Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia skandynawska

niedziela, 08 stycznia 2017

Wciąż szukam przepisu na gofry idealne. Do tej pory najlepsze były, w moim odczuciu, te drożdżowe, ale wymagają dość długiego pieczenia by osiągnęły pożądaną (w moim odczuciu) chrupkość. Niedawno spotkałam się z pomysłem dodania do masy niewielkiej ilości mąki owsianej lub ryżowej: dla wchłonięcia nadmiaru wilgoci. Spodobał mi się w związku z tym przepis w How to Hygge, gdzie gofry składają się z dwóch ulubionych zbóż autorki, Signe Johansen: owsa i orkiszu (choć można i użyć mąki pszennej). Przygotowanie jest nieco bardziej pracochłonne, niż przy „zwykłych” gofrach, jednak uprażenie płatków daje wyraźną słodycz i orzechowy aromat, który mnie osobiście bardzo odpowiada, M jednak narzekał, że „owies za bardzo czuć” (nie dogodzisz…). Gofry wychodzą także bez specjalnego wysiłku wyraźnie chrupkie, tak, jak lubię najbardziej. Są także wyraźnie słodkie, więc moim zdaniem, jeśli planujecie wytrawne dodatki (imho gofry śniadaniowe z jajkiem w jakiejś postaci i/lub łososiem wędzonym są lepsze od deserowych ;), warto dać mniej cukru (co oznaczyłam w przepisie).

Składniki (dla 2 osób, ok. 5-6 sztuk):

  • 75g płatków owsianych błyskawicznych
  • 175g jasnej mąki orkiszowej (opcjonalnie można dać z tego ok. 30g razowej)
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 25-50g* drobnego cukru
  • ¼ łyżeczki soli
  • 75g stopionego masła (+ ew. dodatkowe do natłuszczenia gofrownicy, jeśli tego wymaga)
  • 50ml wody
  • 125g kwaśnej śmietany lub mieszanki śmietany i maślanki/jogurtu (jak u mnie, i polecam)
  • 100ml mleka
  • 2 średnie jaja
  • łyżeczka ekstraktu z wanilii (w przypadku gofrów na słodko)

* Jak we wstępie: więcej, jeśli mają być tylko deserowe.

Uprażyć (przez 10 minut) płatki owsiane na blaszce w piekarniku nagrzanym do 170 st. Powinny lekko się zezłocić i nabrać orzechowego aromatu. Lekko wystudzić, zmielić 1/2 na mąkę, resztę zostawić w całości. Można to zrobić np. wieczorem poprzedniego dnia, jeśli gofry mają być na śniadanie.

Wymieszać wszystkie suche składniki w misce, dodać mokre i wyrobić dość gęste ciasto – nie powinno lać się natychmiast z trzepaczki, tylko opadać z niej po paru sekundach (w razie potrzeby podsypać mąką). Odstawić na 30 minut. Nagrzać gofrownicę i postępować zgodnie z instrukcją obsługi, przeznaczając po chochelce ciasta na gofra. Studzić na kratce, ew. można je trzymać z lekko ciepłym piekarniku/na podgrzanym talerzu, jeśli zależy wam na tym, by pozostały ciepłe – nie powinny zawilgotnieć.

Teraz kolejne wyzwanie – połączyć przepis na gofry drożdżowe z tym na owsiane, by osiągnąć wersję zadowalającą wszystkich… O ile to możliwe ;).

piątek, 18 grudnia 2015

Nigdy jeszcze nie marynowałam sama śledzi. Rzadko też je jem, wybierając raczej warianty w oleju/sosie (choć limonkowe właśnie na bazie marynowanych mnie przyjemnie zaskoczyły). Przepis na inlagd sill zobaczyłam jeszcze w listopadzie u Madame Edith, potem mignął mi na blogu Ani Truskawkowej. Przyznaję, że to co mi się w nich najbardziej spodobało (poza błyskawicznym przygotowaniem), to robienie z wyprzedzeniem, w myśl z zasady, że im dłużej (w granicach rozsądku) poleżą, tym są lepsze. O tym, że lubię takie świąteczne przepisy, najlepiej świadczy spiżarnia (obecnie wypchana wypiekami dojrzewającymi).

Co do tego "im dłużej, tym lepiej" - Edyta pisała, że dla niej minimum to 6 tygodni, choć wg Ani należy po maksymalnie 4 tygodniach śledzie zjeść. Podobny przepis znalazłam u Signe Johansen (Scandilicious), która przyjmuje takie widełki czasowe: "jeść najwcześniej po 5 dniach, przechowywać do 2 miesięcy" - i ten wariant najbardziej mi pasuje, bo choć owszem, pierwszy słoik śledzi ruszyłam po 3 dniach, to ostatnie 2 łyżki, które zjadłam po 12 dniach, były jednak trochę lepsze. Nie zmienia to faktu, że jeśli - jak ja dziś wieczorem ;) - najpóźniej jutro nastawicie śledzie, na Wigilię lub Święta będą jak najbardziej jadalne, a jeśli jakieś zachowają się do Sylwestra, będą jeszcze lepsze...

Mój przepis bazuje głównie na tym Aninym, choć od Madame Edith wzięłam goździk ;). Cukru u mnie trochę więcej, bo niechcący sypnęło się tyle do rondla - ale smakowo pasowało, więc zostawiłam bez zmian. Planuję także przy replayu nieortodoksyjnie dodać mały plaster buraka - by uzyskać bardziej różowy kolor.

Składniki (na ok. 1 litr):

  • 500g matjasów/śledzi a la matjas
  • 150ml octu 10%
  • 150ml wody
  • 125g cukru
  • łyżeczka ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki pieprzu w ziarnach
  • 2 liście laurowe
  • 1 goździk
  • 1 mała marchewka, pokrojona w plasterki
  • 1 czerwona cebula, pokrojona w pióra
  • opcjonalnie: 1 mały plaster buraka

Śledzie opłukać i (krótko) namoczyć (jeśli to robicie, ja jak moja Mama, z zasady nigdy nie w przypadku takich filetów, więc poprzestałam na opłukaniu), pokroić na 2-3cm plastry. Wszystkie pozostałe składniki umieścić w rondlu i zagotować, odstawić do dokładnego wystudzenia. W słoju np. litrowym umieścić ok. 2 łyżek śledzia, zalać marynatą, i czynność powtarzać aż do zużycia składników/zapełnienia słoja. Odstawić do lodówki na co najmniej 5 dni.

Uwaga: podając śledzie nie wzgardźcie marchewką z marynaty! W moim odczuciu może nie aż tak smaczna, jak śledź, ale z pewnością warta zjedzenia.

piątek, 11 grudnia 2015

 Nie wiem, czemu nigdy wcześniej nie wpadłam na to, że bułeczki cynamonowe mogą już zwinięte wyrastać w lodówce, by wcześnie rano dojść do temp. pokojowej na blacie, a następnie powędrować do piekarnika, czyt. zostać zjedzone na śniadanie – a przecież tak samo piekłam np. Lussekatter. W świetle tego, ile potem tych bułeczek na śniadanie wchłonęłam (bo świeżo upieczonemu drożdżowemu nie jestem w stanie się oprzeć*), to odkrycie jest bardzo, bardzo niebezpieczne. Chętnie bym zrzuciła winę na zgubny wpływ jednej takiej Gospodarnej Narzeczonej, która niedawno się mocno chwaliła podobnymi bułami w mediach społecznościowych ;).

Mowa o wariancie bułeczek szwedzkich. A właściwie to ciasto uniwersalne drożdżowe (na bazie przepisu na zeszłoroczne szafranowe – też warte powtórki w sezonie), nadzienie: ½ z przepisu na cynamonowe zawijańce Signe Johanson, ½ – wariant kardamonowy, na tej samej zasadzie. Tu słowo o kardamonie: jak byłam młodsza i zaczynałam przygodę z gotowaniem, chyba musiałam mieć upośledzony węch, bo zapach i trufli, i kardamonu mi umykał. Obecnie tłukąc te ostatnie w moździerzu mam uczucia dwojakie: zazwyczaj przy pierwszych uderzeniach się zachwycam, by po jakiejś minucie krzywiąc się odsuwać od blatu („czy on nie jest czasem zepsuty…?”). Gdzieś spotkałam się z określeniem „piżmowy zapach” w kontekście obu ww. aromatów, i uważam je za całkiem trafne. A jednak po upieczeniu, choć wersja cynamonowa wciąga (i to mocno), kardamonowa smakuje mi odrobinę bardziej.

Wracając do spraw praktycznych: z 600g mąki wychodzi ok. 24 sztuk. Bułki po wysmarowaniu masłami i zwinięciu ułożyłam w wyłożonej pergaminem foremce, w jak największych odstępach, i włożyłam do lodówki ok. 22. Trochę przed 7 rano zostały wyjęte na blat przez tzw. rannego ptaszka (nie mnie), a o 8 znalazły się w piekarniku. Niezjedzoną połowę zamroziłam.


Składniki:

  • ciasto drożdżowe jak z tego przepisu – bez szafranu i z kapką/szczyptą wanilii zamiast skórki pomarańczowej

Nadzienie:

Masło cynamonowe (na ½ ciasta):

  • 37g miękkiego masła,
  • 25g drobnego białego lub brązowego cukru,
  • łyżeczka cynamonu,
  • 1/4 łyżeczki soli z wanilią (lub mieszanki soli i mielonej wanilii – wystarczy szczypta; ostatecznie można użyć kropli ekstraktu, ew. dać zwykłą sól)

Wszystkie składniki dokładnie rozetrzeć.

Masło kardamonowe (na drugą ½ ciasta):

  • 37g miękkiego masła,
  • 25g drobnego białego lub brązowego cukru,
  • łyżeczka mielonego/zmiażdżonego w moździerzu kardamonu,
  • 1/4 łyżeczki soli z wanilią (lub jw.)

Postępować jw.

Przygotować ciasto jak z przepisu powyżej. Gdy wyrasta, przygotować oba masła. Wyrośnięte ciasto podzielić na ½, każdą połowę rozwałkować na duży prostokąt, posmarować dokładnie masłem (jedną część cynamonowym, drugą kardamonowym). Można to zrobić np. nożem do masła, można pomóc sobie rękoma (całkiem relaksujące wieczorne zajęcie).

Choć wiadomo, że takie bułki są idealne na (nadchodzące) weekendowe śniadanie, bardzo też polecam do przygotowania na najbliższy niedzielny poranek "oczka Św. Łucji". Ja przynajmniej mam taki plan, tylko może tym razem podzielę składniki na 1/2 ;).

* A jeśli ktoś jest w stanie, to… no, jak te osoby, które nie lubią pomidorów. Wierzę, że są tacy, ale Ania Shirley powiedziałaby, że nie znają Józefa.

Zapisz

niedziela, 18 października 2015

Wśród przetworów rybnych, do których regularnie wracam, jest – obok śledzi gravlax. Szczerze mówiąc, od czasu wypróbowania przepisu cytrusowego kilka lat temu nawet nie próbowałam innych wariantów... do zeszłego tygodnia. Udało mi się kupić filet właściwy do celu, a w domu była tylko jedna cytryna; myślałam o wersji z chrzanem (korzeniem, nie gotowcem ze słoika), ale zapomniałam go kupić. I tak powstał łosoś minimalistyczny – jałowcowy, który robi się naprawdę błyskawicznie (nie trzeba sparzać i ścierać skórek owoców z ew. naskórkiem). Nie wiem, czy taka wersja nie smakuje mi bardziej (choć M jest nadal z frakcji cytrusowej).

Składniki:

  • ok. 250g bardzo świeżego filetu łososia bez ości
  • 2 łyżki cukru (u mnie demerara)
  • 2 łyżki soli morskiej (u mnie wędzona)
  • łyżeczka owoców jałowca
  • łyżka ginu

Łososia przekroić na ½. Jałowca zmiażdżyć niedbale w moździerzu, wymieszać z solą i cukrem, dodać gin, wymieszać dokładnie (powinno powstać coś a la wilgotny piasek. Rozłożyć ½ masy na jednym kawałku łososia, przykryć drugą połową (jak kanapkę), na wierzchu rozłożyć drugą ½ mieszanki, wetrzeć w rybę. Owinąć dokładnie folią, umieścić w plastikowym pojemniku, opcjonalnie obciążyć. Odstawić na 3 dni do lodówki, codziennie zlewać płyn i obracać. Gotową rybę kroić na maksymalnie cienkie plastry i podawać np. na razowym pieczywie. Znika szybko ;).

A do wersji chrzanowej jeszcze kiedyś wrócę...

środa, 07 października 2015

O swoim stosunku do śledzi już pisałam. Zasadniczo zawsze je lubię, zazwyczaj nawet bardzo a czasem po prostu MUSZĘ ;). To ostatnie uczucie mnie nachodzi np. jeśli trafię w sieci na wzmiankę o ciekawym przepisie. Gdy u Lo trafiłam na przepisy cztery... Tak, przy najbliższej okazji udałam się do sklepu rybnego ;).

Przepisy zrealizowałam dwa, z pewnymi modyfikacjami: na śledzie kawowe (trochę zbliżone do tych, które pokazywałam pół roku temu) oraz cytrusowe. Oryginalnie miały być cytrynowe, ale ponieważ cytryna została w samochodzie, do którego mogłam się dostać dopiero za kilka godzin, a w lodówce była limonka... Sądzę, że ten zamiennik nie zrobił im krzywdy, ba, wręcz przeciwnie. Bazą, jak napisałam powyżej, był przepis z tej strony (Citronsill). Pierwszy raz zaprawiałam śledzie marynowane, nie solone czy matjasy, i trochę obawiałam się efektów - a niepotrzebnie. Lekka kwaśność dobrze gra z limonką i nabiałem (który dzięki jogurtowi jest nieco lżejszy niż sama śmietana).

Składniki:

  • ok. 275g (ok. 3 sztuk) śledzi marynowanych w płatach
  • 1/2 sparzonej/eko limonki (sok i skórka)
  • łyżka jasnego miodu
  • 50ml jogurtu naturalnego
  • 50ml śmietany (12-18%)
  • szczypta soli

Śledzie pokroić na paski ok. 2 cm. Skórkę z limonki zetrzeć na drobnej tarce, wycisnąć sok, wymieszać z pozostałymi składnikami. Dodać śledzie, delikatnie wymieszać, umieścić w słoiku/szczelnym pojemniku w lodówce na co najmniej 12h (jadłam po ok. 18, a potem po następnej dobie, i nie było różnicy w smaku). Świetnie pasują do żytniego lub ziarnistego pieczywa.

PS. Odkryłam przy okazji, że ponieważ wyszukiwarka Bloxowa na Coś niecoś źle wyszukuje polskie znaki, na hasło "śledzie" nic nie wyskakuje - mam nadzieję, że dodatkowy hashtag pomoże. Innymi słowy, TU znajdziecie śledzie na blogu (podejrzanie ich mało ;).

poniedziałek, 13 lipca 2015

To taki właściwie przepis-nie przepis, bo co to za aj waj zasypać cukrem porzeczki w słoiku? A jednak nie każdy sam na to wpadnie (a przynajmniej ja na pewno nie... chyba, że mówimy o etapie robienia nalewki). Wyczytałam o tym skandynawskim specjale (rysteribs) u Diane Henry (Salt sugar smoke) - swoją drogą, przyznacie, że czerwone porzeczki jakoś same w sobie kojarzą się ze Szwecją (może dlatego, że ładnie komponują się z bielą ;).

Można użyć porzeczek dowolnych (czarnych, czerwonych, białych). Diane Henry podała proporcje na 600g owoców, które wraz z cukrem (400g) miały wejść do litrowego słoika - moim zdaniem by się tam nie zmieściły, bo u mnie 450g plus cukier akurat zapełniły dobre 4/5.

Składniki: 450g czerwonych porzeczek, 250-220g* cukru

Porzeczki umyć, partiami przesypywać do litrowego słoja, stopniowo, łyżka po łyżce, przesypując cukrem. Na koniec dokładnie wstrząsnąć i zakręcić. Słój umieścić w lodówce, co jakiś czas wstrząsać - cukier w końcu się rozpuści (można zresztą ten proces przyspieszyć, zostawiając owoce przez co najmniej kilka h w temp. pokojowej). Przechowywać w lodówce, podobno przez tydzień (osobiście sądzę, że można dłużej).

* Z jednej strony 250 to już o 50g mniej, niż autorka sugerowała, z drugiej zastanawiałam się, czy jeszcze tej ilości nie zmniejszyć. Wybór należy do Was.

Co z tym robić? Podobno można używać do mięs/sera, czyt. tam, gdzie użylibyśmy brusznicy. Nie próbowałam, natomiast na razie wykorzystałam na słodko: jako dodatek do jagodowego koktajlu mlecznego, towarzystwo dla deseru lodowego oraz kaszy manny na śniadanie. Można też oczywiście dodać do owsianki, jogurtu czy twarożku - zastosowań jest wiele i faktycznie, taki słój pod ręką się całkiem przydaje.

niedziela, 29 marca 2015

 

Śledzie? Na wiosnę? Na Wielkanoc?... Już słyszę te okrzyki zdziwienia, na które odpowiem, że na śledzie zawsze jest pora (a do Wielkanocy jest jeszcze trochę czasu). Te kawowe zobaczyłam u Moniki i miałam ogromną ochotę zrobić (i zjeść!) ze względu na główne składniki.

Już po konsumpcji uważam, że najważniejszy jest wybór musztardy, to znaczy powinna być to ulubiona: nie za ostra czy za łagodna, tylko taka, którą naprawdę lubicie, bo wyraźnie ją w smaku czuć. Podobnie istotny jest miód, bo to drugi najmocniejszy smak (więc też nie wybierajcie takiego, za którym nie przepadacie). Kawę, wbrew pozorom, czuć dopiero na trzecim miejscu ;).

Niestety, w ostatniej chwili odkryłam, że mam w domu za mało musztardy, poza tzw. angielską w proszku. Wiedząc, że jest bardzo ostra, zredukowałam trochę ilość proszku w stosunku do wody, a i tak przy mieszaniu łzawiły mi oczy. Efekt końcowy, mimo dodatku cukru i oleju, jest zdecydowanie pikantny. Niestety, dla mnie trochę za bardzo, ale potraktowałam to jako nauczkę na przyszłość. Bo że przepis warto powtórzyć, to już wiem ;). Uwaga: u mnie, jak zawsze, śledzie niemoczone.



Składniki:

  • 500g solonych matjasów

Zalewa:

  • 200 ml wody
  • 100 ml cukru
  • 50 ml octu 10%
  • 5 listków laurowych
  • 3 ziela angielskie (nie byłabym taka drobiazgowa... ;)
  • 10 ziaren czarnego pieprzu (jak wyżej)

Sos:

  • 100 g ulubionej musztardy
  • 50 g ulubionego miodu
  • 50 g cukru demerara (można ew. spróbować też z drobnym brązowym)
  • 50 g oleju rzepakowego (lub innego neutralnego)
  • 15 g octu balsamicznego (lub 25 g np. jabłkowego)
  • 1 podwójne espresso lub ok. 10 g zmielonej kawy (u mnie to ostatnie)

Jeśli ktoś praktykuje moczenie śledzi, może je wcześniej kilka h wymoczyć, w przeciwnym razie (jak ja) przystępuje od razu do przygotowania zalewy: składniki wymieszać w rondelku, zagotować, wystudzić. Śledzie pokroić na kawałki o długości kilka cm, umieścić w naczyniu z pokrywką/nakrętką, zalać zalewą, odstawić do lodówki na dobę. Po tym czasie odcedzić.

Składniki sosu połączyć w misce, dokładnie ubić na krem. Śledzie wymieszać z sosem, przełożyć do dużego słoja, schłodzić co najmniej kilka h (osobiście uważam, że znowu przydałaby się doba) przed podaniem.

Że takie śledzie świetnie pasują do ciemnego pieczywa, to chyba żadna nowina ;).

środa, 18 lutego 2015

Zawsze postrzegałam klasyczne bajaderki jako tzw. śmieciówki - ciastka z resztek (Mama zawsze mnie ostrzegała, że lepiej nie kupować w cukierni: "nigdy nie wiadomo, co jest w środku" ;). Swoje robiłam wtedy, gdy trzeba było zagospodarować suche okruszki z ciast lub herbatników. Podczas któregoś przeglądania Scandilicious Baking wpadł mi jednak w oko przepis na Romkugler i szybko uznałam, że to to samo, tyle, że z płatków owsianych. Nie od razu rzecz wykonałam, bo nie było pod ręką drobnych płatków błyskawicznych, ale jak już je miałam... Efekty widać poniżej :).

Uwaga: ze względu na wyczuwalny alkohol oraz kawę są to słodycze raczej dla dorosłych. Można spróbować użyć np. soku owocowego (lekko redukując cukier) lub herbaty (zwłaszcza owocowej). Oczywiście, wpłynie to na smak bajaderek, bo właściwie ich urok polega na pewnej wytrawności - świetnie pasują do kawy, np. po obiedzie czy kolacji. Zamiast wiórków kokosowych można by użyć migdałów w płatkach (i może masła migdałowego/orzechowego?), ale jeśli trzymacie się kokosa, dodatek malibu aż się prosi ;) (w oryginale był po prostu rum). Można by skład też wzbogacić bakaliami - wtedy zbliżą się trochę do indyjskich simplisów z rodzynkami.

Składniki (ok. 25 sztuk):

  • 125g błyskawicznych płatków owsianych
  • 75g drobnego brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 50g miękkiego masła (lub oleju kokosowego - nie próbowałam)
  • 50g wiórków kokosowych
  • 4 łyżki malibu (ew. czystego rumu, lub innego czystego aromatycznego alkoholu)
  • 4 łyżki kakao (plus więcej do obtaczania)
  • 60ml bardzo mocnej kawy lub espresso
  • szczypta soli

Wszystkie składniki wrzucić do malaksera i zmiksować na gładko. Schłodzić co najmniej 1h w lodówce (po prostu umieściłam tam miskę malaksera). Po tym czasie formować kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać w kakao (ew. w wiórkach) i trzymać w chłodzie do czasu konsumpcji.

Niestety, zostało po nich już tylko wspomnienie...

PS. Właśnie się zorientowałam, że bajaderki pasują do Czekoladowego Tygodnia Anity, a więc podczepiam :).

niedziela, 14 grudnia 2014

Jak wspominałamniedawno, zostałam obdarowana Scandilicious i dzielnie przerabiam przepisy, które jako pierwsze wpadły mi w oko. W wielu przepisach pojawiają się anchois, co mnie nie zdziwiło, bo sardele lubię, zaskoczyła mnie jednak informacja przy tzw. "Pokusie Jansona" (zapiekance ziemniaczanej), że szwedzkie ryby o tej nazwie to wcale nie sardele, tylko szprotki "a la anchois": słodsze i mniej słone, niż oryginał, często doprawione lekko korzennie (Signe uważa, że firma Abba, dostępna i w Polsce, produkuje najlepsze). W ten sposób odkryłam, że panowie Bikont i Makłowicz, złoszczący się na nasz rodzimy produkt, czyli śledzie "a la anchois", przyrządzone właśnie tak, jak szwedzkie, nie mieli do końca racji (a w przepisie na "Pokusę Jansona" nalegali na koniecznie prawdziwe sardele!).

Jajka w kokilce wg Scandilicious przyrządziłam właśnie z polskich "anchois". Można by użyć też prawdziwych sardeli, ale w mniejszej ilości lub opłukać je przed użyciem.

Składniki (2 porcje):

  • 25g miękkiego masła
  • 1-2 filety "anchois" polskie (tj. tzw. śledziki helskie/"a la anchois", najlepiej tzw. korzenne), o wadze ok. 15g, drobno posiekane
  • 1/8 łyżeczki świeżo zmielonego ziela angielskiego
  • pieprz
  • 2 łyżki śmietany 18% (niewarzącej się, ew. tyle samo innej zmieszanej z ok. 1/4 łyżeczki mąki)
  • 2 duże jaja

Nagrzać piekarnik do 160 st. C. (termoobieg). Masło dokładnie rozetrzeć z rybą, doprawić zielem angielskim i szczyptą pieprzu. Natrzeć dokładnie masłem dwie nieduże, żaroodporne kokilki. W środek każdej wbić jajo, przykryć łyżką śmietany, na śmietanie umieścić jeszcze trochę drobinek masła (ew. resztę masła można wykorzystać do smarowania pieczywa lub np. doprawiania ryb przed pieczeniem). Kokilki umieścić w foremce do pieczenia/większym naczyniu żaroodpornym, dopełnić wrzątkiem do 1/2 wysokości i umieścić w nagrzanym piekarniku. Piec ok. 15-17 minut, podawać od razu.

Danie ma specyficzny smak i osoby, którym ryby nigdy nie pasują na śniadanie, powinny je omijać ;). Korzenne śledzie w połączeniu z masłem, śmietaną i zielem angielskim mają słodko-słony posmak. M zjadł z pewną ostrożnością, ale nie narzekał ;).

PS. Dziś kończy się Korzenny Tydzień - ten wpis jest drugim i niestety ostatnim, jaki dodam do akcji, ale liczę na to, że ktoś z Was jeszcze da radę coś dorzucić: niedziela jeszcze młoda ;).

środa, 10 grudnia 2014

Jak może wiecie – pamiętacie? - od soboty trwa Korzenny Tydzień ;). Nie mogło i u mnie zabraknąć przypraw w kuchni. I choć cały czas mam „skolejkowane” do zrobienia ciasteczka speculoos (podejście chyba trzecie), wcześniej postawiłam na wypiek skandynawski, bo te wszystkie cynamony, marcepany i kardamony się aż proszą o wypiekanie w grudniu. Skorzystanie ze Scandilicious Baking Signe Johansen tym bardziej naturalnie mi się nasunęło, że na Mikołajki dostałam tom poniekąd pierwszy, czyli Scandilicious, i mam ochotę z książki ugotować prawie wszystko ;).

Przepis na chlebek adwentowy widziałam już dawno, ale przerzucałam strony, bo nie był Adwent, a chleb z lukrem wydawał mi się, hm, może za bardzo rozpustny (bo mimo że to dodatek opcjonalny, chciałam zrobić wersję „pełen wypas”). Skoro w końcu idą Święta, można sobie pozwolić ;). Z lukrem miałam zresztą pewne kłopoty, o czym niżej. Sam chleb powinien smakować miłośnikom brioszki, chałki, itd. Lukier oczywiście zwiększa słodycz – trochę tak samo, jak kruszonka na chałce – ale zupełnie mi to nie przeszkadza łączyć pieczywo z serem. Ba, uważam, że świetnie pasuje do np. koziego dojrzewającego czy twarogu, bo z dżemem np. byłoby już za słodko.

Uwaga: mieszanka owoców suszonych jest dowolna (autorka nie precyzowała składu), ale sugerowałabym żurawiny i kandyzowaną skórkę pomarańczową jako bazę. U mnie były także koryntki. Można by też dać np. suszone wiśnie, drobno pokrojone morele, śliwki (nie wędzone), itd. Nuta pomarańczowa to jednak clou.

Składniki:

  • 250ml mleka
  • 75g masła
  • 20g świeżych drożdży
  • łyżeczka cukru
  • 300g mąki pszennej/jasnej orkiszowej
  • 125g mąki pszennej/orkiszowej razowej
  • 1 jajo
  • 70g drobnego cukru
  • łyżeczka świeżo zmielonego kardamonu
  • ½ łyżeczki soli
  • 150g suszonych owoców (patrz uwagi wyżej)
  • 50ml aromatycznego alkoholu: brandy, Cointreau itd.
  • jajo/mleko do posmarowania

Lukier klonowy:

  • 150g cukru pudru
  • łyżeczka cynamonu
  • 3 łyżki dobrego, aromatycznego syropu klonowego
  • sok z pomarańczy (z ok. ¼ średniego owocu, lub tyle, ile będzie potrzeba)

Mleko podgrzać z masłem prawie do zagotowania, wystudzić (metoda zaparzania mleka pojawiła się też w przypadku tych - pysznych zresztą... - bułeczek cynamonowych). Drożdże rozczynić z łyżeczką cukru, odstawić na około minutę. Dodać mąki, cukier, kardamon, sól, mleko z masłem, jajo. Wyrobić gładkie ciasto (gdyby mocno się lepiło, delikatnie podsypać mąką). Odstawić do wyrastania na ok. godzinę, albo do podwojenia objętości. W międzyczasie zalać owoce alkoholem, ew. dopełnić wodą (u mnie to nie było konieczne), odstawić w ciepłe miejsce.

Wyrośnięte ciasto odgazować, dodać bakalie, krótko wyrobić. Uformować bochenek (u mnie owalny), przełożyć na przygotowaną (wyłożoną np. pergaminem) blaszkę, odstawić do ponownego wyrastania na około 45 minut. Nagrzać piekarnik do 180 st. C (termoobieg, lub 200 st. góra/dół). Bochenek posmarować jajem/mlekiem, piec ok. 40 minut (lub do tzw. głuchego spodu). W ok. ½ czasu pieczenia przykryć od wierzchu, gdyby skórka za mocno się zaczynała rumienić. Studzić na kratce.

Lekko wystudzony bochenek (po ok. 45 minutach, lub nieco dłużej, od zakończenia pieczenia) oblać lukrem. Wg oryginału sam cukier, cynamon i syrop klonowy miały dać gładki, „nie za gęsty” lukier – ja uzyskałam coś a la gęsty klajster, który rozrzedziłam sokiem z pomarańczy do pożądanej konsystencji. Nadmiar lukru można ew. wykorzystać do udekorowania „łysych” pierniczków, ale uwaga – bardzo szybko zastyga!

 
1 , 2
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna