Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: zupa

poniedziałek, 08 października 2018

Zdarza Wam się ufiksować na jakieś danie lub połączenie smaków, i jadacie je do znudzenia? Miałam tak tej wiosny z kapustą (o czym wspominałam, na szczęście jej sobie nie zobrzydziłam* ;), rok temu zaś, jak dostałam od sąsiadki siatę buraków, opracowałam barszcz kompromisowy i... w moich wspomnieniach jedliśmy go większość jesieni, tj. gdzieś tak raz na tydzień ;).

Na czym polega kompromis? A więc moja teściowa robi taki: słodki, niczym nie zakwaszany, buraki słodzone, by wyciągnąć sok. Sama przez kilka lat robiłam taki wigilijny. Czegoś mi w nim jednak brakowało, tj. problemem był wywar jarzynowy. I za dużo jednak było dla mnie w nim grzybów, i za mało był esencjonalny. Wpadłam więc na pomysł (trochę natchniona dyskusją internetową pt. "jak najszybciej ugotować barszcz"), by pójść trzecią drogą ("the third way" - ktoś jeszcze pamięta Tony'ego Blaira ;)?). Jest więc wywar buraczany z minimalnym dodatkiem grzybów plus dobry bulion, lubczyk i parę innych składników, który po ugotowaniu musi dobrze smakować sam w sobie. Gdy do tego dodamy esencję buraczaną (tj. kwas) wg upodobań i oczywiście dla koloru, wyjdzie zupa, która nie musi się odstać dobę, by być naprawdę smaczna, tylko można ją jeść właściwie od razu. Oczywiście, po dodaniu kwasu nie można barszczu zagotować, i nie chodzi tylko o utraconą barwę: smak niestety od razu także jest gorszy.

 

Składniki:

  • ok. 5-6 średnich buraków,
  • 1 marchewka (ew. kawałek dyni),
  • 2-3 grzyby suszone,
  • łyżka lubczyku (najlepiej świeżego, ew. suszonego),
  • ząbek czosnku,
  • opcjonalnie: 2 śliwki (świeże lub suszone)
  • ok. 1,25l płynu (woda + dobry bulion, z czego bulionu przynajmniej 500ml)
  • kwas buraczany wg uznania (ok. 500-750ml)

Buraki i marchew obrać, umieścić w garnku z pozostałymi składnikami (poza kwasem). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 1-1,5h. W 3/4 czasu gotowania skosztować, doprawić do smaku solą/pieprzem. Po ugotowaniu odcedzić i przestudzić - powinien być tylko lekko ciepły. Połączyć z kwasem - najlepiej wlać na początek np. szklankę lub półtorej, wymieszać, skosztować, ew. skorygować sól/pieprz i dalej wlewać stopniowo. Warto pamiętać, że po podgrzaniu zupa będzie wydawała się słodsza; zawsze można więcej zakwasić już na ciepło, natomiast na nadmiar kwasu niewiele można pomóc. Podgrzewać delikatnie, uważając, by nie zagotować; sprawdzić doprawienie już gorącej zupy i jeśli to konieczne, skorygować.


* Co niestety się mi zdarzyło z paroma innymi "przedawkowanymi" produktami, np. po Indiach długo nie miałam ochoty na jajka, zwłaszcza omlety, a od czasu wyjazdu do Francji kilka lat temu nie szaleję za croissantami (tj. zjem, jak mi ktoś położy na talerzu, ale bez entuzjazmu).

wtorek, 24 lipca 2018

Gdy niedawno byłam (bardzo krótko) w Londynie, zaliczyłam wizytę w Elystan Street (oraz wróciłam do St. Johna: poprawiłam w recenzji jedną informację praktyczną). W Elystanie było raczej pozytywnie, ale bez zachwytów, poza może dwoma rzeczami: aperitify, i to zarówno sour werbenowy (wściekle zielony), jak i bezalkoholowy koktajl na Seedlip, bezprocentowym destylacie, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia, oraz moja przystawka. Mianowicie był to chłodnik migdałowy; jak tylko go zobaczyłam w karcie, przypomniałam sobie, że zawsze chciałam tego spróbować. Smak mnie zaskoczył i jednocześnie bardzo przypadł do gustu przez połączenie słodkiego, kremowego i kwaśnego. Do tego wszystkiego jest to (przynajmniej w moim odczuciu) atrakcyjnie wizualnie danie i, uwaga, typowo przystawkowe (czyt. trudno zjeść dużo). W sam raz dla gości.

Przeczytałam kilka przepisów w internecie plus ten z A kitchen in France Mimi Thorisson i doszłam do wniosków takich, że to mniej więcej jak z bigosem ;) – każdy wie swoje. Poza faktem, że w każdym przepisie są migdały i chleb, reszta jest od Sasa do Lasa. Mój przepis ostatecznie bazuje na wersji Mimi, poza zwiększoną ilością octu, ale posypka jest zupełnie inna, nawiązująca do tego, co jadłam w Londynie. Co prawda, jeśli wierzyć menu ze strony internetowej, tam jeszcze był melon, no, ale… Wyszło i tak efektownie oraz, co ciekawe i niecodzienne, uzyskało aprobatę M, który nie jest wielkim fanem migdałów.

Składniki (na ok. 3 porcje):

  • 75g (czyli 1 większa kromka) białego chleba (bez skórki, jeśli jest gruba)
  • 100g migdałów w płatkach
  • 125g zielonych winogron bezpestkowych (użyłam rodzynkowych)
  • 1 mały, obrany ogórek
  • zmiażdżony ząbek czosnku
  • 2 łyżki łagodnego octu np. jabłkowego (u mnie nieodmiennie domowy), lub więcej do smaku
  • 75ml dobrej oliwy z oliwek
  • 350ml zimnej (np. z lodówki) wody
  • sól i pieprz

Do podania:

  • ok. 8-10 niewielkich zielonych oliwek,
  • 6 niewielkich liści mięty,
  • łyżka uprażonych migdałów,
  • kilka (ok. 4-6) winogron
  • oliwa

Chleb namoczyć kilka minut w chłodnej wodzie, osączyć i odcisnąć, zmiksować z owocami i warzywami, stopniowo lejąc zimną wodę, ocet i oliwę. Przecedzić i przetrzeć, skosztować, doprawić do smaku solą  i pieprzem, schłodzić co najmniej 6h (lub najpierw schłodzić, potem przetrzeć). Składniki posypki posiekać, skropić cytryną, oliwą, lekko posolić, odstawić do przegryzienia na 10-15 minut przed jedzeniem. Skosztować schłodzonej zupy i w razie potrzeby doprawić do smaku. Podawać niewielkie porcje, z posypką na wierzchu, lekko skropione oliwą.

środa, 12 października 2016

Teoretycznie „zupa ze świeżych pomidorów” kojarzy się z latem, jednak wciąż uważam, że najlepsze do przetwarzania (także cenowo) są pomidory lima (tzw. jajo), na które sezon tak naprawdę jest we wrześniu. Jednakże podobnie, jak na straganach zaczynają się już w sierpniu, to i jeszcze teraz w październiku przez chwilę powinny być dostępne (zanim zacznie się ten smutny bezpomidorowy czas… chyba, że ktoś ma żelazne zapasy przecieru i dostęp do źródła dobrych pomidorów koktajlowych ;).

A więc zanim będzie to addio, poza pieczonymi pomidorami nocnymi, do których nieustannie zachęcam, można zrobić szybką a prostą zupę. Te ostatnie dwie cechy wiążą się z faktem, że choć to zupa ze świeżych pomidorów, nie obiera się ich ze skórek! Cuda? Nie, patent z miksowaniem zaczerpnięty od Ani z Jest pięknie, czyt. odkrycie sezonu ;). Bazą zupy są pomidory podduszone na czosnku i cebuli, a następnie ugotowane do miękkości w bulionie i wodzie. Przy dojrzałych owocach smaku jest na tyle dużo, że można by użyć samej wody, ale wiadomo – bulion zawsze smak wzmaga, więc zachęcam do jego użycia. Wypróbowałam też wersję z nieco mniejszą ilością pomidorów, za to z dodatkiem dyni i cukinii, na samym bulionie: też b. smaczna.

Składniki:

  • 1 kilogram pomidorów lima (jajo)
  • olej
  • 1 średnia cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 500ml dobrego bulionu (+ 350-500ml wody)
  • szczypta wędzonej papryki
  • opcjonalnie: ulubione zioła
  • sól do smaku
  • 1 cebula dymka
  • 3 duże pieczarki
  • parę suszonych grzybów
  • 1 mała cukinia
  • pieprz (sporo), szczypta wędzonej papryki, sól
  • opcjonalnie, do podania: kwaśna śmietana

Pomidory umyć, pokroić na ¼ lub ½, w przypadku mniejszych owoców. W garnku np. żeliwnym rozgrzać niewielką ilość oleju, przesmażyć z grubsza posiekane cebulę i czosnek. Dodać pomidory, skręcić ogień na średni i dusić całość kilka minut pod przykryciem. Dodać bulion i 350ml wody, paprykę i ew. zioła zagotować, ponownie przykryć i gotować ok. 25-30 minut, lub aż pomidory się całkiem rozpadną. Zmiksować na gładko (jeśli to konieczne, rozrzedzić dodatkową wodą), doprawić solą do smaku, podgrzewać na małym ogniu do chwili podania.

Gdy zupa się gotuje, przygotować warzywa: przesmażyć na oleju drobno pokrojoną dymkę, dodać posiekane pieczarki i wkruszyć parę suszonych grzybów. Smażyć aż grzyby zmiękną. Dodać cukinię pokrojoną w drobną kostkę. Doprawić do smaku. Gotować na średnim ogniu aż cukinia będzie miękka i wszelki płyn z grzybów odparuje. Podawać zupę z paroma łyżkami warzyw z patelni w każdym talerzu, opcjonalnie udekorowaną śmietaną.

środa, 07 września 2016

Na blogu była już, z dawnych czasów, zupa au pistou („postna zupka z bazylią”, cytując Julię Żak w Szóstej klepce – ta bazylia w Polsce z okolic r. 1976 mnie całkiem zresztą intryguje ;)). Była, ale już nie ma, bo po namyśle naprawdę mało miała wspólnego z oryginałem (plus przepis był na tyle kreatywny, że M gmerając łyżką w talerzu marudził: „A możesz następnym razem zrobić tak, jak w oryginale…?”). Inna rzecz, że to jest z założenia kreatywne danie: zupa pt. przegląd ogródka warzywnego, w założeniu wykorzystująca to, co w sezonie/co się ma pod ręką plus, żeby było bardziej pożywnie, dodatek fasolki, drobnego makaronu (dla mnie zaskakujący dodatek) i pistou, tj. pesto bez orzechów; w sumie siostra włoskiej minestrone. Swoją robiłam w szczycie sezonu letniego, kilka tygodni temu, gdy groszek miał się jeszcze bardzo dobrze a zaczęła się już cukinia, więc te składniki były faktycznie z ogrodu (obok, oczywiście, bazylii).

Korzystałam tym razem z przepisu Davida Lebovitza z My Paris Kitchen, który swoją drogą lekko różni się od zamieszczonego niedawno przez autora na blogu (proporcjami i metodą). Z odstępstw sobie podzieliłam pistou na ½ (i w moim odczuciu nie było jej za mało), osobno, tj. wcześniej, ugotowałam fasolę oraz dodałam, poza wodą, 1/2 pół litra domowego bulionu (który był dość ciemny i w połączeniu z czerwoną cebulą swoiście zabarwił zupę ;), jeśli jednak chodzi o całą resztę, byłam grzeczna. Swoją drogą, ciekawe, że moje pistou wyszło wyraźnie pomarańczowe od pomidora, u autora jest jednak zielone ;).

Składniki:

  • ½ szklanki* fasoli Jaś, namoczonej na noc
  • liść laurowy
  • 500ml bulionu (dobrego domowego) + dodatkowa woda do gotowania
  • 1 mała cebula (u mnie czerwona)
  • 2-3 zmiażdżone ząbki czosnku
  • ½ łyżki soli, lub do smaku
  • 4 mikro (tj. b. młode i małe) marchewki
  • 1,5 średniej cukinii
  • 1 szklanka zielonego groszku (świeżego wyłuskanego lub mrożonego)
  • 80g bardzo drobnego makaronu (mikro gwiazdki, ryż lub podobny)
  • pieprz do smaku

Pistou:

  • 1 mały ząbek czosnku
  • ¼ łyżeczki soli
  • 50g (ok. 2 szklanek) bazylii
  • 1,5 łyżki dobrej oliwy
  • ½ niedużego pomidora pomidora bez skórki, drobno posiekanego
  • 45g startego parmezanu

* szklanka = 240ml

Namoczoną przez noc fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy, zagotować, skręcić ogień i gotować na małym ok. 45 minut (nie będzie zupełnie miękka, ale jeszcze będzie gotowała się w zupie). Fasolę odcedzić, pozbyć się liścia i odstawić na bok (można i na kilka h, tj. ja ugotowałam fasolę rano, a samą zupę przygotowałam dopiero późnym popołudniem).

Podgrzać bulion, dodać drobno posiekaną cebulę i czosnek, gotować kilka minut. Dodać marchewkę pokrojoną w cienkie plastry i ok. 500ml ciepłej wody, ponownie zagotować, gotować dalsze kilka minut, dodać fasolę, cukinię pokrojoną w kostkę i sól. Po ok. 10 dalszych minutach albo zgasić ogień pod garnkiem, jeśli przygotowujecie zupę z wyprzedzeniem, albo od razu dodać groszek i makaron (i jeśli to konieczne, uzupełnić wodę), gotować jeszcze 10 minut lub aż makaron będzie miękki. Pod koniec gotowania doprawić do smaku pieprzem.

Gdy zupa się gotuje, zmiksować wszystkie składniki pistou w malakserze/blenderem ręcznym lub utrzeć w moździerzu (można to ostatecznie zrobić wcześniej, ale pasta nawet szczelnie przykryta folią trochę ściemnieje podczas przechowywania). Podawać gorącą zupę z łyżką pistou, ew. nadmiar można także dać na stół.

Gdy podałam M talerz zupy, spytał z uśmiechem: „Krupnik…?”. Uśmiech oznaczał: „Raczej cię o to nie podejrzewam” (i ma ku temu podstawy: zjeść ostatecznie zjem, ale zrobić nie zrobię, m.in. ze względu na drobną kaszę). Delikatnie wskazałam mu różnice: makaron, młode warzywa, fasola… A jednak ta uwaga męża, choć rzucona jeszcze przed spróbowaniem dania, ma sens: zupa jest bardzo pożywna, rozgrzewająca (więc na polskie lato w sam raz), gęsta i podpada pod comfort food. I w takim wydaniu będę do niej wracać!

Zapisz

wtorek, 21 czerwca 2016

Lata 80-te, warszawska Wola, „prawie Centrum”. Zawsze chłodna i ciemna – zwłaszcza w słoneczny dzień - klatka schodowa wybudowanej w latach 50-tych kamienicy, w której mieszkała Babcia D. Szeroki drewniany parapet w kuchni, na którym czasem wolno było mi siadać, z oknem na ciemne podwórko, a pod parapetem szafka zwana „zimną kuchnią”, w której mieszkały słoiki z przetworami (wiśnie, brązowe i nieciekawe truskawki i borówki do mięsa). Na parapecie jadłam chrupki chleb Cioci, brązowy z dużymi dziurkami, który bardzo mi smakował. Łapki miksera po ubijaniu śmietanki (wydane zapewne też przez Ciocię, bez wiedzy Mamy) oblizywałam przy blacie kuchennym, już po zejściu z parapetu. Barszcz w najróżniejszych wydaniach pojawiał się jednak już albo przy stole kuchennym, albo podany na obiad przy biurku w pokoju brata ciotecznego.

A barszcz był i czysty, i zabielany, i z jajem, i z osolonymi, sypkimi ziemniakami podanymi z boku, i w zupie, i – clou! - z farfoclami, tj. poszatkowanymi jarzynami z wywaru oraz fasolką. Lubiłam każdy wariant, może z drobną przewagą wersji z jajem/zabielanej, no i farfocle były zawsze atrakcyjne, m.in. ze względu na to, że pojawiały się stosunkowo rzadko (pewnie ze względu na większą pracochłonność). W moich wspomnieniach babcina zupa = z buraków (bo choć musiały być inne, to ich nie pamiętam, tak samo jak z surówek pamiętam tylko słodko-kwaśną mizerię). Tak czy inaczej, w sumie nietrudno zrozumieć, czemu tak lubię buraki w najróżniejszej postaci (duszona botwinka w końcu też była Mamy daniem rodzinnym, o buraczkach na ciepło czy w surówce nie wspominając).

I dlatego nad zupą botwinkową z fasolką zrobiło mi się sentymentalnie, zwłaszcza jak jeszcze posypałam ugotowane i wysuszone ziemniaki koperkiem, lekko doprawiłam masłem i postawiłam obok talerzy z zupą. O tym zwyczaju jedzenia ziemniaków obok zupy pamiętam, jak Babcia mi opowiadała, nakładając jedną czy dwie sztuki na spodek, bo to musiała być dla mnie nowość. A zapach młodego koperku na wiosnę zawsze mi przypomina przechodzenie z Babcią przez nieistniejący targ vis a vis Hali Mirowskiej. W tym roku pierwszy raz wysiałam koperek w ogrodzie, licząc na to, że się sam wysieje i potem będzie się w cudowny sposób odradzał (jak się dzieje u naszych sąsiadek).

Składniki:

  • 1 szklanka fasoli Jaś
  • 2 liście laurowe
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 większy pęczek botwinki (z dość dużymi buraczkami, szt. 4-5)
  • 1 litr bulionu (dowolnego, ale jak najlepszego, tj. wskazany ulubiony/domowy)
  • ok. 1,5 szklanki wcześniej ugotowanych (np. w bulionie), ew. upieczonych, jarzyn (marchewka i pietruszka, ew. seler, jeśli ktoś lubi)
  • sól, pieprz
  • sok z ½ cytryny (lub do smaku)

Fasolę zalać wodą (ok. 2 szklanek lub trochę więcej) na noc w dzień poprzedzający gotowanie. Następnego dnia zalać świeżą wodą, dodać liście laurowe, zagotować, gotować ok. godzinę na małym ogniu, odcedzić, usunąć liście laurowe. Odstawić na bok.

Czosnek posiekać, krótko przesmażyć w dużym garnku na niewielkiej ilości oleju. Buraki odciąć od reszty botwiny, umyć, pokroić w kostkę, dodać do garnka, zalać szklanką bulionu, zagotować, gotować pod przykryciem na małym ogniu przez ok. 15 minut. Dodać posiekane łodygi, zalać kolejną szklanką bulionu, gotować dalsze 10 minut. Dorzucić posiekane liście, wlać pozostały bulion, gotować jeszcze kilka minut. Dodać fasolkę i jarzyny, skręcić ogień na mały, by całość tylko podgrzewać. Po kilku minutach doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Podgrzewać jeszcze co najmniej 10-15 minut przed podaniem. Podawać z ugotowanymi ziemniakami, posypanymi koperkiem i doprawionymi masłem. Opcjonalne inne dodatki: jajko na twardo, kwaśna śmietana, szczypior.

A na deser: zdjęcie Babci z Mamą w opisanej wyżej kuchni, kilka dekad wcześniej, niż ja w niej siadywałam.

Zapisz

niedziela, 14 lutego 2016

Podczas ostatniego pobytu w Austrii wpadł mi w ręce magazyn ilustrowany, w którym tylko szybko obejrzałam obrazki, ale który miał ciekawy kulinarny załącznik: broszurę z daniami z każdego regionu kraju, ułożonymi na zasadzie trzydaniowego menu (czyli był zestaw z Tyrolu, Karyntii, itd.). Niektóre przepisy zaciekawiły mnie na tyle, że sprawdziłam w słowniku wszystkiego niezrozumiałe dla mnie słowa, a jedno danie nawet od razu ugotowałam.

Ritschert znalazłam wśród dań ze Styrii. To bardzo gęsta, sycąca zupa (a może nawet Eintopf) z dodatkiem kaszy, ziemniaków, fasoli i wędzonki. Wiki informuje m.in., że to danie... więzienne ;). Ponieważ w swojej zupie, poza wodą, użyłam także 500ml bulionu, dodałam mniej wędliny, niż sugerowano, bo obkroiłam ją z tłuszczu. Można jednak dać samą wodę a ilość boczku zwiększyć, nadal nie przesadzałabym jednak z jego tłustością. Majeranek to mój dodatek, bo pasował bardziej, niż sugerowany tymianek.

Składniki (dla 2-4 osób):

  • 200g fasoli (dowolnej, u mnie Jaś) namoczonej na noc
  • 250g ziemniaków, najlepiej sałatkowych (nie mącznych)
  • ok. 70-120g wędzonki (patrz uwagi jw.)
  • 500ml bulionu (opcjonalnie) i ok. 500ml wody, lub sama woda (patrz uwagi jw.)
  • 100g pęczaku, najlepiej wcześniej namoczonego co najmniej 1h
  • sól/pieprz
  • liść laurowy
  • suszony majeranek
  • łagodny ocet (jabłkowy: domowy się świetnie nadaje lub z białego wina)
  • do podania: posiekana natka pietruszki

Namoczoną fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy, zagotować. Gotować ok. 10 minut, następnie dodać namoczoną i odcedzoną kaszę, całość lekko posolić i ew. uzupełnić wodę; gotować razem ok. 20-25 minut (i kasza, i fasola powinna pozostać lekko jędrna). Dodać bulion (jeśli używacie) i wodę, posiekaną wędzonkę oraz obrane i pokrojone w kostkę ziemniaki. Doprawić hojną szczyptą (lub tyle, ile uważacie) majeranku, gotować, aż ziemniaki będą miękkie. Jeśli to konieczne, dolać więcej wody podczas gotowania. Doprawić do smaku solą, pieprzem i octem (mój jabłkowy jest na tyle delikatny, że dokwaszałam kilka razy). Podgrzewać jeszcze przez co najmniej kilkanaście minut i jeszcze raz sprawdzić doprawienie; najlepiej jednak zupę odstawić na co najmniej 2h i dopiero przed podaniem delikatnie podgrzać. Gdyby zupa była za gęsta, znów delikatnie rozrzedzić. Podawać posypane natką.

M po zajrzeniu do garnka nie chciał uwierzyć, że zupa nie była zagęszczana mąką – i to prawda, że też miałam skojarzenia z żurkiem, nie tylko ze względu na kwaśno-mięsne smaki. Cała jednak „mączność” pochodzi ze strączkowych i kaszy, raczej w minimalnym stopniu z ziemniaków – bo miałam takie jak trzeba, tj. zwięzłe, i zachowały kształt nawet po podgrzaniu (przygotowałam zupę kilka godzin przed podaniem). Tak czy inaczej, talerz lub dwa spokojnie starczą za cały posiłek, a w chłodniejsze pory roku takie obiady bardzo lubię ;). Jeśli ktoś lubi kwaśne, można podać na stół dodatkowo ocet, użyty do zupy.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Nie macie już dość zup dyniowych? Ja – nie ;). Zwłaszcza, że zaczyna się pomału sezon brukselkowy. Pierwszą zakupioną tego roku zużyłam jako dodatek do kolacji azjatyckiej (pokroiłam w paski i przesmażyłam kilka minut z czosnkiem, potem doprawiłam olejem sezamowym i sosem sojowym: zainspirowane Simply Nigella), a reszta poszła wraz z dynią do gara na zupę. Można powiedzieć, że to odświeżona – czy też rozwinięta ;) - wersja zupy z początków bloga.

Składniki:

  • 1 mała cebula
  • olej
  • ok. 250g brukselki
  • garść dyni, z grubsza posiekanej, bez skóry
  • 500ml bulionu i ok. 250ml wody
  • 500ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz
  • ok. ½ łyżeczki mieszanki ziołowej z ostrą papryką (lub po ¼ łyżeczki oregano i ostrej papryki)
  • kilka łyżek (do smaku, u mnie ok. 4) łagodnego* octu jabłkowego (lub soku z kiszonki)

Do podania:

  • kilka łyżek posiekanej fety lub sera koziego, np. dojrzewającego
  • szczypiorek (lub inne zielone)
  • grzanki (z czerstwego pieczywa, najlepiej na zakwasie)

Cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać brukselkę i dynię, przesmażyć chwilę. Zalać całość bulionem i wodą, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 30 minut pod przykryciem, aż warzywa zmiękną. Dodać przecier, wymieszać, doprawić do smaku przyprawami, gotować ok. 20 minut na małym ogniu. Sprawdzić doprawienie, zmiksować na gładko i dodać ocet do smaku. Podgrzewać delikatnie ok. 10 minut (lub dłużej) przed podaniem.

Serwować posypane grzankami, zieleniną i wybranym serem.

* Użyłam octu domowego, o którym chyba kilkakrotnie napomykałam, ale nigdy nie napisałam szczegółowo. Jest to przykład fantastycznego wykorzystania resztek oraz czegoś, co powstaje prawie z niczego, jak zakwas ;). Resztki niepryskanych jabłek (obierki, ścinki, gniazda nasienne itd.) pozostałe np. z przygotowywania szarlotki czy wyciskania soku trzeba umieścić w bardzo dużym słoju, zalać przefiltrowaną/przegotowaną wodą, przykryć ściereczką lub papierem i odstawić w jakieś nie za chłodne miejsce (okolice temp. pokojowej). Można przyspieszyć fermentację przez mały dodatek cukru – powiedzmy łyżeczka na litr wody. Co jakiś czas zawartość słoja należy zamieszać i sprawdzać, zwłaszcza na początkowym etapie, czy nie pojawia się pleśń. Po kilku tygodniach mamy delikatny ocet :). Swój przechowuję w chłodnej spiżarni.


sobota, 31 października 2015



W tym roku naprawdę myślałam, że z Festiwalu Dyni (link do gospodyni: patrz banner) na blogu nici. Można powiedzieć, że jest to Festiwal last minute, bo zamieszczam wpis w ostatnim dniu ;). Nie miałam weny i/lub czasu do testowania nowych przepisów dyniowych, pozostając przy starych szlagierach typu dyniowe puree, zupa z czego popadnie, w tym z dyni, itd. Nie pomagał niestety brak światła dziennego w godzinach popołudniowych, czyt. wtedy, kiedy zazwyczaj coś gotuję poza weekendem. 

A jednak coś się udało ;). Po pierwsze: odświeżona wersja zupy sprzed 3 lat. A właściwie sama zupa uproszczona, za to rozbudowane dodatki.

Składniki:

  • ok. 750g dyni (najlepiej dość zwięzłej, typu Amazonka czy Hokkaido, ale tym razem miałam mieszankę i takiej, i wodnistej no name)
  • 1 duża cebula
  • 3 średnie, winne/kwaskowate jabłka
  • 500ml ulubionego bulionu
  • ok. 1/8 łyżeczki nasion kolendry
  • sól (do smaku), pieprz (dość obficie)
  • hojna szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
  • szczypta słodkiej wędzonej papryki
  • ok. 1cm kawałek imbiru, drobno posiekany

Do podania:

  • 180g opakowanie tofu (naturalnego lub wędzonego)
  • ok. łyżeczki oleju sezamowego
  • ok. 1/2 łyżeczki łagodnej przyprawy korzennej, typu garam masala czy advieh
  • kilka łyżek bulguru (najlepiej grubego), zalanych wodą ok. 3h wcześniej (lub kilka łyżek wcześniej ugotowanej innej, ulubionej kaszy)

Dynię pokrojoną na 3-4 kawałki, cebulę przekrojoną na 1/2 oraz wydrążone jabłka umieścić w piekarniku w 180 st. C. (termoobieg) i piec ok. 50 minut. Umieścić w garnku razem z bulionem i przyprawami, podlać szklanką wody, zagotować, gotować ok. 10-15 minut, dokładnie zmiksować. Gdyby zupa była za gęsta, ew. rozrzedzić wodą. Delikatnie podgrzać, sprawdzić doprawienie. Jeśli to możliwe - przygotować ją dzień wcześniej niż planowana konsumpcja, bo jak każda zupa zyskuje na wystudzeniu i podgrzaniu.

Bulgur zalać wodą co najmniej 3h przed podaniem - tak przygotowany nie wymaga gotowania (i m.in. dlatego go lubię ;). Co najmniej 1h przed podaniem pokroić tofu w grubą kostkę, wymieszać dokładnie z olejem sezamowym oraz wybraną przyprawą, odstawić w temp. pokojowej, tak samo jak wcześniej bulgur. Tak doprawione tofu obsmażyć krótko z wszystkich stron na niewielkiej ilości neutralnego oleju. Podgrzaną zupę podawać z ok. 2 łyżkami bulguru, osączonego z ew. niewchłoniętej wody, posypane tofu.

A po drugie... Hummus dyniowy na Everyday Flavours dał mi wiele do myślenia ;). W mojej wersji ma trochę inne proporcje, tj. jest więcej dyni a mniej tahiny (bo się skończyła), za to dodałam łyżkę oleju z pestek dyni. Trochę obawiałam się, że ten wyrazisty dodatek zdominuje całość, jednak niepotrzebne. Taka wersja hummusu mi wyjątkowo smakuje - bo zresztą mam wrażenie, że ciecierzyca bardzo dobrze uzupełnia się upieczoną dynią - z tych zwięzłych, bardziej mącznych (tu użyłam też Hokkaido) i przeważnie ciemnopomarańczowych, które wolę o wiele bardziej od jasnych a wodnistych.

Składniki:

  • 1/2 szklanki ciecierzycy
  • płaska łyżeczka sody
  • 200g upieczonej dyni (ok. szklanki)
  • 1/4 szklanki (4 łyżki) tahiny
  • łyżka oleju z dyni
  • sól do smaku
  • ok. 2 łyżek soku z cytryny
  • 1/4 łyżeczki słodkiej wędzonej papryki
  • szczypta ostrej papryki
  • 2 małe ząbki czosnku

Ciecierzycę zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, wymieszać z sodą, zalać wodą i gotować ok. 30-40 minut, aż zacznie się rozpadać. Odcedzić i przestudzić. Wymieszać z pozostałymi składnikami i zmiksować na gładko w malakserze (gdyby masa była za gęsta, można dodać trochę zimnej wody, u mnie jednak nie było to konieczne), sprawdzić doprawienie. Można podawać skropione olejem dyniowym i posypane uprażonymi pestkami (świeżymi lub suszonymi), ale w wersji podstawowej, jak na zdjęciu, jest także całkiem smaczne.

A to poniżej pestki odzyskane z ww. Hokkaido, doprawione solą i wędzoną papryką, pieczone "piętro niżej" niż warzywa na zupę z wpisu. Nie doczekały do roli jakiejkolwiek posypki ;).

 

niedziela, 12 lipca 2015

Upałów w Polsce chwilowo nie ma, ale kto wie, czy nie wrócą, a wtedy wiadomo, że najlepiej je się sałatki lub chłodniki. W repertuarze miałam dotychczas trzy: botwinkowy, „biały” i gazpacho, choć francuskie vichysoisse raz przyrządziłam (na kolację tematyczną dla gości).

Chłodnik z sałatą zaczerpnęłam z Veg Everyday Hugh Fearnleya-Whittingstalla. Szczerze mówiąc, kierował mną – jak co rok... – nadmiar sałaty na grządkach. HFW uważa, że to wariant vichysoisse, choć jeśli zastąpimy pora cebulą (zgodnie z sugestią autora), z oryginału zostają głównie ziemniaki i chłodnik ;). Moja wersja ma trochę inne proporcje: użyłam m.in. nieco więcej ziemniaków, dodałam lubczyk i więcej płynu, poza tym Hugh przestrzegał przed zmiksowaniem całości, uważając, że ziemniaki należy osobno przetrzeć. No cóż, moje się po pierwsze lekko rozpadły ;), po drugie przecieranie to największe zło, a po trzecie jadłam zmiksowane zupy ziemniaczane i nigdy nie wydawały mi się kleiste. Może to kwestia gustu? Dodam, że zupa dobrze smakuje także na ciepło i jest znacznie bardziej wyrazista niż inny eksperyment z sałatą, jaki mi się zdarzył... Magiczne działanie ziemniaka ;)? Inne proporcje? A może bardziej esencjonalny bulion, bo warto przy tak „ubogich” składnikach użyć jako bazy jak najlepszego (u mnie, jak od paru lat zawsze, domowy).

Składniki:

  • ok. 160g ziemniaków (dwa małe),
  • 1 mała cebula,
  • 500ml dobrego bulionu (warzywnego, drobiowego),
  • 1 mały zielony ogórek,
  • mała główka sałaty masłowej,
  • ok. 2 łyżek liści świeżego lubczyku,
  • szczypta gałki muszkatołowej,
  • łyżka śmietany (niewarząca się lub wcześniej zahartowana*)
  • sól, pieprz
  • do podania: szczypiorek, lubczyk; śmietana, grzanki

* Dokładnie wcześniej wymieszana z niewielką ilością zupy, stopniowo domieszana do reszty potrawy.

Cebulę przesmażyć na niewielkiej ilości oleju. Dodać umyte (jeśli młode)/obrane ziemniaki, przekrojone na ½, zalać bulionem (i ok. 50-100ml wody, żeby ziemniaki były przykryte), gotować ok. 10 minut. Dodać drobno pokrojonego ogórka, lubczyk i poszatkowaną sałatę, gotować dalsze 5 minut. Całość zmiksować w blenderze ze śmietaną, doprawić szczyptą gałki, solą i pieprzem do smaku. Jeść od razu w opcji na ciepło lub w wersji chłodnik schłodzić co najmniej kilka h przed podaniem. Można podawać z grzankami i dodatkową kapką śmietany (pominęłam), posypane np. szczypiorem lub świeżym lubczykiem. U nas na stole, jak widać, były dwa warianty – ten mniej 'aromatyczny' dla osób jeszcze idących do pracy ;).

Żeby było bardziej zielono na talerzu, można zamiast sałaty użyć szpinaku (ew. mieszanki sałaty i szpinaku). Można także kombinować z gatunkiem sałaty, np. użyć roszponki.

PS. Jeśli ktoś stęsknił się za Bicą, Oscypkiem i s-ką, zapraszam gościnnie do Grażyna gotuje.

niedziela, 18 maja 2014

Nie wiem, jak to się stało, ale nie robiłam jeszcze nigdy tarty ze szparagami. Gdy sobie to uświadomiłam, tartę musiałam zrobić - w miarę możliwości - natychmiast. Chciałam, by była możliwie prosta, co się udało. Tym samym użyłam (pierwszy raz) "pamiątki z Brugii", tj. prostokątnej foremki z wyjmowanym dnem, i nie wiem teraz, jak mogłam piec na takiej standardowej... :). Produkt końcowy został uznany za udany, bo pochwalony przez M, który nie jest "urodzonym tartożercą".

Składniki:

  • porcja ulubionego ciasta kruchego (u mnie maślankowe) ze 120-130g mąki
  • pęczek szparagów
  • parę listków świeżej szałwii
  • sos: 100g śmietany (18%), 1 jajo, mała garść startego parmezanu (ew. pecorino, grana padano, Bursztynu - bez znaczenia), ok. 2 łyżek pokruszonej fety (lub sera fetopodobnego)
  • sól, pieprz

Z ciastem postąpić klasycznie: wyrobić, schłodzić, rozwałkować, wyłożyć foremkę (moja 36 x 13cm; nadałaby się także okrągła ok. 24cm), schłodzić, podpiec z obciążeniem (ok. 12 minut w 190 st.) i bez obciążenia (ok. 10 minut).

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce. Ułożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, lekko oprószyć solą, rozrzucić na wierzchu liście szałwii. Składniki sosu roztrzepać, doprawić do smaku (z solą ostrożnie, bo feta i parmezan są też słone), rozłożyć równomiernie na szparagach. Piec 20 minut w 190 st. Jeść na ciepło lub po przestudzeniu.

Z innych zielonych (szparagowych) inspiracji: gęsta zupa pomidorowa (z dodatkiem jaglanki), posypana kawałkami upieczonych zielonych szparagów i liści bazylii. Czemu nie ;)?

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna