Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: czekolada

niedziela, 04 grudnia 2016

To już 8 (!) Korzenny Tydzień. Z tej okazji „zachomikowałam” (mówicie tak?) babkę dyniową. A właściwie to babkę duo: dyniowo-czekoladową. Oryginał – w wersji mono, bez dodatku kakao - pochodzi z ostatniej książki Nigelli (Simply Nigella), o której myślę jako o „tej jasnej” – bo w takich kolorach została zaprojektowana, zdjęcia Keiko Oikawa też są utrzymane w tonacji białej/minimalistycznej; osobiście mi się podobają, choć widziałam w sieci komentarze, że „w ogóle nie ma w nich stylizacji”. No cóż, na pewno nie są przeładowane, tzn. w planie nie roi się od gadżetów (i dla mnie to plus ;). Przykładem jest właśnie portret ciasta dyniowego.

Czemu przerobiłam je na babkę o dwóch smakach? Bo robiłam kiedyś inne korzenne ciasto Nigelli, właśnie w takim kształcie, i choć obiektywnie smaczne, było też nieco… nudne. A że chodził za mną jednocześnie klasyczny marmurek, postanowiłam upiec dwie pieczenie (ciasta) na jednym ogniu. Na publikację poczekał z miesiąc, bo aż się prosił o podczepienie pod własną akcję korzenną. Uwaga, przepis nadaje się dla osób niejedzących nabiał.

Składniki:

  • 300g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 250ml oleju roślinnego
  • skórka i sok z 1/2 pomarańczy (plus ew. dodatkowy, o czym niżej)
  • 3 duże jaja
  • 400g mąki pszennej uniwersalnej (lub jasnej orkiszowej)
  • 2 łyżeczki sody
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonego (lub roztartego w moździerzu) ziela angielskiego
  • 200g puree z dyni (upieczonej i zmiksowanej; sugeruję raczej zwięzłą, mało wilgotną odmianę, typu amazonka czy hokkaido)
  • 2 kopiaste łyżki jak najlepszego ciemnego, przesianego kakao

Do podania:

  • cukier puder lub lukier (na bazie soku z ww. pomarańczy i ok. 200g cukru pudru)

Ubić mikserem cukier, olej, skórkę startą z ½ pomarańczy i 2 łyżki soku pomarańczowego. Wciąż ubijając dodać do masy jaja. Osobno wymieszać suche składniki, dodać do masy, wymieszać tylko tyle, by składniki się połączyły. Podzielić na ½, do jednej połowy dodać dynię i wymieszać, do drugiej kakao. Gdyby masa czekoladowa była wyraźnie gęstsza/bardziej sucha od dyniowej (jak u mnie), dodać jeszcze trochę soku z pomarańczy.

Przygotować foremkę na babkę, wysmarowując ją dokładnie masłem i wysypując mąką LUB korzystając z metody autorki: mieszając 2 łyżeczki mąki z taką samą ilości oleju na pastę i dokładnie wysmarowując mieszanką wnętrze formy (tak zrobiłam, i to działa); ew. nadmiar oleju można usunąć odstawiając blaszkę na kilka minut do góry nogami na podwójną warstwę ręcznika papierowego. Przełożyć ciasto do foremki, nakładając na zmianę ciasto dyniowe i czekoladowe. Piec przez ok. 60-70 min w przypadku foremki bez komina (z kominem ok. 15 minut krócej) lub do suchego patyczka. Po wystudzeniu oprószyć cukrem pudrem lub polukrować, mieszając cukier puder z sokiem z pomarańczy do pożądanej konsystencji (u mnie wyszła bardziej glazura, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało). Ciasto dość długo zachowuje świeżość.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

czwartek, 24 marca 2016

Gdy kilka tygodni temu odwiedziła nas mała wielbicielka czekolady, będąca jednocześnie alergikiem, dość długo myślałam, co upiec. Nie chciałam za dużo eksperymentować i zamieniać, a tu problem stanowił i nabiał, i cukier lub jego popularne zamienniki zawierające fruktozę. W końcu zawęziłam wybór do dwóch bezmlecznych i bezmaślanych wypieków wg Nigelli: ciasta klementynkowego lub czekoladowego na oliwie. Zaraz… ciasto czekoladowe z oliwą?! Choć to połączenie obiło mi się wcześniej kilkakrotnie o oczy, nigdy mnie nie przekonywało – może dlatego, że zasadniczo oliwa w wypiekach pasuje mi tylko w pizzy lub podobnym pieczywie, bo zwykłe np. bułeczki drożdżowe w moim odczuciu obciąża. Mowa o oliwie takiej, jakiej używam na co dzień w kuchni, tj. extra vergine, tymczasem autorka nalegała tu na oliwę „zwykłą” - jako bardziej neutralną, mniej pikantną, bardziej owocową i nieco lżejszą (przeczytałam także rady na oficjalnym portalu, bo wiele osób pyta o zamienniki). Po długim namyśle i konsultacjach telefonicznych z przyszłymi konsumentami ;) pomaszerowałam do sklepu po oliwę niedziewiczą i… okazało się, że wybór był niewielki. W efekcie użyłam miksu oliwy zwykłej i extra vergine w proporcji 3:2; cukier (dałam ciemny muscovado) został z konieczności zmieszany z glukozą, normalnie oczywiście użyłabym tylko cukru. Aha, mąkę można, jeśli ktoś musi/chce zastąpić 150g mielonych migdałów (nie próbowałam).

Tak czy inaczej, oryginał tu, a poniżej z moimi uwagami:

Składniki:

  • 150ml oliwy z oliwek (tzw. zwykłej, lub mieszanki z extra vergine, u mnie w proporcji 90ml/60ml)
  • 50g dobrego, ciemnego kakao
  • 125ml wrzątku
  • 2 łyżeczki esencji waniliowej
  • 125g mąki
  • ½ łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 200g cukru (drobnego białego lub ciemnego trzcinowego, jak u mnie)
  • 3 jaja

Kakao przesiać do miski i wymieszać ze wrzątkiem na gładką pastę. Dodać wanilię, odstawić na bok. Osobno wymieszać mąkę z sodą i solą. Ubić mikserem jaja, oliwę i cukier na puszystą masę. Dodać kakao i dalej ubijać (na mniejszych obrotach), na koniec wmieszać mąkę i s-kę. Całość przelać (masa będzie dość płynna) do tortownicy 22-23cm (wysmarowanej i omączonej, przy czym 21cm też da radę). Piec ok. 45 minut w 170 st. C. (u mnie z termoobiegiem), albo do dość suchego patyczka (tzn. lepkie okruchy na patyczku są ok, mokra masa - nie). Przestudzić na kratce, wyjąć z foremki i wystudzić całkowicie. Uwaga, bdb pasuje dodatek malin w dowolnej postaci - o czym niżej.


Uwaga: to, że napisałam "wystudzić całkowicie", wynika z moich odczuć po zjedzeniu świeżych okruchów z brzegu tortownicy - otóż letnie/nie całkiem wystudzone ciasto mi niespecjalnie smakowało, m.in. mocno (negatywnie) czuć było oliwę. Przestudzone natomiast staje się całkiem normalnym, mocno czekoladowym murzynkiem. Odkryliśmy jednak coś, co podkręca wyraźnie smak ciasta i sprawia, że jego walory znacznie wzrastają: maliny! Dodatek świeżych był sugerowany w Nigellissima, jednak z przyczyn oczywistych u nas jako dodatek zostały podane przetwory, konkretnie sok malinowy. Dżem jednak też bardzo dobrze by się sprawdził, nie mówiąc o świeżych owocach w sezonie. Jako alternatywę sugeruję czarną porzeczkę. W wersji dla dorosłych może być to wersja z %, tj. swojska nalewka czy creme de cassis.

środa, 17 lutego 2016

Jak miałam jakieś 10-13 lat, w szufladzie kuchennej zawsze był żelazny zapas saszetek z budyniem i kisielem. Ponieważ z jednego opakowania wychodziły zasadniczo dwie porcje, budynie były zawsze beżowe (czyt. śmietankowe, waniliowe, karmelowe...), tzn. w smakach akceptowanych przez Mamę (zjadającą drugą porcję). Budyń najchętniej jadłam na ciepło, po góra półgodzinnym przestudzeniu, obowiązkowo polany konfiturą (wiśniową, żadną truskawkową). Że jednak taki na zimno też chętnie zjem, przekonałam się na kolonii, kiedy jako jedna z nielicznych osób nie wzgardziłam zupełnie wystudzonym budyniem pomarańczowym (podanym w obecnie ach-jakże-modnym kubku a la GS/bar mleczny), z grubą skórką na wierzchu.

A jednak smak budyniu czekoladowego z torebki też znam - zaplątał się kiedyś między beże? - i za nim nie tęskniłam, bo wydawał się bardziej jak bardzo mleczne kakao, niż czekolada. Nie tęskniłam, dopóki jakoś nie obiły mi się o oczy zdjęcia takiego domowego, mocno czekoladowego. Myślałam nad tematem parę dni, aż uznałam, że dopóki nie zrobię, nie będę miała spokoju. Bazowałam na tym przepisie (który w przyjemny a dość elastyczny sposób można zmodyfikować pod kątem różnych diet eliminacyjnych lub innych preferencji... ale czy rzeczywiście jest zdrowy ;)?), i tym razem wzięłam sobie do serca radę, że deser ma być podawany na zimno: przygotowałam go dzień wcześniej. Tak, ma skórkę, ale mam wrażenie, że to część uroku, bo skrywa ona miękki, mocno czekoladowy mus. Nie wiem, czy muszę dodawać, że robi się go tak prosto, że zupełnie nie wiem, czemu w życiu zjadłam tyle gotowców z torebki.

Składniki (4 porcje):

  • 2 szklanki dowolnego mleka
  • 1/8 łyżeczki soli (można użyć np. z dodatkiem wanilii)
  • 1/4 szklanki* jak najlepszego, przesianego ciemnego kakao
  • 1/4 szklanki cukru (u mnie ciemny muscovado, można też użyć np. syropu klonowego lub podobnego, choć smak oczywiście będzie wtedy inny)
  • 1/2 szkl. mleka jw. + 3 łyżki skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • hojna szczypta mielonej wanilii (ew. trochę esencji)
  • ok. 50g dobrej ciemnej czekolady, połamanej na kawałki

Mleko podgrzać w rondelku z solą, kakao i cukrem, dokładnie wymieszać. Osobno dokładnie wymieszać skrobię z zimnym mlekiem. Dodać rozpuszczoną skrobię do podgrzanego mleka, całość zagotować. Gotować ok. 2 minut, stale i energicznie mieszając, żeby całość się nie przypaliła, skręcić ogień na mały i jeszcze chwilę gotować, aż masa nie zgęstnieje (z moich doświadczeń wynika, że ze skrobią kukurydzianą wszystko gęstnieje wolniej niż z ziemniaczaną). Zdjąć z ognia, szybko a dokładnie wmieszać wanilię i czekoladę. Przelać do 4 szklanek/innych naczyń, wystudzić. Przestudzony budyń schłodzić w lodówce przed podaniem.

* ok. 240ml

Połamana czekolada nie jest, wg autorki, niezbędnym składnikiem, ale ja bym na nią nalegała - tyle, że o 1/2 mniej niż w oryginale. 50g wystarczy, by zamienić kakaowy budyń w wyraźnie czekoladowy deser. Ponadto w moim odczuciu dodatki nie są potrzebne, ale jeśli ktoś bardzo chce, może oczywiście dorzucić np. łyżkę mascarpone czy śmietankę. Ew. wiśnie z konfitury ;).

A to wszystko w ramach Czekoladowego Tygodnia Atiny.

niedziela, 31 maja 2015

Co jakiś czas mam ochotę zapełnić pojemnik na ciasteczka, postawić go na stałe na blacie kuchennym i później, oczywiście, systematycznie opróżniać. Zakup nowego wałka, a konkretnie wałka grawerowanego (widać fragment na zdjęciu poniżej), to także dobry pretekst do upieczenia takiego drobiazgu.

Przy okazji sprawdzania, jak te wzorki się odcisną na cieście, chciałam zrealizować dawny plan: domowe kruche kakaowe (bo należały do moich ulubionych w czasach, gdy kupowałam ciasteczka). Kruche miodowe – bez dodatku cukru, ale z dodatkiem płatków owsianych – upiekły się niejako przy okazji. Chyba łatwo dojrzeć podobieństwa w proporcjach między jednym a drugim przepisem.

Ciasteczka miodowe

Składniki:

  • 60g jasnego miodu
  • 100g zimnego masła
  • 120g jasnej mąki pszennej/orkiszowej
  • 30g drobnych płatków owsianych błyskawicznych
  • łyżka jogurtu/maślanki
  • bardzo zimna woda

Masło wetrzeć w mąkę i płatki aż całość będzie przypominać okruchy. Dodać miód, jogurt i tyle wody, ile będzie potrzeba, by powstało spójne i elastyczne ciasto. Owinąć folią, schłodzić co najmniej 1 h w lodówce. Wałkować dość cienko, wycinać dowolne kształty. Piec w 190 st. C (termoobieg), do zezłocenia (ok. 15-20 minut, w zależności od grubości ciasta i preferencji dotyczących wypieczenia).



Ciasteczka kakaowo-korzenne

Uwaga: przyprawy można spokojnie pominąć i upiec ciasteczka „tylko” kakaowe.

  • 50g cukru (jasnego lub np. muscovado)
  • 100g zimnego masła
  • 120g jasnej mąki pszennej/orkiszowej
  • 30g kakao (najlepiej przesianego)
  • opcjonalnie: po szczypcie chilli i pieprzu, ok. 5-6 rozdrobnionych ziaren ziela angielskiego, 2 szczypty gałki muszkatołowej, ½ łyżeczki mielonego imbiru
  • ok. 3 łyżek bardzo zimnej wody

Masło wetrzeć w mąkę i kakao aż całość będzie przypominać okruchy. Dodać przyprawy i tyle wody, ile będzie potrzeba, by powstało spójne i elastyczne ciasto. Owinąć folią, schłodzić co najmniej 1 h w lodówce. Wałkować możliwie cienko (choć nie jest ono tak przyjemne w obróbce, jak miodowe), wycinać dowolne kształty (ja po prostu pokroiłam nożem na prostokąty). Piec w 190 st. C (termoobieg), ok. 15-18 minut.

Wśród innych ciasteczkowych wpisów na blogu polecam m.in:

czwartek, 05 marca 2015

Bardzo długo tort Sachera oznaczał zagraniczne prezenty dla rodziców w postaci drewnianych skrzyneczek z herbem, w których potem przechowywane były zdjęcia. Nie rozumiałam, czemu pierwotna słodka zawartość może tak długo leżeć nie psując się (nie miałam wtedy nigdy do czynienia z ciastem dojrzewającym...), zresztą, ciasto niespecjalnie mi smakowało. Gdy trafiłam do Austrii, kilka lat mi zajęło, zanim spróbowałam Sachertorte, a wtedy niestety degustacja zbiegła się w czasie z zatruciem pokarmowym M (podejrzewaliśmy Schlagobers, tj. bitą śmietanę przy torcie). I tak w końcu dopiero 5 lat temu odkryłam Sachera od pozytywnej strony, w kawiarni w Grazu. Nigdy go jednak sama nie robiłam.

Powiedzmy sobie szczerze: ta autentyczna receptura oryginalnego ciasta z hotelu Sacher to wielka tajemnica. Jednak podobnie jak z pewnym napojem gazowanym o nazwie zaczynającej się na literę c, jest wiele wersji autorskich. Gdy sięgnęłam po Tante Herthę w poszukiwaniu jej przepisu, trochę się zdziwiłam znajdując przepis nie na tort, lecz Sacherschnitte, pieczony w keksówce. Składniki były jednak te, co trzeba, włącznie z dżemem – wiadomo! - morelowym. I tak odtworzyłam po raz kolejny austriackie smaki, nieważne, że w nieco innej, niż tradycyjnej formie.

Uwaga: w oryginale nie jest podany wymiar keksówki, tylko jej objętość (ok. 500g, co niestety niewiele mi mówi). Ilość gotowej masy także nie dała mi do myślenia i choć użyłam najmniejszej swojej foremki, uważam, że idealna byłaby taka o najdłuższym wymiarze ok. 20cm. Większa (moja ma ok. 30cm na długość) oczywiście też da radę, ciasto będzie po prostu bardziej płaskie – nie da się jednak ukryć, że należy je kroić dość cienko, więc wbrew pozorom jest bardziej podzielne, niż się wydaje. Drugą opcją jest podwojenie składników i pieczenie w większej formie.


Składniki:

Ciasto:

  • 90g gorzkiej czekolady (możliwie dobrej jakościowo)
  • 90g masła w temp. pokojowej
  • 90g cukru pudru
  • 3 jaja, białka i żółtka osobno
  • 100g dżemu morelowego, lekko podgrzanego
  • 40g mąki

Na polewę:

  • 100g czekolady (deserowej lub gorzkiej)
  • 50g masła w temp. pokojowej

Czekoladę do ciasta stopić w kąpieli wodnej, odstawić do przestudzenia. Masło utrzeć mikserem na puszystą masę z cukrem, wmieszać czekoladę i następnie żółtka, dodawane stopniowo. Osobno ubić białka na sztywno. Wmieszać (delikatnie, ale stanowczo) ok. 1/3 białek do masy maślanej, powtórzyć czynność z 1/3 mąki, następnie zrobić to samo dwukrotnie z resztą białek i mąki. Przełożyć do natłuszczonej i wysypanej mąką keksówki (patrz uwagi wyżej co do rozmiaru). Piec w 180 st. C (termoobieg) ok. 50 minut; wyłączyć piekarnik i zostawić ciasto w środku jeszcze na ok. 10 minut. Studzić na kratce.

Posmarować wystudzone ciasto podgrzanym dżemem morelowym. Gdy ten zastyga, stopić czekoladę na polewę w kąpieli wodnej. Do gorącej czekolady wmieszać masło pokrojone na kawałki, dokładnie wymieszać, polać ciasto i odstawić do zastygnięcia. Przechowywać w chłodzie.

 

Choć nie jest to "ten prawdziwy Sacher", nuty smakowe są te same.

środa, 18 lutego 2015

Zawsze postrzegałam klasyczne bajaderki jako tzw. śmieciówki - ciastka z resztek (Mama zawsze mnie ostrzegała, że lepiej nie kupować w cukierni: "nigdy nie wiadomo, co jest w środku" ;). Swoje robiłam wtedy, gdy trzeba było zagospodarować suche okruszki z ciast lub herbatników. Podczas któregoś przeglądania Scandilicious Baking wpadł mi jednak w oko przepis na Romkugler i szybko uznałam, że to to samo, tyle, że z płatków owsianych. Nie od razu rzecz wykonałam, bo nie było pod ręką drobnych płatków błyskawicznych, ale jak już je miałam... Efekty widać poniżej :).

Uwaga: ze względu na wyczuwalny alkohol oraz kawę są to słodycze raczej dla dorosłych. Można spróbować użyć np. soku owocowego (lekko redukując cukier) lub herbaty (zwłaszcza owocowej). Oczywiście, wpłynie to na smak bajaderek, bo właściwie ich urok polega na pewnej wytrawności - świetnie pasują do kawy, np. po obiedzie czy kolacji. Zamiast wiórków kokosowych można by użyć migdałów w płatkach (i może masła migdałowego/orzechowego?), ale jeśli trzymacie się kokosa, dodatek malibu aż się prosi ;) (w oryginale był po prostu rum). Można by skład też wzbogacić bakaliami - wtedy zbliżą się trochę do indyjskich simplisów z rodzynkami.

Składniki (ok. 25 sztuk):

  • 125g błyskawicznych płatków owsianych
  • 75g drobnego brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 50g miękkiego masła (lub oleju kokosowego - nie próbowałam)
  • 50g wiórków kokosowych
  • 4 łyżki malibu (ew. czystego rumu, lub innego czystego aromatycznego alkoholu)
  • 4 łyżki kakao (plus więcej do obtaczania)
  • 60ml bardzo mocnej kawy lub espresso
  • szczypta soli

Wszystkie składniki wrzucić do malaksera i zmiksować na gładko. Schłodzić co najmniej 1h w lodówce (po prostu umieściłam tam miskę malaksera). Po tym czasie formować kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać w kakao (ew. w wiórkach) i trzymać w chłodzie do czasu konsumpcji.

Niestety, zostało po nich już tylko wspomnienie...

PS. Właśnie się zorientowałam, że bajaderki pasują do Czekoladowego Tygodnia Anity, a więc podczepiam :).

wtorek, 02 grudnia 2014

IMG_4194

Jak może kiedyś wspominałam, niekoniecznie jadam kwiaty. Ponieważ jednak chciałam obdarować na słodko osobę, która bardzo lubi lawendę, a cały weekend upłynął pod znakiem produkcji czekoladek... powstały trufle lawendowe. Choć czekoladek już trochę w życiu wyprodukowałam, trufle zrobiłam pierwszy raz i - niestety, zważywszy na ich skład i to, że trudno poprzestać na jednej - bardzo mi smakują.

IMG_4129

Zrobiłam dwa warianty: jeden "goły", obtoczony w cukrze lawendowym. W tej opcji mocniej czuć kwiaty, ale czekoladki się lekko zapacają w lodówce i trudno je zjeść bez brudzenia palców. Można obsypać kakao, choć minusy są podobne. Drugą opcją jest obtoczenie kulek w gorzkiej stopionej kuwerturze: po zastygnięciu prezentują się elegancko i można powiedzieć profesjonalnie, ale lawenda znika. W oryginale z którego korzystałam, kuleczki należało jeszcze po kuwerturze obtoczyć w ww. cukrze, co jednak wydaje mi się nadmiarem szczęścia i nie rozwiązuje tematu zapacania się cukru. Ideałem pewnie byłoby obsypanie ww. bezpośrednio przed jedzeniem/wręczeniem na prezent ;). Tak czy inaczej, brudzące czy nie - trufelki są grzechu warte.

IMG_4122

Wspomniałam powyżej źródło przepisu, na którym z grubsza bazowałam (dzieląc składniki na 1/2), jednak przed przygotowaniem czekoladek przewertowałam internet i wszystkie warianty były bardzo do siebie podobne. W niektórych pojawiał się miód, dlatego dodałam go też do moich trufli. Zwiększyłam także ilość lawendy w śmietance.

Składniki (na ok. 25-30 niewielkich czekoladek)

  • 250ml śmietanki kremówki
  • łyżeczka suszonej lawendy, możliwie świeżej
  • 140g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • opcjonalnie: cukier lawendowy (suszona lawenda i drobny cukier roztarte w moździerzu, w proporcji 1:2, ew. podobnie przygotowane kakao; podczas obtaczania kulek uważać na większe kawałki łodyżek, tj. usuwać z czekoladek) i/lub utemperowana gorzka kuwertura do maczania trufli

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z lawendą. Nakryć dokładnie folią, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, przelać przez sitko (wyciskając lawendę) do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać wanilię, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w raczej chłodniejszym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki - użyłam do tego celu miarki 5ml, drugiej łyżeczki i palców ;), schłodzić w lodówce. Stężałe trufle obtoczyć w cukrze lub kakao lawendowym (patrz uwagi wyżej) bądź nurzać w utemperowanej kuwerturze i odstawiać do zastygnięcia. Można część czekoladek przygotować w jednym wariancie, resztę w drugim. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

 

Jak wspominałam, był to weekend z czekoladkami, bo uparłam się, że przygotuję chociaż jeden kalendarz adwentowy. Powyżej owoc moich prac. Na temat jego urody mieliśmy pewną dyskusję z M... Gałązka pochodzi z ogrodu, czekoladki (owinięte pozłotkiem/sreberkiem, z numerkami, zawieszone na wstążkach lub taśmie ozdobnej) poza truflami są w różnych wariantach (takie, jakie już pokazywałam, np. imbirowe). Z nowości są kulki marcepanowe plus, tj. drobniejsze, ale z migdałem w środku. O dziwo smakują takiemu jednemu, co nazwał drzewko "drapakiem" a normalnie nie lubi migdałów...

Za rok może kalendarz ciasteczkowy?

PS. Pamiętacie o Korzennym :)?

czwartek, 31 lipca 2014

Fioletowe zęby, fioletowe ręce, fioletowy blat kuchenny. Wszystko można umyć (no, może tekstylia lepiej wcześniej chronić), a nic nie smakuje tak, jak leśne jagody (i nie mówcie mi, że borówki amerykańskie, bo to owszem smaczne do np. płatków czy jogurtu, ale do obrabiania na ciepło - tylko, jeśli się jest od jagód na stałe odciętym. Np. w innym kraju).

Miałam ich całkiem dużo. Po zrobieniu jagodowego koktajlu śniadaniowego stałam rozdarta (jak ta sosna, tj. dr Judym) nad miską z owocami- bo z jednej strony wiadomo, jagodzianki. Z drugiej chodziło za mną połączenie jagód z czekoladą. Wybrałam kompromis, i nie były nim jagodzianki z polewą czekoladową, które sugerował M (minę miałam mocno wzgardliwą) - drożdżowe upiekłam z 1/2 porcji w niedzielę, a w sobotę zjedliśmy czekoladowy deser na ciepło.

Chronologicznie, czyli najpierw czekolada: przypomniałam sobie o czekoladowych babeczkach z płynnym środkiem z Nigellowej Domestic goddess. Pyszne, bardzo czekoladowe i konkretne, już dawno się przekonałam, że porcją dla 6 osób spokojnie wykarmi się 8, a wówczas przepis jest bardzo podzielny - na bazie 1 jaja można go wykonać i dla pary ;). W moim wydaniu ma on dodatkową, owocową wkładkę, i taki wariant bardzo polecam: poza jagodami maliny i ew. porzeczki byłyby bardzo na miejscu.

Składniki (8 porcji, chcąc zrobić np. tylko 2, podzielić wszystko przez 4) za Molten Chocolate Babycakes:

  • 50g miękkiego masła
  • 350g dobrej gorzkiej czekolady (lub, jak u mnie, mieszanka 2:1 czekolady gorzkiej o wysokim % kakao z mleczną do wypieków)
  • 150g drobnego cukru
  • 4 duże jaja, roztrzepane ze szczyptą soli
  • kapka ekstraktu z wanilii lub szczypta mielonej
  • 50g mąki tortowej
  • ok. 4 łyżek jagód na osobę
  • opcjonalnie: 8 łyżeczek miałkiego brązowego cukru

Zacząć od przygotowania foremek żaroodpornych: wysmarować lekko masłem, dno każdej wyłożyć przyciętym na wymiar kawałkiem papieru do pieczenia. Czekoladę stopić nad parą lub (jeśli, jak ja, chwilowo nie macie dostępu do kuchenki... czyt. remont) w ok. 85 st. C (termoobieg) w piekarniku, odstawić do lekkiego przestudzenia. Nastawić piekarnik na 200 st. C (u mnie termoobieg), wstawiając jednocześnie blaszkę do pieczenia.

Masło utrzeć z cukrem, dodać jaja i wanilię, następnie mąkę, ukręcić gładką masę, na koniec dodać czekoladę. Napełniać każdą foremkę odrobiną masy czekoladowej, sypać 2-3 łyżki jagód, zakrywać masą i tak do zapełnienia wszystkich foremek. Jeśli macie wątpliwość, że jagody są zbyt wytrawne a jedzący to łasuchy - można owoce wcześniej wymieszać z drobnym brązowym cukrem. Pozostałymi jagodami (1-2 łyżki na foremkę) posypać wierzch deseru. Umieścić w piekarniku i piec ok. 16-17* minut - na wierzchu zrobi się skorupka, ale w środku deser pozostanie wilgotny.

Babeczki przerzucać na talerze (najlepiej stanowczym ruchem a brzegi lekko obkroić nożem). Jeść oprószone cukrem pudrem, od razu lub po minimalnym (ok. 15-20 minut) przestudzeniu.

Taka więc była wersja czekoladowa. Co do jagodzianek - obyło się bez eksperymentów, czyli była powtórka z tych już na blogu. Jedyne zmiany to znów brązowy cukier (z melasami) do środka do owoców oraz, na prośbę M, cytrynowy lukier (ok. szklanki cukru pudru mieszanej pomału z sokiem cytrynowym do uzyskania właściwej konsystencji), z którego o dziwo, byłam zadowolona.

Powiem Wam, że 4 średnie (nie, właściwie małe ;) jagodzianki dziennie to wcale niedużo...

* Próbowałam piec wersję bez jagód tylko 10-12 minut wg zaleceń, i zawsze musiałam dołożyć chociaż 2 minuty, jeśli nie chciałam podać czegoś a la sos czekoladowy.

piątek, 30 maja 2014

Nie jest żadną tajemnicą, że mając do wyboru Stany Zjednoczone a Wielką Brytanię, wybrałabym tą ostatnią, i to pod każdym względem. Literatura, wymowa, kultura... kulinaria :). Uważam, że łatka "koszmarnego jedzenia" została na mocny wyrost przypięta kuchni angielskiej, czy też szerzej: brytyjskiej, bo poza rozgotowaną baraniną z sosem miętowym (z którą jakoś się nie spotkałam) ma wiele zalet. I te ostatnie staram się co jakiś czas tu prezentować, opatrzone tagiem kuchnia brytyjska :).

Tak się składa, że jednym z forte Brytyjczyków są słodkości: ciasta, ciasteczka i desery. Do tych ostatnich należy syllabub, aromatyzowany krem. Gdy M się spytał, co właściwie będziemy jeść, powiedziałam: "Stary deser. Taki, co jadła Elżbieta. Ta I-sza". I to prawda, bo udokumentowane wzmianki o kremie sięgają XVI wieku. A więc... jak smakuje renesans?

Krem ubijałam trzeci raz w życiu: pierwsze dwa razy korzystając z przepisów Nigelli (gdzie np. używało się Cointreau). Tym razem znowu (a to nie koniec sezonowych przepisów tego pana ;) sięgnęłam po Nigela Slatera. U niego w owocowym Tender były jako dodatek maliny, u mnie rabarbar, jako słodkie wino - vin santo (które odkryłam, że piłam za chłodne - w temperaturze bliższej pokojowej aromat znacznie zyskuje). Owoce tak czy inaczej nie są konieczne, a już na pewno nie są ortodoksyjne - można by je pominąć i podać deser tylko z np. drobnymi, korzennymi ciasteczkami. I jak łatwo poczuć się jak w epoce elżbietańskiej ;)!

Składniki (2 porcje): 150ml śmietanki kremówki, skórka otarta z 1/2 cytryny, sok z tej 1/2 cytryny, 2 łyżki cukru, 2 łyżki słodkiego białego wina (typu vin santo, muszkat, tokaj itd., itp.), kilka łyżek upieczonego rabarbaru

Co najmniej 8 godzin przed planowanym przygotowaniem deseru dokładnie wymieszać cukier, wino, sok i skórkę cytrusową, umieścić w lodówce. Rabarbar zasypać cukrem, lekko podlać wodą, upiec pod folią i wystudzić także odpowiednio wcześniej. Schłodzoną śmietankę ubić z mieszanką cytrusowo-winną: nie spuszczać wzroku z miksera, ubijać tylko do momentu powstania kremu i nie dopuścić do zwarzenia. Delikatnie wymieszać masę z paroma łyżkami rabarbaru (można zostawić odrobinę do dekoracji). Jeść od razu lub jeszcze schłodzić przed podaniem, np. już rozdzielone na porcje, ale nie trzymałabym w lodówce dłużej niż 30-40 minut: wersja bez owoców jest bardziej trwała i wytrzyma dłużej, ale owocowa podchodzi sokiem.

W temacie drobnych ciasteczek i przemieszczając się nieco bliżej XXI wieku... zatrzymując się 100 lat temu, bo wtedy (1910 r.) zaczęto komercyjnie sprzedawać - początkowo pod nazwą "Creola" - ciasteczka kakaowe przekładane kremem czekoladowym, tzw. bourbon creams (ja je nazwę "burbonki"). To ciasteczka dla dorosłych: bardzo ciemne, nie mocno słodkie, ale wciągające. Bez nadzienia mogłyby pasować jako dodatek do syllabub. Przepis pochodzi z archiwalnego numeru Jamie Magazine, z którego robiłam już imbirki i garibaldki.

 Składniki (ok. 14-16 ciasteczek): 

  • 50g miękkiego masła
  • 50g miałkiego brązowego cukru (typu jasny lub ciemny muscovado)
  • łyżka golden syrup/sztucznego miodu/podobnego syropu
  • 110g mąki
  • 20g dobrego kakao
  • 1/2 łyżeczki sody
  • opcjonalnie: 1-2 łyżki mleka lub maślanki
  • cukier do posypki
  • krem: 75g cukru pudru, 50g miękkiego masła, łyżka kakao, łyżeczka wystudzonej, mocnej kawy

Ubić masło z cukrem na puszystą masę. Dodać pozostałe (suche) składniki ciasta (poza cukrem do posypki i składnikami kremu), utrzeć na jednolitą masę. Jeśli będzie za sucha, jak u mnie, dodać odrobinę mleka lub maślanki, by składniki się połączyły. Chwilę wyrabiać ręcznie, jak ciasto drożdżowe lub chlebowe, po czym rozwałkować na ok. 3mm grubość. Pociąć na parzystą liczbę prostokątów (ok. 5 x 3cm). Przenieść na blaszkę (wyłożoną matą do pieczenia lub pergaminem), posypać cukrem i piec ok. 8-10 minut w 160 st. C (termoobieg; oryginalnie sugerowana była niższa temperatura). Delikatnie przenieść na kratkę do wystudzenia. Składniki kremu ubić razem na puszystą masę. Ciasteczka smarować jak kanapki, składać, zajadać ;). Przechowywać w lodówce lub innym dość chłodnym miejscu.

W tym samym czasie, co ciemne burbonki, powstało ich jasne i słodkie przeciwieństwo, tj. custard creams. Te budyniowe markizy bez wahania podałabym dzieciom. W przeciwieństwie do ciasteczek braci Weasley (canary creams, które miały wyglądać tak samo jak custard creams, a w wersji polskiej Harry'ego Pottera były to podobno "kanarkowe kremówki" - hm, kremówki to trochę jednak inny typ wypieku ;), nie ma skutków ubocznych po zjedzeniu. Uwaga: kremu jest, moim zdaniem, o 1/2 za dużo - mimo przełożenia nadwyżką części burbonek (co widać na pierwszym zdjęciu) wciąż miałam nadmiar, podaję więc zmniejszoną ilość. Budyń w proszku (custard powder) brytyjski zawiera cukier, więc minimalnie zwiększyłam ilość cukru w cieście (ale już nie w kremie, i wyszło i tak dość słodko). Źródło przepisu: jak wyżej.

Składniki (ok. 24 małych ciasteczek lub kilkanaście sztuk większych):

  • 175g mąki
  • 3 łyżki budyniu waniliowego w proszku (bez cukru)
  • łyżka proszku do pieczenia
  • 4 łyżki drobnego cukru
  • 100g miękkiego masła
  • 1 jajo
  • 1/2 łyżeczki esencji waniliowej
  • łyżka mleka (opcjonalnie, jeśli będzie potrzeba)
  • krem: 100g cukru pudru, 2 łyżki budyniu waniliowego jw., 100g miękkiego masła

Połączyć w misce suche składniki, wetrzeć masło, aż całość zacznie przypominać okruchy. Dodać jajo i wanilię, utrzeć gładkie ciasto; jeśli byłoby za suche, dodać mleko. Uformować kulę, owinąć folią i schłodzić w lodówce co najmniej 20 minut. Gdy ciasto się schłodzi, można ubić krem: utrzeć masło z cukrem i budyniem, pod koniec dodać ok. 2 łyżki wrzątku.

Rozwałkować schłodzone ciasto na ok. 2-3mm grubości, wycinać parzystą ilość dowolnych kształtów: okrągłych, prostokątnych lub np. serduszek. W 1/2 ciasteczek można z wierzchu wyciąć lub wycisnąć np. stemplem wzorki. Piec ok. 12-15 minut w 180 st. C - wg. instrukcji, tylko to minimalnego zezłocenia brzegów, ja jednak chciałam swoje trochę mocniej zrumienić. Wybór należy do Was ;). Po upieczeniu wystudzić i skleić niewielką ilością kremu. Przechowywać, jak poprzednio, w chłodnym miejscu.

Co wybieracie ;)?

czwartek, 22 maja 2014

Może jest Wam za ciepło na nastawianie piekarnika i myślicie tylko o lodach - a może, tak jak ja, uważacie, że na drożdżowe zawsze jest pora (dnia i roku). Zwłaszcza takie luks: z nadzieniem czekoladowo-orzechowym, polane dodatkowo syropem.

Przepis na struclę wpadł mi w oko już przy pierwszych oględzinach Jerusalem. Przemówiły i do mnie zdjęcia "krok po kroku" i zaintrygowała nazwa: krantz cake. Kranz, jeśli kogoś to interesuje, to "wieniec" po niemiecku (choć tu bardziej pasowałaby "plecionka", czy też właśnie strucla). Tak czy inaczej, jest to raczej aszkenazyjski wkład w kuchnię Izraela.

Po wczytaniu się w skład ciasta drożdżowego doszłam do wniosku, że jest bardzo podobne do mojego ulubionego uniwersalnego (od cynamonek), więc z niego skorzystałam (z 1/2 porcji, na 1 keksówkę). Ottolenghi nalegał na pekany w składzie, jednak ze względu na utrudniony dostęp do ww. orzechów (nie mówiąc o cenie w naszym kraju) użyłam włoskich i migdałów w płatkach. Było także mocno podkreślane, by użyć całego syropu: gdy zobaczyłam, ile go wyszło, miałam duże wątpliwości, ale posłusznie wylałam wszystko do foremki. Zgodnie z moimi przewidywaniami, połowa spłynęła od razu na dno i tam też już została ;). Poniżej podaję zweryfikowaną (zmniejszoną) ilość.

Składniki:

  • 1/2 porcji ciasta na cynamonki
  • 25g cukru pudru
  • 65g porządnej czekolady gorzkiej
  • 60g masła
  • 50g rozdrobnionych orzechów (u mnie mieszanka posiekanych włoskich i migdałów w płatkach)
  • 65g cukru (na syrop)
  • 40ml wody (jw.)

Czekoladę stopić na małym ogniu z cukrem pudrem i masłem, lekko przestudzić. Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt, posmarować czekoladą, zostawiając ok. 2cm margines wolny, rozrzucić na wierzchu orzechy. Zwinąć całość w roladę od strony dłuższego brzegu, następnie przekroić wzdłuż na 1/2, by uzyskać dwa długie kawałki ciasta. "Wstążki" zapleść, przekładając ciasto naprzemiennie, następnie sprawnie przenieść do długiej keksówki (wyłożonej pergaminem, ew. wysmarowanej masłem i wysypanej mąką). Ciasto przykryć folią i odstawić do wyrastania w ciepłe miejsce na ok. 45-60 minut (napuszenie nie będzie b. widoczne).

Piec w 180 st. C. (termoobieg) ok. 30-35 minut (do suchego patyczka). Gdy ciasto się piecze, przygotować syrop: zmieszać w rondlu cukier z wodą, zagotować, zestawić z ognia do wystudzenia. Gorące, świeżo wyjęte z piekarnika ciasto polać równomiernie syropem, odstawić do wystudzenia (lub chociaż przestudzenia). Jak na ciasto drożdżowe dość wolno schnie.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna