Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: recenzje

poniedziałek, 14 maja 2018

Jesteście w weekend w Rzymie. Jest ładna, (bardzo) ciepła i sucha pogoda. Macie trochę czasu i zbliża się pora obiadu… czy to wszystko nie sprowadza się do słowa PIKNIK? A gdzie lepiej się zaopatrzyć na ten piknik, jak na lokalnym targu?

Parę tygodni temu, w kwietniową sobotę, poszliśmy do Mercato Circo Massimo właśnie w tym celu: zaopatrzyć się na piknik. Oczywiście, chciałam w ogóle zobaczyć ten targ rzymski, a skoro można było przy okazji wykorzystać to praktycznie… Przestrzeń nie jest bardzo duża, ale jest tam wszystko, co trzeba: kilka straganów z pieczywem (kupiliśmy focaccię), sery (kupiliśmy kozi), smarowidła do pieczywa (wzięliśmy takie z papryką), wędliny (wzięliśmy suche kiełbaski) i, przede wszystkim, owoce i warzywa. Sezonowość jest przestrzegana, czyt. nie widziałam ani jednego pomidora; sprzedawano głównie szparagi, agretti, pory, rzodkiewki, najróżniejsze sałaty, pierwsze truskawki, rabarbar, i (jeszcze) pomarańcze (skorzystaliśmy). Brakowało mi trochę oliwek (były tylko duże próżniowe opakowania), ale rozumiem, że to też nie sezon. Wśród kupujących trochę turystów, ale większość klientów sprawiała wrażenie lokalne.

Dokąd poszliśmy z naszymi zakupami? Wstępny plan zakładał piknikowanie na Palatynie, ale jak się szuka wejścia z drugiej strony, to się go raczej nie znajduje ;) (mała podpowiedź: trzeba iść na Via di San Gregorio, i tylko głodem/upałem mogę tłumaczyć to, że nie wpadliśmy na to, by sprawdzić adres na mapie). Sam Circo Massimo robi wrażenie, ale niekoniecznie jako miejsce na kameralny posiłek (chyba, że ktoś lubi na środku placu vel patelni), i ostatecznie wsiedliśmy do metra i wróciliśmy do Ogrodów Borghese.

„Wróciliśmy”, bo mieszkaliśmy przez kilka dni w pobliżu. Przyznaję, że do tej pory park kojarzyłam albo jako miejsce, w którym przemokłam tak, jak nigdy wcześniej (ani później), albo jako sierpniową zakurzoną pustynię, niemal pozbawioną toalet publicznych ;). W zielonym i słonecznym wydaniu kwietniowym podoba mi się znacznie bardziej (poza, być może okolicami parkingu piętrowego Saba, które wydawały mi się wyjątkowo zaśmiecone i mało zachęcające) i polecam go także biegaczom. W sobotnie popołudnie bez problemu znaleźliśmy kawałek zacienionego trawnika (niedaleko drzewa pod którym piknikowały dwie zakonnice, kawałek dalej leżały pokotem nastolatki ;) i mogliśmy zająć się konsumpcją zakupów. I znów wyszło na to, że włoskie pikniki nam dobrze wychodzą (a na pewno lepiej niż francuskie – M do tej pory mi wypomina ten jedzony przy szosie, z maski samochodu…). Polecam, jeśli traficie do Wiecznego Miasta.

niedziela, 06 maja 2018

„Jesteśmy w Sienie”: pan z bransoletką ze skarabeuszem i nastoletnia Liv Tyler, a za chwilę na ekranie pojawiają się toskańskie krajobrazy, albo chciałam pojechać do Toskanii, od kiedy pierwszy raz obejrzałam Ukryte pragnienia (czyli od całkiem wielu lat). Najbardziej zależało mi na zobaczeniu na własne oczy tych zamglonych wzgórz z cyprysami, by móc powiedzieć to samo, co kiedyś na widok koloru Morza Egejskiego: tak, to naprawdę tak wygląda, jak na zdjęciach, to nie fotomontaż ;).

Naszą bazą na 3 dni pobytu było San Gimignano. Gdybym mogła spędzić więcej czasu w Toskanii, pewnie przynajmniej część pobytu nocowałabym w miejscu typu gospodarstwo agroturystyczne, w którym z okna widać właśnie te falujące, niebiesko-zielone wzgórza a nie mur sąsiedniej średniowiecznej kamienicy i pranie sąsiadów*; wówczas jednak pewnie zapamiętałabym to słynne średniowieczne miasto jako „katedra, wieża, turyści, wąskie uliczki” i nie poznałabym jego oblicza porannego lub wieczornego. O 8 rano turystów jeszcze nie ma (jedzą śniadanie u siebie i dopiero wsiądą do pojazdów, atrakcje zresztą otwarte dopiero od 10), a od ok. 19 już ich nie ma, i robi się zaskakująco pusto i cicho. Jest to z jednej strony przyjemne – po porannym espresso macchiato** można spokojnie zrobić zdjęcia bez ludzi w kadrze, jednak wieczorem ma się trochę wrażenie, że zostało po godzinach w skansenie ;). Zaznaczam, że taki był stan na kwiecień, szczyt sezonu może wyglądać (i brzmieć) inaczej.

Z innych miast toskańskich zwiedziliśmy Sienę, przespacerowaliśmy się także po Pienzy, przejechaliśmy przez szereg innych miast w regionie Val d’Orcia i wcześniej w Chianti, jadąc na lunch do Panzano (o czym niżej), przeszliśmy także przez kilka małych miasteczek w okolicy Montauto, i przyznaję, że w żadnym z nich się nie zakochałam. Lokalne krajobrazy: tak, to coś na co mogłabym patrzeć godzinami, jednak w kategorii miast i miasteczek Prowansja wygrywa nawet z zadbaną, miejscami pocztówkową Pienzą ;).

Co jedliśmy? Pierwszego wieczoru, bezpośrednio po dość późnym przyjeździe poszliśmy na kolację do restauracji Peruca, gdzie uznałam, że menu jest chyba jeszcze dość zimowe ;): dziczyzna i inne mięsa, poza tym sporo kapusty i strączkowych. Łatwo cudzoziemcom zapomnieć, że kuchnia włoska to nie tylko dania z południa, na upalną pogodę, a na pomidory kwietniu jeszcze nie sezon. Tortelloni z kapustą i fasolą były zaskakująco smaczne i… swojskie w smaku ;). W kolejne dwa dni postawiliśmy na lunch jako główny posiłek dnia i specjalnie pojechaliśmy do Panzano, do „rzeźnika-celebryty” (cyt. przewodnik Lonely Planet), a właściwie jednej z jego restauracji.

Dario Cecchini prowadzi w Panzano trzy lokale oraz sklep. Wybraliśmy się do opcji najmniej zobowiązującej, tj. Dario Doc, otwartej tylko w porze obiadowej i w której nie przyjmuje się rezerwacji. Szyldu widocznego nie ma, ale wchodzi się przez sklep i najlepiej od razu powiedzieć, czego się szuka, żeby nie tłoczyć się wśród chętnych na darmową degustację ;). Klientów sadza się przy długich, komunalnych stołach, na których już stoi woda, sosy oraz oliwa, do korzystania wg uznania, i stawia przed prostym wyborem, jeśli chodzi o menu: może być zestaw mały, średni lub duży, ewentualnie – wegetariański. Jeśli jednak je się mięso, jechać do słynnego rzeźnika by zjeść (tylko) warzywa…? Napoje zamawia się niezależnie, ale co ciekawe, można przyjść z własnym winem i nie będzie doliczone tzw. korkowe. Poszliśmy w opcję średnią, czyli burger wołowy, wysmażony wg uznania (poprosiliśmy o rare, i po namyśle nie wiem, czy jednak nie było to medium… Kwestia klasyfikacji, bo np. amerykańskie słabe wysmażenie = właściwie surowy, wg standardów europejskich?), fasolka na zimno (znów strączkowe!), sos pomidorowy, w moim odczuciu pyszny, liście selera naciowego, marynowana cebula oraz ziemniaki w plastrach zamiast frytek. Porcja dość obfita (u sąsiada widziałam zestaw L i sama bym go raczej nie zjadła), wszystko smaczne, choć mięso było (umyślnie?) mało doprawione. Jeśli będziecie w pobliżu, warto zajrzeć, choćby z ciekawości, ale nie wiem, czy bym ponownie specjalnie tam pojechała.

Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Sienę, i podczas przechadzki po ogrodach botanicznych usłyszeliśmy grzmoty. Zweryfikowaliśmy plany lunchowe i w deszczu doszliśmy (szybkim krokiem ;) do L’Orto de Pecci, czyli miejskiego ogrodu, na terenie którego działa restauracja. W ogrodach, co ciekawe, są zasadzone stare (podobno nawet średniowieczne) odmiany winorośli, rosną także oczywiście oliwki, rozmaryn wielkości drzewek, uprawia się warzywa i hoduje kozy, a pracownicy to osoby niepełnosprawne/potrzebujące. W menu wykorzystuje się własne płody rolne, oliwa na stoliku jest także własna. Zjedliśmy po talerzu prostego, warzywnego makaronu w stylu smacznej kuchni domowej, popijając domowym winem i następnie espresso, i byliśmy mile zaskoczeni niskim rachunkiem. Polecam, choćby dlatego, że inicjatywa wydaje się chwalebna. Po tym obiedzie poszliśmy – jedyny raz podczas wyjazdu! – na lody do polecanej Vecchia Latteria w centrum Sieny. Czekoladowe oraz kawowe były najlepsze, choć (bo?) bardzo intensywne, niemal wytrawne.

Te dwa wieczory w San Gimignano spędziliśmy w winiarni; konkretnie w D! Vineria za rogiem od Duomo (całkiem przyzwoite wina na kieliszki, ale z przekąsek właściwie tylko bruschetty) oraz w enotece na „głównej ulicy”, tj. Via San Matteo (gdzie wina, przynajmniej te odkorkowane, były gorsze, za to talerz przekąsek ogromny i smaczny, zwłaszcza część warzywna). Na deser można pójść na spacer wzdłuż murów miejskich ;).

W temacie bruschetty – pieczywo toskańskie jest jednym z gorszych, z jakim się spotkałam. Wiedziałam, że będzie niesłone – taki przepis i tradycja, ale nie, że będzie wysychać w błyskawicznym tempie (nigdy nie miałam wrażenia, że jest naprawdę świeże) i że skórka będzie tak twarda. Z ulgą powitałam chleby rzymskie, tam bowiem spędziliśmy ponad trzy dni po Toskanii.

Z podróży przywieźliśmy także prezenty spożywcze: nasza 10km wędrówka wokół Montauto prowadziła nie tylko przez gaje oliwne czy okolice opuszczonych kościołów, ale i bezpośrednio obok Fattorii San Donato, do której weszłam szukając kranu z wodą, a wyszłam z litrem lokalnej oliwy ;). Inną pamiątką, tym razem dla łasuchów, może być panforte, które leży na co drugiej wystawie sklepowej, a także… w sklepiku w zwiedzanym przez nas opactwie Sant ’Antimo. Była to wersja cytrusowa, którą kupiłam do bezpośredniego spożycia, kierowana ciekawością, jak to właściwie smakuje. W moim odczuciu to trochę bardziej sucha wersja Christmas cake, mająca też coś tam wspólnego z bakaliowym piernikiem – mnie smakowało ;). Opactwo swoją drogą też polecam, choćby ze względu na malownicze położenie (i zwierzęta, nie zawsze występujące w przyrodzie, zdobiące fasadę oraz kolumny wewnątrz kościoła).

Tyle wrażeń na szybko. Nie ukrywam, że nie zakochałam się w Toskanii i nie marzę o powrocie, niemniej warto choć raz zobaczyć te krajobrazy na własne oczy. Ciekawa jestem, jak odbiorę inny region Włoch, do którego trafię już za miesiąc…

* Nic nie mam do prania malowniczo zwisającego z okien, traktując je jako koloryt lokalny i w San Gimignano z ciekawością patrzyłam, co tego dnia się suszy vis a vis.

** To ta forma włoskiej kawy, jaka mi teraz najbardziej smakuje, skoro cappuccino już nie, jak wspominałam ;).

sobota, 03 marca 2018

Gdy się okazało, że przynajmniej trzy razy w tym roku będziemy w Rzymie, najpierw się ucieszyłam... a potem zaczęłam planować, co zjemy ;). Na pierwszy ogień zarezerwowałam kolacje-powroty: Armando al Pantheon (po 10 latach!) oraz Osteria 44, o której pisałam w 2012. Ten pierwszy lokal był wieczorem pełen, i trudno się dziwić, zważywszy na międzynarodową klientelę oraz to, że przypadkiem były to Walentynki. Jestem jednak zaskoczona, że w dzisiejszych czasach kuchnia, która jest maksymalnie domowa, tradycyjna a przy tym niefotogeniczna, cieszy się taką popularnością ;). Jedliśmy zapiekanego bakłażana (ja), karczocha z mozzarellą (M), ossobuco z groszkiem (M) oraz makaron z sosem pomidorowym z (małym) dodatkiem podrobów cielęcych (ja) + do tego dobre regionalne czerwone wino. Czy wróciłabym? Tak, ale może za jakiś czas. Co do Osterii, najbardziej ucieszyłam się ze spotkania Sergio, choć go nie poznaliśmy, dopóki się nie odezwał (6 lat temu nie miał brody ;). Spożywczo smakowała mi przystawka z zapiekanych ziemniaków z karczochami i boczkiem oraz toskańskie białe wino, polecone przez kelnera, z dań M dobra była jagnięcina z pistacjami, reszta poprawna; z ostateczną oceną kuchni wstrzymam się do kolejnej wizyty.


Kwestia lunchów czy też pranzo rozwiązała się bardzo prosto: gdy nasz kolega A. dowiedział się, że będziemy mieszkać koło dworca Termini, polecił nam Mercato Centrale; potem jeszcze przeczytałam o tamtejszej pizzy, i już wiadomo było, że musimy tam pójść. Ostatecznie poszliśmy trzy razy ;). Miejsce działa na zasadzie bardziej eleganckiej hali restauracyjnej, trochę zbliżonej do stołecznych Koszyków, acz mocniej kompaktowej i mimo wszystko w dużym stopniu obsługującej pasażerów dworca i/lub stacji metra (przeciskając się między stolikami i stoiskami trzeba uważać na walizki). Pomimo dużego ruchu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miejsc, choć na zasadzie dosiadania się do częściowo zajętego stolika. Jedliśmy owoce morza (grillowaną ośmiornicę i kalmary), przygotowane na świeżo, szybko i najprościej jak się da, podane z warzywami, i pizzę od słynnego (podobno, np. wg tego artykułu) Pietro Daniele Seu – smaczną, choć przekonałam się, że neapolitańska (chrupkie brzegi, miękki środek) to jednak nie mój nr 1. Piliśmy także zaskakująco smaczny, biorąc pod uwagę kolor i etykietę „detoks” (wrrr) sok z jabłek, kiwi i imbiru ze stoiska wege (za nami stał Indus, który prosił o „coś pikantnego” ;), oraz zrobiliśmy drobne zakupy. Właściwie to ja chciałam kupić kawałek sera a M miał nabyć espresso vis a vis, co skończyło się kupieniem sera, kawałka dojrzewającej wędliny i wypiciem zimnego espresso (a salami tylko dlatego nie wzięłam, że okazałam stanowczość plus nie przepadam za tą wędliną): innymi słowy, zaopiekował się mną sprzedawca (kierownik stoiska?). Pan ten poza podsuwaniem różnych kąsków i pytaniem, w jakim języku ma się ze mną porozumieć (sugerował sporo opcji ;), zapakował wędlinę próżniowo do samolotu. Oczywiście chętnie tam wrócę. Z innych napojów, niż wymienione powyżej, Mercato oferuje także stoisko z winem, także na kieliszki, oraz piwem, którego też kosztowaliśmy. Polecam, zwłaszcza jeśli będziecie w okolicy (choć Termini to chyba najlepiej skomunikowane miejsce w Rzymie).


Drążąc temat pizzy, w dniu wyjazdu (po dłuższym spacerze po cmentarzu Campo Verano – polecam, jeśli nie unikacie nekropolii) trafiliśmy do znanego Forno przy Campo di Fiori. Podaje się tam pizzę tzw. rzymską, czyli cienką i chrupką, sprzedawaną na kawałki. Pizza wychodzi z pieca (tzn. przy nas wyszła margherita, bianca już leżała za ladą), klient mówi, co i ile chce (pokazując palcami), sprzedawczyni kraja, składa na pół jak kanapkę, podaje, kieruje do kasy. W głębi sklepu można kupić pieczywo. Jest to fajna opcja na szybką przekąskę, ale na konkretniejszy posiłek chętnie poszukam pizzy romana z większą liczbą np. warzywnych dodatków.


Kolejnego wieczoru (piątkowego – brak obowiązków służbowych następnego dnia) wybraliśmy się w głąb dzielnicy Monti, do winiarni Ai tre scalini, i to jest miejsce, do którego na pewno chcę wrócić. Uwaga: podobno można zarezerwować telefonicznie stolik, mnie się nie udało jednak tam dodzwonić, natomiast lokal jest otwarty od 12 do nocy i bardzo popularny. Przychodząc o mało popularnej porze typu 17-18 pewnie znajdziecie miejsce (choć możliwe, że – jak my – wylądujecie przy barze), później może być jednak trudniej, a ok. 21 raczej nastawcie się na przeciskanie przez tłum i wołanie do kelnera o kieliszek wina ;). Nam udało się też zamówić jedzenie: suszone mięso (coppiette), oliwki i łubin jako przekąski; klopsy w sosie pomidorowym, caponatę, dorsza z ciecierzycą (na zdjęciu poniżej; jak się doczytałam przypadkiem u Rachel Roddy, tradycyjne danie piątkowe, bo rybne) i pieczywo. Do tego dobre czerwone wino na kieliszki: negroamaro, amarone i refosco, tylko trzy z bogatej listy na tablicy. Do rachunku jeszcze pojawiło się limoncello… no cóż, trzeba było porównać z domowym ;).


Z innych atrakcji dzielnicy Monti polecam APT na autorskie koktajle (próbowaliśmy trzech i wszystkie były smaczne) przygotowane przez b. sympatyczną obsługę, choć uprzedzam, że lokal mieści się w piwnicy, co nie każdemu musi pasować (było dość ciepło i pogoda sucha, ale zapach jest charakterystyczny dla tego typu pomieszczeń).

Skutkiem ubocznym wyjazdu było odkrycie, że... już niespecjalnie lubię włoskie cappuccino. Jest go trochę za dużo, mleko jest za mocno spienione, całość jest za słaba. Najlepsze było, o dziwo, to wypite na dworcu na stoisku Lavazza, vis a vis peronu z pociągiem Leonardo (tzn. na lotnisko). Na szczęście espresso, zwłaszcza to w miejscach zapyziałych, jest wciąż bardzo dobre. Raz też wybraliśmy się względnie chłodnym rankiem do „ambitnego” Faro (jeśli ktoś szuka dzbanków ze sznurkiem i innych piątych fal, to tam) na flat white. Szkoda, że kawy może i są w stylu z antypodów, ale już śniadania nie: lubię słodkie wypieki, wiadomo, ale zaczynanie dnia tylko od ciasta listkującego, w wersji luks – z jakimś nadzieniem, jakoś mnie nie przekonuje. Jednak nie jestem łasuchem (i nie, marizotto, czyli brioszka z kremem, nie jest alternatywą ;) - chyba już wolę croissanta, bo mimo wszystko mniej deserowy). Jak już mówimy o deserach, waniliowe cannoli (patrz pierwsze zdjęcie) wciąż jadalne ;).

Ciąg dalszy nastąpi wiosną (kalendarzową ;).

środa, 10 stycznia 2018

Wypadałoby wreszcie uświetnić nowy rok świeżym wpisem, nie sądzicie? Ponieważ niedawny wpis "nietypowy" (prezentownik) się Wam spodobał, pomyślałam, że czas na coś, co od dawna chodziło mi po głowie, a na innych blogach bywa regularnie: ulubieńcy na Instagramie. Korzystam z aplikacji od ok. 3,5 roku, i jak tylko ją zainstalowałam, powiedziałam: "Kolejny złodziej czasu". Nie wiem, jak będzie za kolejne kilka lat, ale obecnie z Twittera nie korzystam wcale, z Pinterest od czasu do czasu, ale na Instagram zaglądam często i regularnie (i nie tylko jako podglądacz, zamieszczam zdjęć całkiem sporo ;).

Kogo więc podglądam? Statystyki są nieubłagane, jakoś uzbierało mi się kilkaset obserwowanych stron. Są różne sklepy lub producenci - łatwo śledzić promocje i nowości; restauracje, które lubię i do których zaglądam i w realu (nawet jeśli jest to raz na kilka lat, ale np. Londyn jest *trochę* daleko). Są blogerzy, typu Ania Truskawkowa czy Monika (Kuchnia Nasza Polska). Jednak moja obecna top trójka jest z zupełnie innej, niekulinarnej bajki.

1. Georgian London

Nie wiem, jak Skye to robi, ale znajduje malownicze zakątki prawie wszędzie - nie tylko w Londynie, pojawiają się także inne lokalizacje w Wielkiej Brytanii. Dzięki niej na mojej guglomapie przybyło żółtych gwiazdek (czyt. mniej znanych muzeów/parków/ładnych domów, które chcę obejrzeć - nieważne, kiedy). Jest to też jedna z nielicznych Instagromowiczek, której tzw. stories oglądam ZAWSZE, bo te zdjęcia sklepików, starych zaułków, okwieconych fasad z hashtagiem #soenglishithurts po prostu sprawiają mi frajdę, no i cieszą oko... Przynajmniej niektórych oko (czy 124 tysiące obserwujących mogą się mylić?).

2. Accidentally Wes Anderson

Filmy Wesa Andersona cechuje swoista estetyka (i równie swoista fabuła, tj. to nie są filmy, z których koniecznie coś wynika... jak dla mnie niestety). Gdy wrzucałam w sieć zdjęcia Grand Hotelu w Bad Gastein (można różne jego ujęcia znaleźć np. tu), dostałam komentarze, że "zupełnie jak w Grand Hotel Budapest". Dość długo się broniłam, bo poprzedni film tego reżysera wyłączyliśmy po ok. 30 minutach, ale zaryzykowałam i faktycznie, jak na razie jest to jedyne dzieło Andersona, który mi się podobało. Owszem, na koniec można znów powiedzieć "i co z tego", absurdu jest dużo, jest niestety martwy kotek, ale śmierć jest przedstawiona mało realistycznie/komicznie, no i przede wszystkim: ta estetyka. Oczywiście, specyficzna (o czym wspominałam przy okazji przerośniętej Pavlovej midi). Jeśli do Was trafiła, bardzo polecam profil Accidentally Wes Anderson, gdzie można zobaczyć najróżniejsze miejsca, z przeróżnych zakątków świata, wyglądające... jak z filmów Andersona. Jest bardzo kolorowo i symetrycznie ;).

3. Berolinensis

Stronę Olgi mogłabym zaliczyć na upartego do grupy obserwowanych przeze mnie retro blogerek (do pewnego stopnia podtypu tzw. szafiarek, ale z zacięciem na minione dekady ;), choć jednak poza tą kategorię wykracza. Kostiumolog, Polka mieszkająca w Londynie, rekonstruująca/szyjąca ubrania z epoki... no właśnie, głównie edwardiańskiej. Która, w moim odczuciu, była piękna zwłaszcza ze względu na detale, np. materiały, kolory i hafty (stąd wzdychałam nad kostiumami w Opactwie Downton głównie w 1 i 2 serii). A Olga te stroje nosi, i przedstawia na sobie na nastrojowych, często melancholijnych lub mrocznych zdjęciach. Dla równowagi w stories można u niej zobaczyć weselsze klimaty, np. spotkania towarzyskie czy zloty, oczywiście tematyczne ;).

Poza główną trójką znaleźli się ulubieńcy kulinarni, których można by też podzielić na fotografów, szefów kuchni (w tym piekarzy, o czym niżej) i pisarzy/blogerów. Wśród nich jest znana w Polsce (z popularnych, przetłumaczonych książek)

4. Olia Hercules

Choć mam Mamuszkę i ją polecam, wolę tą książkę oglądać niż z niej gotować; podobnie bardzo lubię oglądać Olii zdjęcia, czytać jej wpisy z podróży, pielęgnacji londyńskiego ogródka działkowego czy wyzwań kulinarnych i podziwiać to, co osiągnęła sama ciężką pracą. A przedłużeniem zdjęć Olii jest dla mnie strona jej męża (skądinąd fotografa), Joe Woodhouse'a, bo zdarza się im zamieszczać różne ujęcia z tych samych miejsc ;).

A w temacie fotografów, na kolejnym miejscu jest

5. Her Dark Materials

Nie jestem zasadniczo fanką bardzo ciemnych zdjęć, podobnie jak nie lubię tych wyładowanych rekwizytami ani, wręcz przeciwnie, minimalistycznych i bardzo jasnych (wręcz białych). Niemniej jednak zdjęcia Ros do mnie przemawiają, bo wyglądają jak stare, renesansowe obrazy z punktowym, kontrastowym światłem, i często jest w nich jakaś historia.

6. Pracownia Godny

I, wreszcie, mamy przedstawicieli piekarzy. Trochę w moich aktualizacjach przewija się bochenków przekrojonych, złożonych, świeżo upieczonych lub dopiero zaczynionych. Czemu więc piekarnia rzemieślnicza z Poznania, w której nigdy nie byłam i do której pewnie nieprędko dotrę? Bo poza tym, że pieką ładne (na zdjęciu przynajmniej :D) chleby, piszą fajnie i optymistycznie (po angielsku, swoją drogą). Tak, że człowiek ma się z czego i do czego uśmiechnąć, a optymizmu na co dzień nie może być za dużo.

Mam nadzieję, że komuś się to zestawienie przyda. Typy się pokrywają? Macie inne podobne? Chętnie się dowiem :).

środa, 13 grudnia 2017

Kochani czytelnicy bloga, niektórzy z Was pracowicie zaglądają do kategorii świątecznej, patrząc na przepis na Christmas cake (który już powinien od dawna leżakować), lepki piernik (który jeszcze zdążycie zrobić) czy śledzie. Niestety, w tym roku nie będzie więcej przepisów spod znaku dzyń dzyń dzyń, podobnie jak prawie nie mamy dekoracji tematycznych w domu, bo na nastroju świątecznym raczej nam zbywa. It was always going to be a totally shit time, cytując klasykę.

A jednak mam coś tematycznego, pisanego od jakiegoś czasu: książkowy prezentownik, czyli coś, co pojawia się na blogach często, a u mnie jeszcze nigdy nie było. Tak się złożyło, że niedawno nabyłam cztery książki kulinarne, które bardzo dobrze pasują na prezenty. Skoro do Wigilii jeszcze ponad tydzień, na pewno nie wszyscy je już przygotowali.

Dla tych, co lubią ładne rzeczy: Trufla. Same dobre rzeczy. 

Jeśli jesteście fanami bloga Patrycji Doleckiej zwanej Truflą a na Instagramie śledzicie jej zdjęcia z targów, ogrodu po deszczu czy miny jamnika, to jest coś dla Was. Jeśli jej nie znacie a lubicie ładne zdjęcia (w dużej liczbie!), to też jest to coś dla Was, bo ta książka to (w moim odczuciu) przede wszystkim piękny album, fotograficzna historia codziennego życia, zazwyczaj spędzanego w towarzystwie dziadków autorki. Jest to także, oczywiście, książka kucharska. Przepisy są proste, listy składników krótkie (szkoda jednak, że nie ma indeksu). Znajdziecie tam dania, które często goszczą na zdjęciach Patrycji w internecie – pasta jajeczna, domowy makaron czy pieczona kaczka (ale nie ma chleba, choć go piecze co tydzień); sporo podobnych rzeczy przyrządzam w domu, choć przyznaję, że zupełnie nie kieruję się regułami kuchni wschodu, więc składniki nie zawsze są identyczne ;). Na liście do zrobienia jest fasola z dodatkiem ciemnej czekolady i soba z pieczarkami oraz nori.

Dla tych, którzy chcą wprawić się w świąteczny lub zimowy (niekoniecznie radosny) nastrój: The Christmas Chronicles

Czy trzeba reklamować Nigela Slatera? Jeśli mieliście w ręku choć jedną jego książkę, wiecie, że dania preferuje proste, o krótkiej liście składników, ale często efektowne (i szczerze mówiąc, chyba nigdy na niczym się nie nacięłam – w najgorszym razie było przyzwoicie, a pewnie wykorzystałam co najmniej 30 przepisów). Natomiast jest jeszcze Slatera twórczość niekulinarna: autobiograficzna powieść Toast była wydana po polsku, w telewizji leciał także film; tomy z serii Kitchen Diaries (do których należy część świąteczna) zawierają co najmniej tyle samo treści niespożywczej, co przepisów. Styl ma nieco specyficzny: czasem zachwyca, czasem jest, w moim odczuciu, na granicy poetyckości a pretensjonalności. Z tego ostatniego powodu nie jestem w stanie go słuchać ;). Tak czy inaczej, trudno nazwać jego twórczość wesołą: nad Toast płakałam niejeden raz, opisy ogrodu w Tender też są często melancholijne. W związku z tym trochę się zdziwiłam, gdy na Amazonie przeczytałam parę negatywnych recenzji tej najnowszej, bożonarodzeniowej książki, które zarzucają jej niepotrzebną mroczność i epatowanie śmiercią w tym radosnym czasie; chodziło o wzmianki (jedna jest na chyba 2 stronie, widocznej na podglądzie w sklepie) na temat brytyjskiej zimy stulecia z czasów dzieciństwa autora, kiedy zamarzali bezdomni oraz zwierzęta gospodarcze. Szczerze mówiąc, wystarczy otworzyć pierwszy z brzegu portal informacyjny, żeby na pierwszy rzut oka zobaczyć 10 bardziej przygnębiających nagłówków… a uwagi Nigela są uzasadnione, bo są częścią szerszych rozważań na temat przyrody, piękna zimy, ale i jej okrucieństwa; można dodać, że zwłaszcza w kraju, który jest przyzwyczajony do łagodniejszej aury (uwaga bardzo na czasie, zważywszy na opady śniegu aktualnie paraliżujące Wielką Brytanię, jeśli wierzyć mediom :). Poza uwagami na temat pogody, jest sporo wspomnień z dzieciństwa (gorzko-słodkich, jak w Toast), trochę historii, opowieści na temat tradycyjnych potraw świątecznych, nie tylko brytyjskich, oraz przewodnik po świątecznych jarmarkach w Niemczech i Austrii. Łatwo czytelnikowi także wyobrazić sobie codzienne życie autora w starym londyńskim domu pełnym przeciągów (którego fragmenty można obejrzeć TU). Bardzo przyjemnie czyta się ten świąteczny dziennik dzień po dniu (zaczyna się w listopadzie), w miarę upływającego adwentu. Kulinarnie na razie zrobiłam pieczoną kapustę z sosem serowo-beszamelowym.


Dla miłośników retro w nowej odsłonie: Retro kuchnia

Anię Truskawkową też każdy zna – Strawberries from Poland to jeden z najstarszych polskich blogów kulinarnych, sama pamiętam też Anię z czasów Galerii Potraw. Poprzednią jej książkę, wspomnienia okraszone przepisami, też kupiłam; na najnowszą czekałam niecierpliwie ze względu na temat, który mnie interesuje (w szerszym zakresie, niż tylko kulinaria ;). Zaskoczeniem był gabaryt książki – to całkiem gruby tom, a i przepisów w związku z tym jest sporo. Podzielone są na klasyczne kategorie tematyczne: zupy, dania mięsne, rybne czy warzywne, są też osobno wydzielone jaja, leguminy oraz różne napoje. Sekcje rozpoczynają szkice historyczne. Każdy przepis zawiera oryginalne danie (wraz z autentyczną pisownią oraz zapomnianymi nazwami) oraz dzisiejszą interpretację autorki; czasem dość wierną, czasem luźną inspirację, warto jednak podkreślić, że nie są to bezpośrednie realizacje starych receptur. Niestety, znów brakuje mi indeksu. Są za to oczywiście zdjęcia, po jednym do każdego przepisu, i tak w oko wpadły mi pstrągi marynowane (ale chyba najładniejszym ujęciem pozostaje dla mnie to z kaczką z kaparami – ja bym je dała na okładkę ;). Może wreszcie się teraz zmobilizuję do zrobienia ulubionej sztuki mięs…

Dla osób towarzyskich: Round to ours 

Książkę duetu Jackson & Levine kupiłam właściwie z rozpędu – włożyłam ją na listę życzeń, bo ktoś polecał, a potem przypadkiem zobaczyłam promocję cenową i bdb recenzje w sklepie. To kolejna pozycja dla miłośników ładnych zdjęć, albo książka kulinarna jak album fotografii – z zastrzeżeniem, że przepadacie za ujęciami nieporządnych, hipsterskich kuchni, miejskiego ogrodu ozdobionego lampkami, wzorzystych tapet a la William Morris oraz zwiewnych sukienek z haftem na skądinąd atrakcyjnych autorkach ;). Jedzenie też bywa fotografowane. Panie specjalizują się w różnego typu przyjęciach, jako prowadzące tzw. supper club, i o tym jest książka: ponad 20 scenariuszy/menu różnego typu imprez, każda o innym motywie (hiszpańska uczta, śniadanie na kacu, piknik w drodze, wieczór filmowy, itd.). Jest też opcja menu zimowego oraz na drugi dzień Bożego Narodzenia. Poza przepisami są wskazówki nt. dekoracji stołu czy muzyki (co bdb rozumiem, bo w czasach, gdy prawie co tydzień mieliśmy gości, miałam kilka folderów ze stałymi hitami). Ciekawa jestem, jak wielu czytelników nie zapragnie zaraz, natychmiast zaprosić do siebie parę osób. Jeśli chodzi o same przepisy, nie czuję się na razie bardzo zmotywowana do przyrządzenia jakiegoś dania (bo najbardziej mnie ciągną potrawy letnie lub wiosenne, typu gratin z bakłażana, choć drinki całoroczne ;) też wyglądają nieźle), ale z przyjemnością oglądam zdjęcia.

I jak, znaleźliście coś dla siebie?

środa, 08 listopada 2017

Jeśli ktoś śledzi uważniej bloga, zauważy, że o wizytach w restauracjach, w których gotuje Robert Trzópek, meldowałam na bieżąco: najpierw była Tamka, potem był The Harvest (swoją drogą, chyba większość restauracji, o których wtedy pisałam, już nie istnieje). Późną zimą trafiłam do Bez gwiazdek na Powiślu i potem tylko zastanawiałam się, kiedy uda się wrócić. Udało się całkiem niedawno i znowu było godnie polecenia, więc czas na recenzję trzeciego miejsca spod znaku p. Trzópka ;).

Napisałam „godnie polecenia”, a jednak, jak to ujął M, „czy z kimś chcielibyśmy tu pójść?”. Coś w tym jest, bo nie mogę odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, choć uważam, że jest to najciekawsza obecnie restauracja warszawska z kuchnią autorską, ambitną, ale przy tym stawiającą na treść, nie tylko formę (bo tego mam serdecznie dość ;). Rzecz w tym, że kulinarków znamy mało, a nie jest to miejsce na pogaduchy przy winie ze znajomymi czy obiad z rodziną. Nie smucę się, w końcu fajnie móc pójść dokądś tylko we dwoje…

Formuła restauracji jest prosta: otwarte tylko wieczorem; menu działa w formie małej, średniej i dużej, czyli od 4 do 6 dań, dodatkowo można wziąć dobierane wina, co bardzo polecam. Jak na razie są oferowane zestawy tematyczne pt. regiony Polski – trafiliśmy najpierw na Wielkopolskę, potem Ziemię Lubuską, czyli dość podobne klimaty (i te ostatnie bliskie M rodzinnie): i jedno, i drugie zaczynało się od kapusty ;). Szczerze mówiąc żałuję, że załapaliśmy się na np. Pomorze czy (nasze adoptowane) Mazury...

Najnowsze menu, które widzicie na zdjęciach, mam mocniej w pamięci i moim ulubionym daniem byłoby jedyne bezmięsne, tj. dynia, którą nazwałabym Austrią w pigułce: marynowana, wyraźnie kwaśna, podana z octem z owoców czarnego bzu i pestkami dyni; dobry przerywnik przed głównym daniem mięsnym. Był nim dzik, który z kolei najbardziej smakował M, a który na tle innych dań wydawał się całkiem tradycyjny. Poza tym bowiem był zdekonstruowany kapuśniak (wyobrażam już sobie minę teścia ;) ze słodkiej kapusty, ale dodatkiem białej porzeczki – i efekt połączenia tych składników był zaskakująco smaczny, choć nie wybrałabym dania do swojej top trójki; dwa plastry wędzonej słoniny, z marynowanymi śliwkami i rydzami, która mi bardzo smakowała, ale przy takim ładunku umami trudno się dziwić (a teść nawet myślę, że by się nie krzywił) oraz delikatny dorsz, w kwaskowatym sosie z agrestem i zielonymi pomidorami – których się obawiałam, po tych, które wyrastają nam z kompostu w różnych miejscach ogrodu, ale na szczęście tu nuta goryczy była bardzo subtelna. Był także deser: jabłko nadziane parfait (moim zdaniem smakowało jak lody) z selera naciowego, doprawione Ginem Lubuskim (tu dostaliśmy z M ataku śmiechu, bo z tym właśnie ginem dawno temu, a nawet bardzo dawno temu, miałam pewne nieprzyjemności, ale na szczęście po traumie pozostało tylko wspomnienie; G&T nawet teraz bardzo lubię ;). Ten deser chyba bym dorzuciła do tercetu ulubionych, ze względu na skojarzenie z najbardziej niezwykłym deserem, jaki kiedykolwiek zjadłam, czyli szczaw i buraki z Tamki.

Potrawom towarzyszył także wybór pieczywa wypiekanemu na miejscu i który jest dość obszerny, jednak jakoś w 2/3 posiłku sobie z nim poradziliśmy. Na desce znajdował się chleb gryczany na zakwasie, foremkowy (moim zdaniem najbardziej udany), jasny – drożdżowy i zakwasowy (obydwa smaczne, ale w moim odczuciu zbyt mocno wypieczone) oraz najsłabszy w zestawie, pszenny razowy na zakwasie (jestem BARDZO wybredna, jeśli chodzi o pieczywo, ale tu chyba i czas wyrastania, i receptura do poprawki ;). Do tego masło, wyrabiane też w restauracji (!) oraz olej rzepakowy z Góry Św. Wawrzyńca (który kiedyś kupiłam do domu i właściwie chętnie bym ten zakup ponowiła…).

Wspominałam także o winach: są dobierane do dań w przemyślany sposób i często grają tylko z daną potrawą; z przyjemnością słuchałam sommelierów objaśniających dany wybór. Są to często wina np. morawskie, austriackie czy polskie (z ostatniego zestawu do picia poza konkretnymi daniami pasowały mi tylko rodzime białe: Kadryl z samego początku - swoją drogą, w menu lubuskim opublikowanym w sieci jest inne - oraz Riesling „Znad Pradoliny” podany do deseru. Przyznaję, że brakowało mi w ostatnim menu pełnego wina czerwonego do dzika, bo eksperymentalne Nebbiolo nie do końca spełniało te kryteria moim zdaniem ;).

Wracając do pytania, komu można Bez gwiazdek polecić – wszystkim, którzy interesują się kuchnią i podchodzą do niej bez uprzedzeń, zależy im na poznawaniu niecodziennych, nieoczywistych połączeń smakowych i, być może, nowych składników. Sama mam poczucie, że szefowi kuchni mogę zaufać i spróbowałabym u niego wszystkiego. Ciekawa jestem, jaka będzie formuła po wyczerpaniu listy regionów – nie wątpię jednak, że jeśli nie powrót do początku listy, to inny motyw (miesiące lub sezony, a może miasta?) da się znaleźć.

Zapisz

czwartek, 26 października 2017

Pocztówki trójmiejskie pisałam kilka miesięcy temu, od tamtego czasu zdarzyło mi się jednak spędzić kolejne pół dnia w Gdańsku i znaleźć dwa nowe typy do listy „do powtarzania”. Po pierwsze bowiem, dotarłam wreszcie do podobno modnego Wrzeszcza, na ul. Wajdeloty, o której wspominała TU Ania-Truskawka. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałam porównanie, że to „gdański Zbawix”, trochę się zaniepokoiłam, bo komercyjnej strony stołecznego pl. Zbawiciela szczerze nie lubię. Na szczęście, w moim odczuciu Wajdeloty z warszawską lokalizacją ma niewiele wspólnego, poza faktem, że weganie z głodu nie umrą. Wczesnym jesiennym popołudniem w sobotę jest cicho, spokojnie, niektóre kamienice odnowione, pozostałe nie, a liczba knajp na metr kwadratowy wcale nie jest taka wysoka. Trend wegański, o którym wspomniałam wcześniej, daje się jednak wyraźnie zauważyć, stąd nasz lunch składał się z wariacji na temat soczewicy w Avocado. Było smacznie, szybko i bezpretensjonalnie, ale następnym razem może dopytamy się o nerkowce w składzie czegokolwiek, co zje M (czyt. a jeść ich raczej nie powinien, a przynajmniej nie rękoma, których może dotknąć potem do oczu ;).

Na kawę przeszliśmy na drugą stronę drogi do Kurhausu, gdzie wystrój trochę kojarzy mi się z latami 70. a kawa spełnia moje oczekiwania (i espresso, i flat white). Można też się napić cydru czy lokalnego piwa rzemieślniczego z kija. Przynajmniej w dzień wygląda to na dobre miejsce do pracy na komputerze lub spokojnej lektury – podobnie zresztą jak Matko i córko już na Starym Mieście, do którego trafiłam późniejszym popołudniem.

Przyznaję, że lokal przyciągnął mnie po pierwsze nazwą (M kiedyś regularnie używał jej jako okrzyku), po drugie lokalizacją – ul. Św. Ducha jest jedną z moich ulubionych ulic na gdańskiej starówce (w moim odczuciu ładna, szeroka a dużo bardziej cicha od choćby równoległej Mariackiej). Kawiarnia jest w sumie taka, jak lokalizacja: bez zadęcia i spokojna. Wnętrze to szereg niewielkich salek/zaułków, w których można przycupnąć i w ciszy popracować, odpocząć po zwiedzaniu (ja), poczytać, pogadać czy pograć w dostępne na miejscu planszówki. Do jedzenia raczej tylko słodkie (z drobnymi wtrętami hipsterskimi, bo mignęły mi jakieś wypieki jaglane ;), za to napoje zajmują większość karty; przy słowie „kawiarnia” zresztą się wahałam, bo wybór herbat jednak chyba większy. Dominują jednak zielone/czarne, których nie pijam, ale na szczęście są też napary. Zdecydowałam się na malinowy, który okazał się podkręconą wersją ulubionej hot ginger lemon honey, do której wcześniej nie wpadłam, by dodać owoce, a to przecież świetny pomysł. Do powtórzenia w domu w sezonie malinowym lub z mrożonymi owocami.


Znacie? Lubicie? A może polecacie podobne miejsca?

PS. Miała być jeszcze recenzja podobno bardzo smacznych kanapek z zapyziałej budki koło stacji kolejki SKM Politechnika, do której specjalnie się pofatygowałam, ale niestety okazała się w sobotę zamknięta :(.

Zapisz

czwartek, 14 września 2017

Vancouver uchodzi za jedno z miast o najwyższym standardzie życia na świecie, czy takie, co „ma wszystko” - metropolia z dużą ilością zieleni, położona nad morzem, z dostępem do oceanu, otoczona górami (zimą do najbliższych wyciągów jedzie się góra kilkadziesiąt minut). Szklane wieżowce sąsiadują z drewnianymi domami z początków rozwoju miasta. Do tego dość niski poziom przestępczości, ścieżki rowerowe i transport publiczny. Żeby nie było zbyt różowo, ceny nieruchomości obecnie nie są dla wszystkich a bezdomnych trudno nie zauważyć i w centrum, i w parkach. Trudno też uciec od smutnych refleksji na tle etnicznym, do których skłaniają choćby słynne totemy w Stanley Park (jedna z większych atrakcji turystycznych w mieście). Choć Vancouver nie skradło mojego serca tak, jak Nowy Jork, i to mimo tego, że też są budynki w stylu Art Deco*, jest to miasto łatwe w obsłudze przez kilka dni, zwłaszcza jak się mieszka w centrum i można niemal wszędzie dojść na piechotę (ew. dojechać rowerem miejskim, choć warto zaznaczyć, że prawo prowincji BC teoretycznie nakazuje jazdę w kasku, którego przeciętny turysta ze sobą raczej nie ma).

Pierwszą noc po przylocie spędziliśmy w dzielnicy West Point Grey (obok „hippisowskiego” czy też artystycznego Kitsilano), stosunkowo blisko lotniska oraz Jericho Beach. Jest to dzielnica mieszkalna, pełna domów jednorodzinnych z ogrodami i pustych, szerokich ulic ocienionych platanami. W ramach walki ze zmianą czasu poszliśmy jeszcze na krótki spacer nad morze. Było słonecznie, ciepło oraz wyjątkowo cicho, co zwalałam na długi weekend (Labour Day) z pogodą proszącą się o ucieczkę z miasta. Gdy po kilku godzinach snu obudziliśmy się o 2:30, po paru próbach ponownego zaśnięcia wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do całodobowego Lucy’s Eastside Diner. Ponieważ była to sobotnia noc, czy też właściwie nad ranem w niedzielę, w dinerze było całkiem sporo osób, przypuszczam kończących w ten sposób sobotnią zabawę ;). I tak naszym pierwszym kanadyjskim posiłkiem stała się kawa w stylu amerykańskim, wytrawne pankejki podane z pulled pork (!) oraz hash browns, tj. smażonymi ziemniakami. Po posiłku pojechaliśmy na nocne oględziny portu w Prospect Point oraz poszukiwanie wschodu słońca w Stanley Park; efekty widać na zdjęciach. Bonusem był „nasz pierwszy kojot” dostrzeżony z okna samochodu podczas drogi powrotnej do pensjonatu.

Po powrocie ze Squamish obrzeża Stanley Park (konkretnie jezioro Lost Lagoon) oglądałam codziennie podczas porannych przebieżek, bo mieszkaliśmy w dzielnicy West End, w której częściowo pozostawiono XIX w. domy (otoczone oczywiście blokami). Parę moich ulubionych widać na poniższych zdjęciach. W jednym mieści się Roedde House Museum, które polecam miłośnikom vintage, retro i pochodnych. Jest to w gruncie rzeczy mini skansen, tj. dom mieszkalny z odtworzonymi oryginalnymi wnętrzami, z ogromną liczbą akcesoriów z epoki; zwiedza się obowiązkowo z przewodnikiem, starszym wolontariuszem.

Vintage w formie stylu shabby chic (z naciskiem na to pierwsze, tj. obdrapanie i celowy brak renowacji ;) występowało w dwóch kawiarniach, które odwiedziliśmy właściwie przypadkiem, a które polecam i jako źródło napojów/przekąsek, i fanom tego stylu wnętrzarskiego. Jedna to Le Marche St. George, do której podjechaliśmy po zwiedzeniu ogrodów botanicznych Van Dusen. Prowadziłam nas za pomocą mapy Google, zastanawiając się, czy ktoś nie zrobił błędu, byliśmy bowiem znowu na cichym osiedlu domków mieszkalnych, gdzie przynajmniej w naszym kraju kawiarnie rzadko się spotyka. Tymczasem w Kanadzie faktycznie – narożny dom został udekorowany sznurami lampek, które na pewno świetnie znacie ze zdjęć na Pinterest czy Instagramie, na chodniku stoi kilka stolików a wnętrze jest wypełnione starymi szafami i stolikami nie od pary. W szafach stoją artykuły spożywcze do kupienia, typu sól wędzona, lub niszowe kosmetyki, typu mydło na piwie czy ziołowe serum do twarzy. Żeby jednak nie było, że wszystko jest na pokaz, kawa była świetna (bez poprawiania, tj. zmniejszania ilości mleka lub dolewania espresso, bo smutne doświadczenie uczy, że warto przed zamówieniem spytać choćby o wielkość kubka…), kisz smaczny i wypiliśmy nasze pierwsze London Fog, z którego słynie Vancouver. To słodki, mleczny napój herbaciany, trochę jak masala chai bez przypraw, ew. waniliowa bawarka. Ponieważ było ciepło, M zamówił wersję z lodem. W kawiarni panował duży ruch, m.in. przyszedł lokalny policjant, który pożegnał się z obsługą „było pysznie, jak zawsze”, a potem delikatnie zwrócił nieświadomym Europejczykom (tj. nam) uwagę na temat włączania się do ruchu w mieście Vancouver („nie każdy prowadzi tak świetnie jak Pan i dlatego lepiej parkować po prawej stronie drogi, żeby nie przecinać ulicy ruszając”).


Podobną osiedlową kawiarnią, do której trzeba trafić docelowo (np. przez media społecznościowe ;) lub mieszkać w pobliżu, jest Greenhorn, do którego zajrzeliśmy po pierwszym biegu wokół Lost Lagoon. Ponieważ kawiarnia dopiero wówczas się otwierała (o 7 rano), nie spodziewałam się, że gdy następnego dnia udam się tam w deszczu na ulubioną flat white (skądinąd mało w Kanadzie popularną), będę miała problem ze znalezieniem miejsca siedzącego… Podobnie zresztą było w drugim wnętrzu z shabby chic, o którym chciałam wspomnieć, tj. Finch’s w dzielnicy Gastown. Znów padało, a dotarliśmy tam tylko dlatego, że kanapkownia, w której chciałam zjeść lunch, okazała się zamknięta w sobotę (czyli pewnie nastawiona na klientów z pobliskich biur ;). Sam budynek, w którym mieści się kawiarnia, jest wart sfotografowania, jeśli lubi się to, co stare i nieco zapuszczone (ale takie w ogóle jest Gastown, poza pojedynczymi świeżo odnowionymi kamienicami z eleganckimi butikami). Finch’s serwuje napoje, sałatki i rozmaite kanapki – wszystkie przygotowywane na świeżo i smaczne, podawane na kawałku złożonego pergaminu, który potem należy wyrzucić do, uwaga, kosza na odpadki organiczne.

Dodatkowym plusem jest sąsiedztwo (po drugiej stronie ulicy) księgarni The Paper Hound, która jest nr 1 na liście „miejsc do ponownego odwiedzenia, jeśli kiedyś wrócę do Vancouver”. O ile Hatchards jest moją ukochaną księgarnią z nowymi książkami, The Paper Hound w tej chwili zajmuje pierwsze miejsce w kategorii używanych – prawdopodobnie od chwili, gdy zobaczyłam półkę z książkami dla dzieci pt. „gryzoń jako główny bohater”. Polecam też zajrzenie do „książek zakazanych” oraz do szafki z osobliwościami („fałszywe pamiątki rodzinne”). Kończąc temat Gastown, warto jeszcze dodać, że mieści się tam też kilka ascetycznych kawiarni nowego typu, takich dla miłośników alternatywnych metod parzenia i innych trzecich fal (ale w Nemesis flat white dobre też zrobią) oraz... punkty sprzedaży marihuany.

 

Dokąd bym jeszcze wróciła? Do przedstawicieli „kuchni świata”, tj. na taco do La Tacqueria Pinche (nie mam wielkich doświadczeń z kuchnią meksykańską, ale tu smakowało mi wszystko, zwłaszcza mole) oraz do Kingyo, izakaya na Denman St. Restauracji azjatyckich w Vancouver nie brakuje, co jest zrozumiałe, jeśli się przyjrzy mieszkańcom miasta… czy trochę pociągnie nosem: mnie się Vancouver chyba już będzie kojarzyć z zapachem oleju sezamowego ;). Kingyo wybrałam na lunch m.in. dlatego, że znajdowało się kilka minut na piechotę od naszego pensjonatu plus miało dobre recenzje. Nie robiłam rezerwacji, ale w popularnych porach warto; w 20 minut po otwarciu, czyli jeszcze przed 12, załapałam się na ostatni firmowy zestaw bento. Jak wyglądał, widać powyżej. Nie byłabym w stanie powtórzyć dokładnie, co jadłam, poza tym, że były surowe przegrzebki i niemal surowy tuńczyk, i kawałek wieprzowiny, i zupa miso, a wszystko było bardzo smaczne i zaskakująco lekkie.

Trzecim wyborem byłoby miejsce dla miłośników ryb i owoców morza, znana i powszechnie polecana Blue Water Cafe (a ja pierwszy raz o niej przeczytałam na blogu Ani, tj. Jest pięknie). Choć przed kolacją wzdychałam nad dłuuugą listą lokalnych ostryg, ostatecznie podzieliliśmy się wyborem surowych owoców morza dla dwojga, i w ten sposób po raz pierwszy zjedliśmy meduzę (gdybym nie wiedziała co to, powiedziałabym, że makaron ryżowy z – znowu - olejem sezamowym ;) oraz upewniliśmy się, że lubimy ceviche. Drugie dania to tuńczyk (M) i golec (ja), obydwie ryby b. świeże, prosto doprawione a porcje spore; piliśmy także białe wina z regionu Okanagan, w czym mieliśmy pewien cel, o czym następnym razem. Jeśli lubicie ryby/owoce morza, zdecydowanie warto pójść; z Yaletown, gdzie mieści się Blue Water, jest blisko na targ na Granville Island. My go odwiedziliśmy po 9 rano, poszukując kulinarnych pamiątek lub prezentów, i wydawał mi się przyjemnie niezatłoczony w porównaniu do np. Borough Market; w porze lunchu przypuszczam, że ruch jest znacznie większy.

Poza ww. top trójką oczywiście zjedliśmy w jeszcze paru innych restauracjach, które jednak nie załapują się na listę „do powtarzania”, np. w eleganckim Hawksworth (gdzie choć jedzenie smaczne, były problemy z obsługą, które moim zdaniem nie powinny wystąpić zwłaszcza w restauracji tej klasy) czy Forage, słynącym z czysto lokalnej kuchni (gdzie zjedliśmy bizona, kanadyjskie sery i piliśmy produkowane w kraju orzechowe amaretto, bez aromatu gorzkich migdałów). Byliśmy także testować piwa w Steamworks, który w porównaniu z browarami w Squamish jest rozmiarów fabrycznych a mimo to trudno wieczorem o stolik, oraz na koktajlach i ostrygach w Gotham. Śniadań poza domem nie było, gdyż zapewniał je w urozmaiconej i obfitej postaci pensjonat, i… też codziennie w jakiejś postaci pojawiały się ziemniaki ;).

CD, czyli wino i góry, nastąpi.

* Ale powiedzmy sobie szczerze: budynek Chryslera jest jeden, a jak się go zobaczy wieczorem, to już się nie odzobaczy ;).

Zapisz

Zapisz

wtorek, 12 września 2017

Gdy nasza przyjaciółka E. dowiedziała się, że jedziemy do Kanady, powiedziała „syrop klonowy i szopy pracze”. Moje pierwsze skojarzenia byłyby pewnie literackie, bo jako dziecko „karmiona” byłam Curwoodem (nieskutecznie, bo książki przygodowe to nie mój gatunek) i L.M. Montgomery (bardzo skutecznie; do tej pory zdarza mi się odświeżać Błękitny Zamek) . Z tego ostatniego powodu, gdybym miała sama wybrać miejsce docelowe w tym kraju, na pierwszym miejscu byłaby Wyspa Księcia Edwarda. Gdy jednak wyjazd jest tylko połowicznie wypoczynkowy, a część zawodowa wiąże się z Vancouver, człowiek znajduje się na zachodnim wybrzeżu (a całą tą relację pisze przemieszczając się pomału w kierunku Gór Skalistych).

W stolicy Kolumbii Brytyjskiej musieliśmy zatrzymać się na dłużej dopiero na czwarty dzień po przylocie, więc po dość krótkiej nocy w Vancouver (o czym następnym razem) ruszyliśmy na północ wzdłuż wybrzeża. Squamish to popularny cel np. weekendowych wycieczek mieszkańców Vancouver – trudno się dziwić, zważywszy na atrakcyjność miejsca i tylko godzinę jazdy samochodem. Whistler, znany ośrodek narciarski, znajduje się ok. 40 min. dalej. Nasze plany zakładały chodzenie po górach przez trzy dni pobytu, wiele osób jednak przyjeżdża tam na rafting, rowery, kajakarstwo… Możliwości jest wiele, choć natura nie zawsze ułatwia uprawianie sportu: trafiliśmy na wyjątkowo upalną pogodę, pod koniec połączoną z powietrzem zanieczyszczonym dymem z pożarów lasów. O ile na to drugie niewiele mogliśmy poradzić (i dlatego zdjęcia ze szczytu najpopularniejszej góry w okolicy, Stawamus Chief, są wszystkie zamglone), w przypadku pierwszego pomaga jetlag. Przy różnicy czasu 9 godzin, pobudka o np. 2:30 w pierwsze parę dni była dla mnie normą (oznaczało to także, że z wyjścia do restauracji pierwszego wieczoru niewiele pamiętam, bo prawie zasnęłam przy stole ok. 18). Słońce wstawało ok. 6:30, ale koło 6 było już względnie jasno. Tak czy inaczej, już koło 7 rano można było zacząć wędrówkę i w porze największego popołudniowego upału znaleźć się już na dole, by podjechać do jednego z jezior w okolicy (dwukrotnie zaliczyliśmy kąpiel w popularnym Lake Alice – pływanie w orzeźwiającej wodzie po uprawianiu sportu to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie znam).

Jeśli chodzi o same wędrówki, zaliczyliśmy spacer po Murrin Park, który choć mały, z wyżej położonych punktów ma piękne widoki na cieśninę Howe, wejście na Blackcomb (z zjazdem wyciągiem do centrum Whistler – załapaliśmy się na ostatni dzień pracy wyciągu, przy czym bilety na zjazd trzeba kupić… uwaga, wcześniej w dolnej stacji, czyli my musieliśmy kupić je dzień wcześniej, biorąc pod uwagę start o 7) oraz wspinaczkę na środkowy (tzw. drugi) szczyt Stawamus Chief. O ile szlaki w Murrin Park (poza najwyższym punktem) czy na Blackcomb bardzo przypominały ścieżki alpejskie czy nawet bieszczadzkie, Chief, przynajmniej od pewnego momentu, był bliższy Acadii w Maine. Z tą różnicą, że choć w Acadii korzystaliśmy przez chwilę z lin, nie musieliśmy się na nich podciągać, zwłaszcza nie po kawałku pionowej skały ;). Jak zobaczyłam potem klasyczną drabinę do dalszego wspinania się, bardzo się ucieszyłam. Widoki ze szczytu, nawet zaciągnięte dymem, wynagradzają stres i wysiłek (w moim przypadku razem z perspektywą zejścia inną trasą ;).

Innym bonusem, przynajmniej w wybrane dni, jest urocza zielona przyczepka z lodami Alice & Brohm, strategicznie umieszczona przy parkingu koło wejścia na szlak. Lody są zrobione z lokalnych składników, tylko owocowe, w 3 lub 4 klasycznych smakach, co stanowi odświeżającą odmianę po lodziarniach oferujących kilkanaście lub kilkadziesiąt opcji. Duża malina (M) i mała jeżyna (ja) w krajobrazie pustynnym smakowały świetnie.

Wspomniałam wyżej magiczne słowo „restauracja”. W Squamish nie mieliśmy noclegu z wyżywieniem ani możliwością przygotowania sobie posiłku, więc zwiedzaliśmy lokalną gastronomię także w zakresie śniadań. Na głównej ulicy tego swoiście zabudowanego miasta znaleźliśmy dwie przyzwoite kawiarnie z dobrą kawą; ciut lepsza była w The Ledge Community Coffee House, ale za to Zephyr Cafe jest otwarta od 6:30. Dlatego dwukrotnie zjedliśmy w niej śniadanie, przy czym rozmiar tego posiłku jest taki, by dostarczyć paliwo na dobre kilka godzin, nawet dla osób uprawiających sport (w dniu wyjazdu, tzn. bez wędrówki, po dorodnym talerzu granoli nie byłam głodna przez prawie 7 godzin ;). Numerki stolików/zamówień wyznaczają zabawki, typu figurka dinozaura lub Batmana, w środku kawiarni zaś panuje lekki duch hippizmu, który – w moim odczuciu – jest w ogóle wyczuwalny w Squamish, czasem płynnie przechodząc w łagodne hipsterstwo. Objawia się to liczbą szkół jogi oraz koczującymi (i ćwiczącymi) pod Chiefem joginami, sklepami z odzieżą używaną lub ręcznie dzierganą, czy łagodnie uśmiechniętymi długowłosymi osobami w różnym wieku, spacerującymi boso po bardzo rozgrzanym asfalcie lub wędrujących z jumbo matami do – znowu - jogi na plecach. Oczywiście, znalezienie dań weg(etari)ańskich nie jest też problemem. Miasteczko uprawia także ogródek warzywny na cele społeczne, typu bank żywności. Aha, i część przejść dla pieszych jest tęczowa ;), choć to zobaczyłam później także w Vancouver.

Hipsterstwo objawiło się chyba najwyraźniej podczas cotygodniowego targu (farmer’s market) w Whistler, który odwiedziliśmy w ramach kupowania ww. biletów na zjazd w Blackcomb, i w ten sposób wypiliśmy „naszą pierwszą kombuchę”. Gdybym nie wiedziała, że to sfermentowana herbatka, powiedziałabym, że woda gazowana z sokiem ;). Nie wchodząc w szczegóły składników i ich działanie, w gorący dzień smakowała bardzo dobrze.

Z innych lokalnych napojów wypróbowaliśmy dwa miejscowe browary, bo piwowarstwo rzemieślnicze w regionie ma się bardzo dobrze (w Vancouver urządza się np. oficjalne wycieczki po dzielnicy browarniczej, reklamowane choćby w… punkcie wynajmu samochodów). Zestaw 4 niedużych szklanek, czyli tzw. flight, do przetestowania wybranych piw to norma; bardzo podobało mi się, że może obejmować właśnie wybrane piwa, nie narzucone przez bar. W Howe Sound Brewing w centrum Squamish, mieszczącym się niedaleko naszego hotelu, ostatecznie piliśmy tylko piwo (raz testowo, za drugim razem od razu poprosiliśmy o Sky Pilot ;), natomiast w Backcountry Brewing, położonym ok. 3 km w stronę Whistler, zjedliśmy także bardzo smaczną pizzę i sałatkę, choć jak dotarliśmy na miejsce, niezupełnie myślałam o jedzeniu… Trzy kilometry wydają się bowiem dwa razy dłuższe, jeśli się je przejdzie w pełnym słońcu, w temperaturze w cieniu ok. 35 st. C, zacieniona strona ulicy bowiem nie istnieje. Squamish zostało założone niewiele ponad 100 lat temu, budynki są niskie, rozłożone z rzadka na dość dużym obszarze. Samo centrum przypominało mi mocno miasteczko Fortitude z serialu o tej samej nazwie ;). Mimo to cieszyłam się, że obraliśmy je na bazę zamiast Whistler, które postrzegam jako typowy kurort.

CDN., albo wypatrujcie relacji z Vancouver! W między czasie zapraszam na Instagram, także IG Stories.

Zapisz

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych (w ogóle), a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna