Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia arabska

niedziela, 17 kwietnia 2016

Złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy” - na pewno znacie to powiedzenie. Ile razy zrezygnowaliście z ugotowania jakiegoś dania, uważając, że nie macie sprzętu lub wymaganych składników? O ile trudno zrobić drożdżowe bez drożdży czy wałkować bez wałka (choć podobno butelka po winie też się nieźle sprawdza), pewne rzeczy w kuchni można zastąpić lub pominąć, a często nie zdajemy sobie z tego sprawy. I tak dopiero niedawno odkryłam (ale jeszcze nic z tą wiedzą nie zrobiłam), że magdalenki można upiec i w innych foremkach niż klasyczne „muszelki”, zaś bliskowschodnie ma'amoul wcale nie muszą być lepione za pomocą tradycyjnego narzędzia. Mowa o drewnianym naczyniu z rączką i ozdobnie żłobionym zagłębieniu, które wylepia się ciastem, i o które już kiedyś prosiłam rodzinnych podróżnych, jadących do Tunezji (w zamian dostałam szal, który jest na powyższym zdjęciu ;). Błędnie sądziłam, że bez naczynka ma'amouli się nie zrobi i dopiero uważna (zaznaczam, uważna, bo pobieżna niewiele wniosła) lektura Jerusalem mnie oświeciła. Przyznaję, że mimo wszystko nieufnie podeszłam do ręcznego lepienia ciasteczek i dopiero, gdy jeszcze wyszukałam w internecie zdjęcia, jak to lepienie ma przebiec, uznałam, że można spróbować. No, tak naprawdę zmotywował mnie dodatkowo zakup mahlebu na londyńskim Borough Market, mgliście bowiem pamiętałam, że dodaje się go do tego wypieku. Ottlolenghi co prawda o tej przyprawie nie wspomina, używa go jednak Basia (Makagigi), która także pisze o metodzie bezforemkowej! Nie jest to konieczny dodatek, można skupić się na wodzie różanej i korzeniach.

Tu słowo o wodach kwiatowych – jak kiedyś wspominałam, różaną akceptuję, jeśli nie ma jej zbyt dużo, ale tej z kwiatów pomarańczy już nie, więc w moim przepisie z konieczności nastąpiły pewne zmiany ;). W oryginale była też przewaga semoliny, ale ponieważ ciasto z dodatkiem kaszki makaronowej wyszło świetne (m.in. bardzo przyjemne do lepienia), podaję taką opcję poniżej. W nadzieniu prawie nic (poza ww. wodą i zastąpieniem cukru miodem, za Basią) nie zmieniłam: przewaga orzechów nad daktylami mnie ucieszyła, bo nie jestem pewna, czy lubię je aż tak, by zrobić nadzienie tylko daktylowe.

Składniki:

Ciasto:

  • 100g semoliny
  • 250g kaszki makaronowej (pszennej lub orkiszowej), ew. kasza manna (można też, jak w oryginale, użyć samej semoliny)
  • 40g mąki pszennej (uniwersalnej)
  • 40g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • ½ łyżeczki utartego w moździerzu mahlebu (opcjonalnie)
  • 180g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
  • łyżka wody różanej
  • łyżka wody
  • łyżka ekstraktu pomarańczowego (lub zastąpić wodę i ekstrakt wodą z kwiatów pomarańczy, jeśli ktoś lubi)

Farsz:

  • 225g orzechów włoskich
  • 45g posiekanych daktyli (jeśli nie są b. świeże/miękkie, namoczyć ok. 15 minut w ciepłej wodzie)
  • łyżka (ok. 30g) miodu
  • łyżeczka cynamonu
  • 1,5 łyżeczki wody różanej
  • łyżka wody z kw. pomarańczy jw. LUB ½ łyżki ekstraktu pomarańczowego i ½ łyżki wody, jw., ew. zastąpić wodą z moczenia daktyli (u mnie)

Do podania: cukier puder

Przygotować ciasto: wymieszać suche składniki i wetrzeć w nie zimne masło na okruchy, jak przy robieniu ciasta kruchego. Połączyć w elastyczne ciasto za pomocą wód kwiatowych, wyrobić krótko (sugerowane 5 minut ręcznie, ja to robiłam w mikserze, więc zostawiłam na ok. 1 minutę). Przykryć wilgotną ściereczką lub folią i odstawić na ok. 30 minut.

Przygotować nadzienie: rozdrobnić orzechy, daktyle i cynamon w malakserze (orzechy nie mają być drobno zmielone). Dodać mokre składniki i krótko zmiksować na pastę.

Aby uformować ciasteczka: odrywać kawałki ciasta (z grubsza wielkości orzecha włoskiego), rozpłaszczać na dłoni, następnie uformować coś w rodzaju rożka/kubka z ciasta (wystarczy lekko zgiąć palce dłoni będącej „podstawką”) i nadziewać pełną łyżką farszu. Dokładnie zalepić ciasto dookoła nadzienia, formując owal. Jak napisałam wyżej, nie miałam żadnych problemów z formowaniem ciasteczek, bo choć ciasto wydawało się lekko lepkie na dotyk, nie kleiło się mocno do palców i było bardzo elastyczne, więc zalepianie szło szybko i sprawnie. Gdyby jednak ciasto się rwało, zwilżyć przed zalepianiem palce wodą – powinno pomóc. Gotowe ciasteczka umieścić na blaszce wyłożonej pergaminem/matą silikonową i, opcjonalnie, ozdobić widelcem (patrz zdjęcie). Ja uzyskałam dwie pełne blaszki, lekko ponad 30 sztuk sugerowanych przez autora.

Piec przez ok. 12-15 minut w 190 st. C (termoobieg) – uwaga, żeby nie przepiec! Ciasteczka powinny pozostać blade, nie powinny być jednak surowe, dlatego 15 minut to raczej maksymalny czas pieczenia. Po wystudzeniu posypać dokładnie cukrem pudrem. Uwaga: ciasteczka nie zapacają się podczas przechowywania w szczelnym pojemniku (ja trzymałam tak do ok. tygodnia).

Ponieważ nie mam porównania z ma'amoul „u źródła”, nie wiem, czy przepis jest mocno odsłodzony, ale ciasteczka zostały zaakceptowane nawet przez mojego Tatę (który za kuchnią bliskowschodnią, zwłaszcza słodką, nie przepada). Jedna rzecz, którą należy wziąć pod uwagę, to to, że – przynajmniej w wariancie z nadzieniem orzechowym – nie jest to wypiek dla fanów wilgotnych, ciągnących się ciast(eczek). Całej reszcie: polecam!

czwartek, 15 maja 2014

Wygląda na to, że aura wiosenna sprawia, że sięgam po inspiracje z Jerusalem (jeśli spojrzeć, kiedy przygotowałam "kolację prawie jak w Jerozolimie"), choć tak naprawdę zaczęło się od paru ekologicznych cytryn (sztuk 3), które chciałam sensownie wykorzystać. Przypomniałam sobie, że Ottolenghi poza cytrynami "szybkimi" proponował przepis na takie dłużej dojrzewające. Swoich kosztowałam po ok. 5 tygodniach, przyjmuje się, że minimum to 4 tygodnie odstawienia. Podaję jak robiłam, tj. proporcje na 3 cytryny.

Marynowane cytryny (dojrzewające)

Składniki:

  • 3 cytryny (eko lub ew. sparzone wrzątkiem i osuszone)
  • 3 łyżki soli
  • gałązka rozmarynu (ew. kilka świeżych liści laurowych)
  • 1 mała papryczka chilli
  • sok z 3 dodatkowych cytryn
  • oliwa

Zacząć od znalezienia odpowiednio szerokiego/pojemnego słoja: miałam standardowy 1 litrowy i choć się nadaje, musiałam cytryny dość mocno ścisnąć/nieco mocniej naciąć. Słoik ma być umyty, wyparzony, osuszony.

Cytryny umyć (opcjonalnie sparzyć), naciąć głęboko na krzyż. Każdą cytrynę nafaszerować łyżką soli, upchnąć ciasno w słoju, zakręcić pokrywkę i odstawić na tydzień (najlepiej w miejscu typu piwnica).

Po tym czasie odkryć słoik i zgnieść cytryny, by wycisnąć z nich możliwie dużo soku Dodać pozostałe składniki (oliwy tyle, ile potrzeba, by zakryć owoce - jest to konieczne, by uniknąć pleśni) i odstawić na co najmniej 4 tygodnie.

Z czym to jeść? Z najróżniejszymi daniami bliskowschodnimi, jak poniższe sofrito; jako dodatek do sałatek, np. posiekana ćwiartka takiej cytryny świetnie pasuje do surówki z buraków; jako dodatek do kanapek, na zasadzie innych marynat. Same cytryny, jedzone solo, nie zachwycają, ale w połączeniu z innymi składnikami - nabierają walorów i, że tak to ujmę, wciągają. Uwaga: wersja szybka była mocno czosnkowa i ogólnie bardziej aromatyczna, mocniejsza w smaku. Te są subtelniejsze, ale jeśli ktoś lubi kwaśne/słone dodatki (a w kraju kwaszonek i kiszonek chyba o to nietrudno ;), polecam.

W temacie tego sofrito... W kuchni Izraela oznacza to specyficzny rodzaj smażenia, czy też właściwie duszenia. Podczas jedzenia skomentowałam, że "nie wiedziałam, że moja Mama znała kuchnię sefardyjską", bo takiego kurczaka duszonego w małej ilości płynu, aż mięso samo odchodzi od kości, znam bardzo dobrze z domu - choć może ciut inaczej doprawionego. U Ottlolenghiego danie było przyrządzane z całego zluzowanego kurczaka, u mnie z 2 (sporych) udek.

Sofrito z kurczaka

Składniki (2 porcje):

  • 2 uda kurczaka
  • ok. łyżki oleju + dodatkowy olej do smażenia
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki (najlepiej wędzonej)
  • 1/8 łyżeczki (lub hojna szczypta) kurkumy
  • jw. cukru
  • pełna łyżka soku z cytryny
  • 1 mała cebula, obrana, podzielona na ćwiartki
  • 12 ząbków czosnku
  • ok. 400g ziemniaków, umytych/obranych, pokrojonych w większą kostkę
  • sól, pieprz

W solidnym rondlu/garnku żeliwnym zrumienić kurczaka na łyżce rozgrzanego oleju. Doprawić papryką, kurkumą, cukrem, szczyptą soli, świeżo zmielonym pieprzem (hojnie) i sokiem z cytryny. Lekko podlać wodą. Skręcić ogień na mały, dodać cebulę, garnek przykryć i dusić łącznie ok. 1,5h. Co jakiś czas mieszać i ew. dolewać wody, gdyby mięso zaczęło przywierać do dna.

W około 1/2 czasu duszenia kurczaka usmażyć ząbki czosnku i ziemniaki. Wg Ottolenghiego należało to zrobić na (stosunkowo) głębokim tłuszczu; ja usmażyłam standardowo. Niezależnie od metody a zależnie od wielkości patelni, trzeba to ew. zrobić na raty; ziemniaki mają się lekko zezłocić i pozostać chrupkie. Osączyć na ręczniku papierowym, posolić. Dodać do kurczaka, któremu pozostało wówczas ok. 30 minut do końca czasu duszenia.

Gotowe danie będzie składało się z miękkiego, odchodzącego od kości mięsa drobiowego i ziemniaków nasączonych sokiem z duszenia. Podawać z dodatkiem czegoś zielonego i skropione sokiem z cytryny lub - polecam! - z dodatkiem powyższych marynowanych cytryn ;) w dowolnej postaci (posiekane, w plastrach, w całości, jak chcecie).

wtorek, 21 maja 2013

Z cyklu "zrób sobie nabiał..." robiłam już swego czasu ser twarogowy i coś a la ricotta (zakwaszając gorące mleko sokiem z cytryny i odciskając na ściereczce). Nigdy jednak nie robiłam labneh, sera jogurtowego (który może być robiony z różnego mleka: krowiego, owczego, koziego), choć już dawno temu wzdychałam nad zdjęciami Gospodarnej Narzeczonej. Rzecz w tym, że dawno nie robiłam jogurtu: owszem, na blogu jest przepis, który kiedyś wcielałam w życie, ale dziś już nie uważam, by to mleko w proszku było do czegoś w jogurcie potrzebne... nie mówiąc o tym, że jakoś od kilku lat w ogóle prawie jogurtu nie jem ;) (nie z premedytacją, po prostu nie się nie składa). Niedawno jednak nabyłam Salt, sugar, smoke Diane Henry i za sprawą jej labneh przypomniały mi się kuleczki z Na kruchym spodzie...

A więc, po pierwsze, jogurt. Z tzw. rozmnożenia, bez dodatkowego mleka w proszku.

Składniki: litr mleka 2% lub 3,2% (pasteryzowanego - w woreczku lub tzw. pasteryzowanego świeżego, nie UHT), 2 pełne łyżki dobrego jogurtu (w miarę możliwości - bez dodatków typu mleko w proszku, zagęszczacze, itd).

Mleko podgrzać do 36 st. C. Dodać jogurt, dokładnie wymieszać. Przykryć, odstawić w ciepłe miejsce (okolice kuchni, grzejnika, bojlera, pod koc) itd. na ok. 12-14h. Ew. można proces wspomóc krótkim - np. godzinnym - pobytem w piekarniku w ok. 35-40 st. C. Produktem końcowym powinien być jogurt.

Mając jogurt możemy przystąpić do punktu 2, tj. produkcji sera - uzyskany powyżej jogurt mieszamy z łyżeczką soli i wylewamy na sito + gazę/ściereczkę umieszczoną nad miską i odstawiamy w chłodne (lodówka, piwnica, zimna spiżarnia) miejsce na 1-2 doby. Odcedzony jogurt powinien przypominać konsystencją ser śmietankowy i tak też smakować. Możemy go jeść tak, jak jest, albo uformować kuleczki smakowe - i tu zaczyna się zabawa, nieco zbliżona w efekcie końcowym do marynowanego sera pleśniowego. Obie poniższe propozycje z grubsza wg Diane Henry:

Wariant z przyprawami: na spodku wymieszać po 1 łyżce chilli, słodkiej papryki (wędzona będzie najlepsza) i sumaku (można też zrezygnować z 1-2 z ww. przypraw i użyć np. samego chilli). Z sera toczyć kulki wielkości orzecha włoskiego (można pomagać sobie łyżeczką), obtaczać w przyprawach, umieszczać w ok. 0,5 litrowym słoju z ok. 2 cm oleju/oliwy na dnie, następnie zalać dokładnie olejem/oliwą (proponuję, w wersji ekonomicznej, mieszankę oleju: oliwy 1:1 lub 2:1). Odstawić na 2 dni w chłodne miejsce. Po otwarciu przechowywać w lodówce.

Wariant ziołowy: wszystko jak powyżej, tylko zamiast przypraw - posiekane świeże zioła (rozmaryn, tymianek, mięta, estragon - jak Wam się podoba ;). Można dodać parę gałązek ziół dodatkowo do słoja.

Choć obie wersje mi smakowały, a ser zniknął b. szybko, chyba jednak opcja ostrzejsza bardziej przypadła mi do gustu - łagodny, lekko słodki smak sera świetnie pasuje do pikantnych, wyrazistych przypraw. Nie wiem, czy muszę dodawać, że poza tym, że ser ładnie wygląda w słoju (i na stole), to świetnie nadaje się na prezent i przystawkę (kuleczki w ramach mezze, np. w połączeniu z grillowanym bakłażanem/papryką czy podane na liściach cykorii/sałaty). Polecam!

niedziela, 14 kwietnia 2013

Są książki kucharskie lub okołokulinarne, które sprawiają, że nie tylko mam ochotę czym prędzej coś ugotować według zamieszczonych przepisów, ale i pojechać tam, skąd pochodzą dania i/lub autor. Tak jest w przypadku Jerusalem autorstwa izraelsko-palestyńskiego tandemu Ottolenghi/Tamimi (prowadzącego restaurację i sieć delikatesów w Londynie). Wcześniej miałam w ręku tylko ich Plenty (dzięki jednej Gospodarnej pani), które mi się raczej podobało, ale nie aż tak. Jerusalem zaś od razu do mnie trafiło - i te kolorowe przepisy, i zdjęcia z targów, i rozdziały "ogólne", pełne anegdot. Przypomniały mi się także jerozolimskie opowieści Basi i mojej koleżanki Madzi, sama bowiem tam jeszcze (zaznaczam, jeszcze) nie trafiłam... Książka powinna przypaść do gustu wegetarianom lub szerzej pojętym miłośnikom warzyw, choć mięsa i ryby też się znajdą. Wbrew pozorom, składniki nie są trudne do skompletowania, zwłaszcza w dobie internetu - choć, oczywiście, znaczna część jest sezonowa.

W miniony weekend uznałam, że skorzystam z tych kolorów i lekkich smaków, by przegonić zimę. Chyba zadziałało - choć pada teraz deszcz, to chyba wreszcie mamy wiosnę. Wypadałoby się więc podzielić tymi przepisami...

Uwaga: właściwie wszędzie występuje mielony kumin. Ja kupuję tylko takiego w całości, po prostu wcześniej rozdrabniam go w moździerzu.

Sałatka z pęczaku i natki pietruszki

Uwaga: przy tej sałatce pokombinowałam i z proporcjami (np. kaszy) i składnikami.

Składniki: 40-50g pęczaku, 75g fety (ser fetopodobny też ok), 40g natki pietruszki (mniej więcej mały pęczek), 1 mała szalotka (ew: dymka, ze 2 sztuki), 1/2 czerwonej (lub innej ulubionej) papryki, 20g nasion słonecznika, pinioli lub orzechów arachidowych, 1 rozdrobniony ząbek czosnku, ok. 2-2,5 łyżek oliwy, 1/2 łyżeczki za'ataru, 1/4 nasion kolendry, 1/8 łyżeczki mielonego/roztłuczonego w moździerzu kuminu, 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego, sok z cytryny, sól, pieprz

Pęczak ugotować (lub wykorzystać jakieś resztki z obiadu). Fetę pokruszyć na kawałki ok. 2 cm, wymieszać w niewielkiej misce z łyżką oliwy, kolendrą, kuminem i za'atarem. Odstawić. Natkę posiekać dość drobno, podobnie jak szalotkę i paprykę - wymieszać, dodać pęczak, orzechy/pestki, czosnek, ziele angielskie i pozostałą oliwę. Połączyć składniki, doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Przed podaniem umieścić na wierzchu fetę wraz z oliwą i przyprawami.

 

Marynowane (kiszone) cytryny (tzw. szybkie i łatwe ;)

Uwaga: wg książki wychodzi cytryn aż 1,5 litra, moim zdaniem maksymalnie 1 litr. Robiłam z 1/2 porcji i uzyskałam ok. 400ml.

Składniki: 3 cytryny (sparzone wrzątkiem), 3 łyżki soku z cytryny, 1/2 długiego chilli (z pestkami), 35g cukru, 1/2 łyżki soli morskiej, 1 ząbek czosnku (zmiażdżony, może być też np. przekrojony na 1/2 lub 4 części), łyżeczka słodkiej papryki (u mnie wędzona), 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki mielonego kuminu

Cytryny przekroić na 1/2 wzdłuż, następnie pokroić możliwie cienko w poprzek. Chilli zmiażdżyć w moździerzu z sokiem z cytryny. Wymieszać wszystkie składniki w misce, przykryć, odstawić na noc w temp. pokojowej (najlepiej w takim miejscu, gdzie Was nie będzie drażnił zapach). Następnego dnia przełożyć do czystego słoja/szczelnego pojemnika. Przechowywać w lodówce do ok. 2 tygodni. Podawać jako dodatek do dań.

Gdybyście szukali pomysłów, z czym jeść cytryny, polecam taką oto kanapkę: avocado, cytryny, feta, trochę suszonej mięty (lub świeżej, jeśli ktoś posiada).

Falafel(ki)

Składniki (dla ok. 3-4 osób, w zależności od dodatków): 250g ciecierzycy, namoczonej na noc, 80g drobno posiekanej cebuli (mniej więcej 1 średnia), 1 zmiażdżony ząbek czosnku, łyżka posiekanej natki pietruszki, 2 łyżki kolendry, jw. (jeśli nie macie, jak ja, dajcie więcej pietruszki), 1/4 łyżeczki pieprzu kajeńskiego/chilli w proszku, 1/2 łyżeczki mielonego kuminu, 1/2 łyżeczki mielonej kolendry, 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 3/4 łyżeczki soli, ok. 5 łyżek wody, 1 1/2 łyżki mąki, ok. 1 litra oleju do smażenia na głębokim tłuszczu, 1/2 łyżeczki nasion sezamu na posypkę

Ciecierzycę namoczyć na noc. Następnego dnia połączyć z cebulą, czosnkiem, natką i kolendrą. Zmielić całość dwukrotnie w maszynce do mięsa, ew. przepuścić na raty przez malakser. Dodać przyprawy i pozostałe składniki (poza olejem do smażenia i nasionami sezamu ;), dobrze wymieszać. Schłodzić w lodówce przynajmniej 1 godzinę.

Przygotować garnek do smażenia na głębokim tłuszczu, ew. frytkownicę, rozgrzać olej do 180 st. C. Z masy formować dłońmi, ew. łyżką, małe kotleciki wielkości orzecha włoskiego, delikatnie posypywać sezamem. Smażyć partiami, ok. 4 minut (powinny się mocno zrumienić). Osączać na ręczniku papierowym przed podaniem. Jeść ciepłe, choć zimne resztki (jeśli się uchowają) są także bardzo smaczne.

Sos z tahiny

Składniki: 75g tahiny (wymieszanej wcześniej w słoiku), 60ml (4 łyżki) wody, 1 rozdrobniony ząbek czosnku, sok z cytryny i sól do smaku

Wszystkie składniki połączyć za pomocą np. małej trzepaczki, doprawić do smaku. Podawać do potraw z grilla lub smażonych, surowych warzyw. Przechowywać w lodówce do ok. tygodnia.

Wasze smaki, czy niekoniecznie? Ja niecierpliwie czekam na lato, by wypróbować przepisy z udziałem bobu czy bakłażanów...

piątek, 02 września 2011



Szkolne wakacje się skończyły, ale przecież jeszcze trwa kalendarzowe lato. W dzień niekiedy ostre słońce, wieczorem i rano - rześki chłód. Wciąż są pyszne pomidory i cukinie, zaczyna się sezon na paprykę i pomału na dynie. Aż się prosi, by jadać warzywa grillowane lub pieczone, z dodatkiem świeżego pieczywa. Do tego warto mieć coś do smarowania lub maczania, pochodzącego z szeroko rozumianej kuchni śródziemnomorskiej. Na przykład...

Rouille

Tradycyjnie sos do bouillabaisse, słynnej zupy rybnej z Marsylii (ale jadłam też pyszne "bouillabaisse z Morza Północnego" w Brugii). U nas też był zrobiony do zupy rybnej, ale sporo go zostało do wykorzystania inaczej - z czym nie było najmniejszych problemów, bo rouille jest pyszne i świetnie nadaje się jako dip, sos kanapkowy lub dodatek do wielu dań. Przepis za Julią Child.

Składniki: 30g czerwonej papryki, gotowanej kilka minut w osolonej wodzie i odcedzonej, 1 mała* papryczka chilli, ugotowana do miękkości (lub parę kropli Tabasco), 1 średni, ugotowany ziemniak (można ew. zastąpić 1-2 kromkami białego pieczywa), 4 ząbki czosnku, rozdrobnione, łyżeczka tymianku/cząbru (Julia nie precyzuje, czy świeżego, czy suszonego, u nas był świeży tymianek), 4-6 łyżek oliwy z oliwek, sól, pieprz, opcjonalnie: 2-3 łyżki gorącej zupy rybnej

Warzywa i zioła utłuc na gładką masę w moździerzu/malakserze. Pomału, wciąż ucierając, wlewać oliwę (jak przy robieniu majonezu). Doprawić solą/pieprzem do smaku. Podając comme il faut, tj. do zupy rybnej, należy sos tuż przed podaniem lekko rozrzedzić wywarem i podać na stół, by każdy z gości sobie nakładał do woli (dodając do zupy, smarując grzanki itd.). Można jednak sosu nie rozcieńczać, ew. wykorzystać do tego celu odrobinę innego wywaru/bulionu/odrobinę wina, wody czy (herezja?) soku pomidorowego...

* Rouille, które jadałam, nigdy nie było bardzo pikantne, więc sugerowałabym tu użyć papryczki typu peperoncino, a nie tajskiej (czyt. nie wyjątkowo ostrej).


Tapenade

Pierwszy słoik z pasty z oliwek przywiozłam jako prezent rodzicom z Grecji. Okazało się jednak, że specjalnie za nią nie przepadają i sama zaopiekowałam się tapenade. Potem zaczęłam robić sama - i z czarnych, i zielonych oliwek, jednak wolę z tych pierwszych. Proporcje można nieco zmieniać, np. zmniejszając udział oliwek/kaparów zgodnie ze smakiem.

Składniki: Ok. 150g oliwek bez pestek, 1-2 ząbki czosnku, łyżeczka kaparów, 3-4 fileciki anchois, oliwa z oliwek (ok. 2 łyżek; można wykorzystać olej z rybek), opcjonalnie: sok z cytryny, suszony tymianek

Wszystkie składniki utrzeć na gładko w moździerzu/malakserze. Oliwy dać tyle, ile trzeba, by pasta była jednolita i nie za sucha. Sól raczej nie powinna być konieczna (anchois i kapary powinny wystarczyć), ale zweryfikować doprawienie na koniec.

Hummus

Pierwszy raz o hummusie usłyszałam w liceum, od uczniów wracających z wymiany ze szkołą w Izraelu, którzy pastę z ciecierzycy jadali na śniadanie. Pierwszy raz sama ją zjadłam kilka lat później w św. p. Cafe Brama w Warszawie (razem z "tym różowym", czyli taramasalatą). Jak mi się chce, moczę i gotuję ciecierzycę, jak zapomnę, albo mi się nie chce, a jest puszka pod ręką, używam tej ostatniej. Oba warianty mi smakują.

Składniki: 400g puszka ciecierzycy (220g osączonej lub taka sama ilość namoczonej przez noc, ugotowanej - trzeba liczyć co najmniej godzinę - i ostudzonej ciecierzycy), ząbek czosnku, ok. 2 łyżek oliwy, 2 łyżki tahiny (pasty sezamowej), sól, sok z 1/2 cytryny lub do smaku, hojna szczypta sumaku i/lub za'ataru (jedno i drugie - opcjonalnie - do środka pasty i/lub posypki)

Wszystkie składniki zmiksować na gładko w malakserze, doprawić do smaku. Gdyby masa była za sucha, można lekko podlać wodą lub zalewą z puszki, ew. dodać więcej oliwy. Lubię hummus odstawić na przynajmniej 2 godziny i schłodzić przed podaniem. Podawać lekko skropiony oliwą, opcjonalnie: oprószony sumakiem/za'atarem.

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna