Co jakiś czas sobie myślę, że jemy za mało roślin strączkowych. Idę wówczas do szafki z tzw. suchymi produktami i patrzę, czy są jakieś w zapasach. Zazwyczaj odkrywam, że mogłabym otworzyć straganik, taki jak powyżej (zdjęcie autorstwa Madzi B., wspomnienie z naszego wyjazdu do Indii), bo jest i soczewica (co najmniej 2 rodzaje), i groch, i ciecierzyca, i jakaś fasola. Za każdym razem obiecuję sobie, że wprowadzę tradycję regularnego strączkowania, ale cóż - różnie to bywa ;).
W ramach któregoś ze zrywów przyrządziłam kurczaka po bombajsku z czerwoną soczewicą Madhur Jaffrey, albo kurczaka z dhalem.Dhal oznacza drobne strączkowe-grochowe, a także (dość paciajowate i często, jak na indyjskie dania, łagodne) sosy przygotowane z nimi w roli głównej. Ostatni dhal, który bardzo dobrze pamiętam, jadłam na takiej łodzi w Kerali:
Tak się składa, że wówczas zjadłam też jedyne mięso podczas pobytu w Indiach, tj. potrawkę z kurczaka, więc połączenie tych dwóch składników w jednym daniu wydaje się słuszne choćby z powodów sentymentalnych ;). Inną rzeczą jest to, że sam sos z soczewicy, bez dodatku mięsnego, potrafi być nieco mdły - w postaci z wkładką bardziej mi smakuje.
Kurczak z dhalem
Składniki (na ok. 3-4 porcje): 125g czerwonej soczewicy, ok. 35g cebuli, 1/2 długiego, świeżego chilli (wg Madhur zielonego, u mnie było czerwone), łyżeczka mielonego (roztartego w moździerzu) kuminu, 1/4 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki świeżego imbiru, 700-750ml wody, 500g piersi kurczaka, bez skóry, kopiasta łyżeczka soli, łyżka oleju, 1/2 łyżeczki nasion kuminu, 1-2 ząbki czosnku, ok. 1/4 łyżeczki chilli w proszku, łyżka soku z cytryny, 1/4 łyżeczki cukru, 1/4 łyżeczki garam masala, kolendra do posypki
W dużym garnku/rondlu umieścić opłukaną soczewicę, drobno pokrojoną cebulę, świeże chilli, mielony kumin, kurkumę i 1/2 imbiru, zalać wodą. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem ok. 30-40 minut (aż ugotuje się soczewica). Dodać pierś kurczaka, pokrojoną w paski i sól. Wymieszać, zagotować, ponownie częściowo przykryć i gotować na małym ogniu kolejne 25-30 minut, aż kurczak będzie miękki.
Na małej patelni rozgrzać olej na średnim ogniu. Gdy będzie gorący, dodać cały kumin, gdy zacznie skwierczeć (czyli po paru sekundach) - dodać pozostały imbir i czosnek. Smażyć, aż czosnek się lekko zbrązowi. Dodać chilli w proszku. Wlać zawartość patelni do kurczaka i soczewicy. Dodać sok z cytryny, cukier i garam masala. Wymieszać, gotować jeszcze 5 minut, sprawdzić doprawienie. Podawać przybrane kolendrą (lub ostatecznie pietruszką, jak kolendry brak, ale to mało autentyczne), z naanem lub ryżem.
Jednym z najpopularniejszym wpisów na blogu jest przepis na grochówkę. Wertując książkę River cottage everyday odkryłam przepis na zupę grochową, jak to u Hugh Fearnleya - szalenie oszczędną: na zachomikowanej kości z szynki. Akurat takową posiadałam, w związku z przygotowaniem szynki piwnej. Oto więc grochówka pt. 'Nie marnuję jedzenia', wzbogacona majerankiem, bo w tej zupie zdaniem moim (nie HFW) być musi. Uwaga: groch w połówkach nie wymaga namaczania przez noc, ale w całości - tak.
Grochowa na kości
Składniki (na ok. 6 porcji, można sobie podzielić): 1 ugotowana kość z szynki (ew. skrawki mięsa zostawione na później), łyżka masła, 1 duża, posiekana cebula, 1 duża marchewka, jw., 1 łodyga selera naciowego, jw. (uwaga: nie miałam, dałam łyżeczkę suszonego lubczyku i ok. łyżki łodyg natki pietruszki), 2 liście laurowe, 1 litr bulionu (ew. woda, ale bulion lepszy), 500ml wody, 300g grochu w połówkach, sól, pieprz, suszony majeranek
Stopić masło w rozgrzanym rondlu. Dodać jarzyny, przykryć, gotować na małym ogniu pod przykryciem, aż zmiękną (ok. 10 minut). Dodać kość, liście laurowe, bulion i wodę, groch. Zagotować, ew. odszumować. Skręcić ogień na mały i gotować pod częściowym przykryciem, aż groch będzie zupełnie miękki (45-60 minut). Wyciągnąć kość i liście laurowe. Rozgnieść warzywa i groch np. tłuczkiem do ziemniaków. Dodać ew. skrawki mięsne, wymieszać, doprawić solą, pieprzem i hojną szczyptą majeranku. Delikatnie podgrzać ponownie przez kilka minut, sprawdzić doprawienie przed podaniem.
Miało być szybciej, wyszło niespecjalnie szybciej ;) Pieczone warzywa są smaczne, ale dość słodkie, dlatego gorąco polecam dodatek soku z kiszonych ogórków, jak u mnie, lub kwasu buraczanego. Można też użyć soku z kiszonych warzyw, jaki przedstawiała na blogu Zmysły w Kuchni Karolina (robiłam, jest pyszny). Jeśli nie macie podobnego kwaśnego płynu, można dodać łyżkę dobrego octu, np. z czerwonego wina.
Składniki: ok. 400g dyni, 2 średnie papryki (czerwone, żółte), 2 niewielkie buraki, 1/2 małego bakłażana, 1 cebula, 3-4 ząbki czosnku, 1 marchewka, litr bulionu (dowolnego, u mnie domowy), sól, pieprz, opcjonalnie: parę liści lubczyku, hojna szczypta słodkiej papryki (wędzonej lub nie), niewielka garść jarmużu, ponadto: ok. 150ml soku z kiszonych ogórków/kapusty/kwasu buraczanego, sól, pieprz, do podania: natka pietruszki, 2-3 łyżki posiekanej fety/sera szopskiego
Wszystkie składniki umieścić w brytfance (papryka wydrążona, marchewka obrana, przekrojona na 1/2, dynia pozbawiona pestek, ale ze skórą, cebula może być obrana, buraki, bakłażan i czosnek nie), skropić oliwą, piec ok. 50 minut w 180 st. C: na ostatnie kilka minut przenieść bliżej grzałki, by skóra papryki się mocniej przypiekła.
Paprykę od razu po upieczeniu umieścić np. w worku foliowym/papierowej torbie, i odstawić na 15 minut. Po tym czasie ściągnąć z niej skórę, umieścić w garnku. Dodać pozostałe warzywa, dynię krojąc na grube kawałki (użyłam piżmowej, która ma cienką skórkę - część oderwałam, ale większość zostawiłam), czosnek wyciskając ze skórki. Buraki można zostawić nieobrane, jeśli mają cienką skórkę, tylko podzielić je na 2-3 części. Całość zalać bulionem, ew. dopełnić wodą, dodać lubczyk i paprykę oraz garść umytego, porwanego jarmużu, jeśli używacie, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować pod przykryciem ok. 30 minut. Po tym czasie skosztować, doprawić solą/pieprzem, zmiksować (u mnie nie nazbyt gładko). Jest prawie pewne, że zupa będzie w tym momencie za słodka - przelać do garnka, dodać sok z kiszonki i delikatnie podgrzewać kolejne kilka minut, ale nie zagotowywać. Sprawdzić doprawienie, ew. mocniej zakwasić lub doprawić. Do misek na zupę wkruszyć fetę przed napełnieniem; podawać posypane pietruszką.
Tak, sezon się zaczął, i wreszcie mam własne dynie. Wysiałam kilka odmian, z których - jak na razie - głównie wykorzystałam spożywczo "krzaczastą Amazonkę". Zainteresowała mnie w sklepie ze względu na małe wymagania przestrzenne (można rozmieszczać sadzonki w odległości 1 m od siebie, bo mało się płożą), i okazało się, że najszybciej zaowocowała. Owoce są stosunkowo małe (1-2 kg), ale o wysokiej zawartości karotenu i o zwięzłym, mało wilgotnym miąższu (pierwszy raz się zdarzyło, bym musiała upieczoną dynię podlać płynem, by ją zmiksować na puree!). Skórka jest cienka, więc po upieczeniu można ją jeść (ogromny plus), a dynia szybko się obrabia termicznie.
Rosną mi także: Bambino, melonowa olbrzymia oraz (nie zapeszajmy, skoro to towar w Polsce deficytowy) piżmowa, ale jeszcze z nich nic nie gotowałam :)
Co natomiast zrobiłam z Amazonki? Poza oczywistymi (dorzucenie dyni pokrojonej w kostkę np. do piekącego się kurczaka) oraz ciastem korzennym, wypróbowałam parę nowości.
Zupa z dyni to też oczywistość, i doprawianą curry oraz mlekiem kokosowym już robiłam, ale na blogu nie prezentowałam.
Składniki: 1 posiekana cebula, 700-750g dyni, oliwa, ok. szklanki mleka kokosowego, 700ml bulionu + ew woda, łyżeczka curry ostrego i jw. łagodnego (lub do smaku), kumin (ok. łyżeczki), mielona kolendra (duża szczypta), świeży/suszony imbir (opcjonalnie - ilość wedle upodobań), świeża kolendra do posypki, sól
Dynię obrać, pokroić w większą kostkę. Rozgrzać w rondlu odrobinę oliwy (może być zmieszana z łyżką-dwoma śmietanki ściągniętej z mleka kokosowego), dodać przyprawy, przesmażyć chwilę. Dodać cebulę, oprószyć solą, zeszklić. Dodać dynię, przesmażyć, zalać mlekiem kokosowym* i bulionem (ew. dopełnić wodą, tak, aby dynia była całkiem zakryta). Zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 40-50 minut, co jakiś czas mieszając. Zdjąć z ognia, zmiksować na gładko w blenderze/malakserze. Gdyby było za gęste, można dodatkowo rozcieńczyć mlekiem kokosowym lub wodą. Zweryfikować doprawienie i w razie konieczności dosolić, zwiększyć ilość curry itd. Podawać posypane kolendrą.
* Gdyby było bardzo gęste, rozcieńczyć wodą.
Makaron dyniowy był choćby rok temu, ale z małżami - nie. Dynia jest słodka, małże słono-morskie, chilli pikantne...
Składniki: oliwa, 1-2 ząbki czosnku, 1 mała suszona/świeża papryczka chilli, 400g upieczonej dyni, ok. 200g mrożonych małży, 100ml wody lub wytrawnego białego wina, sól, opcjonalnie: parę kropli sosu rybnego, sok z cytryny; natka pietruszki lub parę liści szałwii, 200-250g krótkiego makaronu (np. kokardki) lub papardelle
Nastawić wodę na makaron. Rozgrzać odrobinę oliwy na większej patelni, przesmażyć zmiażdżony czosnek z rozdrobnioną papryczką chilli, po chwili dodać małże, wymieszać na patelni i zalać wodą/winem. Przykryć, gotować ok. 8-10 minut w przypadku małży zamrożonych i połowę tego czasu w przypadku rozmrożonych. Odkryć, dodać dynię (np. z grubsza pokrojoną), wymieszać z pozostałymi składnikami, oprószyć solą i gotować na średnim ogniu, mieszając dość często i rozgniatając dynię z powstałym sosem. W momencie, gdy dynia będzie zupełnie miękka i połączona z resztą składników, odstawić z ognia. Przed wymieszaniem z ugotowanym makaronem sprawdzić doprawienie - ew. dosolić (można to zrobić za pomocą sosu rybnego) i skropić cytryną - i dorzucić posiekaną natkę pietruszki lub porwaną szałwię. Po wymieszaniu z makaronem od razu podawać.
Wykonałam także chutney dyniowo-jarzębinowy, korzystając z tego, że wokół rośnie ich sporo. Jak wyszedł, przekonamy się za jakiś czas, bo powinien najpierw trochę dojrzeć, zanim wykorzystam go jako dodatek do sera czy szynki. Przepis za pismem Weranda Country, którym od czasu przeprowadzki regularnie obdarowuje mnie rodzicielka :), lekko przeze mnie zmieniony.
Składniki: 200g jarzębiny (najlepiej przemrożonej, np. po dobie w zamrażarce), 300g miąższu dyni, 1 mała cebula, 1 średnie jabłko, 1/2 łyżki startego imbiru, 1/2 łyżeczki mielonego chilli, 1-2 goździki, łyżeczka cynamonu, 165ml octu jabłkowego, 2 łyżki miodu, 70g brązowego cukru (np. ciemnego muscovado), łyżka soli, 3-4 łyżki wody
Wszystkie składniki (warzywa/owoce z grubsza pokrojone w kostkę) umieścić w garnku. Zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 40-50 minut. Gdyby masa była za gęsta, lekko podlać wodą. Gdy całość będzie przypominać pomarańczową pulpę**, zdjąć z ognia, odstawić na kilka minut i przekładać do czystych, wyparzonych słoików. Odstawić do zassania do góry dnem lub, jeśli ilość konserwującego octu i cukru Was nie przekonuje, wcześniej krótko spasteryzować.
** Lub, nie łudźmy się, marchewkową papkę dla niemowląt...
Inne przepisy dyniowe na blogu znajdują się TUTAJ.
Pierwszy raz żurku skosztowałam w Bukowinie Tatrzańskiej niecałe 12 lat temu. Zajadałam, aż uszy się trzęsły. Pewnie się zdziwicie, że tak późno przeszłam na jasną (żurkową) stronę mocy, ale tak to jest, jeśli nikt w rodzinie żuru nie lubi i nie gotuje. Od tego czasu miewałam różne lepsze i gorsze doświadczenia z tą zupą, a sama przygotowałam do tej pory tylko raz. Oczywiście, na domowym zakwasie. Ten się udał, ale samej zupie brakowało wyrazistości - była to wersja postna, na samym wywarze jarzynowym, no i... uznałam wówczas, że niestety (dla wegetarian), ale żurek potrzebuje wkładki mięsnej. Przy drugim podejściu już się zatem nie krępowałam, było mięso x 3. I wyszło świetnie. Wymogłam na M obietnicę, że taki żurek aprobuje, i możemy go częściej jadać - nie tylko na Wielkanoc.
1,5 szklanki (375 ml) wody (źródlanej lub dobrze przefiltrowanej)
Wszystkie składniki umieścić w naczyniu - szklanym lub ceramicznym. Naczynie przykryć ściereczką i odstawić w temperaturze pokojowej na 2-3 dni (u mnie niecałe 3 - tempo zależy od temperatury w mieszkaniu, jeśli jest chłodniej, proces potrwa dłużej). Gotowy zakwas będzie pachniał żurkiem ;). Będzie miał także na powierzchni biały nalot - to normalne, nie należy się przejmować, może się także oddzielić część gęsta od płynu.
Żurek
Poza zakwasem, jw. potrzebujemy:
5-6 grzybów suszonych (zalanych wrzątkiem minimum godzinę przed gotowaniem; u mnie tylko tyle, by zakryć grzyby - ok. 4-5 łyżek)
1 włoszczyzna (u mnie 2/3 włoszczyzny, tj. bez 2 marchewki i 1 pietruszki, reszta b/z)
łyżka suszonego lubczyku (lub parę liści świeżego)
liść laurowy
kilka ziarenek pieprzu
jw. ziela angielskiego
duża szczypta suszonego majeranku
sól/pieprz do smaku
kilka łyżek śmietany
Włoszczyznę i cebulę obieramy, wkładamy do garnka razem z przyprawami, grzybami (z wodą z zalania), kiełbasą i boczkiem. Zalewamy wodą i bulionem. Zagotowujemy. Skręcamy ogień na mały/średni (można w tym momencie też dodać ok. łyżeczki soli) i gotujemy ok. 50-60 minut. Odcedzamy. Wyławiamy kiełbasę, boczek i grzyby, kroimy kiełbasę na plastry, a boczek i grzyby - drobno siekamy, i wkładamy całość z powrotem do zupy. Dodajemy zakwas - w zależności od upodobań, albo samą wodę, albo wodę i mąkę (bez przypraw, które odławiamy lub odcedzamy) - wówczas zupa będzie gęstsza. U mnie była to woda i ok. 1/2 mąki. Podgrzewamy całość na małym ogniu ok. 15 minut, sprawdzając doprawienie. Pod koniec gotowania zabielamy zupę delikatnie śmietaną - u mnie 18%, ok. 5 łyżek, zahartowanych wcześniej zupą. Podajemy z jajkiem na twardo.
Nie wiem, czy to nie moja ulubiona tradycyjna zupa...
Wiecie, że jeszcze nigdy - do poniedziałku - nie ugotowałam sama barszczu? Robiłam chłodnik z botwinki, i zajadałam się barszczami Babci, Mamy, Teściowej oraz M (który tu pokazywałam). Postanowiłam, że jak robić, to robić porządnie: nastawiając wcześniej kwas buraczany, a do tego dodatek z kuchni rosyjskiej: pieczone uszka z nadzieniem z kaszy gryczanej.
Przyznaję, że akurat barszczu na domowym kwasie nigdy nie jadłam, chyba, że Babcia kiedyś robiła. Smak jest inny niż zupy "szybkiej", ale po pierwszym zaskoczeniu całkiem mi przypadł do gustu. Co więcej, barszczolubny M wyraził aprobatę :)
Korzystałam z przepisu na kwas podanego przez Gospodarną Narzeczoną oraz jej rad co do samego barszczu, a ona cytowała za Marią Disslową.
Kwas buraczany
Narzeczona: "Bierzemy duży słój. Kilka buraków, tyle ile zmieści się w słoju, myjemy, obieramy i kroimy na cienkie plasterki. Układamy w słoju. Zalewamy letnią, filtrowaną i przegotowaną wodą. Na wierzch kładziemy razową skórkę zakwasowca, najlepiej. Przykrywamy gazą i obwiązujemy sznureczkiem. Odstawiamy w ciepłe miejsce na kilka dni."
Uwagi moje:
- nie przesadzajcie z ilością buraków, zostawcie miejsce w słoju na chleb i wodę
- ważne: chleb musi być całkowicie przykryty wodą, w przeciwnym razie kwas może zapleśnieć (co mi się za 1szą próbą niestety przydarzyło)
- skórka chleba musi być dobrze wysuszona a buraki dokładnie umyte (aby uniknąć pleśni)
- zamiast gazy może być ręcznik papierowy, a sznureczka - gumka recepturka ;)
- "kilka dni" - u mnie były to 4 dni, po tym czasie odcedziłam płyn i odstawiłam jeszcze na ok. 8 h
Barszcz
Wywar grzybowy: ok. 30-40g grzybów suszonych zalać wodą (u mnie ok. 300ml, można więcej, jak chcecie), zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 50-60 minut. Grzyby odcedzić (zachować np. do nadziewania uszek lub do innego dania), wywar zachować.
Wywar warzywny: obraną, z grubsza pokrojoną włoszczyznę (można dać mniej marchewki a selera korzennego zastąpić naciowym) i ok. 600 g obranych, pokrojonych w plastry buraków zalać wodą. Dodać łyżeczkę pieprzu w ziarnach, łyżeczkę ziela angielskiego, 2 liście laurowe, łyżkę suszonego lubczyku (opcjonalnie) i łyżkę soli. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować co najmniej godzinę (u mnie ok. 75 min). Wywar odcedzić, warzywa zachować do użycia np. w sosie/tarcie. Garść poszatkowanych jarzyn podałam jako dodatek do barszczu.
W garnku łączymy oba wywary i dodajemy kwas. Proporcje powinny być 3:1 (wywar: kwas), i tak ja miałam ok. 1,2 l. wywaru łączonego grzybno-warzywnego i ok. 400 ml kwasu buraczanego. Podgrzewamy, ale NIE ZAGOTOWUJEMY. Sprawdzamy doprawienie (ja dodałam pieprzu). Podajemy gorący.
Barszcz możemy podać czysty, z dodatkiem "farfocli" (czyli poszatkowanych, ugotowanych jarzyn... jak u mojej Babci D.), ugotowanych ziemniaków czy śmietany. Ja przejrzałam Kuchnię rosyjską Hyginy Seheń (skąd pochodzą stosowane przeze mnie przepisy na bliny) i postanowiłam zrobić uszka pieczone z nadzieniem z kaszy gryczanej. Przepis okazał się nieco niedokładny, co nie jest niczym nowym w tej książce (m.in. została mi 1/2 farszu, a co do temperatury i czasu pieczenia - musiałam zgadywać). Oto zatem, jak zrobiłam:
Uszka pieczone
Składniki:
125g mąki
1 duże jajo
sól
ok. 2-3 łyżek wody
50g kaszy gryczanej
łyżka masła
15g cebuli
opcjonalnie: łyżeczka grzybów (z wywaru)
Nadzienie: ugotowaną kaszę wymieszać z przesmażoną na maśle cebulą (wg autorki całego farszu miało być 2 x tyle, ja podaję ilości takie, jak faktycznie zostały zużyte) i łyżeczką posiekanych grzybów z wywaru (polecam!), lekko doprawić do smaku. Z mąki, jaja, wody i szczypty soli zagnieść ciasto zbliżone do makaronowego. Rozwałkować cienko, podzielić na ok. 7 cm kwadraty. Nadziewać łyżeczką farszu, zwijać uszka (moje były bardzo, hm, kreatywnie zwinięte). Można też wycinać szklanką koła i lepić pierożki. Ułożyć na blaszce wyłożonej pergaminem (u mnie matą silikonową), posmarować stopionym masłem lub oliwą i piec ok. 15-20 minut w 220 st. C. (do zezłocenia). Podawać od razu, razem z barszczem.
Zupa miała piękny kolor, który moim zdaniem zawdzięczała kwasowi buraczanemu. Niestety zdjęcia były robione na szybko i wieczorem, więc koloru specjalnie nie oddają ;/. Kwas poza tym, że zakwasza ;), nadaje barszczowi specyficzny posmak, który M nazwał "przydechem". Jak jednak ujął - "specyficzny, ale pierwsza klasa". Warto spróbować, także z uszkami, które są ciekawym dodatkiem.
Gdy wiatr wieje, śnieg sypie, temperatury spadają, a świat za oknem wygląda tak, jak powyżej, koty przyjmują postawę dwojaką:
Kleksy, tj. właściciele kotów, zaś chętnie jadają rozgrzewające zupy. Oto dwie propozycje. Jedna dla mięsożerców, druga, przy zastosowaniu bulionu warzywnego, jak najbardziej wege.
Zupa zimowa z fasolą i kiełbasą (wg The French Kitchen, z moimi zmianami, mianowicie zastąpiłam 2 posiekane marchewki... pieczarkami i dodałam parę suszonych grzybów; wyszło bardzo pożywnie i aromatycznie)
Składniki (na ok. 4-6 porcji):
200g suszonej białej fasoli (u mnie jaś), moczonej przez noc
2 łyżki oliwy
100g wędzonego boczku, pokrojonego w kostkę
2 drobno posiekane cebule
2 drobno posiekane ząbki czosnku
ok. 150g pieczarek, pokrojonych w cienkie plasterki
parę suszonych grzybów (objętościowo ok. 1-1,5 łyżki)
sól
świeżo mielony czarny pieprz
biała kiełbasa/kiełbaski o wadze ok. 350-400g
natka pietruszki (do posypki)
Wieczorem dnia poprzedzającego gotowanie zalać fasolę zimną wodą, przykryć, odstawić na noc. Kolejnego dnia odcedzić, przepłukać, umieścić w garnku. Zakryć wodą, zagotować, gotować na małym ogniu ok. 1 godzinę. Odszumowywać w trakcie gotowania, jeśli to konieczne. Ugotowaną fasolę odcedzić, odstawić na bok.
Rogrzać oliwę w rondlu i usmażyć na niej boczek na złoto. Dodać warzywa (najlepiej partiami, najpierw cebulę i czosnek, itd) przesmażyć kilka minut. Zalać całość bulionem, dodać liść laurowy, grzyby i doprawić do smaku. Wymieszać, dodać kiełbasę w całości i gotować ok. 25 minut pod przykryciem. Dodać fasolę, wymieszać i gotować dalsze 10 minut. Wyłowić kiełbasę, pokroić w plastry, umieścić z powrotem w zupie. Podawać całość posypaną posiekaną natką.
Zupa jarzynowo-dyniowa (wariant często robionej przeze mnie jarzynowej-krem, gdzie czasem zamiast dyni dodaję mniej lub więcej przecieru pomidorowego bądź same warzywa, wówczas nie redukując ilości marchewki)
Składniki (na ok. 4 porcje):
łyżka-dwie oliwy
1 litr dobrego bulionu (polecam domowy, może być też dobrej jakości warzywny instant),
1 włoszczyzna (bez dwóch marchewek),
ok. 500-550g dyni,
łyżka koncentratu pomidorowego,
płaska łyżeczka kwiatu gałki muszkatołowej (u mnie 1 rozgnieciony kwiatek) lub gałka muszkatołowa do smaku,
sól, pieprz
Włoszczyznę (bez dwóch marchewek) obrać, pokroić w plastry (nie muszą być drobne, zupa i tak będzie miksowana. Dynię obrać, pokroić z grubsza w kostkę. Zeszklić na oliwie pora, dodać dynię, przesmażyć chwilę, dodać włoszczyznę. Wymieszać, po chwili zalać bulionem. Zagotować, dodać koncentrat pomidory i gałkę/kwiat gałki muszkatołowej, doprawić do smaku. Wymieszać, skręcić ogień na mały/średni i gotować ok. 45-60 minut, aż warzywa będą całkiem miękkie. Gotową zupę zmiksować, sprawdzić doprawienie. Jeśli będzie za gęsta, lekko rozrzedzić wodą. Można podawać czystą, do picia w kubkach, lub z kleksem śmietany.
To zupa dla osób zapomidorowanych, które się wzięły za robienie przecieru z 50kg owoców. Zajęło nam to 2 dni, wszędzie dookoła były pomidory surowe, słoiki z pomidorami, pomidory rozdrobnione, pomidory gotujące się i skórki z pomidorów. Myślałam, że długo nie będę chciała zjeść nic na p. Tymczasem jednak, gdy uświadomiliśmy sobie, że wypadałoby w tym pobojowisku ugotować i zjeść jakiś obiad, a ja siedziałam po łokcie w rozgniecionych pomidorach, danie nasunęło się niejako samo przez się - główny składnik znajdował się w końcu przed nosem. W gruncie rzeczy to 'świeższa' wersja błyskawicznej pomidorówki Nigelli.
Składniki: ok. 1-1,2 litra dojrzałych, soczystych, rozdrobnionych pomidorów (skórki sparzone, owoce rozgniecione rękoma), ok. 0,5-0,6 l. wody, 1 mała cebula, pokrojona w piórka, 1 mała marchewka, pokrojona w cienkie talarki, kilka liści lubczyku, 1 liść laurowy, ok. 3 ziaren ziela angielskiego, ok. 1/2 łyżki oliwy, sól, pieprz, szklanka opłukanego ryżu, opcjonalnie: gruby plaster wędzonego boczku, pokrojony w kostkę
Wymieszać pulpę pomidorową z wodą, pokropić oliwą, dodać lubczyk, liść laurowy, ziele angielskie i zagotować w garnku. Skręcić lekko ogień, doprawić solą/pieprzem, dodać marchewkę i cebulę oraz opcjonalny boczek, gotować aż marchewka nieco zmięknie (ok. 20-25 min). Sprawdzić, czy jest wystarczająco dużo wody, by ugotować w zupie ryż (i ew. trochę dolać); dorzucić ryż do garnka i gotować, aż będzie miękki. Pod koniec sprawdzić doprawienie.
Wiem, że trochę się w kraju w ostatnich dniach ochłodziło, ale upał powoli wraca, a wtedy chłodnik na obiad jak znalazł. Poza chłodnikiem botwinkowym, najczęściej robię chłodnik ogórkowy oraz gruboziarniste gazpacho, którego nie miksuję (raz spróbowałam to zrobić i wróciłam szybko do wersji gęstej). Przepis na to ostatnie znalazłam wieki temu na portalu puszka.pl, ale z nieco innymi proporcjami.
Gazpacho gruboziarniste
Składniki: 2-3 kromki suchego/opieczonego chleba, 1-2 ząbki czosnku, łyżka oliwy, łyżka octu winnego lub balsamico, ok. 1,5-1,6 kg dojrzałych, soczystych pomidorów (lub 1 kg świeżych + np. 450g dobrych pomidorów w puszce, lub ew. 1 litr dobrego przecieru pomidorowego/passaty), ok. 1 litra dobrego schłodzonego bulionu (warzywnego lub mięsnego), 2 średnie ogórki zielone, 1-2 papryki (w dowolnym kolorze), ulubione świeże i/lub suszone zioła (u mnie suszone oregano i świeży cząber), sól/pieprz, opcjonalnie: cukinia, cebula, płatki migdałowe, chilli, słodka /wędzona papryka w proszku
Chleb kroimy w kostkę, umieszczamy na dnie dużego kamiennego garnka lub wazy. Czosnek rozdrabniamy, mieszamy z chlebem, zalewamy oliwą i octem, ponownie mieszamy. Pomidory zalewamy wrzątkiem, aby sparzyć skórki, po paru minutach odcedzamy, obieramy ze skórek, miąższ rozgniatamy, dokładamy do chleba. Dodajemy bulion. Ogórki ścieramy na tarce, paprykę drobno kroimy i dodajemy do reszty. Jeśli chcemy dodać cukinię, także ścieramy ją na tarce, cebulę kroimy w b. drobną kostkę. Dodajemy zioła, ew. inne składniki (płatki migdałowe, chilli mielone/w płatkach/świeże, papryka w proszku...). Mieszamy dokładnie, doprawiamy do smaku, ew. rozrzedzamy lekko wodą, jeśli jest za gęste. Dobrze schładzamy przed podaniem (co najmniej kilka godzin w lodówce).
Chłodnik ogórkowy
Składniki: ok. 1 litra maślanki/mleka zsiadłego/kefiru/jogurtu lub mieszanki ww., opcjonalnie: kilka łyżek kwaśnej śmietany i/lub wody, ok. 3 ogórków średniej długości, garść posiekanego koperku i szczypiorku, dwa rozdrobione ząbki czosnku, sól/pieprz, opcjonalnie: parę drobno pokrojonych rzodkiewek, kilka plastrów chudej wędliny (np. schab lub cielęcina pieczona, chuda szynka), jajo na twardo, łyżka-dwie posiekanej świeżej kolendry, szczypta słodkiej papryki
Płynny nabiał (maślankę, jogurt, itp) dobrze wymieszać w garnku lub wazie ze startymi ogórkami (u mnie 1 ze skórką, reszta bez), drobno posiekaną zieleniną (u mnie, poza koprem i szczypiorkiem, także nietradycyjna świeża kolendra*), i rozdrobnionym czosnkiem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, opcjonalnie odrobiną słodkiej papryki. Jeśli całość za gęsta, lekko rozrzedzić wodą. Schłodzić co najmniej 4-5 godzin w lodówce. Podawać albo samo, albo z dodatkiem jajka na twardo lub pokrojonej chudej wędliny (jak na zdjęciu).
* Narzekano, że 'dominuje', i sugerowano, aby następnym razem nie eksperymentować, albo jeśli już, to delikatniej.
Gdy pierwszy raz przeczytałam o tym, że można robić zupę z sałaty, zrobiłam "eeee?" i pokręciłam głową. Było to jednak parę lat temu ;) Od tego czasu zdążyłam na działce zasadzić lubczyk, który przeżył tam już dwie zimy, cyklicznie to umierając, to ożywając ponownie. W tej chwili jest znów żywym, zielonym krzaczkiem. Potarłam liście w palcach, zachwyciłam się aromatem i uznałam, że trzeba go wykorzystać. Przypomniałam sobie o lettuce and lovage soup, specjale kuchni brytyjskiej i przysmaku trochę retro. Skorzystałam z przepisu Nigelli z How to eat oraz z Hugh Fearnleya-Whittingstalla - powstało coś pośrodku.
Składniki: Oliwa (ok. łyżki) + łyżka masła, 1 cebula-dymka (cebulka + szczypior), 1 średnia cebula, garść liści i łodyg młodego, świeżego lubczyku, 2 sałaty masłowe, litr dobrego bulionu (u mnie 500ml domowego drobiowego i 500ml warzywnego bio), dwie obfite szczypty kwiatu gałki muszkatołowej, pół łyżeczki cukru, sól, pieprz (delikatnie), opcjonalnie: śmietana lub śmietanka
Cebulę i szczypior posiekać, zeszklić w rondlu na oliwie z masłem. Dodać z grubsza posiekany lubczyk i umytą, poszatkowaną sałatę. Wymieszać, zalać bulionem, doprawić cukrem, solą (jeśli bulion nie jest sam w sobie mocno słony), delikatnie pieprzem i kwiatem gałki muszkatołowej. Gotować na średnim ogniu ok. 15 minut. Zmiksować, sprawdzić doprawienie. Podawać na ciepło, opcjonalnie z kleksem śmietany, lub na zimno, jako chłodnik.
Gdybym nie wiedziała, co jem, powiedziałabym, że to zupa ze szpinaku. Smak jest trawiasty i delikatny - np. M zupełnie nie przypadł do gustu ("mdłe"*). Przyznaję, że żadna eksplozja smaku to to nie jest, ale mimo tego mi smakowało: łagodne, subtelne potrawy są także potrzebne. Miseczka zupy bardzo dobrze pasowałaby jako przystawka do wiosennego lub letniego obiadu, jako wstęp do bardziej wyrazistej potrawy... Podoba mi się to, że można ją jeść i na ciepło, i jako chłodnik. A poza tym miło zaskoczyć czymś gości ;).
* Ale on też nigdy nie lubił różnych zielonych, 'trawiastych' koktajli z krakowskiej Chimery, które ja piłam z przyjemnością.
Jadłam zupę cebulową często w restauracjach i "w gościach", a nigdy sama nie robiłam. Tym razem jednak nadmiar cebuli w domu sam niejako narzucił danie... Oto, co zrobiłam:
Składniki: łyżka masła, łyżka oliwy, 4 małe zwykłe (żółte) cebule, 1 szalotka, 1 średnia cebula czerwona, ok. 800 ml bulionu (dowolnego, najlepszy domowy drobiowy), 150-200 ml białego wytrawnego wina, sól, pieprz, liść laurowy x 2, ziele angielskie, rozmaryn i/lub tymianek (suszony lub świeży), poza tym na grzanki: kilka kromek pieczywa, ser żółty, musztarda
Cebulę pokroiłam w piórka, lekko oprószyłam solą i zeszkliłam w szerokim rondlu na rozgrzanej mieszance masła i oliwy (można robić to na raty, u mnie cebula zmieściła się w jednej grubszej warstwie na dnie rondla). Zalałam białym winem tak, aby przykryć cebulę na ok. 1 cm (u mnie było to coś pomiędzy 150 a 200 ml) i gotowałam kilka minut na mocnym ogniu, aż płyn lekko odparował. Dodałam 2 liście laurowe, kilka ziaren ziela angielskiego, ok. łyżki posiekanego, świeżego rozmarynu i ok. 1/4 łyżeczki suszonego tymianku; hojnie także posypałam świeżo zmielonym pieprzem i delikatnie jeszcze posoliłam. Całość zalałam bulionem, ogień skręciłam na mały i gotowałam pod przykryciem ok. 1,5 godziny. Blisko końca gotowania sprawdziłam doprawienie.
10 minut przed podaniem zupy zrobiłam grzanki: kromki razowego, żytniego chleba posmarowałam musztardą, na każdej położyłam plasterek sera żółtego i tak przygotowane zapiekłam w piekarniku pod grillem w 225 st. C. W każdej misce położyłam po grzance, pieczywo zalałam zupą. Z podanych proporcje wychodzą 2 hojne lub 4 mniejsze porcje.
Zupa jest sycąca, aromatyczna, lekko słodka i rozgrzewająca.