Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Belgia

niedziela, 11 maja 2014

Po czterech latach wróciłam do Brugii, sprawdzić, czy w oknie wciąż siedzi pies Fidel, łabędzie pływają kanałami a wieżę wreszcie można zwiedzać. Odpowiedź (jak częściowo widać na powyższym zdjęciu) to trzy x tak ;).

W ciągu 2 dni wróciłam do miejsc, które wcześniej zdobyły moje serce, typu ulubione zaułki, beginaż i Dille & Kamille ;). W tym ostatnim kulinarnym raju nie obyło się bez konkretnych zakupów, typu - wreszcie! - prostokątna tartownica w wyjmowanym dnem (i dopytywania się ekspedientki o plany otwarcia sklepu internetowego na większą skalę: obecny wysyła towary tylko do krajów ościennych).

Wdrapałam się w końcu na wieżę z dzwonnicą, tak kluczową dla filmu Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i odkryłam, że przynajmniej jedna scena byłaby w rzeczywistości niemożliwa oraz Ralph Fiennes i Brendan Gleeson musieli się trochę namęczyć... Zainteresowanych odsyłam do filmu a potem na wieżę ;) (poniżej na prawo widok na ww. z okna pensjonatu).

Okna i rowery, jak widać, wciąż mają się dobrze.

W temacie spożywczym tym razem jakoś ominęłam czekoladki, do piwa zaś podeszłam bardziej ostrożnie, bo już wiem, że nie wszystkie belgijskie piwa mi smakują (zostawiłam wszystkie ciemne, dubbel i tripel do kosztowania Tacie, był to bowiem wyjazd rodzinny). Niestety, nigdy nie podano ich w tak ładnych butelkach, jak te zabytkowe z lokalnego browaru (który zwiedzaliśmy 4 lata temu) na sprzedaż na targu staroci. 

Podobnie jak za poprzednim razem, rządziły owoce morza i ryby: jadłam i mule gotowane w winie (z dodatkiem frytek z majonezem*, a jakże!), i zupę rybną z Ostendy, i gravlax, i wędzonego łososia na śniadanie**. Rodzina kosztowała nieznanych wcześniej (od strony spożywczej) ryb, typu płaszczka czy ogończa. Trwał także sezon na szparagi, i okazuje się, że typowym lokalnym daniem są szparagi gotowane z sosem z posiekanych, ugotowanych jaj.

Niestety nie udało nam się odwiedzić Den Dyver (a Tata miał ochotę na menu piwne...), bo restauracja zbankrutowała i została przejęta przez nowego właściciela, który na razie lokalu ponownie nie otworzył. Zamiast tego na sobotnią kolację udaliśmy się do Kok au Vin i to jedna z tych zagranicznych restauracji, które żałuję, że nie są bliżej (podobnie jak np. Osteria 44), bo chętnie bym je odwiedziła ponownie ;). Określiłabym je jako neobistro z ambicjami i z sympatyczną, pomocną (np. jeśli chodzi o elastyczne i spontaniczne dobieranie napojów do potraw) młodą obsługą. Karta jest bardzo krótka - moim zdaniem na plus - i w cztery osoby spróbowaliśmy większą połowę. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie granita ogórkowa towarzysząca mojemu gravlaxowi, przystawka M (jagnięcina z cytrusami i marchewką) oraz zdekonstruowane blanquette de veau mojej Mamy (danie z klasyką w wydaniu Benoit miało wspólną tylko nazwę, no i cielęcinę ;) - ale za to w Kok au vin mięso było w kilku postaciach). Coq au vin, od którego restauracja wzięła nazwę i która uchodzi za ich "danie sztandarowe" wydawał się nam nieco przedobrzony (w zakresie ilości składników itd). Na koniec posiłku (do którego piliśmy m.in. różne ciekawe białe wina) przypadkiem spróbowałam narodowej wódki belgijskiej ;), tj. jenever(jałowcówki), która występuje w postaci tzw. młodej i starej. Do żadnej nie zapałałam miłością, choć po obfitym posiłku kieliszek (niekoniecznie nalany po brzegi, jak tradycja każe, a w Kok au vin się jej w tym przypadku trzymają), może mieć swoje zastosowanie.

Ponieważ z wyjazdu w 2010 w ogóle nie pamiętam kawy (musiałam jakąś pić, ale najwyraźniej nie mogła być ani bardzo dobra, ani tragiczna...) a doświadczenia francuskie były mieszane, podobnie jak przed wyjazdem do Paryża, zrobiłam wywiad w internecie. Dzięki temu kilkakrotnie zajrzałam do I love coffee, które mogę polecić jako miejsce z dobrym espresso i innymi napojami na nim opartymi (najczęściej wybierałam flat white), a przy tym ma... ciekawy wystrój (jeśli ktoś trafi, polecam przyjrzeć się klamkom). Warto dopytać się o godziny otwarcia - na drzwiach jest napis "jesteśmy otwarci wtedy, gdy nie jesteśmy zamknięci" ;) a w niedzielę np. kawiarnia była czynna 2 godziny przed czasem deklarowanym na Facebooku. W poniedziałek zamknięte.

Trzeci dzień wyjazdu spędziłam w Gandawie, która poza tym, że też posiada starówkę, jest nowoczesnym miastem uniwersyteckim; przypomina mi trochę austriacki Graz (czyt. wywarła na mnie pozytywne wrażenie).

Po spacerze po mieście, zajrzeniu do katedry itd. przyszedł czas na obiad. Chociaż Gandawa ma podobno największą liczbę restauracji wegetariańskich na głowę na świecie, wybraliśmy z M inną klasykę niż przez poprzednie 2 dni, tj. wołowinę (dla dwojga, ale trzy osoby spokojnie by się wyżywiły ;), i przyrządzoną zgodnie z życzeniem), podaną z dodatkiem frytek (oczywiście ;), sałaty i sosów: pieprzowego oraz bearnaise, na który rzuciłam się tym bardziej ochoczo, że nasz estragon niestety po zimie nie zmartwychwstał :/.

Podsumowując, po Belgii podróżuje się przyjemnie i może nawet następnym razem trafię do stolicy... Choć technicznie już w niej byłam, jako dziecko. Pamiętam Manneken Pis i pierwsze w życiu mule ;).

* Do you know what they put on French fries in Holland instead of ketchup? Vincent Vega, Pulp Fiction.

** Którego właścicielka pensjonatu podała nam z pewną nieśmiałością i zachwycona była wyczyszczonym talerzem ("nie wszyscy zjadają").

piątek, 30 kwietnia 2010

Jako dziecko tam byłam przejazdem: zapamiętałam tylko kanały. Natomiast gdy prawie dwa lata temu obejrzałam film In Bruges (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj) Martina McDonagha, postanowiłam, że do Brugii kiedyś trzeba pojechać. Co też zrobiłam w miniony weekend. Relacja byłaby zapewne wcześniej, gdybym nie spędziła ostatnich kilku dni zawzięcie chorując (wrrr).

Na początek zwiastun filmu, jeśli ktoś nie widział, a polecam - poza tym, poziom Brugii w In Bruges jest wysoki:

Pieska z 1:48 minuty znamy: nazywa się Fidel, należy do właścicielki pensjonatu, w którym mieszkaliśmy i często sobie tak wypatrywał przez okno ;)

Gdybym miała w skrócie powiedzieć, z czym kojarzy mi się miasto, powiedziałabym, jak w tytule posta: z piwem, czekoladkami, rowerami i kanałami. No, i jeszcze z koronkami, choć te niespecjalnie mnie osobiście interesują.

Zacznijmy od piwa: podczas zwiedzania browaru De Halve Maan dowiedzieliśmy się, że w Belgii warzy się 700 rodzajów piwa. Napój ten traktuje się znacznie bardziej serio, niż w innych krajach: tu się go degustuje. Preferowane jest piwo butelkowe, a zazwyczaj się nalewa porcje 0,33 ml - co ma sens, zważywszy na to, że procent alkoholu jest najczęściej wyższy, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Chwali się też to, że piwo podaje się naprawdę mocno schłodzone (nieznoszę ciepłego). Moim ulubieńcem stał się pszeniczny witbier - czysty smak, delikatny, idealny na upał.

W restauracji Den Dyver, którą gorąco polecam (uwaga: stolik na wieczór trzeba rezerwować wcześniej!), piwo traktują tak, jak w innych miejscach wino. Zamawiając menu złożone z np. 3 dań (sezonowych - w zeszłym tygodniu tematem przewodnim były szparagi), można domówić do jedzenia specjalnie dobrane piwa - do każdego dania inne. Warto spróbować, szczególnie, że te same piwa zostały najczęściej wykorzystane w danym daniu, np. w sosie. Z dań, których spróbowałam, najbardziej smakowało mi rillette z węgorza (lokalny przysmak) podane jako amuse bouche i danie główne: labraks z pieczonymi pomidorkami koktajlowymi i sosem ziołowym.

Jeśli chodzi o czekoladki: przyznaję, że nie jestem bardzo czekoladolubna. Chcieliśmy jednak przywieźć coś słodkiego rodzinie w prezencie i wypadało dokonać wcześniej degustacji. Sklepów z czekoladkami jest w Brugii pełno i trudno dokonać wyboru, do którego się udać. Po namyśle wyeliminowaliśmy sieciówki, sklepy na głównym deptaku i te, w których kłębiło się od turystów. Wybór padł na The Old Chocolate House: firmę rodzinną, wnioskując ze zdjęcia na ścianie za kasą.

Dokonawszy wyboru dziewięciu smaków (lawenda, herbata, truskawka i inne...) udaliśmy na górę po wiąziutkich schodkach do tzw. tea roomu: pomieszczenia jak dla krasnoludków, z malutkimi stolikami, ale gdzie czekoladę pitną podaje się w sporych miseczkach, jak cafe au lait. Degustacja się udała, choć okazało się, że 9 czekoladek na 2 osoby to całkiem dużo. Ba, jedna sztuka to już całkiem dużo. Ale smak i jakość - pierwszorzędne.

Trzeba przyznać, że Belgowie lubią jeść i chętnie stołują się w restauracjach. Większość knajpek oferuje bardzo atrakcyjne cenowo menu lunchowe i w godzinach 12-14 często trudno o wolne miejsca. I tak do Dillgence (w którym kręcono parę scen ze wspomnianego wyżej Najpierw strzelaj...) na obiad się nie dostaliśmy, więc wróciliśmy na kolację. Jak w większości miejsc, w karcie dominują ryby i owoce morza (w ciągu niecałych 4 dni w Brugii zjadłam ich tyle, co w W-wie w ciągu dwóch tygodni!). I tak tu zjedliśmy bouillabaisse (z Morza Północnego) i "krewetki Diligence".

Z innych doświadczeń restauracyjnych odwiedziliśmy także Aneth (jedna gwiazdka Michelina). Wybraliśmy menu składające się z 9 małych dań (ale coś się komuś gdzieś pomyliło, i otrzymaliśmy... 10), z których 3 to były prawdziwe perełki: chłodnik pomidorowy z wasabi, szparagi z krewetkami i jajkiem w koszulce oraz ser pleśniowy na ciepło. Pozostałe pozycje były oczywiście smaczne, ale nie wywołały na nas większego wrażenia. Wybór win do potraw, na które zdecydował się M, był co najmniej dyskusyjny, obsługa także nie była idealna. Nie żałuję wizyty, ale zarazem nie jest to miejsce, do którego bym chciała wrócić. Jeśli jednak ktoś by się zdecydował na 9-cio daniowe menu, warto pamiętać, by zarezerwować sobie co najmniej 4 godziny w restauracji i przyjść wypoczętym (oraz głodnym :).

Byłam także pod wrażeniem belgijskiego pieczywa: każde, z którym miałam do czynienia, było bardzo świeże i smaczne. Poniżej wybór śniadaniowy w naszym pensjonacie, Huyze Hertsberge: croissanty, brioche, pain au chocolat, bagietka biała i na zakwasie.

Wspomniałam o kanałach i rowerach: trudno je przegapić. Te pierwsze stanowią wdzięczny obiekt fotograficzny.

Być może w Brugii nie ma nine million bicycles, jak śpiewa Katie Melua (ale w końcu to nie Pekin z piosenki ;), niemniej jest ich bardzo wiele. Stoją zaparkowane wszędzie, często w najdziwniejszych miejscach (patrz zdjęcie niżej). Muszę jednak przyznać, że po centrum miasta nie chciałabym jeźdżić - najczęściej rowerzyści muszą korzystać z dróg, po których nie dość, że jeżdżą samochody i autobusy, to jeszcze chodzą tłumy turystów.

A skoro o malowniczych obiektach mowa, oto to, co zawsze najbardziej lubię fotografować...

Jeszcze jedną brugijska atrakcją są... sklepy specjalistyczne, poświęcone wąskiej gamie produktów. Przykładem może być sklep wyłącznie z pluszowymi misiami (najróżniejszego typu) czy butiki z rzeczami dla psów i kotów. Bardzo przypadł mi do gustu Dille & Kamille, sieciówka (tylko w Belgii i Holandii) z rzeczami do kuchni, łazienki i ogrodu.

Artykułów ozdobnych jest mało (głównie świeczki), raczej przedmioty praktyczne - wszystkie możliwe łyżeczki, trzepaczki, foremki, szklanki, kubeczki, skrobaczki, itp., wyłożone na półkach trochę jak w sklepie z narzędziami. Raj dla miłośników kuchni, nawet jeśli nie są specjalnie gadżeciarzami. W ofercie sklepu są także przyprawy, które stoją na półkach za kasą w wielkich puszkach - dzięki temu dowiedziałam się, że intrygujący "dragon" to nic innego, jak estragon po niderlandzku (a obstawiałam jakąś mieszankę ostrych przypraw).

Podsumowując: jeśli nie macie pomysłów dokąd się udać na weekend, a macie czas i możliwości na dłuższą podróż, polecam Brugię. Tym samym życzę Wam miłej majówki (moja chyba upłynie na cichej i spokojnej rekonwalescencji...)

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna