Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia amerykańska

poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Wiosna to nie tylko codzienne obchody ogrodu, żeby zobaczyć, co odrasta (np. czosnek niedźwiedzi czy mięta), a co jeszcze śpi snem zimowym (np. melisa i częściowo maliny). To także czas spędzany na kanapie na zewnątrz, zachwycając się nowym sezonem tarasowym (wiem, że zasadniczo mówi się "balkonowym", ale tego ostatniego nie mam, taras za to tak ;). Nie sądzicie, że do tego obrazu pasuje szklanka... no właśnie, czego?

Pobyt w Londynie przypomniał mi, że koktajle całkiem lubię... Albo inaczej, lubię je, od kiedy wiem, czego szukać (tzn. jakie lubię). Najczęściej wybieram takie na winie musującym/szampanie lub sour, ewentualnie coś cytrusowego lub zielonego na bazie ginu/rumu. W tej pierwszej grupie wciąż bardzo lubię Chłopczycę lub Gwiazdę betlejemską, ale niedawno przypomniałam sobie o artykule nt. drinków inspirowanych Opactwem Downton*, w którym zaproponowano trio koktajli, po jednym na każdą siostrę Crawley (wpis powstał pomiędzy drugą a trzecią odsłoną serialu). I choć najbardziej inspirującą czy pozytywną postacią wydaje się Sybil Crawley, to Lady Mary przyciągnęła mój wzrok... Moja wersja powstała z różowego Lillet (choć można użyć białego, jak w oryginale - szczerze mówiąc, nie widzę między dwoma wermutami wielkiej różnicy) i prosecco, ale choć użyłam bazylii, jak sugerowano, uważam, że lepsza byłaby melisa cytrynowa, mięta lub estragon francuski, ew. mieszanka tych ziół. Może jak odrosną...

Składniki (1 porcja):

  • 30ml Lillet (blanc, rose)
  • ok. łyżka soku z cytryny
  • ok. 6-8 liści ziół (melisa, mięta, estragon, ew. bazylia)
  • ok. 100ml schłodzonego wytrawnego wina musującego (np. prosecco)

Zioła rozgnieść tamperem w soku z cytryny, dokładnie wymieszać z Lillet. Przelać (przez sitko, jeśli komuś przeszkadza zielenina) do kieliszka od szampana, dopełnić bąbelkami. Można udekorować dodatkowym listkiem melisy lub innego użytego zioła. Podawać od razu.

Wspomniałam powyżej o sour. Otóż w zeszłym roku, po lekturze Tygrysów w porze czerwieni (już pisałam tu o tej książce) i scenie pt. siedzimy w szopie na Martha's Vineyard i robimy whisky sour po kryjomu i w warunkach polowych, bardzo zaciekawił mnie smak tego koktajlu. Czysta whisky do mnie nie przemawia, za to wszystko co kwaśne - bardzo, a cytrynowe: wyjątkowo! Zrobiłam najprostszą wersję na zasadzie 1:2:3 (cukier, cytryna, alkohol) i bardzo mi smakowała. Do opcji z białkiem nie mogłam się przekonać, dopóki w londyńskim Cahoots nie spróbowałam ich Cahooch sour. Jak to ujął M: "I to jest pomysł na pozbycie się naszych zamrożonych białek!". Dodam, że na dworze smakuje jakoś (jeszcze) lepiej, białe ganki i Atlantyk nie są niezbędne ;).

 Składniki (1 porcja):

  • 80ml whisky,
  • kopiasta łyżka drobnego cukru (lub 2 łyżki syropu cukrowego*),
  • 1,5-2 łyżki białka,
  • sok z 1/2 cytryny oraz limonki (lub ok. 40ml)

Białko lekko roztrzepać z sokiem z cytryny, przelać do shakera, dodać kilka kostek lodu i pozostałe składniki. Dokładnie wstrząsnąć. Pić od razu.

* Cukier i wodę w proporcji 1:1 wymieszać w rondelku, zagotować, wystudzić. Przechowywać w lodówce.

A na koniec... Do tropików w kraju jeszcze daleko, ale przeszukując zdjęcia z Indii znalazłam uwiecznioną kartę drinków z "naszej" restauracji na Goa! Jakość nie jest najlepsza (smartfonów wtedy jeszcze nie było ;), ale składniki są czytelne. Jednym z naszych ulubionych koktajli było Goańskie dzieciństwo (tzn. w oryginale Goan heritage, czyt. dziedzictwo, ale ktoś gdzieś czegoś nie dosłyszał i tak już zostało ;), choć jakość mieszanki zależała od barmana. Zdaniem M, wyszło całkiem podobnie, tylko "mniej gęste" (bo tam soki były nektarami w koncentracie...). Pomińmy też fakt, że drinki w Arambolu były na fenny (czyt. bimbru) - gdy G. zamówił kieliszek czystej, kelner sam z siebie przyniósł mu Sprite (przydał się).

Składniki (1 porcja):

  • 125ml soku pomarańczowego
  • 125ml soku ananasowego
  • 30ml malibu
  • 45ml ciemnego rumu
  • parę kostek lodu
  • sok z limonki/cytryny do smaku

Wszystkie składniki wymieszać z lodem w shakerze, doprawić sokiem z cytrusów do smaku, podawać od razu.

Plażę w Arambol już kiedyś pokazywałam, ale tu jeszcze dwa widoczki (na zdjęciach wygląda znacznie czyściej ;): czarno-białe zdjęcie bardzo możliwe, że właśnie po wypiciu szklanki Goańskiego dzieciństwa ;).

* Jedyny serial, który obejrzałam cały, tj. wszystkie sześć serii :).

sobota, 19 marca 2016

Pod choinką znalazłam „zamówioną” książkę Davida Lebovitza, My Paris Kitchen. Zaskoczona byłam rozmiarem dzieła – ma kilkaset stron, a format jest spory, jednak składają się na niego nie tylko przepisy i zdjęcia (przy czym nie każdy przepis jest ww. opatrzony), ale także anegdoty, opowieści luźno powiązane z tematem, itd. Fani stylu autora nie będą zawiedzeni: jest co czytać ;). Czwartym przepisem, jaki zdecydowałam się wypróbować, była wieprzowina w stylu barbecue – de facto pulled pork. Z przepisu jestem bardzo zadowolona i będę do niego wracać, z pewną modyfikacją, o czym niżej.

Przyzwyczaiłam się do tego, że Lebovitz jest bardzo dokładny w swoich przepisach, zarówno jeśli chodzi o ilość składników, jak i drobiazgowe instrukcje (kontaktowałam się z nim w związku z innym przepisem i okazało się, że testował go… 17 razy). Trochę więc się zdziwiłam dość dużym zakresem sugerowanej wagi mięsa – od 1 do 1,5kg. Być może było to podyktowane względami praktycznymi. Mój kawałek był bliższy dolnej granicy (ok. 1,1kg) a domowy sos barbecue, którego użyłam, faktycznie dość słony. Żeby nie było – osobiście nie odebrałam mięsa jako zanadto słonego, natomiast M trochę narzekał. Dla komfortu wszystkich konsumentów już teraz wiem, żeby w przyszłości przy takim kawałku mięsa (i tych samych składnikach) nie dodawać już sosu sojowego do gotowania. Poza tym szczegółem, uważam, że stopień „rwania” mięsa był idealny – dużo lepszy niż przy moim poprzednim podejściu do pulled pork, a wszystkie przyprawy dają bardzo wyraźny, dymny aromat. Co istotne, jest to wyjątkowa prosta i mało pracochłonna w przygotowaniu potrawa, choć trzeba zacząć dzień przed właściwym gotowaniem. Całość wyraźnie kojarzy mi się z kuchnią amerykańską ;).

W temacie przypraw: autor sugeruje użycie chilli z papryczek ancho. Przypomniałam sobie, że od dobrych kilku lat turlają mi się po dnie szuflady suszone ancho, które kupiłam dawno temu w Austrii („na pewno mi się przydadzą”), więc potłukłam w moździerzu większą część jednej z nich. Ku mojemu zdziwieniu papryczka okazała się, jak na mój gust bardzo aromatyczna (znów dym), ale mało ostra – więc przyznaję, że zwiększyłam nieco jej ilość ;). Poniżej proporcje jak w oryginale, dla standardowego chilli.

Poniżej przepis za My Paris Kitchen, z moimi uwagami:

Składniki:

  • ok. 1,1kg kawałek karkówki wieprzowej
  • 1 łyżeczka mielonego chilli (w przypadku papryczki ancho zwiększyć x 2)
  • łyżka słodkiej wędzonej papryki
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonego kuminu
  • 1 ½ łyżeczki soli morskiej (użyłam wędzonej w płatkach)
  • 2 łyżeczki kakao kakao
  • 250ml piwa (dowolnego, mając wybór wybrałabym może wyraźnie słodowe lub ciemne)
  • 180ml sosu barbecue*
  • 2 łyżki octu np. winnego (u mnie domowy jabłkowy, który jest łagodniejszy, więc dałam 3 łyżki)
  • 1 ½ łyżki przecieru lub koncentratu pomidorowego
  • 2 łyżeczki ostrego sosu chilli (tabasco, harissa, azjatycki, itd. - u mnie ten ostatni)
  • opcjonalnie: ½ – 1½ łyżeczki sosu sojowego**

Dobę (u mnie 1,5 dnia wcześniej) przed pieczeniem wymieszać przyprawy suche (chilli, paprykę, sól, kakao, korzenie) i natrzeć dokładnie mięso. Umieścić w szczelnym pojemniku lub woreczku na mrożonki, włożyć do lodówki.

Następnego dnia wyjąć mięso z lodówki co najmniej 30 minut przed gotowaniem. W dużym, żaroodpornym garnku wymieszać wszystkie pozostałe składniki na sos (w przypadku opcjonalnego sosu sojowego – patrz uwagi poniżej). Zagotować, zdjąć z ognia, umieścić w garnku mięso, obrócić kilka razy w sosie. Przełożyć do piekarnika nagrzanego do 160 st. (u mnie termoobieg) i piec ok. 2,5-3h, obracając mięso co ok. 40 minut. Upieczone mięso porwać dwoma widelcami na włókienka (zrobiłam to bezpośrednio w garnku), wymieszać z sosem. Podawać np. z puree (ziemniaczanym lub dyniowym/z korzenia pietruszki) i surówką typu coleslaw. A następnie – enjoy!


Nie wiem, czy muszę dodawać, że mięso na zimno świetnie się sprawdza w kanapkach…? I zastanawiam się także, czy dodatek drobno zmielonej kawy nie byłby wskazany na etapie nacierania przyprawami. Może następnym razem?

* U mnie domowy, który ma wyrazisty, skoncentrowany, ostrawy i dość słony smak (dlatego bardzo dobrze się nadaje na samodzielną marynatę do grilla). Gotowe sosy bywają jednak łagodniejsze, bardziej słodkie niż słone/pikantne.

** Proponuję spróbować najpierw samego sosu barbecue, potem mieszanki, w której będzie gotować się mięso. Jeśli sos wydaje się wyraźnie słony, sos sojowy nie będzie potrzebny. Jeśli nie, należy go dodać do smaku.

czwartek, 14 stycznia 2016

Pączki w moim życiu istniały dotąd dwojakie: tradycyjne drożdżowe, które smakują mi właściwie tylko a/domowe, b/na świeżo po usmażeniu, c/bez lukru ;) oraz hit dzieciństwa, tj. tzw. francuskie (które kiedyś muszę wreszcie zrobić). Oczywiście, były jeszcze Bauerkrapfen, ale to to samo, co drożdżowe, tylko wywrócone na drugą stronę. Pączki z dziurką oznaczają dla mnie doughnuts, tj. pączki amerykańskie, i znałam je tylko od strony Dunkin' Donuts (które nie mam pojęcia, czy w PL w ogóle jeszcze istnieje?) w połowie lat 90-tych. Nigdy jakoś szczególnie mi nie smakowały (choć krem bawarski w jednym wariancie był całkiem, całkiem ;), więc nie wiem, czemu tak do mnie przemówił wpis Deb Perelman (Smitten Kitchen). Poza tym, że przyciągnęły mnie zdjęcia brązowych oponek ułożonych jedna na drugiej, bardzo spodobał mi się wstęp do wpisu: że cider doughnuts to coś, co się sprzedaje (i je) na nowojorskim targu jesienią, ale smak kupnych pączków zawsze autorkę rozczarowuje. Niestety, moja wizyta w NYC odbyła się za wcześnie (pierwsza połowa września), więc ominęły mnie słynne stosy jabłek i świeżych soków jabłecznych, o których czytałam dawno temu u Kasi, no i właśnie pączków na bazie ww. soku. Albowiem cider w amerykańskiej odmianie angielszczyzny, to nie to samo, co na Wyspach – to niefiltrowany sok, nie alkohol (nazywany w USA hard cider).

Gdy zdecydowałam się na wyciągnięcie frytkownicy, co następuje góra dwa razy do roku (nie tylko dlatego, że rzadko smażymy na głębokim tłuszczu, ale też ze względu na to, że nie znoszę jej myć), zaplanowałam pączki „zwykłe” (z ½ porcji) oraz połówkę tych na soku jabłecznym. Dopiero potem przeczytałam na temat schładzania ciasta na blaszkach w zamrażarce i potem w lodówce (zawsze wtedy się zastanawiam, czy naprawdę wszyscy mają chłodziarki skrzyniowe? Do mojej zamrażarki wchodzi góra format A4), co sprawiło, że nie podzielam opinii Deb, że to „dużo mniej kłopotliwe pączki, niż drożdżowe”. Może to kwestia podejścia (albo posiadanego AGD).

Jeśli chodzi o smak, byłam zaskoczona, bo nigdy czegoś takiego nie jadłam. Zasadniczo to są usmażone ciasteczka, i tak właśnie smakują. Nie są bardzo słodkie. Najlepsze na świeżo/na ciepło, ostatecznie następnego dnia, ale dłużej bym nie przechowywała, bo z każdym dniem są coraz bardziej suche i ciasteczkowe – chyba, że to komuś nie przeszkadza ;). M oznajmił, że dla niego są pozbawione wyróżniających cech dodatnich (tak naprawdę powiedział selling point ;)) w stosunku do pączków drożdżowych, i trochę go rozumiem. Może po prostu brakuje Union Square, czerwonych liści na drzewach i majaczącego w tle mojego ukochanego budynku Chryslera [szloch]? Uważam jednak, że warto spróbować, z ciekawości i, rymując, dla uroku nowości. Zastanawiam się jednak cały czas, jak by smakowały po prostu upieczone. Aha, wycięte dziurki się nie marnują.

Podaję składniki jak u Deb (zasadniczo nic nie zmieniałam w składzie, poza tym, że podzieliłam wszystko na ½, a pączków wyszło proporcjonalnie trochę więcej).

Składniki:

  • ½ szklanki niefiltrowanego soku jabłkowego (kupnego lub z sokowirówki)
  • 3 ½ szklanki mąki (albo ok. 530-560g)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki soli
  • 1/8 łyżeczki (lub hojna szczypta) gałki muszkatołowej
  • 4 łyżki miękkiego masła
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże jaja
  • ½ szklanki maślanki
  • olej (ok. 2 litrów) do smażenia
 do posypki:
  • cukier drobny lub puder (kilka łyżek), opcjonalnie zmieszany z cynamonem (ilość zgodna z upodobaniami)

Sok jabłkowy przelać do rondelka, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować, aż całość się zredukuje o połowę, czyli do ok. 1/4 szklanki. U mnie zajęło to ok. 20 minut. Odstawić do wystudzenia.

Wymieszać suche składniki (mąkę, spulchniacze i przyprawy), odstawić na bok. Mikserem utrzeć masło i cukier na miękki krem. Dodać jaja, ubić na gładko, zmniejszyć obroty miksera i dodać sok oraz maślankę. Na koniec wmieszać mąkę itd. - ciasta nie należy długo wyrabiać, tylko tyle, by składniki się dobrze połączyły. Ciasto będzie dość lepkie, ale nie może być płynne, w razie potrzeby podsypać mąką.

Następnie należy masę schłodzić; jeśli temperatura jest wyraźnie ujemna, można wykorzystać siły natury i np. balkon ;). W przeciwnym razie proponuję podzielić ciasto na 2-4 części (w zależności od tego, jak pojemną macie zamrażarkę, ja użyłam 2 desek do krojenia na ciasto z ½ składników), przełożyć każdą na np. deskę/małą blaszkę wyłożoną omączonym pergaminem lub matą silikonową, ponownie omączyć i rozpłaszczyć dłońmi na ok. 1-1,25cm grubości. Przełożyć do zamrażarki na ok. 20 minut. Następnie wyciąć koła o średnicy ok. 7,5-8cm i korzystając z małej wykrawaczki lub kieliszka wyciąć w nich dziurki. Wykrojone pączki (oraz wycięte dziurki) położyć z powrotem na ww. deskach/blaszkach i schłodzić tym razem w lodówce przez ok. pół godziny.

Smażyć we frytkownicy, zgodnie z instrukcją obsługi urządzenia, lub w szerokim garnku (olej powinien mieć temperaturę ok. 180 st. C) – ok. minutę po jednej stronie i tyle samo po drugiej w przypadku pączków z dziurką, „dziurki” można smażyć trochę krócej. Pączki krótko osączać na talerzach wyłożonych ręcznikami papierowymi i od razu oprószać wybranym cukrem.

środa, 30 grudnia 2015

Przyznajcie się, zostały Wam ciasta świąteczne? U nas jest mniejsza połowa Christmas Cake i mały kawałek piernika, przy czym oba ciasta są ozdobione żurawiną w cukrze. Pomysł na taką jadalną dekorację wymyśliłam sobie, jak zazwyczaj, przeglądając internet (swoją drogą, nie miałam wcześniej pojęcia, że z żurawiny można zrobić prawie wszystko ;). Wszystkie przepisy (np. ten) wyglądały na banalnie proste. I są, z efektu byłam zadowolona, miałam jednak problem z przechowaniem gotowego produktu. Wydawało mi się, że dobrze wysuszyłam owoce, i że w plastikowym pojemniku b/p przeżyją cztery dni do Wigilii. Niestety, albo jednak ich nie wysuszyłam, albo szczelny pojemnik im szkodzi, bo przez noc się zapociły i już następnego dnia większość cukru z żurawin opadła. Jako osoba, wiadomo, uparta, spróbowałam jeszcze raz, tym razem trzymając owoce cały czas w naczyniu bez przykrycia i potem ostrożnie pakując gotowe ciasta (czyt. starając się zostawić dostęp powietrza). Przeżyły w ten sposób podróż do stolicy, a nawet parę dni po tej podróży ;).

Uwaga: syrop, którym zalewamy żurawiny, można po odcedzeniu wykorzystać np. do wody sodowej lub jako bazę innych napojów (z % lub bez), np. świetnie smakuje w połączeniu z niesłodzonym sokiem żurawinowym zmieszanym z sokiem z 1/2 lub 1 pomarańczy (opcjonalnie zakropionym rumem).

