Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: karnawał

czwartek, 19 stycznia 2017

Inną optykę piękna, brulion Moniki Kantor i Sebastiana Załęckiego (lub Mimi i Zorki), stojących m.in. za Myszkowcem, kawowym (czy też kawiarnianym) albumem Be coffee style czy lampami, kupiłam jakiś czas temu, razem z niebiesko-turkusową apaszką w konie (wstyd, jak dawno jej nie nosiłam!). Ostatnią część tego ni to dziennika, ni to czasopisma stanowią przepisy. Łatwe (bo jak autorka sama przyznaje, nieco oszukane) bajgle – pulchne, ciemnobrązowe i związane sznurkiem jak obwarzanki – przyciągały mój wzrok równie bardzo, co produkt uboczny, tj. usmażone bajglowe dziurki. Jak to u mnie: albo przepis, który mnie zaintryguje, robię od razu (w ciągu paru dni np.), albo… czeka na wykonanie kilka lat, jak było i w tym przypadku. Z przyjemnością donoszę, że rozczarowania nie było; „oszukane” bajgle są łatwe, szybkie (żadnego gotowania i dopiero potem pieczenia), pachnące i nawet zbłąkany przez kilka dni w chlebaku mocno twardy obwarzanek smakuje nieźle zwilżony wodą i podgrzany w piekarniku. W mojej wersji uformowane bułeczki wyrastały przez noc w lodówce, do pieczenia rano na śniadanie. Zmniejszyłam także ilość drożdży, cukru i uprościłam wykonanie.

Składniki:

  • 350g mąki pszennej typ 650/750 (w oryginale 550)
  • 13g świeżych drożdży
  • 50g drobnego cukru
  • 180g mleka
  • 2 łyżki masła
  • płaska łyżeczka soli
  • do dekoracji: sezam/mak/czarnuszka, jajko/żółtko/białko/mleko do posmarowania

Mleko podgrzać z masłem do rozpuszczenia tego ostatniego, przestudzić do letniej temperatury. Wkruszyć drożdże do mąki, wymieszać z cukrem i solą. Zrobić zagłębienie w suchych składnikach, wlać mleko z masłem, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1,5h lub do podwojenia objętości. Rozwałkować na ok. 1,5cm (nie mniej – bajgle wyjdą za cienkie), wycinać kółka (10-12 szt.) szklanką lub wykrawaczką, następnie w środku wycinać mniejsze dziurki (kieliszkiem lub mini wykrawaczką). Bajgle i dziurki odstawić do ponownego napuszenia – w lodówce przez noc, dokładnie przykryte folią, lub w temp. pokojowej (ok. 1h). W przypadku wyrastania nocnego doprowadzić najpierw do temp. pokojowej. Posmarować jajem/mlekiem itd., posypać wybranymi ziarnami. Piec w 190 st. C (termoobieg) przez 15-18 minut lub do wyraźnego zezłocenia.

Na zdjęciu nasz koci podrzutek (lub łobuz) tj. Björk (Brzoza), znana niektórym z Instagrama. Nie martwcie się, ani jeden bajgiel nie został zjedzony.

A zachowane dziurki proponuję usmażyć, jak zwykłe pączki. W wersji ambitnej można nadziać szprycą różą w cukrze (co próbowałam zrobić, ale okazało się jak dla mnie zbyt pracochłonne… czy też róża była zbyt gęsta na nośnik pt. strzykawka ;).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

wtorek, 09 lutego 2016

Dawno temu (m.in. ze względu na pracę Mamy) spędzałam codziennie czas na Osiedlu "Przyjaźń" w Warszawie. Drewniane domki fińskie, pomalowane na najróżniejsze kolory i często otoczone niewielkimi ogrodami, mieszkance bloku wydawały się atrakcyjne i romantyczne (zawsze dużo czytałam, a książki obyczajowe Astrid Lindgren czy L.M. Montgomery należały do moich ulubionych). Lokalna cukiernia niestety nie mieściła się w zbyt pięknym pomieszczeniu: była to blaszana buda na skraju bitego podwórza (błotnistego po deszczu) za sklepem wielobranżowym (w którym kupowało się zeszyty różniące się tylko wnętrzem - linie, kratki lub gładkie, a za produkt luks uchodził jogurt wieloowocowy/serek homogenizowany). Asortyment się zmieniał: ciasto owocowe (chyba z truskawkami) było tylko raz czy dwa i ku mojemu żalowi już nie wróciło, bajaderki, lubiane przez Mamę, pojawiały się sporadycznie. Pączki francuskie jednak sprzedawano regularnie i przez jakiś czas jadłam je jeśli nie codziennie, to przynajmniej raz w tygodniu i... chyba od tamtych czasów ani razu. Nazwę zapamiętałam właśnie jako "pączki francuskie", choć wiem, że nazywa się je także "gniazdkami" lub "pączkami hiszpańskimi" (w sumie churros...). Smak pozostał w mojej pamięci i od kilku lat obiecywałam sobie, że w usmażę je w karnawale, bo w końcu ciasto ptysiowe to nic trudnego.

Po zrealizowaniu zadania potwierdzam, że ciasto robi się szybko (zdążycie dzisiaj!), jednak problemem technicznym okazało się wyciskanie gniazdek. Rzadko używam rękawa cukierniczego i nie przyszło mi do głowy, że ma on gabaryty raczej mini - olśniło mnie dopiero przy pierwszym pączku, że taki złożony z jednej "wstążki" ciasta będzie świetnym daniem dla kransoludka. Problem rozwiązałam wyciskając kilka kółek jedno na drugim, żeby uzyskać rozmiar regularny, zasadniczo jednak powinna być większa tutka. Ewentualnie można by masę przełożyć do solidnego woreczka plastikowego i szczodrze uciąć róg do wyciskania.

Przepis za Dorotuś - u mnie z 1/2 składników (12 pączków). Pączki udekorowałam nie sugerowaną glazurą, a zwykłym (u nas) lukrem cytrynowym.

Składniki:

  • 100g mąki tortowej,
  • 50g masła,
  • 2 duże jaja,
  • szczypta soli
  • olej do smażenia na głębokim tłuszczu (ok. 2 litrów)*
  • ponadto: cukier puder, sok z cytryny

Zagotować w garnku 1/2 szklanki wody z solą i masłem. Zmniejszyć ogień, dodać mąkę i szybko całość wymieszać, aż ciasto będzie gładkie i odejdzie od ścianek naczynia. Przestudzić, przełożyć do miksera i utrzeć dokładnie z wbijanymi pojedynczo jajami. Przełożyć do szprycy (patrz uwagi jw.) lub plastikowego woreczka (w którym należy potem uciąć róg, patrz jw.) i wyciskać na papier do pieczenia ok. 6cm koła. Pociąć papier z wyciśniętym ciastem na kwadraty (każdy kawałek papieru - jeden surowy pączek). Smażyć na rozgrzanym do 180 st. C. tłuszczu, do zrumienienia z obu stron - można jak radzi Dorota, przekładać do frytkownicy lub garnka papierem do góry i po chwili go usuwać, można też delikatnie zdejmować ciasto z papieru (M w każdym razie się to udało) i wrzucać na tłuszcz. Usmażone ciastka osączyć na ręczniku papierowym. Po lekkim przestudzeniu (wystarczy 20-30 minut) polukrować, przy czym konsystencję lukru warto wyregulować samemu - proponuję zacząć od ok. 5 łyżek cukru pudru i dodawać stopniowo sok z cytryny, tylko tyle, by uzyskać dość gęstą polewę.

Czy odtworzyłam smak dzieciństwa? I tak, i nie, tj. wygląda na to, że nigdy nie jadłam tych pączków świeżych... bo te zaczęły smakować "jak za PRL-u" dopiero na następny dzień ;). Na świeżo są oczywiście lepsze, delikatniejsze, lżejsze i miękkie. Starzejąc się z każdym dniem twardnieją i schną, jednak nawet na trzeci dzień są w moim odczuciu jadalne ;). A że dziś Ostatki...

* PS. Warto pamiętać, żeby nie wylewać go potem do zlewu, skąd trafiłby do kanalizacji; a dlaczego to zły pomysł, można przeczytać tutaj.

czwartek, 14 stycznia 2016

Pączki w moim życiu istniały dotąd dwojakie: tradycyjne drożdżowe, które smakują mi właściwie tylko a/domowe, b/na świeżo po usmażeniu, c/bez lukru ;) oraz hit dzieciństwa, tj. tzw. francuskie (które kiedyś muszę wreszcie zrobić). Oczywiście, były jeszcze Bauerkrapfen, ale to to samo, co drożdżowe, tylko wywrócone na drugą stronę. Pączki z dziurką oznaczają dla mnie doughnuts, tj. pączki amerykańskie, i znałam je tylko od strony Dunkin' Donuts (które nie mam pojęcia, czy w PL w ogóle jeszcze istnieje?) w połowie lat 90-tych. Nigdy jakoś szczególnie mi nie smakowały (choć krem bawarski w jednym wariancie był całkiem, całkiem ;), więc nie wiem, czemu tak do mnie przemówił wpis Deb Perelman (Smitten Kitchen). Poza tym, że przyciągnęły mnie zdjęcia brązowych oponek ułożonych jedna na drugiej, bardzo spodobał mi się wstęp do wpisu: że cider doughnuts to coś, co się sprzedaje (i je) na nowojorskim targu jesienią, ale smak kupnych pączków zawsze autorkę rozczarowuje. Niestety, moja wizyta w NYC odbyła się za wcześnie (pierwsza połowa września), więc ominęły mnie słynne stosy jabłek i świeżych soków jabłecznych, o których czytałam dawno temu u Kasi, no i właśnie pączków na bazie ww. soku. Albowiem cider w amerykańskiej odmianie angielszczyzny, to nie to samo, co na Wyspach – to niefiltrowany sok, nie alkohol (nazywany w USA hard cider).

Gdy zdecydowałam się na wyciągnięcie frytkownicy, co następuje góra dwa razy do roku (nie tylko dlatego, że rzadko smażymy na głębokim tłuszczu, ale też ze względu na to, że nie znoszę jej myć), zaplanowałam pączki „zwykłe” (z ½ porcji) oraz połówkę tych na soku jabłecznym. Dopiero potem przeczytałam na temat schładzania ciasta na blaszkach w zamrażarce i potem w lodówce (zawsze wtedy się zastanawiam, czy naprawdę wszyscy mają chłodziarki skrzyniowe? Do mojej zamrażarki wchodzi góra format A4), co sprawiło, że nie podzielam opinii Deb, że to „dużo mniej kłopotliwe pączki, niż drożdżowe”. Może to kwestia podejścia (albo posiadanego AGD).

Jeśli chodzi o smak, byłam zaskoczona, bo nigdy czegoś takiego nie jadłam. Zasadniczo to są usmażone ciasteczka, i tak właśnie smakują. Nie są bardzo słodkie. Najlepsze na świeżo/na ciepło, ostatecznie następnego dnia, ale dłużej bym nie przechowywała, bo z każdym dniem są coraz bardziej suche i ciasteczkowe – chyba, że to komuś nie przeszkadza ;). M oznajmił, że dla niego są pozbawione wyróżniających cech dodatnich (tak naprawdę powiedział selling point ;)) w stosunku do pączków drożdżowych, i trochę go rozumiem. Może po prostu brakuje Union Square, czerwonych liści na drzewach i majaczącego w tle mojego ukochanego budynku Chryslera [szloch]? Uważam jednak, że warto spróbować, z ciekawości i, rymując, dla uroku nowości. Zastanawiam się jednak cały czas, jak by smakowały po prostu upieczone. Aha, wycięte dziurki się nie marnują.

Podaję składniki jak u Deb (zasadniczo nic nie zmieniałam w składzie, poza tym, że podzieliłam wszystko na ½, a pączków wyszło proporcjonalnie trochę więcej).

Składniki:

  • ½ szklanki niefiltrowanego soku jabłkowego (kupnego lub z sokowirówki)
  • 3 ½ szklanki mąki (albo ok. 530-560g)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki soli
  • 1/8 łyżeczki (lub hojna szczypta) gałki muszkatołowej
  • 4 łyżki miękkiego masła
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże jaja
  • ½ szklanki maślanki
  • olej (ok. 2 litrów) do smażenia
 do posypki:
  • cukier drobny lub puder (kilka łyżek), opcjonalnie zmieszany z cynamonem (ilość zgodna z upodobaniami)

Sok jabłkowy przelać do rondelka, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować, aż całość się zredukuje o połowę, czyli do ok. 1/4 szklanki. U mnie zajęło to ok. 20 minut. Odstawić do wystudzenia.

Wymieszać suche składniki (mąkę, spulchniacze i przyprawy), odstawić na bok. Mikserem utrzeć masło i cukier na miękki krem. Dodać jaja, ubić na gładko, zmniejszyć obroty miksera i dodać sok oraz maślankę. Na koniec wmieszać mąkę itd. - ciasta nie należy długo wyrabiać, tylko tyle, by składniki się dobrze połączyły. Ciasto będzie dość lepkie, ale nie może być płynne, w razie potrzeby podsypać mąką.

Następnie należy masę schłodzić; jeśli temperatura jest wyraźnie ujemna, można wykorzystać siły natury i np. balkon ;). W przeciwnym razie proponuję podzielić ciasto na 2-4 części (w zależności od tego, jak pojemną macie zamrażarkę, ja użyłam 2 desek do krojenia na ciasto z ½ składników), przełożyć każdą na np. deskę/małą blaszkę wyłożoną omączonym pergaminem lub matą silikonową, ponownie omączyć i rozpłaszczyć dłońmi na ok. 1-1,25cm grubości. Przełożyć do zamrażarki na ok. 20 minut. Następnie wyciąć koła o średnicy ok. 7,5-8cm i korzystając z małej wykrawaczki lub kieliszka wyciąć w nich dziurki. Wykrojone pączki (oraz wycięte dziurki) położyć z powrotem na ww. deskach/blaszkach i schłodzić tym razem w lodówce przez ok. pół godziny.

Smażyć we frytkownicy, zgodnie z instrukcją obsługi urządzenia, lub w szerokim garnku (olej powinien mieć temperaturę ok. 180 st. C) – ok. minutę po jednej stronie i tyle samo po drugiej w przypadku pączków z dziurką, „dziurki” można smażyć trochę krócej. Pączki krótko osączać na talerzach wyłożonych ręcznikami papierowymi i od razu oprószać wybranym cukrem.

piątek, 07 lutego 2014

Jak co rok, czas na pączki. Tym razem zwijane tylko przeze mnie, więc wyjątkowo koślawe, z wyciekającym dżemem itd. Uświadomiłam sobie, że o ile formowanie bułek, bułeczek czy chlebów b. lubię i osiągnęłam w tym (chyba) jakiś poziom, tak zwijanie wypieków nadziewanych (rogaliki, jagodzianki czy właśnie pączki) mnie irytuje. Może powinnam zupełnie przerzucić się na "pączki wiejskie", tj. Bauerkrapfen vel (nazwa moja) "pączki leniwej* gospodyni"?

Bauerki to pączki niezwijane, z dziurką na nadzienie napełniane po smażeniu. Trzeba tylko ciasto rozwałkować (i to grubiej niż normalnie), wykroić krążki, a po wyrośnięciu wycisnąć w nich dołki. Proste, nie?

Latem w dolinie Gastein można brać udział w pokazach smażenia pączków lub samemu nauczyć się je robić (w gospodzie na hali, oczywiście). Ja do tej pory ograniczałam się do konsumpcji, jeśli Bauerkrapfen się trafiały (nie tak często, jak inne desery). Monika ze Stoliczku, nakryj się dojrzała w nich podobieństwo do czeskich pączków pt. vdolky, które podawane są dodatkowo z bitą śmietaną.

Składniki: odpowiednia ilość ciasta drożdżowego na pączki - u mnie tym razem z 1/2 porcji mąki, przy czym część przeznaczyłam na zwykłe, a ok. 1/3 na Bauerki (zużywając na te ostatnie całe ciasto z 250g mąki można by uzyskać ok. 9-10 dużych pączków z dołkiem); borówka brusznica na nadzienie (ew. inny dżem, oczywiście sugerowany morelowy, ale kwaśnawe borówki polecam), cukier puder

Ciasto przygotować jak w przepisie na blogu, wyrośnięte rozwałkować dość grubo - na ok. 1 cm. Wycinać krążki większą szklanką lub okrągłą wykrawaczką (u mnie tą ostatnią, 8 cm). Odstawić do podwojenia objętości. Tuż przed smażeniem wycisnąć w pączkach dołki na dżem, używając do tego celu szklanki (u mnie o średnicy dna 6 cm), mocno wciśniętej w ciasto.

Usmażone Bauerkrapfen osączyć na ręczniku papierowym, oprószyć cukrem pudrem i napełnić brusznicą/innym dżemem (mieści się całkiem dużo, jeśli dołki były właściwe). Wiadomo, najlepsze są jedzone na świeżo, gorące, ciepłe lub świeżo przestudzone.

* Niecierpliwej, zabieganej, pozbawionej zdolności manualnych - odpowiednie skreślić.

wtorek, 29 stycznia 2013

Nigdy nie jadłam róż karnawałowych, a bardzo chciałam zrobić; okazja się nadarzyła przy okazji faworkowania. Okazało się, że zrobienie takich, które spełniałyby wymagania estetyczne i moje, i M, nie jest łatwe, choć cukier puder świetnie kryje niektóre grzechy.

Czego potrzebujemy?

  • pewną ilości ciasta z tego przepisu, rozwałkowaną cienko, ale nie aż tak b. cienko, jak na faworki (czyli na ustawieniu 7 w mojej maszynce do makaronu - faworki lubię hiper cienkie, z 8-ki);
  • trzy różne okrągłe wykrawaczki/szklanki
  • nożyk
  • cukier puder i konfiturę/kandyzowane owoce do dekoracji

Z rozwałkowanego ciasta wycinamy trzy różnej wielkości krążki (u Chillibite co prawda wyczytałam, by dwa były takie same i tylko jeden mniejszy, ale bardziej wizualnie spodobała mi się opcja 3 różnych - użyłam wykrawaczki, szklanki 200ml i kieliszka 50ml), składamy je jeden na drugim, zaczynając od największego na dole, najmniejszego u góry. Lekko dociskamy, by się skleiły. Nożykiem lekko nacinamy "płatki" w 4-5 miejscach. Smażymy tak samo, jak faworki. Po wystudzeniu oprószamy cukrem pudrem i dekorujemy - u mnie za pomocą róży w cukrze (inne opcje to np. kandyzowana skórka pomarańczowa, owoce z konfitury itd).

I to tyle. Mój problem estetyczny polegał m.in. na tym, że za mocno ponacinałam część "płatków", i te róże mało przypominały jakiekolwiek kwiaty. Wyszły również wszystkie dość płaskie. O dziwo (sic), jakoś i te brzydsze, i te ładniejsze, jednako były smaczne...

wtorek, 21 lutego 2012



Skoro dziś Ostatki i nieodwołalnie koniec karnawału, będzie relacja foto ze smażonych w weekend pączków i faworków. Przepisy na jedne i drugie są od dawna na blogu. Małe modyfikacje to:

  • zrobiliśmy z 1/2 składników jednego i drugiego, uzyskując 13 pączków i pełen talerz (z górką) faworków
  • faworki wałkowaliśmy w maszynce do makaronu, jak zawsze, ale tym razem na niemal najcieńszym ustawieniu (nr 8) - i moim zdaniem to ten kierunek ;)



  • cukier puder wyszedł, więc roztarliśmy cukier drobny w malakserze na super drobny



  • w środku pączków znalazła się róża w cukrze zmieszana 1:1 z kwaskowatym dżemem renklodowym
  • zwijanie pączków z dobrze omączonego ciasta jest zdecydowanie łatwiejsze - to te pączki nie otworzyły się podczas smażenia. Te otwarte i tak nie straciły wiele z cennej zawartości.



  • uformowane pączki wstawiłam do napuszenia do piekarnika nagrzanego do 30 st. (termoobieg), co bardzo dobrze im zrobiło.
  • smażyłam, jak i wcześniej, we frytkownicy na oleju roślinnym, nagrzanym do 190 st. C.

Replay za rok...

poniedziałek, 08 lutego 2010

Dwa dni temu dowiedziałam się, że jak byłam mała, podobno jadłam domowe pączki, smażone przez babcię. Cóż, być może. Ja tego nie pamiętam :) i wolę uznać, że do minionego piątku pączków domowych nigdy nie jadłam. Dużo traciłam!

Spotkaliśmy się z Mi. i E., aby, jak w zeszłym roku, usmażyć faworki i pączki. Świetnie się złożyło, że akurat przepis 'zadała' nam Olcik w ramach Weekendowej Cukierni. Robiłam z 1/2 porcji, wyszło ok. 12 średniej wielkości pączków. Poniżej kopiuję przepis z moimi uwagami (przede wszystkim zredukowałam o 1/2 drożdże i smażyłam na oleju we frytkownicy, no i ponieważ pojawia się 'znikający' spirytus, pominęłam go w przepisie*. Pączki odstawiłam także do napuszenia po uformowaniu). Przepis pochodzi z książki W kuchni babci i wnuczki (okazało się, że ją mam, a nigdy nie używałam - teraz się zachęciłam, bo pączki wyszły świetne).

Składniki: 1/2 kg przesianej mąki, 5 (u mnie 2,5) dag drożdży, 6 łyżek cukru, ok. szklanki mleka, szczypta soli, 5 dużych (jeśli  mniejsze, warto dać 6) żółtek, 5 łyżek masła, otarta skórka z cytryny (pominęłam, dałam trochę ekstraktu waniliowego - ok. łyżki*)
Do nadziewania pączków: konfitura z dzikiej róży
Do smażenia:ok. 1/2 kg smalcu (u mnie olej słonecznikowy)

1. Drożdże rozprowadzić z łyżką mąki i cukru ciepłym mlekiem. Poczekać, aż wyrosną.
2. Utrzeć żółtka z resztą cukru.
3. W miseczce połączyć mąkę z drożdżami, utartymi żółtkami, skórką z cytryny/wanilią, szczyptą soli, wyrabiać (u mnie mikserem z hakiem).

4. Pod koniec wyrabiania, kiedy już ciasto jest doskonale wymieszane i lekko odstaje od łyżki lub dłoni, dolać stopione masło. Ciasto powinno być dość "wolne", czyli rzadkie, a także delikatne. Zostawić do wyrośnięcia.

5. Wyrośnięte ciasto rozwałkować lekko na grubość palca (u mnie cieniej) na wysypanej mąką stolnicy. Wycinać szklanką krążki, na środek nakładać konfiturę z róży. Można nakrywać takim samym krążkiem wyciętym z ciasta. Można też rozwałkować ciasto nieco grubiej i wycinać jeden krążek, który po nałożeniu konfitury różanej zlepiać palcami w jednym miejscu, tworząc jakby pakiecik (i ja tak robiłam).

6. Układać gotowe pączki na serwecie posypanej mąką. Pączki zlepiane z jednego krążka kłaść miejscem zlepienia w dół. Odstawić do napuszenia ok. 30-45 min (powinny wyraźnie urosnąć).
7. Wskazówki do metody smalcowej: W dość obszernym naczyniu rozgrzać smalec. Powinien być dość gorący, ale nie palić pączków; sprawdzić można wrzucając kawałek ciasta, jeśli się lekko, niezbyt gwałtownie rumieni, temperatura jest odpowiednia. Smażyć po kilka pączków na umiarkowanym ogniu nie gwałtownym, lecz i nie za lekkim, aby nie nasiąkały tłuszczem. Po jednej stronie smażyć pod przykryciem, a po drugiej, po przewróceniu pączków przy pomocy patyczka czy widelca, bez przykrycia, wtedy utworzy sie wokół pączka ładna, jaśniejsza obwódka.

W przypadku frytkownicy (polecam, jeśli macie): postępować zgodnie z instrukcją obsługi. Smażyć pączki partiami, po ok. 1 minuty na stronę.
8. Po usmażeniu na brązowo, wyjąć pączki, osączyć z tłuszczu ma bibule, posypać cukrem pudrem przez sitko lub polukrować.

* Po opublikowaniu przepisu dowiedziałam się, że alkohol daje się podobno po to, aby pączki nie chłonęły nadmiernie tłuszczu, a zatem 'znikanie' spirytusu z oryginału nie było zamierzone. Nie wiem, czy to dlatego, że dałam domowy ekstrakt waniliowy, który jest na wódce, czy z innych powodów, ale nasze pączki tłuszczu nadmiernie nie wchłonęły. Innymi słowy, zastąpienie spirytusu alkoholową wanilią polecam. Jeśli Wy chcecie dać czysty alkohol/wódkę, dodajcie go do ciasta podczas wyrabiania (w tym samym momencie, co skórkę z cytryny).

Ciasto bardzo dobrze się formowało, było miękkie i elastyczne. Ku radości E. niektóre pączki wyszły szczególnie "kostropate", tj. z wybrzuszeniami i innym cellulitem ;). A smak... Powiem tak: dopóki nie zjadłam ciepłego, świeżego pączka, wydawało mi się, że pączków nie lubię. I takich z cukierni, z lukrem, już nie super-świeżych, wciąż nie lubię. A te drugie - uwielbiam. Niestety, należy je zjeść na świeżo, jak najszybciej - po leżakowaniu nawet niecałą dobę nieprzyjemnie upodabniają się do sklepowych. Oczywiście, wiem, że wielu osobom to nie przeszkadza.

A oto, jak wyglądały nasze faworki:

Przepis ten sam, co rok temu, smażone także we frytkownicy (i wałkowane w maszynce do makaronu :).

niedziela, 22 lutego 2009

Trwa Pączkowy Tydzień, a... faworki to świetne danie do wspólnego gotowania. Niemal w tym samym towarzystwie, co pierniczkowaliśmy, świętowaliśmy wczoraj ostatni weekend karnawału. Było wesoło ;) Poniżej podaję przepis na pojedynczą porcję za gospodynią imprezy, E. (robiliśmy faworki z 1kg mąki):

Składniki: 500g mąki, 5-6 żółtek jaj, 100g śmietany 22%, 2 łyżki spirytusu, 1,5 łyżki stopionego masła, 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

Składniki zagniatamy na gładkie ciasto (można dać odrobinę wody, gdyby nie chciało się zagnieść, bo np. żółtka były małe), które następnie tłuczemy chwilę wałkiem na stolnicy (co E. z tego wyszło, widać na lewo - złamała deskę :). Zawijamy ciasto w folię i dajemy mu odpocząć w temp. pokojowej przez ok. 2 h (można dłużej). Następnie wałkujemy po kawałku, najwygodniej w maszynce do makaronu. Jak cienko, to kwestia gustu - u nas powstała pewna różnica zdań, imho najlepiej jak najcieniej. Kroimy w poprzeczne paski, nacinamy i przewlekamy jeden koniec paska przez dziurkę, by powstały kokardki.

Smażymy na złoto na b. gorącym  głębokim tłuszczu: oleju (podobno najlepiej na rzepakowym), twardym tłuszczu roślinnym lub smalcu. U nas nastąpił bojkot smalcu przez wszystkich obecnych, a smażyliśmy w... frytkownicy. Gotowe faworki osączamy na ręczniku papierowym, posypujemy cukrem pudrem.

Nie mogliśmy się powstrzymać, by z grubszego ciasta nie wyciąć paru Muminków. M skomentował: "Nie wiem, co wam te Muminki w dzieciństwie zrobiły, że chcecie je wrzucać na gorący tłuszcz". Niestety nie wszystkie kształty dobrze się zachowywały w oleju - poniżej widać, co się stało z Buką...

Zaś jako wsparcie służyło nam domowe wino i drink, który nazwaliśmy "Kir Polonais", czyli wino musujące z dodatkiem nalewki z czarnego bzu:
Polecam wspólne faworkowanie :)
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna