Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Toskania

niedziela, 06 maja 2018

„Jesteśmy w Sienie”: pan z bransoletką ze skarabeuszem i nastoletnia Liv Tyler, a za chwilę na ekranie pojawiają się toskańskie krajobrazy, albo chciałam pojechać do Toskanii, od kiedy pierwszy raz obejrzałam Ukryte pragnienia (czyli od całkiem wielu lat). Najbardziej zależało mi na zobaczeniu na własne oczy tych zamglonych wzgórz z cyprysami, by móc powiedzieć to samo, co kiedyś na widok koloru Morza Egejskiego: tak, to naprawdę tak wygląda, jak na zdjęciach, to nie fotomontaż ;).

Naszą bazą na 3 dni pobytu było San Gimignano. Gdybym mogła spędzić więcej czasu w Toskanii, pewnie przynajmniej część pobytu nocowałabym w miejscu typu gospodarstwo agroturystyczne, w którym z okna widać właśnie te falujące, niebiesko-zielone wzgórza a nie mur sąsiedniej średniowiecznej kamienicy i pranie sąsiadów*; wówczas jednak pewnie zapamiętałabym to słynne średniowieczne miasto jako „katedra, wieża, turyści, wąskie uliczki” i nie poznałabym jego oblicza porannego lub wieczornego. O 8 rano turystów jeszcze nie ma (jedzą śniadanie u siebie i dopiero wsiądą do pojazdów, atrakcje zresztą otwarte dopiero od 10), a od ok. 19 już ich nie ma, i robi się zaskakująco pusto i cicho. Jest to z jednej strony przyjemne – po porannym espresso macchiato** można spokojnie zrobić zdjęcia bez ludzi w kadrze, jednak wieczorem ma się trochę wrażenie, że zostało po godzinach w skansenie ;). Zaznaczam, że taki był stan na kwiecień, szczyt sezonu może wyglądać (i brzmieć) inaczej.

Z innych miast toskańskich zwiedziliśmy Sienę, przespacerowaliśmy się także po Pienzy, przejechaliśmy przez szereg innych miast w regionie Val d’Orcia i wcześniej w Chianti, jadąc na lunch do Panzano (o czym niżej), przeszliśmy także przez kilka małych miasteczek w okolicy Montauto, i przyznaję, że w żadnym z nich się nie zakochałam. Lokalne krajobrazy: tak, to coś na co mogłabym patrzeć godzinami, jednak w kategorii miast i miasteczek Prowansja wygrywa nawet z zadbaną, miejscami pocztówkową Pienzą ;).

Co jedliśmy? Pierwszego wieczoru, bezpośrednio po dość późnym przyjeździe poszliśmy na kolację do restauracji Peruca, gdzie uznałam, że menu jest chyba jeszcze dość zimowe ;): dziczyzna i inne mięsa, poza tym sporo kapusty i strączkowych. Łatwo cudzoziemcom zapomnieć, że kuchnia włoska to nie tylko dania z południa, na upalną pogodę, a na pomidory kwietniu jeszcze nie sezon. Tortelloni z kapustą i fasolą były zaskakująco smaczne i… swojskie w smaku ;). W kolejne dwa dni postawiliśmy na lunch jako główny posiłek dnia i specjalnie pojechaliśmy do Panzano, do „rzeźnika-celebryty” (cyt. przewodnik Lonely Planet), a właściwie jednej z jego restauracji.

Dario Cecchini prowadzi w Panzano trzy lokale oraz sklep. Wybraliśmy się do opcji najmniej zobowiązującej, tj. Dario Doc, otwartej tylko w porze obiadowej i w której nie przyjmuje się rezerwacji. Szyldu widocznego nie ma, ale wchodzi się przez sklep i najlepiej od razu powiedzieć, czego się szuka, żeby nie tłoczyć się wśród chętnych na darmową degustację ;). Klientów sadza się przy długich, komunalnych stołach, na których już stoi woda, sosy oraz oliwa, do korzystania wg uznania, i stawia przed prostym wyborem, jeśli chodzi o menu: może być zestaw mały, średni lub duży, ewentualnie – wegetariański. Jeśli jednak je się mięso, jechać do słynnego rzeźnika by zjeść (tylko) warzywa…? Napoje zamawia się niezależnie, ale co ciekawe, można przyjść z własnym winem i nie będzie doliczone tzw. korkowe. Poszliśmy w opcję średnią, czyli burger wołowy, wysmażony wg uznania (poprosiliśmy o rare, i po namyśle nie wiem, czy jednak nie było to medium… Kwestia klasyfikacji, bo np. amerykańskie słabe wysmażenie = właściwie surowy, wg standardów europejskich?), fasolka na zimno (znów strączkowe!), sos pomidorowy, w moim odczuciu pyszny, liście selera naciowego, marynowana cebula oraz ziemniaki w plastrach zamiast frytek. Porcja dość obfita (u sąsiada widziałam zestaw L i sama bym go raczej nie zjadła), wszystko smaczne, choć mięso było (umyślnie?) mało doprawione. Jeśli będziecie w pobliżu, warto zajrzeć, choćby z ciekawości, ale nie wiem, czy bym ponownie specjalnie tam pojechała.

Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Sienę, i podczas przechadzki po ogrodach botanicznych usłyszeliśmy grzmoty. Zweryfikowaliśmy plany lunchowe i w deszczu doszliśmy (szybkim krokiem ;) do L’Orto de Pecci, czyli miejskiego ogrodu, na terenie którego działa restauracja. W ogrodach, co ciekawe, są zasadzone stare (podobno nawet średniowieczne) odmiany winorośli, rosną także oczywiście oliwki, rozmaryn wielkości drzewek, uprawia się warzywa i hoduje kozy, a pracownicy to osoby niepełnosprawne/potrzebujące. W menu wykorzystuje się własne płody rolne, oliwa na stoliku jest także własna. Zjedliśmy po talerzu prostego, warzywnego makaronu w stylu smacznej kuchni domowej, popijając domowym winem i następnie espresso, i byliśmy mile zaskoczeni niskim rachunkiem. Polecam, choćby dlatego, że inicjatywa wydaje się chwalebna. Po tym obiedzie poszliśmy – jedyny raz podczas wyjazdu! – na lody do polecanej Vecchia Latteria w centrum Sieny. Czekoladowe oraz kawowe były najlepsze, choć (bo?) bardzo intensywne, niemal wytrawne.

Te dwa wieczory w San Gimignano spędziliśmy w winiarni; konkretnie w D! Vineria za rogiem od Duomo (całkiem przyzwoite wina na kieliszki, ale z przekąsek właściwie tylko bruschetty) oraz w enotece na „głównej ulicy”, tj. Via San Matteo (gdzie wina, przynajmniej te odkorkowane, były gorsze, za to talerz przekąsek ogromny i smaczny, zwłaszcza część warzywna). Na deser można pójść na spacer wzdłuż murów miejskich ;).

W temacie bruschetty – pieczywo toskańskie jest jednym z gorszych, z jakim się spotkałam. Wiedziałam, że będzie niesłone – taki przepis i tradycja, ale nie, że będzie wysychać w błyskawicznym tempie (nigdy nie miałam wrażenia, że jest naprawdę świeże) i że skórka będzie tak twarda. Z ulgą powitałam chleby rzymskie, tam bowiem spędziliśmy ponad trzy dni po Toskanii.

Z podróży przywieźliśmy także prezenty spożywcze: nasza 10km wędrówka wokół Montauto prowadziła nie tylko przez gaje oliwne czy okolice opuszczonych kościołów, ale i bezpośrednio obok Fattorii San Donato, do której weszłam szukając kranu z wodą, a wyszłam z litrem lokalnej oliwy ;). Inną pamiątką, tym razem dla łasuchów, może być panforte, które leży na co drugiej wystawie sklepowej, a także… w sklepiku w zwiedzanym przez nas opactwie Sant ’Antimo. Była to wersja cytrusowa, którą kupiłam do bezpośredniego spożycia, kierowana ciekawością, jak to właściwie smakuje. W moim odczuciu to trochę bardziej sucha wersja Christmas cake, mająca też coś tam wspólnego z bakaliowym piernikiem – mnie smakowało ;). Opactwo swoją drogą też polecam, choćby ze względu na malownicze położenie (i zwierzęta, nie zawsze występujące w przyrodzie, zdobiące fasadę oraz kolumny wewnątrz kościoła).

Tyle wrażeń na szybko. Nie ukrywam, że nie zakochałam się w Toskanii i nie marzę o powrocie, niemniej warto choć raz zobaczyć te krajobrazy na własne oczy. Ciekawa jestem, jak odbiorę inny region Włoch, do którego trafię już za miesiąc…

* Nic nie mam do prania malowniczo zwisającego z okien, traktując je jako koloryt lokalny i w San Gimignano z ciekawością patrzyłam, co tego dnia się suszy vis a vis.

** To ta forma włoskiej kawy, jaka mi teraz najbardziej smakuje, skoro cappuccino już nie, jak wspominałam ;).

| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna