Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: bezmięsne

niedziela, 11 czerwca 2017

Gdy zaczyna się sezon na botwinkę, rzucam się i najpierw robię duszoną. Gdyby był wyjątkowy upał (bo do tego w moim odczuciu być musi), robię chłodnik. I dopiero po paru powtórkach zaczynam myśleć: co by tu jeszcze… Rok temu w ten sposób zagościła zupa z nutą nostalgii. W tym roku długo (oj, długo… wyszukiwarka nie jest mocną stroną tej platformy :/) kopałam na blogu w poszukiwaniu tarty botwinkowej, która wiedziałam, że musiała być, bo była inspirowana hitem Galerii Potraw i każdy ją robił (u mnie tu, uproszczona/trochę odchudzona ). Uznałam jednak, że nie do końca o to mi chodziło (i chwilę się wahałam nad tą z boćwiną). Ostatecznie, jak już wrzuciłam jarzynę na naczynie do tarte tatin a ciasto się już dawno chłodziło w lodówce, olśniło mnie: skoro już ta botwina jest w naczyniu do tarte tatin, to czemu nie zrobić właśnie takiej tarty? Nikt nie mówił, że musi zawsze być słodka!

Składniki:

  • Ulubione ciasto kruche ze 150g mąki (u mnie jak zawsze maślankowe)
  • 2 pęczki botwinki,
  • 2 ząbki czosnku,
  • garść koperku,
  • 2 pełne łyżki śmietany 18%
  • 1 opakowanie mozzarelli
  • Opcjonalnie, do podania: jak najlepszy, gęsty ocet balsamiczny; garść ziół, np. świeże oregano

Ciasto wyrobić, schłodzić w lodówce.

Botwinkę oczyścić, obrać i posiekać buraczki. Poddusić w naczyniu, które potem wejdzie do piekarnika (u mnie 30cm naczynie do tarte tatin, czyli duża patelnia z uszami) na maśle (lub mieszance masła z olejem z dwoma ząbkami czosnku), po paru minutach dodać posiekane łodygi, po kolejnych paru minutach liście; przykryć i dusić pod przykryciem na małym ogniu, aż całość będzie miękka; w miarę możliwości nie podlewać wodą. Nagrzać piekarnik na 200 st., najlepiej w funkcji grill z nawiewem. Zdjąć buraczki z ognia. Doprawić do smaku solą, pieprzem, wmieszać delikatnie śmietanę i koperek. Rozłożyć z wierzchu pokrojoną mozzarellę. Ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy naczynia, przenieść na farsz botwinkowy, docisnąć brzegi ciasta do naczynia. Piec ok. 20 minut, lub aż ciasto się zezłoci. Dać odpocząć ok. 10 minut przed odwracaniem. Opcjonalnie podać skropione balsamico i posypane ziołami.

Tatin owocowe (3 wersje) możecie obejrzeć w tym wpisie.

sobota, 27 maja 2017

Młoda kapusta w wersji azjatyckiej to nic nowego. To znaczy: dla mnie coś nowego na talerzu, ale jako idea nie – wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę np. „młoda kapusta mleko kokosowe”, pewnie od razu wyskoczy choćby przepis Ani czy Śliwki & Tosi. Rok temu się przymierzałam, ale... jakoś nie wyszło. Co się jednak odwlecze… W mojej wersji jest pikantnie, ale (subiektywnie) nie zanadto. Jeśli ktoś jednak woli dania łagodne, można dać tylko ½ papryczki (ostatecznie usunąć nasiona, co jednak wydaje mi się pozbawione sensu, bo po co w ogóle wówczas dawać chilli ;). Żeby było bardziej konkretnie (obiadowo), jako dodatek pojawiło się pieczone tofu (albo ktoś był na zakupach w wielkim mieście ;). Ogólnie jest lekko, smacznie, wyraziście – wchodzi do repertuaru ;).

I cytując panią z brooklyńskiego sklepu (wspomnienie wakacji 2014; rzecz tyczyła butów): "Aaaand it's vegan!".

Składniki (2-3 porcje):

  • 2/3 główki młodej kapusty (resztę można zostawić do mieszanych surówek z pomidora i ogórka, polecam!),
  • 1 cebula,
  • 1 ząbek czosnku
  • łyżeczka oleju kokosowego
  • 3 plastry imbiru
  • 1 mała (tajska) papryczka chilli
  • 2-3 liście limonki (ostatecznie – skórka starta z 1 limonki)
  • mała puszka (ok. 180ml) mleka kokosowego
  • sos sojowy lub rybny do smaku
  • 1 opakowanie (250g) tofu
Na marynatę do tofu:
  • ¼ szklanki sosu hoisin
  • 2 łyżeczki octu ryżowego
  • sok z 1/4 limonki
  • 1,5 łyżeczki sosu sojowego
  • parę kropli (ok. 1/4 łyżeczki, ew. odrobinę więcej) oleju sezamowego
Do podania:
  • ryż jaśminowy
  • kolendra
  • sok z limonki

Zacząć od odciśnięcia tofu: wyjąć z opakowania, odcedzić, owinąć ręcznikiem papierowym, umieścić w głębokim talerzu, nakryć np. deską do krojenia i obciążyć. Odstawić na co najmniej 30 minut. Po tym czasie odwinąć, pokroić w grubsze plastry. Wymieszać wszystkie składniki marynaty, posmarować dokładnie tofu z wszystkich stron, odstawić ponownie na 30 minut. Po tym czasie przełożyć do naczynia żaroodpornego, posmarować z wierzchu nadmiarem marynaty i piec ok. 30-40 minut w 200 st. C, obracając w ½ czasu pieczenia.

Gdy tofu się piecze lub zaraz będzie się piekło, zająć się kapustą: przesmażyć na oleju kokosowym posiekaną cebulę i czosnek, dodać plastry imbiru, z grubsza pokrojone chilli oraz liście limonki (porwane, bez szypułki/nerwu). Wymieszać, dodać poszatkowaną kapustę, znów chwilę pogotować. Dodać mleko kokosowe, gotować 7-8 minut na żywym ogniu, ew. podlać lekko wodą; przykryć i dusić na małym ogniu, aż kapusta zmięknie, ale nie zanadto – powinna pozostać wciąż trochę jędrna. Doprawić do smaku sosem sojowym i/lub rybnym. Podawać z ryżem, tofu, posypane kolendrą i skropione limonką.

Dla przypomnienia: była jeszcze młoda kapusta

czwartek, 18 maja 2017

Do tego, co dobre, człowiek się błyskawicznie przyzwyczaja. Mam tu akurat na myśli domowy makaron ;). Od kiedy uznałam, że zrobienie go to żaden problem, M lubi wałkować, szczęśliwych jaj nam nie brakuje – prawie w ogóle nie jemy kupnego, choć awaryjna paczka leży w szafce. Dodam, że nie suszymy na zapas, tylko ½ porcji jemy od razu, druga ½ leży przez kilka dni w lodówce (poza tym, że lekko ciemnieje, nic jej się nie dzieje, nie ma dyżuru przy maszynce, kłopotu z suszeniem – „znowu mi się skleiło” - i przechowywaniem – „jak ja mam to wsadzić do tego słoja”, ew. „co ci się to tak połamało”). I właśnie ok. 1/5 porcji tego ciasta użyłam do zrobienia dwóch (tak, słownie dwóch) ravioli con uovo, tj. wielkich pierożków z ciasta makaronowego, z żółtkiem i serem w środku (a wcześniej przeczytałam ileś tam przepisów w internecie, które zasadniczo wszystkie powtarzały te same składniki). Dodam, że nigdy tego dania wcześniej nie jadłam, intrygowała mnie jednak technika (dużo łatwiejsza, niż sądziłam!), poza tym przy takich składnikach – co może źle smakować? No, chyba, że ktoś nie jada płynnego żółtka :D

Wyszłam z założenia, że jedno duże raviolo na osobę = przystawka, jestem jednak w stanie sobie wyobrazić zjedzenie maksymalnie trzech na główny posiłek, z dużą ilością jakieś zieleniny jako dodatek. Uwaga, użyłam zwykłego twarogu, i od biedy może być, jednak mimo wszystko lepiej sprawdzi się ricotta – jest łagodniejsza, delikatniejsza i przede wszystkim, się nie warzy.

Składniki (2 sztuki):

  • 1/5 ciasta makaronowego z tego przepisu
  • 2 żółtka
  • 50-60g ricotty
  • garść czosnku niedźwiedziego (lub sezonowych ziół)
  • łyżeczka parmezanu
  • sól do smaku
  • Do podania:
  • 2-3 łyżki stopionego, zrumienionego masła

Przygotować ciasto zgodnie z przepisem, dać mu odpocząć. Ricottę rozetrzeć w misce, wymieszać z parmezanem. 2/3 czosnku niedźwiedziego drobno posiekać, dodać do sera, całość doprawić do smaku solą (powinien być dość wyrazisty). Nastawić wodę do gotowania jak na makaron, można też zacząć pomału stapiać masło. 1/5 ciasta makaronowego cienko rozwałkować na prostokąt. Ser podzielić na pół, ułożyć w odstępie ok. 10 cm na połowie ciasta, w każdej kupce zrobić głęboki dołek o średnicy przeciętnego żółtka. Żółta oddzielić od białek i delikatnie umieścić w dołkach (patrz zdjęcie), zakryć delikatnie pozostałą ½ ciasta. Wykroić ravioli – planowałam użyć okrągłej wykrawaczki, ponieważ okazała się za mała, wykroiłam krążki nożem do pizzy. Gotować ok. 4 minuty w osolonym wrzątku, w międzyczasie posiekać pozostały czosnek. Ravioli delikatnie wyławiać z garnku szumówką, podawać od razu, polane zrumienionym masłem i posypane czosnkiem niedźwiedzim.

Zapisz

niedziela, 14 maja 2017

Pewnie zjedliście już niedzielne śniadanie. Jeśli przypadkiem nie, a macie czerstwe pieczywo na stanie lub szparagi, mam dwie propozycje. Jeśli tak, może przepisy przydadzą się na zaś lub jako np. element lekkiej kolacji.

Po pierwsze, wytrawny chleb smażony. Taki na słodko – vel tosty francuskie, jak ktoś używa tej nazwy, bo ja nie ;) – już pokazywałam (ostatnio gruszkowe oraz jagodowe z hot cross buns). Czemu jednak nie zrobić wersji „na słono”, skoro wersja nocna (Croque Monsieur) działa bdb?

Wytrawne tosty z patelni

Składniki (2 porcje):

  • 4 kromki chleba,
  • 2 jaja,
  • 100ml mleka,
  • sól, pieprz, koperek,
  • plastry sera koziego/fety,
  • 1 pomidor,
  • bazylia

Jaja roztrzepać z mlekiem, doprawić hojną szczyptą soli i pieprzu, przelać do płytkiego, dużego naczynia. Obtoczyć chleb w jaju z mlekiem, odstawić do nasiąknięcia na co najmniej 10 minut. Rozgrzać na patelni niewielką ilość masła (lub mieszanki masła i oleju), smażyć pieczywo na złoto z jednej strony, obrócić. Gdy druga strona się rumieni, obłożyć kromki serem, pomidorem, posypać koperkiem i bazylią. Smażyć, aż spód się zezłoci a ser lekko zmięknie. Jeśli ser nie jest słony (typu feta), można przed podaniem tosty oprószyć solą.

Szparagi w tym sezonie jadłam już kilkakrotnie – zielone pieczone (choć bez sosu). W końcu uznałam, ze można urozmaicić formę. Stanęło na omlecie, a ponieważ wciąż szukam pomysłów na zagospodarowanie białek (patrz: tag na blogu ;), jednak omlety na samych białkach mi nie smakują, poszłam w kierunku „cudownego rozmnożenia”, i taką opcję polecam. Szparagi oczywiście można zastąpić czymś innym, choćby zblanszowanym szpinakiem lub liśćmi boćwiny.

Omlet ze szparagami (częściowo na białkach)

  • 3 jaja (białka i żółtka osobno),
  • łyżeczka mleka
  • 2 dodatkowe białka,
  • pęczek średnich zielonych szparagów parowany 3 minuty,
  • sól, pieprz,
  • 1,5 łyżki startego sera

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce, gotować na parze ok. 3 minuty (cieńsze krócej, bardzo grube z 30-60 sekund dłużej), po ugotowaniu lekko posolić. Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Białka ubić (razem z dodatkowymi oraz szczyptą soli) na pianę, żółtka roztrzepać z mlekiem, hojną szczyptą soli i pieprzu. Delikatnie, lecz dokładnie wymieszać żółtka z białkami, dodać ok. ½ sera. Przelać na rozgrzaną, żaroodporną patelnię z niewielką ilością masła (lub oleju, lub masła i oleju), na wierzchu ułożyć szparagi. Gotować ok. 2 minut, następnie posypać pozostałym serem i przełożyć do nagrzanego (180 st.) piekarnika (u mnie na poziom 2 od góry) i piec ok. 9 minut. Podawać od razu.

PS. Zeszłoroczny wpis "dwa letnie śniadania" zawierał podobny zestaw ;).

poniedziałek, 01 maja 2017

Jak co jakiś czas, miałam parę tygodni temu zryw pt. „jemy za mało strączkowych”. Tym razem trochę poszalałam, bo poza dwoma szklankami ciecierzycy na hummus(y), namoczyłam jeszcze sporą ilość na falafelki (które w związku z tym potem jedliśmy kilka dni ;). Rzecz w tym, że przemówił do mnie pomysł zmieszania ciecierzycy z miso (w końcu nie ma jak umami ;). Przeczytałam kilka przepisów w sieci, które różniły się głównie proporcjami i ew. dodatkami. Bazowały na jasnym miso, ja zaś miałam ciemne, które (o ile mi wiadomo), jest znacznie bardziej słone i wyraziste, i w związku z tym warto dać go mniej – o czym teraz już wiem, i co odzwierciedla poniższy przepis. Uwaga: to wciąga, tj. dodatkowe umami robi swoje i moim zdaniem trudniej się od tego smarowidła oderwać, niż od wersji klasycznej, dyniowej lub z masłem orzechowym.

Jeśli chodzi o dodatek sody do gotowania: owszem, przyspiesza proces, ale nie mam wrażenia, że aż tak, natomiast ciecierzyca gotująca się z sodą ma dość specyficzny zapach, który osobiście mnie nieco drażni, więc nie zawsze z niej korzystam; jeśli już, nie więcej niż łącznie łyżeczkę na szklankę ciecierzycy. 

Hummus z miso

Składniki (na spory słoik):

  • 1 szklanka (ok. 185g) suchej ciecierzycy,
  • 1 łyżeczka sody (opcjonalnie)
  • 2-4 (przy ciemnym proponuję zacząć od 2 i powinny wystarczyć) łyżki miso,
  • 1/2 szklanki tahiny,
  • ząbek czosnku
  • zimna woda,
  • hojna szczypta kuminu (i ew. dodatkowy do posypki),
  • sok z 1/4 cytryny

Ciecierzycę zalać wodą na noc. Jeśli używacie sody, dodać ją do namaczania (całą lub tylko ½ i resztę dorzucić do garnka następnego dnia). Kolejnego dnia wodę z namaczania odcedzić, zalać strączkowe świeża wodą, dodać ew. pozostałą sodę i gotować, aż ciecierzyca będzie zupełnie miękka, lekko rozpadająca się (co zajmie 40 minut lub nieco dłużej). Przestudzić, następnie zmiksować malakserem z pozostałymi składnikami, zimną wodę dodając stopniowo, by uzyskać pożądaną konsystencję. Uwaga: brak soli to nie błąd, miso jest wystarczająco słone.

Podawać hummus z pieczywem, skropiony oliwą/dobrym olejem np. rzepakowym i ew. posypany dodatkowym kuminem (można też użyć czarnuszki, nasion sezamu czy sumaku, choć ten ostatni moim zdaniem bardziej pasuje do wersji poniżej). Przechowywać w lodówce.

O ile hummus z miso jest słony i intensywny, wersja różowa jest słodsza, łagodniejsza i bardziej uniwersalna (o ile lubi się buraki). Bazowałam z grubsza na przepisie Jadłonomii, odkładając ½ ugotowanej ciecierzycy na wersję miso, a resztę na tą różową. Oryginał był dla mnie za słodki, więc dodałam do smaku więcej soku z cytryny + odrobinę dodatkowych przypraw (podobnie jak zrobiłam w przypadku "siostrzanej" wersji dyniowej).

Hummus buraczany

Składniki (na spory słoik):

  • 1 szklanka (ok. 185g) suchej ciecierzycy,
  • 1 łyżeczka sody (opcjonalnie)
  • 1 średni upieczony burak
  • ząbek czosnku
  • 1/2 szklanki tahiny,
  • zimna woda,
  • po hojnej szczypcie: słodkiej wędzonej papryki, ostrej papryki oraz sumaku (opcjonalnie), ew. więcej do posypki
  • sok z 1/2 cytryny lub do smaku

Postępować jak w powyższym przepisie, gotując namoczoną ciecierzycę, następnie ostudzoną miksując na gładko z resztą składników. Podawać skropione oliwą i najlepiej oprószone sumakiem/słodką papryką, niekoniecznie wędzoną (pasuje też czarnuszka lub czarny sezam, także dla kontrastu kolorystycznego).

czwartek, 30 marca 2017

Wiadomo, stale szukam pomysłów na przerobienie białek (może powinnam dodać nowy tag na blogu...?). Ostatnim odkryciem była chałka oraz, do pewnego stopnia, bo mało wydajne jako metoda przetwórcza ;), whisky sour. Niedawno jednak Karolina ze Sto kolorów kuchni zachęcała do spożytkowania białek po np. pączkach w... granoli. Pomysł bardzo mi się spodobał, bo wykorzystuje akurat tyle białek, ile zostaje po produkcji domowego makaronu. W sumie dotychczas robiłam w kółko granolę z masłem orzechowym - aż M nie zaczął marudzić, że coś mu nie smakuje, a potem nastała zima, kiedy ze śniadań jedzonych łyżeczką wolę ciepłą owsiankę lub kaszę manny. Skoro jednak mamy wiosnę, można wrócić do płatków na zimno, a po wielkanocnych wypiekach z pewnością zostaną kolejne obiekty do ubicia (i zużycia).

Moja wersja nieco różni się od tej Karoliny, bo jest i lekko słodsza (więcej miodu + suszone owoce), ale wciąż nie wyraźnie słodka, i dałam bardziej urozmaicone nasiona. Osobiście wolę też mieszankę płatków, można jednak oczywiście użyć tylko owsianych. Zmniejszyłam także ilość przyprawy korzennej, bo z doświadczenia wiem, że mało ją czuję w gotowym produkcie ;).

Składniki:

  • 700g płatków owsianych (górskich lub zwykłych) lub mieszanka 1:1 płatków owsianych i np. żytnich
  • 200g mieszanki siemienia lnianego, sezamu i pestek słonecznika
  • 100g orzechów włoskich (posiekanych) lub zwiększyć ilość ww. nasion
  • 4 łyżki płynnego miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki oleju
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 4 białka dużych jaj (lub ok. 5 mniejszych)
  • garść suszonej żurawiny
  • garść rodzynek lub innych suszonych owoców (śliwek, moreli), posiekanych

Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Płatki, nasiona i orzechy mieszamy w misce. Dodajemy pozostałą sól, przyprawę korzenną, olej i miód, ponownie i dokładnie mieszamy. Przekładamy płatki itd. do ubitych białek i całość mieszamy tak, aby białka pokryły wszystkie suche składniki. Przekładamy na blachę wyłożoną matą do pieczenia (ew. pergaminem), wyrównujemy i pieczemy ok. 50-60 minut w 140 st.C, mieszając ok. 3 razy w międzyczasie (można też piec na raty, jeśli z przyczyn praktycznych trzeba zwolnić piekarnik, tj. np. 30 minut, przestudzić, potem dopiec kolejne 30 minut, gdy piekarnik znów będzie wolny). Do upieczonej granoli dorzucić suszone owoce, wymieszać i zostawić jeszcze na 10-15 minut w cieple resztkowym piekarnika. Wystudzić na kratce, przełożyć do słojów. Wychodzi ok. 2 litrów granoli.

niedziela, 08 stycznia 2017

Wciąż szukam przepisu na gofry idealne. Do tej pory najlepsze były, w moim odczuciu, te drożdżowe, ale wymagają dość długiego pieczenia by osiągnęły pożądaną (w moim odczuciu) chrupkość. Niedawno spotkałam się z pomysłem dodania do masy niewielkiej ilości mąki owsianej lub ryżowej: dla wchłonięcia nadmiaru wilgoci. Spodobał mi się w związku z tym przepis w How to Hygge, gdzie gofry składają się z dwóch ulubionych zbóż autorki, Signe Johansen: owsa i orkiszu (choć można i użyć mąki pszennej). Przygotowanie jest nieco bardziej pracochłonne, niż przy „zwykłych” gofrach, jednak uprażenie płatków daje wyraźną słodycz i orzechowy aromat, który mnie osobiście bardzo odpowiada, M jednak narzekał, że „owies za bardzo czuć” (nie dogodzisz…). Gofry wychodzą także bez specjalnego wysiłku wyraźnie chrupkie, tak, jak lubię najbardziej. Są także wyraźnie słodkie, więc moim zdaniem, jeśli planujecie wytrawne dodatki (imho gofry śniadaniowe z jajkiem w jakiejś postaci i/lub łososiem wędzonym są lepsze od deserowych ;), warto dać mniej cukru (co oznaczyłam w przepisie).

Składniki (dla 2 osób, ok. 5-6 sztuk):

  • 75g płatków owsianych błyskawicznych
  • 175g jasnej mąki orkiszowej (opcjonalnie można dać z tego ok. 30g razowej)
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 25-50g* drobnego cukru
  • ¼ łyżeczki soli
  • 75g stopionego masła (+ ew. dodatkowe do natłuszczenia gofrownicy, jeśli tego wymaga)
  • 50ml wody
  • 125g kwaśnej śmietany lub mieszanki śmietany i maślanki/jogurtu (jak u mnie, i polecam)
  • 100ml mleka
  • 2 średnie jaja
  • łyżeczka ekstraktu z wanilii (w przypadku gofrów na słodko)

* Jak we wstępie: więcej, jeśli mają być tylko deserowe.

Uprażyć (przez 10 minut) płatki owsiane na blaszce w piekarniku nagrzanym do 170 st. Powinny lekko się zezłocić i nabrać orzechowego aromatu. Lekko wystudzić, zmielić 1/2 na mąkę, resztę zostawić w całości. Można to zrobić np. wieczorem poprzedniego dnia, jeśli gofry mają być na śniadanie.

Wymieszać wszystkie suche składniki w misce, dodać mokre i wyrobić dość gęste ciasto – nie powinno lać się natychmiast z trzepaczki, tylko opadać z niej po paru sekundach (w razie potrzeby podsypać mąką). Odstawić na 30 minut. Nagrzać gofrownicę i postępować zgodnie z instrukcją obsługi, przeznaczając po chochelce ciasta na gofra. Studzić na kratce, ew. można je trzymać z lekko ciepłym piekarniku/na podgrzanym talerzu, jeśli zależy wam na tym, by pozostały ciepłe – nie powinny zawilgotnieć.

Teraz kolejne wyzwanie – połączyć przepis na gofry drożdżowe z tym na owsiane, by osiągnąć wersję zadowalającą wszystkich… O ile to możliwe ;).

wtorek, 01 listopada 2016

Kartacze, cepeliny... jak zwał, tak zwał, choć osobiście lubię tą drugą nazwę. Na Litwie mi specjalnie nie smakowały, stołówkowe też nie wzbudzają wielkiego zachwytu. A jednak jakiś czas (ze 2 lata?!) temu zaczęłam myśleć o takich owalnych pyzach XXL, które wypełnione byłyby kaszą. Byłam przekonana, że jadłam je jakieś naście lat temu na nartach z rodziną M, ale domniemana autorka się wyparła, mówiąc, że nigdy niczego kaszą nie nadziewała. Zarzuciłam temat... na ponad rok. Do realizacji zmusiło mnie parę mącznych ziemniaków (pamiątka z urlopu), które szkoda byłoby zmarnować.

Przepis mogłam wziąć z internetu, ale skoro znam guru od potraw mącznych (patrz: pierogi i ostatnio knedle), a na imię jej Fettinia, to uderzę do niej ;). Podobnie jak w przypadku knedli, dostałam od guru ogólne zasady i proporcje, wg których sobie opracowałam poniższy przepis. I wszystko zadziałało.

Składniki:

  • 540g (4 szt) mącznych gotowanych ziemniaków, przeciśniętych przez praskę,
  • ok. 130g (tu: 1 sztuka) surowych ziemniaków (starte, odciśnięte),
  • 1/2 łyżeczki (kopiaste) soli,
  • ok. 80g mąki ziemniaczanej (1/4 masy, objętościowo),

Farsz:

  • 1/2 szkl. kaszy pęczak (przed ugotowaniem),
  • ok. 140g twarogu,
  • sól, pieprz (sporo),
  • 1 duża cebula
  • olej rzepakowy
  • majeranek

Zacząć od farszu: zeszklić na oleju drobno posiekaną cebulę, doprawić hojnie majerankiem. Ugotować kaszę, wymieszać z twarogiem, ubić tłuczkiem, dodać od 1/3 do 1/2 zeszklonej cebuli, doprawić masę do smaku solą i pieprzem (obficie; farsz musi być wyrazisty).

Zająć się masą na cepeliny: surowe ziemniaki zetrzeć na tarce, odcisnąć wodę. Mączne ziemniaki ugotować, odparować, przecisnąć przez praskę i od razu, jeszcze gorące, wymieszać z surowym ziemniakiem, solą i maka ziemniaczaną. Uformować ręcznie możliwie gładkie ciasto. Podzielić na 5-6 części, co da dość duże pyzy, każdy kawałek rozpłaszczyć na dłoni i nadziać możliwie dużą ilością nadzienia, zalepić i uformować owalny kształt. Uwaga, farszu jest z lekką górką, ale nadprodukcję można potraktować jako bonus dla kucharza ;). Gotować w dużej ilości osolonej wody ok. 3 minut od wypłynięcia. Podawać o razu, polane pozostałą cebulą (można rozprowadzić lekko olejem, gdyby była za sucha).

sobota, 22 października 2016

Ile można chorować na głupią infekcję…? Opowiem: czasem długo. Gdy najpierw męczył mnie ból gardła a potem silny kaszel, przypomniałam sobie o kisielu (zawsze się waham przy odmianie tego słowa, więc polecam moją ulubioną Poradnię PWN). Wspominałam przy okazji tego rabarbarowego, że miseczki lub kubki kisielu z torebki przynosiła mi Mama, gdy chorowałam, a ja zadowolona wszystko zjadałam – zadowolona, bo lubiłam takie desery, nie dostrzegałam jednak nigdy ich cudownego działania na obolałe gardło. Inaczej w sytuacji, gdy samo picie wody sprawiało ból; wtedy coś, co ma konsystencję żelu i nie jest słone ani pikantne, staje się bardzo atrakcyjne. W skrócie, bardzo się cieszyłam z zapasu żurawiny w zamrażarce. Oczywiście, akurat teraz trwa na nią sezon, więc można użyć świeżych owoców.

Swoją drogą, mignęło mi gdzieś w internecie, że kisiel żurawinowy to danie świąteczne, z czym nigdy się nie spotkałam… Wiecie coś o tym?

Składniki (2 porcje)

  • ½ szklanki (ok. 80g) żurawiny
  • ok. 2 szklanek wody
  • 4 łyżki cukru
  • 1 goździk
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej roztarte w 1,5 łyżki wody

Żurawinę wymieszać z cukrem, zalać szklanką wody, dodać goździk, zagotować. Gotować na małym ogniu pod przykryciem ok. 15 minut, lub aż owoce się z grubsza rozpadną. Przecedzić przez sitko i przetrzeć. Dodać kolejną szklankę wody, ponownie podgrzać. Dokładnie rozetrzeć mąkę ziemniaczaną z wodą i dodać do rondla z żurawiną jednocześnie stale i dokładnie mieszając, żeby nie powstały grudki (aby uzyskać kisiel bardziej do picia niż jedzenia wystarczy dać łyżkę mąki ziemniaczanej, ale roztartą w ok. 2 łyżkach wody). Kisiel powinien prawie od razu zacząć gęstnieć. Doprowadzić prawie do wrzenia, zdjąć z ognia i jeszcze chwilę mieszać. Przelać do dwóch naczyń, odstawić do wystudzenia. Przechowywać w lodówce. PS. Osobiście najbardziej lubię kisiel lekko ciepły lub letni, ale schłodzonym też nie wzgardzę. Zwłaszcza w chorobie ;).

Zapisz

sobota, 15 października 2016

Nie da się ukryć: nastał sezon na dynię. W tym roku z ogrodu przyniosłam ok. 12 sztuk Hokkaido, Amazonki i Potimarron: a ponieważ wszystkie są do siebie dość gabarytowo, na wygląd (nawet Hokkaido, bo jakoś nie wyrosły im antenki, a jestem pewna, że w ziemi były dwie rośliny i miały owoce…) oraz w smaku podobne, plus i nie pamiętałam, gdzie którą posadziłam, przyjmuję, że ogólnie „mam dynie”. Poza „normalnymi” - jak na drobne odmiany – owocami ważących do 2kg, jest kilka mikrusów, które wyrosły dopiero pod koniec lata (czyt. gdy zrobiło się ciepło). Tak czy inaczej, sądzę, że biorąc pod uwagę nasze w miarę skromne potrzeby, starczą na ten sezon.

Tegoroczną dynię dorzucałam na razie a to do zupy, a to do pieczenia obok innych rzeczy (mój ulubiony typ obiadu z brytfanki). Gdy miałam nadmiar, stworzyłam kolejną wersję pasty do pieczywa (rok temu był hummus) – po tym, jak przy półce z nabiałem w supermarkecie miałam refleksje pt. „o, gorgonzola, a dynia się z nią lubi... tylko jeszcze nie wiem, w jakiej formie”. To ostatnie rozgryzłam potem ;).

  • 260g upieczonej, zwięzłej dyni,
  • 40g gorgonzoli (wariant picante; można ew. zastąpić innym serem z niebieską pleśnią),
  • ok. 2-3 łyżek posiekanej dymki,
  • 2 łyżki oleju z pestek dyni,
  • ok. 8-10 liści szałwii,
  • sól i pieprz (do smaku),
  • hojna szczypta gałki muszkatołowej

Dymkę delikatnie podgrzewać na oleju z pestek dyni, aż zmięknie, dodać liście szałwii i jeszcze chwilę podgrzewać. Wymieszać (razem z całym olejem z naczynia) z pozostałymi składnikami i zmiksować w malakserze, sprawdzić doprawienie. Gdyby masa była za sucha, dodać jeszcze trochę oleju lub odrobinę ciepłej wody i ponownie zmiksować. Podawać do pieczywa lub warzyw korzeniowych, jako dip.

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna