytryny, 1/4 łyżeczki cukru, 1/4 łyżeczki garam masala, kolendra do posypki

W dużym garnku/rondlu umieścić opłukaną soczewicę, drobno pokrojoną cebulę, świeże chilli, mielony kumin, kurkumę i 1/2 imbiru, zalać wodą. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem ok. 30-40 minut (aż ugotuje się soczewica). Dodać pierś kurczaka, pokrojoną w paski i sól. Wymieszać, zagotować, ponownie częściowo przykryć i gotować na małym ogniu kolejne 25-30 minut, aż kurczak będzie miękki.

Na małej patelni rozgrzać olej na średnim ogniu. Gdy będzie gorący, dodać cały kumin, gdy zacznie skwierczeć (czyli po paru sekundach) - dodać pozostały imbir i czosnek. Smażyć, aż czosnek się lekko zbrązowi. Dodać chilli w proszku. Wlać zawartość patelni do kurczaka i soczewicy. Dodać sok z cytryny, cukier i garam masala. Wymieszać, gotować jeszcze 5 minut, sprawdzić doprawienie. Podawać przybrane kolendrą (lub ostatecznie pietruszką, jak kolendry brak, ale to mało autentyczne), z naanem lub ryżem.

Jednym z najpopularniejszym wpisów na blogu jest przepis na grochówkę. Wertując książkę River cottage everyday odkryłam przepis na zupę grochową, jak to u Hugh Fearnleya - szalenie oszczędną: na zachomikowanej kości z szynki. Akurat takową posiadałam, w związku z przygotowaniem szynki piwnej. Oto więc grochówka pt. 'Nie marnuję jedzenia', wzbogacona majerankiem, bo w tej zupie zdaniem moim (nie HFW) być musi. Uwaga: groch w połówkach nie wymaga namaczania przez noc, ale w całości - tak.



Grochowa na kości

Składniki (na ok. 6 porcji, można sobie podzielić): 1 ugotowana kość z szynki (ew. skrawki mięsa zostawione na później), łyżka masła, 1 duża, posiekana cebula, 1 duża marchewka, jw., 1 łodyga selera naciowego, jw. (uwaga: nie miałam, dałam łyżeczkę suszonego lubczyku i ok. łyżki łodyg natki pietruszki), 2 liście laurowe, 1 litr bulionu (ew. woda, ale bulion lepszy), 500ml wody, 300g grochu w połówkach, sól, pieprz, suszony majeranek

Stopić masło w rozgrzanym rondlu. Dodać jarzyny, przykryć, gotować na małym ogniu pod przykryciem, aż zmiękną (ok. 10 minut). Dodać kość, liście laurowe, bulion i wodę, groch. Zagotować, ew. odszumować. Skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem, aż groch będzie zupełnie miękki (45-60 minut). Wyciągnąć kość i liście laurowe. Rozgnieść warzywa i groch np. tłuczkiem do ziemniaków. Dodać ew. skrawki mięsne, wymieszać, doprawić solą, pieprzem i hojną szczyptą majeranku. Delikatnie podgrzać ponownie przez kilka minut, sprawdzić doprawienie przed podaniem.

PS. A już za chwilę... Korzenny Tydzień!

sobota, 13 sierpnia 2011

Nigdy nie ukrywałam, że lubię kryminały; lubię także książki z motywem kulinarnym w tle. Gdy dostałam propozycję zrecenzowania lektury łączącej te dwie cechy, chętnie się zgodziłam. Mowa o Długim Weekendzie Wiktora Hagena.

Kryminał czyta się bardzo szybko, co sprawia, że jest dobrą lekturą do pociągu, na leżak albo plażę - innymi słowy książka na wakacje. Plusem jest także to, że napisana lekko, niekiedy całkiem dowcipnie, bez patosu i (prawie) bez pretensjonalnego języka; przy recenzji kulinarnej szeroko się uśmiechnęłam (każdy, kto czyta recenzje Macieja Nowaka też by to zrobił). Wątek kryminalny nie jest bardzo pasjonujący (ma charakter raczej, hm, ekonomiczny); sporo też w książce powielonych stereotypów, np. dotyczących środowiska akademickiego, mieszkańców starej Pragi, dziennikarzy itd. Nie wiedziałam, że w moim rodzinnym mieście cały czas ktoś coś kombinuje i że każdy, kto się czegoś dorobił, doszedł do tego niezbyt uczciwą drogą ;) (niemal jak w Wenecji Donny Leon), ale powiedzmy, że należy przyjąć to z przymrużeniem oka i zastosować duże tzw. zawieszenie niewiary (suspension of disbelief). Dotyczy to także metod śledczych komisarza Nemhausera (czy naprawdę doświadczony policjant zapomniałby przesłuchać współpracownika denata?) i niektórych zwrotów akcji (skąd znajoma ze studiów, z którą komisarz nie miał kontaktu od wielu lat, wie, gdzie on mieszka?). Pojawia się wiele postaci i wątków pobocznych, ale traktowanych pobieżnie, często urywających się lub niedokończonych.

W przeciwieństwie do postaci z innych kryminałów, główny bohater nie jest odrażający, nie rzuca mięsem, nie nadużywa alkoholu i ma unormowaną sytuację rodzinną, w czym przypomina trochę mojego ulubionego komisarza Brunettiego od wspomnianej Donny Leon. Z tym ostatnim łączy go także niechęć do korupcji i studia wyższe na wydziale historii (Brunetti ukończył co prawda prawo, ale nie kryje zamiłowania do historii starożytnej). Mimo to jako osobowość komisarz Nemhauser rysuje się blado; poza powyższymi faktami wiemy jedynie to, że lubi gotować i dorabia sobie weekendowym kucharzeniem w knajpie gdzieś w okolicach ul. Burakowskiej w W-wie. No właśnie: wątek kulinarny! Czekałam i czekałam, i czytałam i czytałam, i od zupy fasolowej gdzieś na pierwszych stronach (do której Nemhauser zapomniał namoczyć fasolę i liczył, że jak dłużej pogotuje, będzie dobrze... hm?!) do ok. 1/2 książki panowała spożywcza posucha. Potem wreszcie się doczekałam opisu dwóch wieczorów w restauracji. Pojawiły się wzmianki o zrazach (które jakoś dziwnie szybko się zrobiły?) i bitkach, za drugim razem były pierogi i spaghetti aglio olio oraz pasta do chleba z oliwek, chilli i cebuli, która jako pierwsza mnie naprawdę zainteresowała. Wszędzie gęsto przewijają się zioła prowansalskie (które lubię, ale czy aż tak ;)? Później był jeszcze obiad, który komisarz przyrządzał dla znajomych - naleśniki bretońskie (galettes?) z różnym nadzieniem (ratatouille też się dziwnie szybko zrobiła :) i samosy; do konsumpcji w końcu nie doszło, i nie wiem, czy w końcu usmażył pierożki i naleśniki. Za to rozważania nad gryczanym ciastem na temat Nathalie Gilberta Becauda znów wywołały mój uśmiech, bo miałam kiedyś podobne przemyślenia - że słuchacz także musi zawiesić niewiarę... Czyżby przebłysk autoironii ze strony autora?

Podsumowując: można przeczytać w przelocie, ot, właśnie na wakacjach, ale nie liczyłabym na to, że utwór zapadnie głęboko w pamięć... i osobiście szukać tomu pierwszego przygód Nemhausera nie będę.

Natomiast samosy ostatnio u nas się pojawiły; znalazłam bowiem paczkę ok. 250g zamrożonego ciasta na faworki i postanowiłam je wykorzystać. W Indiach te pierożki smaży się i sprzedaje na ulicy, jako lokalny fastfood. Można znaleźć w sieci przepisy na samosy pieczone, jednak tradycyjnie powinno się je smażyć. Ciasto nie faworkowe jest proste; komisarz Nemhauser robił je z "mąki, wody i sody", Madhur Jaffrey, czyli moja guru od kuchni indyjskiej, w ogóle nie dodaje spulchniaczy. Oto ciasto wg Madhur (Indian Cookery) i farsz będący wypadkową Madhur i moją (bo w oryginale nie było kalafiora). Zrobiłam do nich także sos pomidorowy wg własnego widzimisię.



Na ciasto (na 16 sztuk): 

  • 225g mąki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 4 łyżki oleju
  • 4 łyżki wody

Przesiać mąkę z solą do miski. Dodać olej i wetrzeć w mąkę na okruszki. Pomału dodać wodę (ew. dodać trochę więcej), aż składniki połączą się i powstanie twarde ciasto. Przełożyć na blat i wyrabiać ok. 10 minut, aż będzie gładkie (można to zrobić w mikserze z hakiem). Umieścić lekko natłuszczoną olejem kulę ciasta w np. siatce foliowej (lub misce nakrytej folią) i odłożyć by odpoczęło co najmniej 30 minut.

Na farsz:

  • 500g ziemniaków, ugotowanych w mundurkach, wystudzonych
  • ok. 250g kalafiora (podzielonego na małe różyczki i zblanszowanego, tj. przelanego wrzątkiem)
  • ok. 175g świeżego lub rozmrożonego groszku
  • olej roślinny (ok. 4 łyżek)
  • 1 średnia cebula, drobno posiekana
  • łyżka świeżo startego imbiru
  • 1 świeże zielone chilli, drobno posiekane (można użyć 1 długiego czerwonego)
  • 3 łyżki posiekanej kolendry
  • 1 1/2 łyżeczki soli (lub do smaku)
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka garam masala
  • 1 łyżeczka zmielonego (lub utartego w moździerzu) kuminu
  • 1/4 łyżeczki pieprzu kajeńskiego (lub chilli w proszku)
  • sok z cytryny (2 łyżki)
  • olej do głębokiego smażenia

Obrać ziemniaki, pokroić w kostkę. Rozgrzać olej, przesmażyć cebulę na średnim ogniu. Gdy zacznie się rumienić, dodać kalafiora, groszek, imbir, chilli, kolendrę i lekko podlać wodą. Przykryć, gotować aż kalafior i groszek się ugotują. Dodać pozostałe składniki (włącznie z ziemniakami, ale poza olejem do smażenia ;). Wymieszać, gotować na małym ogniu kilka minut, delikatnie mieszając. Sprawdzić doprawienie, zwł. pod kątem soli i soku z cytryny. Zdjąć z ognia, lekko wystudzić.



Ciasto lekko zagnieść, podzielić na 8 części (z ciastem faworkowym postępowaliśmy tak samo). Każdą z części rozwałkować (w między czasie pozostałe powinny być przykryte, by nie wysychały) na okrągły placek, podzielić na pół. Z powstałego półksiężyca uformować rożek, skleić brzegi za pomocą wody. Wypełnić rożek ok. 2 łyżkami nadzienia, zakleić brzegi za pomocą odrobiny wody. Powstałe pierożki smażyć na głębokim tłuszczu - albo we frytkownicy, jak u nas (bo chcieliśmy też usmażyć kwiaty cukinii), albo w garnku, przy czym oleju powinno być na przynajmniej 5 cm wysokości. Przewracać samosy w trakcie smażenia, by były jednolicie brązowe. Osączać na ręcznikach papierowych.

Do tego podaliśmy sos pomidorowy:

Na rozgrzanym oleju/oliwie/ghee uprażyć ok. 1/2 łyżeczki całego kuminu i tyle samo czarnej gorczycy (jak nie ma, można użyć czarnuszki, lub pominąć); jak zaczną pękać (co słychać), dodać 1 drobno posiekaną cebulę, lekko oprószyć solą, skręcić trochę ogień, dodać ok. 1/2 łyżeczki łagodnego curry w proszku, szklić. Jak cebula jest miękka, dodać 0,5 l. przecieru pomidorowego i ok. 1-2 łyżeczek gotowego sosu vindaloo/tikka masala/podobnego. Jak nie ma, można dodać trochę suchej, ostrej mieszanki przypraw, albo dodać trochę chilli w proszku i trochę np. garam masala. Wymieszać i gotować na średnim ogniu, aż całość odparuje i zostanie ok. 300ml gęstego sosu, o konsystencji salsy.


A na deser wspomnienie stamtąd, skąd pochodzą samosy: sprzedawca na Chowpatty Beach w Bombaju (zdjęcie autorstwa Madzi B.) - minęły już prawie trzy lata...



środa, 11 maja 2011



Zgłosiłam się do prowadzenia Weekendowej Piekarni mgliście myśląc o jakimś chlebie na zakwasie. Tak się jednak złożyło, że niedawno czytałam autobiografię Madhur Jaffrey (Climbing the Mango Trees) i przypomniałam sobie o chlebkach naan, którymi, można powiedzieć, była znaczona nasza podróż przez południowe Indie przed niemal trzema laty. W restauracjach zamawialiśmy bowiem najczęściej, jako dodatki, jeera rice i buttter naan. Zdarzało nam się skusić na garlic naan lub coconut naan (to samo, tylko z posiekanym czosnkiem lub kokosem na wierzchu), ale i tak maślany był najlepszy. W Indiach piecze się te chlebki na ścianach pieca tandoori, w warunkach domowych robimy to w piekarniku, przy czym bardzo przydaje się kamień i możliwość nagrzania sprzętu do przynajmniej 275 st. C. Przetestowałam jednak, że można je upiec i na odwróconej do góry dnem blaszce, w piekarniku kompaktowym, nagrzanym do 250 st. C. Chcieć to móc ;)
Przepis Madhur Jaffrey - tu oryginał, a oto moje tłumaczenie i uwagi:




Składniki:

  •   150ml ciepłego mleka
  •   2 łyżeczki cukru
  •   15g świeżych drożdży (u mnie) lub 1 1/2 łyżeczki instant
  •   450g zwykłej pszennej mąki
  •   ½ łyżeczki soli
  •   1 łyżeczka proszku do pieczenia
  •   2 łyżki oleju (plus jeszcze trochę do natłuszczenia miski)
  •   150ml roztrzepanego, płynnego jogurtu (można też użyć maślanki)*
  •   1 duże jajo (opcjonalnie)*
  •   roztopione masło/oliwa do smarowania chlebków (opcjonalnie)

* Naany można zrobić z dodatkiem jaja lub bez. W tym ostatnim przypadku należy zwiększyć ilość jogurtu/maślanki o ok. 4 łyżki (i ja tak zrobiłam)

Umieścić mleko w misce, wymieszać z łyżeczką cukru i pokruszonymi drożdżami. Wymieszać, odstawić na 15-20 minut, aż drożdże się rozpuszczą, a rozczyn pokryje bąbelkami. Przesiać mąkę, sól i proszek do pieczenia do dużej miski (np. od miksera). Dodać pozostały cukier, wyrośnięty rozczyn, olej, jogurt/maślankę i jajo, jeśli używacie (patrz; uwaga powyżej). Wymieszać składniki, aż się połączą. Wyrabiać ciasto ok. 10 minut (ciut mniej mikserem), aż będzie gładkie i lśniące. Uformować kulę, umieścić do wyrastania w misce natłuszczonej olejem i przykryć folią lub wilgotną ściereczką. Odstawić w ciepłe miejsce na godzinę lub aż podwoi objętość (u mnie trwało to ok. 75 minut). Jeśli macie kamień do pieczenia, zacznijcie jednocześnie nagrzewać piekarnik (z kamieniem w środku) do maksymalnej temperatury. W przypadku braku kamienia, włączcie piekarnik (też nastawiony na temp. maksymalną) ok. 30 minut przed pieczeniem, z możliwie grubą blachą w środku, odwróconą do góry dnem.
Wyrośnięte ciasto odgazować, podzielić na 6 równych części. Każdą część rozwałkować/rozciągnąć na kształt kropli o ok. 25 cm długości i 12,5 szerokości, opcjonalnie posmarować masłem/oliwą. Naany kłaść na rozgrzaną blachę/kamień (ja piekłam partiami po dwa placki), najlepiej za pomocą łopaty, i piec ok. 3 minut (w moich 250 st. trwało to trochę dłużej - ok. 6 minut). Powinny się napuszyć i miejscami zezłocić, ale pozostać miękkie. Gorące chlebki można ponownie posmarować masłem i po chwili owinąć w ściereczkę, w której powinny siedzieć, aż nie upieczemy wszystkich chlebków. Postępować tak samo z pozostałymi plackami i od razu podawać.

My jedliśmy naany do warzyw z grilla, ale oczywiście aż się prosi, by towarzyszyło im jakieś danie choć trochę indyjskie ;) Zapraszam!

wtorek, 22 lutego 2011

Po traumatycznej dobie związanej ze zniknięciem Oscypka (już się znalazł, ale co przeżyliśmy, to nasze), można się zrelaksować i zająć blogiem. Mam parę zachomikowanych przepisów, np. wspomnienia z weekendu, gdy na Mazury przyjechała Madzia i tradycyjnie zabrałyśmy się za gotowanie. Poza słodyczami (lodami i pączkami) gotowałyśmy po indyjsku i, jak to my - kreatywnie ;). Stworzyłyśmy bardzo ostre paneer tikka butter masala, a także inspirując się Madziną Complete Indian Cooking, przyrządziłyśmy naszą wersję szpinaku z pomidorami:

Składniki:

  • ok. 3 łyżek oleju/ghee
  • 2 cebule
  • 2 ząbki czosnku
  • po 2 łyżeczki kurkumy, garam masala, czarnej gorczycy
  • po łyżeczce mielonej kolendry i kuminu
  • 2 ostre papryczki (miałyśmy pepperoni i danie było dość ostre, ale niektórzy uważali, że mogłoby być bardziej, więc zgodnie z upodobaniami można ilość ostrego zwiększyć lub wręcz przeciwnie)
  • ok. 2 cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 kg mrożonego szpinaku (z czego co najmniej 1/2 w liściach)
  • 750ml przecieru pomidorowego
  • sól i pieprz do smaku
Rozgrzać olej/ghee w dużym rondlu. Dodać drobno pokrojony czosnek i cebule, zeszklić, dodać przyprawy, z posiekanymi papryczkami i imbirem włącznie, chwilę przesmażyć. Dodać szpinak i pomidory. Gotować na mocnym ogniu, mieszając co jakiś czas, aż szpinak się rozmrozi, a masa odparuje. Wówczas skręcić ogień na mały, dodać sól i pieprz do smaku i gotować ok. 10 minut (pod częściowym przykryciem). Sprawdzić doprawienie pod koniec gotowania.
Podawać ze zwykłym, ugotowanym ryżem basmati, naanami lub jeera rice, najlepiej ze świeżą kolendrą do indywidualnej posypki.

Taki szpinak powinien swoim smakiem wymazać traumatyczne wspomnienia z przedszkola :)

piątek, 20 sierpnia 2010

Na Mazury przyjechała Madzia i jak rok temu, zabrałyśmy się za kreatywne gotowanie w duchu indyjskim. Tym razem inspirowałyśmy się curry warzywnym z Complete Indian Cooking (własność Madzi), jednak nasza produkcja miała z oryginałem wspólne jedynie ziemniaki, bakłażana i olej. Oto co zrobiłyśmy, kierując się dostępnymi produktami, a przygotowałyśmy dwa warianty tego samego dania:

Składniki: ok. 2 łyżek oleju roślinnego, 2 łyżeczki masła, 350-400g* fasolki mamut, 2 średnie lub 1 b. duża cebula (drobno pokrojone), 1 średni bakłażan (pokrojony w cienkie plastry), 1 żółta lub czerwona papryka (pokrojona w średnią kostkę), ok. 6-7 niewielkich ziemniaków (pokrojone w kostkę ok. 2x2cm), 2-3 łyżeczki świeżego, startego imbiru, 2 x 400g puszki pomidorów, Przyprawy: 2 łyżeczki kuminu, 1 łyżeczka czarnej gorczycy, ok. 1 łyżeczki ostrego curry, 1 łyżeczka łagodnej przyprawy tikka masala (lub np. garam masala - z tego co porównywałam skład, był podobny), 2 małe, ostre papryczki chilli (rozdrobnione, świeże lub suszone), sól do smaku

* Wyjściowo było pół kilo, ale jakoś zniknęło trochę po ugotowaniu...

Fasolkę umyć, obciąć końce (można także to pominąć), ugotować, by pozostała nieco jędrna, odłożyć na bok. Wziąć dwa rondle/garnki lub dwie głębokie patelnie, rozgrzać w nich po łyżce oleju i łyżeczce masła. Do jednego rondla wrzucić 1-1,5 łyżeczki świeżego imbiru, łyżeczkę kuminu, czarną gorczycę i papryczki chilli; do drugiego wrzucić pozostały imbir, drugą łyżeczkę kuminu, ostre curry i przyprawę tikka/garam masala. Przyprawy przesmażyć, po chwili wrzucić do obu rondli tą samą ilość posiekanej drobno cebuli, lekko posolić, zeszklić. Dorzucić do każdego garnka tą samą ilość pokrojonych warzyw: bakłażana, paprykę i ziemniaki. Wymieszać, przesmażyć kilka minut. Do każdego rondla dorzucić puszkę pomidorów, całość wymieszać, posolić do smaku i gotować ok. 25-30 minut na średnim ogniu pod przykryciem, aż ziemniaki będą miękkie. Gdyby całość zbyt szybko zgęstniała, podlać wodą. Kilka minut przed końcem gotowania dorzucić fasolkę i sprawdzić doprawienie.

Podawać z dodatkiem chlebków indyjskich lub ryżu (np. jeera rice lub zwykły gotowany basmati - można pod koniec gotowania dodać trochę masła i kuminu). U nas ponadto do posypki posiekana świeża mięta (kolendry na stanie nie było).

W opinii jedzącej płci brzydkiej wersja z curry i przyprawą tikka masala była smaczniejsza. Mnie smakowały obie. Obie także dziwnie szybko zniknęły - sądziłyśmy wcześniej, że nie przejemy wszystkiego...

niedziela, 11 lipca 2010

Przeglądając moje książki kucharskie nt. kuchni indyjskiej, przygotowując się na wizytę gości, trafiłam na przepis na ciasteczka 'simplisy'. Nie jadłam ich w Indiach, ale jak wspominałam, w ogóle niewiele jadaliśmy tam słodyczy. Fakt, że są bardzo simple - 4 składniki i kilka minut roboty - plus nie wymagają włączania piekarnika (w tym upale staram się to choć trochę ograniczać) bardzo mnie ucieszył. Zrobiłam z 1/2 składników, przy czym zmodyfikowałam skład, dodając różę w cukrze. Różane kuleczki nieoczekiwanie okazały się hitem i z pewnością będę robić i inne wersje, więc podaję poniżej, obok wariantu z różą, także oryginał. O dziwo, są słodkie, ale nie przeraźliwie.

Simplisy różane

Składniki (na raczej niewielką porcję kuleczek): 1,5* szklanki mleka w proszku, niepełne 1/2 szklanki cukru pudru, 75g bardzo miękkiego lub stopionego masła, 4 łyżki marmolady różanej/róży w cukrze, opcjonalnie: 1-2 łyżki wody różanej

Wszystkie składniki, poza wodą różaną, ucieramy/wyrabiamy na gładką masę i formujemy kuleczki. Ja lepiłam dość małe kuleczki, maczając palce w wodzie różanej, aby lekko zintensyfikować zawartość róży w róży ;), ale nie jest to konieczne. Gotowe kuleczki schładzamy i przechowujemy w lodówce.

* U mnie miarka amerykańska 1 cup = 240 ml

Simplisy bakaliowe (przepis z Kuchni indyjskiej wegetariańskiej J. Sucheckiej)

Składniki: 3,5 szklanki mleka w proszku, 1 szklanka cukru pudru, kostka (200g) bardzo miękkiego lub stopionego masła, bakalie (orzechy, rodzynki, wiórki kokosowe, kandyzowane skórki owocowe, itd)

Wszystkie składniki ucieramy/wyrabiamy na gładką masę i formujemy kuleczki. Gotowe ciasteczka schładzamy i przechowujemy w lodówce.

Jeśli ktoś lubi mleczne cukierki lub karmelki, środek w Maltesers bądź kruche krówki - polecam. Rozważam teraz zrobienie wersji z drobnym brązowym cukrem...

PS z 30.07: A oto wersja z bakaliami, przygotowana na jutrzejszą podróż ("na Berlin!"). Ciekawe, ile sztuk dojedzie do granicy...

wtorek, 08 czerwca 2010

Ostatnio miała być szybka obiadokolacja, a tofu wołało o spożycie. Nie wiem, jak Wy, ale od pomyłki indyjskiej pt. pasta tandoori, która sądziłam, że jest mieszanką suchych przypraw (nie wiem, czemu słowo 'paste' nie dało mi do myślenia), uważam, że słoik pasty tandoori czy tikka masala to przydatna rzecz w spiżarni czy, po otwarciu, w lodówce. Tak, półprodukt, ale użyteczny, zwłaszcza, jeśli trzeba zrobić szybki obiad. Lub kolację.

Składniki: ok. 150g naturalnego tofu, pokrojonego w większą kostkę,  2 łyżeczki pasty tikka masala/tandoori, pół łyżeczki kuminu (opcjonalnie), łyżka oliwy, garść sałaty i np. rukoli, 1 cebula dymka, dodatkowa oliwa, sok z limonki/cytryny, opcjonalnie: trochę ugotowanego makaronu soba/chińskiego, rzodkiewki/ogórek długi

Tofu dobrze, ale delikatnie, żeby się nie rozpadło, wymieszać z pastą , kuminem (jeśli używamy) i oliwą. Sałatę umyć, wymieszać z pokrojoną dymką (cebula w plasterki + szczypior drobno)  i opcjonalnie z pokrojoną w plastry rzodkiewką/ogórkiem, skropić oliwa i sokiem z limonki. Jeśli korzystamy - np. mamy resztki z obiadu - z ugotowanego makronu, także go dodać.

Rozgrzać suchą patelnię, smażyć tofu partiami (po ok. 2 minuty na stronę). Sałatę posypać tofu, szczodrze doprawić limonką/cytryną. Jeść od razu, np. z pitą lub naanem, bądź innym podobnym pieczywem.

No i jeszcze jeden ciekawy skutek uboczny jest taki, że wszystko, co zanurzy się w paście, jest obłędnie czerwone...

sobota, 09 stycznia 2010

Warzywa o smaku kuchni indyjskiej. Może i można by to nazwać curry ("curry typu przegląd lodówki"), ale od tradycyjnych dań indyjskich było ono dużo lżejsze. Seler naciowy także nie wydaje mi się typowym dodatkiem. Można by powiedzieć  też tak: "mam różne przyprawy, i nie zawaham się ich użyć". A oto, co zrobiłam:

W rondlu rozgrzałam olej sezamowy. Wrzuciłam na niego przyprawy-nasiona: 1/2 łyżeczki kuminu, po 1/4 czarnuszki i czarnej gorczycy (tzw. "czarnych kuleczek"). Przesmażyłam je chwilę, na to wrzuciłam drobno pokrojoną 1 cebulę i gałązkę selera naciowego. Całość lekko posoliłam i gotowałam kilka minut, aż cebula się zeszkliła a seler lekko zmiękł. Dorzuciłam pokrojoną w kostkę paprykę (1 szt., czerwoną) i cukinię. Wymieszałam, przesmażyłam chwilę, dodałam 500ml przecieru pomidorowego oraz dalsze przyprawy: 1/2 łyżeczki garam masala i dwie spore szczypty chilli w płatkach i kilka (ok. 7-8) liści curry. Skręciłam ogień na średni i dusiłam całość ok. 25 minut; ok. 10 minut przed końcem dorzuciłam dwa ugotowane ziemniaki, które zostały z poprzedniego obiadu.

Danie najlepiej smakowałoby z naanem lub ryżem basmati (np. w wersji jeera rice), ale byłam leniwa i zamiast tego zrobiłam kuskus (dodając po zalaniu wrzątkiem dwie szczypty kurkumy, by go zabarwić na żółto).

A do dania oglądaliśmy po raz drugi Slumdoga. Jeśli nie widzieliście - polecam. Pewnie są różne Indie, ale ten film przypomina mi o tych, które widziałam 1,5 roku temu, zwłaszcza w Bombaju. A tu zwiastun:

środa, 25 listopada 2009

Traf chciał, że dziś to danie, wykonane z tego samego przepisu (Clarissy Hyman, z Kuchni żydowskiej) i lekko zmodyfikowane, zamieściła na blogu Atina. Mnie poleciła je Tili (a wydaje mi się, że sama się nim jeszcze na blogu nie chwaliła?), ostrzegając zarazem, bym uważałam na ilość papryczek oraz, że kurkuma sprawia, że danie jest mało zielone (wbrew nazwie). Zredukowałam zatem ilość kurkumy, ale i tak barwa wyszła raczej żółto-zielono-brązowa, pewnie wiąże się to także z (mniejszą) ilością użytych papryczek. Do tej pory stosowałam zieloną pastę curry ze słoiczka, która jest bardziej zdecydowana w kolorze. Nie zmienia to faktu, że danie jest bardzo, bardzo smaczne i z pewnością jeszcze je powtórzę. Poniżej wersja z moimi zmianami. Jedliśmy curry z dodatkiem jeera rice, mojego ulubionego ryżu indyjskiego.

Składniki: 3 łyżki dowolnego oleju (u mnie mieszanka oliwy i masła), 1 duża cebula, 1 duży pomidor (lub ok. 150g przecieru pomidorowego), 450g piersi z kurczaka (u mnie filet z indyka i ok. 500g), sól do smaku, 200ml mleka kokosowego (w oryginale 400ml)

Na masalę: 25g liści kolendry (dałam mały - i nieco nadwiędły - pęczek, bo nic lepszego nie dostałam), 2,5 cm kawałek świeżego imbiru, drobno posiekany, 5 ząbków czosnku (u mnie małe), 2-3 małe zielone papryczki chilli (w oryginale 6-8, więc należy się kierować własnym smakiem i tolerancją na ostre przyprawy), 1 łyżeczka nasion kopru włoskiego, 2,5 cm kawałek laski cynamonu (nie miałam, dałam kopiaste 1/2 łyżeczki w proszku), 2 goździki, nasiona z 1 strąka kardamonu, 8 ziaren pieprzu, 1/4 łyżeczki (w oryginale 1/2) kurkumy

Cebulę drobno pokroić, podsmażyć na oleju na złoty brąz. Dodać pomidora (obranego ze skórki) lub przecier, podsmażaj aż do odparowania płynu. Cebula i pomidor powinny utworzyć razem rodzaj pasty. Przyrządzić masalę, mieląc lub ubijając w moździerzu wszystkie składniki na zieloną (lub zielono-żołtą... ;) pastę. Dodać masalę do garnka i gotować tak długo, aż kolor mieszaniny zmieni się z jasnego na ciemnozielony (u mnie ciemnożółtozielony), a olej zacznie się oddzielać - tu miałam problem, bo moja masala zaczęła się najpierw przypalać, musiałam ją odrobinę podlać wodą i dopiero po chwili osiągnęłam pożądany efekt. "Kiedy poczujesz zapach masali, będzie gotowa*".
Dodać kurczaka, posolić i gotować na średnim ogniu 20 minut. Wlać mleko kokosowe (zdecydowałam się na jedynie 200ml - była imho wystarczająca ilość sosu) i po minucie zdjąć z ognia lub, jak u mnie, gotować jeszcze ok. 10 minut na małym ogniu. Podawać z gotowanym na sypko ryżem (lub chlebkiem indyjskim, lub, jak u mnie, jeera rice - ryżem z kuminem).

*Hm, ja tam czułam jej zapach cały czas... :)

Jeera rice (ryż z kuminem) (oryginalny przepis jest tu)

Składniki: 1 szklanka ryżu basmati, 3 szklanki wody, sól do smaku, 2 łyżki dowolnego oleju lub oliwy i masła, 1 duża, drobno posiekana cebula, 2 łyżki kuminu, 1/2 szkl. wody, świeża kolendra do dekoracji (opcjonalnie)

Ryż przepłukać, umieścić w rondlu, zalać wodą. Gotować, aż będzie niemal miękki, ale wciąż lekko twardy, odcedzić. Zeszklić cebulę na oleju/oliwie i maśle, dodać kumin, smażyć nasiona, aż zaczną pękać i lekko "strzelać" na patelni. Dodać ryż, wymieszać, dodać 1/2 szlanki wody i gotować na małym ogniu, aż wchłonie cały płyn.

W przepisie jest notka, że danie można podgrzewać, ale "uważać, by mleko kokosowe się nie zwarzyło". Jeszcze nigdy mi się to nie przydarzyło (poza tym jednym przypadkiem, kiedy robiłam mleko z kokosa prasowanego i się nie doczytałam, że należy dać ciepłą wodę ;) To danie było także odgrzewane, bez specjalnej atencji, i nic mu się nie stało.

 
1 , 2
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki