Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: owoce

czwartek, 06 kwietnia 2017

Nie wiem, jakim cudem nie upiekłam nigdy Misiankowej szarlotki, gdy robili ją wszyscy forumowicze z Galerii Potraw (co wspomina choćby Dorotuś) oraz blogerzy. Przepis podobno jest autorstwa właścicielki stołecznej cukierni Misianka, w której mam niejasne wspomnienie, że nawet kiedyś byłam. O cieście sobie z jakiegoś powodu przypomniałam niedawno, jak naszło mnie na coś jabłecznego, zdobyłam szarą renetę, a zachciało mi się czegoś innego, niż normalnie. W standardowym repertuarze mamy trzy wypieki z jabłek: tarta, szarlotka (którą robi M, bo dla mnie jest zbyt pracochłonna, plus mam wątpliwości co do ciasta) oraz strudel. W przepisach na Misiankową szarlotkę zniechęcało mnie ciasto: nie lubię kruchego/półkruchego ciasta żółtkowego (stąd wątpliwości do ww. szarlotki) a przewijające się komentarze, że najlepiej jeść na ciepło, bo potem twardnieje, też specjalnie nie zachęcają. Więc wykorzystałam pomysł z farszem itd., ale użyłam ulubionego kruchego spodu, w wersji plus, tj. z maślanką. Choć zmniejszyłam jego ilość, całkiem sporo mi zostało, ale nie radzę robić jeszcze mniej – zawsze można wykorzystać więcej na ozdoby, użyć większej formy lub upiec kruche ciasteczka.

Ciasto jest mniej słodkie, niż w oryginale, więc dałam więcej cukru. Z innych zmian: piekłam w wyższej temperaturze (nie ma obaw, że jabłka szarlotkowe będą surowe po kilkudziesięciu minutach w piekarniku). Przy tych zmianach nie ma problemu ze zbyt twardym ciastem następnego dnia… choć nie wróżyłabym szarlotce zbyt długiego żywota.

Składniki:

  • 400g mąki
  • 200g zimnego masła
  • 60g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • Ok. 6 łyżek zimnej maślanki
  • Ok. 1,2 kg jabłek szarlotkowych (reneta, antonówka), obranych, pokrojonych na ½ lub ¼, w przypadku b. dużych jabłek
  • Ok. 3 pełnych łyżek cukru, szczypta wanilii i ½ łyżeczki cynamonu
  • Ponadto: białko do posmarowania
  • Cukier puder do podania

Jabłka zasypać cukrem i przyprawami, odstawić na 2 godziny pod przykryciem. Zlać powstały sok (zachować, wykorzystać w poniższym przepisie).

Ciasto rozwałkować dość cienko na wymiar foremki na tartę (26-28 cm), wyłożyć dno i boki. Nakłuć, schłodzić w lodówce ok. 30 minut (lub 10-15 w zamrażarce). Posmarować białkiem i podpiec w 180 st. C. (termoobieg) przez 15 minut. Jabłka rozłożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, ew. niektóre przekroić na wymiar. Rozwałkować pozostałe ciasto, przykryć jabłka, brzegi docisnąć do rantu foremki. Z resztek ciasta wykroić np. ozdobne listki lub upiec kruche ciasteczka. Lekko naciąć w 2-3 miejscach ciasto (patrz zdjęcie). Posmarować białkiem i piec ok. 45 minut w 180 st. C jw., lub do wyraźnego zezłocenia. Podawać ciasto oprószone cukrem pudrem, lekko ciepłe lub schłodzone.

A po co zachowywać sok z jabłek…? Koleżanka kiedyś uczyła się hiszpańskiego. Lektor (Hiszpan) wyznał podczas zajęć, że bardzo lubi szarlotkę i kursantki mu ją upiekły, jako – w zamierzeniu - miłą niespodziankę. Dziwnie mało się jednak ucieszył a właściwie wyglądał na zmieszanego… Okazało się, że chodziło o płynną szarlotkę, tj. żubrówkę z sokiem jabłkowym ;). Mój procentowy jabłecznik jest nieco inny:

Płynna szarlotka z procentami

  • łyżka soku z jabłek, zachowanego z poprzedniego przepisu, lub 2 łyżeczki syropu korzennego*,
  • sok z 1/2 cytryny (lub do smaku),
  • 200ml niefiltrowanego soku jabłkowego,
  • 100ml whisky,
  • 1-2 łyżki białka,
  • cynamon do oprószenia

* ostatecznie można użyć drobnego cukru

Sok przelać przez drobne sitko, by pozbyć się grubszego osadu. Wszystkie składniki koktajlu (poza cynamonem) umieścić w shakerze z paroma kostkami lodu i dokładnie wstrząsnąć. Zweryfikować kwaśność/słodycz. Podawać najlepiej w schłodzonych szklankach lub kieliszkach, oprószone cynamonem.

Zapisz

sobota, 22 października 2016

Ile można chorować na głupią infekcję…? Opowiem: czasem długo. Gdy najpierw męczył mnie ból gardła a potem silny kaszel, przypomniałam sobie o kisielu (zawsze się waham przy odmianie tego słowa, więc polecam moją ulubioną Poradnię PWN). Wspominałam przy okazji tego rabarbarowego, że miseczki lub kubki kisielu z torebki przynosiła mi Mama, gdy chorowałam, a ja zadowolona wszystko zjadałam – zadowolona, bo lubiłam takie desery, nie dostrzegałam jednak nigdy ich cudownego działania na obolałe gardło. Inaczej w sytuacji, gdy samo picie wody sprawiało ból; wtedy coś, co ma konsystencję żelu i nie jest słone ani pikantne, staje się bardzo atrakcyjne. W skrócie, bardzo się cieszyłam z zapasu żurawiny w zamrażarce. Oczywiście, akurat teraz trwa na nią sezon, więc można użyć świeżych owoców.

Swoją drogą, mignęło mi gdzieś w internecie, że kisiel żurawinowy to danie świąteczne, z czym nigdy się nie spotkałam… Wiecie coś o tym?

Składniki (2 porcje)

  • ½ szklanki (ok. 80g) żurawiny
  • ok. 2 szklanek wody
  • 4 łyżki cukru
  • 1 goździk
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej roztarte w 1,5 łyżki wody

Żurawinę wymieszać z cukrem, zalać szklanką wody, dodać goździk, zagotować. Gotować na małym ogniu pod przykryciem ok. 15 minut, lub aż owoce się z grubsza rozpadną. Przecedzić przez sitko i przetrzeć. Dodać kolejną szklankę wody, ponownie podgrzać. Dokładnie rozetrzeć mąkę ziemniaczaną z wodą i dodać do rondla z żurawiną jednocześnie stale i dokładnie mieszając, żeby nie powstały grudki (aby uzyskać kisiel bardziej do picia niż jedzenia wystarczy dać łyżkę mąki ziemniaczanej, ale roztartą w ok. 2 łyżkach wody). Kisiel powinien prawie od razu zacząć gęstnieć. Doprowadzić prawie do wrzenia, zdjąć z ognia i jeszcze chwilę mieszać. Przelać do dwóch naczyń, odstawić do wystudzenia. Przechowywać w lodówce. PS. Osobiście najbardziej lubię kisiel lekko ciepły lub letni, ale schłodzonym też nie wzgardzę. Zwłaszcza w chorobie ;).

Zapisz

czwartek, 06 października 2016

Czasami jestem zadziwiona, że po tylu urlopach w Austrii (spędzanych w tym samym miejscu!) potrafią mnie zaskoczyć jakieś lokalne nowinki kulinarne. Tymczasem okazuje się, że niemal co wyjazd, to coś nowego. O ostatnich odkryciach restauracyjnych już pisałam; w przypadku konkretnych dań i produktów wyjazd wrześniowy upłynął pod znakiem morelowego likieru, o którym pisałam na FB, wytrawnych pączków, których w końcu nie spróbowaliśmy, ale nic straconego ;)... i były jeszcze buchty. Tzn. wypiek jako taki nie jest mi nieznany, nawet są jakieś na blogu, natomiast Buchteln mit Vanillesauce podane właśnie w takim duecie, czyli polane sosem waniliowym, w gospodzie górskiej widziałam pierwszy raz (dokładnie było to w Poserhöhe Alm, czyli „u krasnoludków*”, jak mawiamy z M). Zanotowałam sobie, i gdy po powrocie do domu zbliżała się moja kolej na pieczenie, zadałam M pytanie: „Strudel ze śliwkami czy buchty [mężowi oczy się zaświeciły] z sosem…?”. Stanęło oczywiście na propozycji nr 2.

Użyłam sprawdzonego ciasta drożdżowego, tj. cynamonkowego po tuningu pt. zaparzanie mleka (if it ain’t broke, why fix it), patent z nurzaniem w maśle + wielkość foremki i czas pieczenia wzięłam z Tante Herthy. Sos waniliowy, tj. po prostu krem angielski (creme anglaise, czy też custard) jest z Domestic goddess Nigelli, ale dodałam do niego więcej cukru, bo z jedną łyżką, jak w oryginale, jest jednak zbyt wytrawny. Wychodzi go nieco więcej, niż potrzeba (chyba, że ktoś ma większe niż my moce przerobowe), ale podpowiadam niżej, jak ew. wykorzystać nadmiar. Na szybko: ponieważ to nic innego, jak minimalnie odchudzona baza do lodów waniliowych, można oczywiście go zamrozić (za pomocą maszynki do lodów lub ew. roztrzepując zamarzającą masę ręcznie). Oczywiście, krem nie jest niezbędny, można jeść buchty solo: M wręcz powiedział, że jego zdaniem jest zbędny i do innych ciast pasuje bardziej. Wybór należy do Was ;).

Składniki:

Buchty:

  • ½ ciasta drożdżowego z tego przepisu, minus szafran i z hojną szczyptą mielonej wanilii zamiast skórki cytrusowej
  • 16 niedużych, wydrylowanych węgierek
  • 16 łyżeczek jak najlepszych powideł
  • 30g stopionego masła
  • cukier puder

Sos waniliowy (custard, creme anglaise, krem angielski):

  • 250ml pełnego mleka
  • 250ml kremówki
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii
  • 3 łyżki drobnego cukru
  • 5 dużych żółtek

Wyrośnięte ciasto, przygotowane wg tego przepisu, rozpłaszczyć i podzielić na 16 części. Każdą rozpłaszczyć na dłoni, nałożyć łyżeczkę powideł, na to położyć śliwkę i zawinąć na kształt bułeczki. Przygotować okrągłą (ok. 26cm) lub prostokątną (ok. 21x26cm) foremkę, tj. wyłożyć ją pergaminem lub wysmarować i wysypać mąką. Zanurzyć każdą bułkę (złożeniem do dołu) w maśle, następnie ułożyć w foremce, dość ciasno, jedna przy długiej. Przykryć folią i odstawić do wyrastania (do ok. 45 minut). Nagrzać piekarnik do 190 st. C. Posmarować wierzch bucht pozostałym masłem i piec ok. 30-40 minut, do suchego patyczka lub aż będą wyraźnie rumiane. Przestudzić na kratce: osobiście uważam, że nie za długo, bo najlepsze są jeszcze ciepłe (a tak naprawdę, to pierwszą zawsze zjadam jeszcze gorącą, w góra 10 minut po jej wyjściu z piekarnika ;). Przed jedzeniem posypać cukrem pudrem i podawać z dodatkiem ciepłego sosu.

Sos najlepiej przygotować tuż po wyjęciu blaszki z piekarnika (lub 30-40 minut przed planowaną konsumpcją). Wymieszać mleko i śmietankę w rondelku, dodać wanilię, podgrzać prawie do zagotowania, odstawić na bok i przestudzić przez ok. 10 minut. Żółtka umieścić w misie miksera razem z cukrem, ubić na puszystą masę. Powoli, przy pracującym mikserze i najlepiej przez sitko, jeśli chcecie uniknąć większych kawałków wanilii, dolać masę mleczną. Dobrze wymieszaną masę przelać z powrotem do rondelka i powoli podgrzewać na małym lub maksymalnie średnim ogniu (nie wolno zagotować!), stale mieszając, aż masa zgęstnieje (zacznie przypominać ciepły budyń, będzie pokrywać łyżkę, itd). Trzeba uzbroić się w cierpliwość – u mnie zajęło ok. 15 minut lub nawet nieco dłużej. Gdyby masa zaczęła się warzyć, przenieść naczynie od razu do miski/zlewu z zimną wodą i energicznie ubijać, aż stanie się znowu gładka. Gotowy sos zresztą też warto ręcznie lekko ubić trzepaczką nad zimną wodą. Nadaje się wówczas od razu do podania. Aby schłodzić i przechować w lodówce, należy go dokładnie przykryć folią (powinna dotykać powierzchni sosu, by nie zrobił się kożuch). Można później delikatnie podgrzewać na parze, uważając jednak na temperaturę i na to, by miska nie dotykała wody, bo może znowu się zwarzyć. Inną opcją jest podgrzanie bucht i podanie z zimnym sosem – sprawdziłam, wówczas nic z konsystencją się nie dzieje.

A co z tym nadmiarem kremu angielskiego? Można przygotować szybki warstwowy deser, wykorzystując owoce, bakalie, herbatniki itd., itp. Moja wersja składała się, idąc od dołu szklanki, z herbatników, kremu, malin, prażonego jabłka, granoli, ponownie kremu + maliny i migdały do dekoracji. Warto schłodzić przed jedzeniem.

* Ze względu na dekor. Mała próbka:

Zapisz

Zapisz

sobota, 13 sierpnia 2016

Od zeszłego lata jestem fanką moreli. Wcześniej też je jadłam, ale dopiero zeszłoroczne wydały mi się wyjątkowo aromatyczne i słodkie (z miksu knedli morelowo-śliwkowych M wybrał morelowe jako lepsze, a to o czymś świadczy!) - pisałam zresztą o tym w kontekście tarte tatin. Już wtedy jednak nuciłam „nigdy nie będzie takiego lata” czy też to se ne vrati: w tym roku brakuje mi w owocach słodyczy, ale patrząc na pogodę i brak słońca, może trudno się dziwić. Odrobina obróbki termicznej jednak zawsze pomaga, i zrobiłam partię dżemu. Wcześniejsze przerabianie moreli oznaczało konfiturę smażoną etapami, rok temu jednak zrobiłam dżem „po prostu”, który zachował i najlepsze walory smakowe owoców i pomarańczowy kolor, wzbudzający zainteresowanie gości („jak to zrobiłaś?”). Dość często dodawałam do morelowych bądź renklodowych przetworów gałązki tymianku lub rozmarynu; tym razem, za inspiracją Diane Henry, do środka trafiła lawenda.

Składniki:
  • 500g cukru,
  • 1500g dojrzałych moreli,
  • szczypta wanilii (opcjonalnie),
  • 3 łodygi lawendy,
  • sok z ½ cytryny

Umyte i wydrylowane owoce umieścić w garnku z wanilią i lawendą związaną sznurkiem spożywczym. Lekko podlać wodą i gotować pod przykryciem na małym ogniu aż owoce zaczną się rozpadać (30-40 min). Dodać cukier, gotować już bez przykrycia aż masa zgęstnieje, będzie lśniąca, oblepiająca łyżką i lekko przywierająca do dna garnka (można też ew. przeprowadzić test tężenia na zamarzniętym spodku) – u mnie zajęło to ok. godzinę na małym ogniu. Ok. 20-30 minut przed końcem gotowania wyłowić lawendę i dodać sok z cytryny. Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować, odstawić do góry dnem do zassania.

Wspomniałam wyżej o knedlach: wciąż rządzą u nas te twarogowe. Nie tak dawno temu jednak nieoceniona Fettinia (> ciasto na pierogi) pokazała takie mieszane, ziemniaczano-twarogowe, a pomęczona podała proporcje ciasta. Zakładały wymieszanie ugotowanych ziemniaków z twarogiem i żółtkiem, następnie dodanie mąk i masła na zasadzie „odjęcia ćwiartki”, tj. odjęcie ¼ masy twarogowej, uzupełnienie proporcjonalne mąkami i ponowne dodanie odjętej ćwiartki. Poniżej co mi z tego odejmowania wyszło; wszystko i porównywałam objętościowo, i zważyłam, i metoda się sprawdziła: ciasto wyszło elastyczne i bardzo przyjemne do formowania.

Składniki (10-12 dużych knedli):

  • 200g twarogu (półtłustego lub tłustego),
  • 200g sypkich ugotowanych ziemniaków (posolonych do gotowania),
  • 1 duże żółtko (18-20g),
  • 10g miękkiego masła,
  • 10g/łyżka mąki ziemniaczanej,
  • 100g mąki pszennej zwykłej,
  • 1/2 łyżeczki cukru,
  • szczypta mielonej wanilii,
  • szczypta soli,
  • ew. dodatkowa mąka do podsypania
  • 10-12 moreli lub śliwek

Twaróg dokładnie rozetrzeć z ziemniakami przeciśniętymi przez praskę lub wcześniej utłuczonymi (jak na puree), dodać żółtko i ponownie utrzeć. Dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie ciasto (w razie konieczności podsypać dodatkową mąką, gdyby bardzo się lepiło), uformować wałek. Odkrawać ok. 1cm plastry ciasta, rozpłaszczać lekko omączoną dłonią lub wałkiem, owijać ciastem wydrylowane owoce, formować kule. Gotować w dużej ilości osolonej wody przez ok. 4 minut od wypłynięcia, podawać z cukrem i śmietan(k)ą.

Ciasto wyszło zaskakująco lekkie i mimo tego, że nie udało mi się idealnie rozetrzeć ziemniaków (może jednak zainwestuję w praskę), w smaku nie było czuć nieprzyjemnych grudek. M jednak oznajmił, że wciąż woli czysto twarogowe ;), ale… zasugerował, że byłaby to dobra baza dla knedli wytrawnych. Co otworzyło przede mną świat nowych wspaniałych możliwości, a przynajmniej pomysłów ;). Jeśli je zrealizuję, z pewnością się podzielę.

niedziela, 24 lipca 2016

Ostatnie kilka dni wolałabym zapomnieć. Można się na coś wcześniej przygotowywać i sobie to wyobrażać: to nie znaczy, że będziemy gotowi, gdy nas to wreszcie spotka. Na razie wciąż mam nadzieję na szczęśliwe rozwiązanie, choć ta nadzieja z każdym dniem jest coraz mniejsza :(.

Niektórzy „zajadają” stres, inni wręcz przeciwnie. Należę do tych ostatnich. Wierzę jednak w terapię za pomocą aktywności fizycznej/prac ręcznych, do których zaliczam pieczenie. Tak parę dni temu upiekłam struclę z czerwonymi porzeczkami i tahiną, o której myślałam od obejrzenia zdjęć Małgosi Minty. Z efektu byłam całkiem zadowolona, choć uwaga: trzeba naprawdę lubić pastę sezamową i M np. kręcił nosem, że za bardzo dominuje. Jeśli ktoś nie jest przekonany do tego składnika, poniżej opcja „normalna”, tj. maślana (jak w szwedzkich bułeczkach). Zapewne można by też spróbować nadzienia serowego, jak np. w strudlu serowym. Sama forma ciasta i syrop – podobnie jak w krantzu Ottolenghiego.


Składniki:
  • ½ ciasta z tego przepisu, bez szafranu; skórkę pomarańczową można zastąpić wanilią lub w ogóle pominąć
Nadzienie:
  • 350g czerwonych porzeczek
  • 100g tahiny, ciemnej lub jasnej
  • 1-2 łyżki śmietanki (opcjonalnie)
  • 2 łyżki miodu lub syropu daktylowego
  • 2 łyżki ciemnego muscovado
  • 1-2 łyżki stopionego masła (opcjonalnie)
Alternatywnie, zamiast tahiny, opcja maślana:
  • 40g miękkiego masła,
  • 25g drobnego białego lub brązowego cukru,
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli (opcjonalnie)
Syrop:
  • 65g cukru
  • 30g wody
  • 15g wody różanej

Wyrośnięte ciasto drożdżowe (przygotowane wg tego przepisu) rozwałkować dość cienko. Tahinę lekko podgrzać, na bardzo małym ogniu, z miodem/syropem i sprawdzić gęstość – jeśli masa ciężko się nakłada, rozrzedzić za pomocą niewielkiej ilości śmietanki. Dokładnie rozsmarować na powierzchni ciasta, zostawiając ok. 1 cm marginesy. Jeśli mimo rozrzedzenia masy zostaną łyse miejsca – stopić 1-2 łyżki masła i polać nim białe plamy. Tak przygotowane ciasto posypać równomiernie porzeczkami a następnie cukrem muscovado. W opcji czystomaślanej postąpić tak samo, tj. utrzeć dokładnie składniki masła waniliowego i wysmarować nim rozwałkowane ciasto, dodać porzeczki i cukier.

Zwinąć ciasto w rulon od dłuższego boku, następnie przeciąć wzdłuż na dwa wąskie kawałki. Zapleść możliwie sprawnie, przekładając naprzemiennie kawałki, i przenieść do długiej keksówki wyłożonej pergaminem. Ew. porzeczki które wysypały się podczas zaplatania wcisnąć z powrotem w ciasto. Odstawić do napuszenia na ok. 45-60 minut. Piec w 180 st. C (termoobieg), przez ok. 35 minut lub do suchego patyczka. Gdy ciasto się piecze, zagotować składniki syropu i polać nim gorące ciasto bezpośrednio po wyjęciu z piekarnika. Wystudzić na kratce. Ciasto dość wolno się zsycha. Ze względu na wilgotność najlepiej przechowywać w temp. poniżej 20 st., ale nie w lodówce.

Zapisz

czwartek, 07 kwietnia 2016

Nigdy nie ukrywałam, że jestem fanką kuchni brytyjskiej. Dodajmy do tego słabość do retro i trudno się dziwić, że zachwyciłam się blogiem Reguli Ysewijn (znanej także jako Miss Foodwise), a zwłaszcza historycznym ujęciem przepisów i mrocznymi zdjęciami. Gdy więc jakiś czas temu ogłosiła, że szuka testerów kulinarnych, chętnie się zgłosiłam. Minął jeszcze jakiś czas i dostałam odpowiedź, że są do zagospodarowania, tj. sprawdzenia, przepisy na desery. Po namyśle zdecydowałam się na to, co od dłuższego czasu chciałam zrobić, czyli apple charlotte. Uwaga, to nie szarlotka, a raczej jabłeczny pudding chlebowy. Koniecznie do zrobienia dla fanów tego ostatniego, a przy okazji - świetny patent na zagospodarowanie czerstwego pieczywa.

Test przebiegł latem, w związku z czym w środku znalazły się antonówki, na które akurat był sezon. Gdyby ich nie miała, użyłabym ulubionej szarej lub złotej renety, ew. naszych własnych jabłek „no name” (nie są typowo kulinarne, ale bardziej winne niż słodkie w smaku). Czemu nie opublikowałam wpisu wcześniej? Bo zobowiązałam się, że tego nie zrobię przed publikacją wersji angielskiej, a ta jest do kupienia właśnie od dziś :).

W nawiązaniu do książki, miesiąc temu spotkała mnie miła niespodzianka, której się nie spodziewałam: egzemplarz Pride and Pudding dla testerów. Książka jest wydana pięknie, bo poza treścią przygotowaną przez Regulę, której próbki można obejrzeć na blogu (zdjęcia i teksty), są także ilustracje wykonane przez Bruno Vergauwena (prywatnie męża autorki). Fani secesji i czarnego humoru powinni być zachwyceni. Poniżej mały wybór:

Nie ukrywam, że używałam książki i zdjęć np. summer pudding (mój znajdziecie tu) jako argumentu podczas niedawnej żywiołowej dyskusji w gronie rodzinnym na temat „tej strasznej kuchni brytyjskiej”. Z tego wszystkiego nie wiem, czy się przed rodzicami pochwaliłam, że na str. 366 (podziękowania) jest moje nazwisko ;).

Wszystko pięknie, ale gdzie ten pudding?

Składniki:

  • ok. 550g czerstwego jasnego pieczywa (użyłam domowego chleba drożdżowego)
  • ok. 500g jabłek
  • 5 łyżek dżemu morelowego
  • 3 łyżki brandy/rumu
  • 50g stopionego masła
  • cukier do posypki (u mnie demerara)
  • do podania: sos waniliowy/krem angielski, śmietanka posłodzona do smaku, lody

Jabłka obrać, z grubsza pokroić, umieścić w rondelku wraz z dżemem oraz brandy i rozgotować na pulpę (ew. podlać wodą, gdyby zaczęły przywierać do dna). Przestudzić.

Dokładnie wysmarować masłem małą keksówkę (użyłam jednej mini – 450g, ale napełniłam ją nawet z małą górką) lub średniej wielkości żaroodporną miskę; można także użyć mniejszych miseczek, tworząc 3-4 pojedyncze puddingi. Pokroić chleb na możliwie równe (choć u mnie jak widać, z okrągłego bochenka było niełatwo ;) kawałki o wysokości foremki, posmarować obficie i dokładnie stopionym masłem. Wyłożyć boki foremki chlebem (patrz zdjęcie), następnie przyciąć kawałek na dno (albo na odwrót, najpierw wyłożyć dno, potem boki, jak ja). Do środka wlać pulpę jabłeczną, przykryć jeszcze paroma kawałkami wysmarowanego masłem chleba. Dokładnie posypać cukrem.

Piec w 190 st. C (termoobieg), przez ok. 30 minut, aż chleb się zrumieni (wg Reguli, stopień przypieczenia chleba zależy od indywidualnych preferencji i należy kierować się tym, jakie lubimy grzanki ;). Po upieczeniu odstawić na kilka minut, następnie delikatnie odwrócić i usunąć foremkę. Podawać na ciepło (i kroi się kiepsko, ale bywa ;), ale resztki także całkiem dobrze smakują odgrzane następnego dnia lub w temperaturze pokojowej.

Nasz pudding podałam tylko ze śmietanką, bo po prostu nie chciało mi się robić sosu, a warto mieć tutaj jakiś dodatek, żeby urozmaicić ten mimo wszystko prosty deser. Teraz kuszą mnie lody chlebowe, sugerowany przez autorkę dodatek do apple charlotte (tak, nie jestem lodożercą, bo w końcu lody to nie ciasto, ale chlebowe… sami rozumiecie ;).

••••••

English please!

It's no secret I'm a fan of British cuisine. Given that I'm also partial to anything retro or quirky, there's no wonder I was delighted with Regula Ysewijn's (previously known as Miss Foodwise) blog, especially the historical background for the recipes and the dark, atmospheric photography. When she announced recipe testers were needed, I volunteered. Some time passed & then I received a reply that several desserts were up for grabs, i.e. testing. After some thinking, I went for the apple charlotte, because it was something I'd meant to make for a long time. Now, everybody around here knows the Polish szarlotka, but even though the names are similar, this is not a cake, but rather apple & bread pudding. Great for apple pudding fans & of course a fantastic way of using up leftover bread.

My testing took place last summer in August, so I used local cooking apples, which were then in season (Antonówki: they're tart & cook quickly). Otherwise I'd have used Reinettes (Rennets) or our own “no name” apples (not cooking apples as such, but tasty and pretty tart too). BTW, why didn't I post this earlier? Because I'd promised I wouldn't until the English version of the book was out, and it's out now :).

Speaking of the book, last month I had a real surprise when the postman came by and brought an early copy of Pride and Pudding! The book's been beautifully designed and printed; apart from Regula's writing and photos, some of which you can see on the blog, there are also illustrations prepared by her husband, Bruno Vergauwen. If you're a fan of Art Nouveau and dark humour, you'll love them. For a small preview of what's inside, see the photo collage above.

I have to say I used Pride and Pudding and pics of e.g. summer pudding as counter-arguments during a recent family discussion on “that dreadful British food”. The debate was so heated I'm not sure if I mentioned to my parents that on p. 366 ('Thank you') they could also find my name!

Ok, ok, that's all very nice, but where's the pudding?!

Ingredients:

  • approx. 550g stale white bread (I used homemade & yeasted)
  • approx. 500g apples
  • 5 tbsp apricot jam
  • 3 tbsp brandy/rum
  • 50g melted butter
  • sugar for sprinkling (I used demerara)
  • to serve: custard, lightly sweetened double cream, ice-cream

Peel and roughly chop the apples, place in a pan with the jam and brandy & cook until soft and pulpy (add a little water if they start to stick to the pan, like mine did). Set aside to cool.

Generously butter a small loaf tin (I used a 450g/1lb one, but filled it up to the very edge, or even a bit over) or a pudding bowl; you could also use individual pudding moulds for up to 4 small puddings. Slice the bread into even pieces (not easy with a round loaf, as you can see!) to fit the sides of the tin/bowl and cover generously with the melted butter. Cover the sides of the tin/bowl with the bread (see pics above), then add a piece for the bottom (or, alternatively, first line the bottom with bread and then do the sides, as I did). Add the apples and cover with a few more pieces of buttered bread. Sprinkle over the sugar.

Bake in a pre-heated oven in 190 st. C (fan), for around 30 mins or until the bread is as toasty as you normally like it (as per the author's instructions). Set it aside for a few minutes, then carefully reverse and remove the tin/bowl. Slicing will be messy, be warned! Serve warm, but leftovers are also tasty re-heated or even in room temperature.

We ate the charlotte with heavy cream (which btw is lighter than the British kind), because I was too lazy to make any custard. Unlike the British, I don't normally serve cake or dessert with anything on the side, but I think something a bit extra is needed for this, after all, simple pud (and it's traditional!). Now I'm tempted by the brown bread ice-cream recipe, Regula's serving suggestion for the pudding. I'm not a huge ice-cream fan (they're not cake or biscuits, after all) but there's bread inside this one… so I guess we might say “to be continued” ;).

poniedziałek, 01 lutego 2016

Owsianka w moim odczuciu powinna być mokra i ciepła, a więc gotowana. Hasło 'owsianka pieczona' obiła mi się parę razy o oczy, podchodziłam jednak do sprawy nieufnie. Niedawno jednak M sobie zażyczył na śniadanie jabłko pieczone z granolą. Wyszło bardzo smacznie, więc zaczęłam zastanawiać się nad wersją owsianą, z przewagą płatków nad owocami. Po wypróbowaniu przepisu wciąż wolę wersję 'mokrą', choć ta z piekarnika może stanowić przyjemne urozmaicenie (zwłaszcza z owocami jagodowymi, jak zacznie się sezon!). Nie da się też ukryć, że robi się sama... choć nad zwykłymi płatkami też ostatnio nie stoję. Od jakiegoś czasu robię owsiankę z mieszanki płatków zwykłych i błyskawicznych, przy czym te pierwsze zalewam niewielką ilością wody na noc. Rano dorzucam garść błyskawicznych, dodaję mleko (lub trochę mleka, trochę wody), szczyptę soli i gotuję na bardzo małym ogniu ok. 15-20 minut, bez mieszania, potem dosładzam do smaku i ew. dodaję owoce. Oczywiście, w wersji pieczonej zyskuje się 5-10 minut więcej na czynności nie związane z przygotowaniem śniadania...

Składniki:

  • 1 szkl. płatków owsianych *
  • 1/2 szkl. mleka
  • szczypta soli
  • 1 banan
  • 1 łyżka miodu
  • Do podania: dodatkowy miód i owoce

Wysmarować dokładnie naczynie żaroodporne masłem (moje miało ok. 15x15cm, można też użyć dwóch mniejszych). Banana pokroić w plastry, ułożyć na dnie naczynia. Płatki wymieszać z mlekiem, solą i miodem, wyłożyć na banana. Wyrównać wierzch, umieścić w piekarniku nagrzanym do 190 st. C., piec ok. 25 minut. Wierzch powinien być zezłocony i chrupki. Podawać od razu, najlepiej z dodatkowymi owocami i miodem do dosłodzenia według uznania.

* Użyłam błyskawicznych, zwykłe lub górskie namoczyłabym na noc w kilku łyżkach wody.

Po pokazaniu na FB zajawki przepisu padło pytanie "czy to śniadanie, czy deser". Jak mam nadzieję wynika jasno z ww., miałam na myśli danie śniadaniowe ;). Gdybym chciała owsiankę podać jako coś słodkiego, zwiększyłabym znacznie udział owoców (może dodała także namoczone rodzynki?), mocniej posłodziła i pewnie podała dodatkowo np. gęsty jogurt z miodem lub śmietankę.

środa, 30 grudnia 2015

Przyznajcie się, zostały Wam ciasta świąteczne? U nas jest mniejsza połowa Christmas Cake i mały kawałek piernika, przy czym oba ciasta są ozdobione żurawiną w cukrze. Pomysł na taką jadalną dekorację wymyśliłam sobie, jak zazwyczaj, przeglądając internet (swoją drogą, nie miałam wcześniej pojęcia, że z żurawiny można zrobić prawie wszystko ;). Wszystkie przepisy (np. ten) wyglądały na banalnie proste. I są, z efektu byłam zadowolona, miałam jednak problem z przechowaniem gotowego produktu. Wydawało mi się, że dobrze wysuszyłam owoce, i że w plastikowym pojemniku b/p przeżyją cztery dni do Wigilii. Niestety, albo jednak ich nie wysuszyłam, albo szczelny pojemnik im szkodzi, bo przez noc się zapociły i już następnego dnia większość cukru z żurawin opadła. Jako osoba, wiadomo, uparta, spróbowałam jeszcze raz, tym razem trzymając owoce cały czas w naczyniu bez przykrycia i potem ostrożnie pakując gotowe ciasta (czyt. starając się zostawić dostęp powietrza). Przeżyły w ten sposób podróż do stolicy, a nawet parę dni po tej podróży ;).

Uwaga: syrop, którym zalewamy żurawiny, można po odcedzeniu wykorzystać np. do wody sodowej lub jako bazę innych napojów (z % lub bez), np. świetnie smakuje w połączeniu z niesłodzonym sokiem żurawinowym zmieszanym z sokiem z 1/2 lub 1 pomarańczy (opcjonalnie zakropionym rumem).

Składniki:

  • 1 szklanka cukru (może być częściowo brązowy)
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka żurawiny (może być wielkoowocowa)
  • 2-3 łyżki cukru (zwykłego)
  • 2-3 łyżki cukru drobnego

Wodę i cukier wymieszać, zagotować, lekko przestudzić. Zalać syropem umytą żurawinę, odstawić na co najmniej 8h w raczej chłodnym miejscu (nie musi być lodówka, może być np. spiżarnia/nieogrzewane pomieszczenie). Owoce osączyć z syropu na sitku (syrop zachować, patrz wyżej), następnie przełożyć do szerokiej miski lub innego głębszego naczynia, w którym można je ułożyć w jednej warstwie. Przesypać dokładnie ok. 2-3 łyżkami zwykłego białego cukru, odstawić do wyschnięcia na kilka h, następnie czynność powtórzyć z cukrem drobnym. Owoce powinny wyglądać tak, jak na zdjęciu powyżej. Dokładnie wysuszoną żurawinę wykorzystać jako dekorację (jak na poniższym zdjęciu piernika), jeść solo zamiast cukierków lub użyć w owsiance/płatkach śniadaniowych.

 

niedziela, 06 grudnia 2015

A więc... Korzenny Tydzień po raz kolejny. Czasem zastanawiam się nie tylko nad tym, czy dam radę zorganizować zabawę i czy ktokolwiek będzie chętny brać w niej udział, ale czy uda mi się wymyślić coś pt. wkład własny, co nie będzie powtórką z rozrywki z lat poprzednich. W tym roku mam parę pomysłów, część bardziej oryginalna, część mniej – ile zrealizuję, zobaczymy ;).

Na pierwszy ogień idzie danie śniadaniowe, nad zdjęciami którego wielokrotnie wzdychałam przeglądając np. Pinterest. Mowa o pieczonym omlecie, po angielsku nazywanym Dutch baby czy też German pancake (bo też od niemieckojęzycznych imigrantów - Pennsylvania Dutch, gdzie Dutch to zniekształcona forma Deutsch – pochodzi). W idealnym świecie lub w restauracji każda osoba dostaje swoją patelenkę z jednoosobowym omletem – w realiach domowych robi się jeden omlet do podziału ;). Piekarnik daje to, że a/ nie trzeba stać na kuchenką i pilnować omletu/przewracać go, b/ładnie wyrasta do góry, nawet na ścianki patelni, choć jak się przekonałam, to ostatnie zależy od stosunku ilości ciasta i pojemności naczynia, o czym niżej. Smak zasadniczo jest taki, jak w tzw. grzybku (czy w jego zdekonstruowanej wersji, tj. Kaiserschmarrn'), przypomina też trochę Yorkshire pudding (ale już nie omlet pieczony z owocami).

Przepis z którego skorzystałam (plus wprowadziłam drobne zmiany), pochodzi ponownie z najnowszej książki Nigelli, tj. Simply Nigella. Spotkałam się niedawno z opinią, że zdjęcia w tej książce są zbyt proste, za mało wystylizowane i przez to za mało zachęcające. Mam zupełnie inne zdanie: zdjęcia są proste, jasne, nieprzeładowane, ale nie ascetyczne, kadry zaś nieprzypadkowe. Ujęcie na którym jest Dutch baby wyjątkowo do mnie przemawia („Zjedz mnie” ;).


Jak widać na moich zdjęciach, zrezygnowałam z elementu, który dodaje oryginałowi wizualnej atrakcyjności, tj. cukru pudru. Mój omlet także tylko muska ścianki, a to dlatego, że podzieliłam składniki na ½, by uzyskać dwie nie za duże porcje, patelnię zaś mam dość dużą. Z pewnością w opcji podwójnej efekt jest bardziej imponujący ;).

A skąd korzenie? A więc w oryginale był dodatek gałki muszkatołowej, ale przy drugim podejściu zamieniłam go na przyprawę do piernika, i ta wersja mi bardziej smakuje. Powtórzyłam także aromat korzenny w owocach stanowiących dodatek do omletu.

Składniki (2 porcje):

  • 2 jaja*
  • 50g mąki
  • 75ml mleka
  • ½ łyżki cukru
  • hojna szczypta przyprawy do piernika (lub gałki muszkatołowej, ale polecam to pierwsze)
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii (lub odrobina ekstraktu)
  • 15g masła
  • Do podania: dowolne owoce, wymieszane ze szczyptą przyprawy jw., syrop klonowy

Nastawić piekarnik na 220 st. C (termoobieg) i wstawić do środka patelnię (najlepiej żeliwną lub stalową o średnicy ok. 20-22cm). Jaja dokładnie ubić z cukrem (najlepiej mikserem), dodać pozostałe składniki, poza masłem. Wyjąć nagrzaną patelnię, rozpuścić na niej masło, wlać od razu ciasto na omlet, umieścić z powrotem w piekarniku (u mnie na poziomie 2 od góry) i piec do 16 minut (lub aż omlet będzie rumiany - tak, jak lubicie). Podawać od razu z dodatkiem owoców, wcześniej obranych/pokrojonych i wymieszanych z przyprawą użytą do omletu. Do tej pory próbowałam wariantu kiwi-pomarańcza oraz jabłko-gruszka. Ciepło myślę o czerwonych sycylijskich pomarańczach lub klementynkach :).

* Mnożąc porcję x 2 dla ok. 4 osób wystarczy dać 3 jaja.

PS. Ponieważ dziś Mikołajki a może ktoś pamięta zeszłoroczne drzewko adwentowe: w tym roku była forma prostsza, tj. tylko pudełko...


poniedziałek, 23 listopada 2015

Nie macie już dość zup dyniowych? Ja – nie ;). Zwłaszcza, że zaczyna się pomału sezon brukselkowy. Pierwszą zakupioną tego roku zużyłam jako dodatek do kolacji azjatyckiej (pokroiłam w paski i przesmażyłam kilka minut z czosnkiem, potem doprawiłam olejem sezamowym i sosem sojowym: zainspirowane Simply Nigella), a reszta poszła wraz z dynią do gara na zupę. Można powiedzieć, że to odświeżona – czy też rozwinięta ;) - wersja zupy z początków bloga.

Składniki:

  • 1 mała cebula
  • olej
  • ok. 250g brukselki
  • garść dyni, z grubsza posiekanej, bez skóry
  • 500ml bulionu i ok. 250ml wody
  • 500ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz
  • ok. ½ łyżeczki mieszanki ziołowej z ostrą papryką (lub po ¼ łyżeczki oregano i ostrej papryki)
  • kilka łyżek (do smaku, u mnie ok. 4) łagodnego* octu jabłkowego (lub soku z kiszonki)

Do podania:

  • kilka łyżek posiekanej fety lub sera koziego, np. dojrzewającego
  • szczypiorek (lub inne zielone)
  • grzanki (z czerstwego pieczywa, najlepiej na zakwasie)

Cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać brukselkę i dynię, przesmażyć chwilę. Zalać całość bulionem i wodą, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 30 minut pod przykryciem, aż warzywa zmiękną. Dodać przecier, wymieszać, doprawić do smaku przyprawami, gotować ok. 20 minut na małym ogniu. Sprawdzić doprawienie, zmiksować na gładko i dodać ocet do smaku. Podgrzewać delikatnie ok. 10 minut (lub dłużej) przed podaniem.

Serwować posypane grzankami, zieleniną i wybranym serem.

* Użyłam octu domowego, o którym chyba kilkakrotnie napomykałam, ale nigdy nie napisałam szczegółowo. Jest to przykład fantastycznego wykorzystania resztek oraz czegoś, co powstaje prawie z niczego, jak zakwas ;). Resztki niepryskanych jabłek (obierki, ścinki, gniazda nasienne itd.) pozostałe np. z przygotowywania szarlotki czy wyciskania soku trzeba umieścić w bardzo dużym słoju, zalać przefiltrowaną/przegotowaną wodą, przykryć ściereczką lub papierem i odstawić w jakieś nie za chłodne miejsce (okolice temp. pokojowej). Można przyspieszyć fermentację przez mały dodatek cukru – powiedzmy łyżeczka na litr wody. Co jakiś czas zawartość słoja należy zamieszać i sprawdzać, zwłaszcza na początkowym etapie, czy nie pojawia się pleśń. Po kilku tygodniach mamy delikatny ocet :). Swój przechowuję w chłodnej spiżarni.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna