Wpisy z tagiem: kuchnia świąteczna
czwartek, 22 marca 2012
Gdy myślicie "sernik", ew. "sernik polski" lub "sernik tradycyjny", jaki obraz staje Wam przed oczyma? Ja widzę sernik z kratką, tak zwany krakowski. Ser jest zwarty i lekko żółty (ach, te jaja), hojnie nafaszerowany rodzynkami, kratka polukrowana. A, wypiek stoi na pralce w kuchni mojej Babci, gotowy do podania na stół świąteczny (a Babcia narzeka, że znowu nie wyszedł...). Z sernikami nie-babcinymi byłam na bakier, zwłaszcza od popularyzacji gotowych serów mielonych (którym mówię stanowcze NIE), i w efekcie jedyne wypieki serowe, jakich kosztowałam, to cheesecake (z zasady robiony na innym serze sernik londyński w wielu odsłonach lub ew. nowojorski w wydaniu koleżanki E.) bądź sernik królewski autorstwa M, na niemielonym twarogu. Sernik krakowski od wielu lat - od kiedy nie ma babcinego - omijałam szerokim łukiem. Okazało się jednak, że można przywołać smak wypieku z dzieciństwa - stosując metodę z królewskiego, używając normalnego sera. I tak oto mam nowy ulubiony wypiek ;) Przepis pochodzi z bloga Dorotuś, jednak u nas parę zmian: przede wszystkim, twaróg tłusty w kostkach, niemielony; cukier puder i skórka pomarańczowa do sera; brak lukru na kratce (tak, ten Babci go miał, ja jednak lukru nie kocham, a sernik jest i tak dość słodki).
Polecam! I podczepiam pod akcję wielkanocną: PS. Przypominam, że wciąż trwa konkurs :)
piątek, 23 grudnia 2011
Na okrasę co u nas się w tym roku pojawi na stole... Otóż chłodzą się już śledzie grzybowe mojej Mamy (będą na Wigilię), pasztet M i sernik królewski. Dziś będzie pieczony makowiec (tradycyjny, nie awaryjny ;). Zrezygnowałam z ryby po grecku, a M nie robi marmoladziaka (który ostatnio niestety wychodził nam zakalcowaty...). Ups, właśnie przypomniałam sobie, że zapomniałam wczoraj podlać Christmas Cake. Pozostałymi daniami zajmuje się rodzina :) Na drugą okrasę: mroźne, choć nie ośnieżone, Mazury. Wesołych Świąt!
czwartek, 21 kwietnia 2011
Pamiętacie historię starego zeszytu z przepisami? Gdy go przeglądałam jakiś czas temu, rzuciły mi się oczy domowe wędliny z udziałem gęsich wątróbek. Gdy więc niewiele później wpadło mi w ręce opakowanie wątroby z gęsi w sklepie, kupiłam je, a przepisom przyjrzałam się dokładniej później. Jeden z nich okazał się być kiełbasą, do której jeszcze nie dorosłam, a drugi - pasztetem (Ganseleberpastete). Z tym miałam już co nieco do czynienia i zdecydowałam się go upiec, jako, że Wielkanoc za rogiem, a wątróbka leżała i dopominała się o spożycie. W oryginale było dwukrotnie więcej składników, poza wieprzowiną była także odrobina cielęciny - ja musiałam dostosować proporcje do posiadanej ilości wątróbki. Występowały także trufle - no, cóż, fiu, fiu, u mnie są suszone grzyby :). Dodałam od siebie przyprawy - u Irmy była tylko sól i pieprz.
Pasztet jest zupełnie inny, niż ten, który robi M - jest znacznie bardziej mięsny i, czego można było się spodziewać, wątrobiany. Następnym razem rozważę zwiększenie ilości mięsa w stosunku do podrobów. Zastanawiam się też, czy nie można by użyć wątroby kurzej lub cielęcej. Podoba mi się natomiast bardzo kontrast między masą zmieloną a posiekaną, grzybową, i nie da się ukryć, że nie jest to trudny czy bardzo czasochłonny przepis. Nie mówiąc o tym, że wciąż mnie fascynuje gotowanie ze stuletnich przepisów, pisanych nieznaną ręką... Ponieważ zdjęcie mojej babci przy poprzednim wpisie wzbudziło zainteresowanie, na deser kolejne ujęcie babci Łucji, tym razem ze swoją matką (a moją prababcią Marią), w scenerii lekko wiosennej (ten cielaczek... :):
niedziela, 03 kwietnia 2011
Pierwszy raz żurku skosztowałam w Bukowinie Tatrzańskiej niecałe 12 lat temu. Zajadałam, aż uszy się trzęsły. Pewnie się zdziwicie, że tak późno przeszłam na jasną (żurkową) stronę mocy, ale tak to jest, jeśli nikt w rodzinie żuru nie lubi i nie gotuje. Od tego czasu miewałam różne lepsze i gorsze doświadczenia z tą zupą, a sama przygotowałam do tej pory tylko raz. Oczywiście, na domowym zakwasie. Ten się udał, ale samej zupie brakowało wyrazistości - była to wersja postna, na samym wywarze jarzynowym, no i... uznałam wówczas, że niestety (dla wegetarian), ale żurek potrzebuje wkładki mięsnej. Przy drugim podejściu już się zatem nie krępowałam, było mięso x 3. I wyszło świetnie. Wymogłam na M obietnicę, że taki żurek aprobuje, i możemy go częściej jadać - nie tylko na Wielkanoc.
Nie wiem, czy to nie moja ulubiona tradycyjna zupa...
środa, 19 stycznia 2011
Przy okazji makowca awaryjnego, Gospodarna Narzeczona pytała się mnie, czy nie przeszkadza mi sztuczny posmak w kupnej masie makowej. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie. Ponieważ jednak mieliśmy dużo maku, zrobiliśmy domową masę i choć święta minęły, upiekliśmy jeszcze raz strucle. Powiem szczerze, że jedyną różnicą, jaką widzę między tą z puszki, a tą robioną od podstaw jest konsystencja: ta pierwsza jest bardziej mokra, druga bardziej ziarnista. I jedna, i druga smaczna. Jeśli chodzi o wygodę, oczywiście nic nie przebije otwarcia puszki :), ale produkcja domowa okazała się łatwiejsza, niż myślałam. Przepis z Kuchni Polskiej (moja wydana w 1957), którą podobno każdy ma w domu.
Mak opłukać, zalać wrzątkiem i podgrzewać na małym ogniu tak długo, aż da się go rozetrzeć w palcach (ok. 25-30 minut). Odcedzić przez gęste sitko, osączyć. Przemielić 2 lub 3 razy (u nas to ostatnie) przez maszynkę (w miarę możliwości, z gęstym sitkiem). Stopić w rondlu masło, dodać mak, cukier, skórkę cytrynową, olejek migdałowy (pominęliśmy), miód (jw.), wanilię i opłukane rodzynki. Podgrzewać całość ok. 10-15 minut, często mieszając. Wymieszać z pianą, wystudzić. Gotową masą można nadziewać makowce z ciasta krucho-drożdżowego lub drożdżowego. Starczy jej na dwie strucle. PS. Pamiętacie moją gęsinę? Z przyjemnością informuję, że wygrała konkurs "Gęsina w blogosferze", czego dowód tu:
piątek, 31 grudnia 2010
Moja Mama co rok robi pasztet - na Boże Narodzenie lub Wielkanoc. Zazwyczaj co rok jest trochę inny, bo dodaje różne mięsa. Zawsze jest choć trochę dziczyzny. W rodzinie M pasztety robiła Ciocia C., a od kiedy jej zabrakło, pałeczkę przejął mój mąż. Przepis jest Cioci, ale M go trochę zmodyfikował, mieląc masę tylko jeden raz (jak i moja Mama), a nie trzykrotnie. Dodaje także inną cielęcinę. Pasztet domowy nie w wersji błyskawicznej wymaga cierpliwości i czasu. Mięso trzeba obsmażyć, ugotować, przemielić, doprawić i dopiero wtedy upiec. Gdy Mama zabierała się za robienie pasztetu, wolałam w miarę możliwości zniknąć z domu, gdyż atmosfera bywała napięta ;) Gdy zabiera się za to M, mam większy problem ze znoszeniem wyjątkowo intensywnego zapachu gotowanego mięsa. Gotowy pasztet uwielbiam jednak jeść: na chlebie, z dodatkiem musztardy, chrzanu lub dżemu cebulowego (świetne połączenie!) jest przepyszny. Bardzo dobrze się także mrozi. Składniki:
Mięso opłukać, dokładnie osuszyć, obsmażyć do zrumienienia (szczerze polecam do tego celu frytkownicę). Umieścić w bardzo dużym garnku, kładąc w kolejności od dołu: podgardle, wątróbkę i cielęcinę. Dodać warzywa, pieprz ziarnisty, ziele a., grzyby liście laurowe oraz na wierzchu umieścić kajzerkę. Lekko podlać wodą i dusić pod przykryciem, aż mięso będzie zupełnie miękkie (co potrwa kilka godzin). Mięso dokładnie wystudzić i przemielić jednokrotnie razem z warzywami. Do masy dodać jaja i przyprawy mielone - do smaku, powyżej podaję nasze proporcje. Dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Przełożyć do blaszek (np. keksówek - ok. 3) wysmarowanych tłuszczem i wysypanych bułką tartą. Idealnie jeśli warstwa będzie nie grubsza niż 5 cm, ale trochę grubsza też nie zaszkodzi (my piekliśmy teraz w 2 kwadratowych blaszkach jak do brownie). Piec ok. 1 h, w 180 st. C (termoobieg, w góra/dół - ok. 190-195 st. C). W wierzch pasztetu można wcisnąć trochę świątecznych foremek ;) Gotowy pasztet powinien mieć wypieczoną, zezłoconą i chrupką skórkę. Uwaga: nie warto próbować jeszcze ciepłego, smaczny jest dopiero po dokładnym wystudzeniu. A tak wygląda na kromce Borodinskiego: Korzystając z okazji życzę Wam wszystkiego dobrego (i smacznego ;) w nadchodzącym roku 2011. U nas dziś w menu znów będą bliny oraz to, co widać poniżej:
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Mówi się, że złość piękności szkodzi. Coś w tym musi być, skoro wredna macocha Królewny Śnieżki przegrała w konkursie piękności organizowanym przez wiadome Zwierciadło ;) Mam jednak wrażenie, że trochę "dobrej sportowej złości" poprawia samopoczucie fizyczne. Ja w każdym razie, gdy w przeddzień Wigilii zobaczyłam nieudane wypieki, zdecydowanie się rozzłościłam i zrobiłam makowca awaryjnego: ze znanego drożdżowego, które zawsze wychodzi i dobrze się wałkuje, oraz z kupnej masy makowej. I wiecie co? Ciasto wyszło, a mi przeszła gorączka i wyzdrowiałam :)
Mam nadzieję, że mieliście udane Święta :)?
środa, 08 grudnia 2010
Some time ago I received an email from Asia of Lexiophiles, asking if I'd like to participate in the International Recipe Advent Calendar event*. I wasn't feeling very Christmassy then** (yet!), but I thought: why not? I decided to try out a recipe I'd found when clearing out my cookery books. In the original form it was slightly vague (it came from a promotional booklet), but luckily my guesses were correct. These Sugar & Spice Snowflakes (the name is my invention) are very versatile: great for nibbling with tea or coffee, they can be also used as Christmas tree decorations or stocking fillers. Of course, you can make Sugar & Spice Stars or Reindeers, or whatever shape pleases you, but I used by favourite festive cookie cutter. The following quantities are for a relatively small batch of cookies, double them if you want more. So, sugar and spice and all things nice, here we go:
* This recipe should appear on the website tomorrow, i.e. 9 December 2010.
** As opposed to today, where with snow outside and festive decorations it looks as you can see for yourselves:
Jakiś czas temu otrzymałam maila od Asi z Lexophiles, z pytaniem, czy nie chciałabym wziąć udziału w międzynarodowej imprezie pt. Kalendarz adwentowy z przepisami świątecznymi.* Jeszcze wtedy nie myślałam o Świętach (w przeciwieństwie do dzisiaj: vide zdjęcie powyżej), ale pomyślałam: czemu nie? Postanowiłam wypróbować przepis znaleziony podczas porządków w książkach kucharskich. Oryginał był nieco mglisty (może dlatego, że pochodził z broszurki reklamowej), ale na szczęście dobrze się domyśliłam, co i jak. Moje Sugar & Spice Snowflakes (Słodkie Korzenne Śnieżynki - nazwa własna, jak i tłumaczenie :) są bardzo uniwersalne: można je sobie chrupać do kawy czy herbaty, powiesić na choince czy dać w prezencie. Oczywiście, można sobie wyciąć gwiazdki, renifery czy cokolwiek innego, ale ja użyłam mojej ulubionej świątecznej foremki. Z poniższych składników wychodzi raczej niewielka ilość ciasteczek, jeśli potrzebujecie więcej - trzeba składniki podwoić.
* Przepis powinien pojawić się na stronie jutro, tj. 9 grudnia 2010.
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Na wstępie chciałam wszystkim podziękować za udział w tegorocznym Korzennym Tygodniu. Przez ostatnie cztery dni przebywałam na intensywnym weekendowym wyjeździe, z dostępem do internetu tylko w komórce (co oznacza, że nie mogłam np. nic komentować), postaram się jednak w najbliższym tygodniu nadrobić zaległości i zajrzeć do wszystkich zgłoszonych przepisów. Podsumowanie powinno się także pojawić w ciągu tygodnia na blogu. Przez weekend zajmowałam się m.in. pierniczkowaniem, jak i np. rok czy dwa lata temu. Towarzystwo było prawie to samo, przepis też ten sam... Z różnic były pisaki cukrowe, którymi się bawiłyśmy. Efekty prac ręcznych można podziwiać tu - czyli pierniczki ludowe/hippisowskie, lekko makabryczne ;), witraże i artystyczne maziaje (plus śnieżynki cukrowe). Gdy wróciliśmy do domu czekało na nas tzw. szybkie i łatwe ciasto świąteczne z Nigella Christmas. Powiedzmy sobie szczerze, że szybkość jest rzeczą względną: chodzi o to, że czas leżakowania jest krótszy niż w przypadku tradycyjnego, brytyjskiego ciasta świątecznego. Można je upiec (a piecze się i tak długo) i jeść przed samymi Świętami, bądź odstawić do dojrzewania na 1-2 tygodnie. Przepis podałam już kiedyś na blogu, na prośbę Margot, jako przypis do wpisu o Christmas Cake, ale go nigdy dotąd nie zrobiłam.
Ciasto wyszło mi wilgotniejsze niż Christmas Cake (dlatego też myślę, że dodatkowe 10 minut pieczenia by mu dobrze zrobiło) i rzeczywiście trochę smakuje jak śliwki w czekoladzie. Najlepiej podsumował to M: "No, dobre". Ja: "To może piec dwa na Święta?" M: "A po co? Tamto na Święta, a to poza nimi". Na zimowy czas - jak znalazł.
wtorek, 06 kwietnia 2010
Gotowy deser jest miękki, kremowy, dość wilgotny (ale nie zanadto - gaza spełniła swoje zadanie) i trochę trudno go nakładać zgrabnie na talerze, szczególnie jeśli nie jest mocno schłodzony. Smak i aromat jednak rekompensuje ewentualne braki estetyczne po naruszeniu całości: aż zaczynam żałować, że już nic nie zostało. M zaś początkowo mówił wstrzemięźliwie, że 'nic specjalnego' i 'ujdzie', ale deser dziwnie szybko znikł z lodówki. Może jednak wprowadzimy nową kulinarną tradycję. Przepis publikuję w ramach akcji kulinarnej Olgi Smile (patrz banner u góry). PS. A tu wersja 2011: |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
![]() ![]() ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||