Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: bezmięsne

wtorek, 08 maja 2012

Siedzę i liczę: szparagi jadłam dwa razy, szpinak raz, kapustę dwa razy, szczaw raz... Myślę: "Za mało, wciąż jeszcze za mało". Zaczęła się zielona (no, dobrze, zielono-różowa - rabarbar, botwina...) pora roku i jak na razie, nie zdążyłam się nią nasycić.

Jesienią zasadziłam - kępkami i pod drzewami, jak kazano - czosnek niedźwiedzi i już od paru tygodni z zainteresowaniem patrzyłam, jak kiełkuje. Gdyby ktoś się pytał, "skąd to wziąć" - dobiegły mnie słuchy, że już nie jest to towar tak egzotyczny, jak kiedyś (ja o nim chyba pierwszy raz usłyszałam oglądając film Monachium). Gdybyście jednak chcieli zrywać gdzie popadnie, doczytałam się, że roślina jest objęta w Polsce częściową ochroną gatunkową - więc warto się wcześniej upewnić, czy nie łamiecie prawa.

Dodawałam już pojedyncze liście czosnku do sałatek czy dań warzywnych, traktując je jak przerośnięty szczypiorek, wczoraj jednak wykorzystałam garść do utarcia pesto. Postępowałam analogicznie do tego z liści rzodkiewki (bazującego na bazyliowej klasyce). Lubię ucierać w moździerzu, dorzucając i dolewając nieliściaste składniki według potrzeb.

Pesto z czosnku niedźwiedziego

Składniki: pęczek (garść) czosnku niedźwiedziego, oliwa z oliwek, sok z cytryny, ok. łyżki startego parmezanu, jw. pestek słonecznika, sól

Czosnek lekko rozetrzeć w moździerzu, lekko podlać oliwą (na początek wystarczy ok. 1-1,5 łyżeczki, potem można dolać więcej wg potrzeb), dalej ucierać, dodać parmezan, słonecznika, ew. dodatkową oliwę, jeśli masa za sucha i kontynuować ucieranie. Doprawić cytryną i solą do smaku.

Co dalej z pesto, chyba nie muszę Wam tłumaczyć (choć przypomnę tylko o pewnych jajkach na twardo...). Dwie łyżeczki przydały mi się do doprawienia także zupy szczawiowej.

Do tej pory jadłam zupę szczawiową nie w formie kremu, z pływającymi mniejszymi lub większymi liśćmi szczawiu. M przyniósł jednak z targu kilogramowy wór i oznajmił, że będzie inaczej. Wyszło ekspresowo (akurat i tak gotował się bulion, więc był gorący pod ręką) i zaskakująco smacznie.

Zupa szczawiowa

Składniki: 1kg szczawiu, ok. 750l dobrego bulionu (warzywnego lub drobiowego), sól, pieprz, masło, opcjonalnie do doprawienia: śmietana, jajo na twardo, pesto, sos berneński

Szczaw dokładnie umyć, obrać z łodyżek. W rondlu rozpuścić łyżkę masła, poddusić liście, aż zmiękną i zmienią barwę na khaki (cytuję tu moją drugą połowę :). Zalać gorącym bulionem, zagotować, gotować na średnim ogniu 5 minut, aż szczaw całkiem zmięknie. Zdjąć z ognia, zmiksować na gładko, doprawić do smaku solą/pieprzem. Podawać od razu, albo odstawić i podgrzać przed podaniem. Podawać zaś można z łyżką śmietany; z jajem na twardo (w połówkach lub posiekanym); z łyżeczką lub dwiema (na talerz) powyższego pesto lub - bardzo polecam! - z dodatkiem sosu bearnaise.

Skoro o sosie bearneńskim mowa, w weekend przerobiliśmy dwa pęczki zielonych szparagów. Jeden pęczek - właśnie pieczony i z bearnaise - robił za obiadowy dodatek do powyższej zupy. Drugi poczekał na niedzielne śniadanie - został także upieczony, ale tym razem podałam go z dodatkiem parmezanu i jajka w koszulce. Prawdziwie świąteczny początek dnia - polecam i zastanawiam się, jakie zielone (lub różowe) będzie teraz na tapecie, i w jakiej postaci...

niedziela, 06 maja 2012

Kończy się majówka. Wolne dni sprzyjają bardziej odświętnym śniadaniom, a ciepła pogoda - posiłkom na świeżym powietrzu. Placuszki vel pankejki śniadaniowe już pokazywałam (czy to z boczkiem, czy to cytrusowe...) - te pochodzą z przepisu autorki bloga Zmysły w kuchni i są wariacją na temat racuchów z jabłkami. Clou to solone masło piernikowe - nalegam, abyście go nie pomijali, jeśli zechcecie skorzystać z przepisu, i naprawdę warto użyć masła solonego lub posolić zwykłe - powstały smak to coś wyjątkowego. Oto przepis Karoliny, z moimi niewielkimi zmianami:

Placuszki jabłkowe z korzennym (piernikowym) masłem 

2-3 porcje

Na placuszki:
  • 150g mąki ze spulchniaczami (można ja zrobić samemu mieszając każde 150g mąki pszennej z pól łyżeczki proszku do pieczenia i pół łyżeczki sody - i ja tak postąpiłam :)
  • pół łyżeczki sody 
  • szczypta soli 
  • 1 jajko, rozkłócone 
  • ok. 140ml maślanki*
  • 2 łyżki mleka (pominęłam, dałam więcej maślanki)
  • ok. 40g stopionego masła 
  • 1 nieduże jabłko, starte na dużych oczkach (lub posiekane - u mnie)
  • garść suszonej żurawiny (lub rodzynek)
  • nieco masła do smażenia i syrop klonowy do serwowania

* Jeśli jak ja, obudzicie się "po ptakach", że nie macie maślanki, możecie w błyskawiczny sposób zakwasić mleko kopiastą łyżką octu winnego lub cytryny na 250ml (i odstawić na ok. 5-10 minut w temp. pokojowej), by użyć jako substytutu maślanki. Pomysł za Nigella Kitchen.

Masło korzenne (piernikowe):
  • ok. 40g solonego (koniecznie!) masła 
  • 1 łyżeczka przyprawy korzennej (do piernika)
  • 1 łyżeczka drobnego cukru  
Najpierw należy przygotować masło - nie za twarde posiekać i ugnieść dokładnie widelcem z przyprawą i cukrem. Jeśli nie macie gotowego masła solonego, możecie, jak ja, dodać hojną szczyptę-dwie soli. Uformować mały, gruby wałeczek (lub kulkę ;), zawinąć w kawałek pergaminu i włożyć do lodówki.
W misce wymieszać mąkę z sodą, solą i utworzyć dołek w środku. Dodać rozkłócone jajko i mieszając dolać maślankę, masło i mleko (jeśli używacie). Gdy mieszanka będzie jednolita, jak gęsta śmietana, dodać jabłko i żurawinę/rodzynki, delikatnie wymieszać.
Na patelni rozgrzać masło i nakładać po kopiastej łyżce masy, tak aby uformowały się nieduże placuszki. Smażyć z jednej strony, aż dół będzie ścięty i przyrumieniony, następnie chwilę z drugiej strony. Gotowe placki trzymać w cieple, np. na podgrzanym talerzu. Podawać z plastrem masła na każdym placku, polane syropem klonowym.
Cóż... Placków wyszło 8 sztuk, podzieliliśmy się nimi z M sprawiedliwie, ale powiem szczerze, że gdyby było więcej, jeszcze bym zjadła ;). Masła piernikowego trochę zostało i odkryłam, że świetnie komponuje się na chlebie z... delikatną wędliną drobiową ;). Polecam!
środa, 25 kwietnia 2012

 

Będzie krótko, a treściwie, albowiem jest już dostępna botwinka! Nie wiem, jak Wy, ale ja z przyjemnością zaczęłam "kolekcjonować" nowalijki - w kuchni pojawiła się już młoda kapusta, szpinak i właśnie botwina.

Tytułowa przypominajka nie oznacza, że jadłam i pokazywałam tu już to danie, ale przepisy na oba elementy składowe można znaleźć na blogu. Mianowicie zrobiłam botwinę-jarzynkę (z 4 pęczków mikro-botwiny; sos starałam się możliwie odparować i dość mocno doprawić - solą, pieprzem, nie żałowałam też czosnku; hyzopu, o którym wspominam w przepisie, nie dodałam, za to wmieszałam na koniec dwa porwane liście czosnku niedźwiedziego - można by też dodać trochę szczypiorku), którą następnie wymieszałam z ugotowanym domowym pappardelle (ok. 200-220g, ale sosu było tyle, że starczyłoby i dla 300g).

Makaron przygotowałam z mieszanki (1:1) mąki włoskiej 00 i kaszki z pszenic zwyczajnych, o której wspominała kiedyś Gospodarna Narzeczona - polecam taki skład. Zrobiłam go z 400g mąki i kaszy i 4 jaj; do botwiny zjedliśmy połowę, resztę po podsuszeniu przechowałam dwa dni w lodówce, aż zjedliśmy do innego sosu. Przy okazji odkryłam, że Anna del Conte ma rację i makaron najlepiej wałkować na przedostatnim ustawieniu maszynki (u mnie to 8-ka). Gotowe danie (makaron się pięknie zabarwił podczas mieszania) posypałam świeżym majerankiem.

Polecam :)

czwartek, 29 marca 2012

Zbliża się Wielkanoc, wszędzie wokół na blogach a to majonez, a to baby, a to jaja ;). O tych ostatnich właśnie chciałam napisać. Wiecie, że do tej zimy (śniadanie w Esencji, o którym pisałam) nie jadłam nigdy jaj w kokilkach? W minioną niedzielę (kiedy to jadamy bardziej fikuśne śniadania) postanowiłam zrobić własną wersję. Okazało się, że to niewiele trudniejsze od jajecznicy, a możliwości - a nadzienie, doprawienie - mnóstwo. Właściwie można do kokilek wsadzić cokolwiek, co nam podpowiada wyobraźnia, wyczucie smaku i zawartość lodówki ;). U mnie to było tak...

Składniki (na 2 porcje): masło do wysmarowania kokilek, olej/oliwa, 1 czerwona/żółta papryka, 1/2 cebuli, ulubione suszone/świeże zioła, sól, pieprz, szczypta słodkiej papryki (wędzonej lub nie), 2 łyżki śmietany (u mnie 18%), parmezan, 2 duże, szczęśliwe jaja

Drobno pokrojoną cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać drobno posiekaną paprykę, wymieszać, oprószyć ulubionymi ziołami (tymianek np. się nada), doprawić solą, pieprzem, słodką papryką. Smażyć 8-10 minut na średnim ogniu, aż papryka lekko zmięknie, na koniec sprawdzić doprawienie - powinno być wyraziste; w tym czasie nastawić piekarnik na 200 st. C. (termoobieg), wysmarować kokilki masłem. Na dno każdej miski wyłożyć łyżkę śmietany. Równo rozłożyć farsz między kokilki, posypać niewielką ilością świeżo startego parmezanu (lub podobnego sera). Na wierzch wbić po jajku (uważać, by się nie rozkłóciło, choć jeśli to nastąpi, i tak śniadanie będzie jadalne). Piec w kąpieli wodnej* 8-10 minut (aż jajo się zetnie). Podawać od razu, można posypać dodatkowym serem.

* Włożyć kokilki do brytfanny/głębszej blaszki i nalać wrzątku do ok. 1/2 wysokości naczyń.

niedziela, 11 marca 2012

Jak już wyznawałam, lubię książki z podróżami i kulinariami w tle. W ciągu ostatnich paru tygodni przeczytałam dwie z nich - The Olive Farm (wyd. polskie: Oliwkowa ferma) Carol Drinkwater oraz Gaumardżos! Anny i Marcina Mellerów. Ta pierwsza - na minus, druga -  na plus.

Najpierw te złe wiadomości, czyli powieść Drinkwater: ok. 20 lat temu autorka kupiła zrujnowany dom i ziemię z zapuszczonym gajem oliwnym niedaleko Cannes; książka jest zapisem jej stopniowych przenosin do Appassionaty, zmagań z remontem, roślinnością i życiem miłosnym/rodzinnym. Podobne książki zostały napisane przez Petera Mayle'a (sympatyczne lektury wakacyjne), Ferenca Mate (w moim odczuciu - za dużo architektury wnętrz, za mało kulinariów ;) czy Frances Mayes. Być może fani tej ostatniej autorki (do których nie należę) zachwycą się Oliwkową fermą, mnie jednak styl Carol Drinkwater wydawał się, podobnie jak w przypadku autorki Pod słońcem Toskanii, zbyt pretensjonalny. Podobnie jak u Mayes, problem pojawia się nie wtedy, gdy relacjonuje sprawy codzienne, ale gdy próbuje w poetycki sposób opisać otaczające ją krajobrazy lub podzielić się z czytelnikami swoimi uczuciami np. do partnera. Ponadto im dalej, tym mniejszą sympatię czułam do osoby zachowującej się w sposób tak irracjonalny i nieodpowiedzialny, jak autorka; po historii z psem, którego spontanicznie przygarnęła ze schroniska (i który do niego wrócił), prawie przerwałam lekturę; parskałam z irytacji także przy "akcji szambo" - w zamierzeniu chyba humorystycznej - oraz przy historii wyboru wytłaczarni oliwy (a wybór był typu "bo tak!"). Gdy wreszcie odłożyłam książkę, chcąc nie chcąc przypomniałam sobie różne kawały o blondynkach i kobietach ogólnie, bazujące na różnych stereotypach. Merytorycznie jeśli chodzi o kulinaria: są w tle, ale niezbyt ich wiele; najciekawsze wydały mi się opisy wspomnianych wyżej wytłaczarni.

A teraz dobre informacje: produkt rodzimy, czyli książka o Gruzji, w której (jeszcze) nigdy nie byłam, a chciałabym pojechać od kiedy obejrzałam kilkanaście lat temu film Zakochany kucharz. Gaumardżos! znalazłam pod choinką i choć byłam sceptycznie nastawiona do książki sygnowanej nazwiskiem dziennikarza, za którym do tej pory nie przepadałam, już pobieżne oględziny przy stole wigilijnym wypadły pomyślnie. Okazało się, że zarówno Marcin Meller, jak i jego żona (na początku byłam zaskoczona zmianą płci narratora z rozdziału na rozdział, bo nie są sygnowane imieniem, potem się przyzwyczaiłam), piszą w sposób przystępny, dowcipny i ciekawy - lektura łatwo i szybko "wciąga". Oczywiście, przedstawiony obraz Gruzji jest zapewne subiektywny, ale poziom pretensjonalności jest bardzo niski lub zerowy ;); jest także tzw. rys historyczny (w tym historia najnowsza czy sprawa porwanego lotu 6833 do Batumi, o której nigdy wcześniej nie słyszałam) oraz - tak, tak - cały rozdział poświęcony kulinariom. Nie ulega wątpliwości, że podróż do tego kraju byłaby bardzo smaczna (choć niepokoi mnie to, jak bardzo zakrapiana). Dużą zaletą jest także to, że większość zdjęć opublikowanych w książce została wykonana przez autorów.

Z kuchnią gruzińską niestety niewiele miałam do tej pory do czynienia (jeśli pominąć fast-food podczas pobytu w Krakowie jakiś czas temu). Chociaż bardzo chciałabym upiec kiedyś nie fast-foodowe serowe chaczapuri, brak właściwego sera - suluguni - mnie zniechęca (choć czytałam, że można spróbować zmieszać kilka różnych gatunków dostępnych u nas, np. mozarellę i fetę). Chciałam jednak, by wzmiankę o polecanej lekturze ilustrował przepis "stamtąd" - i oto jest puree buraczane, albo inaczej charkhlis mkhali (pkhali).

Przepis zasadniczo pochodzi z książki Roast figs, sugar snow Diany Henry, ale wujek Google pokazał mi wiele podobnych wersji (choćby w A Georgian Feast Darry Goldstein - skąd wzięłam cząber - czy w Feast Nigelli Lawson). Wszędzie są buraki, orzechy włoskie, czosnek, zielona pietruszka i niestety świeża kolendra, z której musiałam zrezygnować (w związku z brakiem na stanie), ale lepiej, by była w składzie. Powstałe puree może stanowić świetną przekąskę/zakąskę, np. jako dodatek do chleba czy dip.

Składniki (ja robiłam z 1/2 porcji, uzyskując 1 miseczkę puree): 350g upieczonego (u mnie)/ugotowanego lub surowego buraka, 75g orzechów włoskich, 1/2 łyżeczki soli, 3 ząbki czosnku, 2 1/2 łyżki świeżej pietruszki, jw. świeżej kolendry, 1/2 łyżeczki mielonej kolendry, szczypta suszonego cząbru, 2 łyżeczki octu z czerwonego wina, 1/2 łyżki oliwy, pieprz do smaku

W moździerzu (u mnie) lub w malakserze utłuc orzechy z solą i czosnkiem na jednolitą pastę. Dodać zioła, dalej ucierać. Buraka zetrzeć na tarce o grubych okach, zmieszać z pastą orzechowo-ziołową, dodać pozostałe składniki, wymieszać dokładnie, sprawdzić doprawienie. W moim odczuciu smaczniejsze po kilkugodzinnym schłodzeniu w lodówce lub następnego dnia.

środa, 07 marca 2012



"Lekkie curry" może brzmi paradoksalnie, bo curry takie, jak można zjeść w restauracji indyjskiej, bazujące na dużej ilości ghee, lekkie nie jest (ba, niektóre zaklejają nawet po dwóch łyżkach ;). To jednak nic innego jak to samo, ale lekko odchudzone, pod gust i żołądek cudzoziemskiego (najczęściej zachodniego) odbiorcy. Takie są dania np. proponowane przez Madhur Jaffrey, z której Indian Cookery często korzystam, i takie kreatywne potrawy indyjskie tworzyłam z przyjaciółką Madzią nie raz i nie dwa. Poniższa ciecierzyca pozostaje w tym duchu, także jeśli chodzi o kreatywność ;) i świetnie rozgrzewa, gdy w ciągu dnia słońce, wiosna niby się zbliża, ale temperatury pozostają ujemne. Poszłam na łatwiznę dla białasów i poza przyprawami jednorodnymi dodałam zamiast chilli - gotową pastę Madras, ale można oczywiście dodać ostrą paprykę świeżą lub w proszku.

Składniki: 1 szklanka ciecierzycy, 1/2 włoszczyzny (tzn. mały por, 2 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, całość pokrojona w kostkę poza porem), lubczyk suszony lub świeży, parę liści curry (idealnie: świeżych), olej, po 3/4 łyżeczki: czarnej gorczycy, kuminu, kopru włoskiego, kurkumy, mielonej kolendry (opcjonalnie) i łagodnego curry, 1 cebula, 500ml przecieru pomidorowego, łyżka ostrej pasty tandoori, vindaloo lub podobnej (ew. ostra papryka w proszku - od 1/4 łyżeczki wzwyż - lub posiekana drobno papryczka chilli), szczypta soli

Ciecierzycę opłukać, zalać zimną wodą, odstawić na noc. Następnego dnia zlać wodę z moczenia, zalać na nowo wodą (tyle, by przykryć), dodać jarzyny, parę liści lubczyku oraz liście curry, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 1h (sprawdzać co jakiś czas, czy wody nie jest za mało, ew. dolać). Osobno na patelni rozgrzać niewielką ilość łagodnego oleju/oliwy i dodać całe przyprawy (kumin, gorczycę, koper) - gdy zaczną pękać, dodać przyprawy mielone, przesmażyć. Do powstałej masali dodać cebulę w piórkach lub drobno posiekaną, przesmażyć, dodać ostrą pastę (lub chilli, lub papryczkę), wymieszać, dodać pomidory. Gotować kilka minut na mocnym ogniu, aż lekko zgęstnieje, dodać do ciecierzycy (z której wyłowić wcześniej pora). Lekko posolić, gotować ok. 8-10 minut pod przykryciem, ok. 20-30 minut odkryte. Podawać np. z ryżem i w idealnym świecie - posypane lekko kolendrą.



piątek, 24 lutego 2012

Ktoś nie śpi, by spać mógł ktoś. Podobno. W tym przypadku by wrzucić przepis na wersję bardziej zaawansowaną jednego z tych dań, które "gotowałam, gdy jeszcze nie gotowałam" (czyt. robiłam to nieregularnie i nieudolnie ;). Pomysł na obiad z paru zimowych warzyw i paczki makaronu (sojowego, gryczanego, innego w mgliście azjatyckim klimacie).

Składniki: 1 mini kapusta czerwone, 2-3 marchewki, ok. 1/3 pora, 30g suszonych grzybów shiitake, woda do zalania grzybów, chilli - w proszku lub 1 mała ostra papryczka, przyprawa 5 smaków (opcjonalnie), sos sojowy jasny i ciemny, sos rybny, ocet ryżowy/sok z limonki, 1 liść limonki, 200g dowolnego makaronu chińskiego

Grzyby zalać wrzątkiem, tyle, by przykryć (parę łyżek), odstawić. Kapustę poszatkować, marchewki obrać i albo cierpliwie pokroić w słupki, albo jak u mnie, zetrzeć na tarce o grubych okach. Pora pokroić w półplasterki. W woku lub ciężkim garnku rozgrzać trochę neutralnego oleju, zeszklić pora, dorzucić świeże chilli, jeśli używacie (rozdrobnione lub tylko zgniecione), kapustę, przesmażyć chwilę, dodać marchewkę, wymieszać. Dorzucić liść limonki pokrojony bardzo drobno np. nożyczkami (z wyjętą twardą łodyżką). Dorzucić grzyby razem z płynem z moczenia, skręcić ogień na średni i dusić, aż płyn częściowo odparuje. Doprawić w między czasie do smaku sosem sojowym jasnym i rybnym, lekko zakwasić sokiem z limonki lub octem ryżowym, oraz dodać chilli w proszku (od 1/4 łyżeczki wzwyż), jeśli nie użyliście wcześniej całej papryczki i opcjonalnie dodać szczyptę-dwie przyprawy 5 smaków. Przygotować makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu, gotowy wymieszać z 1-2 łyżeczkami ciemnego sosu sojowego, wymieszać dokładnie z uduszonymi warzywami w garnku. Sprawdzić doprawienie, podawać od razu, w wersji jeszcze bardziej z upgrade'em (nie u mnie...) - posypane świeżą kolendrą.

poniedziałek, 13 lutego 2012



Ostatnio mam ochotę na dania dla siebie nietypowe, takie, jakich normalnie nie wybieram. Nie, że ich nie lubię, ale nie mogę powiedzieć, bym za nimi przepadała. A jednak... niedawno na stoku rzuciłam się na gorącą czekoladę, a wcześniej zamarzyły mi się (sic) leniwe. Przy okazji wdałam się z M w dyskusję, czy to kluski, czy pierogi, czy po prostu leniwe. Przepis znalazłam u Dorotuś, na raczej niewielką ilość klusek (nie pierogów - wg mnie ;) -dla dwóch-trzech głodnych osób sugeruję od podwoić proporcje. W mojej wersji bez dodatku cukru waniliowego w masie.

Składniki:

  • 20-22 dag twarogu
  • 1 jajko (osobno żółtko i białko)
  • pół szklanki mąki

Twaróg przetrzeć przez sito lub rozgnieść widelcem. Dodać żółtko, mąkę i ubitą pianę z białka. Masa może się lepić, ale im mniej mąki dosypiemy, tym lepiej. Ciasto wyłożyć na stolnicę wysypaną mąką, uformować wałeczek, lekko spłaszczyć. Nożem odkrajać kawałki, wrzucać na wrzątek, gotować chwilę do wypłynięcia.
Podawać z roztopionym masłem lub śmietaną, posypane grubym cukrem i ew. cynamonem, lub jak kto lubi.

Kluski bardzo smaczne, ale dla mnie zbyt monotonne, by stanowić cały posiłek. Choć M patrzył się na mnie jak na UFO, zrobiłam do leniwego obiadu miskę surówki ze słodką nutą.

Surówka z marchwi, włoskiej kapusty i suszonych moreli



Składniki:

  • 2 średnie marchewki
  • mała garść poszatkowanej kapusty włoskiej
  • 3-4 suszone morele
  • sok z cytryny
  • łyżka jogurtu/śmietany
  • ok. 2 łyżeczek cukru
  • sól

Marchewkę zetrzeć, zmieszać z kapustą i morelami pokrojonymi w cienkie paseczki. Skropić cytryną (u mnie obficie), wymieszać z jogurtem/śmietaną, doprawić do smaku niewielką ilością soli i cukrem. Odstawić na bok, po paru minutach sprawdzić doprawienie. Podawać od razu lub po schłodzeniu.

Inna opcja to słodko-kwaśny, chrupki anyżowy fenkuł, którego można zjeść np. przed lub po leniwych:

Surówka z fenkułu



  • 1 średni fenkuł
  • sok z 1/2 cytryny (ew. dobry, delikatny biały ocet - ok. łyżeczki)
  • łyżeczka-dwie cukru
  • szczypta soli

W misce wymieszać cytrynę, cukier i sól. Wymieszać dokładnie z poszatkowanym fenkułem, odstawić na parę minut. Zweryfikować doprawienie, jeść od razu.

wtorek, 07 lutego 2012



Od jakiegoś czasu chodziła za mną taka tarta, kiedyś bowiem zrobiłam podobne tartaletki z resztek ciasta kruchego. Okazja się nadarzyła, gdy wszystkie składniki były w domu (a opakowanie czarnych oliwek kupionych przez M okazało się gotową pastą*). Buraki + wyrazisty ser + oliwki to coś, co bardzo lubię... 

Składniki: ciasto kruche maślankowe (ze 140g mąki/70g masła) lub inne ulubione kruche w ww. ilości; 2 średnie, wcześniej ugotowane lub upieczone buraki; 40g pasty z oliwek/tapenade; 1/4 średniej cebuli, pokrojonej w piórka; ok. 2-3 łyżek pokruszonego sera z niebieską pleśnią/koziego; sól, tymianek, ocet balsamiczny, oliwa

Ciasto przygotować klasycznie: zrobić, schłodzić, rozwałkować, wyłożyć formę (u mnie rozwałkowane bardzo cienko na taką ok. 27cm, można trochę grubiej i wyłożyć mniejszą, np. 24cm) i schłodzić, podpiec na ślepo (z obciążeniem) ok. 10 minut w 190 st. C (termoobieg) i drugie tyle bez obciążenia.

Podpieczony spód posmarować pastą z oliwek, na to wyłożyć równomiernie buraki pokrojone w b. cienkie plasterki, rozrzucić na burakach cebulę, lekko oprószyć solą i suszonym tymiankiem, skropić delikatnie balsamico, na wierzchu rozrzucić ser pleśniowy/kozi, skropić oliwą. Piec ok. 15 minut ponownie w 190-200 st. C., aż brzegi się zrumienią a ser lekko roztopi.

I już :) Można jeść na ciepło, na zimno, jako przystawkę lub w większej ilości (np. w towarzystwie zieleniny) na obiad.

* Dziękuję korektorowi za zwrócenie uwagi ;)

wtorek, 17 stycznia 2012



O daniach awaryjnych - resztkowych, lub składających się z tego, co pod ręką - już pisałam, i to więcej niż jeden raz. Oto dwie kolejne propozycje, które łączy... brak mięsa.

Po pierwsze - kolejna sałatka-śmieciówka, przegląd szafek, lodówki i zamrażarki. Zaskakująco smaczna, z 5 głównych składników ;)

Składniki (dla 2-3 osób): ok. 6 średnich ziemniaków, 1 mała cebula/szalotka, ok. 1/2 małej cukinii lub średniego ogórka, puszka (185g) sardynek/innych rybek w pomidorach, paczka (450g) mrożonej fasolki, sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta ostrej papryki, ulubiony olej/oliwa, sok z cytryny



Ziemniaki ugotować, to samo zrobić z fasolką (u mnie na parze). Gdy się gotują, posiekać drobno cebulę, zalać sokiem z cytryny (u mnie sporo, z ok. 1/2 owocu), dodać pokrojoną w cienkie plasterki lub półplasterki cukinię/ogórka, wymieszać, odstawić na bok (dobrze, by tak postały przynajmniej 10 minut). Ugotowaną fasolkę i ziemniaki lekko wystudzić, na tyle by można było te ostatnie pokroić w plastry. Wymieszać z cebulą i cukinią, dodać rybki wraz z sosem z puszki, doprawić do smaku (u mnie nie żałując pieprzu). Odstawić na ok. 10-15 minut, wymieszać ponownie, zajadać.

Po drugie: kotleciki z soczewicy. Do tej pory najczęściej robione z resztek soczewicy i ziemniaków pozostałych z obiadu ;) Tym razem bazowałam na przepisie Zieleniny, aczkolwiek wprowadziłam z konieczności pewne modyfikacje, a także... upiekłam je w piekarniku. Użyłam mieszanki soczewicy czarnej (zbliżonej do tej z Puy, drobnej, która się nie rozgotowuje) i zwykłej czerwonej.

Składniki: 200ml dowolnej soczewicy (u mnie 3/4 czarnej i reszta czerwonej), liść laurowy, ok. 4 ziaren ziela angielskiego, łyżeczka do herbaty wyrazistego oleju (np. rzepakowy, z lnianki, itd.) lub oliwy, 1/2 pora, 1/4 łyżeczki garam masala, 1/4 łyżeczki chaat masala (z tego przepisu, ale można użyć samej garam masala, lub dodać curry itd.), szczypta chilli, sól, pieprz, 1 jajo, 5-6 łyżek błyskawicznych płatków owsianych, 1/2 pęczka natki pietruszki (ale kolendra chyba byłaby też dobrym pomysłem)



Soczewicę opłukać, ugotować (co potrwa ok. 20-25 minut) w 400ml wody z listkiem bobkowym i zielem angielskim; odszumować podczas gotowania, tuż po zagotowaniu lekko posolić. Pod koniec gotowania dodać łyżeczkę oleju. W między czasie zeszklić na oliwie/oleju pora pokrojonego w cienkie półplasterki, odstawić na bok. Wymieszać z ugotowaną soczewicą, przyprawami, jajem i płatkami owsianymi, zmiksować na gładko w blenderze. Odstawić na ok. 20 minut, by płatki wchłonęły nadmiar wilgoci. Formować okrągłe kotleciki (mnie wyszło 6 sztuk) i a/smażyć do zezłocenia, b/upiec w piekarniku. Ja piekłam i tak ziemniaki do obiadu, więc wolną część blachy wyłożyłam kawałkiem folii, który lekko natłuściłam, umieściłam na niej kotlety i bardzo lekko posmarowałam po wierzchu olejem. Piekłam 20 minut w 190 st. C. (termoobieg). Poza ziemniakami podałam surówkę z tartej marchwi (doprawioną jogurtem, sokiem z cytryny i chrzanem). Niegłupim pomysłem wydaje mi się sos, np. zainspirowany kuchnią indyjską pomidorowy.

 
1 , 2 , 3
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki