Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: recenzje

piątek, 25 listopada 2016

Holandia – myślałam – to kanały i rowery. „Z grubsza jak Belgia: Brugia czy Gandawa, tylko może trochę inna architektura”. Po niecałych trzech dniach spędzonych w Utrechcie i Delft mam ochotę powiedzieć „kanały kanałami, rowery rowerami, ale jednak jakoś… inaczej”. Może się mylę, ale tym, co najbardziej mi się podobało w tych dwóch miastach była zrelaksowana, swobodna atmosfera. Ludzie sprawiają wrażenie, że się nie spieszą (i zresztą obsługa w sklepach czy restauracjach jest często wolniejsza, o czym niżej), są przy tym bardzo mili (jak to ujął M, „milsi niż standard”). Utrecht jest miastem uniwersyteckim, więc oczywiście wszędzie widzi się wiele młodych osób, ale poza tym na ulicach jest sporo dzieci: na rowerach, w wózkach czy cargo bike’ach rodziców, a także starszych osób, w tym młodzieżowo i często ciekawie ubranych pań z niefarbowanymi, siwymi włosami… i tak, jeszcze w temacie rowerów, w dzień powszedni ok. 8:30 czasem trzeba długo czekać na możliwość przejścia na drugą stronę ulicy, aż ustanie ruch na jezdni. Ten na dwóch kółkach ;). W praktyce łatwo wtopić się między mieszkańców i spędzić cały dzień chodząc po parkach, średniowiecznych uliczkach, zaglądając do prywatnych domów (co jest wyjątkowo łatwe ze względu na rozmiar okien), wracając na starówkę i siadając z piwem czy kawą w jednej z licznych kawiarni, najlepiej przy stoliku na zewnątrz, niezależnie od temperatury, bo Holendrzy zdają się być nieźle zahartowani. Podsumowując: wiem, że to teoretycznie Duńczycy słyną z hygge (sztuki dobrego życia, w dowolnym tłumaczeniu), ale… Może to po prostu zaraźliwe ;).

A poza kanałami i rowerami, widoczki na komputerze i w mojej głowie: łyski na kanałach, dużo zieleni (i wszechobecna jarzębina), secesyjne kamienice i słynne wielkie okna parterowe. W moich wspomnieniach są także muzea, bo przez trzy dni byłam w pięciu ;), w tym w manufakturę porcelany w Delft i Kastel de Haar w okolicy Utrechtu, albo „zamku Rothschildów”. Gratka dla fanów pałaców, do których się nie zaliczam, a jednak zwiedziłam posiadłość z przyjemnością. Jednym powodem mógł być ładny teren wokół zamku i piękny słoneczny dzień, ale drugim raczej coś, co zauważył M: że dzięki np. nałogowemu oglądaniu Opactwa Downton i tym podobnych produkcji inaczej patrzymy na prywatne domy arystokracji, które jeszcze do stosunkowo niedawna były zamieszkane i „normalnie” używane. Uwaga: więcej zdjęć z wycieczki zamieściłam „na żywo" dwa tygodnie temu na Instagramie.

Spożywczo liczyłam na powtórkę z Brugii (którą zapamiętałam bdb zwłaszcza ze względu na ryby/owoce morza jedzone codziennie), jednak Holandia okazała się nieco inna. Być może to kwestia pory roku (zimny listopad a nie ciepły kwiecień), ale najlepiej z pobytu zapamiętam… zapach potraw smażonych na głębokim tłuszczu. Następnym razem będę wiedziała, że gdy zachce mi się świeżego, skądinąd b. smacznego kibbeling z frytkami, tj. lokalnej wersji fish & chips podanej z sosem (czy też sosami – np. ravigotte, majonezowo-octowym z kaparami), to o ile nie będziemy wyjątkowo wyposzczeni, rozsądnie będzie zamówić jedną porcję na spółkę, bo wtedy prawdopodobnie wszystko damy radę zjeść ;). Smażone są także tradycyjne krokiety, serwowane zazwyczaj na pieczywie, jako alternatywa dla kanapek i… szczerze mówią myślę, że podpadają pod to, co Brytyjczycy nazywają acquired taste ;).

Udało nam się jednak zaliczyć udaną kolację w Heron, o którym wyczytałam na całkiem przydatnej stronie Explore Utrecht (polecam też konto na Instagramie). Restauracja działa od dopiero paru miesięcy, położona jest blisko centrum Utrechtu, ale jednak poza ścisłą starówką, w cichej uliczce wśród domów mieszkalnych… czyt. raczej trzeba o niej wiedzieć, by trafić. A jednak gdy wychodziliśmy, było prawie pełno.

Menu – jak we wszystkich miejscach, gdzie jedliśmy – było tylko po niderlandzku. Kelner zostawił nas na kilka minut z kartą, byśmy korzystając ze znajomości kilku języków europejskich domyślili się ile damy radę. Udało się mniej więcej z połową, bo np. to, że pompon (pompoen dokładnie) to dynia, sami nie wpadliśmy ;). Dużym plusem była dla mnie część pt. „piąta ćwiartka” (dosłownie) z podrobami, konkretnie tym razem szpikiem i racicami. Ogólnie kuchnię można podsumować „sezonowo i lokalnie”, za co kolejny plus.

Warto zapisać, co zjedliśmy po kolei, bo dania były nietypowe:

- amuse bouche: krem z bakłażanów, „własnoręcznie przygotowany latem” przez ekipę Heron, podany z chrupką, prażoną kaszą gryczaną (wciąż myślę, jak ją odtworzyć), chleb na sodzie i smarowidło: mus jabłkowy na wieprzowinie (smaczny i dla osób, które, jak ja, raczej unikają smalcu, też coś do zapamiętania na użytek domowy). Rozbroił mnie właściciel, który na początku nas obsługiwał - gdy powiedziałam, że „ta posypka z kaszy jest świetna”, uśmiechnął się bardzo szeroko: „Tak, wiem”.

- przystawki: bulion rybny dla M (bardzo esencjonalny, z dużym dodatkiem wędzonej ryby) oraz dla mnie trzy głęboko smażone (tak, tak, tu też, tylko cicho westchnęłam na widok talerza ;) lokalne ostrygi z ciekawą wariacją nt. ravigotte, z dodatkiem wodorostów;

- dania główne: M gołąbek jumbo z kapusty włoskiej nadziewany wątróbką drobiową oraz dla mnie (najsłabsze w całym zestawieniu) danie wege: dynia z serem kozim i czerwoną kapustą, gdzie było po prostu za dużo dyni.

Cała kolacja trwała całkiem długo, bo obsługa nie działa w pospiechu, co jednak wydaje mi się (po jeszcze paru restauracjach w Utrechcie) lokalnym standardem i pasuje do ogólnej zrelaksowanej atmosfery. Heron to miejsce do którego chętnie bym wróciła, gdyby jeszcze kiedyś było mi po drodze.

Z innych plusów kulinarnych: przywiozłam smaczny ser (kozi, dwuletni) z Delft ze sklepu Henri Willig, i wypróbowałam parę dobrych lokalnych piw. W Utrechcie też nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem źródła dobrej kawy (łatwiej moim zdaniem niż w Brugii), a koleżanka mnie zapewniała, że to zresztą holenderski standard. Nie byłam jednak w żadnej knajpie surinamskiej, nie spróbowałam prawdziwych speculoos, loempia czy paru innych rzeczy... po prostu jest powód, żeby wrócić ;).

Zapisz

czwartek, 29 września 2016

Kilka lat temu zamieściłam post o restauracjach w Bad Hofgastein, który cieszył się całkiem sporą popularnością (np. znajomi rodziców okazało, że go czytali przed wyjazdem na narty, „bo wyskoczył z Google”). Warto dodać, że z trzech wówczas polecanych restauracji wciąż chodzimy tylko do jednej (Bertahof), która przez ten kilka lat moim zdaniem poprawiła poziom. Włoska knajpa zmieniła właścicieli (ale poprzedni założyli bistro połączone ze sklepem, do którego zaglądamy na kieliszek wina lub po oliwki na wynos), zaś do Tröpferl niestety się zraziliśmy. Swoisty ;) poziom trzyma jednak Austria, o której wspominałam przy innej okazji.

Podczas tegorocznych pobytów w Gasteinertal (myślę tu też o nartach) zebrałam też trochę wrażeń kulinarnych po sąsiedzku, kilka km dalej, w Bad Gastein i uznałam (za namową M), że czas na kolejny wpis. Jak na tradycję przystało, będzie też „trójkowy”.

Chronologicznie, a więc cofając się do tegorocznej zimy: jechaliśmy przez samo centrum Bad Gastein, czyt. okolice dworca, basenu i stacji kolejki na Stubnerkogel, a właściwie snuliśmy się za autobusem w śniegu. Z braku zajęcia rozglądałam się na boki i w pasażu handlowym po lewej stronie zauważyłam nowy lokal. Zdążyłam tylko zobaczyć fragment nazwy „Coś tam beans" (fasolki, ale tu: ziarna), i mignęło mi wnętrze a la kawiarniane. No, jak bardzo, bardzo mała kawiarnia. Niemniej, nabrałam nadziei, że może być to źródło tego, co rozumiem przez dobrą kawę (co by sugerowało, że było to w drugim tygodniu pobytu, kiedy już nasyciłam się i Braunerem, i kawą z ekspresu automatycznego ;)). Wkrótce okazało się, że miałam rację. Mowa bowiem o The Blonde Beans, miejscu założonym przed dwie Szwedki (obecnie, żeby było bardziej międzynarodowo, kawę serwuje także nowozelandzki mąż jednej z nich ;). Ponieważ punkt powstał w miejscu byłego sklepu jubilerskiego, „Fasolki” (bo taką mają u mnie przezwisko) działają głównie na wynos: miejsc siedzących jest dla góra czterech osób, i raczej lubiących bliski kontakt z innymi. Gdy jest ciepło, parapet na zewnątrz może pomieścić jeszcze ok. 2-3 sztuk. Menu jest krótkie: codziennie 2 dania lunchowe, z czego jedno wege/jarskie, poza tym kanapki i słodycze i, przede wszystkim, kawa. Flat white zimowe miało potencjał, ale za dużą pojemność, letnie jest jednak idealne bez żadnych dodatkowych instrukcji dla baristy. No, w końcu formuła podobno przywędrowała właśnie z Nowej Zelandii… ;) Aha, warto do The Blonde Beans zajrzeć wtedy, kiedy Anna ma świeżo upieczone bułeczki cynamonowe (patrz: zdjęcie ^^). Na semla się niestety nie załapaliśmy… jeszcze ;): wszak zima nadchodzi!

Utrzymując się w temacie kawiarni: rok temu zauważyłam, że budynek elektrowni niedaleko wodospadu, w „dolnej” części miasta, sprawia wrażenie odnowionego. Kilka miesięcy później obiło mi się o oczy, że owszem, remont miał miejsce, dzięki czemu powstała nowa kawiarnia, o bardzo stosownej nazwie: Kraftwerk. Gdy zobaczyłam zdjęcia wnętrza, zrozumiałam, że muszę je odwiedzić: jest to gratka i dla fanów stylu (post)industrialnego, i miłośników retro, i techniki. W skrócie, za wystrój należy się piątka (także za zostawienie starych kafelków na podłodze). Sporem plusem jest też lokalizacja, zwłaszcza jeśli lubi się wodospady (jak blisko ten się znajduje, łatwo ocenić na zdjęciu ^^) – choć osobiście powiedziałabym, że Bad Gastein jest w ogóle malownicze, zwłaszcza w miejscach, z których nie widać piętrowego parkingu miejskiego lub centrum kongresowego. Menu kawiarni to napoje (także alkoholowe), ciasta w stylu domowym i drobne dania typu sałatki, makarony, itd. Jedliśmy tylko ciasto (kelnerka poszła się wcześniej dowiedzieć, jakie jest – do wyboru był Apfel- lub Schokokuchen) i piliśmy kawę: jak na Braunera przyzwoitą, ale jest to zdecydowanie Brauner, nie podwójne espresso, jakiego bym się spodziewała w opisanych powyżej „Fasolkach”. Może kiedyś jak będę miała znowu ochotę popatrzeć na zegary i maszynerię, spróbuję czegoś wytrawnego.

Jako nr 3, większy gabaryt: restauracja Rossalm. Gdybym regularnie zjeżdżała na nartach ze Stubnerkogel do Bad Gastein, mijałabym lokal po prawej na samej końcówce przed stacją kolejki i parkingiem. Ponieważ jednak nie lubię tej trasy, przez kilkanaście lat zjechałam tam… całe dwa razy ;), a Rossalm wskazał mi M, gdy ruszaliśmy na szczyt równoległy do Stubnerkogla: „O, to to miejsce, dokąd chciałaś pójść”. Rzeczywiście, chciałam, po wiosennej lekturze artykułu nt. kulinariów w Bad. Restaurację chwalono a recenzowana kuchnia wydawała się ambitniejsza od przeciętnej. Ponieważ na trasie mieliśmy strategicznie umieszczoną gablotkę z menu, zatrzymaliśmy się by rzucić na nią okiem, i ze zdziwieniem przeczytaliśmy godziny otwarcia: tylko piątek-niedziela, i nie za długo. A że akurat zaczynał się weekend… M miał wątpliwości, czy po paru godzinach wspinaczki w pełnym słońcu będziemy się prezentować hmmm, restauracyjnie, ale zwróciłam uwagę na prosty wygląd lokalu (drewniana chata), „sportową” lokalizację i to, że możemy w końcu siedzieć na zewnątrz.

Gdy po ok. 4 godzinach dotarliśmy na lunch, okazało się, że to siedzenie na zewnątrz jest faktycznie wskazane, bo wewnątrz jest nieco zbyt elegancko (czyt. przytłumione światło, szkło i białe obrusy) jak na nasze odzienie i powysiłkową aparycję; zresztą, wyjątkowo letnia aura się aż prosiła o posiłek al fresco. Zajęliśmy więc stolik w cieniu z widokiem na miasto, i skupiliśmy na wyborze dań. Podobało mi się, że większość pozycji w karcie stanowiła nowoczesną wariację na temat austriackiej klasyki, okraszona kuchnią międzynarodową (jak przystawki, na które się zdecydowaliśmy). I tak zjedliśmy zupę z batata z przegrzebkiem (ja), tatara z łososia (M), duszone mięso jelenia (M) oraz Tafelspitz, tj. cielęcą sztukę mięs (ja). Co rzadko się zdarza, do smaku żadnego dania nie mogłabym się przyczepić: po prostu wszystko było smaczne, nawet tatar rybny, który zazwyczaj mnie w restauracjach rozczarowuje (i właściwie przestałam go zamawiać). Jak to ujął M, był doprawiony, ale smak ryby nie został zabity (co w moim odczuciu ma miejsce prawie zawsze). Chyba najbardziej mi się podobał Tafelspitz, od sposobu podania mięsa z wywarem w naczyniu wiadomej firmy ;) plus dodatki (m.in. jabłko z chrzanem, smażone ziemniaki, szpinak) w mniejszych naczyniach, na zasadzie „zrób to sam”. Od razu przypomniał mi się bardzo stary Pyrex, w którym dostałam siostrzane danie, tj. blanquette de veau, w Benoit. No cóż, nie tylko w kategorii „estetyka” Rossalm wygrywa z paryskim bistro. Aha, warto zauważyć, że porcje – jak na dość elegancką formułę zwłaszcza – są raczej duże; M musiał mi pomóc dokończyć mięso.

Z minusów: zmieniłabym proporcje niektórych dań, np. w mojej przystawce było za dużo zupy w stosunku do przegrzebków (bo była dosłownie jedna sztuka ;); w obu daniach M trochę za dużo się działo, jeśli chodzi o kleksy sosów/dekoracyjne a jadalne dodatki (jest to coś, co b. często mi przeszkadza w restauracjach, z lokalnych przykładów w Bertahof często się zdarza). Sztuce mięs też towarzyszyło sporo rzeczy, ale ze względu na formę podania a la jednoosobowy bufet, trudno narzekać na nadmiar. Kolejna sprawa: nie sprawdzałam dokładnie, ale nie rzuciło mi się oczy wiele dań wegetariańskich poza (przypuszczalnie) zupą, jakąś sałatką i deserami; frakcji bezmięsnej radziłabym wcześniejsze sprawdzenie menu. Obsługę oceniam jako obojętną – poprawną, ale nieco za mało zaangażowaną i chłodną; uśmiech i parę słów od siebie w ramach np. rekomendacji naprawdę sporo zmieniają (tu tęsknie myślę o marcowym Londynie, zwłaszcza Harwood Arms...). Wreszcie, niestety: oblany Bublotest ;). Wszystkie te negatywy uważam jednak za drobiazgi i z dużą chęcią do Rossalmu wrócę, np. sprawdzić, jak wygląda w zimowym wydaniu… i jak odświeżają Kasnockn’ czy Tiroler Gröstl, moje ulubione lokalne dania z patelni. Muszę tylko koniecznie pamiętać, żeby przed takimi konkretami darować sobie już przystawkę ;).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 23 maja 2016

Jakiś czas temu podczas pobytu w Warszawie wybraliśmy się z rodziną do restauracji gruzińskiej. M (kierowca) zamówił lemoniadę estragonową. Napój był niepokojąco zielony, ale smakował całkiem nieźle. Mama wzięła łyk i oznajmiła: „Anyż!”. Miała rację, bo mój ukochany estragon francuski (wspominałam o nim wielokrotnie, choćby przy okazji „kurczaka myśliwego”) ma wyraźnie anyżowy posmak – co dla mnie jest ogromnym plusem i nie widzę sensu używania innego estragonu.

Niedawno planowałam przygotować domową lemoniadę estragonową, ale ostatecznie aura nie była wystarczająco letnia (i do chłodnika, i do napojów chłodzących musi być, w moim odczuciu, jednak bardzo ciepło). Zrobiłam więc napój wyskokowy ;). Jakiś czas temu czytałam o basil smash*, koktajlu na bazie ginu; swoją wersję nazwałam tarragon smash. Uwaga, całość jest wyraźnie anyżowa, ale poniżej opisałam też wersję delikatną.

Składniki (1 porcja):

  • 45ml (3 łyżki) ginu,
  • 7,5ml (pół łyżki) pastis**,
  • garść estragonu francuskiego,
  • łyżeczka cukru,
  • woda sodowa i lód,
  • sok z 3/4 limonki (lub do smaku)

Estragon rozetrzeć tamperem w szklance (ok. 250-300ml) z cukrem i sokiem z limonki, odstawić na parę minut. Dodać alkohol, wymieszać, dopełnić schłodzona wodą sodową. Opcjonalnie dodać lód. Podawać od razu.

** W wersji łagodniejszej pominąć lub zastąpić ginem (ew. można spróbować z limoncello?).

Przypominam także innego blogowego „smasha” z procentami, tj. truskawkowego: sezon owocowy już tuż, tuż!

* Dwa dni temu trafiłam do lokalu, w którym można napić się właśnie basil smash (i innych smacznych koktajli – uwaga, są też takie bezalkoholowe), tj. warszawskiego Baru Wieczornego. W trzy osoby udało nam się całkiem sporo przetestować (właściwie było nas czworo, ale E. skupiła się na Młodym Ziemniaku i innych wódkach artystycznych)… choć do ginu z bazylią w końcu nie doszłam, bo inne propozycje za bardzo kusiły (np. drinki z nutą kwiatową – różane czy lawendowe – czy bogata kolekcja moich ulubionych sours). Duży plus za niewielkie, kameralne wnętrze z kolekcjonerskimi plakatami teatralnymi (i klimatyczny dziedziniec) oraz miłą, pomocną obsługę. Polecam, jeśli szukacie miejsca na wieczorne wyjście.

środa, 09 marca 2016

7 lat minęło jak jeden dzień… Tzn. 7 lat od ostatniego pobytu w Londynie. Jeszcze wcześniejsze miały miejsce w poprzednim stuleciu. W związku z tym podczas czterech dni spędzonych w brytyjskiej stolicy w dużym stopniu odwiedzaliśmy to, co znane a dawno niewidziane. Taki był powrót do kościoła St. Bartholomew's, który ostatni raz widziałam w rusztowaniu; na cmentarz Highgate, który zwiedzałam prawie 20 (!) lat temu w upale, a teraz trzęsąc się z zimna; do działu ceramiki V&A (Muzeum Victorii i Alberta), który w 2009 r. był w trakcie renowacji. Jak zawsze rozczuliłam się na widok Nelsona na Trafalgar Square (jak byłam mała, uwielbiałam ten pomnik – chyba fascynował mnie kontrast między wysokością kolumny na „malutką” postacią na górze).

To nie znaczy, że klasyczne zwiedzanie nie objęło niczego nowego: spełniłam swoje marzenie, tj. wieczór w operze w Covent Garden. Co prawda, marzenie zakładało obejrzenie baletu, ale to już jakaś ostatnio prawidłowość, że z baletami mi nie po drodze terminowo. Trafiłam też po raz pierwszy do National Portrait Gallery. Swego czasu zaliczyłam większość londyńskich muzeów, ale to akurat pominęłam, uznając za nieinteresujące („nie lubię biografii”). Wątpię, bym tam wróciła, bo faktycznie niezupełnie jest to moja bajka (wciąż nie lubię biografii), ale nie sposób nie podziwiać brytyjskiego muzealnictwa: wykonania, przygotowania, a przede wszystkim kopalni wiedzy oraz materiałów za tym stojącej. Podczas krótkiej i pobieżnej wizyty paru ciekawych rzeczy się dowiedziałam (choćby na temat kobiet-pionierek w służbie zdrowia, tj. Mary Seacole – mniej znanej, niż Florence Nightingale – czy Elizabeth Garrett Anderson). Zupełnie przypadkiem (poszukując prezentu urodzinowego) trafiłam też do Hatchards, tj. „najstarszej księgarni Wielkiej Brytanii”. Nie ukrywam, że choć regularnie kupuję prawdziwe (papierowe) książki i nie uznaję czytników, robię to właściwie wyłącznie internetowo. Często też kupuję używane książki. Hatchards wygląda jednak tak, jak powinna wyglądać moim zdaniem księgarnia: ma kilka pięter, drewniane schody, jest ciemna, ciekawe pozycje są wyłożone zachęcająco na małych stolikach. W dziale podróżniczym stoi kolekcja globusów. Aż chce się zwinąć w kłębek w fotelu w kącie i czytać. Aha, i witryna jak z Dickensa.

Kultura kulturą, ale co z jedzeniem? Tu także było parę udanych powrotów i kilka wyczekanych nowości. A więc wróciliśmy na Borough Market, który choć także w częściowym remoncie, jest i większy, niż parę lat temu, i znacznie bardziej popularny. Mając na uwadze komfort zwiedzania może lepiej wybrać się rano? W porze lunchu w niektórych miejscach było nieprzyjemnie tłoczno, a kolejka do Monmouth Coffee, które chciałam odwiedzić, mnie niemile zaskoczyła (jeszcze bardziej zdziwiona byłam, że była dwukrotnie dłuższa, gdy wróciliśmy pod kawiarnię po zjedzeniu obiadu). Powrót na Borough oznaczał także powrót do Wright Brothers, i ostrygi były tak dobre, jak je zapamiętaliśmy (lub nawet lepsze), drugie dania jednak nierówne. Poprzedniego wieczora była także inna reaktywacja: kolacja w Harwood Arms, które w kilka miesięcy po tym, jak je odwiedziłam stało się „jedynym jednogwiazdkowym pubem”. Gwiazdkę przez te lata utrzymali i w moim odczuciu zasłużenie: wciąż w menu wyróżniają się ciekawe podroby/nietypowe mięsa (perliczka w dwóch postaciach, gołąb) i na drugim miejscu ryby/owoce morza. Do kart deserów niestety nie doszliśmy (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Obsługa jak poprzednio (i jak zresztą zazwyczaj w Londynie) przemiła, tym razem francuska.



Teraz nowości: po pierwsze, Nopi. Jak może pamiętacie, jestem fanką Jerusalem i choć ogólnie chciałam spróbować wydania restauracyjnego kuchni Ottolenghiego, miałam też pewne obawy (w skrócie takie, że ideał sięgnie bruku). Na szczęście, okazało się, że jest smacznie (nawet jeśli nie oszałamiająco). Formuła „małych dań” z zasady mi odpowiada, bo pozwala więcej przetestować. Z czterech dań, które spróbowaliśmy, pasowało nam zasadniczo każde, z naciskiem na dwa z nich (w przypadku M – sernik wytrawny, w moim – raki). A jednak nie wiem, czy bym chciała to powtórzyć, przy czym myślę o formule/klimacie restauracji, która nawet w części na parterze (indywidualne stoliki, piętro niżej jest tylko jeden wspólny stół – coś, czego osobiście nie lubię) jest mało intymna. Posiłek przebiega sprawnie, ale z konieczności dość szybko, bo już inni goście czekają na stoliki.



Po drugie: Ducksoup. O bio winiarni z ciekawym jedzeniem czytałam kilka tygodni przed wyjazdem, M jednak kręcił nosem, że wolałby coś innego, np. etnicznego. Ponieważ jednak do wybranej indyjskiej restauracji z sieci Dishoom była kolejka na 1,5 godziny czekania (!), spróbowaliśmy szczęścia kilka ulic dalej właśnie w Ducksoup. Miejsce jest ciemne, głośne i małe (a przede wszystkim wąskie: miałam skojarzenia z hiszpańskimi barami), ale o dziwo, znalazły się dwa miejsca na stołkach przy kontuarze. Do win bio szczerze mówiąc jeszcze się nie przekonałam – te w tej restauracji też wydawały się, hm, specyficzne, a spróbowaliśmy trzech różnych – ale bardzo smakowało mi jedzenie. To co mnie od jakiegoś czasu najbardziej interesuje, to prosta (ale nie przaśna) kuchnia z jak najlepszych składników. Tu próbowaliśmy m.in. jagnięcego serca, doprawionego bliskowschodnio, i młodego kurczaka gotowanego w mleku z szalotkami (oba dania na liście „do odtworzenia”).


Tyle, jeśli chodzi o główne posiłki, zostały jeszcze te pomniejsze. I tu powód, czemu słodycze nas w Harwood Arms nie kusiły: zjedliśmy wcześniej podwieczorek. Duży podwieczorek. W hotelu Savoy (który został wybrany drogą eliminacji, bo polecany przez Anię Claridge's był zajęty a termin mieliśmy tylko jeden i dość wąski). Innymi słowy, poszliśmy na klasyczne, tradycyjne afternoon tea, czyli coś, co co kusiło mnie od dawna. Teraz mogę z zadowoleniem pozycję skreślić na liście i… już nie powtarzać. Jak wygląda herbatka w Savoyu? Siedzi się w Thames Foyer na niskiej kanapce lub wyściełanych krzesłach i w ciągu ok. dwóch godzin konsumuje: kanapki w pięciu smakach (najbardziej smakował mi łosoś oraz kurczak z curry, tj. coronation chicken, najmniej pasta jajeczna), scones i clotted cream, drobne wypieki francuskie oraz ciasto. Ilość: do oporu, w miarę możliwości (my się oszczędzaliśmy, a i tak było nam odko), to samo dotyczy uzupełnianej herbaty. Nie jest to, w moim odczuciu, szczyt rozkoszy kulinarnych (najsmaczniejsze były wybrane kanapki i scones, bo wypieki jadałam znacznie lepsze), a raczej ciekawe doznanie kulturowe. Miłym zaskoczeniem było to, że sala (całkiem zresztą pełna) była zajęta nie przez np. grupy azjatyckich turystów, a raczej rodziny z dziećmi, matki z córkami, zakochane pary czy przyjaciół świętujących urodziny. Wiem, że są tacy, którzy regularnie (np. co rok, lub jak tylko mają okazję) wybierają się na odświętny podwieczorek, „kolekcjonując” w ten sposób słynne hotele lub restauracje, ale mnie jednorazowe zaspokojenie ciekawości wystarczy ;).


Po podwieczorku jest kolacja, a po wieczorem, po kolacji… Nie wiem, czy uwierzycie, ale piwo wypiłam tylko raz. Poszliśmy za to do nietypowego baru, w moim odczuciu pozycji obowiązkowej dla fanów klimatów retro i lat 40-tych. Mowa o Cahoots, które kryje się (dosłownie) przy Carnaby St w dawnym schronie z czasów wojny, a jest urządzone jak powojenna stacja metra, w której przypadkiem znalazł się bar. Z klimatyczną kartą drinków (m.in. sekcja „gwiazdy i gwiazdeczki”, a tam drinki nazwane na cześć Judy Garland czy Katherine Hepburn), mówiącą slangiem obsługą i innymi smaczkami (m.in. w toalecie leci program radiowy na temat cockneya). Rezerwacja jest konieczna – bez niej trzeba czekać na wejście bliżej nieokreślony czas.

Rano, zwłaszcza po dłuższym wieczorze a przed ciężkim dniem (spędzonym np. na targach – czasem trzeba zająć się pracą), może przydać się konkretne śniadanie. Choć wybraliśmy się na tzw. full English (klasyczne śniadanie w angielskim stylu, fasolka, boczek i s-ka, które zjadł M, bo ja zobaczyłam w karcie peklowaną wołowinę - salt beef - z jajkiem w koszulce…), topowym śniadaniem okazało się to w Dishoom (o którym wspomniałam wyżej). Sadzone jajo owinięte naanem to pomysł tak prosty a genialny, że nie wiem, jak wcześniej mogłam o tym nie słyszeć. Do tego dwie szklanki pysznego, pikantnego masala chai (które „nigdy się nie kończy”), sos chilli i krótko grillowane pomidory z kolendrą.

Chai? A co z kawą? Moja „googlomapa” składała się głównie z gęsto utkanych żółtych oznaczeń mniej lub bardziej znanych hipsterskich kawiarni. Ostatecznie zaliczyliśmy tylko trzy, a kawa (espresso) smakowało mi najbardziej we wspomnianym wyżej Monmouth – ale tym przynajmniej pozornie mniej obleganym na Covent Garden. Ogólnie jednak kawiarni w Londynie jest bardzo, bardzo dużo, a w popularnych miejscach jeszcze więcej.

Na koniec warto wspomnieć o pamiątkach z podróży, bo wiadomo, że spożywcze też przywiozłam. Skromnie, bo tylko parę sztuk ;) (chyba, że nasiona się liczą?) z Borough Market: dwa brytyjskie sery ze wspaniałego sklepu Neal's Yard Dairy oraz, bo jestem niepoprawna, dwa słoiki przypraw: baharat, której kiedyś mi już brakowało, oraz mahleb.

A teraz, jak już wszystko spisane, ciekawa jestem, kiedy kolejny powrót? Po cichu mam nadzieję, że szybciej niż za 7 lat ;).

czwartek, 07 stycznia 2016

Jakiś czas temu z ciekawością przeczytałam wpis na blogu Magazyn Kuchennyo ulubionych gadżetach i utensyliach kuchennych, i w myślach zrobiłam swoją listę „top 5” akcesoriów przydatnych, a niekoniecznie typowych. Potem z 5-tki zrobiła się 8-ka. Zanim jednak o niej napisałam, minęło – jak widać ;) - dużo czasu.

Pominęłam rzeczy (w moim odczuciu) oczywiste, takie jak trzepaczki, łopatki czy moździerz, wielkogabarytowe, typu ekspres do kawy czy mikser, a także naczynia kuchenne, typu patelnie. Zostały tzw. bajery, ale takie, których mi mniej lub bardziej brakuje, gdy gotuję poza własną kuchnią.

1. Miarki

Łyżki, kubki, dzbanki (których na zdjęciu nie widać, mam litrowy oraz półlitrowy). Prezenty ze Stanów (te bardziej zużyte), podarki od rodziców oraz tzw. pamiątki z wakacji. Wszystkie regularnie używane, do odmierzania przypraw, kasz, ryżu, no i oczywiście „szklankowych” przepisów amerykańskich. Najmniejsza to 1/8 łyżeczki.

2. Wagi

Jako aptekarska wnuczka, jak tylko zaczęłam gotować, zapragnęłam wagi. Pierwsza była zdobyczna, ręcznie regulowana, a więc średnio dokładna, potem już tylko elektroniczna (dwuzakresowa, bo jako leń przełączam na uncje przy przepisach Hamelmana). Najbardziej jednak przywiązana jestem do wagi łyżkowej (do 30g). Korzystam z niej regularnie do odmierzania kawy (jak widać na zdjęciu) do ekspresu, a także do drożdży, przypraw i innych drobiazgów. Ma tą zaletę, że jest bardzo dokładna. Tak bałam się, że kiedyś mi się zepsuje, że kupiłam zapasową ;).


Tzw. najważniejsze mamy z głowy. Teraz takie mniej istotne, acz przydatne...

3. Termometr spożywczy

OK, tak naprawdę mam ich kilka - jeden mieszka przy ekspresie i używam go tylko do kontrolowania temperatury spienianego mleka, drugi jest do wina i tylko sobie leży w szufladzie, a trzeci kupiłam w ramach cukiernictwa, a konkretnie temperowania czekolady. Choć nie jest idealny – są lepsze, bardziej zaawansowane i czułe, plus od razu zepsułam uchwyt do mocowania na garnku a z zastępczym kupionym przez M trzeba trochę się pobawić, lubię go za funkcję alarmu przy osiągnięciu zadanej temperatury. Ostatnio przydaje się także M w wędliniarstwie.


4. Mini tarka

Używam jej właściwie tylko do gałki muszkatołowej, ale za każdym razem się cieszę, że ją mam, bo a/ jej mini gabaryty z jakiegoś powodu mnie bawią, b/ nie znoszę bez potrzeby mnożyć naczynia do zmywania. Wyciąganie dużej tarki tylko do starcia szczypty gałki – za dużo zachodu, a takie maleństwo wystarczy tylko opłukać.

5. Podkładki („stopery”) pod pokrywkę garnka

'Lid sids' zachwyciły mnie w internecie – i pomysłem, i wykonaniem. Kto nie miał nigdy problemów z kipiącą zupą/ryżem/potrawką? Kto nie zostawił lekko uchylonej pokrywki, opartej o brzeg garnka i poszedł np. poczytać ulubione blogi, a pokrywka w międzyczasie się niestety zsunęła z powrotem? Te małe ludki zahacza się o brzeg naczynia, o ich plecy opiera pokrywkę i voila – stabilnie, nic nie kipi, garnek częściowo przykryty. A do tego buzia mi się sama śmieje, jak je widzę w akcji.

6. Nóż kolebkowy (siekacz)

Wkład Nigelli w moje życie, tj. kuchnię. Obejrzawszy ileś programów, w których sieka zioła/cebulę/chilli i inne, zachwalając swój nóż kolebkowy, jako szybki a wydajny, przy tym bezpieczny dla osób zgrabnych inaczej, uznałam, że to coś właśnie dla mnie. I faktycznie, sieka czy szatkuje się nim – w moim odczuciu – świetnie, przy tym jeszcze nigdy nie zrobiłam sobie nim krzywdy (czego nie da się powiedzieć o innych narzędziach kuchennych, np. bardzo ostrej tarce do cytrusów). Ostatnio z tego noża mniej korzystam, bo odkryłam tzw. nóż Deba, albo nóż szefa kuchni na miarę moich możliwości. Używając go jednak muszę znacznie bardziej się skupiać, np. na odległości palców od ostrza, niż przy siekaczu ;).

7. Szeroka łyżka do nakładania potraw

Tak naprawdę produkt ze zdjęcia nazywa się „łyżka do woka”. Dawno, dawno temu moja Mama gdzieś kupiła stosunkowo płaską a szeroką (a la szufla) łyżkę do serwowania. Długo szukałam zamiennika (tj. swojej łyżki); ta poniżej mogłaby być trochę większa, ale i tak bdb spełnia swoją funkcję (lepiej niż chochla) przy daniach półpłynnych, typu potrawki czy curry, a jemy ich bardzo dużo.

8. Silikonowe mieszadło do miksera

Choć mikser wyrzuciłam z listy, zostawiłam niestandardową, silikonową nasadkę, która towarzyszyła mojemu obecnemu mikserowi (Kenwood) i którą wiem, że można nabyć osobno: jeśli ktoś się waha, czy zainwestować w taki dodatek, warto! Świetnie uciera kremy, masy (np. na sernik) czy luźne ciasta - znacznie lepiej niż zwykłe mieszadło (bo m.in. bardzo dobrze zbiera wszystko ze ścianek miksera). M uważa, że to dzięki niej tegoroczny sernik świąteczny był wyjątkowo udany ;).

 A teraz oczywiście ciekawa jestem Waszych typów! Co znalazłoby się pierwszej 5-tce (lub 8-ce)?

wtorek, 22 września 2015

To, że lubię kawę oraz kawiarnie, to nic nowego. O austriackich wspominałam kilkakrotnie, np. w kontekście ich wystroju i tego, co nazywam „zapyziałością”. W Gasteinertal mamy kilka ulubionych, m.in. Café Gastun (Dorfgastein) czy Café Shuh (Bad Gastein), obie z obowiązkowymi pstrokatymi (wzorek geometryczny, wiek na oko co najmniej 20 lat) obiciami krzeseł i siedzisk. W obu kawiarniach bywają lokalni mieszkańcy, plusem Café Shuh jest specyficzny (szorstki w obyciu, ale bratanek M sprawił, że nawet się uśmiechnął) główny kelner (właściciel?). Do austriackiego Braunera się przyzwyczaiłam, choć nie jest to ten typ kawy, który lubię i pijam w warunkach domowych, podobnie zresztą, jak normalnie nigdy nie jadam tortów, a tu w kawiarniach mi się zdarza. Innymi słowy, przyciąga nas głównie atmosfera.



W zeszłym roku przypadkiem znaleźliśmy ulubione miejsce w Salzburgu, tj. Café Bazar, miejsce z tzw. historią. Lokalizacja nad rzeką, z widokiem na starówkę, duże, stare wnętrze, styl lekko Art Deco, duży ruch wewnątrz, ale znów głównie lokalny (sporo starszych osób, spotykających się towarzysko), gazety papierowe (!) na wieszakach, które stanowią popularną lekturę. Za pierwszym razem jadłam najlepszy w życiu Topfenstrudel (na zdjęciu powyżej). Kawa to znów Brauner – przyzwoity i mocny, ale niestety, jednak nie espresso.

Gdy parę dni temu spędziliśmy dobę w Wiedniu, powiedziałam M, że chcę pójść do paru kawiarni, przy czym zależało mi na kontrastach. Była więc i klasyka z historią, i nowa fala, tj. właściwie trzecia fala ;).

Café Central przegapiliśmy wędrując Herrengasse wzdłuż Palais Ferstel (kawiarnia mieści się na rogu budynku) i musieliśmy zawrócić, po drodze zaglądając z ciekawością do pasażu handlowego. Bardzo duże wnętrze jest dość ciemne, z wysokimi sufitami a lampy – skądinąd ładne – palą się chyba cały dzień, skoro były zapalone w słoneczny poranek. Architektura to zresztą w moim odczuciu największy plus lokalu. Obawiałam się, że miejsce z przeszłością", w którym się bywało niekoniecznie po to, by spożywać, będzie całkowicie oblegane przez turystów (z tego co czytałam, do Café Sacher ustawiają się kolejki), jednak przynajmniej trochę po 9 rano nie było tak źle, choć klientela rzeczywiście stanowi ciekawą mieszankę osób zwiedzających Wiedeń oraz... biznesmenów na spotkaniach. Obsługa jest sprawna, choć bezosobowa – czego zresztą się spodziewałam – i szybko dostaliśmy nasze „tradycyjne śniadanie” (patrz pierwsze zdjęcie): mały Brauner + kajzerka + jajo na miękko + rogalik + dżem i masło. Jak to przeważnie w takich miejscach bywa, ciasta najlepiej wybrać „na oko”, wędrując do oszklonej lady na środku pomieszczenia.


Coffee Pirates wyszukałam w internecie już jakiś czas temu, z myślą o znalezieniu miejsca z porządnym espresso („będziemy już stęsknieni”), myśląc więc bardziej o kawie niż o kawiarni. Google nie był wyjątkowo pomocny w tym względzie, tj. z pierwszej strony wyników wyłuskałam tylko to miejsce, i to właściwie po wstukaniu hasła coffee roasters. Gdybym miała liczyć na ślepy traf w znalezieniu takiej kawy, o jaką mi chodzi (takiej, jaką we Włoszech sprzedaje się w każdym kiosku z gazetami), co dziś można zrobić w dużych polskich miastach, Londynie lub w Nowym Jorku - raczej bym się przeliczyła. Piraci nie mieszczą się w ścisłym centrum Wiednia, za to rzut beretem od uniwersytetu, co zdawało się zresztą przekładać na wiek klienteli. Głód podwójnego espresso zaspokoiliśmy flat white, z upałem (33 st. C) dała sobie radę lemoniada, a na pamiątkę zabraliśmy firmową paczkę mieszanki ziaren. Nad stolikiem mogliśmy podziwiać zdjęcia właściciela poszukującego kawy „u źródeł” w różnych egzotycznych miejscach (Wietnam, Ameryka Południowa), przy stoliku poczytać o kawie miesiąca, w toalecie podziwiać kredowe graffiti takie, jak w stołecznej Bibułce. A jednak... cytując T-Love, „jest super, więc o Ci chodzi?”. Może o to, że tego typu kawiarnie to globalizacja w innym wydaniu: gdyby nie język dookoła, moglibyśmy być równie dobrze w Paryżu, NYC czy na warszawskim Mokotowie, bo choć nie są to sieciówki, to wokół są te same drewniane stoły, rowery, alternatywne zaparzacze kawy, brody i tatuaże, a menu i tak właściwie po angielsku ;). Brakuje mi oryginalności i kolorytu ściśle lokalnego, za to chętnie bym wyrzuciła te wszystkie syfony, wazoniki z wstążką* i cokolwiek, co zawiera nasiona chia/goji, bo chcę po prostu napić się kawy, bez ideologii w tle. Może jednak nie jestem hipsterem ;)? Choć przyznaję, że butelki z cold brew (o którym pisałam kilka lat temu jako o „kawie z koncentratu”, zanim wiedziałam, że to można inaczej nazwać...) mają fajne etykiety ;).



Czy wróciłabym do tych miejsc, tak jak jednak wracam do Café Bazar, gdybym przypadkiem znów znalazła się w Wiedniu? Gdybym była akurat w pobliżu a poziom kofeiny byłby niski, może, ale raczej nie wybrałabym się docelowo. Kawiarni w Wiedniu, bądź co bądź, jest pod dostatkiem, choć jeden typ wyraźnie przeważa nad drugim, i gdyby choć trochę zapatrzyli się na sąsiadów z południa, jeśli chodzi o serwowany typ kawy, byłoby idealnie – lub niemal perfekcyjnie, bo podobno ideałów nie ma. Co nie przeszkadza w marzeniach i poszukiwaniach, nawet jeśli własny mąż je kwituje z uśmiechem: „problemy pierwszego świata”. I pewnie ma trochę racji.

* Czyli Chemexy.

czwartek, 11 grudnia 2014

Po ostatniej wizycie w restauracji, której recenzję zamieszczam poniżej, zastanawiałam się nad tym, jak wiele czynników dodatkowych wpływa na naszą ocenę czy to posiłku, czy filmu, czy lektury. Wiele zależy od naszego nastawienia, pogody, towarzystwa, innych okoliczności. Przypuszczam, że dlatego (podobno, jeśli to nie mit czy stereotyp) krytycy kulinarni zamawiają wiele dań do spróbowania (żeby nie było, że mieli szczęście i trafili na dwa najlepsze) i często chodzą do restauracji w towarzystwie innych osób (by można było skosztować szerszej gamy potraw). Bo jeśli się spróbuje wszystkiego, co dana restauracja ma do zaoferowania, ma się podstawy do wydania opinii – stety lub niestety.

Do Enfant Terrible wybierałam się od otwarcia restauracji, czyt. od kilku miesięcy. Szefa kuchni-założyciela kojarzę z dawnych czasów forum Galeria Potraw, a już wówczas tworzył i fotografował dania ambitne oraz kontrowersyjne. Później pracował m.in. w Harwood Arms w Londynie, które wywarło na mnie dobre wrażenie podczas ostatniego pobytu. Śledziłam więc zmiany menu restauracyjnego, oglądałam zdjęcia potraw, zastanawiałam się, co bym zamówiła. Oglądając zestawy degustacyjne miałam wątpliwości, czy wybrałabym właśnie te dania, więc dzwoniąc, by zarezerwować stolik, miałam w głowie raczej menu a la carte. Przez telefon jednak dowiedziałam się, że w grudniu będzie serwowane tylko menu degustacyjne – świąteczne, „inspirowane kuchnią polską”. Później „u źródła” uzyskałam informację, że a la carte jest, ale tylko w porze lunchu. Na miejscu w restauracji okazało się, że... a la carte jest także wieczorem. Zaskoczona zdążyłam się już ucieszyć, gdy M oznajmił, że chce spróbować jednak degustacyjnego – pełnego, 7-daniowego, obejmującego całą grudniową ofertę, plus wina. Na to się zatem zdecydowaliśmy, po wyrażeniu zgody na (gorliwie zasugerowany) kieliszek szampana. Na sali było ciemno od garniturów, bo wygląda na to, że restauracja przyciąga w dużej mierze klientelę biznesową, także w porze kolacji (chyba, że to specyfika grudniowych „spotkań świątecznych”). Nie sądziłam, że eksperymentalna kuchnia wysoka (jak u Amaro czy w Tamce) jest aż tak popularna ;), ale może zadziałała magia Knajpy Roku?

Po paru h wyszliśmy z mieszanymi odczuciami. Jeszcze tego samego wieczoru myśląc o tym, jakie 3 potrawy bym wybrała sama, uznałam, że po samym a la carte byłabym bardziej zadowolona... ale wówczas byłby to ten łut szczęścia, i trafienie na lepszą mniejszą połowę ;).

Jeśli chodzi o wrażenia, zacznę od pozytywów.

+ dania: moje nr 1 – przegrzebek z kapustą x 2, na „grzanym winie” (sosie), wyrazisty i spójny (smakowo szczerze mówiąc bardziej skojarzyło mi się z francuską kuchnią wiejską (o, ta galette np.), niż polską, ale to uwaga subiektywna); nr 2 mógłby być matjas w dwóch postaciach (pierwsze danie w zestawie), przede wszystkim ze względu na świetny produkt; nr 3 (w moim odczuciu, bo M miał wątpliwości, czy nie nazbyt „domowa” w smaku, jak na formę podania i całą otoczkę) przepiórka z czerwoną kapustą i sosem z miodu (pitnego). Ponadto: chleb na zakwasie 13-letnim, a konkretnie jego miąższ (do skórki wrócę).

+ wino: podane do sandacza „jabłkowe”, Chardonnay Neuburg Koppitsch – którego początkowo nie mogłam znaleźć w karcie win na stronie, ale została przez ostatni tydzień uaktualniona. Z tej samej winnicy pochodzi „flagowy” restauracyjny Zweigelt. Rzeczywiście świetnie podkreślało jabłka w składzie dania, a aromat ma rzadko spotykany.

Teraz niestety będą minusy...

- dania niewymienione powyżej podpadały w moim odczuciu pod dwie kategorie: poprawne, o których się zapomina prawie od razu (desery; sandacza zapamiętałam tylko ze względu na wino), albo takie, które były źle w moim odczuciu skomponowane. M swoje zarzuty podsumował krótko: „Znowu za dużo się dzieje na talerzu”. Największe wątpliwości miałam do karpia, którego się od początku obawiałam, bo nie spotkałam się jeszcze z takim jego przyrządzeniem, które by mi smakowało (choć skoro raz – i tylko raz - udało się z foie gras, kto wie, może kiedyś...). Tu grzyby i gryka w dwóch postaciach (kleik i popcorn) skutecznie karpia przytłumiły ;), a też forma obróbki (rolada?) sprawiła, że na talerzu mogłaby być zupełnie inna ryba (albo i coś innego...). Nie trafiła mi także do przekonania „gala & pig” - zestaw galaretek m.in. o smaku kompotu z suszu oraz bardzo słony i twardy plaster boczku (podobno długodojrzewającego... ale obróbka termiczna zabiła charakterystyczny aromat tak wytwarzanej wędliny).

- wspomniałam powyżej o chlebie. Otóż na samym początku posiłku kelner przyniósł nam wybór trzech gatunków pieczywa, informując, że jest pieczone na miejscu „codziennie rano”. Na zestaw składały się: 2 x pszenna bułeczka w kształcie kłoska, b. mocno podgrzana, 2 kawałki bagietki oraz 2 kromki chleba na zakwasie. Ten ostatni, jak już pisałam, był najsmaczniejszy; niestety, źle go przechowywano po przekrojeniu bochenka, bo kromki były z jednej strony zeschnięte. Bagietka niestety za krótko wyrastała i miała za twardą skórkę. Bułeczka początkowo była smaczna, ale po ostygnięciu (jednej nie zjedliśmy od razu)... stała się twarda jak kamień, a mnie przyszedł do głowy Jeffrey Hamelman i jego opinia, że podgrzewanie (także mocne) tuszuje braki w pieczywie (bad bread should be eaten warm, even hot).

- wina dobrane do degustacji (poza wspomnianym powyżej) były rozczarowujące, bo a/z jednym wyjątkiem – białe; b/zazwyczaj niewiele wnosiły do potrawy, a „nie przeszkadzające” to dla mnie za mało; c/zabrakło wspomnianego wyżej Zweigelta Enfant Terrible, co mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się, że restauracja będzie się „własnym” winem chwalić. Zamiast niego jedyne (!) czerwonego wino, jakie zaserwowano, to Pinot Noir zupełnie innego typu, niż amerykańskie, którymi się niedawno zachwyciłam, czyli takie z jakim miałam do czynienia wcześniej i które sprawiało, że poważnie zastanawiałam się nad gustem Milesa. W przypadku jednej potrawy wino zastąpiono nalewką z rajskich jabłek, która miała, według kelnera, działać jako trou (nie zauważyłam ;).

- obsługa kelnerska. Jeśli proszę kelnera o „najzwyklejszą wodą niegazowaną” (prawie dodając „z kranu”), spodziewam się, że dostanę najtańszą w karcie, nie najdroższą. Zorientowałam się niestety wówczas, gdy M już butelkę otworzył; przy kolejnej byłam bardziej precyzyjna. Z innych błędów – były problemy ze zgraniem podawania wina i dań. Zasadniczo najpierw dostawaliśmy danie, chwilę później alkohol, co oczywiście skutkowało tym, że z ostatnim kęsem na widelcu przypominałam sobie „ojej, przecież miałam wypić do tego to wino”. Wyjątkiem był ww. sandacz, do którego wino pojawiło się wcześniej. Spytałam się rozlewającego kelnera „a do czego będziemy je pili?”, czym go bardzo zmieszałam, bo... niestety nie wiedział.

- z lekkim przymrużeniem oka: Enfant... niestety nie zdał bublotestu ;).

Oczywiście, na moją ocenę może wpływać fakt, że eleganckie eksperymenty z naciskiem na to ostatnie mi się przejadły (sic), nie tylko zresztą kulinarnie. W restauracji aspirującej do pewnego poziomu nie szukam kuchni domowej (na które miejsce jest w domu, kropka), tylko wyjątkowego smaku i treści, nie chaosu. Jak widać powyżej, minusów wyszło więcej niż plusów, i samą mnie to smuci. Możliwe jednak, że niefortunnie wybrałam na czas wizyty okres okołoświąteczny i wiążące się z nim sezonowe menu. Nie sądzę, by zdekonstruowana kolacja wigilijna stanowiła świadectwo możliwości szefa kuchni i jego zespołu. Jak ujął to M: „Menu degustacyjne powinno pokazywać, na co szefa stać, to, co robi najlepiej. Dlatego przynajmniej część dań to powinny być całoroczne evergreeny”... ale to chyba nie jest modna postawa.

Mając powyższe na uwadze, może jeszcze kiedyś wrócę (na pewno nie w grudniu ;), omijając dobierane wina. Jeśli stchórzę, skończy się na a la carte ;).

niedziela, 21 września 2014

Jechaliśmy wiosną do Warszawy i, w ramach zabawiania kierowcy, przeglądałam na komórce stronę Via Michelin pod kątem restauracji gwiazdkowych w Nowym Jorku. M zasugerował, że może wreszcie spróbowalibyśmy pułapu najwyższego, bo trzygwiazdkowego. Odrzuciliśmy restauracje azjatyckie, uznając, że w końcu jedziemy do USA, nie do np. Japonii czy Korei, a następnie wyeliminowaliśmy sieciówki. Nie takie w rozumieniu McDonald's, ale takie restauracje, które są tylko jednym z elementów portfolio danego restauratora. Został nam Chef's Table przy Brooklyn Fare.

Opis typu „tylko kilkanaście miejsc siedzących, siedzisz i patrzysz, jak szef/właściciel gotuje” bardzo nam się spodobał. Wyglądało na to, że od wpływów azjatyckich się nie ucieknie, bo szef kuchni ma słabość do kuchni japońskiej, serwuje głównie ryby/owoce morza, także surowe. Zmartwił mnie aspekt rezerwacji – dzwonić (i tylko dzwonić) w określone dni, z 2-miesięcznym wyprzedzeniem, a szansa, że się uda, jest niewielka. Uznałam jednak, że skoro udało mi się z Chateaubriand, to chociaż spróbuję. Poza tym przeczytałam gdzieś komentarz klientki „dodzwoniłam się za 50 razem” i tyle razy postanowiłam, że też zadzwonię. Nie było to koniecznie – dodzwoniłam się „już” za 22. Z tym małym „ale”, że na pierwszy z obstawianych terminów już nie było miejsc. Kolejne należały do innego terminu telefoniczno-rezerwacyjnego, za tydzień. Mój rozmówca, czyli Carlos - tak swoją drogą, to pierwsze zetknięcie się z amerykańskim zwyczajem (nad)używania imion własnych – spytał jednak, skąd dzwonię i się zamyślił nad odpowiedzią: „Z Polski. W Europie”. Koniec końców, w drodze wyjątków, wstępnie zrobił nam rezerwację na kolejny tydzień, a ja byłam dumna jak paw. Sama rezerwacja była jeszcze kilka razy potwierdzana mailowo (wymagana jest karta kredytowa), dostałam też szczegółową instrukcję obsługi ;) („nie spóźniać się, mamy dress code, proszę poinformować o ew. alergiach/szczególnej diecie, ale i tak ich raczej nie uwzględnimy” - bezglutenowi weganie raczej nie mają czego tam szukać). Tak czy inaczej, w piątek 12 września, odstawieni prawie jak na wesele i bardzo podekscytowani, dotarliśmy na Brooklyn. Na wstępie wyłączyliśmy komórki, zgodnie z fragmentem instrukcji mailowej („zakaz robienia notatek, zdjęć i używania telefonów wewnątrz restauracji” - dlatego też jest to recenzja niemal bezzdjęciowa, jeśli pominąć widoczek z okolicy). Myślałam, że kilka h później wyjdziemy z wypiekami na policzkach i przez całą drogę w metrze będę zajmować się aplikacją Notatki, zapisując jak najwięcej wrażeń. Tymczasem...

Zjedliśmy ok. 17 dań (ale przyznaję, że przestałam liczyć chyba przy nr 7). Pierwszych 4-5 to było sashimi, czyt. na jeden kęs. Kolejnych ok. 4 – na ok. 2-3 kęsy. Dania główne (szt. 3) były nieco większe, tzn. wielkości małych przystawek w standardowej restauracji. Deserów było także ok. 4. Napoje: woda, wino (w 2 zestawach degustacyjnych lub na kieliszki/butelki), kawa do deseru. Co zapamiętałam: brioszkę z niemal surowym tuńczykiem; mus z jesiotra z kawiorem (który dymił – jeden z dwóch elementów teatralnych); bulion dashi, z foie gras i czymś a la krem na dnie (danie z cyklu „dziwne, coraz dziwniej”, czyt. nie chciałabym powtarzać); mus z shiso, czyt. pierwszy deser. Pamiętam, że były poza tym gdzieś przegrzebki, kaczka i wołowina; kurki; grzyby; czarny bez; czekolada (drugi element teatralny – kula po stopieniu odsłaniająca lody). I to by było na tyle, jeśli chodzi o kulinarne wspomnienia. Olśnieniem był chyba tylko mus z jesiotra, a to, w moim odczuciu, trochę mało – i jak na kilkanaście dań, i na ***, i sławę. Wszystko było, zaznaczę, smaczne – i może tylko bulionu wolałabym nie powtarzać ;) - ale bez efektu 'wow'. Zestaw czterech win degustacyjnych można sobie właściwie darować – pomijając to, że 50% to były rieslingi, i może nieinwazyjne (cyt. M), ale niespecjalnie coś wnosiły (zestaw 6-ciu win, poza ww. czterema, zawiera kieliszek szampana i wino deserowe).

Jeśli chodzi o inne wrażenia z restauracji: nie liczcie na tzw. wystrój, bo go nie ma ;). Chyba, że typowa kuchnia restauracyjna, ze stalowymi blatami, wiszącymi (miedzianymi!) garnkami itd., was kręci wizualnie. Z zewnątrz trudno trafić, bo drzwi są niespecjalnie oznaczone, a szyby zaciemnione – ogólnie mijając lokal ma się wrażenie, że to wejście na zaplecze, może dla dostawców. Pomysł z siedzeniem wokół wyspy przed właściwą, otwartą kuchnią, wydaje mi się fajny, choć nie każdy kucharz pewnie ma ochotę gotować przed publicznością, i to taką, która śledzi każdy ruch (i do tego tematu jeszcze wrócę). Goście są zapraszani na dwie tury – o 18:00 i 18:45, potem o 21:00 i odpowiednio 21:45. Oznacza to, że wszystkie dania dla danej grupy wydawane są o tej samej porze i powinny być jednocześnie zjadane. Sala mieści 18 osób, i wszystkie miejsca były zajęte, przy czym nasza „grupa” składała się na 8 osób. Jedna para z tury wcześniejszej się mocno spóźniła – zostali przyjęci, ale włączeni do posiłku od momentu, w którym się pojawili, czyli ok. 5 dania. W chwilę później okazało się, że państwo nie przeczytali maila z instrukcją, bo nie poinformowali restauracji wcześniej, że jedno z nich nie jada wołowiny. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że pan po prostu straci kolejne danie, ale jednak byliśmy w USA: zaimprowizowano dla niego coś innego. Rozglądając się po lokalu, zauważyłam, że inne szczegóły maila gdzieś umknęły – dla mężczyzn zalecono „strój oficjalny biznesowy”, ale choć marynarki na ramionach były, nie nazwałabym ich szczególnie oficjalnymi, na krawaty zaś panował nieurodzaj. Niemniej jeden mężczyzna (spóźnialski niejedzący wołowiny), który przyszedł bez marynarki, otrzymał ją od obsługi, i został grzecznie poproszony o założenie.

Na sali, poza gośćmi, znajdowało się sześć osób: czterech pracowników w kuchni, w tym szef Cesar Ramirez, kelnerka między wyspą dla gości a kuchnią, oraz krążący z tyłu sommelier (mówiący z bardzo silnym francuskim akcentem). Kelnerka była sympatyczna, choć, jak cała obsługa Chef's Table, na dystans, zwłaszcza wg standardów amerykańskich. Sumiennie, choć krótko (czas w końcu gonił), odpowiadała na pytania (np. moje o wszystkie jadalne kwiaty przy sashimi). Okrążała także salę, pytając, czy wszyscy wyrażają zgodę na zjedzenie foie gras. Pracownicy kuchni, poza Ramirezem, nie udzielali się wśród klientów. Szef kuchni jednak uważał za swój obowiązek czasem podać komuś danie (w milczeniu) lub przejść się po sali i pouprawiać small talk. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że się do tego zmusza, wiedząc, że goście tego oczekują, ale i sam nie ma na to ochoty, i nie bardzo umie to robić. M był zadziwiony, że osoba, która nie nawiązuje łatwo kontaktów, i nie można nazwać jej „ciepłą i otwartą”, wybrała taki model restauracji. Podobno jednak teatr nie istnieje bez publiczności... albo przyjęta formuła nie była jego własnym pomysłem. Na plus dla całego nastroju: choć może surowo i chłodno, nie jest, w moim odczuciu, pretensjonalnie, i jeśli coś/ktoś psuło nastrój, to nie obsługa, a niektórzy goście.

Choć po przeczytaniu powyższej epistoły możecie mieć wrażenie, że żałuję całej eskapady – tak nie jest, bo było to nowe doświadczenie, i gdybym z niego świadomie zrezygnowała, żałowałabym potem. A jednak nieśpieszno mi do testowania kolejnych trzygwiazdkowych restauracji, i nie chodzi tylko o finanse, czy brak takich miejsc w naszym kraju ;). Zastanawiam się po prostu, czy nie jest tak, że na pewnym poziomie różnice w jakości są minimalne, a w każdym razie, nie takie, by uzasadniały szum, zabiegi wokół uzyskania rezerwacji, i, oczywiście, płacone sumy.

Dla porównania: 2 dni wcześniej, w kilka godzin po powrocie do Nowego Jorku z Vermontu, niemal przypadkiem trafiliśmy do The Spotted Pig. „Niemal przypadkiem” oznacza, że poprzedniego dnia przypomniałam sobie, że czytałam wzmiankę o tej restauracji na blogu Manger. Obejrzałam stronę i menu, całość wyglądała jak brytyjski pub serwujący lepsze jedzenie, „a, taki gastropub, no to idźmy”. Po drodze do NY sprawdziłam w przewodniku lokalizację na mapie i zobaczyłam info o jednej gwiazdce Michelin. „Ups” było reakcją M.

- I jesteś pewna, że nie przyjmują rezerwacji?

- Tak, jestem pewna, sprawdzałam na stronie. Spróbujmy po prostu wyjść wcześniej, najwyżej pójdziemy gdzieś indziej...

Byliśmy ok. 18:15 i stolik dostaliśmy z miejsca, ale „pub” szybko się zapełniał (ok. 21, przepychaliśmy się najpierw do wyjścia i potem przez kolejkę, stojącą przed drzwiami). Zamówiliśmy łącznie cztery „talerze” - mniejsze dania, ale w zupełności wystarczą za pełen posiłek, może zostawiając miejsce na deser (nam zostało ;). Hitem były gnudi z ricotty (podobno ich danie flagowe), rillettes wieprzowe (sympatyczny dwumetrowy kelner zgiął się w pół, by spytać, czy wiem, co zrobić z daniem ;) i deser M – placek limonkowy. Słabym punktem były sery (jak niestety często bywa) i, zdaniem M, sałatka ze świńskim uchem (choć moim zdaniem to po prostu kontrowersyjne danie). Piliśmy i domowego bittera (jak się okazało, robionego dla restauracji... na Brooklynie), i rose, też podobno brooklyńskie. Jedzenie było bezpretensjonalne, obsługa - mimo pełnego obłożenia – sprawna i sympatyczna, a cała atmosfera... jak w pubie, tyle, że większość gości siedziała, a nie stała przy barze. Przyznaję, że nigdy nie byłam w tak wyluzowanej restauracji gwiazdkowej, i całkiem mi się to podobało. Dodatkowym plusem (dla siedzącego przodem do kuchni M, niestety ja jej nie widziałam) była April Bloomfield, szefowa restauracji, uwijająca się w fartuchu. Zachęceni informacją na rachunku, że A girl and her pig Bloomfield jest do kupienia na miejscu, wyszliśmy z książką z autografem pod pachą – w końcu muszę teraz zrobić te gnudi ;).

Gdybym miała wybierać jeszcze raz, poszłabym ponownie do The Spotted Pig, albo pokrewnej restauracji. To nie znaczy, że było idealnie, bo pewne rzeczy, także w jedzeniu, bym zmieniła, ale... Arek na FB zasugerował, że to przesyt tzw. „fine dining”. Ja jednak zastanawiam się, czy rozwiązaniem nie byłoby coś pośredniego. Czyżby M miał rację, mówiąc, żeideałem jest restauracja dwugwiazdkowa, aspirująca do trzech gwiazdek?A może nie tędy droga...? Używając angielskiego powiedzenia, oto „food (sic) for thought”.

piątek, 06 czerwca 2014

To wpis dla mojej koleżanki Madzi, z którą ostatnio rozmawialiśmy na temat jedzenia molekularnego i „ambitnego”. Od dawna się zbierałam, by wrócić do Tamki43: w ogóle wrócić i zobaczyć, jak się miewa z nowym szefem kuchni. W końcu trafił się pretekst (rodzice, którzy też chcieli pójść), więc mogę zdać relację (nie tylko Madzi ;).

Od „pierwszej Tamki” minęły (eeee, jak to się stało?!) trzy lata. Od tamtego czasu co nieco zjadłam i zobaczyłam, i w Polsce, i poza nią. Niewykluczone w związku z tym, że zmieniło mi się podejście, bo kuchnia w Tamce wydała mi się tym razem spokojniejsza (czyt. mniej eksperymentalna). Jest trochę emulsji, pianek i sous-vide, ale bez przesady. Może zresztą wcześniej też nie było ich tak dużo, tylko bardziej na te elementy zwracałam uwagę?

W cztery osoby wzięliśmy wszyscy menu degustacyjne 5-cio daniowe z dodatkowym menu winnym. 5 dań oznaczało, że wszyscy zrezygnowaliśmy z dwóch pozycji, ale odrzuciliśmy różne (co oznaczało z jednej strony, że chwilami 1-2 osoby siedziały i czekały, aż pozostali zjedzą wybrane potrawy, a z drugiej, że w grupie skosztowaliśmy wszystkich propozycji). Osoby niejedzące mięsa a jedzące ryby nie będą miały problemu z wyborem pięciu dań z listy; goście jedzący bardziej wybiórczo powinni wcześniej skonsultować menu z restauracją.



Odnośnie win: nie ma porównania w stosunku do 2011 i zaplecza someillerskiego – tzn. jest (skądinąd b. sympatyczny) sommeiller i są dobrane wina do dań :). Przynajmniej część alkoholi jest specyficzna i gra tylko z daniem (np. węgierskie wino towarzyszące mojej pierwszej przystawce), ale zasadniczo nam smakowały (może poza Pedro Ximenez do deseru ½ stolika, który po namyśle został uznany za trochę za słodki). Ogólnie obsługa jest na + w stosunku do przeszłości.

Menu zaczęło się od amuse bouche w postaci mini-porcji tatara. Potem nastąpiła przystawka ze szparagów (z której osobiście zrezygnowałam), a po niej mój hit: pierwsza panna cotta, która mi smakowała ;) - panna cotta nieortodoksyjna, bo... z czosnku niedźwiedziego. Wyrazista, wytrawna, świeża i wiosenna: pierwsze danie stanowiło dla mnie clou obiadu.

Kolejny był tuńczyk z dodatkiem „śniegu” z wodorostów i pasty umami (ulubione danie M z menu). Po rybie nastąpiła przepiórka, która mi smakowała, ale nie na tyle, by zapamiętać dodatki (to zielone to chyba z groszku...?). Ostatnim daniem głównym był królik z dodatkiem małży (omułek) – imho zbędnych, kaszanki i sosu musztardowego (potrawa typu „typowe podane nietypowo”). Desery podzieliły stolik na ½, więc dostaliśmy je jednocześnie: część żeńska słodko-słony twarożek kozi z dodatkiem m.in. galaretek buraczanych, męska – parfait z orzechów laskowych (które przypomniało mi ostatnią kolację rok temu we Francji). 

Podsumowując: poziom moim zdaniem Tamka trzyma i poleciłabym ją jako restaurację warszawską całkiem dużej grupie odbiorców, zwłaszcza tym, którzy wcześniej tam nie byli/nieśmiało podchodzą do nowinek kulinarnych. Jeśli jednak zachce mi się eksperymentów (w pozytywnym sensie)... będę jednak szukać dalej ;).

niedziela, 11 maja 2014

Po czterech latach wróciłam do Brugii, sprawdzić, czy w oknie wciąż siedzi pies Fidel, łabędzie pływają kanałami a wieżę wreszcie można zwiedzać. Odpowiedź (jak częściowo widać na powyższym zdjęciu) to trzy x tak ;).

W ciągu 2 dni wróciłam do miejsc, które wcześniej zdobyły moje serce, typu ulubione zaułki, beginaż i Dille & Kamille ;). W tym ostatnim kulinarnym raju nie obyło się bez konkretnych zakupów, typu - wreszcie! - prostokątna tartownica w wyjmowanym dnem (i dopytywania się ekspedientki o plany otwarcia sklepu internetowego na większą skalę: obecny wysyła towary tylko do krajów ościennych).

Wdrapałam się w końcu na wieżę z dzwonnicą, tak kluczową dla filmu Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i odkryłam, że przynajmniej jedna scena byłaby w rzeczywistości niemożliwa oraz Ralph Fiennes i Brendan Gleeson musieli się trochę namęczyć... Zainteresowanych odsyłam do filmu a potem na wieżę ;) (poniżej na prawo widok na ww. z okna pensjonatu).

Okna i rowery, jak widać, wciąż mają się dobrze.

W temacie spożywczym tym razem jakoś ominęłam czekoladki, do piwa zaś podeszłam bardziej ostrożnie, bo już wiem, że nie wszystkie belgijskie piwa mi smakują (zostawiłam wszystkie ciemne, dubbel i tripel do kosztowania Tacie, był to bowiem wyjazd rodzinny). Niestety, nigdy nie podano ich w tak ładnych butelkach, jak te zabytkowe z lokalnego browaru (który zwiedzaliśmy 4 lata temu) na sprzedaż na targu staroci. 

Podobnie jak za poprzednim razem, rządziły owoce morza i ryby: jadłam i mule gotowane w winie (z dodatkiem frytek z majonezem*, a jakże!), i zupę rybną z Ostendy, i gravlax, i wędzonego łososia na śniadanie**. Rodzina kosztowała nieznanych wcześniej (od strony spożywczej) ryb, typu płaszczka czy ogończa. Trwał także sezon na szparagi, i okazuje się, że typowym lokalnym daniem są szparagi gotowane z sosem z posiekanych, ugotowanych jaj.

Niestety nie udało nam się odwiedzić Den Dyver (a Tata miał ochotę na menu piwne...), bo restauracja zbankrutowała i została przejęta przez nowego właściciela, który na razie lokalu ponownie nie otworzył. Zamiast tego na sobotnią kolację udaliśmy się do Kok au Vin i to jedna z tych zagranicznych restauracji, które żałuję, że nie są bliżej (podobnie jak np. Osteria 44), bo chętnie bym je odwiedziła ponownie ;). Określiłabym je jako neobistro z ambicjami i z sympatyczną, pomocną (np. jeśli chodzi o elastyczne i spontaniczne dobieranie napojów do potraw) młodą obsługą. Karta jest bardzo krótka - moim zdaniem na plus - i w cztery osoby spróbowaliśmy większą połowę. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie granita ogórkowa towarzysząca mojemu gravlaxowi, przystawka M (jagnięcina z cytrusami i marchewką) oraz zdekonstruowane blanquette de veau mojej Mamy (danie z klasyką w wydaniu Benoit miało wspólną tylko nazwę, no i cielęcinę ;) - ale za to w Kok au vin mięso było w kilku postaciach). Coq au vin, od którego restauracja wzięła nazwę i która uchodzi za ich "danie sztandarowe" wydawał się nam nieco przedobrzony (w zakresie ilości składników itd). Na koniec posiłku (do którego piliśmy m.in. różne ciekawe białe wina) przypadkiem spróbowałam narodowej wódki belgijskiej ;), tj. jenever(jałowcówki), która występuje w postaci tzw. młodej i starej. Do żadnej nie zapałałam miłością, choć po obfitym posiłku kieliszek (niekoniecznie nalany po brzegi, jak tradycja każe, a w Kok au vin się jej w tym przypadku trzymają), może mieć swoje zastosowanie.

Ponieważ z wyjazdu w 2010 w ogóle nie pamiętam kawy (musiałam jakąś pić, ale najwyraźniej nie mogła być ani bardzo dobra, ani tragiczna...) a doświadczenia francuskie były mieszane, podobnie jak przed wyjazdem do Paryża, zrobiłam wywiad w internecie. Dzięki temu kilkakrotnie zajrzałam do I love coffee, które mogę polecić jako miejsce z dobrym espresso i innymi napojami na nim opartymi (najczęściej wybierałam flat white), a przy tym ma... ciekawy wystrój (jeśli ktoś trafi, polecam przyjrzeć się klamkom). Warto dopytać się o godziny otwarcia - na drzwiach jest napis "jesteśmy otwarci wtedy, gdy nie jesteśmy zamknięci" ;) a w niedzielę np. kawiarnia była czynna 2 godziny przed czasem deklarowanym na Facebooku. W poniedziałek zamknięte.

Trzeci dzień wyjazdu spędziłam w Gandawie, która poza tym, że też posiada starówkę, jest nowoczesnym miastem uniwersyteckim; przypomina mi trochę austriacki Graz (czyt. wywarła na mnie pozytywne wrażenie).

Po spacerze po mieście, zajrzeniu do katedry itd. przyszedł czas na obiad. Chociaż Gandawa ma podobno największą liczbę restauracji wegetariańskich na głowę na świecie, wybraliśmy z M inną klasykę niż przez poprzednie 2 dni, tj. wołowinę (dla dwojga, ale trzy osoby spokojnie by się wyżywiły ;), i przyrządzoną zgodnie z życzeniem), podaną z dodatkiem frytek (oczywiście ;), sałaty i sosów: pieprzowego oraz bearnaise, na który rzuciłam się tym bardziej ochoczo, że nasz estragon niestety po zimie nie zmartwychwstał :/.

Podsumowując, po Belgii podróżuje się przyjemnie i może nawet następnym razem trafię do stolicy... Choć technicznie już w niej byłam, jako dziecko. Pamiętam Manneken Pis i pierwsze w życiu mule ;).

* Do you know what they put on French fries in Holland instead of ketchup? Vincent Vega, Pulp Fiction.

** Którego właścicielka pensjonatu podała nam z pewną nieśmiałością i zachwycona była wyczyszczonym talerzem ("nie wszyscy zjadają").

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna