Wpisy z tagiem: recenzje
środa, 11 stycznia 2012
O cuisine bourgeoise (Kuchni Burżuazji) pisałam przy recenzji książki Bourdaina. Gdy myślę o tym określeniu, przychodzi mi do głowy Julia Child i restauracje, które opisywała w swojej biografii (ew. filmowe małżeństwo Childów z Julie i Julia, czyli Stanley Tucci i Meryl Streep, jedzący kolację w jakiejś miłej knajpce, z małymi stolikami, kanapami i z lustrem na ścianie, odbijającym bar).
Porcje są niewielkie, i wreszcie można zjeść obiad comme il faut - zaczynając od amuse bouche (jak widoczny na zdjęciu tatar z tuńczyka) i aperitifu, przechodząc do przystawki (typu ostrygi) z lekkim białym winem, głównego dania (np. jagnięcina, wysmażona tak, jak poprosiliśmy) z kieliszkiem czerwonego wytrawnego, serów, wybranych z wózka (boski Vacherin Mont d'Or), deseru (suflet z Grand Marnier i zabajone - aaach) i wreszcie kawy i armagnacu. Czytając kartę dań ma się wrażenie, że owszem, jest burżuazyjna klasyka (w sekcji CLASSIQUES BISTRO DE PARIS), choć też przynajmniej część dań jest klimacie fusion - wpływy są głównie dalekowschodnie - co na szczęście jednak brzmi znacznie gorzej, niż smakuje ;). Bywały dania trochę mniej udane (np. tatar z tuńczyka jako przystawka, widoczny na zdjęciu nr 1), ale właściwie nigdy się nie rozczarowałam. Warto wspomnieć o obsłudze, czyli tym, na co zawsze zwracam uwagę: otóż oceniam ją bardzo dobrze, zwłaszcza na tle innych warszawskich restauracji. Oczywiście ideałem pozostanie dla mnie Le Gavroche, niemniej w Bistro... nie było żadnych wielkich wpadek, zaś drobne błędy (nie ta woda mineralna czy wino, które zamówiliśmy) były szybko i sprawnie naprawiane. Przede wszystkim obsługa potrafi być zachować i dystans, i wzbudzać sympatię; pozwalać sobie na osobiste uwagi, nie zachowując się nazbyt poufale. Gdybym mogła zmienić dwie rzeczy, nie obraziłabym się na niższe ceny; chętnie przyjęłabym też nieco bardziej kameralny wystrój. Budynek Opery sam w sobie jest monumentalny, wnętrza są rozległe, o wyjątkowo wysokich sufitach, a oficjalna otoczka wewnątrz pogłębia ten potencjalnie onieśmielający efekt. Na szczęście jest przyjemny, osłonięty boks dla dwóch osób i jego odpowiednik dla większej grupy - boczna salka, tylko częściowo otwarta na restaurację. Całej reszty bym nie zmieniała ;).
sobota, 31 grudnia 2011
Od wyprowadzki z Warszawy regularnie odwiedzam stolicę (co kilka-kilkanaście tygodni) i już kilkakrotnie stanęłam przed dylematem: Jest bardzo wcześnie rano i jest dzień niepracujący - dokąd na kawę i śniadanie? Bardziej dramatyczne było pytanie: Trwają Święta, wszystko zamknięte, skąd wziąć rano kawę*?! Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami w tej materii. A więc, najpierw - śniadania. W dzień powszedni nie ma problemu - wielokrotnie odwiedzałam np. Cafe Zagadka na Elektoralnej (niemal róg Al. Jana Pawła II; moje byłe okolice...). Miejsce czynne pon-pią od 8 rano oferuje kilka prostych zestawów śniadaniowych z kawą i sokiem pomarańczowym w cenie; ceny przyjazne, zaczynają się od ok. 10 zł. Najczęściej wybierałam wersję z twarożkiem. Zdjęć śniadania niestety nie ma, za to mogę pokazać kawałek wystroju wnętrza :) Niestety w soboty Zagadka czynna od 10... Podobnie jak wiele innych sympatycznych kawiarni - moje ulubione To lubię na ul. Freta, o którym pisałam, i w którym zjadłam już chyba całą taczkę bułeczek z pastami do chleba (można też zjeść rogaliki, vide foto), oficjalnie jest też czynne od 10 (nieoficjalnie podobno od 9:30). Co jednak, jeśli głód przyciśnie nas wcześniej? Otóż są kawowe sieciówki, z których zasadniczo uznaję głównie Green Coffee, ewentualnie Coffee Heaven (a tej z zielonym logo na S nie uznaję). W zależności od miejsca, są czynne od 6 lub 7 rano (a na lotnisku jeszcze wcześniej). Ciekawa wydaje mi się jednak oferta Delikatesy Esencja na Marszałkowskiej (koło Teatru Rozmaitości, tam, gdzie dawno temu była Cafe Brama - ech, te wieczory przy tanim piwie i mezze ;), w którym to miejscu można w weekendy od 9 (w tygodniu od 8) zainwestować w pełne śniadanie (33 zł), które składa się z bufetu do woli, 1 dania na ciepło, dowolnej kawy/herbaty i soku wyciskanego. Skosztowałam wędlin (smacznych i w stylu 'swojskim'), świeżej chałki, warzyw, serów; jako danie ciepłe wybrałam jajka w kokilkach (vide pierwsze zdjęcie w poście), których nigdy wcześniej nie jadłam (i mi smakowały, choć jaj w koszulce nie przebiły ;). Misja druga - kawa. Rok temu 25 grudnia uznałam, po bezowocnym przeszukaniu internetu przez komórkę, że przy Dworcu Centralnym coś musi być otwarte. Myliłam się. Skończyło się kawą w kawiarni któregoś hotelu w odległości 1km od Dworca - i nie było to doświadczenie godne zapamiętania (do tego stopnia, że nie pamiętam, który to był hotel...). W tym roku przeprowadziłam wcześniejsze netowe badania, i wygląda na to, że: a/są czynne stacje benzynowe, ale to raczej styl napojów kawowych lub kawowopodobnych, b/są wspomniane wyżej hotele ;), ale różnie bywa z jakością (i trzeba się liczyć z nieco wyższymi cenami), c/są otwarte, także 25.12., niektóre wspomniane wyżej sieciówki. Jeśli ktoś ma blisko na Okęcie, na lotnisku kawiarnie działają od świtu ;); my wybraliśmy się do czynnego od 9 rano Green Coffee na 4 piętrze (przy siłowni) bocznego skrzydła hotelu Hilton na ul. Grzybowskiej. Oferta kawiarni jest taka sama, jak innych GC, choć ceny są trochę wyższe, co wiąże się, jak sądzę, z lokalizacją. Za to byli czynni w dzień świąteczny... i serwują przyzwoite (tylko trochę za duże) cappuccino na doppio. Plus migdałowe croissanty, dla tych, którzy muszą jakoś przetrwać 2 godziny do rodzinnego śniadania. * Nie mam na myśli napojów kawopodobnych z granulek (a kysz), filtru przelewowego (fe) itd. Wierzę tylko w ekspresy ciśnieniowe i maksymalną pojemność cappuccino 200ml. Kawiarki nie posiadam. PS. Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku ;)
niedziela, 11 grudnia 2011
Nie j Nie mogę powiedzieć, żeby była to dla mnie lektura lekka, łatwa i przyjemna. Powodów była kilka: pierwszym jest pewnie fakt ujawniony w pierwszym zdaniu tej notki ;). Autor ma specyficzny styl bycia i wysławiania się, mogę jednak znieść przekleństwa i opisy ekscesów alkoholowo-spożywczych, jeśli są czymś więcej niż narcystyczne, dziecinne przechwałki i do czegoś prowadzą, a nie zawsze tak jest. Artykuły w zbiorze powstały na wcześniejsze zamówienie różnych pism, dla różnych odbiorców, więc choć motywem przewodnim jest ogólnie rozumiane jedzenie a książka została podzielona na części (smaki - słodki, kwaśny...), miałam poczucie dużej przypadkowości, także w ramach poszczególnych sekcji. Zirytowały mnie także te przypisy do poszczególnych tekstów, zamieszczone na końcu książki, w których Bourdain wyznaje, że "nie wie, jak mógł coś takiego napisać, bardzo mu wstyd". Jeśli tak rzeczywiście jest, to po co w ogóle zamieszczać ten rozdział w książce? Niektóre artykuły wydają mi się ponadto zbyt hermetyczne dla polskiego czytelnika, zwłaszcza takiego, który nie "robi" w restauratorstwie. Najbardziej podobały mi się fragmenty o podróżach, np. po Azji, czy rozważania na temat fast foodu jako lokalnego jedzenia ulicznego (które nie musi oznaczać jedzenia śmieciowego), gdyż były merytoryczne i najmniej kwieciste językowo. I tu przechodzę do kolejnego problemu: tłumaczenie. Z zasady wolę czytać w oryginale, jeśli językiem jest angielski. Wydaje mi się, że słownictwo, którym operuje autor nie należy do najwdzięczniejszego do tłumaczenia na polski, bo w naszym języku jego teksty brzmią zazwyczaj pretensjonalnie. Stąd mamy kwiatki takie, jak na str. 55: "Po chwili nastąpiła przekomicznie szaleńcza, przy czym momentami przepyszna masakra [...]". Aż ma się ochotę powiedzieć: faktycznie masakra ;). Miałam też wątpliwości co do tłumaczenia terminów spożywczych, zwłaszcza, gdy dojechałam do rozdziału "Dobre, bo stare" (właśnie o wcześniej wspomnianej retro kuchni francuskiej) i na stronie 321 przeczytałam: "Podają też cassoulet Toulousain (czyli fasolkę po bretońsku)[...]". Z wrażenia zaczęłam szukać odpowiedniego fragmentu oryginału książki w internecie, by sprawdzić, czy to Bourdain gada głupoty (bo cassoulet ma z fasolką po bretońsku tyle wspólnego, że oba dania zawierają fasolę), czy to radosna twórczość tłumaczki. Okazało się, że ta ostatnia, w dodatku w postaci jak to powyżej zacytowałam, nie jako przypis. Przyznaję, że na str. 321 zakończyłam lekturę. Podsumowując: w moim odczuciu książka tylko dla twardzieli - fanów Bourdaina i osoby, którym nie będzie przeszkadzał styl utworu (pisarski + tłumaczenie). Swoją drogą, pierwsza część, tj. Kill Grill, była tłumaczona przez inną osobę. Wracając jednak do przyjemniejszych (smaczniejszych) spraw, czyli Kuchni Burżuazji w praktyce: do kogo się zwrócić po przepisy w tym duchu, jak nie do Julii Child? Ja w każdym bądź razie tak zrobiłam, gdy chciałam przygotować klasyczny mus czekoladowy na deser. Trochę trzeba się namęczyć, ale smak to wynagradza. Przepis w najlepszym duchu 3 filarów kuchni francuskiej, czyli "masło, masło i masło*" :). I tak, zawiera surowe jaja, warto więc zainwestować w jak najświeższe i najszczęśliwsze (plus profilaktycznie je wcześniej sparzyć).
*Mój ulubiony cytat z filmu "Życie od kuchni". Zdjęcie okładki książki pochodzi ze strony Wydawnictwa WAB.
sobota, 13 sierpnia 2011
Kryminał czyta się bardzo szybko, co sprawia, że jest dobrą lekturą do pociągu, na leżak albo plażę - innymi słowy książka na wakacje. Plusem jest także to, że napisana lekko, niekiedy całkiem dowcipnie, bez patosu i (prawie) bez pretensjonalnego języka; przy recenzji kulinarnej szeroko się uśmiechnęłam (każdy, kto czyta recenzje Macieja Nowaka też by to zrobił). Wątek kryminalny nie jest bardzo pasjonujący (ma charakter raczej, hm, ekonomiczny); sporo też w książce powielonych stereotypów, np. dotyczących środowiska akademickiego, mieszkańców starej Pragi, dziennikarzy itd. Nie wiedziałam, że w moim rodzinnym mieście cały czas ktoś coś kombinuje i że każdy, kto się czegoś dorobił, doszedł do tego niezbyt uczciwą drogą ;) (niemal jak w Wenecji Donny Leon), ale powiedzmy, że należy przyjąć to z przymrużeniem oka i zastosować duże tzw. zawieszenie niewiary (suspension of disbelief). Dotyczy to także metod śledczych komisarza Nemhausera (czy naprawdę doświadczony policjant zapomniałby przesłuchać współpracownika denata?) i niektórych zwrotów akcji (skąd znajoma ze studiów, z którą komisarz nie miał kontaktu od wielu lat, wie, gdzie on mieszka?). Pojawia się wiele postaci i wątków pobocznych, ale traktowanych pobieżnie, często urywających się lub niedokończonych. W przeciwieństwie do postaci z innych kryminałów, główny bohater nie jest odrażający, nie rzuca mięsem, nie nadużywa alkoholu i ma unormowaną sytuację rodzinną, w czym przypomina trochę mojego ulubionego komisarza Brunettiego od wspomnianej Donny Leon. Z tym ostatnim łączy go także niechęć do korupcji i studia wyższe na wydziale historii (Brunetti ukończył co prawda prawo, ale nie kryje zamiłowania do historii starożytnej). Mimo to jako osobowość komisarz Nemhauser rysuje się blado; poza powyższymi faktami wiemy jedynie to, że lubi gotować i dorabia sobie weekendowym kucharzeniem w knajpie gdzieś w okolicach ul. Burakowskiej w W-wie. No właśnie: wątek kulinarny! Czekałam i czekałam, i czytałam i czytałam, i od zupy fasolowej gdzieś na pierwszych stronach (do której Nemhauser zapomniał namoczyć fasolę i liczył, że jak dłużej pogotuje, będzie dobrze... hm?!) do ok. 1/2 książki panowała spożywcza posucha. Potem wreszcie się doczekałam opisu dwóch wieczorów w restauracji. Pojawiły się wzmianki o zrazach (które jakoś dziwnie szybko się zrobiły?) i bitkach, za drugim razem były pierogi i spaghetti aglio olio oraz pasta do chleba z oliwek, chilli i cebuli, która jako pierwsza mnie naprawdę zainteresowała. Wszędzie gęsto przewijają się zioła prowansalskie (które lubię, ale czy aż tak ;)? Później był jeszcze obiad, który komisarz przyrządzał dla znajomych - naleśniki bretońskie (galettes?) z różnym nadzieniem (ratatouille też się dziwnie szybko zrobiła :) i samosy; do konsumpcji w końcu nie doszło, i nie wiem, czy w końcu usmażył pierożki i naleśniki. Za to rozważania nad gryczanym ciastem na temat Nathalie Gilberta Becauda znów wywołały mój uśmiech, bo miałam kiedyś podobne przemyślenia - że słuchacz także musi zawiesić niewiarę... Czyżby przebłysk autoironii ze strony autora? Podsumowując: można przeczytać w przelocie, ot, właśnie na wakacjach, ale nie liczyłabym na to, że utwór zapadnie głęboko w pamięć... i osobiście szukać tomu pierwszego przygód Nemhausera nie będę. Natomiast samosy ostatnio u nas się pojawiły; znalazłam bowiem paczkę ok. 250g zamrożonego ciasta na faworki i postanowiłam je wykorzystać. W Indiach te pierożki smaży się i sprzedaje na ulicy, jako lokalny fastfood. Można znaleźć w sieci przepisy na samosy pieczone, jednak tradycyjnie powinno się je smażyć. Ciasto nie faworkowe jest proste; komisarz Nemhauser robił je z "mąki, wody i sody", Madhur Jaffrey, czyli moja guru od kuchni indyjskiej, w ogóle nie dodaje spulchniaczy. Oto ciasto wg Madhur (Indian Cookery) i farsz będący wypadkową Madhur i moją (bo w oryginale nie było kalafiora). Zrobiłam do nich także sos pomidorowy wg własnego widzimisię.
Do tego podaliśmy sos pomidorowy:
A na deser wspomnienie stamtąd, skąd pochodzą samosy: sprzedawca na Chowpatty Beach w Bombaju (zdjęcie autorstwa Madzi B.) - minęły już prawie trzy lata...
wtorek, 09 sierpnia 2011
Jakiś czas temu pisałam o "smacznej" ulicy w Warszawie, tj. Francuskiej na Saskiej Kępie. Z przyjemnością informuję, że należy zrobić aneks do wpisu, gdyż w tym samym budynku, co moje ulubione La Petite France, otwarto sklep Vom Fass (poprzedni punkt w stolicy, w centrum handlowym Blue City, zamknięto już jakiś czas temu, co z przykrością odkryłam minioną zimą, gdy chciałam kupić mój ulubiony ocet balsamiczny). Vom Fass to niezwykła sieć sklepów z oliwami, olejami i octami, w których produkty są dekantowane na świeżo z dzbanów, do butelek o wybranej pojemności (najmniejsza ma 100ml, są też butelki bardziej ozdobne - idealne na prezent). Osobiście najbardziej lubię octy - polecam balsamiczny 24 lub 30-letni (bardzo gęsty!), niezwykle owocowy Kalamansi czy porzeczkowy. Niewątpliwym plusem jest to, że każdy produkt można przed zakupem spróbować :). Dobry ocet balsamiczny zaś idealnie się nadaje do zrobienia "oczka" w kapce oliwy, do maczania chleba (tak, jak poniżej): PS. Przy okazji chciałam bardzo podziękować Tili oraz Kai za równoczesne przyznanie wyróżnienia One Lovely Blog Award (ale pozwolicie, że tym razem nie będę strzelać dalej ;).
sobota, 23 lipca 2011
Pierwszy raz o restauracji Tamka 43 przeczytałam na blogu Liski. Zastanawiałam się, czy by się kiedyś nie wybrać, ale obawiałam się znacznego przerostu formy nad treścią... i tak minęło sporo czasu. W końcu, podczas niedawnej wizyty w Warszawie, postanowiłam, że trzeba spróbować. Nie nastawiałam się na nic wyjątkowego (przeczytawszy wcześniej bardzo mieszane recenzje w internecie), a spotkała mnie miła kulinarna niespodzianka. Lokal znajduje się, jak sama nazwa wskazuje, na ul. Tamka, tuż przy Muzeum Chopina; oto widok, jakim mogą się cieszyć szczęściarze (my) którym się trafił stolik przy oszklonej ścianie na ulicę. Wnętrze jest nowoczesne, ale neutralne, w stylu, który jest mi zupełnie obojętny (poza tym, że zazwyczaj myślę, że to dobre miejsce na spotkanie biznesowe). Karta dań a la carte jest bardzo krótka (co mnie zazwyczaj cieszy w restauracjach), poza nią było jeszcze menu degustacyjne, z zacięciem molekularnym, i na to się zdecydowaliśmy. Poprosiliśmy także kelnera o dobór win do dań. Na początek podano amuse bouche - zupa marchwiowo-pomarańczowa, podana w kieliszkach. Smaczna, choć, jak powiedział M, nic niezwykłego. Mnie zaintrygował sam pomysł podania zupy jako mini-przystawkę, bo miałam wrażenie, że raczej preferuje się dania "na jeden kęs". Ponadto poczęstowano nas chipsami - ziemniaczanymi oraz, uwaga, z kaszy manny, z piankowym sosem jogurtowym (który smakował jak spieniony ayran). Pierwszym daniem z menu degustacyjnego była, nazwijmy to, sałatka: żółte pomidory ze śniegiem (cytat) z mozzarelli i galaretką gazpacho. Nie jestem fanką "krio" obróbki nabiału, ale tu śnieżna struktura sera rzeczywiście pasowała do bardzo soczystych, aromatycznych pomidorów i dressingu w formie galaretki o smaku gazpacho. I pomysł, i smak na plus. Do tego piliśmy lekkie białe wino, które choć smaczne, nie zapadło nam mocno w pamięć (do tego stopnia, że nie pamiętamy ani nazwy, ani gatunku :). Drugim daniem był sandacz z emulsją cytrynową i koprem włoskiem. W przeciwieństwie do krio-serów emulsje bardzo lubię, i ta mi bardzo smakowała, choć była bardzo intensywna i wybijała się ponad inne składniki dania (co skrytykował M, który w ogóle nie był zachwycony kompozycją dania). Wino pozostało niezmienione. Numer trzy: dorsz z puree z musztardowca i bobem. Danie przyniosła inna kelnerka, która zasugerowała zmianę wina na rieslinga (konkretnie, jeśli dobrze zapamiętałam, Riesling Wiebelsberg Grand Cru Boeckel). Wino było niezwykłe: w Berlinie piłam wino musujące z dodatkiem nalewki z kwiatów czarnego bzu (wariacja nt. Kir Royale :), które miało lekko ziołowy posmak - podobnie jak tutaj. Świetnie pasowało do kwaśno-zielonej potrawy, która poza musztardowcem (w formie sosu/przecieru; pierwszy raz jadłam i chętnie powtórzę), rybą i chrupkim bobem, zawierała odrobinę kwaśnej passiflory oraz... kożuch mleczny. Czwarta potrawa, wątróbka cielęca z wędzonymi truskawkami (oraz z tapioką), była jednym z dziwniejszych dań, jakie jadłam w życiu. W jakimś sensie (może dzięki średnio wysmażonej wątróbce?) skojarzyła mi się z kuchnią niemiecką czy austriacką. Doceniam pomysłowość i kompozycję, ale niekoniecznie chciałabym powtarzać. Do dania głównego, duszonego ogona wołowego ze szparagami, dostaliśmy Pinot Noir Hunky Dory. Swego czasu (po Bezdrożach, o których wspominałam) testowaliśmy różne Pinot Noir, ze średnim skutkiem; to chyba było najbliższe temu, czego oczekuję od wina, choć pewnie musiałabym powtórzyć degustację chłodniejszą porą. Co do ogona: pierwszy raz go jadłam i bardzo mi smakował, zwłaszcza jeśli chodzi o konsystencję; sama potrawa była chyba najbardziej tradycyjna z całego menu.
A więc: Na plus/minus: nierówna obsługa. Jak pisałam wyżej, w połowie posiłku zaczęła zajmować się nami kelnerka, która w przeciwieństwie do swojego w miarę poprawnego kolegi, sprawiała wrażenie osobiście zaangażowanej w swoją pracę - rozmawialiśmy z nią o daniach, składnikach i winach. Technicznie jednak można by się do pewnych rzeczy przyczepić. Kolejna sprawa to kwestia win: choć karta jest dość bogata, restauracja nie jest przygotowana do połączenia ciekawego, dopracowanego menu degustacyjnego z odpowiednimi trunkami; miałam wrażenie, że nasza prośba obsługę lekko zaskoczyła, gdy tymczasem do każdego dania powinno być zaserwowane, jeśli ktoś sobie tego życzy, inne, odpowiednio dobrane wino (w degustacyjnej ilości, nie pełne kieliszki, jak nam nalewano). Dwa jednak z zasugerowanych win nam bardzo smakowały (zwłaszcza riesling) i doskonale pasowały do potraw. Na minus: pieczywo. Wiem, że jestem wybredna i mam skrzywienie piekarskie, ale uważam, że w takim miejscu powinno być lepszej jakości i świeżości. Podobnie z muzyką: słuchając muzyki granej w każdej sieciówce (serwującej kawę, ubrania czy fast food), centrum handlowym czy na lotnisku w dowolnym miejscu na świecie, czyli tzw. smooth jazzu, zaczęłam żałować, że nie postawiono na coś bardziej oryginalnego i pasującego do miejsca (Muzeum Chopina), a nie nijakie plimplanie. Podsumowując: chętnie tam wrócę, zobaczyć, co szef kuchni zaproponuje w ramach menu jesiennego czy zimowego. Polecam, choć nie dla każdego: jak zaznaczałam w przypadku Amber Room z czasów Wojciecha Amaro, kuchnia molekularna nie jest dla każdego (choć ta w wydaniu Tamki jest jednak wersją "light"). Niemniej, nie ma co oczekiwać schabowego z ziemniakami i mizerią czy obiadu "jak u mamy (babci/teściowej)", można za to skosztować czegoś zupełnie nowego: znanego smaku, tylko w innej formie (vide emulsja cytrynowa czy sorbet buraczany), albo czegoś całkiem nieznanego (jak dla mnie musztardowiec czy ogon wołowy). Mam nadzieję, że w przyszłości dopracowane zostaną szczegóły w zakresie win i obsługi.
czwartek, 14 lipca 2011
Zanim pojechaliśmy do Tajlandii, postanowiłam, że chcę pójść na lekcję gotowania. To bardzo popularna (zwłaszcza w Chiang Mai) rozrywka dla turystów. Szkoła, którą wybrałam, akurat wybierała się na urlop, i poleciła nam Basil, która miała wolne miejsca. Właściwie, okazało się, że mieliśmy szczęście, bo byliśmy jedynymi uczniami tego ranka (a poprzedniego dnia był komplet). Rano przyjechały po nas Boom i Ning. Po drodze wręczyliśmy im listę dań (wybranych ze strony internetowej), które chcieliśmy ugotować, i pojechaliśmy na targ. Tam (uzbrojeni w dwa urocze wiklinowe koszyki na zakupy) oglądaliśmy produkty, które mieliśmy później użyć w kuchni: różne rodzaje bakłażanów, w tym wersję (pea eggplant), nie mającą nic wspólnego, poza nazwą, z bakłażanem, jakiego znamy; zieloną papaję i inne owoce; trzy rodzaje bazylii (najbardziej podobał mi się aromat cytrynowej); świeże liście limonki i pomarszczone limonki kaffir (papedy); jadalny bluszcz (albo coś podobnego); kurkumę w formie korzenia (taką, jaką widziałam na plantacji w Indiach); świeże tofu; makaron świeży, suchy oraz na wpół ususzony oraz żywe żaby (tych akurat nie użyliśmy potem na lekcji). Boom udzielała nam rad - która bazylia do czego służy, z jakiego kokosa robi się mleko, które papryczki są najostrzejsze oraz że zielone są tylko niedojrzałą formą czerwonych (na co nigdy wcześniej nie wpadłam).
Na lekcji mieliśmy przygotować 7 dań, z czego jedną pastę curry; ponieważ oboje wybraliśmy sałatkę z papai jako jedną z opcji, a pozostałe dania inne, łącznie przyrządziliśmy (i zjedliśmy) jedenaście potraw i dwie pasty curry. Nie martwcie się, porcje nie były duże :) (choć chyba potem już darowaliśmy sobie kolację). Część składników, np. kurczak, zostały wcześniej umyte i pokrojone, resztę obrabialiśmy sami. Tu muszę przyznać, że nie lubię korzystać z tzw. noży szefa do drobnego siekania ziół czy warzyw. Jestem z natury niezgrabna i roztrzepana, zaliczyłam też już w życiu wizytę na pogotowiu po tym, jak coś kroiłam, więc gotując we własnej kuchni wybieram albo siekacz (nóż kolebkowy), albo niewielkie nożyki z piłką. Tu musiałam w miarę sprawnie korzystać z dużego, ostrego noża szefa i nie uciąć sobie przy okazji niczego, co stanowiło pewne wyzwanie. Po paru minutach Ning, patrząc jak męczę się nad cebulą, chrząknęła i spytała, czy gotuję w ogóle regularnie... Ubawiony M wytłumaczył, o co chodzi. Podczas krojenia uczyliśmy się także, że twarde elementy (trawa cytrynowa, całe chilli, łodygi np. jarmużu) należy przed krojeniem zgnieść, zaś czosnek tajski nie wymaga obierania, tylko posiekania a z liści limonki należy wyjąć łodygę. Pierwsze danie, które gotowaliśmy: makaron. Ja przyrządziłam pad thai, jedno z najbardziej znanych tajskich dań, M - szeroki makaron z jarmużem. Pierwszy raz w życiu używałam woka, i to jeszcze na gazie. Makaron M był świeży, nie wymagał gotowania w wodzie, tylko podgrzania z resztą składników, po wcześniej zabarwieniu na ciemno słodkim sosem sojowym; mój gotował się krótko w chochli wody, na dnie woka, po tym, jak zepchnęłam na bok pozostałe przesmażone składniki. Danie nr dwa: zupa - w moim przypadku pikantno-kwaśna (tom yum), M - kokosowa. Dowiedzieliśmy się, czemu w tej ostatniej zupie galangal i trawa cytrynowa są pokrojone na tak duże kawałki: bo wcale nie należy ich jeść, nadają tylko aromat/smak, ale są zbyt twarde lub nieprzyjemne do bezpośredniej konsumpcji. Czasem wrzuca się je w woreczku i wyciąga na koniec gotowania, by łatwiej było jeść. Wymieniliśmy spojrzenia i pomyśleliśmy o zupie, którą poprzedniego dnia dzielnie próbowaliśmy zjeść do ostatniego korzenia/liścia, zastanawiając się, czemu nie pokrojono składników drobniej (a kelnerka, odbierając od nas naczynia pewnie pomyślała: "Głupie te farangi").
Deser przygotowaliśmy wcześniej, bo musiał się schłodzić. Oboje przyrządzaliśmy potrawy z lepkiego ryżu - ja czarnego, M zaś z białego zrobił lepki ryż z mango. Ryż wymaga wcześniejszego namoczenia, za słodycz odpowiada głównie sos kokosowy. Szczerze mówiąc, wersja z czarnego ryżu była dla mnie najmniej udanym daniem z wszystkich, które tego dnia przygotowaliśmy, jako zbyt mdła; wersja z mango bardziej mi smakowała ;) Jako ostatnie danie przed godzinną przerwą w gotowaniu przyrządzaliśmy sałatkę z zielonej papai. Zaczęliśmy od pokrojenia wszystkich składników na drobne paski, częściowo obieraczką do jarzyn, później ugniataliśmy składniki dressingu w wielkich moździerzach - za pomocą tłuczka, pomagając sobie łyżką. Ning nam radziła, aby papaję (trudno lub wcale dostępną w PL) zastąpić ogórkiem, jabłkiem lub dodatkową marchewką; osobiście myślałam też o młodej cukinii. Sałatki tajskie są bardzo orzeźwiające w smaku, słodko-kwaśne i dość pikantne, choć to zależy od ilości użytych papryczek (ja dałam 2, M 3 - i trochę cierpiał - a Tajowie daliby co najmniej 4 :). Spytałam, czy pestki w chilli się usuwa przy krojeniu (jak często robiłam w domu), na co Ning popatrzyła ze zdumieniem i spytała: "A po co?" Po przerwie wróciliśmy, by trochę popracować fizycznie, ucierając ręcznie pastę curry. M wybrał zieloną, ja - Pha-nang (relatywnie łagodną, z dodatkiem suszonych papryczek chilli). Ponieważ wszystkie składniki ucieraliśmy własnoręcznie w moździerzach, przekonaliśmy się szybko, jak ważnym jest drobne pokrojenie twardych elementów (czosnek, imbir itd.) Gotowa pasta jest gładka i puszysta, a także bardzo aromatyczna - wersja ze słoika może się schować. Po utarciu pasty zabraliśmy się za gotowanie curry - M zielonego, ja Pha-nang. Mleko kokosowe, którego użyliśmy, wcześniej sami wyciskaliśmy ręcznie ze startego kokosa (Ning: "jakbyście robili pranie"). Dowiedzieliśmy się, że komercyjne, puszkowane mleko kokosowe do curry najlepiej rozcieńczyć, a limonkę, której używamy do zakwaszania, najlepiej wycisnąć na skraju łyżki (i nie trzeba wyciskarki). Gotowe, gorące curry przelaliśmy do tradycyjnych, ceramicznych misek z pokrywką i zajęliśmy się ostatnim daniem - stir fry (krewetki z tamaryndą oraz druga opcja - wieprzowina), ponownie smażonym w woku. Ku swojemu zaskoczeniu (bo w "naszej" kuchni uważa się, że absolutnie nie należy to tego dopuścić) dowiedzieliśmy się, że czosnek właśnie ma się zrumienić... Najważniejszą lekcją z pobytu w Basil było przekonanie się w praktyce, że kuchnia tajska jest łatwa i BARDZO szybka. Tak, nie wszystkie składniki można u nas kupić, ale do najbardziej popularnych dań - tak, ewentualnie można pobawić się w zamienniki. Pasty curry na razie nie chciało mi się utrzeć (muszę się wprawić w nastrój :) i do dużych noży się nie przekonałam, ale wszelkie łodygi zaczęłam zgniatać, a w zamrażalce zagościł worek pełen małych papryczek chilli...
ENGLISH PLEASE: Before our trip Thailand I decided that I wanted to take some cookery lessons - a very popular (esp. in Chiang Mai) tourist activity. The school I had initially chosen was planning a vacation and recommened Basil, which happened to have some vacancies; actually, we were lucky to have the whole class (and kithen ;) for ourselves (while the day before the course was full). Boom and Ning came for us in the morning. We handed them a list of dishes we had chosen to cook, selected from the list on the school's website and off we went to the market. Armed with two quite cute wicker shopping baskets we had a look at our cooking ingredients: different types of aubergines (eggplants), including pea eggplants, which had nothing in the common (apart from the name) with the aubergines as we know them; green papaya and other fruit; three different types of basil (I loved the aroma of lemon basil); fresh kaffir lime leaves and the wrinkly-skinned limes themselves; edible ivy (or something similar... ;); whole turmeric (like we had previously seen at the Indian spice farm); fresh tofu; fresh, dry and semi-dry noodles and finally, live frogs (but these we did not later cook). Boom adviced us on the correct use of basil types, coconuts use to make coconut milk and chillies: which are the hottest and that green are the same type as red ones, only unripe (I'd never guessed before). We were supposed to cook 7 dishes, including 1 curry paste; since we both chose papaya salad as one of the options, altogether we prepared (and ate...) eleven dishes and two curry pastes. Don't worry, the helpings weren't large :) (although we did skip dinner afterwards...). Some of the ingredients (eg. chicken) had been earlier cleaned and sliced, the rest we had to prepare ourselves. I must admit that I don't like the so called chef's knives for fine chopping of herbs or vegetables. I am naturally clumsy and a bit of a scatter-brain, and have already been once been to hospital after slicing something, which is why at home I prefer a mezzaluna or small serrated knives. Here I had to deftly use a large and sharp chef's knife without chopping off any extremities (a real challenge). After a few minutes of observing my efforts, Ning cleared her throat and inquired if I cooked regularly... An amused M explained my problem. While chopping we learnt that tougher ingredients (lemongrass stalks, whole chilli peppers, kale stems, etc.) should be crushed prior to chopping; Thai garlic does not need peeling, only chopping, while lime leaves need the stem removed. We started with the noodles. I made pad thai, a flagship Thai dish, M - band noodles with kale. This was the first time I ever cooked in a wok (and on a gas cooker). M used fresh noodles, which did not require cooking, only heating with the rest of the ingredients after mixing with black soy sauce for some dark colouring; my noodles were shortly cooked in a ladelful of water in the bottom of the wok, with the other ingredients moved aside. Dish no 2 was soup: hot and sour (tom yum) in my case, coconut milk for M. We learnt why in the latter galangal and lemongrass are chopped so coarsely: they're not intended for eating, only the aroma/taste, being too tough or unpleasant to eat in full. Sometimes they're put in the pot in piece of cheesecloth and thrown away at the end, to make eating more convenient. We exchanged glances, thinking about the soup we had eaten the day before, struggling to eat every leaf and root, wondering why they hadn't been finely chopped (and the waitress who collected the dishes must have thought: "Those farangs really are dum"). Dessert needed to chill a bit, so we prepared it earlier. We both made sticky rice desserts: black rice in my case, sticky rice with mango for M. The rice needs soaking before cooking, and the sweetness mainly comes from coconut sauce. To be honest, the black rice dessert was, for me, the least attractive dish out of all we cooked, being too bland; the mango version was much better ;) The last dish we prepared before an hourly break was green papaya salad. We started by finely cutting the ingredients into strips and later mashed the dressing into a pulp with a pestle, in a huge mortar, aided by a spoon. Ning's tip was to subsitute papaya (hard or impossible to get by in Poland) with a cucumber, apple or additional carrots (personally I thought of baby courgettes). Thai salads have a clean, fresh taste; sweet, sour and quite spicy, but it depends how many chillies you use (I added 2, M 3 - and suffered a bit - while Thais woudl add at least 4). I asked if the chillies should be deseeded beforehand (which I often do in my kitchen), to which Ning asked, surprised: "What for?" After the break we came back for some manual work: making curry paste, green for M, Pha-nang for me (Pha-nang paste being slightly milder than eg. red curry paste and made with dried chillies). The curry was made by hand in a mortar, so we quickly learned it is crucial to get the tougher ingredients (garlic, ginger etc.) chopped as finely as possible. The paste is ready when it it is smooth and fluffy. It is also very aromatic - forget the stuff from a jar. Once the paste was made, we started making the actual curry (M: green, me: Pha-nang). The coconut milk used in the dished had been earlier pressed out of grated coconut (yes, by us; Ning: "imagine you're doing the laundry"). We learnt that commercially sold, canned coconut milk had best be mixed with a some water before cooking, while limes, used to sharpen the taste, are best squeezed out on the edge of our spoon/ladle (no juice extractor needed). Our hot curries were transferred into traditional ceramic lidded pots, while we dealt with the last dish: stir fry (tamarind and prawns and, as the second choice, pork), once more made in a wok. To our surprise (since in "our" cuisine it's a big no-no) we found out the garlic is supposed to brown... The most crucial lesson we learnt that day was that Thai food is easy and VERY fast to cook. Yes, not all ingredients are readily available, but those for the most popular dishes can be bought, and some substitutes can be found. I have yet to make another curry paste (must get into the right mood :) and I'm not a fan of large knives, but I have started crushing all the stalks and stocked the freezer in bird's eye chillies...
sobota, 26 lutego 2011
Gdy pierwszy raz otworzyłam drzwi przedwojennej willi na Mokotowie, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie do lat 30-tych i wpadłam na prywatne przyjęcie w jakimś zamożnym mieszczańskim domu (może u opisywanej przez K.T. Lewandowskiego Generałowej Zasławskiej ;). Dom kiedyś służył celom mieszkalnym, i wciąż to widać w wystroju wnętrz. W głównej sali pod ścianami stoją serwantki i kredensy, wiszą lustra, przy stolikach (nakrytych szydełkowymi serwetami) stoją kwiaty. Gdyby nie to, że tych stolików jest więcej, niż zwykło się ustawiać w salonie, moglibyśmy być w prywatnej bawialni. Ze względu na retro-polski klimat zawsze sądziłam, że restauracja jest dobrym miejscem do przyprowadzenia cudzoziemskich gości. Karta dań także nawiązuje do dawnych klimatów. Jest w niej móżdżek cielęcy (moja ulubiona przystawka), "domowe" pasztety, pieczona kaczka, kurczę z nadzieniem, innymi słowy: kuchnia polska tradycyjna, ale nie biesiadna, i nawet nie całkiem restauracyjna, bardziej w stylu proszonego obiadu. Tu dochodzę do pierwszego "ale": restauracja aspiruje do pewnego (wyższego) poziomu gastronomicznego, a dania są - zazwyczaj - dość smaczne, ale podane i przyrządzone na poziomie kuchni domowej. Przy takiej otoczce, także cenowej, oczekuję jednak czegoś więcej. Nigdy żadne danie mnie tam nie zachwyciło, a zdarzały się i wpadki, typu przesuszona kaczka, którą ostatnio jadł M. Jak jesteśmy przy wpadkach - każdemu coś niecoś (sic) może się zdarzyć. Gorzej, jeśli jest to nagminne. A to szydełkowa serweta była pokryta malowniczym wzorem z plam, a cukiernica mocno wyszczerbiona; a to (dwukrotnie) na stole pojawiło się zbyt schłodzone białe wino; kelner przyniósł bezę z sosem malinowym, choć było bardzo podkreślane, że ma być bez, lub też - moja 'ulubiona' sytuacja - kelnerka zrobiła się znacząco milsza, gdy zamówiliśmy butelkę wina. Średnia liczba wpadek to dwie na wyjście. Mimo tych wątpliwości nie mogę powiedzieć, że nie polecam Różanej. Za każdym razem, gdy tam idę, liczę na to, że "a nuż" coś się poprawiło i nie będzie żadnych zgrzytów. Skoro poprawiło się np. pieczywo, to i reszta też może. A jeśli nie, to przynajmniej można przez godzinę czy dwie poczuć się jak "w małym dworku".
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Zawsze pod choinką znajdowałam książki. Od paru lat są one często mniej lub bardziej kulinarne. W tym roku było to m.in. Cafe Muzeum Roberta Makłowicza, które przeczytałam prawie od razu po Świętach i o którym chciałam dziś napisać. Po pierwsze, jest to książka raczej mniej niż bardziej kulinarna. Właściwie jest to zbiór felietonów podróżniczo-kulinarnych z tłem historycznym. Makłowicz lubi gawędzić - jeśli ktoś czytał np. jego i Piotra Bikonta Dialogi języka z podniebieniem, wie mniej więcej, czego się spodziewać. Dialogi jednak są bardziej niż mniej kulinarne oraz towarzyszą im przepisy (w Cafe Muzeum nie znajdziemy ani jednego). O jakich podróżach więc mówimy? Na teren byłych Austro-Węgier, oczywiście (bo że autor ma CK feblik, powszechnie wiadomo), ze szczególnym uwzględnieniem Węgier (znów nic nowego), Austrii, Chorwacji i Rumunii. We wszystkich wspomnieniach i opisach podkreślana jest wieloetniczność Europy Środkowej, wzajemne przenikanie się wpływów politycznych, kulturalnych i - oczywiście - kulinarnych. Te wszystkie "oczywiście" sprowadzają się do tego, że, po drugie, to raczej książka dla fanów Roberta Makłowicza. Mam tu na myśli fanów jego stylu narracji i przynajmniej częściowo poglądów (także politycznych - są, a jakże), gdyż wyraża je w sposób na tyle autorytarny, że osoby mające inne zdanie mogą mieć problemy z lekturą. Ja na szczęście i lubię dygresyjne wspomnienia z podróży, i często się z panem RM zgadzam (poza niechęcią do Francuzów i Paryża*). Podzielam opinię ze str. 25, tłumaczącą tytuł dzieła, że "zwiedzanie wiedeńskich kawiarni to doskonałe rozwiązanie dla każdego, kto pragnie obcować z historią i kulturą, lecz dość ma chwilowo muzeów w najbardziej ortodoksyjnej, niestety najczęściej występującej formie". Książkę czytało mi się zatem szybko, gładko i przeważnie przyjemnie; o Siedmiogrodzie oraz nieudanym świniobiciu przeczytałam z prawdziwą ciekawością, niejednokrotnie śmiałam się także na głos. Nie może być jednak bez pewnych "ale". Otóż od pierwszych stron miałam wrażenie, że jest to lektura mocno zakrapiana, a im dalej, tym bardziej. Ba, alkoholu jakoś było więcej na dowolnej stronie niż jedzenia, a wolałabym jednak odwrotne proporcje (tak w lekturze, jak i w życiu ;). Tak więc choć im dalej, tym różnorodniej jeśli chodzi o gatunki alkoholu, tym tęskniej ja wypatrywałam wzmianek o daniach regionalnych. W ostatnim rodziale zaś przeczytałam fragment, który mnie zniesmaczył. Można powiedzieć, że nadużywanie procentów przez autora jest jego sprawą (podobnie jak często deklarowane w książce palenie papierosów) i może i było nią, dopóki nie opisał szczegółowo jak to "rozsądnie (sic!) pił i prowadził" podczas chorwackich wakacji. Nie jestem abstynentką ani świętoszką, ale pisanie takich rzeczy uważam za po prostu nieodpowiedzialne, i licentia poetica tu nic nie tłumaczy. Warto dodać, że owo "rozsądnie" nie oznaczało jednej lampki wina podczas czterogodzinnego posiłku. Czy książkę polecam? Myślę, że może się spodobać szerszemu gronu odbiorców, niż tylko miłośnicy jedzenia, ale zarazem styl i treść będą dla wielu osób trudne do przyjęcia. Gdybyście chcieli komuś sprezentować, upewnijcie się, że książka trafi w ich gust. Wegetarianom, miłośnikom zdrowego stylu życia oraz wyborcom pewnej partii prawicowej raczej się nie spodoba. Wydaje mi się natomiast, że mój teść, któremu kilkakrotnie podarowałam książki Jeremiego Clarksona, mógłby się całkiem dobrze bawić podczas lektury. * Ale już wyższość pierzyn austriackich nad prześcieradełkiem przytrzaśniętym w nogach łożka kocem podzielam (choć to moje doświadczenie włoskie i belgijskie, nie francuskie).
poniedziałek, 18 października 2010
Jak to dzisiaj powiedziałam M, mieszkamy tymczasowo w burdelu, przy czym nie miałam na myśli domu uciech z czerwonymi latarniami, tylko maksymalny bałagan. I tak będzie niestety jeszcze co najmniej kilka dni. Gotowanie jest nieco utrudnione, więc tymczasem przywołam jeszcze jedno austriackie wspomnienie z ostatniego wyjazdu. Dotyczy ono karczm spod znaku "selbstgemacht", serwujących domowe, czy też dosłownie: samodzielnie robione sery, masło i wędliny z własnej wędzarni. Na pierwsze miejsce tego typu - Strohlehenalm - natknęliśmy się przypadkiem, tj. zeszliśmy do niego ze szlaku nad Dorfgastein, chcąc napić się piwa. Karczma znajdowała się przy gospodarstwie i nie różniła się niczym od innych górskich Almów. Skromne menu było napisane kredą na ścianie, a składało się z chleba z różnymi dodatkami (mięsnymi lub nabiałowymi), ew. zupy, oraz z różnych napojów. Dzień był skwarny (przed burzą), a piwo chłodziło się na zewnątrz w korytku, do którego spływała woda ze źródła. Można było także skosztować maślanki, kwaśnego mleka czy mostu (cydru). Chleb był żytni i chyba niekoniecznie domowy (najprawdopodobniej z lokalnej piekarni), za to zachwyciło nas to, co na chlebie się znajdowało. I masło, i wędzona szynka, i ser dojrzewający były pyszne, a przy tym smakowały... inaczej. Coś (wspomagane przez napis nad drzwiami, informujący o możliwości nabycia sera i masła) nas tknęło i spytaliśmy się pani zbierającej talerze, czy to ich własne produkty, na co przytaknęła: "Ja, selbstgemacht". Wychodząc z karczmy zauwaźyliśmy, że Alm bierze udział w oficjalnych dożynkach (Bauernherbst) w dolinie Gastein (jeśli dobrze pamiętam, organizując kursy smażenia pączków). Posiłek zapadł nam w pamięć i gdy w Sportgasteinie zobaczyłam szyld Weitbauer Alm informujący, że w nieco zaniedbanej chatce można zjeść i nabyć podobne specjały, czym prędzej skręciłam w tamtą stronę. Ponownie zjedliśmy chleb z serem i szynką, popijając tym razem maślanką, i choć było smacznie, jednak posiłek w Strohlehenalm wygrywał na każdym polu. Ser był zupełnie innego typu (nie dojrzewający, a raczej twardy żółty), wędlina lekko przypominała prosciutto. Do trzech razy sztuka: dowiedziałam się, że w Wieden, na przedmieściach Bad Hofgastein, znajduje się browar Schmaranz, też biorący udział w Bauernherbst. Poza własnymi piwami pszenicznymi (jasnym - bardzo lekkim, ciemnym i mieszanym - moim faworytem), serwują jadło proste i wiejskie, przy czym chleb jest domowy, a jaja, nabiał i różne inne produkty - z własnego gospodarstwa. Restauracja to mała, ciemna knajpka, w której mieści się 1 duży stół i 1 mały, a połowę pomieszczenia zajmuje otwarta kuchnia, więc goście mogą przyglądać się, jak przygotowywane jest jedzenie (ciekawe doświadczenie). Porcje okazały się bardzo obfite oraz sycące, i nieco przerosły nasze możliwości, ale jedzenie było smaczne, proste, a całe przedsięwzięcie przyjemnie bezpretensjonalne. Podane na przystawkę domowe wędliny i sery znów różniły się od testowanych w poprzednich karczmach. Warto zanotować, jako mały zgrzyt, że pieczony ziemniak z sosem grzybowym, który znajdował się w karcie jako 'danie wegetariańskie', zawierał duże ilości boczku (no i nie był to ziemniak, tylko 1,5 dużego ziemniaka ;). I teraz pytanie do czytelników: podczas naszego zeszłorocznego "Tour de Pologne" po Polsce wschodnio-południowej, kilkakrotnie mieszkaliśmy i stołowaliśmy się w niewielkich pensjonatach. Produkty własne pojawiały się, np. sery kozie i domowe dżemy w Chacie Magoda, ale stanowiły raczej niewielki procent w ogólnym jadłospisie, no i osoba nie nocująca w danym miejscu nie mogłaby liczyć na posiłek. Znacie jakieś miejsca - karczmy, knajpki, restauracje - nie noclegowe, które mocno stawiają na własną produkcję, serwując własne sery, wędliny, chleb? Liczę na to, że takie są, i że mi o nich opowiecie ;) PS z 19.10. Po przeczytaniu mojego posta przez M wystąpiła między nami pewna różnica zdań. Otóż moja druga połowa uważa określenie "karczma" za mało udane w odniesieniu do opisanych przeze mnie miejsc (kojarząc karczmę z wyszynkiem a la Chłopskie Jadło), i zaliczyłby je raczej do agroturystyki. Ja nie całkiem się zgadzam, a przynajmniej - nie można by porównywać agroturystyki polskiej - nastawionej na noclegi, pobyt czasowy gości - z opisywana austriacką o profilu gastronomicznym. W Strohlehenalm podobno oferowano także noclegi, ale samo miejsce oznaczone było np. na drogowskazach za pomocą skrzyżowanych sztućców, co jest chyba dość czytelnym symbolem. Weitbaueralm noclegów nie oferował, a właściciele Schmaranzbrau mają pensjonat, ale jest to osobne przedsięwzięcie. Skala działań jest niewielka (największa chyba w przypadku browaru Schmaranz), ogólnie porównywalna z Chatą Magoda czy może Wołowiec 15, ale inny obrany kierunek.
Uwagi M: Najciekawszą, z punktu widzenia tzw. foodie, cechą austriackich "Almów" jest produkcja na niewielką skalę kilku produktów takich jak wędliny czy sery. Wykorzystywane są własne składniki, a pracę wykonują sami właściciele - co z natury znacznie ogranicza liczbę tak wytwarzanych dóbr. Stoi to w opozycji do pojawiających się w Polsce producentów tradycyjnej żywności na znacznie większą skalę (vide Tusinek, Krakowski Kredens i oraz XXX "Babuni"). Wydaje mi się, choć nie mam pewności, że ten ostatni sposób wytwarzania niektórych typów jedzenia (wędliny, sery, przetwory) zmusza do kompromisów jakości na rzecz rachunku ekonomicznego. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
![]() ![]() ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||