Składniki:

  • 1 szklanka cukru (może być częściowo brązowy)
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka żurawiny (może być wielkoowocowa)
  • 2-3 łyżki cukru (zwykłego)
  • 2-3 łyżki cukru drobnego

Wodę i cukier wymieszać, zagotować, lekko przestudzić. Zalać syropem umytą żurawinę, odstawić na co najmniej 8h w raczej chłodnym miejscu (nie musi być lodówka, może być np. spiżarnia/nieogrzewane pomieszczenie). Owoce osączyć z syropu na sitku (syrop zachować, patrz wyżej), następnie przełożyć do szerokiej miski lub innego głębszego naczynia, w którym można je ułożyć w jednej warstwie. Przesypać dokładnie ok. 2-3 łyżkami zwykłego białego cukru, odstawić do wyschnięcia na kilka h, następnie czynność powtórzyć z cukrem drobnym. Owoce powinny wyglądać tak, jak na zdjęciu powyżej. Dokładnie wysuszoną żurawinę wykorzystać jako dekorację (jak na poniższym zdjęciu piernika), jeść solo zamiast cukierków lub użyć w owsiance/płatkach śniadaniowych.

 

niedziela, 06 grudnia 2015

A więc... Korzenny Tydzień po raz kolejny. Czasem zastanawiam się nie tylko nad tym, czy dam radę zorganizować zabawę i czy ktokolwiek będzie chętny brać w niej udział, ale czy uda mi się wymyślić coś pt. wkład własny, co nie będzie powtórką z rozrywki z lat poprzednich. W tym roku mam parę pomysłów, część bardziej oryginalna, część mniej – ile zrealizuję, zobaczymy ;).

Na pierwszy ogień idzie danie śniadaniowe, nad zdjęciami którego wielokrotnie wzdychałam przeglądając np. Pinterest. Mowa o pieczonym omlecie, po angielsku nazywanym Dutch baby czy też German pancake (bo też od niemieckojęzycznych imigrantów - Pennsylvania Dutch, gdzie Dutch to zniekształcona forma Deutsch – pochodzi). W idealnym świecie lub w restauracji każda osoba dostaje swoją patelenkę z jednoosobowym omletem – w realiach domowych robi się jeden omlet do podziału ;). Piekarnik daje to, że a/ nie trzeba stać na kuchenką i pilnować omletu/przewracać go, b/ładnie wyrasta do góry, nawet na ścianki patelni, choć jak się przekonałam, to ostatnie zależy od stosunku ilości ciasta i pojemności naczynia, o czym niżej. Smak zasadniczo jest taki, jak w tzw. grzybku (czy w jego zdekonstruowanej wersji, tj. Kaiserschmarrn'), przypomina też trochę Yorkshire pudding (ale już nie omlet pieczony z owocami).

Przepis z którego skorzystałam (plus wprowadziłam drobne zmiany), pochodzi ponownie z najnowszej książki Nigelli, tj. Simply Nigella. Spotkałam się niedawno z opinią, że zdjęcia w tej książce są zbyt proste, za mało wystylizowane i przez to za mało zachęcające. Mam zupełnie inne zdanie: zdjęcia są proste, jasne, nieprzeładowane, ale nie ascetyczne, kadry zaś nieprzypadkowe. Ujęcie na którym jest Dutch baby wyjątkowo do mnie przemawia („Zjedz mnie” ;).


Jak widać na moich zdjęciach, zrezygnowałam z elementu, który dodaje oryginałowi wizualnej atrakcyjności, tj. cukru pudru. Mój omlet także tylko muska ścianki, a to dlatego, że podzieliłam składniki na ½, by uzyskać dwie nie za duże porcje, patelnię zaś mam dość dużą. Z pewnością w opcji podwójnej efekt jest bardziej imponujący ;).

A skąd korzenie? A więc w oryginale był dodatek gałki muszkatołowej, ale przy drugim podejściu zamieniłam go na przyprawę do piernika, i ta wersja mi bardziej smakuje. Powtórzyłam także aromat korzenny w owocach stanowiących dodatek do omletu.

Składniki (2 porcje):

  • 2 jaja*
  • 50g mąki
  • 75ml mleka
  • ½ łyżki cukru
  • hojna szczypta przyprawy do piernika (lub gałki muszkatołowej, ale polecam to pierwsze)
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii (lub odrobina ekstraktu)
  • 15g masła
  • Do podania: dowolne owoce, wymieszane ze szczyptą przyprawy jw., syrop klonowy

Nastawić piekarnik na 220 st. C (termoobieg) i wstawić do środka patelnię (najlepiej żeliwną lub stalową o średnicy ok. 20-22cm). Jaja dokładnie ubić z cukrem (najlepiej mikserem), dodać pozostałe składniki, poza masłem. Wyjąć nagrzaną patelnię, rozpuścić na niej masło, wlać od razu ciasto na omlet, umieścić z powrotem w piekarniku (u mnie na poziomie 2 od góry) i piec do 16 minut (lub aż omlet będzie rumiany - tak, jak lubicie). Podawać od razu z dodatkiem owoców, wcześniej obranych/pokrojonych i wymieszanych z przyprawą użytą do omletu. Do tej pory próbowałam wariantu kiwi-pomarańcza oraz jabłko-gruszka. Ciepło myślę o czerwonych sycylijskich pomarańczach lub klementynkach :).

* Mnożąc porcję x 2 dla ok. 4 osób wystarczy dać 3 jaja.

PS. Ponieważ dziś Mikołajki a może ktoś pamięta zeszłoroczne drzewko adwentowe: w tym roku była forma prostsza, tj. tylko pudełko...


sobota, 28 listopada 2015

Sos barbecue zimą? Czy to ma sens? Jak najbardziej! Bo kto powiedział, że grillować trzeba na zewnątrz – w końcu jest patelnia grillowa czy piekarnik, a w tym ostatnim właśnie chłodniejszą porą roku przygotowuję wiele obiadów. Takim sosem można posmarować mięso, warzywa korzeniowe czy nawet tofu przed pieczeniem, można go także wykorzystać jako dodatek do posiłku. Nie zmarnuje się ;).

Przepis (oryginalnie Iny Garten, zwanej przeze mnie "Panią Sól Koszerna") znalazłam jakiś czas temu na blogu Smitten Kitchen (który lubię ze względu na styl pisania Deb – rzadko się zdarza, bym nie uśmiechała się przy lekturze), ale początkowo zablokował mnie brak sosu hoisin. Po namyśle, jak już go zdobyłam i użyłam, myślę, że można by spróbować użyć mieszanki powideł i np. pasty miso...? Do innych składników też podeszłam kreatywnie, bo m.in. musiałam (alergia w rodzinie) zastąpić czymś miód i sos Worcestershire (zawiera ryby, tj. anchois). Z miodem nie było problemu (użyłam brązowego cukru) a zamiast sosu, po długim namyśle, dałam namoczone suszone grzyby. Sos tak czy inaczej wyszedł świetny, gościom także smakował (niektórzy nawet zabrali go na wynos... ;) - ale przy takiej ilości umami w składzie w sumie trudno się dziwić. A więc - oto moja wersja.

Składniki (na ok. 600ml sosu):

  • 1 mała cebula (u mnie czerwona)
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 1 szalotka (opcjonalnie)
  • 2 łyżki oleju
  • ½ szklanki* przecieru pomidorowego
  • ½ szklanki łagodnego octu jabłkowego
  • ½ szklanki miodu lub brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • ok. 4-5 większych, suszonych grzybów, drobno pokruszonych i zalanych gorącą wodą (do 100ml łącznej objętości)
  • ½ szklanki ostrej musztardy
  • ¼ szklanki jasnego sosu sojowego
  • ½ szklanki sosu hoisin
  • ¾ łyżki chilli
  • ½ łyżeczki kuminu
  • łyżeczka słodkiej wędzonej papryki

* szklanka = 240ml

Zacząć od zalania grzybów, odstawić na co najmniej pół godziny. Następnie zeszklić drobno posiekaną cebulę, czosnek i ew. szalotkę na oleju. Dodać pozostałe składniki (grzyby razem z wodą z namoczenia). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować na małym ogniu przez ok. 30 minut, mieszając co jakiś czas, bo sos lubi przywierać do dna. Gotowy sos można krótko zmiksować. Po wystudzeniu przechowywać w lodówce, podobno można także mrozić.

Zapisz

poniedziałek, 14 września 2015

Przy okazji wpisu prowansalskiego wspominałam na temat galaretki pomidorowej w Lourmarin. Tak się składa, że na wyjazd przywiozłam Mamie książkę Tygrysy w porze czerwieni (Tigers in red weather), w której bohaterka przygotowuje ww. galaretkę na przyjęcie (Floryda, tuż po II Wojnie Światowej). Co się dzieje z potrawą w książce nie zdradzę, bo Tygrysy... warto przeczytać, a o swojej chęci odtworzenia smaków prowansalsko-amerykańskich sobie przypomniałam przy okazji sierpniowych pomidorów. Rzecz w tym, że galaretka w Lourmarin smakowała sokiem ze świeżych owoców, nie gęstym koncentratem. Jeśli macie swój ulubiony sok pomidorowy, który nie smakuje ani trochę ketchupem, pewnie można go użyć, choć mimo wszystko bym go rozcieńczyła. Pomidory jednak nie zrobiły jeszcze addio, więc czemu nie użyć świeżych? I owszem, swój niedbale odcedziłam, stąd skutek uboczny w postaci dekoracji z pestek, która jednak całkiem mi się podobała optycznie, a w smaku nie przeszkadzała ;).

Składniki (za TYM przepisem, z innymi nieco proporcjami i świeżym sokiem):

  • 500ml soku świeżo wyciśniętego z dojrzałych, soczystych pomidorów (ok. 5 średnich sztuk)
  • 6-6,5 listka żelatyny, 
  • 2 łyżki soku z cytryny, 
  • 7 kropli tabasco, 
  • 3/4 łyżeczki sosu Worcestershire, 
  • 3/4 łyżki cukru

Wycisnąć sok z owoców (najlepiej w sokowirówce*), odstawić na 1-2h (jeśli nie ma upału, może stać w temp. pokojowej pod przykryciem; z jakiegoś powodu lepiej smakuje, jeśli trochę postoi). Zamieszać, odlać połowę soku, namoczyć w nim żelatynę, aż zmięknie (użyłam 6,5 listka, bo miałam jeden dodatkowy ułamany płatek, wydaje mi się jednak, że 6 by wystarczyło). Osobno podgrzać niemal do wrzenia pozostały sok. Zdjąć z ognia, dokładnie wmieszać namoczoną żelatynę. Zimny sok, w którym moczyła się żelatyna, wymieszać z pozostałymi składnikami i połączyć (stopniowo, stale mieszając) z gorącą zawartością rondelka. Przelać do lekko natłuszczonej foremki, wystudzić, schłodzić co najmniej kilka h w lodówce. Przed podaniem zanurzyć na chwilę dno foremki w gorącej wodzie.

* Jeśli Wam nie zależy na wyjątkowej klarowności, sprawdźcie, czy w urządzeniu nie zostało trochę samego miąższu, którego 1-2 łyżki można wymieszać z sokiem. Jeśli obawiacie się, że wpadły do środka pestki, a nie chcecie uzyskać dekoru jw., przecedźcie sok przez drobne sitko, ostatecznie - jedną warstwę gazy.

Składniki wyglądają znajomo? Pewnie, bo gdyby dodać wódkę, byłaby Krwawa Mary ;). Galaretka świetnie smakuje jako przystawka ze świeżymi, chrupkimi warzywami, ale okazało się, że również bardzo dobrze pasuje do serów (nie tylko ostrych kozich, ale i twarogu), a plastrami można przekładać... kanapki! Pewnie to kwestia przyzwyczajenia, ale osobiście najbardziej smakuje mi lekko skropiona cytryną, ew. delikatnym octem (np. jabłkowym).

środa, 14 stycznia 2015

Czasem żałuję, że doba nie jest z gumy: pozwalałoby to zrealizować więcej ambitnych planów, takich jak różne wpisy na blogu. "Ambitność" moich planów zresztą nie zawsze wiąże się z czasem (czy też jego brakiem), a raczej wynikają ze zbyt pochopnej oceny sytuacji. Tata często mi mówił "nie mów hop (dopóki nie przeskoczysz)". Ale... kto mówi hop po fakcie? I po co :)?

Tak było z tymi ciasteczkami. Wiele razy chciałam zrobić "klonowe ciasteczka z pekanami" z Domestic goddess i wyhamowywałam przy ekstrakcie klonowym. Nigella kupiła go (teraz już śmiało można powiedzieć, że ponad 10 lat temu) w nowojorskich delikatesach Dean & Deluca. Postanowiłam, że ja też tak zrobię. Potem uznałam, że wykrawaczka w kształcie liścia klonu ("pamiątka z Vermontu") będzie do nich jak raz. Na koniec oznajmiłam, że upieczone ciasteczka pojadą z nami w podróż. I jak się skończyły wszystkie trzy plany? "Nie mów hop", albo "a gucio".

Dean & Deluca od dawna nie sprzedaje ekstraktu klonowego - ale się doczytałam, żeby po prostu użyć dobrego, ciemnego syropu (dawny "grade B", albo nawet C; obecnie ten "bardzo ciemny i mocny"). Wykrawaczka na nic się nie przydała, bo ciasteczka mają konsystencję do lepienia, a nie wałkowania. A co do podróży... no cóż. Jeszcze nie miała miejsca, a po ciasteczkach zostały tylko zdjęcia...

No i przepis, od razu ze zmianami. Poza tym, że ciasteczka szybko znikają, mają tą zaletę, że robi się je bardzo szybko. Robiłam z 1/2 porcji (1 blacha). Szczypta soli to mój dodatek, ale polecam.

Składniki:

  • 250g miękkiego masła
  • 125g drobnego brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • łyżeczka jak najlepszego ciemnego syropu klonowego
  • 350g mąki
  • po 1/2 łyżeczki sody i proszku do pieczenia
  • 2 szczypty soli
  • ok. 35 połówek orzechów włoskich lub pekanów

Utrzeć masło z cukrem i syropem na puszystą masę. Wmieszać mąkę, spulchniacze i sól, utrzeć na gładką masę. 2 duże blaszki wyłożyć papierem do pieczenia lub silikonem. Odrywać kawałki ciasta wielkości orzecha włoskiego, formować kulki, układać na blaszkach w odstępach kilku cm, lekko spłaszczać np. ręką i ozdabiać połówką orzecha. Piec ok. 15-17 minut w 170 st. C. (termoobieg). Studzić na kratce.

Nie martwcie się, że umrzemy po drodze z głodu - w końcu tradycyjnie i tak powinny być ciasteczka owsiane ;).

środa, 29 października 2014

Jak pisałam parę dni temu, dania dyniowe w tym roku są kapryśne. W przypadku słodyczy z dyni mogłabym ująć to szerzej: że w ogóle odbieram je jako kapryśne. Poza piernikiem dyniowym, pieczonym wieki temu, żadne mi tak naprawdę nie smakowały, a zeszłoroczne podejście do pumpkin pie należy zaliczyć do porażek. Podobnie jak – utrzymując się w klimatach USA - próbę zrobienia syropu do kawy, po którym została mi pewna ilość mleka skondensowanego. Postanowiłam je wykorzystać w krówce (a tak właściwie tworowi zbliżonemu, tj. fudge), z tego przepisu. W skrócie: nawet po pobycie w zamrażarce warstwa wierzchnia pływała i chlupotała. Ponieważ z zasady nie marnuję jedzenia, zacisnęłam wargi, potupałam nogą i... postanowiłam dodać jajo i masę upiec. Ku mojemu zdziwieniu, coś nawet wyszło, i okazało się jadalne, choć wybijający się smak masła orzechowego M jednak przerósł. Ja po kilku kawałkach w końcu doszłam do tego, z czym kojarzy mi się konsystencja ciasta: z brownie. Skoro to wersja jasna, to blondie, i patrząc na skład, ma to sens.

A więc: oto blondie dyniowe z przypadku. Uwaga: być może dałoby się masę upiec bez spodu, w foremce wyłożonej pergaminem.

Składniki: 150g herbatników, najlepiej digestive; opcjonalnie: ok. 1-2 łyżek posiekanej czekolady (gorzkiej lub deserowej); 75g stopionego masła; 300g skondensowanego mleka (niesłodzonego); szklanka cukru; 1/2 szklanki puree z pieczonej dyni; 1/2 szklanki masła orzechowego; 1/4 łyżeczki przyprawy korzennej (np. do piernika); 120g białej czekolady; 1 jajo; garść orzechów (u mnie laskowe i pekany*)

Mleko podgrzać z cukrem, aż dokładnie się rozpuści. Odstawić do wystudzenia. Z ciasteczek, czekolady i masła przygotować spód jak do sernika londyńskiego, przygotowaną tortownicę (ze ściankami lekko natłuszczonymi masłem lub olejem) schłodzić w lodówce. Czekoladę stopić na parze, wymieszać dokładnie (najlepiej trzepaczką) z mlekiem, dynią, masłem orzechowym i przyprawą do piernika, na koniec dodać jajo i orzechy. Masę przelać na przygotowany spód. Piec w 180 st. C ok. 35 minut. Wystudzić przed krojeniem i przechowywać w raczej chłodniejszym miejscu.

* W końcu miało być amerykańsko (swoją drogą, moje pierwsze skojarzenie z pekanami to Zabić drozda).

Pozostając kulinarnie w tych Stanach (ale czy dynia się o to nie prosi...?), pamiętacie, jak pisałam o whoopie pie? Otóż doczytałam się, że krem białkowy (marshmallow fluff), o którym nawet za bardzo wolę nie myśleć ;), wcale nie jest niezbędny: równie często w przepisach na te wypieki pojawia się krem na bazie serka śmietankowego. Moje dyniowe babeczki przygotowałam na podstawie tego przepisu, jednak cukier w nadzieniu zredukowałam o 1/3 i wyszło moim zdaniem optymalnie słodko. Whoopie smakują i wyglądają jak whoopie, choć są o jakąś ½ mniejsze od tego w Vermoncie ;). Moim skromnym zdaniem zresztą prezentują się całkiem estetycznie, choć oczywiście to ten sam typ urody, co reprezentują owsiane ciasteczka XXL czy muffiny: czyli na pewno nie ten sam biegun, co cukiernictwo francuskie ;). Jak jednak zawsze powtarzałam, cukiernik ze mnie żaden...

Uwaga: robiłam z ½ ilości oryginalnego przepisu, i tak tu podaję.

Dyniowe whoopie pies

Składniki: Ciastka: 1,5 szklanki** mąki, po ½ łyżeczki: soli, sody, proszku do pieczenia, mielonego imbiru; 1 łyżeczka cynamonu; hojna szczypta gałki muszkatołowej (najlepiej świeżo mielonej); ½ szkl. cukru; ½ szklanki drobnego brązowego cukru (u mnie tym razem jasny muscovado); ½ szklanki oleju; 1,5 szkl. Schłodzonego puree z dyni; 1 duże jajo; ½ łyżeczki esencji waniliowej
Krem: 1 szlanka przesianego cukru pudru; 30g miękkiego masła; 225g schłodzonego serka śmietankowego; łyżka ciemnego syropu klonowego; ½ łyżeczki wanilii, jak poprzednio, lub hojna szczypta mielonej

** 240ml

Przygotować ciastka: wymieszać suche składniki w misce, osobno roztrzepać mokre z cukrem. Połączyć suche z mokrym, wymieszać dokładnie, ale nie za długo. Wyłożyć dwie blachy pergaminem lub matami silikonowymi, nagrzać piekarnik do 180 st. C. Nakładać 5cm kleksy z ciasta łyżeczką lub za pomocą rękawa cukierniczego (zachowując odstępy, bo rosną). Piec ok. 12 minut, do suchego patyczka lub aż brzegi lekko się zrumienią, a wierzch może lekko popękać. Studzić na kratce.

Aby przygotować krem, utrzeć miękkie masło z cukrem, dodać serek, syrop klonowy i wanilię, ubić na gładką masę (najlepiej mikserem). Przekładać (dość obficie) wystudzone ciastka, dobierając je w pary wg rozmiaru i kształtu. Schłodzić ok. 30 minut przed podaniem. Przechowywać w lodówce.

Co wybieracie :)? PS. Wpis w ramach akcji Bei - Festiwal Dyni.

niedziela, 21 września 2014

Jechaliśmy wiosną do Warszawy i, w ramach zabawiania kierowcy, przeglądałam na komórce stronę Via Michelin pod kątem restauracji gwiazdkowych w Nowym Jorku. M zasugerował, że może wreszcie spróbowalibyśmy pułapu najwyższego, bo trzygwiazdkowego. Odrzuciliśmy restauracje azjatyckie, uznając, że w końcu jedziemy do USA, nie do np. Japonii czy Korei, a następnie wyeliminowaliśmy sieciówki. Nie takie w rozumieniu McDonald's, ale takie restauracje, które są tylko jednym z elementów portfolio danego restauratora. Został nam Chef's Table przy Brooklyn Fare.

Opis typu „tylko kilkanaście miejsc siedzących, siedzisz i patrzysz, jak szef/właściciel gotuje” bardzo nam się spodobał. Wyglądało na to, że od wpływów azjatyckich się nie ucieknie, bo szef kuchni ma słabość do kuchni japońskiej, serwuje głównie ryby/owoce morza, także surowe. Zmartwił mnie aspekt rezerwacji – dzwonić (i tylko dzwonić) w określone dni, z 2-miesięcznym wyprzedzeniem, a szansa, że się uda, jest niewielka. Uznałam jednak, że skoro udało mi się z Chateaubriand, to chociaż spróbuję. Poza tym przeczytałam gdzieś komentarz klientki „dodzwoniłam się za 50 razem” i tyle razy postanowiłam, że też zadzwonię. Nie było to koniecznie – dodzwoniłam się „już” za 22. Z tym małym „ale”, że na pierwszy z obstawianych terminów już nie było miejsc. Kolejne należały do innego terminu telefoniczno-rezerwacyjnego, za tydzień. Mój rozmówca, czyli Carlos - tak swoją drogą, to pierwsze zetknięcie się z amerykańskim zwyczajem (nad)używania imion własnych – spytał jednak, skąd dzwonię i się zamyślił nad odpowiedzią: „Z Polski. W Europie”. Koniec końców, w drodze wyjątków, wstępnie zrobił nam rezerwację na kolejny tydzień, a ja byłam dumna jak paw. Sama rezerwacja była jeszcze kilka razy potwierdzana mailowo (wymagana jest karta kredytowa), dostałam też szczegółową instrukcję obsługi ;) („nie spóźniać się, mamy dress code, proszę poinformować o ew. alergiach/szczególnej diecie, ale i tak ich raczej nie uwzględnimy” - bezglutenowi weganie raczej nie mają czego tam szukać). Tak czy inaczej, w piątek 12 września, odstawieni prawie jak na wesele i bardzo podekscytowani, dotarliśmy na Brooklyn. Na wstępie wyłączyliśmy komórki, zgodnie z fragmentem instrukcji mailowej („zakaz robienia notatek, zdjęć i używania telefonów wewnątrz restauracji” - dlatego też jest to recenzja niemal bezzdjęciowa, jeśli pominąć widoczek z okolicy). Myślałam, że kilka h później wyjdziemy z wypiekami na policzkach i przez całą drogę w metrze będę zajmować się aplikacją Notatki, zapisując jak najwięcej wrażeń. Tymczasem...

Zjedliśmy ok. 17 dań (ale przyznaję, że przestałam liczyć chyba przy nr 7). Pierwszych 4-5 to było sashimi, czyt. na jeden kęs. Kolejnych ok. 4 – na ok. 2-3 kęsy. Dania główne (szt. 3) były nieco większe, tzn. wielkości małych przystawek w standardowej restauracji. Deserów było także ok. 4. Napoje: woda, wino (w 2 zestawach degustacyjnych lub na kieliszki/butelki), kawa do deseru. Co zapamiętałam: brioszkę z niemal surowym tuńczykiem; mus z jesiotra z kawiorem (który dymił – jeden z dwóch elementów teatralnych); bulion dashi, z foie gras i czymś a la krem na dnie (danie z cyklu „dziwne, coraz dziwniej”, czyt. nie chciałabym powtarzać); mus z shiso, czyt. pierwszy deser. Pamiętam, że były poza tym gdzieś przegrzebki, kaczka i wołowina; kurki; grzyby; czarny bez; czekolada (drugi element teatralny – kula po stopieniu odsłaniająca lody). I to by było na tyle, jeśli chodzi o kulinarne wspomnienia. Olśnieniem był chyba tylko mus z jesiotra, a to, w moim odczuciu, trochę mało – i jak na kilkanaście dań, i na ***, i sławę. Wszystko było, zaznaczę, smaczne – i może tylko bulionu wolałabym nie powtarzać ;) - ale bez efektu 'wow'. Zestaw czterech win degustacyjnych można sobie właściwie darować – pomijając to, że 50% to były rieslingi, i może nieinwazyjne (cyt. M), ale niespecjalnie coś wnosiły (zestaw 6-ciu win, poza ww. czterema, zawiera kieliszek szampana i wino deserowe).

Jeśli chodzi o inne wrażenia z restauracji: nie liczcie na tzw. wystrój, bo go nie ma ;). Chyba, że typowa kuchnia restauracyjna, ze stalowymi blatami, wiszącymi (miedzianymi!) garnkami itd., was kręci wizualnie. Z zewnątrz trudno trafić, bo drzwi są niespecjalnie oznaczone, a szyby zaciemnione – ogólnie mijając lokal ma się wrażenie, że to wejście na zaplecze, może dla dostawców. Pomysł z siedzeniem wokół wyspy przed właściwą, otwartą kuchnią, wydaje mi się fajny, choć nie każdy kucharz pewnie ma ochotę gotować przed publicznością, i to taką, która śledzi każdy ruch (i do tego tematu jeszcze wrócę). Goście są zapraszani na dwie tury – o 18:00 i 18:45, potem o 21:00 i odpowiednio 21:45. Oznacza to, że wszystkie dania dla danej grupy wydawane są o tej samej porze i powinny być jednocześnie zjadane. Sala mieści 18 osób, i wszystkie miejsca były zajęte, przy czym nasza „grupa” składała się na 8 osób. Jedna para z tury wcześniejszej się mocno spóźniła – zostali przyjęci, ale włączeni do posiłku od momentu, w którym się pojawili, czyli ok. 5 dania. W chwilę później okazało się, że państwo nie przeczytali maila z instrukcją, bo nie poinformowali restauracji wcześniej, że jedno z nich nie jada wołowiny. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że pan po prostu straci kolejne danie, ale jednak byliśmy w USA: zaimprowizowano dla niego coś innego. Rozglądając się po lokalu, zauważyłam, że inne szczegóły maila gdzieś umknęły – dla mężczyzn zalecono „strój oficjalny biznesowy”, ale choć marynarki na ramionach były, nie nazwałabym ich szczególnie oficjalnymi, na krawaty zaś panował nieurodzaj. Niemniej jeden mężczyzna (spóźnialski niejedzący wołowiny), który przyszedł bez marynarki, otrzymał ją od obsługi, i został grzecznie poproszony o założenie.

Na sali, poza gośćmi, znajdowało się sześć osób: czterech pracowników w kuchni, w tym szef Cesar Ramirez, kelnerka między wyspą dla gości a kuchnią, oraz krążący z tyłu sommelier (mówiący z bardzo silnym francuskim akcentem). Kelnerka była sympatyczna, choć, jak cała obsługa Chef's Table, na dystans, zwłaszcza wg standardów amerykańskich. Sumiennie, choć krótko (czas w końcu gonił), odpowiadała na pytania (np. moje o wszystkie jadalne kwiaty przy sashimi). Okrążała także salę, pytając, czy wszyscy wyrażają zgodę na zjedzenie foie gras. Pracownicy kuchni, poza Ramirezem, nie udzielali się wśród klientów. Szef kuchni jednak uważał za swój obowiązek czasem podać komuś danie (w milczeniu) lub przejść się po sali i pouprawiać small talk. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że się do tego zmusza, wiedząc, że goście tego oczekują, ale i sam nie ma na to ochoty, i nie bardzo umie to robić. M był zadziwiony, że osoba, która nie nawiązuje łatwo kontaktów, i nie można nazwać jej „ciepłą i otwartą”, wybrała taki model restauracji. Podobno jednak teatr nie istnieje bez publiczności... albo przyjęta formuła nie była jego własnym pomysłem. Na plus dla całego nastroju: choć może surowo i chłodno, nie jest, w moim odczuciu, pretensjonalnie, i jeśli coś/ktoś psuło nastrój, to nie obsługa, a niektórzy goście.

Choć po przeczytaniu powyższej epistoły możecie mieć wrażenie, że żałuję całej eskapady – tak nie jest, bo było to nowe doświadczenie, i gdybym z niego świadomie zrezygnowała, żałowałabym potem. A jednak nieśpieszno mi do testowania kolejnych trzygwiazdkowych restauracji, i nie chodzi tylko o finanse, czy brak takich miejsc w naszym kraju ;). Zastanawiam się po prostu, czy nie jest tak, że na pewnym poziomie różnice w jakości są minimalne, a w każdym razie, nie takie, by uzasadniały szum, zabiegi wokół uzyskania rezerwacji, i, oczywiście, płacone sumy.

Dla porównania: 2 dni wcześniej, w kilka godzin po powrocie do Nowego Jorku z Vermontu, niemal przypadkiem trafiliśmy do The Spotted Pig. „Niemal przypadkiem” oznacza, że poprzedniego dnia przypomniałam sobie, że czytałam wzmiankę o tej restauracji na blogu Manger. Obejrzałam stronę i menu, całość wyglądała jak brytyjski pub serwujący lepsze jedzenie, „a, taki gastropub, no to idźmy”. Po drodze do NY sprawdziłam w przewodniku lokalizację na mapie i zobaczyłam info o jednej gwiazdce Michelin. „Ups” było reakcją M.

- I jesteś pewna, że nie przyjmują rezerwacji?

- Tak, jestem pewna, sprawdzałam na stronie. Spróbujmy po prostu wyjść wcześniej, najwyżej pójdziemy gdzieś indziej...

Byliśmy ok. 18:15 i stolik dostaliśmy z miejsca, ale „pub” szybko się zapełniał (ok. 21, przepychaliśmy się najpierw do wyjścia i potem przez kolejkę, stojącą przed drzwiami). Zamówiliśmy łącznie cztery „talerze” - mniejsze dania, ale w zupełności wystarczą za pełen posiłek, może zostawiając miejsce na deser (nam zostało ;). Hitem były gnudi z ricotty (podobno ich danie flagowe), rillettes wieprzowe (sympatyczny dwumetrowy kelner zgiął się w pół, by spytać, czy wiem, co zrobić z daniem ;) i deser M – placek limonkowy. Słabym punktem były sery (jak niestety często bywa) i, zdaniem M, sałatka ze świńskim uchem (choć moim zdaniem to po prostu kontrowersyjne danie). Piliśmy i domowego bittera (jak się okazało, robionego dla restauracji... na Brooklynie), i rose, też podobno brooklyńskie. Jedzenie było bezpretensjonalne, obsługa - mimo pełnego obłożenia – sprawna i sympatyczna, a cała atmosfera... jak w pubie, tyle, że większość gości siedziała, a nie stała przy barze. Przyznaję, że nigdy nie byłam w tak wyluzowanej restauracji gwiazdkowej, i całkiem mi się to podobało. Dodatkowym plusem (dla siedzącego przodem do kuchni M, niestety ja jej nie widziałam) była April Bloomfield, szefowa restauracji, uwijająca się w fartuchu. Zachęceni informacją na rachunku, że A girl and her pig Bloomfield jest do kupienia na miejscu, wyszliśmy z książką z autografem pod pachą – w końcu muszę teraz zrobić te gnudi ;).

Gdybym miała wybierać jeszcze raz, poszłabym ponownie do The Spotted Pig, albo pokrewnej restauracji. To nie znaczy, że było idealnie, bo pewne rzeczy, także w jedzeniu, bym zmieniła, ale... Arek na FB zasugerował, że to przesyt tzw. „fine dining”. Ja jednak zastanawiam się, czy rozwiązaniem nie byłoby coś pośredniego. Czyżby M miał rację, mówiąc, żeideałem jest restauracja dwugwiazdkowa, aspirująca do trzech gwiazdek?A może nie tędy droga...? Używając angielskiego powiedzenia, oto „food (sic) for thought”.

 
1 , 2 , 3
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna