Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: czekolada

środa, 06 grudnia 2017



Kto robił w tym roku kalendarz adwentowy...? Wiem, zgapiłam się z przepisem na wsad do kalendarza, bo jak ktoś miał zrobić, to już pewnie dawno ten kalendarz gdzieś wisi i jest systematycznie opróżniany ;). Trufle jednak, jak wiadomo, można zrobić i darować także przy innej okazji, a nawet bez okazji (choć ze względu na miękkie, podatne na topnienie wnętrze, unikałabym najcieplejszych pór roku).

Bazowałam na przepisie na trufle lawendowe, wykorzystując kawę w trzech wariantach oraz czekoladę deserową, a właściwie mieszankę gorzkiej i mlecznej, co było słusznym kierunkiem, bo czekoladki i tak są dość wytrawne. Szczerze mówiąc: w moim odczuciu idealne, jeśli chodzi o słodycz; zresztą, nie tylko pod tym względem są (nieskromnie mówiąc) udane.

Składniki:

  • 250ml śmietanki kremówki
  • 2 łyżki drobno mielonej kawy
  • 30ml espresso (lub 2 łyżki b. mocnej zaparzonej kawy)
  • 90g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 30g mlecznej kuwertury/czekolady jw.
  • łyżeczka likieru kawowego (nie mlecznego), typu Kahlua
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • do obtoczenia: ok. 80-100g rozpuszczonej czekolady deserowej lub mieszanki 3:1 kuwertury/czekolady gorzkiej i mlecznej jw.

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z kawą mieloną. Dodać espresso, przykryć, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, wlać do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać likier, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w chłodnym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki, schłodzić w lodówce (ważne!). Stężałe trufle delikatnie nurzać w utemperowanej kuwerturze/rozpuszczonej czekoladzie w temp. 30 st. C (nie cieplejszej, trufle mogą się rozpuścić) i odstawiać do zastygnięcia. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

A tegoroczne drzewko adwentowe wygląda z grubsza tak, jak rok temu. Tag "świąteczne prezenty" za to kryje inne pomysły na jadalne podarki.

niedziela, 05 listopada 2017

 

Jak macie w ręku nową książkę kucharską, od jakiej sekcji zaczynacie oględziny? Jak przeglądam online (tu np. Amazon z funkcją "Look inside" ma zdecydowaną przewagę nad innymi sklepami), patrzę najpierw na indeks i spis treści. Jak już mam swoją książkę, zaczynam prawie zawsze oglądanie od tyłu, a tam znajdują się standardowo desery - nawet w książce, która nie ma tradycyjnych podziałów na sekcje, tzn. najnowsza Nigella (At my table). Tak wpadł mi w oko kolejny pomysł na zużycie białek, czyli "zapomniane ciasteczka", vel merookies (połączenie cookies i meringue - bezociasteczka, choć my je nazwaliśmy inaczej, o czym niżej).

Pomysł nawiązuje do nocnej bezy tej samej autorki, o której (w opcji czekoladowej) pisałam kilka lat temu - wsadza się ciasto do piekarnika i o nim zapomina przez noc (analogicznie do pieczonych pomidorów). W przeciwieństwie jednak do "zapomnianego deseru", gratki dla fanów musu czekoladowego i mokrego wnętrza Pavlovej, beziki z czekoladą wychodzą wyraźnie suche; wnętrze z orzechami i czekoladą nam się mocno kojarzyło z kakaowymi wafelkami, stąd nazwa bezowafelki. W moim odczuciu ciekawsze od zwykłych małych bez, za którymi specjalnie nie szaleję, proste, szybkie, i łatwo można zagospodarować te nieszczęsne białka (których stale mam nadmiar, wystarczy zrobić makaron...).

Składniki:

  • 2 duże białka
  • 100g drobnego cukru
  • 75g posiekanej ciemnej czekolady
  • 75g posiekanych pistacji (można ew. użyć innych orzechów)
  • ¼ łyżeczki mielonego kardamonu lub wanilii
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej lub kukurydzianej
  • 1 łyżeczka octu z białego wina lub jabłkowego

Białka ubić na sztywno z cukrem i szczyptą soli, sypiąc cukier pomału i stopniowo, łyżeczka po łyżeczce. Wymieszać delikatnie a stanowczo z octem i skrobią, dodać wanilię/kardamon, większość pistacji i czekoladę, wymieszać krótko, tylko do połączenia. Nakładać po łyżce masy na bezę, w odstępach, bo rosną, na 1 lub 2 blaszkach wyłożonych matą silikonową lub papierem do pieczenia, posypać pozostałymi pistacjami. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i natychmiast go wyłączyć. Zostawić bezy w środku na noc lub co najmniej 8h. Dość dobrze się przechowują w suchym miejscu, w temperaturze pokojowej lub nieco niższej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 04 grudnia 2016

To już 8 (!) Korzenny Tydzień. Z tej okazji „zachomikowałam” (mówicie tak?) babkę dyniową. A właściwie to babkę duo: dyniowo-czekoladową. Oryginał – w wersji mono, bez dodatku kakao - pochodzi z ostatniej książki Nigelli (Simply Nigella), o której myślę jako o „tej jasnej” – bo w takich kolorach została zaprojektowana, zdjęcia Keiko Oikawa też są utrzymane w tonacji białej/minimalistycznej; osobiście mi się podobają, choć widziałam w sieci komentarze, że „w ogóle nie ma w nich stylizacji”. No cóż, na pewno nie są przeładowane, tzn. w planie nie roi się od gadżetów (i dla mnie to plus ;). Przykładem jest właśnie portret ciasta dyniowego.

Czemu przerobiłam je na babkę o dwóch smakach? Bo robiłam kiedyś inne korzenne ciasto Nigelli, właśnie w takim kształcie, i choć obiektywnie smaczne, było też nieco… nudne. A że chodził za mną jednocześnie klasyczny marmurek, postanowiłam upiec dwie pieczenie (ciasta) na jednym ogniu. Na publikację poczekał z miesiąc, bo aż się prosił o podczepienie pod własną akcję korzenną. Uwaga, przepis nadaje się dla osób niejedzących nabiał.

Składniki:

  • 300g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 250ml oleju roślinnego
  • skórka i sok z 1/2 pomarańczy (plus ew. dodatkowy, o czym niżej)
  • 3 duże jaja
  • 400g mąki pszennej uniwersalnej (lub jasnej orkiszowej)
  • 2 łyżeczki sody
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonego (lub roztartego w moździerzu) ziela angielskiego
  • 200g puree z dyni (upieczonej i zmiksowanej; sugeruję raczej zwięzłą, mało wilgotną odmianę, typu amazonka czy hokkaido)
  • 2 kopiaste łyżki jak najlepszego ciemnego, przesianego kakao

Do podania:

  • cukier puder lub lukier (na bazie soku z ww. pomarańczy i ok. 200g cukru pudru)

Ubić mikserem cukier, olej, skórkę startą z ½ pomarańczy i 2 łyżki soku pomarańczowego. Wciąż ubijając dodać do masy jaja. Osobno wymieszać suche składniki, dodać do masy, wymieszać tylko tyle, by składniki się połączyły. Podzielić na ½, do jednej połowy dodać dynię i wymieszać, do drugiej kakao. Gdyby masa czekoladowa była wyraźnie gęstsza/bardziej sucha od dyniowej (jak u mnie), dodać jeszcze trochę soku z pomarańczy.

Przygotować foremkę na babkę, wysmarowując ją dokładnie masłem i wysypując mąką LUB korzystając z metody autorki: mieszając 2 łyżeczki mąki z taką samą ilości oleju na pastę i dokładnie wysmarowując mieszanką wnętrze formy (tak zrobiłam, i to działa); ew. nadmiar oleju można usunąć odstawiając blaszkę na kilka minut do góry nogami na podwójną warstwę ręcznika papierowego. Przełożyć ciasto do foremki, nakładając na zmianę ciasto dyniowe i czekoladowe. Piec przez ok. 60-70 min w przypadku foremki bez komina (z kominem ok. 15 minut krócej) lub do suchego patyczka. Po wystudzeniu oprószyć cukrem pudrem lub polukrować, mieszając cukier puder z sokiem z pomarańczy do pożądanej konsystencji (u mnie wyszła bardziej glazura, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało). Ciasto dość długo zachowuje świeżość.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

czwartek, 24 marca 2016

Gdy kilka tygodni temu odwiedziła nas mała wielbicielka czekolady, będąca jednocześnie alergikiem, dość długo myślałam, co upiec. Nie chciałam za dużo eksperymentować i zamieniać, a tu problem stanowił i nabiał, i cukier lub jego popularne zamienniki zawierające fruktozę. W końcu zawęziłam wybór do dwóch bezmlecznych i bezmaślanych wypieków wg Nigelli: ciasta klementynkowego lub czekoladowego na oliwie. Zaraz… ciasto czekoladowe z oliwą?! Choć to połączenie obiło mi się wcześniej kilkakrotnie o oczy, nigdy mnie nie przekonywało – może dlatego, że zasadniczo oliwa w wypiekach pasuje mi tylko w pizzy lub podobnym pieczywie, bo zwykłe np. bułeczki drożdżowe w moim odczuciu obciąża. Mowa o oliwie takiej, jakiej używam na co dzień w kuchni, tj. extra vergine, tymczasem autorka nalegała tu na oliwę „zwykłą” - jako bardziej neutralną, mniej pikantną, bardziej owocową i nieco lżejszą (przeczytałam także rady na oficjalnym portalu, bo wiele osób pyta o zamienniki). Po długim namyśle i konsultacjach telefonicznych z przyszłymi konsumentami ;) pomaszerowałam do sklepu po oliwę niedziewiczą i… okazało się, że wybór był niewielki. W efekcie użyłam miksu oliwy zwykłej i extra vergine w proporcji 3:2; cukier (dałam ciemny muscovado) został z konieczności zmieszany z glukozą, normalnie oczywiście użyłabym tylko cukru. Aha, mąkę można, jeśli ktoś musi/chce zastąpić 150g mielonych migdałów (nie próbowałam).

Tak czy inaczej, oryginał tu, a poniżej z moimi uwagami:

Składniki:

  • 150ml oliwy z oliwek (tzw. zwykłej, lub mieszanki z extra vergine, u mnie w proporcji 90ml/60ml)
  • 50g dobrego, ciemnego kakao
  • 125ml wrzątku
  • 2 łyżeczki esencji waniliowej
  • 125g mąki
  • ½ łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 200g cukru (drobnego białego lub ciemnego trzcinowego, jak u mnie)
  • 3 jaja

Kakao przesiać do miski i wymieszać ze wrzątkiem na gładką pastę. Dodać wanilię, odstawić na bok. Osobno wymieszać mąkę z sodą i solą. Ubić mikserem jaja, oliwę i cukier na puszystą masę. Dodać kakao i dalej ubijać (na mniejszych obrotach), na koniec wmieszać mąkę i s-kę. Całość przelać (masa będzie dość płynna) do tortownicy 22-23cm (wysmarowanej i omączonej, przy czym 21cm też da radę). Piec ok. 45 minut w 170 st. C. (u mnie z termoobiegiem), albo do dość suchego patyczka (tzn. lepkie okruchy na patyczku są ok, mokra masa - nie). Przestudzić na kratce, wyjąć z foremki i wystudzić całkowicie. Uwaga, bdb pasuje dodatek malin w dowolnej postaci - o czym niżej.


Uwaga: to, że napisałam "wystudzić całkowicie", wynika z moich odczuć po zjedzeniu świeżych okruchów z brzegu tortownicy - otóż letnie/nie całkiem wystudzone ciasto mi niespecjalnie smakowało, m.in. mocno (negatywnie) czuć było oliwę. Przestudzone natomiast staje się całkiem normalnym, mocno czekoladowym murzynkiem. Odkryliśmy jednak coś, co podkręca wyraźnie smak ciasta i sprawia, że jego walory znacznie wzrastają: maliny! Dodatek świeżych był sugerowany w Nigellissima, jednak z przyczyn oczywistych u nas jako dodatek zostały podane przetwory, konkretnie sok malinowy. Dżem jednak też bardzo dobrze by się sprawdził, nie mówiąc o świeżych owocach w sezonie. Jako alternatywę sugeruję czarną porzeczkę. W wersji dla dorosłych może być to wersja z %, tj. swojska nalewka czy creme de cassis.

środa, 17 lutego 2016

Jak miałam jakieś 10-13 lat, w szufladzie kuchennej zawsze był żelazny zapas saszetek z budyniem i kisielem. Ponieważ z jednego opakowania wychodziły zasadniczo dwie porcje, budynie były zawsze beżowe (czyt. śmietankowe, waniliowe, karmelowe...), tzn. w smakach akceptowanych przez Mamę (zjadającą drugą porcję). Budyń najchętniej jadłam na ciepło, po góra półgodzinnym przestudzeniu, obowiązkowo polany konfiturą (wiśniową, żadną truskawkową). Że jednak taki na zimno też chętnie zjem, przekonałam się na kolonii, kiedy jako jedna z nielicznych osób nie wzgardziłam zupełnie wystudzonym budyniem pomarańczowym (podanym w obecnie ach-jakże-modnym kubku a la GS/bar mleczny), z grubą skórką na wierzchu.

A jednak smak budyniu czekoladowego z torebki też znam - zaplątał się kiedyś między beże? - i za nim nie tęskniłam, bo wydawał się bardziej jak bardzo mleczne kakao, niż czekolada. Nie tęskniłam, dopóki jakoś nie obiły mi się o oczy zdjęcia takiego domowego, mocno czekoladowego. Myślałam nad tematem parę dni, aż uznałam, że dopóki nie zrobię, nie będę miała spokoju. Bazowałam na tym przepisie (który w przyjemny a dość elastyczny sposób można zmodyfikować pod kątem różnych diet eliminacyjnych lub innych preferencji... ale czy rzeczywiście jest zdrowy ;)?), i tym razem wzięłam sobie do serca radę, że deser ma być podawany na zimno: przygotowałam go dzień wcześniej. Tak, ma skórkę, ale mam wrażenie, że to część uroku, bo skrywa ona miękki, mocno czekoladowy mus. Nie wiem, czy muszę dodawać, że robi się go tak prosto, że zupełnie nie wiem, czemu w życiu zjadłam tyle gotowców z torebki.

Składniki (4 porcje):

  • 2 szklanki dowolnego mleka
  • 1/8 łyżeczki soli (można użyć np. z dodatkiem wanilii)
  • 1/4 szklanki* jak najlepszego, przesianego ciemnego kakao
  • 1/4 szklanki cukru (u mnie ciemny muscovado, można też użyć np. syropu klonowego lub podobnego, choć smak oczywiście będzie wtedy inny)
  • 1/2 szkl. mleka jw. + 3 łyżki skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • hojna szczypta mielonej wanilii (ew. trochę esencji)
  • ok. 50g dobrej ciemnej czekolady, połamanej na kawałki

Mleko podgrzać w rondelku z solą, kakao i cukrem, dokładnie wymieszać. Osobno dokładnie wymieszać skrobię z zimnym mlekiem. Dodać rozpuszczoną skrobię do podgrzanego mleka, całość zagotować. Gotować ok. 2 minut, stale i energicznie mieszając, żeby całość się nie przypaliła, skręcić ogień na mały i jeszcze chwilę gotować, aż masa nie zgęstnieje (z moich doświadczeń wynika, że ze skrobią kukurydzianą wszystko gęstnieje wolniej niż z ziemniaczaną). Zdjąć z ognia, szybko a dokładnie wmieszać wanilię i czekoladę. Przelać do 4 szklanek/innych naczyń, wystudzić. Przestudzony budyń schłodzić w lodówce przed podaniem.

* ok. 240ml

Połamana czekolada nie jest, wg autorki, niezbędnym składnikiem, ale ja bym na nią nalegała - tyle, że o 1/2 mniej niż w oryginale. 50g wystarczy, by zamienić kakaowy budyń w wyraźnie czekoladowy deser. Ponadto w moim odczuciu dodatki nie są potrzebne, ale jeśli ktoś bardzo chce, może oczywiście dorzucić np. łyżkę mascarpone czy śmietankę. Ew. wiśnie z konfitury ;).

A to wszystko w ramach Czekoladowego Tygodnia Atiny.

niedziela, 31 maja 2015

Co jakiś czas mam ochotę zapełnić pojemnik na ciasteczka, postawić go na stałe na blacie kuchennym i później, oczywiście, systematycznie opróżniać. Zakup nowego wałka, a konkretnie wałka grawerowanego (widać fragment na zdjęciu poniżej), to także dobry pretekst do upieczenia takiego drobiazgu.

Przy okazji sprawdzania, jak te wzorki się odcisną na cieście, chciałam zrealizować dawny plan: domowe kruche kakaowe (bo należały do moich ulubionych w czasach, gdy kupowałam ciasteczka). Kruche miodowe – bez dodatku cukru, ale z dodatkiem płatków owsianych – upiekły się niejako przy okazji. Chyba łatwo dojrzeć podobieństwa w proporcjach między jednym a drugim przepisem.

Ciasteczka miodowe

Składniki:

  • 60g jasnego miodu
  • 100g zimnego masła
  • 120g jasnej mąki pszennej/orkiszowej
  • 30g drobnych płatków owsianych błyskawicznych
  • łyżka jogurtu/maślanki
  • bardzo zimna woda

Masło wetrzeć w mąkę i płatki aż całość będzie przypominać okruchy. Dodać miód, jogurt i tyle wody, ile będzie potrzeba, by powstało spójne i elastyczne ciasto. Owinąć folią, schłodzić co najmniej 1 h w lodówce. Wałkować dość cienko, wycinać dowolne kształty. Piec w 190 st. C (termoobieg), do zezłocenia (ok. 15-20 minut, w zależności od grubości ciasta i preferencji dotyczących wypieczenia).



Ciasteczka kakaowo-korzenne

Uwaga: przyprawy można spokojnie pominąć i upiec ciasteczka „tylko” kakaowe.

  • 50g cukru (jasnego lub np. muscovado)
  • 100g zimnego masła
  • 120g jasnej mąki pszennej/orkiszowej
  • 30g kakao (najlepiej przesianego)
  • opcjonalnie: po szczypcie chilli i pieprzu, ok. 5-6 rozdrobnionych ziaren ziela angielskiego, 2 szczypty gałki muszkatołowej, ½ łyżeczki mielonego imbiru
  • ok. 3 łyżek bardzo zimnej wody

Masło wetrzeć w mąkę i kakao aż całość będzie przypominać okruchy. Dodać przyprawy i tyle wody, ile będzie potrzeba, by powstało spójne i elastyczne ciasto. Owinąć folią, schłodzić co najmniej 1 h w lodówce. Wałkować możliwie cienko (choć nie jest ono tak przyjemne w obróbce, jak miodowe), wycinać dowolne kształty (ja po prostu pokroiłam nożem na prostokąty). Piec w 190 st. C (termoobieg), ok. 15-18 minut.

Wśród innych ciasteczkowych wpisów na blogu polecam m.in:

czwartek, 05 marca 2015

Bardzo długo tort Sachera oznaczał zagraniczne prezenty dla rodziców w postaci drewnianych skrzyneczek z herbem, w których potem przechowywane były zdjęcia. Nie rozumiałam, czemu pierwotna słodka zawartość może tak długo leżeć nie psując się (nie miałam wtedy nigdy do czynienia z ciastem dojrzewającym...), zresztą, ciasto niespecjalnie mi smakowało. Gdy trafiłam do Austrii, kilka lat mi zajęło, zanim spróbowałam Sachertorte, a wtedy niestety degustacja zbiegła się w czasie z zatruciem pokarmowym M (podejrzewaliśmy Schlagobers, tj. bitą śmietanę przy torcie). I tak w końcu dopiero 5 lat temu odkryłam Sachera od pozytywnej strony, w kawiarni w Grazu. Nigdy go jednak sama nie robiłam.

Powiedzmy sobie szczerze: ta autentyczna receptura oryginalnego ciasta z hotelu Sacher to wielka tajemnica. Jednak podobnie jak z pewnym napojem gazowanym o nazwie zaczynającej się na literę c, jest wiele wersji autorskich. Gdy sięgnęłam po Tante Herthę w poszukiwaniu jej przepisu, trochę się zdziwiłam znajdując przepis nie na tort, lecz Sacherschnitte, pieczony w keksówce. Składniki były jednak te, co trzeba, włącznie z dżemem – wiadomo! - morelowym. I tak odtworzyłam po raz kolejny austriackie smaki, nieważne, że w nieco innej, niż tradycyjnej formie.

Uwaga: w oryginale nie jest podany wymiar keksówki, tylko jej objętość (ok. 500g, co niestety niewiele mi mówi). Ilość gotowej masy także nie dała mi do myślenia i choć użyłam najmniejszej swojej foremki, uważam, że idealna byłaby taka o najdłuższym wymiarze ok. 20cm. Większa (moja ma ok. 30cm na długość) oczywiście też da radę, ciasto będzie po prostu bardziej płaskie – nie da się jednak ukryć, że należy je kroić dość cienko, więc wbrew pozorom jest bardziej podzielne, niż się wydaje. Drugą opcją jest podwojenie składników i pieczenie w większej formie.


Składniki:

Ciasto:

  • 90g gorzkiej czekolady (możliwie dobrej jakościowo)
  • 90g masła w temp. pokojowej
  • 90g cukru pudru
  • 3 jaja, białka i żółtka osobno
  • 100g dżemu morelowego, lekko podgrzanego
  • 40g mąki

Na polewę:

  • 100g czekolady (deserowej lub gorzkiej)
  • 50g masła w temp. pokojowej

Czekoladę do ciasta stopić w kąpieli wodnej, odstawić do przestudzenia. Masło utrzeć mikserem na puszystą masę z cukrem, wmieszać czekoladę i następnie żółtka, dodawane stopniowo. Osobno ubić białka na sztywno. Wmieszać (delikatnie, ale stanowczo) ok. 1/3 białek do masy maślanej, powtórzyć czynność z 1/3 mąki, następnie zrobić to samo dwukrotnie z resztą białek i mąki. Przełożyć do natłuszczonej i wysypanej mąką keksówki (patrz uwagi wyżej co do rozmiaru). Piec w 180 st. C (termoobieg) ok. 50 minut; wyłączyć piekarnik i zostawić ciasto w środku jeszcze na ok. 10 minut. Studzić na kratce.

Posmarować wystudzone ciasto podgrzanym dżemem morelowym. Gdy ten zastyga, stopić czekoladę na polewę w kąpieli wodnej. Do gorącej czekolady wmieszać masło pokrojone na kawałki, dokładnie wymieszać, polać ciasto i odstawić do zastygnięcia. Przechowywać w chłodzie.

 

Choć nie jest to "ten prawdziwy Sacher", nuty smakowe są te same.

środa, 18 lutego 2015

Zawsze postrzegałam klasyczne bajaderki jako tzw. śmieciówki - ciastka z resztek (Mama zawsze mnie ostrzegała, że lepiej nie kupować w cukierni: "nigdy nie wiadomo, co jest w środku" ;). Swoje robiłam wtedy, gdy trzeba było zagospodarować suche okruszki z ciast lub herbatników. Podczas któregoś przeglądania Scandilicious Baking wpadł mi jednak w oko przepis na Romkugler i szybko uznałam, że to to samo, tyle, że z płatków owsianych. Nie od razu rzecz wykonałam, bo nie było pod ręką drobnych płatków błyskawicznych, ale jak już je miałam... Efekty widać poniżej :).

Uwaga: ze względu na wyczuwalny alkohol oraz kawę są to słodycze raczej dla dorosłych. Można spróbować użyć np. soku owocowego (lekko redukując cukier) lub herbaty (zwłaszcza owocowej). Oczywiście, wpłynie to na smak bajaderek, bo właściwie ich urok polega na pewnej wytrawności - świetnie pasują do kawy, np. po obiedzie czy kolacji. Zamiast wiórków kokosowych można by użyć migdałów w płatkach (i może masła migdałowego/orzechowego?), ale jeśli trzymacie się kokosa, dodatek malibu aż się prosi ;) (w oryginale był po prostu rum). Można by skład też wzbogacić bakaliami - wtedy zbliżą się trochę do indyjskich simplisów z rodzynkami.

Składniki (ok. 25 sztuk):

  • 125g błyskawicznych płatków owsianych
  • 75g drobnego brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 50g miękkiego masła (lub oleju kokosowego - nie próbowałam)
  • 50g wiórków kokosowych
  • 4 łyżki malibu (ew. czystego rumu, lub innego czystego aromatycznego alkoholu)
  • 4 łyżki kakao (plus więcej do obtaczania)
  • 60ml bardzo mocnej kawy lub espresso
  • szczypta soli

Wszystkie składniki wrzucić do malaksera i zmiksować na gładko. Schłodzić co najmniej 1h w lodówce (po prostu umieściłam tam miskę malaksera). Po tym czasie formować kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać w kakao (ew. w wiórkach) i trzymać w chłodzie do czasu konsumpcji.

Niestety, zostało po nich już tylko wspomnienie...

PS. Właśnie się zorientowałam, że bajaderki pasują do Czekoladowego Tygodnia Anity, a więc podczepiam :).

wtorek, 02 grudnia 2014

IMG_4194

Jak może kiedyś wspominałam, niekoniecznie jadam kwiaty. Ponieważ jednak chciałam obdarować na słodko osobę, która bardzo lubi lawendę, a cały weekend upłynął pod znakiem produkcji czekoladek... powstały trufle lawendowe. Choć czekoladek już trochę w życiu wyprodukowałam, trufle zrobiłam pierwszy raz i - niestety, zważywszy na ich skład i to, że trudno poprzestać na jednej - bardzo mi smakują.

IMG_4129

Zrobiłam dwa warianty: jeden "goły", obtoczony w cukrze lawendowym. W tej opcji mocniej czuć kwiaty, ale czekoladki się lekko zapacają w lodówce i trudno je zjeść bez brudzenia palców. Można obsypać kakao, choć minusy są podobne. Drugą opcją jest obtoczenie kulek w gorzkiej stopionej kuwerturze: po zastygnięciu prezentują się elegancko i można powiedzieć profesjonalnie, ale lawenda znika. W oryginale z którego korzystałam, kuleczki należało jeszcze po kuwerturze obtoczyć w ww. cukrze, co jednak wydaje mi się nadmiarem szczęścia i nie rozwiązuje tematu zapacania się cukru. Ideałem pewnie byłoby obsypanie ww. bezpośrednio przed jedzeniem/wręczeniem na prezent ;). Tak czy inaczej, brudzące czy nie - trufelki są grzechu warte.

IMG_4122

Wspomniałam powyżej źródło przepisu, na którym z grubsza bazowałam (dzieląc składniki na 1/2), jednak przed przygotowaniem czekoladek przewertowałam internet i wszystkie warianty były bardzo do siebie podobne. W niektórych pojawiał się miód, dlatego dodałam go też do moich trufli. Zwiększyłam także ilość lawendy w śmietance.

Składniki (na ok. 25-30 niewielkich czekoladek)

  • 250ml śmietanki kremówki
  • łyżeczka suszonej lawendy, możliwie świeżej
  • 140g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • opcjonalnie: cukier lawendowy (suszona lawenda i drobny cukier roztarte w moździerzu, w proporcji 1:2, ew. podobnie przygotowane kakao; podczas obtaczania kulek uważać na większe kawałki łodyżek, tj. usuwać z czekoladek) i/lub utemperowana gorzka kuwertura do maczania trufli

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z lawendą. Nakryć dokładnie folią, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, przelać przez sitko (wyciskając lawendę) do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać wanilię, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w raczej chłodniejszym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki - użyłam do tego celu miarki 5ml, drugiej łyżeczki i palców ;), schłodzić w lodówce. Stężałe trufle obtoczyć w cukrze lub kakao lawendowym (patrz uwagi wyżej) bądź nurzać w utemperowanej kuwerturze i odstawiać do zastygnięcia. Można część czekoladek przygotować w jednym wariancie, resztę w drugim. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

 

Jak wspominałam, był to weekend z czekoladkami, bo uparłam się, że przygotuję chociaż jeden kalendarz adwentowy. Powyżej owoc moich prac. Na temat jego urody mieliśmy pewną dyskusję z M... Gałązka pochodzi z ogrodu, czekoladki (owinięte pozłotkiem/sreberkiem, z numerkami, zawieszone na wstążkach lub taśmie ozdobnej) poza truflami są w różnych wariantach (takie, jakie już pokazywałam, np. imbirowe). Z nowości są kulki marcepanowe plus, tj. drobniejsze, ale z migdałem w środku. O dziwo smakują takiemu jednemu, co nazwał drzewko "drapakiem" a normalnie nie lubi migdałów...

Za rok może kalendarz ciasteczkowy?

PS. Pamiętacie o Korzennym :)?

czwartek, 31 lipca 2014

Fioletowe zęby, fioletowe ręce, fioletowy blat kuchenny. Wszystko można umyć (no, może tekstylia lepiej wcześniej chronić), a nic nie smakuje tak, jak leśne jagody (i nie mówcie mi, że borówki amerykańskie, bo to owszem smaczne do np. płatków czy jogurtu, ale do obrabiania na ciepło - tylko, jeśli się jest od jagód na stałe odciętym. Np. w innym kraju).

Miałam ich całkiem dużo. Po zrobieniu jagodowego koktajlu śniadaniowego stałam rozdarta (jak ta sosna, tj. dr Judym) nad miską z owocami- bo z jednej strony wiadomo, jagodzianki. Z drugiej chodziło za mną połączenie jagód z czekoladą. Wybrałam kompromis, i nie były nim jagodzianki z polewą czekoladową, które sugerował M (minę miałam mocno wzgardliwą) - drożdżowe upiekłam z 1/2 porcji w niedzielę, a w sobotę zjedliśmy czekoladowy deser na ciepło.

Chronologicznie, czyli najpierw czekolada: przypomniałam sobie o czekoladowych babeczkach z płynnym środkiem z Nigellowej Domestic goddess. Pyszne, bardzo czekoladowe i konkretne, już dawno się przekonałam, że porcją dla 6 osób spokojnie wykarmi się 8, a wówczas przepis jest bardzo podzielny - na bazie 1 jaja można go wykonać i dla pary ;). W moim wydaniu ma on dodatkową, owocową wkładkę, i taki wariant bardzo polecam: poza jagodami maliny i ew. porzeczki byłyby bardzo na miejscu.

Składniki (8 porcji, chcąc zrobić np. tylko 2, podzielić wszystko przez 4) za Molten Chocolate Babycakes:

  • 50g miękkiego masła
  • 350g dobrej gorzkiej czekolady (lub, jak u mnie, mieszanka 2:1 czekolady gorzkiej o wysokim % kakao z mleczną do wypieków)
  • 150g drobnego cukru
  • 4 duże jaja, roztrzepane ze szczyptą soli
  • kapka ekstraktu z wanilii lub szczypta mielonej
  • 50g mąki tortowej
  • ok. 4 łyżek jagód na osobę
  • opcjonalnie: 8 łyżeczek miałkiego brązowego cukru

Zacząć od przygotowania foremek żaroodpornych: wysmarować lekko masłem, dno każdej wyłożyć przyciętym na wymiar kawałkiem papieru do pieczenia. Czekoladę stopić nad parą lub (jeśli, jak ja, chwilowo nie macie dostępu do kuchenki... czyt. remont) w ok. 85 st. C (termoobieg) w piekarniku, odstawić do lekkiego przestudzenia. Nastawić piekarnik na 200 st. C (u mnie termoobieg), wstawiając jednocześnie blaszkę do pieczenia.

Masło utrzeć z cukrem, dodać jaja i wanilię, następnie mąkę, ukręcić gładką masę, na koniec dodać czekoladę. Napełniać każdą foremkę odrobiną masy czekoladowej, sypać 2-3 łyżki jagód, zakrywać masą i tak do zapełnienia wszystkich foremek. Jeśli macie wątpliwość, że jagody są zbyt wytrawne a jedzący to łasuchy - można owoce wcześniej wymieszać z drobnym brązowym cukrem. Pozostałymi jagodami (1-2 łyżki na foremkę) posypać wierzch deseru. Umieścić w piekarniku i piec ok. 16-17* minut - na wierzchu zrobi się skorupka, ale w środku deser pozostanie wilgotny.

Babeczki przerzucać na talerze (najlepiej stanowczym ruchem a brzegi lekko obkroić nożem). Jeść oprószone cukrem pudrem, od razu lub po minimalnym (ok. 15-20 minut) przestudzeniu.

Taka więc była wersja czekoladowa. Co do jagodzianek - obyło się bez eksperymentów, czyli była powtórka z tych już na blogu. Jedyne zmiany to znów brązowy cukier (z melasami) do środka do owoców oraz, na prośbę M, cytrynowy lukier (ok. szklanki cukru pudru mieszanej pomału z sokiem cytrynowym do uzyskania właściwej konsystencji), z którego o dziwo, byłam zadowolona.

Powiem Wam, że 4 średnie (nie, właściwie małe ;) jagodzianki dziennie to wcale niedużo...

* Próbowałam piec wersję bez jagód tylko 10-12 minut wg zaleceń, i zawsze musiałam dołożyć chociaż 2 minuty, jeśli nie chciałam podać czegoś a la sos czekoladowy.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna