Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: recenzje

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych (w ogóle), a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

środa, 28 czerwca 2017

 Wracamy do Austrii! Druga część przewodnika po gospodach znajduje się poniżej, a pierwsza (gdyby ktoś przegapił lub trafił z Google'a) znajduje się TU.

- Rockfeldalm to tegoroczne odkrycie. To ten typ gospody, jaki lubię najbardziej: czynny i tak, bo krowami trzeba się zająć; przed wejściem siedzi spokojnie starsza pani z robótką ręczną (!). Menu ustne: tak, jest otwarte, do picia to i to; do jedzenia może być talerz własnych produktów, czy chcemy ser, czy wędlinę, czy może pomieszane...? Skusiliśmy się na tą ostatnią propozycję plus mętny sok jabłkowy z wodą. W sam raz na wsparcie do dalszej wspinaczki na Schlossalm/Hirscharspitze. Dodatkowy bonus to, jak nam się wydawało, niższe ceny niż w bardziej komercyjnych miejscach.

- Na liście znajdują się gospody na Graukoglu, o których też pisałam wiele lat temu w kontekście zimowym; obie bardzo lubię (choć tą przy stacji środkowej bardziej), działają latem prężnie (choć chyba synchronicznie z wyciągami - warto sprawdzić godziny otwarcia), jednak rzadko w nich w tym sezonie bywam - wolę Grau w wersji narciarskiej. Z jakiegoś powodu (sprawdzone kolejny raz dzisiaj!) zazwyczaj jak się tam wybieramy na pieszą wycieczkę, to albo uciekamy przed burzą, albo się wyjątkowo męczymy, albo chodzimy w deszczu...



- Do Poserhöhe można dojść i z Bad Gastein, i schodząc z Gamskarkogel, i wdrapać się (stosunkowo szybko) z Kötschachtal. To właśnie tzw. "krasnoludki". Byłam tam i w chłodny czerwcowy dzień, gdy z leżaków można było popatrzeć na śnieg, i w upalne wrześniowe popołudnie, gdy na ww. leżakach pokładały się opalone ciała. Poza specyficznym, nawet jak na Austrię, wystrojem i klasycznymi daniami typu Bretljause i ciasta owocowe, bywają dania na ciepło, aperitify z aperolem oraz buchty.

- Alpenhaus Prossau pokazywałam w 2011 - jak wyglądał pod śniegiem ;). Chwaliłam się też nabytą tam kiełbasą. I właśnie własne wędliny z dziczyzny to clou tego miejsca (poza tym, że lokalizacja jest dobra, jeśli ktoś się wybierze na lekki spacer lub przejażdżkę rowerem - na piechotę to ok. godzina w jedną stronę i prawie płasko - doliną Kötschach). Jeśli nie zdecydujecie się na posiłek w Prossau, zawsze można wracając zajrzeć do...

- Himmelwandhütte. Miejsce w którym byłam tylko raz, w tym roku, po wymagającej wycieczce do Reedsee. Jak to ujął M, "zawsze tu się kłębiło jak przechodziliśmy". Może przyczyną jest bliskość "miasta", a może urok domowego strudla. Po Topfenstrudel mit Erdbeeren (serowy z truskawkami - ciepły, ewidentnie domowy a pyszny) uznałam, że trzeba ich dodać na mapę. Maślanka była dodatkowym atutem ;).

Jako bonus - mój ulubiony widok z Kötschachtal:

- Böckfeldalm mieści się blisko Böcksteinu: wsi za Bad Gastein, po drodze do Sportgastein, jednego z naszych ulubionych miejsc na biegówki (tam pierwszy raz ich spróbowałam), a poza tym uroczej, dobrze zachowanej miejscowości. Latem, gdy jest ciepło, kojarzy mi się znowu z klimatami z Białej wstążki. 

Do almu prowadzi dość strome podejście ścieżką leśną. Po godzinnej wspinaczce człowiek może nie jest głodny, ale spragniony - owszem. Stąd Böckfeldalm to dla mnie źródło, oczywiście, Hollerwasser i innych napojów, np. cydru (mostu); przewidując dalszą wędrówkę radzę wziąć wersję gespritz, tj. z wodą gazowaną, bo czysty jest i zwodniczy, i kwaśny ;). Na uwagę zwraca także obsługa (hoża, opalona blond amazonka z dużą ilością kolczyków ;).


- Schareckalm znajduje się na samym końcu doliny, w Sportgastein. Kolejne łatwo dostępne miejsce, jeśli ktoś już zapędzi się do parku narodowego: trzeba tylko wdrapać się kilka kroków na pagórek do malowniczego domku, który znów "gra" w filmiku promocyjnym.

Jedliśmy tam tylko domowe wypieki - m.in. gorący strudel, za którego świeżość pani nas aż przepraszała; dodatkowo zostałam kiedyś na chwilę "kurzą mamą", albo kury okazały się wyjątkowo towarzyskie...

Wszystkie ww. miejsca oznaczyłam na mapie, którą dla świętego spokoju wklejam ponownie:



Ps. Poza widokami krajobrazowymi podczas wycieczek pieszych, warto wspomnieć o faunie, którą można spotkać podczas wędrówek, i nie są to to tylko krowy...

 



Mam nadzieję, że komuś przyda się ten skromny przegląd. Choć Polaków na szlaku wielu nie spotkałam, parę razy język ojczysty słyszałam, w tym nawet w zeszłym tygodniu ;).

ENGLISH PLEASE:

Welcome to part 2 of the Gastein inn guide! In case you missed it and/or landed here via Google, HERE is part 1.

- Rockfeldalm is this year's discovery. It's my favourite type of inn: one that has to be open to some extent, because somebody has to tend to the cows. At the entrance there's an older woman with her knitting. There's no written menu, but she's willing to tell us: yes, they're open, you can drink this or this; as for food, how about some homemade goods and would we prefer cheese or meat, or both perhaps...? Both, of course, plus two tankards of unfiltered apple juice mixed with water. Just what we needed to continue on our hike to Schlossalm/Hirscharspitze. Another benefit worth mentioning is the fact that the prices seemed lower than in more popular places.

- My list, as you might see on the map, includes Graukogel restaurants, which I've also mentioned on the blog (ages ago). I like both, possibly favouring the Mittelstation one more, but though they're fairly popular in summer, I don't visit them often in that season, since I prefer Graukogel as a skiing destination (for some reason, we're often unlucky with the weather when we go hiking there - today's trip has proven this one more time!).

- Poserhöhe can be reached from Bad Gastein, on the descent from Gamskarkogel, or (after a fairly short climb) from Kötschachtal. It's the "Dwarf Inn" I mentioned before. I've visited both on a chilly June day, when you could see snow from your deckchair and on a hot September afternoon, when all those chairs were filled with sunbathing bodies. Apart from the specific (even by Austrian standards!) decor and classic mountain dishes (Bretljause or fruit Kuchen), the inn offers hot mains, aperol spritz and yeasted buns (Buchteln).

- Alpenhaus Prossau featured on the blog in 2011 - under the snow ;). I also mentioned the sausage we bought there. Generally game charcuterie is what makes the place special (apart from the fact that the location is convenient if you've been on a light hike or bike ride in the valley: Prossau is around an hour's walk from the village of Kötschach on mostly flat terrain). If you're in the area but don't fancy stopping at this inn, there's always...

- Himmelwandhütte. So far we've only been here once, this year, after a challenging hike to Reedsee. As M put it, "it always seemed so crowded when we went past". He has a point; maybe it's the not-so-faraway village centre, maybe it's the homemade strudel? Their Topfenstrudel mit Erdbeeren (curd cheese and strawberries served warm, very homemade - in a good way - and delicious) made me edit my seemingly complete map. The buttermilk wasn't bad either.

- Böckfeldalm is close to Böckstein, a village located right behind Bad Gastein, en route to Sportgastein. Böckstein is one of my favourite cross-country skiing spots (maybe because that's where I first tried it) and a charming, well-preserved place. In summer, when it's sunny and oh-so-quiet, it reminds me of the atmosphere in the movie The White Ribbon. The inn is reached by a fairly steep forest path. After an hour of climbing in the sun chances are you won't be hungry, but thirsty: which is why Böckfeldalm has been for me a source of Hollerwasser (elderflower cordial & water) and other cold drinks, e.g. cider (most); if you plan to hike on towards e.g. Stubnerkogel, I'd suggest the spritzer version, as the undiluted drink is both fairly strong on a hot day and quite acidic ;). Take note also of the waitress - if she still works there, she's hard to miss: very tall, tanned, blond and with numerous piercings ;).

- Schareckalm is located at the very end of Gasteinertal, in Sportgastein. Another easily accessed spot, if you've reached the national park: all you need to do is climb a small hillock to reach the house with green shutters (once again featured in a promotional clip - see the video above). I've only tried the homemade cakes, such as hot curd cheese strudel; the owner actually apologized it was "too fresh" when she brought it to the table. I also enjoyed a brief stint as a "chicken lady", when the local hens became very friendly... (see pic above). They're not the only animals you can see when hiking in the area - again, see the photos above for a small selection!



I hoped you've enjoyed this review! While most of the hikers I've met seemed to be Austrian or German, the area attracts also a fair number of English-speaking foreigners - who I hope might benefit from some of the tips. If you have your own favourites which I haven't mentioned here, I'd love to hear about them - why not let me know in the comments?

Zapisz

wtorek, 27 czerwca 2017

Co jakiś czas wspominam o tym, co jemy podczas górskich wędrówek w Austrii (całkiem sporo z tego można obejrzeć sezonowo na moim Instagramie lub np. w albumie na Facebooku). Pisałam kilka lat temu o specjalizacji na halach, tj. produktów selbstgemacht, i wspominałam tam m.in. o ulubionym Strohlehenalm; rok temu przy okazji bucht wspomniałam „krasnoludki”. Podczas wrześniowego wyjazdu pomyślałam, że – skoro wpisy nt. Bad Gastein czy Bad Hofgastein cieszą się popularnością – może komuś przyda się subiektywny przewodnik po lokalnych gospodach. Większość z nich jest stosunkowo łatwo dostępna, tj. położona poniżej 1500 m., do niektórych można dojechać samochodem. Wiele produktów do zjedzenia na szlaku, można także kupić podczas sezonowych targów pod ratuszem miejskim (największe są we wrześniu w ramach dożynek, tj. Bauernherbst, mniejsze odbywają się także latem w każdy czwartek).

Doświadczenia z wędrówek zbierałam od 7 lat (narciarskich jest nieco więcej, ale lokale się prawie nie pokrywają); miejsca na mapie odwiedziłam – z dwoma wyjątkami – co najmniej dwa razy, są to więc gospody, do których wracam, bo albo jest ogólnie smacznie, albo jest wyjątkowo miło, albo można tam kupić/zjeść coś rzadko spotykanego. Ponieważ wpis wyszedł mi za długi, jak na możliwości Bloxa (!), podzieliłam go na 2 części.

Steineralm

Idąc od góry, z północy (Dorfgastein) na południe:

- Steineralm. Miejsce prowadzone, jak to często bywa, przez rodzinę wielopokoleniową (starsze panie gotują, wnuki kręcą się pod nogami). Tu trafiliśmy pierwszy raz na piwo, schodząc chyba z jezior Paarsee i niestety byliśmy najedzeni prowiantem na wynos... choć od pączków z trudem oderwaliśmy wzrok (M wcześniej widział proces formowania i smażenia, bo siedział vis a vis wejścia do gospody). Wróciliśmy w kolejnym roku, celem konsumpcji pączków. Miały być wytrawne Blattkrapfen, ale coś nam nie wyszło z produkcją niemiecką ;), i były słodkie Bauerkrapfen. Nie żałowaliśmy. Miejsce od tej pory nazywamy „Pączkami”.

- Strohlehenalm: tu w sumie wszystko napisałam w 2010, dodam tylko, że zawsze z przyjemnością tam wracam. Właściwie zawsze coś bierzemy na wynos, najczęściej ser i/lub masło.

- Biberalm. Część uroku miejsca można obejrzeć na poniższym króciutkim filmie – pani nas dwukrotnie obsługiwała ;).



Gospoda jest dość popularna, bo i szybko i łatwo można do niej dojść, podjechać autem lub wjechać rowerem. Dla nas to z kolei źródło Zwetschkenpofesen, o których wspominałam, a widoki po drodze do Bad Hofgastein takie:

- Laderdinger Alm. Laderding to niewielka wioska między Bad Hofgastein a Dorfgastein. M wymyślił nam kilka lat temu wycieczkę - choć doszliśmy do samego Laderding wzdłuż szosy a potem pięliśmy się w górę szeroką drogą, wg mapy z mikro osady wysoko w lesie miało być przejście m.in. łąkami bezpośrednio do obrzeży Bad Hof. Niestety, jak poinformowała nas pani w Laderdinger Alm, przynosząc deskę pełną domowych smakołyków, ścieżka dawno zarosła, a poza tym właśnie trwała ścinka drzew. Wróciliśmy zatem tak, jak przyszliśmy, ale te sery, masło i wędliny długo zostały mi w pamięci. Dlatego rok temu poszliśmy tam ponownie (w deszczu) i niestety: choć przy domach w lesie stały samochody i gdzieś daleko między drzewami było słychać głosy, z żywych postaci zobaczyliśmy tylko (bardzo mokrą) krowę. Pokręciliśmy się w tą i z powrotem, ale niestety, nikt się nie pojawił. Jeśli jednak Wam się uda, powinno być smacznie.

Rastötzen Alm/Grußberghütte. Tu byłam wiele razy, bo gospody (jedna położona tuż obok drugiej, jak widać na zdjęciu w drugiej części posta) są położone dokładnie na trasie na Gamskarkogel (na którym byłam trzy razy), atrakcyjny i popularny dwutysięcznik, kilka innych szczytów o podobnej wysokości oraz przełęcz, z której można przejść do sąsiedniej doliny. Zjadłam więc sporo wersji Bretljause i ciast z jagodami, opiłam się maślanki (np. malinowej) i wody z sokiem. Najlepiej jednak zapamiętałam naszą wycieczkę sprzed kilku lat, gdy spadł śnieg - i wbrew naszym przewidywaniom leżał także na wysokości ok. 1600 m. - więc doszliśmy na miejsce nieco przemoczeni i zmarznięci. Górna gospoda była nieczynna, w dolnej za to hoża nastolatka nakarmiła nas zupą z knedlem, usmażyła talerz Kaiserschmarrn', a na koniec napoiła sznapsem swojego Taty, żebyśmy "się nie przeziębili". Z tego co pamiętam, w moim przypadku to nie pomogło ;).

CDN.



ENGLISH PLEASE:

I've mentioned food-related Austrian "perks of hiking" on my blog several times (and a fair selection can be seen on Instagram or Facebook). I've written about selbstgemacht (homemade) produce, e.g. from Strohlehenalm; last year I wrote about the "Dwarf inn”. Last September it occured to me that a subjective inn guide might come in handy. Most of these Almen are fairly accessible: located under 1500 m., some can be reached by car. Many food products can be bought during seasonal farmers' markets held outside the Bad Hofgastein town hall (the largest take place at harvest time, i.e. Bauernherbst, but smaller are held every Thursday in summer).

I've been hiking in Gasteinertal for 7 years and I've visited most of the places on the above map at least twice: so, as you may guess, these are all places I come back to either because the food is so tasty, or the place is atmospheric/the people nice, or you can try something different. In part 1 of this guide I'll focus mainly on the Dorfgastein/Bad Hofgastein half of the valley.

So, going down from Dorfgastein and heading south:

- Steineralm is run by a multi-generational family (the grandmas cook, the grandchildren get in the way). First time we stopped just for a beer while going down from the Paarsee. Unfortunately we weren't hungry, but still we couldn't drag our eyes from a plateful of fresh doughnuts (M sat opposite the door to the kitchen & so also saw how they were shaped and fried). We came back the following year, for the doughnuts, of course. Our plan of ordering savoury Blattkrapfen didn't work out (still haven't moved out of A2 level in German ;), so we got the sweet Bauerkrapfen instead. Not that we complained... and have since renamed the inn as "The Doughnuts".

- Strohlehenalm: not much to add since 2010. It's always a pleasure to come back and buy some cheese or butter.

- Biberalm. I think the promotional YouTube clip I've included above shows some of the inn's charm (and the waitress served us twice ;). Biberalm is fairly popular, as it's easily reached from the valley on foot, by car or bike. For my DH & me it's a source of Zwetschkenpofesen, as I mentioned here before. The views en route or from outside the inn are, even from a relatively low height, again unbeatable.

- Laderdinger Alm. Laderding is a hamlet between Bad Hofgastein and Dorfgastein. M had an idea for a trip: go to Laderding the regular way & climb the dirt track, reach the forest a few hundred metres further on, then take a path back to Bad Hofgastein. Unfortunately, once we reached a handful of huts in the forest and Laderdinger Alm, we were informed the path had long since overgrown & besides, there was logging taking place in the wood. We were cheered up by the board full of homemade cheese, butter and cold cuts; we went back the way we came, but I remembered that food for a long time. So, last year we went back to Laderding & climbed the road to the forest in the rain. We were out of luck: although there were a few cars around the forest cabins & we could hear voices far away among the trees, the only live creature around was a very wet cow. After a while we gave up. If, however, you're lucky and the owners are there to serve you, you should be in for a tasty meal.



Rastötzen Alm/Grußberghütte. I've visited these twin inns (located one above the other, as you can see in the pic below) many times, as they're conveniently located right on the path to the popular over 2K peak Gamskarkogel (which I've climbed three times), several similar peaks and a mountain pass to the neighbouring valley. In other words, I've had my fair share of Bretljause and bilberry cake, buttermilk (raspberry-flavoured, anyone?) and cordials. Our most striking visit there was a few years back, a few days after snowfall - when we were surprised it still lay, and quite thickly at around 1600 m. over sea level, so we reached our destination slightly wet and cold. The upper inn was closed, but in the lower one a rosy-cheeked girl served us soup with dumplings, fried a plateful of golden Kaiserschmarrn', and finally insisted we drank a shot of her father's schnapps, to ward off a potential cold (which didn't work in my case, as we soon found out ;). 

To be continued...

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

sobota, 22 kwietnia 2017

Gdzie spędzaliście wakacje jako dzieci? Pod gruszą, np. u babci, w górach, nad morzem? Ponieważ byłam chorowita, rodzice uważali, że powinnam przynajmniej 2 tygodnie w roku wdychać jod, czyli kopać grajdołki nad Bałtykiem. Więc było Mielno, Łazy, Świnoujście (te trzy miejscowości bardzo mgliście pamiętam), Gdynia, Brzeźno, Trzęsacz (z pamięcią coraz lepiej) oraz słynne kolonie koło Ustronia Morskiego, gdy miałam 14 lat. I tu regularne wakacje nadmorskie ustały. Tzn. jeszcze byłam raz na Jarmarku Dominikańskim, jeździłam też na studenckie majówki do Karwi (gofry, piwo i wydmy – tak można to podsumować*), ale ostatni z nich był dobre kilkanaście lat temu. Zeszłoroczny wczesnoczerwcowy wypad do Trójmiasta, powtórzony 2 tygodnie temu, można więc spokojnie rozpatrywać w kategoriach powrotu po latach ;).

„Które najładniejsze, Gdańsk, Sopot czy Gdynia?” to pytanie typu „Boże Narodzenie czy Wielkanoc”, choć jak mam być szczera, żadne nie skradło mojego serca. We wspomnieniach z hm, poprzedniego wieku, Gdynia i Sopot były „bardzo ładne”, teraz jednak, mocno przyduszona, może wybrałabym Gdańsk (choć jak patrzę na zdjęcia, powinny być to bardziej zaniedbane i oddalone od Monciaka uliczki Sopotu ;).

Nie ukrywam, że wciąż topowym nadbałtyckim doświadczeniem – poza sezonem, zaznaczam – są nie rozkosze miejskie**, ale zestaw gofry + bezmyślne leżenie na piasku, może być połączone z drzemką + piwo (np. z plastikowego kubka z budki z zapiekankami kilka metrów od plaży), w takiej właśnie kolejności (czynności można powtarzać). W wersji bardziej zdrowej spodobała mi się także poranna przebieżka: w jedną stronę plażą, w drugą stronę parkiem. I tu kolejny plus Trójmiasta: stosunkowo liczne parki miejskie oraz rezerwaty przyrody „pod ręką”, typu Kępa Redłowska, po której rok temu dość długo chodziliśmy.

W temacie rozkoszy miejskich: wygląda na to, że znaleźliśmy już „swoje” miejscówki (bo jeśli powrót po roku do lokalu jest znów udany, to uważam, że miejsce można polecać). I o nich niżej.

Po pierwsze, na śniadanie: Cały Gaweł w Sopocie. Strategicznie blisko dworca SKM (oraz kamienicy z lekko antycznym młodzieńcem z koszem na głowie ;) z drugiego zdjęcia we wpisie), więc dogodnie dla podróżnych. Wnętrze ciemne, ale z dużą ilością wesołej żółci oraz neonami (rower na ścianie to nowość w stosunku do poprzedniego roku). Flat white jest mocna – ożywi nawet, jeśli poprzedni wieczór był nieco za długi ;) – i smakowała mi najbardziej z wypitych w Trójmieście kaw. Śniadanie kaszubskie (zestaw widoczny powyżej) albo wykarmi dwie osoby, albo sprawi, że do wieczora będziecie najedzeni ;). Dla nudzących się jest zestaw czasopism, w tym np. Kinfolk.

Po drugie, na obiad, kolację i/lub piwo: Pobite Gary w Oliwie. Co mi się podobało? Smaczne, bezpretensjonalne dania (próbowałam głównie rybnych/z owocami morza, np. halibuta z mulami - na zdjęciu w lewym górnym rogu); olej z lnianki (rydzyka) zamiast oliwy do chleba (w ww. Gawle na stołach stoi rzepakowy – bardzo mi się podoba ten trend); dobre jasne piwa z nalewaka (ostatnio kaszubskie, wcześniej czeskie). Karta letnich koktajli też wyglądała ciekawie, choć nie testowałam. Do tego wystrój trochę jak w świetlicy i towarzystwo przynajmniej w dużym stopniu lokalne, typu młode pary z dziećmi.

Po trzecie, na kawę: Drukarnia w Gdańsku, w samym sercu starówki. Tu może małe oszustwo, bo byłam w kawiarni tylko raz, ale kawa była bardzo przyzwoita, plus dużym atutem jest wystrój, zwłaszcza podziwiany z piętra (które pełni także rolę galerii sztuki). Spożywczo są tylko wypieki (ciastka owsiane przyciągnęły mój wzrok) lub małe wytrawne – kanapki lub przyjazne weganom zestawy śniadaniowe. Można się też zapisać na warsztaty kaligrafii.

CDN., jak przypuszczam, bo w końcu z Mazur nad morze tyle samo się jedzie, co do stolicy, a ja wciąż nie trafiłam na Wyspę Sobieszowską czy do Gdańskiej Galerii Fotografii...

* Był jeszcze wykopany tunel do Australii, albo nie tylko dzieci drążą grajdołki w piasku ;).

** Choć względnie nowe muzea – II wojny światowej w Gdańsku oraz Muzeum Emigracji w Gdyni, które widać w lewym górnym rogu na poniższym zdjęciu – polecam.

Zapisz

piątek, 25 listopada 2016

Holandia – myślałam – to kanały i rowery. „Z grubsza jak Belgia: Brugia czy Gandawa, tylko może trochę inna architektura”. Po niecałych trzech dniach spędzonych w Utrechcie i Delft mam ochotę powiedzieć „kanały kanałami, rowery rowerami, ale jednak jakoś… inaczej”. Może się mylę, ale tym, co najbardziej mi się podobało w tych dwóch miastach była zrelaksowana, swobodna atmosfera. Ludzie sprawiają wrażenie, że się nie spieszą (i zresztą obsługa w sklepach czy restauracjach jest często wolniejsza, o czym niżej), są przy tym bardzo mili (jak to ujął M, „milsi niż standard”). Utrecht jest miastem uniwersyteckim, więc oczywiście wszędzie widzi się wiele młodych osób, ale poza tym na ulicach jest sporo dzieci: na rowerach, w wózkach czy cargo bike’ach rodziców, a także starszych osób, w tym młodzieżowo i często ciekawie ubranych pań z niefarbowanymi, siwymi włosami… i tak, jeszcze w temacie rowerów, w dzień powszedni ok. 8:30 czasem trzeba długo czekać na możliwość przejścia na drugą stronę ulicy, aż ustanie ruch na jezdni. Ten na dwóch kółkach ;). W praktyce łatwo wtopić się między mieszkańców i spędzić cały dzień chodząc po parkach, średniowiecznych uliczkach, zaglądając do prywatnych domów (co jest wyjątkowo łatwe ze względu na rozmiar okien), wracając na starówkę i siadając z piwem czy kawą w jednej z licznych kawiarni, najlepiej przy stoliku na zewnątrz, niezależnie od temperatury, bo Holendrzy zdają się być nieźle zahartowani. Podsumowując: wiem, że to teoretycznie Duńczycy słyną z hygge (sztuki dobrego życia, w dowolnym tłumaczeniu), ale… Może to po prostu zaraźliwe ;).

A poza kanałami i rowerami, widoczki na komputerze i w mojej głowie: łyski na kanałach, dużo zieleni (i wszechobecna jarzębina), secesyjne kamienice i słynne wielkie okna parterowe. W moich wspomnieniach są także muzea, bo przez trzy dni byłam w pięciu ;), w tym w manufakturę porcelany w Delft i Kastel de Haar w okolicy Utrechtu, albo „zamku Rothschildów”. Gratka dla fanów pałaców, do których się nie zaliczam, a jednak zwiedziłam posiadłość z przyjemnością. Jednym powodem mógł być ładny teren wokół zamku i piękny słoneczny dzień, ale drugim raczej coś, co zauważył M: że dzięki np. nałogowemu oglądaniu Opactwa Downton i tym podobnych produkcji inaczej patrzymy na prywatne domy arystokracji, które jeszcze do stosunkowo niedawna były zamieszkane i „normalnie” używane. Uwaga: więcej zdjęć z wycieczki zamieściłam „na żywo" dwa tygodnie temu na Instagramie.

Spożywczo liczyłam na powtórkę z Brugii (którą zapamiętałam bdb zwłaszcza ze względu na ryby/owoce morza jedzone codziennie), jednak Holandia okazała się nieco inna. Być może to kwestia pory roku (zimny listopad a nie ciepły kwiecień), ale najlepiej z pobytu zapamiętam… zapach potraw smażonych na głębokim tłuszczu. Następnym razem będę wiedziała, że gdy zachce mi się świeżego, skądinąd b. smacznego kibbeling z frytkami, tj. lokalnej wersji fish & chips podanej z sosem (czy też sosami – np. ravigotte, majonezowo-octowym z kaparami), to o ile nie będziemy wyjątkowo wyposzczeni, rozsądnie będzie zamówić jedną porcję na spółkę, bo wtedy prawdopodobnie wszystko damy radę zjeść ;). Smażone są także tradycyjne krokiety, serwowane zazwyczaj na pieczywie, jako alternatywa dla kanapek i… szczerze mówią myślę, że podpadają pod to, co Brytyjczycy nazywają acquired taste ;).

Udało nam się jednak zaliczyć udaną kolację w Heron, o którym wyczytałam na całkiem przydatnej stronie Explore Utrecht (polecam też konto na Instagramie). Restauracja działa od dopiero paru miesięcy, położona jest blisko centrum Utrechtu, ale jednak poza ścisłą starówką, w cichej uliczce wśród domów mieszkalnych… czyt. raczej trzeba o niej wiedzieć, by trafić. A jednak gdy wychodziliśmy, było prawie pełno.

Menu – jak we wszystkich miejscach, gdzie jedliśmy – było tylko po niderlandzku. Kelner zostawił nas na kilka minut z kartą, byśmy korzystając ze znajomości kilku języków europejskich domyślili się ile damy radę. Udało się mniej więcej z połową, bo np. to, że pompon (pompoen dokładnie) to dynia, sami nie wpadliśmy ;). Dużym plusem była dla mnie część pt. „piąta ćwiartka” (dosłownie) z podrobami, konkretnie tym razem szpikiem i racicami. Ogólnie kuchnię można podsumować „sezonowo i lokalnie”, za co kolejny plus.

Warto zapisać, co zjedliśmy po kolei, bo dania były nietypowe:

- amuse bouche: krem z bakłażanów, „własnoręcznie przygotowany latem” przez ekipę Heron, podany z chrupką, prażoną kaszą gryczaną (wciąż myślę, jak ją odtworzyć), chleb na sodzie i smarowidło: mus jabłkowy na wieprzowinie (smaczny i dla osób, które, jak ja, raczej unikają smalcu, też coś do zapamiętania na użytek domowy). Rozbroił mnie właściciel, który na początku nas obsługiwał - gdy powiedziałam, że „ta posypka z kaszy jest świetna”, uśmiechnął się bardzo szeroko: „Tak, wiem”.

- przystawki: bulion rybny dla M (bardzo esencjonalny, z dużym dodatkiem wędzonej ryby) oraz dla mnie trzy głęboko smażone (tak, tak, tu też, tylko cicho westchnęłam na widok talerza ;) lokalne ostrygi z ciekawą wariacją nt. ravigotte, z dodatkiem wodorostów;

- dania główne: M gołąbek jumbo z kapusty włoskiej nadziewany wątróbką drobiową oraz dla mnie (najsłabsze w całym zestawieniu) danie wege: dynia z serem kozim i czerwoną kapustą, gdzie było po prostu za dużo dyni.

Cała kolacja trwała całkiem długo, bo obsługa nie działa w pospiechu, co jednak wydaje mi się (po jeszcze paru restauracjach w Utrechcie) lokalnym standardem i pasuje do ogólnej zrelaksowanej atmosfery. Heron to miejsce do którego chętnie bym wróciła, gdyby jeszcze kiedyś było mi po drodze.

Z innych plusów kulinarnych: przywiozłam smaczny ser (kozi, dwuletni) z Delft ze sklepu Henri Willig, i wypróbowałam parę dobrych lokalnych piw. W Utrechcie też nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem źródła dobrej kawy (łatwiej moim zdaniem niż w Brugii), a koleżanka mnie zapewniała, że to zresztą holenderski standard. Nie byłam jednak w żadnej knajpie surinamskiej, nie spróbowałam prawdziwych speculoos, loempia czy paru innych rzeczy... po prostu jest powód, żeby wrócić ;).

Zapisz

czwartek, 29 września 2016

Kilka lat temu zamieściłam post o restauracjach w Bad Hofgastein, który cieszył się całkiem sporą popularnością (np. znajomi rodziców okazało, że go czytali przed wyjazdem na narty, „bo wyskoczył z Google”). Warto dodać, że z trzech wówczas polecanych restauracji wciąż chodzimy tylko do jednej (Bertahof), która przez ten kilka lat moim zdaniem poprawiła poziom. Włoska knajpa zmieniła właścicieli (ale poprzedni założyli bistro połączone ze sklepem, do którego zaglądamy na kieliszek wina lub po oliwki na wynos), zaś do Tröpferl niestety się zraziliśmy. Swoisty ;) poziom trzyma jednak Austria, o której wspominałam przy innej okazji.

Podczas tegorocznych pobytów w Gasteinertal (myślę tu też o nartach) zebrałam też trochę wrażeń kulinarnych po sąsiedzku, kilka km dalej, w Bad Gastein i uznałam (za namową M), że czas na kolejny wpis. Jak na tradycję przystało, będzie też „trójkowy”.

Chronologicznie, a więc cofając się do tegorocznej zimy: jechaliśmy przez samo centrum Bad Gastein, czyt. okolice dworca, basenu i stacji kolejki na Stubnerkogel, a właściwie snuliśmy się za autobusem w śniegu. Z braku zajęcia rozglądałam się na boki i w pasażu handlowym po lewej stronie zauważyłam nowy lokal. Zdążyłam tylko zobaczyć fragment nazwy „Coś tam beans" (fasolki, ale tu: ziarna), i mignęło mi wnętrze a la kawiarniane. No, jak bardzo, bardzo mała kawiarnia. Niemniej, nabrałam nadziei, że może być to źródło tego, co rozumiem przez dobrą kawę (co by sugerowało, że było to w drugim tygodniu pobytu, kiedy już nasyciłam się i Braunerem, i kawą z ekspresu automatycznego ;)). Wkrótce okazało się, że miałam rację. Mowa bowiem o The Blonde Beans, miejscu założonym przed dwie Szwedki (obecnie, żeby było bardziej międzynarodowo, kawę serwuje także nowozelandzki mąż jednej z nich ;). Ponieważ punkt powstał w miejscu byłego sklepu jubilerskiego, „Fasolki” (bo taką mają u mnie przezwisko) działają głównie na wynos: miejsc siedzących jest dla góra czterech osób, i raczej lubiących bliski kontakt z innymi. Gdy jest ciepło, parapet na zewnątrz może pomieścić jeszcze ok. 2-3 sztuk. Menu jest krótkie: codziennie 2 dania lunchowe, z czego jedno wege/jarskie, poza tym kanapki i słodycze i, przede wszystkim, kawa. Flat white zimowe miało potencjał, ale za dużą pojemność, letnie jest jednak idealne bez żadnych dodatkowych instrukcji dla baristy. No, w końcu formuła podobno przywędrowała właśnie z Nowej Zelandii… ;) Aha, warto do The Blonde Beans zajrzeć wtedy, kiedy Anna ma świeżo upieczone bułeczki cynamonowe (patrz: zdjęcie ^^). Na semla się niestety nie załapaliśmy… jeszcze ;): wszak zima nadchodzi!

Utrzymując się w temacie kawiarni: rok temu zauważyłam, że budynek elektrowni niedaleko wodospadu, w „dolnej” części miasta, sprawia wrażenie odnowionego. Kilka miesięcy później obiło mi się o oczy, że owszem, remont miał miejsce, dzięki czemu powstała nowa kawiarnia, o bardzo stosownej nazwie: Kraftwerk. Gdy zobaczyłam zdjęcia wnętrza, zrozumiałam, że muszę je odwiedzić: jest to gratka i dla fanów stylu (post)industrialnego, i miłośników retro, i techniki. W skrócie, za wystrój należy się piątka (także za zostawienie starych kafelków na podłodze). Sporem plusem jest też lokalizacja, zwłaszcza jeśli lubi się wodospady (jak blisko ten się znajduje, łatwo ocenić na zdjęciu ^^) – choć osobiście powiedziałabym, że Bad Gastein jest w ogóle malownicze, zwłaszcza w miejscach, z których nie widać piętrowego parkingu miejskiego lub centrum kongresowego. Menu kawiarni to napoje (także alkoholowe), ciasta w stylu domowym i drobne dania typu sałatki, makarony, itd. Jedliśmy tylko ciasto (kelnerka poszła się wcześniej dowiedzieć, jakie jest – do wyboru był Apfel- lub Schokokuchen) i piliśmy kawę: jak na Braunera przyzwoitą, ale jest to zdecydowanie Brauner, nie podwójne espresso, jakiego bym się spodziewała w opisanych powyżej „Fasolkach”. Może kiedyś jak będę miała znowu ochotę popatrzeć na zegary i maszynerię, spróbuję czegoś wytrawnego.

Jako nr 3, większy gabaryt: restauracja Rossalm. Gdybym regularnie zjeżdżała na nartach ze Stubnerkogel do Bad Gastein, mijałabym lokal po prawej na samej końcówce przed stacją kolejki i parkingiem. Ponieważ jednak nie lubię tej trasy, przez kilkanaście lat zjechałam tam… całe dwa razy ;), a Rossalm wskazał mi M, gdy ruszaliśmy na szczyt równoległy do Stubnerkogla: „O, to to miejsce, dokąd chciałaś pójść”. Rzeczywiście, chciałam, po wiosennej lekturze artykułu nt. kulinariów w Bad. Restaurację chwalono a recenzowana kuchnia wydawała się ambitniejsza od przeciętnej. Ponieważ na trasie mieliśmy strategicznie umieszczoną gablotkę z menu, zatrzymaliśmy się by rzucić na nią okiem, i ze zdziwieniem przeczytaliśmy godziny otwarcia: tylko piątek-niedziela, i nie za długo. A że akurat zaczynał się weekend… M miał wątpliwości, czy po paru godzinach wspinaczki w pełnym słońcu będziemy się prezentować hmmm, restauracyjnie, ale zwróciłam uwagę na prosty wygląd lokalu (drewniana chata), „sportową” lokalizację i to, że możemy w końcu siedzieć na zewnątrz.

Gdy po ok. 4 godzinach dotarliśmy na lunch, okazało się, że to siedzenie na zewnątrz jest faktycznie wskazane, bo wewnątrz jest nieco zbyt elegancko (czyt. przytłumione światło, szkło i białe obrusy) jak na nasze odzienie i powysiłkową aparycję; zresztą, wyjątkowo letnia aura się aż prosiła o posiłek al fresco. Zajęliśmy więc stolik w cieniu z widokiem na miasto, i skupiliśmy na wyborze dań. Podobało mi się, że większość pozycji w karcie stanowiła nowoczesną wariację na temat austriackiej klasyki, okraszona kuchnią międzynarodową (jak przystawki, na które się zdecydowaliśmy). I tak zjedliśmy zupę z batata z przegrzebkiem (ja), tatara z łososia (M), duszone mięso jelenia (M) oraz Tafelspitz, tj. cielęcą sztukę mięs (ja). Co rzadko się zdarza, do smaku żadnego dania nie mogłabym się przyczepić: po prostu wszystko było smaczne, nawet tatar rybny, który zazwyczaj mnie w restauracjach rozczarowuje (i właściwie przestałam go zamawiać). Jak to ujął M, był doprawiony, ale smak ryby nie został zabity (co w moim odczuciu ma miejsce prawie zawsze). Chyba najbardziej mi się podobał Tafelspitz, od sposobu podania mięsa z wywarem w naczyniu wiadomej firmy ;) plus dodatki (m.in. jabłko z chrzanem, smażone ziemniaki, szpinak) w mniejszych naczyniach, na zasadzie „zrób to sam”. Od razu przypomniał mi się bardzo stary Pyrex, w którym dostałam siostrzane danie, tj. blanquette de veau, w Benoit. No cóż, nie tylko w kategorii „estetyka” Rossalm wygrywa z paryskim bistro. Aha, warto zauważyć, że porcje – jak na dość elegancką formułę zwłaszcza – są raczej duże; M musiał mi pomóc dokończyć mięso.

Z minusów: zmieniłabym proporcje niektórych dań, np. w mojej przystawce było za dużo zupy w stosunku do przegrzebków (bo była dosłownie jedna sztuka ;); w obu daniach M trochę za dużo się działo, jeśli chodzi o kleksy sosów/dekoracyjne a jadalne dodatki (jest to coś, co b. często mi przeszkadza w restauracjach, z lokalnych przykładów w Bertahof często się zdarza). Sztuce mięs też towarzyszyło sporo rzeczy, ale ze względu na formę podania a la jednoosobowy bufet, trudno narzekać na nadmiar. Kolejna sprawa: nie sprawdzałam dokładnie, ale nie rzuciło mi się oczy wiele dań wegetariańskich poza (przypuszczalnie) zupą, jakąś sałatką i deserami; frakcji bezmięsnej radziłabym wcześniejsze sprawdzenie menu. Obsługę oceniam jako obojętną – poprawną, ale nieco za mało zaangażowaną i chłodną; uśmiech i parę słów od siebie w ramach np. rekomendacji naprawdę sporo zmieniają (tu tęsknie myślę o marcowym Londynie, zwłaszcza Harwood Arms...). Wreszcie, niestety: oblany Bublotest ;). Wszystkie te negatywy uważam jednak za drobiazgi i z dużą chęcią do Rossalmu wrócę, np. sprawdzić, jak wygląda w zimowym wydaniu… i jak odświeżają Kasnockn’ czy Tiroler Gröstl, moje ulubione lokalne dania z patelni. Muszę tylko koniecznie pamiętać, żeby przed takimi konkretami darować sobie już przystawkę ;).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 23 maja 2016

Jakiś czas temu podczas pobytu w Warszawie wybraliśmy się z rodziną do restauracji gruzińskiej. M (kierowca) zamówił lemoniadę estragonową. Napój był niepokojąco zielony, ale smakował całkiem nieźle. Mama wzięła łyk i oznajmiła: „Anyż!”. Miała rację, bo mój ukochany estragon francuski (wspominałam o nim wielokrotnie, choćby przy okazji „kurczaka myśliwego”) ma wyraźnie anyżowy posmak – co dla mnie jest ogromnym plusem i nie widzę sensu używania innego estragonu.

Niedawno planowałam przygotować domową lemoniadę estragonową, ale ostatecznie aura nie była wystarczająco letnia (i do chłodnika, i do napojów chłodzących musi być, w moim odczuciu, jednak bardzo ciepło). Zrobiłam więc napój wyskokowy ;). Jakiś czas temu czytałam o basil smash*, koktajlu na bazie ginu; swoją wersję nazwałam tarragon smash. Uwaga, całość jest wyraźnie anyżowa, ale poniżej opisałam też wersję delikatną.

Składniki (1 porcja):

  • 45ml (3 łyżki) ginu,
  • 7,5ml (pół łyżki) pastis**,
  • garść estragonu francuskiego,
  • łyżeczka cukru,
  • woda sodowa i lód,
  • sok z 3/4 limonki (lub do smaku)

Estragon rozetrzeć tamperem w szklance (ok. 250-300ml) z cukrem i sokiem z limonki, odstawić na parę minut. Dodać alkohol, wymieszać, dopełnić schłodzona wodą sodową. Opcjonalnie dodać lód. Podawać od razu.

** W wersji łagodniejszej pominąć lub zastąpić ginem (ew. można spróbować z limoncello?).

Przypominam także innego blogowego „smasha” z procentami, tj. truskawkowego: sezon owocowy już tuż, tuż!

* Dwa dni temu trafiłam do lokalu, w którym można napić się właśnie basil smash (i innych smacznych koktajli – uwaga, są też takie bezalkoholowe), tj. warszawskiego Baru Wieczornego. W trzy osoby udało nam się całkiem sporo przetestować (właściwie było nas czworo, ale E. skupiła się na Młodym Ziemniaku i innych wódkach artystycznych)… choć do ginu z bazylią w końcu nie doszłam, bo inne propozycje za bardzo kusiły (np. drinki z nutą kwiatową – różane czy lawendowe – czy bogata kolekcja moich ulubionych sours). Duży plus za niewielkie, kameralne wnętrze z kolekcjonerskimi plakatami teatralnymi (i klimatyczny dziedziniec) oraz miłą, pomocną obsługę. Polecam, jeśli szukacie miejsca na wieczorne wyjście.

środa, 09 marca 2016

7 lat minęło jak jeden dzień… Tzn. 7 lat od ostatniego pobytu w Londynie. Jeszcze wcześniejsze miały miejsce w poprzednim stuleciu. W związku z tym podczas czterech dni spędzonych w brytyjskiej stolicy w dużym stopniu odwiedzaliśmy to, co znane a dawno niewidziane. Taki był powrót do kościoła St. Bartholomew's, który ostatni raz widziałam w rusztowaniu; na cmentarz Highgate, który zwiedzałam prawie 20 (!) lat temu w upale, a teraz trzęsąc się z zimna; do działu ceramiki V&A (Muzeum Victorii i Alberta), który w 2009 r. był w trakcie renowacji. Jak zawsze rozczuliłam się na widok Nelsona na Trafalgar Square (jak byłam mała, uwielbiałam ten pomnik – chyba fascynował mnie kontrast między wysokością kolumny na „malutką” postacią na górze).

To nie znaczy, że klasyczne zwiedzanie nie objęło niczego nowego: spełniłam swoje marzenie, tj. wieczór w operze w Covent Garden. Co prawda, marzenie zakładało obejrzenie baletu, ale to już jakaś ostatnio prawidłowość, że z baletami mi nie po drodze terminowo. Trafiłam też po raz pierwszy do National Portrait Gallery. Swego czasu zaliczyłam większość londyńskich muzeów, ale to akurat pominęłam, uznając za nieinteresujące („nie lubię biografii”). Wątpię, bym tam wróciła, bo faktycznie niezupełnie jest to moja bajka (wciąż nie lubię biografii), ale nie sposób nie podziwiać brytyjskiego muzealnictwa: wykonania, przygotowania, a przede wszystkim kopalni wiedzy oraz materiałów za tym stojącej. Podczas krótkiej i pobieżnej wizyty paru ciekawych rzeczy się dowiedziałam (choćby na temat kobiet-pionierek w służbie zdrowia, tj. Mary Seacole – mniej znanej, niż Florence Nightingale – czy Elizabeth Garrett Anderson). Zupełnie przypadkiem (poszukując prezentu urodzinowego) trafiłam też do Hatchards, tj. „najstarszej księgarni Wielkiej Brytanii”. Nie ukrywam, że choć regularnie kupuję prawdziwe (papierowe) książki i nie uznaję czytników, robię to właściwie wyłącznie internetowo. Często też kupuję używane książki. Hatchards wygląda jednak tak, jak powinna wyglądać moim zdaniem księgarnia: ma kilka pięter, drewniane schody, jest ciemna, ciekawe pozycje są wyłożone zachęcająco na małych stolikach. W dziale podróżniczym stoi kolekcja globusów. Aż chce się zwinąć w kłębek w fotelu w kącie i czytać. Aha, i witryna jak z Dickensa.

Kultura kulturą, ale co z jedzeniem? Tu także było parę udanych powrotów i kilka wyczekanych nowości. A więc wróciliśmy na Borough Market, który choć także w częściowym remoncie, jest i większy, niż parę lat temu, i znacznie bardziej popularny. Mając na uwadze komfort zwiedzania może lepiej wybrać się rano? W porze lunchu w niektórych miejscach było nieprzyjemnie tłoczno, a kolejka do Monmouth Coffee, które chciałam odwiedzić, mnie niemile zaskoczyła (jeszcze bardziej zdziwiona byłam, że była dwukrotnie dłuższa, gdy wróciliśmy pod kawiarnię po zjedzeniu obiadu). Powrót na Borough oznaczał także powrót do Wright Brothers, i ostrygi były tak dobre, jak je zapamiętaliśmy (lub nawet lepsze), drugie dania jednak nierówne. Poprzedniego wieczora była także inna reaktywacja: kolacja w Harwood Arms, które w kilka miesięcy po tym, jak je odwiedziłam stało się „jedynym jednogwiazdkowym pubem”. Gwiazdkę przez te lata utrzymali i w moim odczuciu zasłużenie: wciąż w menu wyróżniają się ciekawe podroby/nietypowe mięsa (perliczka w dwóch postaciach, gołąb) i na drugim miejscu ryby/owoce morza. Do kart deserów niestety nie doszliśmy (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Obsługa jak poprzednio (i jak zresztą zazwyczaj w Londynie) przemiła, tym razem francuska.



Teraz nowości: po pierwsze, Nopi. Jak może pamiętacie, jestem fanką Jerusalem i choć ogólnie chciałam spróbować wydania restauracyjnego kuchni Ottolenghiego, miałam też pewne obawy (w skrócie takie, że ideał sięgnie bruku). Na szczęście, okazało się, że jest smacznie (nawet jeśli nie oszałamiająco). Formuła „małych dań” z zasady mi odpowiada, bo pozwala więcej przetestować. Z czterech dań, które spróbowaliśmy, pasowało nam zasadniczo każde, z naciskiem na dwa z nich (w przypadku M – sernik wytrawny, w moim – raki). A jednak nie wiem, czy bym chciała to powtórzyć, przy czym myślę o formule/klimacie restauracji, która nawet w części na parterze (indywidualne stoliki, piętro niżej jest tylko jeden wspólny stół – coś, czego osobiście nie lubię) jest mało intymna. Posiłek przebiega sprawnie, ale z konieczności dość szybko, bo już inni goście czekają na stoliki.



Po drugie: Ducksoup. O bio winiarni z ciekawym jedzeniem czytałam kilka tygodni przed wyjazdem, M jednak kręcił nosem, że wolałby coś innego, np. etnicznego. Ponieważ jednak do wybranej indyjskiej restauracji z sieci Dishoom była kolejka na 1,5 godziny czekania (!), spróbowaliśmy szczęścia kilka ulic dalej właśnie w Ducksoup. Miejsce jest ciemne, głośne i małe (a przede wszystkim wąskie: miałam skojarzenia z hiszpańskimi barami), ale o dziwo, znalazły się dwa miejsca na stołkach przy kontuarze. Do win bio szczerze mówiąc jeszcze się nie przekonałam – te w tej restauracji też wydawały się, hm, specyficzne, a spróbowaliśmy trzech różnych – ale bardzo smakowało mi jedzenie. To co mnie od jakiegoś czasu najbardziej interesuje, to prosta (ale nie przaśna) kuchnia z jak najlepszych składników. Tu próbowaliśmy m.in. jagnięcego serca, doprawionego bliskowschodnio, i młodego kurczaka gotowanego w mleku z szalotkami (oba dania na liście „do odtworzenia”).


Tyle, jeśli chodzi o główne posiłki, zostały jeszcze te pomniejsze. I tu powód, czemu słodycze nas w Harwood Arms nie kusiły: zjedliśmy wcześniej podwieczorek. Duży podwieczorek. W hotelu Savoy (który został wybrany drogą eliminacji, bo polecany przez Anię Claridge's był zajęty a termin mieliśmy tylko jeden i dość wąski). Innymi słowy, poszliśmy na klasyczne, tradycyjne afternoon tea, czyli coś, co co kusiło mnie od dawna. Teraz mogę z zadowoleniem pozycję skreślić na liście i… już nie powtarzać. Jak wygląda herbatka w Savoyu? Siedzi się w Thames Foyer na niskiej kanapce lub wyściełanych krzesłach i w ciągu ok. dwóch godzin konsumuje: kanapki w pięciu smakach (najbardziej smakował mi łosoś oraz kurczak z curry, tj. coronation chicken, najmniej pasta jajeczna), scones i clotted cream, drobne wypieki francuskie oraz ciasto. Ilość: do oporu, w miarę możliwości (my się oszczędzaliśmy, a i tak było nam odko), to samo dotyczy uzupełnianej herbaty. Nie jest to, w moim odczuciu, szczyt rozkoszy kulinarnych (najsmaczniejsze były wybrane kanapki i scones, bo wypieki jadałam znacznie lepsze), a raczej ciekawe doznanie kulturowe. Miłym zaskoczeniem było to, że sala (całkiem zresztą pełna) była zajęta nie przez np. grupy azjatyckich turystów, a raczej rodziny z dziećmi, matki z córkami, zakochane pary czy przyjaciół świętujących urodziny. Wiem, że są tacy, którzy regularnie (np. co rok, lub jak tylko mają okazję) wybierają się na odświętny podwieczorek, „kolekcjonując” w ten sposób słynne hotele lub restauracje, ale mnie jednorazowe zaspokojenie ciekawości wystarczy ;).


Po podwieczorku jest kolacja, a po wieczorem, po kolacji… Nie wiem, czy uwierzycie, ale piwo wypiłam tylko raz. Poszliśmy za to do nietypowego baru, w moim odczuciu pozycji obowiązkowej dla fanów klimatów retro i lat 40-tych. Mowa o Cahoots, które kryje się (dosłownie) przy Carnaby St w dawnym schronie z czasów wojny, a jest urządzone jak powojenna stacja metra, w której przypadkiem znalazł się bar. Z klimatyczną kartą drinków (m.in. sekcja „gwiazdy i gwiazdeczki”, a tam drinki nazwane na cześć Judy Garland czy Katherine Hepburn), mówiącą slangiem obsługą i innymi smaczkami (m.in. w toalecie leci program radiowy na temat cockneya). Rezerwacja jest konieczna – bez niej trzeba czekać na wejście bliżej nieokreślony czas.

Rano, zwłaszcza po dłuższym wieczorze a przed ciężkim dniem (spędzonym np. na targach – czasem trzeba zająć się pracą), może przydać się konkretne śniadanie. Choć wybraliśmy się na tzw. full English (klasyczne śniadanie w angielskim stylu, fasolka, boczek i s-ka, które zjadł M, bo ja zobaczyłam w karcie peklowaną wołowinę - salt beef - z jajkiem w koszulce…), topowym śniadaniem okazało się to w Dishoom (o którym wspomniałam wyżej). Sadzone jajo owinięte naanem to pomysł tak prosty a genialny, że nie wiem, jak wcześniej mogłam o tym nie słyszeć. Do tego dwie szklanki pysznego, pikantnego masala chai (które „nigdy się nie kończy”), sos chilli i krótko grillowane pomidory z kolendrą.

Chai? A co z kawą? Moja „googlomapa” składała się głównie z gęsto utkanych żółtych oznaczeń mniej lub bardziej znanych hipsterskich kawiarni. Ostatecznie zaliczyliśmy tylko trzy, a kawa (espresso) smakowało mi najbardziej we wspomnianym wyżej Monmouth – ale tym przynajmniej pozornie mniej obleganym na Covent Garden. Ogólnie jednak kawiarni w Londynie jest bardzo, bardzo dużo, a w popularnych miejscach jeszcze więcej.

Na koniec warto wspomnieć o pamiątkach z podróży, bo wiadomo, że spożywcze też przywiozłam. Skromnie, bo tylko parę sztuk ;) (chyba, że nasiona się liczą?) z Borough Market: dwa brytyjskie sery ze wspaniałego sklepu Neal's Yard Dairy oraz, bo jestem niepoprawna, dwa słoiki przypraw: baharat, której kiedyś mi już brakowało, oraz mahleb.

A teraz, jak już wszystko spisane, ciekawa jestem, kiedy kolejny powrót? Po cichu mam nadzieję, że szybciej niż za 7 lat ;).

czwartek, 07 stycznia 2016

Jakiś czas temu z ciekawością przeczytałam wpis na blogu Magazyn Kuchennyo ulubionych gadżetach i utensyliach kuchennych, i w myślach zrobiłam swoją listę „top 5” akcesoriów przydatnych, a niekoniecznie typowych. Potem z 5-tki zrobiła się 8-ka. Zanim jednak o niej napisałam, minęło – jak widać ;) - dużo czasu.

Pominęłam rzeczy (w moim odczuciu) oczywiste, takie jak trzepaczki, łopatki czy moździerz, wielkogabarytowe, typu ekspres do kawy czy mikser, a także naczynia kuchenne, typu patelnie. Zostały tzw. bajery, ale takie, których mi mniej lub bardziej brakuje, gdy gotuję poza własną kuchnią.

1. Miarki

Łyżki, kubki, dzbanki (których na zdjęciu nie widać, mam litrowy oraz półlitrowy). Prezenty ze Stanów (te bardziej zużyte), podarki od rodziców oraz tzw. pamiątki z wakacji. Wszystkie regularnie używane, do odmierzania przypraw, kasz, ryżu, no i oczywiście „szklankowych” przepisów amerykańskich. Najmniejsza to 1/8 łyżeczki.

2. Wagi

Jako aptekarska wnuczka, jak tylko zaczęłam gotować, zapragnęłam wagi. Pierwsza była zdobyczna, ręcznie regulowana, a więc średnio dokładna, potem już tylko elektroniczna (dwuzakresowa, bo jako leń przełączam na uncje przy przepisach Hamelmana). Najbardziej jednak przywiązana jestem do wagi łyżkowej (do 30g). Korzystam z niej regularnie do odmierzania kawy (jak widać na zdjęciu) do ekspresu, a także do drożdży, przypraw i innych drobiazgów. Ma tą zaletę, że jest bardzo dokładna. Tak bałam się, że kiedyś mi się zepsuje, że kupiłam zapasową ;).


Tzw. najważniejsze mamy z głowy. Teraz takie mniej istotne, acz przydatne...

3. Termometr spożywczy

OK, tak naprawdę mam ich kilka - jeden mieszka przy ekspresie i używam go tylko do kontrolowania temperatury spienianego mleka, drugi jest do wina i tylko sobie leży w szufladzie, a trzeci kupiłam w ramach cukiernictwa, a konkretnie temperowania czekolady. Choć nie jest idealny – są lepsze, bardziej zaawansowane i czułe, plus od razu zepsułam uchwyt do mocowania na garnku a z zastępczym kupionym przez M trzeba trochę się pobawić, lubię go za funkcję alarmu przy osiągnięciu zadanej temperatury. Ostatnio przydaje się także M w wędliniarstwie.


4. Mini tarka

Używam jej właściwie tylko do gałki muszkatołowej, ale za każdym razem się cieszę, że ją mam, bo a/ jej mini gabaryty z jakiegoś powodu mnie bawią, b/ nie znoszę bez potrzeby mnożyć naczynia do zmywania. Wyciąganie dużej tarki tylko do starcia szczypty gałki – za dużo zachodu, a takie maleństwo wystarczy tylko opłukać.

5. Podkładki („stopery”) pod pokrywkę garnka

'Lid sids' zachwyciły mnie w internecie – i pomysłem, i wykonaniem. Kto nie miał nigdy problemów z kipiącą zupą/ryżem/potrawką? Kto nie zostawił lekko uchylonej pokrywki, opartej o brzeg garnka i poszedł np. poczytać ulubione blogi, a pokrywka w międzyczasie się niestety zsunęła z powrotem? Te małe ludki zahacza się o brzeg naczynia, o ich plecy opiera pokrywkę i voila – stabilnie, nic nie kipi, garnek częściowo przykryty. A do tego buzia mi się sama śmieje, jak je widzę w akcji.

6. Nóż kolebkowy (siekacz)

Wkład Nigelli w moje życie, tj. kuchnię. Obejrzawszy ileś programów, w których sieka zioła/cebulę/chilli i inne, zachwalając swój nóż kolebkowy, jako szybki a wydajny, przy tym bezpieczny dla osób zgrabnych inaczej, uznałam, że to coś właśnie dla mnie. I faktycznie, sieka czy szatkuje się nim – w moim odczuciu – świetnie, przy tym jeszcze nigdy nie zrobiłam sobie nim krzywdy (czego nie da się powiedzieć o innych narzędziach kuchennych, np. bardzo ostrej tarce do cytrusów). Ostatnio z tego noża mniej korzystam, bo odkryłam tzw. nóż Deba, albo nóż szefa kuchni na miarę moich możliwości. Używając go jednak muszę znacznie bardziej się skupiać, np. na odległości palców od ostrza, niż przy siekaczu ;).

7. Szeroka łyżka do nakładania potraw

Tak naprawdę produkt ze zdjęcia nazywa się „łyżka do woka”. Dawno, dawno temu moja Mama gdzieś kupiła stosunkowo płaską a szeroką (a la szufla) łyżkę do serwowania. Długo szukałam zamiennika (tj. swojej łyżki); ta poniżej mogłaby być trochę większa, ale i tak bdb spełnia swoją funkcję (lepiej niż chochla) przy daniach półpłynnych, typu potrawki czy curry, a jemy ich bardzo dużo.

8. Silikonowe mieszadło do miksera

Choć mikser wyrzuciłam z listy, zostawiłam niestandardową, silikonową nasadkę, która towarzyszyła mojemu obecnemu mikserowi (Kenwood) i którą wiem, że można nabyć osobno: jeśli ktoś się waha, czy zainwestować w taki dodatek, warto! Świetnie uciera kremy, masy (np. na sernik) czy luźne ciasta - znacznie lepiej niż zwykłe mieszadło (bo m.in. bardzo dobrze zbiera wszystko ze ścianek miksera). M uważa, że to dzięki niej tegoroczny sernik świąteczny był wyjątkowo udany ;).

 A teraz oczywiście ciekawa jestem Waszych typów! Co znalazłoby się pierwszej 5-tce (lub 8-ce)?

wtorek, 22 września 2015

To, że lubię kawę oraz kawiarnie, to nic nowego. O austriackich wspominałam kilkakrotnie, np. w kontekście ich wystroju i tego, co nazywam „zapyziałością”. W Gasteinertal mamy kilka ulubionych, m.in. Café Gastun (Dorfgastein) czy Café Shuh (Bad Gastein), obie z obowiązkowymi pstrokatymi (wzorek geometryczny, wiek na oko co najmniej 20 lat) obiciami krzeseł i siedzisk. W obu kawiarniach bywają lokalni mieszkańcy, plusem Café Shuh jest specyficzny (szorstki w obyciu, ale bratanek M sprawił, że nawet się uśmiechnął) główny kelner (właściciel?). Do austriackiego Braunera się przyzwyczaiłam, choć nie jest to ten typ kawy, który lubię i pijam w warunkach domowych, podobnie zresztą, jak normalnie nigdy nie jadam tortów, a tu w kawiarniach mi się zdarza. Innymi słowy, przyciąga nas głównie atmosfera.



W zeszłym roku przypadkiem znaleźliśmy ulubione miejsce w Salzburgu, tj. Café Bazar, miejsce z tzw. historią. Lokalizacja nad rzeką, z widokiem na starówkę, duże, stare wnętrze, styl lekko Art Deco, duży ruch wewnątrz, ale znów głównie lokalny (sporo starszych osób, spotykających się towarzysko), gazety papierowe (!) na wieszakach, które stanowią popularną lekturę. Za pierwszym razem jadłam najlepszy w życiu Topfenstrudel (na zdjęciu powyżej). Kawa to znów Brauner – przyzwoity i mocny, ale niestety, jednak nie espresso.

Gdy parę dni temu spędziliśmy dobę w Wiedniu, powiedziałam M, że chcę pójść do paru kawiarni, przy czym zależało mi na kontrastach. Była więc i klasyka z historią, i nowa fala, tj. właściwie trzecia fala ;).

Café Central przegapiliśmy wędrując Herrengasse wzdłuż Palais Ferstel (kawiarnia mieści się na rogu budynku) i musieliśmy zawrócić, po drodze zaglądając z ciekawością do pasażu handlowego. Bardzo duże wnętrze jest dość ciemne, z wysokimi sufitami a lampy – skądinąd ładne – palą się chyba cały dzień, skoro były zapalone w słoneczny poranek. Architektura to zresztą w moim odczuciu największy plus lokalu. Obawiałam się, że miejsce z przeszłością", w którym się bywało niekoniecznie po to, by spożywać, będzie całkowicie oblegane przez turystów (z tego co czytałam, do Café Sacher ustawiają się kolejki), jednak przynajmniej trochę po 9 rano nie było tak źle, choć klientela rzeczywiście stanowi ciekawą mieszankę osób zwiedzających Wiedeń oraz... biznesmenów na spotkaniach. Obsługa jest sprawna, choć bezosobowa – czego zresztą się spodziewałam – i szybko dostaliśmy nasze „tradycyjne śniadanie” (patrz pierwsze zdjęcie): mały Brauner + kajzerka + jajo na miękko + rogalik + dżem i masło. Jak to przeważnie w takich miejscach bywa, ciasta najlepiej wybrać „na oko”, wędrując do oszklonej lady na środku pomieszczenia.


Coffee Pirates wyszukałam w internecie już jakiś czas temu, z myślą o znalezieniu miejsca z porządnym espresso („będziemy już stęsknieni”), myśląc więc bardziej o kawie niż o kawiarni. Google nie był wyjątkowo pomocny w tym względzie, tj. z pierwszej strony wyników wyłuskałam tylko to miejsce, i to właściwie po wstukaniu hasła coffee roasters. Gdybym miała liczyć na ślepy traf w znalezieniu takiej kawy, o jaką mi chodzi (takiej, jaką we Włoszech sprzedaje się w każdym kiosku z gazetami), co dziś można zrobić w dużych polskich miastach, Londynie lub w Nowym Jorku - raczej bym się przeliczyła. Piraci nie mieszczą się w ścisłym centrum Wiednia, za to rzut beretem od uniwersytetu, co zdawało się zresztą przekładać na wiek klienteli. Głód podwójnego espresso zaspokoiliśmy flat white, z upałem (33 st. C) dała sobie radę lemoniada, a na pamiątkę zabraliśmy firmową paczkę mieszanki ziaren. Nad stolikiem mogliśmy podziwiać zdjęcia właściciela poszukującego kawy „u źródeł” w różnych egzotycznych miejscach (Wietnam, Ameryka Południowa), przy stoliku poczytać o kawie miesiąca, w toalecie podziwiać kredowe graffiti takie, jak w stołecznej Bibułce. A jednak... cytując T-Love, „jest super, więc o Ci chodzi?”. Może o to, że tego typu kawiarnie to globalizacja w innym wydaniu: gdyby nie język dookoła, moglibyśmy być równie dobrze w Paryżu, NYC czy na warszawskim Mokotowie, bo choć nie są to sieciówki, to wokół są te same drewniane stoły, rowery, alternatywne zaparzacze kawy, brody i tatuaże, a menu i tak właściwie po angielsku ;). Brakuje mi oryginalności i kolorytu ściśle lokalnego, za to chętnie bym wyrzuciła te wszystkie syfony, wazoniki z wstążką* i cokolwiek, co zawiera nasiona chia/goji, bo chcę po prostu napić się kawy, bez ideologii w tle. Może jednak nie jestem hipsterem ;)? Choć przyznaję, że butelki z cold brew (o którym pisałam kilka lat temu jako o „kawie z koncentratu”, zanim wiedziałam, że to można inaczej nazwać...) mają fajne etykiety ;).



Czy wróciłabym do tych miejsc, tak jak jednak wracam do Café Bazar, gdybym przypadkiem znów znalazła się w Wiedniu? Gdybym była akurat w pobliżu a poziom kofeiny byłby niski, może, ale raczej nie wybrałabym się docelowo. Kawiarni w Wiedniu, bądź co bądź, jest pod dostatkiem, choć jeden typ wyraźnie przeważa nad drugim, i gdyby choć trochę zapatrzyli się na sąsiadów z południa, jeśli chodzi o serwowany typ kawy, byłoby idealnie – lub niemal perfekcyjnie, bo podobno ideałów nie ma. Co nie przeszkadza w marzeniach i poszukiwaniach, nawet jeśli własny mąż je kwituje z uśmiechem: „problemy pierwszego świata”. I pewnie ma trochę racji.

* Czyli Chemexy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna