Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: bezmięsne

wtorek, 22 maja 2018

Zastanawiałam się któregoś dnia, co podać na obiad – poza tym, że młodą kapustę w jakiejś postaci, bo trzeba było ją zużyć. Ziemniaki jednak wyszły, inne węglowodany mi nie pasowały i M zaproponował: „To zrób kapustę z grochem”. Otworzyłam szeroko oczy, bo rzecz w tym, że nigdy w życiu kapusty z grochem nie jadłam: żadna z naszych rodzin nie ma zwyczaju podawania jej na Wigilię. Groch jednak oboje lubimy, a ziemniaki się wciąż nie materializowały… I okazało się, że jest to pyszne.

Ponieważ nie chciałam, by groch się za bardzo rozpadł w kapuście, ugotowałam go osobno, pilnując, by był miękki, ale jeszcze nie rozpadający się (co zajmie ok. 50 minut); na niewielką główkę kapusty wzięłam ½ szklanki suchego grochu w połówkach. Kapustę przyrządziłam klasycznie, pomijając tylko zabielenie a dodając startą młodą marchewkę (1szt). Poza koperkiem, którego osobiście uważam, że nie ma co żałować ;), można dodać do duszenia kapusty świeżego lubczyku lub majeranku (suszony oczywiście też jest na miejscu). Ugotowany groch wymieszać z kapustą, nie gotować, tylko trzymać chwilę pod przykryciem (na minimalnym ogniu lub w ogóle bez podgrzewania). Podawać solo, ew. z pieczywem. Można by podobnie przygotować kapustę w pomidorach.

A dalej w temacie Zielono mi… też wciąż jecie szparagi na miazgę? My niedawno mieliśmy je także na śniadanie, w postaci łagodnej szparagowej pasty jajecznej, która w zaskakujący sposób przypomina sałatkę z alg morskich, z którą mogliście się spotkać w tzw. garmażerce rybnej, i do której miałam swego czasu dużą słabość.

Składniki (kilka kanapek, dla 2 os.):

  • pół pęczka zimnych/przestudzonych, upieczonych szparagów
  • 2 łyżeczki majonezu, najlepiej domowego
  • 1 jajo, ugotowane na twardo
  • koperek i szczypiorek – wg uznania, u mnie po ok. łyżeczki
  • sól/pieprz/sok z cytryny do smaku

Szparagi, zieleninę i jajko dokładnie posiekać, np. nożem kolebkowym, wymieszać z majonezem i doprawić do smaku. Podawać na świeżym pieczywie lub tostach. A jeśli dojrzycie jakiś róż na zdjęciu powyżej: to się zaplątał kwiat szczypiorku.

PS. Szparagowa pasta na blogu wcześniej była taka z serem/fetą.

PS2. A do czego był mi potrzebny majonez domowy, pokażę wkrótce ;).

czwartek, 29 marca 2018

Zaskakująco łatwo jest przestać pisać bloga, znacznie trudniej wrócić - nawet po przerwie trochę ponad dwutygodniowej, gdy „zachomikowane” przepisy ciążą ci na sumieniu (a zdjęcia widzisz codziennie na pulpicie komputera). Nie wiem co prawda, czy ktoś przed Wielkanocą zainteresuje się skromną jarzynową fasolką (ale w końcu niektórzy poszczą ;) lub prostymi, lekko korzennymi klopsami jagnięco-wołowymi. Aura w sumie sprzyja daniom rozgrzewającym (kolejna śnieżna Wielkanoc...), a z drugiej strony święta trwają tylko dwa dni… a zupełnie samolubnie chciałabym mieć zapisane przepisy na dania w tym wirtualnym brulionie, jakim także jest ten blog. Do lodówek Wam nie będę zaglądać ;).

Zaczynając od wege: to taka alternatywa dla fasolki po bretońsku. Nie ma pomidorów, za to najlepiej mieć pod ręką gotujący się bulion, skąd weźmiemy i wywar, i jarzyny. Jak bulion jest warzywny, to danie będzie wegańskie (czy też #przypadkowowegańskie, jak mawiam ;).

Składniki:

  • szklanka fasoli Jaś, namoczonej na noc
  • liść laurowy
  • 500ml bulionu
  • szklanka puree z dyni/ugotowanej dyni (znalazłam w zamrażarce ;); można ew. zastąpić większą ilością marchewki)
  • jarzyny z bulionu: 2 marchewki, pietruszka, kawałek selera
  • łyżka ostrej pasty paprykowej (węgierskiej, harissy, adżiki lub podobnej)
  • sól, papryka wędzona/chilli, majeranek (do smaku)
  • kilka ziaren ziela angielskiego, roztarte w moździerzu
  • sok z cytryny lub b. łagodny ocet owocowy (najlepiej domowy)

Namoczoną fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą (tyle, żeby przykryć na 1 cm z górką), dodać liść laurowy, gotować ok. 45 minut. Dodać bulion, dynię, jarzyny i przyprawy. Gotować na b. małym ogniu 45 minut lub trochę dłużej. Sprawdzić doprawienie, np. zakwasić do smaku. Podawać z dobrym pieczywem na zakwasie.

Klopsy chodziły za mną od wycieczki do Ai tre scalini (podobnie jak dorsz z ciecierzycą, którego też już zrobiłam – to była bardzo inspirująca wycieczka ;). Tamte były spore, lekko korzenne, lekko słodkie, podane w gęstym sosie pomidorowym. W tym kierunku zmierzałam, wcześniej przejrzawszy najróżniejsze przepisy (od Nigelli po Ottolenghiego ;). Mimo starań nie uformowałam tak dużych kul jak w rzymskiej restauracji, po prostu nie mogłam się przemóc.

Składniki:

  • 400g mielonego mięsa mieszanego (wołowo-jagnięcego),
  • 2 łyżki drobno posiekanego szczypiorku,
  • 3/4 łyżeczki soli,
  • ok. 1,5 łyżeczki baharat lub innej łagodnej mieszanki korzennej (advieh, ras el hanout, garam masala),
  • 1 jajo
  • olej do zrumienienia

Sos:

  • 500ml przecieru pomidorowego
  • 1 cebula,
  • 3 suszone śliwki,
  • hojna szczypta baharat (uwagi jw.) i mielonego chilli (lub do smaku)
  • sól (do smaku)
  • do podania: posiekana kolendra lub pietruszka, kiszone lub marynowane cytryny

Mięso wymieszać z pozostałymi składnikami klopsów, dokładnie wyrobić ręcznie na gładką masę, formować kule (jak duże, pozostawiam to już waszej wyobraźni; w wersji jumbo wyjdzie ok. 8 sztuk), zrumienić partiami na rozgrzanym oleju (ew. można użyć tłuszczu kaczego lub gęsiego), przekładać na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym (do osączenia). W międzyczasie przygotować sos: zeszklić cebulę, dodać pomidory, śliwki i przyprawy, gotować kilka minut, aż się lekko zagęści; dodać klopsy. Skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 40 minut (lub nieco dłużej; to danie, które też zyskuje po podgrzaniu). Pod koniec gotowania odkryć garnek i jeśli sos by się wydawał zbyt rzadki, lekko odparować. Podawać posypane kolendrą i najlepiej z kiszonymi lub marynowanymi cytrynami.

A swoją drogą: zdjęcia były robione jeszcze przed zmianą czasu na letni, czyli zanim było długo JASNO, co jest cudowne (także dla zdjęć ;).

niedziela, 25 lutego 2018

Jeśli ktoś śledzi mnie w mediach społecznościowych (FB lub IG), domyśla się, że jestem Wam winna wpis rzymski (kolejny na blogu, ale dobre nowe rzeczy jadłam – i w dodatku w tym roku to nie koniec…), ale wymaga on większej pracy, uporządkowania itd. Więc tymczasem – kolejna wariacja nt. strączkowej pasty do pieczywa; znajdziecie ich tu sporo pod tagiem „pasty i smarowidła”. Tu jest wypadkowa – a kiedy tak nie jest :D? - tego, co było pod ręką w domu (typu grochu więcej niż soczewicy), choć bezpośrednio zmobilizowała mnie Kabamaiga ;). Całość, jak widać, jest przypadkowo wegańska.

PS. Czy Wy też już tęsknicie za świeżymi, wiosennymi warzywami?

Składniki (słoik ok. 500ml):

  • 1 mały upieczony burak
  • szklanka łuskanego grochu w połówkach (suchego)
  • mały ząbek czosnku
  • 2 większe suszone grzyby
  • łyżeczka pasty miso (lub do smaku)
  • sól, pieprz
  • 1-2 łyżeczki (lub do smaku) łagodnego octu owocowego (np. domowego)
  • ok. łyżka oleju rzepakowego

Groch ugotować z grzybami i czosnkiem w ok. 2 szklankach wody z odrobiną oleju aż będzie całkiem miękki, wręcz rozpadający się; trochę płynu powinno pozostać w garnku. Oprószyć lekko solą i zmiksować z burakiem, miso i pozostałym olejem. Doprawić do smaku solą, pieprzem i octem, dokładnie wymieszać lub ponownie krótko zmiksować.

środa, 07 lutego 2018

Skoro jutro Tłusty Czwartek, to mamy pączki! Ale nie takie normalne, powidła, róża, lukier czy inny cukier. Nie, przedstawiam… pączki wytrawne. Wspominałam o nich mimochodem w niedawnym poście austriackim, pokazywałam je także na Facebooku (Blattkrapfen oraz drożdżowe - choć faktycznie, co pani smaży, to nie widać). Niedawno miałam okazję znów zjeść Blattkrapfen podczas zimowego urlopu i wierzcie mi albo nie, ale kwaśna kapusta świetnie pasuje do czegokolwiek smażonego na głębokim tłuszczu (znacznie bardziej niż majonezowe sosy… czy Holendrzy mnie słyszą ;)?). W skrócie, ma to sens ;).

W moim wydaniu nie są to żytnie pampuchy, a drożdżowe z dziurką, Bauerkrapfen na słono. Kapusta jest podana na ciepło, duszona kiszona, ale w wersji na leniuszka można użyć kiszonej surowej (choć nawet wtedy bym ją posiekała, dodała trochę cebuli i ew. lekko doprawiła olejem). Warto spróbować (bez uprzedzeń)! Sok jabłkowy do podlania okazał się bdb pomysłem - kapusta jest wciąż kwaśna, ale nie zanadto, a płyn jakiś i tak trzeba było wlać. Z podanych proporcji wychodzi kapusty nieco mniej, niż ciasta, ale uznaję, że pozostałe pączki będą po prostu słodkie ;).

Składniki:

Kapusta (wystarczy do napełnienia co najmniej 8-10 sztuk):

  • 500g kapusty kiszonej, najlepiej bez marchewki
  • 1 średnia cebula
  • olej
  • szczypta soli
  • pieprz
  • 1-2 liście bobkowe
  • łyżeczka kminku, lub do smaku
  • ok. 150-180ml soku jabłkowego (bez dodatków, najlepiej świeżo wyciśniętego lub niefiltrowanego)

Cebulę posiekać, dodać szczyptę soli, zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać posiekaną kapustę, kminek, niewielką ilość pieprzu i liście bobkowe. Przesmażyć, lekko podlać sokiem jabłkowym, skręcić ogień na niewielki, przykryć i dusić ok. 1,5-2 godziny. Co jakieś 20 minut zaglądać do garnka, mieszać kapustę i podlewać sokiem, bo raczej wciągnie cały płyn. Gotowa będzie miękka, kładąca się pod łyżką. Będzie także dość kwaskowata, ale to pożądana cecha.

Po nastawieniu kapusty wyrobić ciasto na pączki, odstawić do wyrośnięcia (powinno być dobrze napuszone, tj. wyraźnie podwojona objętość, więc na ok. 1,5h), rozwałkować, wyciąć krążki szklanką lub wykrawaczką. Ponownie odstawić do napuszenia na co najmniej 30 minut, a lepiej na dłużej. Przed smażeniem zrobić w każdym pączku dołek za pomocą np. kieliszka lub mniejszej szklanki. Smażyć do zezłocenia na głębokim tłuszczu, w ok. 180 st. C., obracając po ok. minucie lub tylko oblewając stronę z dołkiem tłuszczem, bez obracania. Odstawić do osączenia na talerzu wyłożonym ręcznikiem papierowym. Podawać z każdym dołkiem kopiasto wypełnionym kapustą.

niedziela, 26 listopada 2017

Pewna ilość puree z dyni w lodówce to całkiem przydatna rzecz. Łyżka może dosłodzić i zagęścić sos pomidorowy, podobną ilość można dodać do duszonych podrobów lub gulaszu. Oczywistością jest zupa dyniowa czy wypieki, których na blogu znajdziecie wiele (TU są wszystkie wpisy z tagiem „dynia”). Czemu jednak nie odłożyć niepełnej szklanki na śniadanie w postaci placuszków? Większość przepisów, także ten Filozofii Smaku, którym się inspirowałam, zakładały wariant deserowy, ponieważ jednak dynia sama w sobie jest słodka, zmniejszyłam ilość cukru i dodałam sól; takie placki są wciąż słodkawe, ale z serem czy twarogiem można je podać. U mnie jest także więcej dyni niż mleka, które zastąpiłam maślanką; można spróbować dać samą dynię. Oczywiście, do syropu klonowego placki też pasują.

Składniki (ok. 10-12 placków):

  • 1 szklanka mąki (jasna pszenna lub orkiszowa; można także kilka łyżek zastąpić mąką razową)
  • ¾ szklanki puree z dyni
  • ¼ szklanki maślanki
  • kopiasta łyżka cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 1 jajo
  • ¼ łyżeczki soli
  • szczypta przyprawy do piernika lub cynamonu
  • łyżeczka oleju
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • olej do smażenia

Wymieszać składniki suche, dodać składniki mokre i dokładnie roztrzepać całość. Smażyć na średnim ogniu, po kopiastej łyżce na placek na rozgrzanym (ale nie za mocno) oleju, odwracając na drugą stronę, gdy na pierwszej będzie wiele pęcherzyków; powinno to zająć ok. 2-3 minuty na stronę. Trzymać na np. podgrzanym talerzu do chwili podania. Podawać ciepłe, z dodatkiem np. sera, twarogu/jogurtu, dżemu, owoców i syropu klonowego.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Jakiś rok temu zrobiłam przypadkiem bardzo dobre risotto z pieczarkami. Takie, że jadłam b. wolno, żałując, że nie ma dokładki, a M aż spytał, czy dodałam trufli. Clou, jak sądzę, polegało na połączeniu pieczarek i suszonych grzybów, lubczyku, bulionu i parmezanu (czyt. dużo umami). Zachwycona zapisałam przepis i potem jeszcze trzy razy robiłam replay. Nie wiem jednak, czy za pierwszym razem byliśmy bardziej głodni, czy zadziałały inne czynniki („miejsce, czas i akcja”?), ale choć za każdym razem mi smakowało, mam wrażenie, że nie udało się odtworzyć pierwotnej truflowatości. Nie zmienia to faktu, że danie nam smakuje i jest warte zapamiętania, a poza tym pasuje do chłodnej pory roku, łatwo je również wykonać ze składników dostępnych wówczas w sklepach (poza lubczykiem). Iluzja trufli może jeszcze się pojawi ;).

Składniki:

  • 1 szklanka ryżu arborio
  • łyżka + dodatkowa łyżeczka masła (najlepiej domowego czosnkowego, lub zwykłe + wyciśnięty przez praskę mały ząbek czosnku)
  • kapka oleju
  • 1 średnia cebula, bardzo drobno posiekana
  • sól do smaku
  • ok. 2 łyżek suszonych grzybów, bardzo drobno pokruszonych
  • ok. 350g pieczarek, pokrojonych w cienkie półplasterki
  • łyżka lubczyku, najlepiej świeżego (ew. można użyć listków z łodyg selera naciowego)
  • 500ml jak najlepszego, gorącego bulionu
  • trochę gałki muszkatołowej i pieprzu (do smaku)
  • 2 łyżki startego parmezanu
  • opcjonalnie: skórka z parmezanu, natka pietruszki

Stopić łyżkę masła (dodatkowa łyżeczka będzie potrzebna później, już do podania) z olejem w głębokiej patelni/płytkim rondlu. Zeszklić cebulę z czosnkiem (jeśli używacie zwykłego masła), lekko oprószyć solą. Dodać ryż, wymieszać dokładnie z zawartością naczynia. Dodać ze dwie łyżki bulionu, gotować, aż się wchłoną. Zamieszać, dodać pieczarki, gotować chwilę na małym ogniu, dodać pokruszone grzyby, lubczyk i ew. skórkę parmezanu, podlać paroma łyżkami bulionu, gotować często mieszając aż płyn się wchłonie; czynności powtarzać, aż cały płyn zostanie wchłonięty. Jeśli ryż będzie wciąż za twardy, podlać risotto niewielką ilością wody i gotować jak wcześniej, aż będzie tylko lekko al dente. Nie dopuścić do wysuszenia risotto, powinno pozostać wilgotne! Gotową potrawę wymieszać z dodatkową łyżeczką masła i większością startego sera (wcześniej usunąć skórkę parmezanu), odstawić na minutę pod przykryciem. Podawać natychmiast z resztą parmezanu, opcjonalnie posypane np. pietruszką (na zdjęciach widać akurat lekko anyżową trybułę – tak, zdjęcia robiłam latem).

A sześć lat temu w listopadzie pisałam o risotto z kurkami.

poniedziałek, 23 października 2017

Zastanawiając się niedawno nad szybkim sosem do domowego makaronu, który zawierałby i paprykę, i pomidory, trafiłam na ten przepis. Pomysł upieczenia warzyw, zmiksowania i zmieszania z pomidorami wydał mi się genialnie prosty, dlatego trzeba go rozpowszechniać ;). Papryka zasadniczo zyskuje po ściągnięciu skórki, ale jeśli się ją doda do pomidorów, smak jest na tyle stłumiony, że nie ma znaczenia, czy jest obrana, czy nie (o czym się kiedyś przekonałam, przy innym, niezmiksowanym sosie). Możecie jednak ściągnąć najbardziej przypalone kawałki skórki, bo po zmiksowaniu mogą nadać posmak goryczki.

Składniki (4 porcje):

  • 3 większe papryki, w jednym lub zbliżonym kolorze (tj. czerwone i pomarańczowe, ew. żółte i pomarańczowe)
  • 1 średnia cebula
  • 3-4 ząbki czosnku
  • ulubione zioła (np. cząber, tymianek lub oregano), suszone (łyżeczka) lub świeże (łyżka)
  • olej
  • 500ml passaty/przecieru domowego
  • sól i ostra papryka do smaku

Paprykę umyć, wydrążyć pestki, usunąć ogonki, podzielić każdą na 2-4 części. Cebulę obrać, przekroić na ½, ząbki czosnku tylko zmiażdżyć, nie obierać. Warzywa rozłożyć na blaszce, posmarować niewielką ilością oleju i rozrzucić na wierzchu zioła. Piec ok. 25-30 minut w 220 st. C, aż zmiękną a skórka papryki zacznie się przepalać. Lekko przestudzić, obrać czosnek i zmiksować całość w malakserze lub ręcznym mikserem. Wymieszać z passatą, doprawić do smaku. Podawać ze świeżo ugotowanym makaronem, najlepiej domowym, posypane niewielką ilością parmezanu i np. świeżymi ziołami.

PS. W gruncie rzeczy przepis to pochodna TEJ lub TEJ zupy - co napawa mnie tym większym smutkiem, że w tym roku dynie mi nie obrodziły, a ulubionej Amazonki na targu nie dostanę :(.

czwartek, 19 października 2017

Przy pierwszej próbie zrobienia placka z ciecierzycy zwanego socca prawie spaliłam mieszkanie, tj. włączyłam czujnik dymu. Przy drugiej podałam gościowi niedopieczone coś, co nie chciało oderwać się od naczynia. Po kilku miesiącach było podejście trzecie, które skończyło się zasadniczo jak pierwsze (czujnik wył, niespalony środek dał się zjeść, ale brzegi były czarne). Przy czwartej wersji nie miałam wielkich oczekiwań. Uznałam, że jeśli tym razem się nie uda, oddam komuś pozostałe ½ opakowania mąki, albo znajdę przepis na ciasteczka. I wiecie co? Chyba mąka usłyszała ;).

Upierałam się, bo lubię ciecierzycę, a te części placka, które dały się zjeść, przypominały falafelki, hummus, no, wyraźnie czuć wiadome strączkowe i w zapachu, i smaku, a to mi bardzo pasuje. Jeśli nie jesteście fanami ciecierzycy, raczej nie ma co próbować. Tradycyjna socca występuje (podobno, nie miałam przyjemności) na ulicach np. Marsylii jako szybka przekąska, podawana na gorąco, tylko z solą i ew. dodatkową oliwą. Aha, socca jest bezglutenowa.

Poprzednie wersje robiłam z różnych przepisów lub ich miksu, i największe wątpliwości miałam co do temperatury. Wersja, która wyszła :), bazuje na tym przepisie, z pewnymi zmianami, jeśli chodzi o nagrzewanie blaszki (no i nie potraktowałam socci jako pizzy, tylko coś w rodzaju jadalnego talerza ;). Składniki podzieliłam na ½, ale oczywiście można zrobić z całości i piec placki na raty lub w dwóch naczyniach.

Składniki (1 niewielki placek):

  • ½ szklanki mąki z ciecierzycy
  • ½ szklanki wody
  • 1 łyżka oliwy (+ dodatkowa do foremki)
  • ½ łyżeczki soli

Wszystkie składniki wymieszać i odstawić na 2h. Nagrzać piekarnik do 220 st. C, umieszczając w nim jednocześnie do nagrzania naczynie, w którym chcecie piec soccę – ja użyłam małej żeliwnej foremki (ok. 18cm), może być patelnia, itd. Na nagrzaną powierzchnię wylać oliwę (ok. łyżki lub tyle, by pokryć całe dno foremki), równo rozprowadzić, wylać na to ciasto, poruszając naczyniem by się równomiernie rozłożyło. Piec ok. 25 minut w 200 st. C, czyli po włożeniu naczynia do piekarnika skręcamy temperaturę. Gotowa socca jest rumiana, może mieć brązowe „piegi”, odchodzi sama od brzegów foremki i generalnie nie ma problemów z wyciągnięciem jej z naczynia (jeśli nie chce oderwać się od dna, pieczcie jeszcze kilka minut). Podawać natychmiast, na gorąco, z solą i oliwą, lub użyć jako bazy do bardziej ambitnej szybkiej kompozycji, np. jogurt, warzywa, feta/ser kozi i trochę octu balsamicznego - w takiej właśnie kolejności.

Zapisz

sobota, 30 września 2017

Do tej pory ketchup robiłam z jednego przepisu, który od kilku lat jest na blogu. Smak mi bardzo odpowiadał, więc znosiłam jego czasochłonność, konieczność przecierania i niską wydajność. Jednak tego lata odkryłam przepis ze strony Lawendowy Dom, który jest dużo prostszy, szybszy i z 2 kilo uzyskałam 7 słoików, które spokojnie starczy na cały rok. I zero przecierania :)! Smak zaś, mimo mimo wszystko nieco innego składu, jest bardzo zbliżony – czary? W temacie składu: nieco odbiegłam od oryginału, dodając i zioła, i kawałek cukinii, i nieco inne przyprawy (jest lekko pikantnie, ale zamierzenie). Jeśli jadacie ketchup, polecam, zwłaszcza, że to ostatni dzwonek, jeśli chodzi o pomidory.

Ketchup (bez przecierania)

Składniki:

  • 2 kilo pomidorów, najlepiej lima (tzw. jajo),
  • 1/2 małej cukinii,
  • 1 mała cebula,
  • 2 duże ząbki czosnku,
  • ok. 1/2 łyżki soli,
  • parę obrotów pieprzem,
  • ok. 2 łyżek świeżych ziół (lubczyk, oregano, estragon, szałwia),
  • 2-3 łyżki cukru,
  • 1 mała tajska papryczka chilli,
  • 1/8-1/4 łyżeczki papryki wędzonej,
  • 1/2 łyżeczki cynamonu,
  • ok. 3 łyżek łagodnego octu winnego,
  • odrobina oliwy (ok. łyżeczki)

Sparzyć skórkę pomidorów, obrać, wyciąć gniazda nasienne. Zgnieść lekko ręką, umieścić w garnku. Dodać posiekaną z grubsza cukinię i cebulę, zmiażdżony czosnek i wszystkie pozostałe składniki. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować do ok. godziny. Zmiksować, jeśli sos wydaje się rzadki, jeszcze chwilę gotować, aż zgęstnieje. Przełożyć do wysterylizowanych słoików i pasteryzować (u mnie ok. 15 minut w 160 st. w piekarniku, potem pozostawione w wyłączonym na drugie tyle; po uchyleniu drzwiczek można je zostawić do ostygnięcia, ładnie słychać, jak się wieczka zasysają).

I ku pamięci zmarłego wczoraj Wiesława Michnikowskiego oraz pomidorów:

Zapisz

środa, 20 września 2017

Wiem, że jestem Wam jeszcze winna ostatni wpis z Kanady (winnice i Góry Skaliste, tak kontrastowo), ale znowu pewnie mi chwilę zajmie produkcja, więc przed weekendem się jej nie spodziewajcie. Tymczasem jednak może macie jeszcze cukinię? W moim ogrodzie jest kilka okazów gabarytów mikro lub mini, które jeszcze powinny dojrzeć (obskubałam przed wyjazdem dość dokładnie wszystko, co było choć trochę wyrośnięte, potem było chłodno, więc do zerwania po 2 tyg. była tylko jedna).

Do rzeczy: jeśli macie cukinię lub się w nią zaopatrzycie, mam dla Was dwa pomysły. Obydwa pozornie wymagające pewnej zręczności, ale tylko pozornie! Ja dałam radę, a formowanie czy zwijanie nie są moją mocną stroną.

A więc, na przystawkę mogą być…

Roladki z cukinii

  • Składniki:
  • 10 plastrów cukinii, ukrojone wzdłuż możliwie cienko (jednak nie tak cienko, jak szatkownicą)
  • 3 łyżki fety/sera fetopodobnego
  • 3 łyżki twarogu
  • łyżeczka świeżej mięty
  • hojna szczypta/1/8 łyżeczki lekko ostrej papryki, typu bałkańska (ew. mieszanka słodkiej z ostrą)
  • oliwa, sól

Plastry cukinii lekko posmarować oliwą i lekko posolić, smażyć na rozgrzanej patelni grillowej po ok. 1-2 minuty z każdej strony (aż zrobią się paski), odłożyć na bok. Rozetrzeć fetę z twarogiem, doprawić miętą i papryką. Układać na końcu każdego plastra cukinii (bliżej siebie) kopiastą łyżeczkę nadzienia i zwijać (od siebie) roladki. Układać złożeniem do dołu na talerzu, odstawić na co najmniej godzinę do lodówki do stężenia. Można przed podaniem posypać miętą.

Na danie główne zaś proponuję zeszłoroczny hit – lasagnę ze świeżego makaronu. Lekką, z małą ilością sosu a dużą ilością warzyw. Ta z suchego makaronu oczywiście też jest w porządku, ale tak samo, jak świeży makaron jest lepszy od suchego/suszonego, tak samo lepsza jest wersja zapiekana. M ją przygotował spontanicznie dla letniego gościa, który wyjechał zachwycony i zostało jedno jedyne zdjęcie, ale przepisu nie zapisaliśmy. Cóż, trzeba było odtworzyć, żeby w przyszłym roku nie było wątpliwości.

Składniki (na 2 porcje):

  • makaron domowy z 1/2 porcji,
  • 3 średnie cukinie, starte we wstążki na szatkownicy,
  • garść świeżo startego parmezanu,
  • 1 szklanka przecieru lub świeżych pomidorów, obranych ze skórki i zgniecionych
  • 2-3 ząbki czosnku,
  • sól, pieprz, ostra papryka,
  • garść świeżej bazylii

Ząbki czosnku zgnieść, przesmażyć na niewielkiej ilości oliwy, dodać pomidory, całość zagotować i gotować na średnim ogniu, aż płyn odparuje o połowę. Doprawić do smaku, odstawić na bok. Cukinię po starciu lekko posolić, umieścić na sitku, po ok. 20-30 minutach odcedzić i dokładnie wysuszyć ręcznikiem papierowym lub ściereczką (jeśli z np. braku czasu o posoleniu/osuszeniu zapomnicie, też się nic wielkiego nie stanie, coś danie może być wilgotniejsze).

Przygotować foremkę, w której będziecie robić lasagnę i rozwałkować cienko makaron, przycinając płaty na wymiar wewnętrzny formy. Układać od razu warstwami w lekko natłuszczonym naczyniu: makaron, garść cukinii, sos i liście bazylii, ser, i tak w kółko do zużycia składników. Ostatni płat mocno docisnąć; nie trzeba niczym smarować. Piec ok. 25-30 minut w 190 st. C, do wyraźnego zrumienienia, odstawić na kilka minut przed wyjęciem porcji z foremki. Dobrze pasuje do tego kwaśna sałata lub rukola.

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna