Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia świąteczna

sobota, 15 kwietnia 2017

Miało nic już nie być przed Świętami, ale może akurat pieczecie chleb wielkanocny i macie nadmiar (hiper)aktywnego zakwasu, albo też będziecie piec coś jeszcze jutro - i wtedy aż się prosi odłożyć odrobinę na hot cross buns ("bunie", jak mawiamy z M) na zakwasie! Słyszałam też, że niektórzy nie wyrobili się przed Wielkanocą i będą krzyżyki piec po fakcie - więc przepis wtedy też im się przyda.

Do tej pory bułeczki wielkopiątkowe (pierwszy raz w tym roku słyszałam tą nazwę i jest moim zdaniem b. udana) robiłam w wersji drożdżowej, i wciąż ją gorąco polecam, zwłaszcza, że nie trzeba przygotować się do pieczenia 5 dni wcześniej. Jest jednak coś bardzo satysfakcjonującego w wykonaniu słodkiego (czy też słodkawego), obiektywnie ciężkiego (masło, jaja) ciasta na zakwasie, tj. dzikich, naturalnych drożdżach, a zachęciłam się do tego po chlebku ukraińskim. Przepis pochodzi z tej strony, u mnie drobne zmiany, m.in. użyłam solonego masła i dodałam kandyzowaną skórkę pomarańczową. Przepis zakładał mąkę chlebową, mam jednak wrażenie, że - ponieważ piekłam jednocześnie coś innego... - pomyliłam pojemniki i użyłam pszennej uniwersalnej. Wyszło jednak bdb (choć temperatura pieczenia wymaga jednak korekty, o czym niżej). Swoją drogą: zapach tych bułeczek jest wspaniały, korzenny, a jednak inny niż np. piernika (co jest zrozumiałe, patrząc na skład) - czemu producenci kosmetyków się tym nie zainteresują...? Dobry balsam o aromacie hot cross buns bym przygarnęła ;).

Składniki (na 12 sztuk):

Zaczyn:

  • 80g mąki pszennej chlebowej (ew. uniwersalnej, najlepiej typ 550)
  • 20g brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 25g aktywnego zakwasu pszennego, dokarmianego co najmniej trzy dni
  • 35g wody

Ciasto właściwe:

  • 350g mąki jw.
  • zaczyn jw. (ok. 160g)
  • 2 jaja (ok. 100 g)
  • 50g cukru jw.
  • 85g miękkiego, solonego* masła
  • 5g soli
  • 110g letniego mleka
  • 50g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 40g rodzynek, namoczonych lub z magicznego słoika
  • skórka starta z 1 cytryny
  • 2-3 goździki, roztarte z moździerzu
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej (świeżo startej proponuję dać 1/2 tyle, bo jest bardziej intensywna w zapachu)
  • szczypta mielonej wanilii

* albo i niesolonego, wtedy soli 7g

Pasta na krzyżyki

  • 70g mąki jw.
  • 20g oleju roślinnego (neutralnego)
  • 60g wody

Oraz, do posmarowania:

W przeddzień pieczenia, rano wymieszać składniki zaczynu (masa będzie gęsta, jak ciasto) i odstawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Zasadniczo ma podwoić objętość - u mnie to nastąpiło już po 2 godzinach, ale zostawiłam go z konieczności (brak prądu :D) do potrojenia masy.

Dojrzały zaczyn wymieszać z mąką, jajkami, przyprawami, cukrem, mlekiem i solą, krótko wyrobić, by składniki się połączyły. Odstawić pod przykryciem na ok. 15 minut. Po tym czasie dodać masło, stopniowo (w 2-3 partiach) i cierpliwie wyrabiać ciasto (najlepiej mikserem), aż będzie całkiem gładkie i bardzo elastyczne. Odstawić ponownie na kilka minut i dodać bakalie oraz skórkę (tu przyznaję, że mi się pomieszała kolejność i dodałam bakalie wcześniej, tj. przed masłem. Ciasto nie ucierpiało, ale jednak oryginalna kolejność wydaje się bardziej właściwa). Gdyby ciasto było bardzo lepkie, delikatnie podsypać 1-2 łyżkami mąki, starać się jednak więcej nie dodawać. Wyrobione ciasto umieścić w natłuszczonej misce, przykryć folią, zostawić na 2 godziny w temp. pokojowej, potem umieścić w lodówce (moje trafiło tam ok. g. 17).

Następnego dnia rano wyciągnąć ciasto na blat kuchenny i nie przerazić się, jeśli mało urosło ;). Podzielić na 12 części, uformować bułki, ułożyć na blaszce z matą silikonową lub papierem do pieczenia. Przykryć folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia - mają się wyraźnie napuszyć i przejść test palca (wgłębienie od palca nie powinno się od razu wypełnić). U mnie to trwało ok. 4,5h.

Przed pieczeniem wymieszać pastę na krzyżyki, przełożyć do rękawa cukierniczego lub woreczka z uciętym rogiem i ozdobić bułki. Masy jest w sam raz, jest też dość gęsta, dzięki czemu nie wylewa się z worka/łatwo ją w nim umieścić, trzeba się jednak trochę przyłożyć do nakładania (albo tylko ja to tak odbieram, jako osoba oporna na czar rękawa cukierniczego :D). Piec bułeczki w temp. 200 st. C (termoobieg) przez ok. 10 minut, następnie ok. 15-20 w 180 st. C - sama piekłam w trochę wyższej temperaturze i 5 minut dłużej, sugerując się oryginałem, i uważam, że je lekko przepiekłam.

Gorące bułki posmarować od razu syropem lub podgrzanym dżemem (gęsty można lekko rozcieńczyć odrobiną wody (dałam 0,5 łyżki do 2 łyżek dżemu) i odstawić do przestudzenia - choć, oczywiście, najlepiej smakują jeszcze ciepłe...

A teraz już naprawdę Wesołych Świąt! Mokrego dyngusa nie życzę, bo aura chyba sama się o to postara ;).

Zapisz

Zapisz

środa, 12 kwietnia 2017

To, że korcą mnie wypieki z pogranicza ciast i chleba w opcji na zakwasie, pisałam już w przypadku chałki i od paski piwdennej, którą zobaczyłam u ukraińskiej instagramowiczki Katrii  oka nie mogłam oderwać (swoją drogą, dzięki Instagramowi sobie mocno odświeżyłam znajomość cyrylicy ;). Tyle, że pierwsza próba nie należała do udanych. Rzecz w tym, że nie przyszło mi do głowy dokarmić zakwas dłużej/częściej niż do chleba, tj. dwuetapowo, łącznie przez jakieś kilkanaście h. I niestety kolega nie dał rady, choć chleb dało się i tak zjeść. Porozmawiałam na ten temat z Katrią, która doradziła produkcję lievito madre 50% hydracji wg sugerowanego przez nią przepisu (na pierwszym etapie daje się, uwaga, łyżkę dojrzałego miąższu owocowego, np. z banana, efektem zaś jest zakwas turbo 😉). Szkutnik z Dzielnej (via Gospodarna Narzeczona) radził przygotowywanie zwykłego zakwasu pszennego przez kilka dni, w cieple, i ew. dodanie małej ilości drożdży. Jako, wiadomo, osoba uparta, zrobiłam drugie podejście. I wyszło! Chlebek jest lekki, słodkawy, ale nie deserowy (w wydaniu bez lukru), długo zachowuje świeżość. Może i jest czasochłonny, ale moim zdaniem warto spróbować. I jak zaraz zaczniecie odświeżać zakwas to jeszcze zdążycie go upiec na Wielkanoc!

Przepis podaję za Katrią, z moimi uwagami, i z 1/2 składników.

Składniki:

Pierwszy najważniejszy składnik to zakwas pszenny. Bardzo ważne jest dokarmianie go przez ok. 3 doby + trzymanie go w co najmniej 21 st. (ale lepiej w trochę wyższej temperaturze). Zaczęłam od łyżeczki, którą pomnażałam na zasadzie 50% hydracji (czyli np. łyżka mąki/pół łyżki wody) za pomocą mąki pszennej chlebowej, i tak przez trzy dni. Można oczywiście też użyć ww. lievito madre – przygotowanie od podstaw zajmuje ok. 5 dni.

W dniu pieczenia rano należy przygotować zaparkę: zagotować 170g pełnego mleka, wymieszać dokładnie z 65g pszennej mąki (tu już użyłam takiej do wypieków, typ 450-500). Przykryć folią i przestudzić przez 1h na kratce. Następnie dodać zakwas – 65g w przypadku hiperaktywnego 😉 lievito madre lub podobnego, 100g jeśli zakwas jest normalnie aktywny. Jeśli macie obawy co do jego mocy lub problem z ciepłym miejscem do wyrastania, można jeszcze dodać malutką ilość drożdży – np. wielkości małego ziarna groszku w przypadku drożdży świeżych (ok. 0,8 grama), lub maksymalnie dwukrotnie tyle (czyli 1,6g). Nie jest to jednak konieczne. Masę (dość gęstą, przypominającą trochę kleik, trochę krem do ciała) przykryć dokładnie folią i odstawić na 3-4 godziny w ciepłe miejsce. Dojrzały zaczyn będzie miał dużo pęcherzyków powietrza.

Wymieszać zaczyn z 2 żółtkami jaj, 1-2 łyżkami mleka i 450g mąki. Gdyby masa była za gęsta lub sucha, dodać trochę więcej mleka (zaczęłam od łyżki i dodałam jeszcze 1-1,5 łyżki). Wyrobić gładkie ciasto (powinno być elastyczne, ale nie powinno się lepić), przykryć folią i odstawić do wyrastania na ok. 2h.

Wyrośnięte ciasto wyrobić ponownie, dodając (stopniowo, krok po kroku): 100g drobnego cukru (zmieszanego ze skórką z ½ cytryny lub hojną szczyptą wanilii), 65g bardzo miękkiego lub stopionego masła oraz łyżką oleju. Gdyby ciasto było za lepkie, dodać do 25g mąki, ale u mnie nie było to konieczne. Dokładnie wyrobione, miękkie ciasto ponownie przykryć folią i odstawić do kolejnego wyrastania. Sugerowana temp. ciasta to 29 stopni, więc temperatura musi być wyraźnie powyżej standardowej pokojowej. Można postawić je w pobliżu grzejnika, użyć piekarnika nagrzanego do minimalnej temperatury, itd. Tak czy inaczej, ma potroić objętość, co w sprzyjających warunkach zajmie ok. 3h.

Do wyrośniętego ciasta dodać 120g bakalii: u mnie mieszanka skórki pomarańczowej i rodzynek z magicznego słoika, które po prostu wgniotłam w ciasto, składając je kilkakrotnie. Przełożyć do natłuszczonych i wysypanych foremek – powinno starczyć na jedną dużą formę na babkę/keks, ew. dwa mniejsze. Odstawić do ostatniego napuszenia na ok. 2h. Przed pieczeniem można posmarować białkiem/jajem/mlekiem (pominęłam). Piec w 190 st. C przez 20 minut, skręcić temperaturę do 180 st. i dopiekać dalsze 20-25 minut; piekłam z parą (jedno uderzenie), nie jest to jednak konieczne. Jeść jako pieczywo, zamiennik chałki lub bułeczek z krzyżykami, ew. polukrować i opcjonalnie ozdobić skórką cytrusową i potraktować jako babę.

poniedziałek, 19 grudnia 2016



Jak Wasze przygotowania świąteczne? U mnie nastąpił pewien obsuw, związany m.in. z innymi obowiązkami i w związku z tym pierniczki skończyłam piec dopiero dzisiaj - choć zaczęłam jakieś 2 tygodnie temu, a część jednej z pierwszych partii została wykorzystana do dania, które mnie od dawna intrygowało, tj. śledzi piernikowych. Pomysł wydaje się całkiem logiczny, skoro do przetworów rybnych często dodaje się przyprawy korzenne, a pierniki bez dodatków typu polewa/lukier są tylko lekko słodkie, za to często pikantne... choć efekt końcowy mnie jednak zaskoczył. W skrócie, to dla mnie raczej śledzie korzenne w sosie o nietypowej konsystencji (która nie każdemu będzie odpowiadać, o czym niżej). Jeśli nie macie własnego surowca (np. z ciasta na piernik staropolski), dobrze się nadadzą cienkie, mocno imbirowe pierniczki typu szwedzkie pepperkakor. Skorzystałam z przepisu Tosi z Burczy mi w brzuchu, z drobnymi poprawkami (choćby taką, że oczywiście, jak to ja, nie moczyłam śledzi, zmniejszyłam też liczbę goździków).

Składniki:

  • 4 filety śledziowe typu matjas (400g)*
  • 2 duże czerwone cebule
  • łyżka masła lub mieszanka masła i oliwy
  • łyżka miodu
  • łyżka octu balsamicznego
  • 50g pierników jw., bez lukru, polewy, dodatkowych ozdób itd.
  • łyżeczka musztardy
  • łyżka miodu
  • sok z 1 cytryny
  • 4 łyżki (1/4 szkl.) oliwy
  • 2-3 liście laurowe
  • 1/2 łyżeczki ziela angielskiego (całe ziarna)
  • 1/4 łyżeczki pieprzu ziarnistego
  • 2 goździki

* Jak pisałam we wstępie i wielu innych miejscach, u mnie niemoczone, jak zawsze. Jeśli ktoś jednak zawsze to robi, może wymoczyć - choć najpierw sprawdziłabym, czy śledzie faktycznie są takie słone i tego wymagają, bo w przepisie nie ma w ogóle soli (poza szczyptą dodaną do cebuli).

Cebulę obrać, pokroić w pióra, dodać szczyptę soli i zeszklić na maśle/maśle i oleju. Dodać miód, ocet, karmelizować kilka minut. Wystudzić.

Pierniczki utłuc na proszek np. w moździerzu. Wymieszać musztardę z sokiem z cytryny, miodem i oliwą na sos, dodać utłuczone pierniki. Śledzie pokroić na ok. 2 cm kawałki. W dużym słoju (co najmniej 500ml) układać na przemian śledzie, sos piernikowy, liście laurowe i przyprawy korzenne. Odstawić do lodówki na co najmniej dobę przed jedzeniem (próbowałam świeżo przyrządzonych i smakowały gorzej niż następnego dnia, więc nie warto się spieszyć).

Na czym polega zaskoczenie? Po pierwsze, że potrawa jest - moim zdaniem przynajmniej - całkiem estetyczna ;), więc nadaje się do podania gościom. Po drugie, sądziłam, że różne rzeczy mogą M w niej przeszkadzać, ale nie spodziewałam się, że zareaguje negatywnie na proszkową strukturę utłuczonych pierniczków. Faktem jest, że sos dzięki nim jest "piaskowy", co mnie osobiście nie przeszkadza, ale nie jest typowe. Ja raczej się zastanawiam, czy w przypadku powtórki zostawiłabym całe przyprawy korzenne, czy też zastąpiłabym je mielonymi (bardziej przyjaznymi konsumentowi w przypadku gęstego sosu). Po trzecie, sądziłam, że smak wywrze na mnie mocniejsze wrażenie: negatywne lub pozytywne, tymczasem moje odczucia są bardziej letnie... Co nie zmienia faktu, że uważam, że przynajmniej raz warto tego połączenia spróbować. Czy będą powtórki, mimo braku zachwytu - nie da się tego wykluczyć, zwłaszcza w wersji udoskonalonej ;).

PS. A to wszystko w ramach Festiwalu Pierniczków, patrz banner ^^.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 20 listopada 2016

Gdy M wręczył mi siatkę z zakupami do rozpakowania i odkryłam w niej dużą tackę śledzi, byłam pod wrażeniem: „Naprawdę usłyszałeś?!”. Bo szczerze mówiąc… mam wrażenie, że moje głośne uwagi typu „ŚLEDZIE*. Zjadłabym śledzie” rzadko docierają do czyichś uszu. Podsumowując, była to całkiem miła niespodzianka i liczę na powtórki ;) (jeśli ktoś to czyta).

O śledziach pomyślałam dzień czy dwa, obejrzałam zawartość lodówki i tak oto pierwszy raz przygotowałam własnoręcznie śledzie zabielane, jogurtowo-śmietanowe. Od klasyki różni je (poza jogurtem) dodatek kaparów. Czas przygotowania: kilka minut, czas leżakowania dość krótki, więc można potraktować je jako opcję last minute (np. na dzyń dzyń dzyń Święta). Na co dzień świetnie pasują do gotowanych lub pieczonych ziemniaków, bądź jak widać na zdjęciu (patrz: uwagi pod przepisem).

Składniki:

  • 1 mała cebula, pokrojona w pióra
  • 250g śledzi marynowanych w oleju**
  • 5-6 łyżek gęstej śmietany
  • 4 łyżki gęstego jogurtu
  • łyżeczka kaparów
  • ½ łyżeczki suszonego koperku

Cebulę pokroić i zblanszować (przelać wrzątkiem) na sitku, odstawić na bok. Śledzie pokroić na ok. 3-4cm kawałki. W misce wymieszać śmietanę z jogurtem, dodać osączone z zalewy, posiekane kapary i koperek. Wmieszać cebulę i śledzie. Całość przełożyć do słoika i odstawić przed jedzeniem na co najmniej 12h (a lepiej - dobę) do lodówki.

Na zdjęciu moje ulubione połączenie (prawie tak samo dobre, jak szynka + majonez + chałka). Oczywiście, żytnie pieczywo czy pumpernikiel też świetnie pasują, ale słodka chałka plus słony, lekko kwaśny śledź… Kto nie spróbuje, ten nie wie, co traci ;).

* Strudel/piernik/chałka/dobre pomidory/kurki/maliny/pizza… itd., itp. w nieskończoność. Choć śledzie pojawiają się w takim kontekście wyjątkowo często.

** Można też użyć osączonych marynowanych, po pokrojeniu wymieszanych z 1-2 łyżeczkami dobrego oleju rzepakowego (lub lnianego, jeśli ktoś lubi) i odstawione na ok. godzinę w temp. pokojowej lub tzw. matjasów potraktowanych jw. Jak wspominałam wielokrotnie, nigdy nie moczę śledzi (jeśli mam podejrzenia, że są wyjątkowo słone, to ew. krótko opłukuję, ale matjasy moim zdaniem tego nie wymagają).

Zapisz

niedziela, 06 listopada 2016

Wiecie, co oznacza „listopad – liść opadł?”. Poza dżdżystą pogodą i zwiędłymi liśćmi, listopad = czas na przygotowanie dojrzewających wypieków świątecznych! Po pierwsze, wiadomo, piernik staropolski (czy też pierniczki). Swoje ciasto planuję zagnieść jeszcze w ten weekend. Po drugie, okolice ostatniego listopadowej niedzieli: brytyjskie ciasto świąteczne. Po trzecie…

… pudding. Czy może być coś bardziej klasycznego? Herkules Poirot i zagadka świątecznego puddingu; we wish you a merry Christmas and [bla bla bla] figgy pudding; dział spożywczy Marks and Spencer na kilka tygodni przed Świętami, jak nie wcześniej, wreszcie niezliczone zdjęcia i filmy, na których występuje brązowa kopułka z ostrokrzewem, czasem i gorejąca ;). A więc, czas na wyznania: tak, rok temu – dokładnie 1 listopada - zrobiłam pudding świąteczny, który został (częściowo) zjedzony 25 grudnia 2015. I był on dobry, zwłaszcza w towarzystwie masełka migdałowego (brandy butter/hard sauce). W tym roku nie planuję replayu, ale nie wykluczam go na przyszłość, a przepis – moim zdaniem – jest wart zapamiętania, m.in. ze względu na skład przyjazny Polakom (i wegetarianom), tj. bez łoju*. Szczerze mówiąc suet na pierwszym lub drugim miejscu listy składników był powodem, dla którego nigdy wcześniej nie zrobiłam puddingu, bo prawie co rok brałam z półki np. Domestic goddess rozważając ten kulinarny debiut. Oczywiście, gdybym się postarała, mogłabym poprosić znajomą w UK i w tydzień później miałabym paczkę tłuszczu wołowego. Gdy jednak się zmobilizowałam bardziej, szukałam po prostu zamienników i tak trafiłam na przepis z… mrożonym masłem. Tak, jasne, jest to nietradycyjne. Jednak zaręczam, że pudding wychodzi bardzo smaczny. Mojemu Tacie – który woli wilgotne ciasta/desery, jeśli już ma je jeść, a najlepiej, żeby składały się głównie z owoców – np. smakował bardziej niż wypiekane przeze mnie co rok ciasto świąteczne. Plusem, w moim odczuciu, jest możliwość jeszcze wcześniejszego przygotowania, niż w przypadku Xmas cake (choć nie wiem, czy bym ryzykowała z rocznym wyprzedzeniem, jak zaleca Good Food…). 5 godzin gotowania brzmi przerażająco, ale jeśli jesteście i tak w domu, jest to zerowy wysiłek, trzeba tylko zaglądać co np. godzinę do garnka, czy wciąż jest w nim woda. Masełko migdałowe, na które podaję (za Nigellą) przepis poniżej, nie jest obowiązkowe, ale dzięki temu klasycznemu dodatkowi - w moim odczuciu – deser mocno zyskuje. No i umówmy się: alkohol, masło, migdały… Może nie samo zdrowie, ale niewiele osób na diecie powie „nie, dziękuję” ;). Można też podać pudding z sosem waniliowym, lodami, lekko posłodzonym mascarpone lub śmietan(k)ą.

A więc: oto wersja z moimi modyfikacjami (z ½ składników).

Składniki (dla ok. 6 osób):

  • 262g mieszanki rodzynek/sułtanek i koryntek
  • 70g suszonych wiśni
  • 25g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 25g blanszowanych migdałów, z grubsza posiekanych (u mnie w płatkach)
  • skórka z ½ pomarańczy i ½ cytryny
  • ½ średniej marchewki (można też użyć niewielkiego kawałka dyni), drobno startej
  • 75ml brandy (ew. ciemnego rumu)
  • 25ml Cointreau/Grand Marnier
  • 85g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 85g bułki tartej
  • 63g mąki ze spulchniaczami (lub 63g zwykłej pszennej + hojna szczypta sody & jw. proszku do pieczenia)
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika lub innej mieszanki korzennej (bez cukru)
  • ¼ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 85g zamrożonego masła
  • 2 duże jaja

Dzień przed gotowaniem puddingu wymieszać w dużej misce bakalie, skórki starte z cytrusów i marchewkę z alkoholem x 2. Przykryć i odstawić na noc.

Następnego dnia wymieszać suche składniki, dodać do namoczonych bakalii. Szybko zetrzeć dobrze zmrożone masło (można ew. na odwrót – zamrozić starte masło), dodać do masy, wmieszać jaja. Tradycja każe ukryć w surowym cieście jeszcze oczyszczoną monetę funtową (przynosi szczęście znalazcy) i poprosić wszystkich domowników o zamieszanie masy (przy czym po cichu każdy powinien pomyśleć życzenie). Dobrze wymieszany pudding należy przełożyć do ok. 0,75-1l naczynia: natłuszczonego, z dnem wyłożonym kawałkiem pergaminu do pieczenia, żaroodpornego (do przynajmniej 100 st. C) i najlepiej posiadającego pokrywkę (jeśli nie, należy ją stworzyć przy pomocy np. ściereczki, dodatkowego papieru i sznurka). Użyłam plastikowego pojemnika z Ikei spełniającego te warunki, dzięki czemu jednak mój pudding miał nietypowy pionowy kształt ;). Masę należy w misce/pojemniku dokładnie ubić a na powierzchni najlepiej zrobić lekki dołek, następnie na wierzch nałożyć kawałek papieru do pieczenia. Ponieważ, jak pisałam wyżej,mój pojemnik ma szczelną pokrywkę, nałożyłam ją na papier jw. i nie zabezpieczałam bardziej sznurkiem, folią itd. Przygotować duży, wysoki garnek, na dno wsadzić spodek lub talerzyk odwrócony do górny dnem. Włożyć pudding do środka, postawić na spodku, napełnić garnek wodą do ½ wysokości naczynia z puddingiem. Zagotować wodę, skręcić i gotować deser świąteczny na parze przez ok. 5h. Sprawdzać co ok. godzinę, czy woda zanadto nie odparowała, ew. uzupełnić. Po upływie czasu gotowania wystudzić dokładnie pudding, następnie umieścić w suchym i chłodnym miejscu, typu spiżarnia. Swojego nie wyjmowałam z naczynia, tylko wymieniłam pergamin z wierzchu. Podczas okresu leżakowania można pudding co jakiś czas podlać brandy.

24/25 grudnia lub wtedy, gdy chcecie zjeść pudding należy go jeszcze raz podgrzać na parze przez ok. 45-60 minut (gościnnie korzystałam z parownika i siedział tam przez godzinę). Tradycja nakazuje wierzch udekorować ostrokrzewem, podlać brandy (tak, znowu) i podpalić, jednak zupełnie nie pamiętam, czy to rok temu zrobiliśmy. Tak czy inaczej, podawać na ciepło, z masłem migdałowym (patrz dalej) lub innymi dodatkami zasugerowanymi we wstępie.

Masło migdałowe:

  • 75g miękkiego masła
  • 110g cukru pudru
  • 25g mielonych migdałów
  • 1,5 łyżki brandy (lub do smaku; można ew. użyć ciemnego rumu)

Rozetrzeć masło, aż będzie gładkie, utrzeć na puszystą masę z przesianym cukrem. Dodać mielone migdały, jeszcze chwilę ucierać, na koniec wlać brandy. Przygotować masło tuż przed podaniem, jeśli – jak ja – musicie z wyprzedzeniem, przechowajcie w lodówce i doprowadźcie do temperatury pokojowej przed podaniem; można je wtedy jeszcze raz lekko roztrzepać (choć faktem jest, że na ciepłym puddingu nie ma większego znaczenia, czy jest zupełnie zimne, czy tylko trochę – i tak się rozpuści ;).

Uff! Zmęczyliście się? A Święta dopiero nadchodzą ;).

PS. Skoro Anita zapewniła mnie, że migdały to orzechy, podczepiam całość pod tegoroczny Orzechowy Tydzień.

* O którym zawsze sobie myślę jako o „wrogu Sipajów” w kontekście XIX w. powstania.

Zapisz

Zapisz

niedziela, 27 marca 2016

To będzie wpis błyskawiczny, którego miało nie być ;). Zainspirowana wpisem Moniki (a powiedzmy sobie szczerze, już kilka lat temu popatrywałam na oryginalny przepis w Lemnis i Vitry)  o zielonym sosie wielkanocnym (tzw. witaminowym), ukręciłam małą miseczkę na śniadanie. Zawsze mnie też ciekawiło, jak wychodzi majonez na gotowanym żółtku (teraz już wiem, że choć konsystencja ta sama, smak jednak inny).

Zasadniczo sos ma towarzyszyć mięsom na śniadanie wielkanocne, w moim odczuciu jednak świetnie pasuje do jaj, i to niekoniecznie w wydaniu świątecznym (np. jako alternatywa dla sosu holenderskiego do jaja w koszulce!). A że jutro w końcu też się świętuje (my w tym roku bardziej nawet niż dziś), może ktoś jeszcze z przepisu skorzysta.

Poniżej wersja na niewielką miseczkę sosu, dokładnie w takich proporcjach jak to dziś rano zrobiłam, ale ilości oczywiście można zwiększyć. Doprawienie wg uznania: chrzan podobno nie jest konieczny, w moim odczuciu jednak tak, podobnie jak dość dużo soku z cytryny :).

Składniki:

  • 1 żółtko (świeżo* ugotowane na twardo)
  • 90ml oleju/oliwy (u mnie mieszanka 1:1, tak jak używam w majonezie)
  • szczypta soli
  • sok z 1/2 cytryny, lub do smaku
  • ok. 1/2 łyżeczki świeżo startego korzenia chrzanu, lub jw.
  • garść drobno posiekanych ziół, u mnie koperek i natka pietruszki z małym dodatkiem szczypiorku

Żółtko rozetrzeć dokładnie z sokiem z cytryny (zaczęłam z ok. 1/4 owocu) i pomału wlać olej, stale pracując trzepaczką, aż uzyskacie majonez. Doprawić do smaku solą i dodatkowym sokiem z cytryny. Dodać chrzan i zioła, dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Podawać do gotowanych jaj i wędlin.

 No i chyba wypada jeszcze życzyć Wesołej Wielkanocy! 

* Nawiązując do niedawnej dyskusji na FB.

niedziela, 10 stycznia 2016

Dawno, dawno temu był na Galerii Potraw kultowy przepis na śledzie cytrynowe (zresztą, gdy zaczęłam go szukać w Google, jako podpowiedź wyskoczył od razu wynik „śledzie cytrynowe Jacka" - to właśnie te ;). Jak zaczęłam sama robić przetwory rybne, to kilka razy się do nich przymierzałam, ale albo nie miałam kilku dni czasu (potrzebnych śledziom do nabrania właściwego smaku), albo nie miałam tylu cytryn, co trzeba. Powiedzmy sobie szczerze, że potrzeba ich sporo, a skoro zużywa się i skórki, i sok, to najlepiej użyć ekologicznych.

Jeśli chodzi o smak, to okazało się, że jest to rzecz kontrowersyjna: M spróbował, oznajmił „to jak te Twoje marynowane cytryny, tylko ze śledziami” i stanowczo odsunął słoik. Skosztowałam więc ja i krzyknęłam: „Ojej, pyszne! Faktycznie jak te cytryny!”. Bo, powiedzmy sobie szczerze, to są marynowane (czy też kiszone) skórki cytrynowe. Plus słony śledź. Miłośnicy bliskowschodniego przysmaku powinni być zachwyceni, ale Ci, którzy zjedzą, ale w małych ilościach i nie za często… to na własne ryzyko ;). Zresztą, w ogóle należy bardzo lubić i kwaśne, i cytryny (o śledziu nie wspominam, bo to oczywiste) - np. ja nie miałam problemu z samodzielnym zjedzeniem zawartości tego słoika...

Składniki:

  • 4 płaty śledzi w zalewie (a la matjas)
  • ok. 5 cytryn (sok i skórka)
  • kilka (4-5) goździków

Śledzie opłukać i jeśli zazwyczaj moczycie, krótko wymoczcie; ja jak zawsze nie moczyłam, tylko pokroiłam od razu na ok. 2cm kawałki. Cieniutko zetrzeć skórkę z umytych (i dokładnie sparzonych i wytartych, jeśli pryskanych) cytryn – nie może być ani trochę gorzkiego albedo. Użyłam do tego celu obieraczki do jarzyn, paski potem pokroiłam w kostkę. Układać w słoju warstwami śledzie, skórkę + jeden goździk, i tak dalej, aż do zapełnienia naczynia (ok. 400-500ml). Całość zalać sokiem z wyciśniętych cytryn – u mnie poszło 5 owoców, tj. wszystkie, z których starłam skórkę. Sok musi całkowicie zakryć rybę. Odstawić do lodówki, jeść po ok. 6-7 dniach. Jeśli sądzicie, że śledź będzie stał dłużej, niż zalecany tydzień, dodajcie na wierzch jeszcze warstwę oliwy.

A w temacie cytryn, warto przypomnieć, że robiłam i te szybkie, i te dojrzewające :).

środa, 30 grudnia 2015

Przyznajcie się, zostały Wam ciasta świąteczne? U nas jest mniejsza połowa Christmas Cake i mały kawałek piernika, przy czym oba ciasta są ozdobione żurawiną w cukrze. Pomysł na taką jadalną dekorację wymyśliłam sobie, jak zazwyczaj, przeglądając internet (swoją drogą, nie miałam wcześniej pojęcia, że z żurawiny można zrobić prawie wszystko ;). Wszystkie przepisy (np. ten) wyglądały na banalnie proste. I są, z efektu byłam zadowolona, miałam jednak problem z przechowaniem gotowego produktu. Wydawało mi się, że dobrze wysuszyłam owoce, i że w plastikowym pojemniku b/p przeżyją cztery dni do Wigilii. Niestety, albo jednak ich nie wysuszyłam, albo szczelny pojemnik im szkodzi, bo przez noc się zapociły i już następnego dnia większość cukru z żurawin opadła. Jako osoba, wiadomo, uparta, spróbowałam jeszcze raz, tym razem trzymając owoce cały czas w naczyniu bez przykrycia i potem ostrożnie pakując gotowe ciasta (czyt. starając się zostawić dostęp powietrza). Przeżyły w ten sposób podróż do stolicy, a nawet parę dni po tej podróży ;).

Uwaga: syrop, którym zalewamy żurawiny, można po odcedzeniu wykorzystać np. do wody sodowej lub jako bazę innych napojów (z % lub bez), np. świetnie smakuje w połączeniu z niesłodzonym sokiem żurawinowym zmieszanym z sokiem z 1/2 lub 1 pomarańczy (opcjonalnie zakropionym rumem).

Składniki:

  • 1 szklanka cukru (może być częściowo brązowy)
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka żurawiny (może być wielkoowocowa)
  • 2-3 łyżki cukru (zwykłego)
  • 2-3 łyżki cukru drobnego

Wodę i cukier wymieszać, zagotować, lekko przestudzić. Zalać syropem umytą żurawinę, odstawić na co najmniej 8h w raczej chłodnym miejscu (nie musi być lodówka, może być np. spiżarnia/nieogrzewane pomieszczenie). Owoce osączyć z syropu na sitku (syrop zachować, patrz wyżej), następnie przełożyć do szerokiej miski lub innego głębszego naczynia, w którym można je ułożyć w jednej warstwie. Przesypać dokładnie ok. 2-3 łyżkami zwykłego białego cukru, odstawić do wyschnięcia na kilka h, następnie czynność powtórzyć z cukrem drobnym. Owoce powinny wyglądać tak, jak na zdjęciu powyżej. Dokładnie wysuszoną żurawinę wykorzystać jako dekorację (jak na poniższym zdjęciu piernika), jeść solo zamiast cukierków lub użyć w owsiance/płatkach śniadaniowych.

 

środa, 23 grudnia 2015

To żadna tajemnica, że w ramach wprawiania się w świąteczny nastrój lubię oglądać inspirujące obrazki okolicznościowe na Pinterest (część zbieram na swojej tablicy). Tak szukałam pomysłów na kalendarz adwentowy i znalazłam pomysł na masę ze skrobi i sody, z której zrobiłam dekoracje na choinkę (patrz niżej). Można powiedzieć, że się w tym roku rozwijam w temacie świątecznego ZPT: poza zawieszkami zrobiłam 1,5 wieńca z gałązek (jeden na spółkę z M) i stroik na stół ;). 

Któregoś dnia zobaczyłam zdjęcia „krok po kroku” pt. Jak zrobić wieniec chlebowy. Pomysł mi się bardzo spodobał, nie chciałam jednak upiec ot, jakiegoś tam pieczywa. Zależało mi na powtórzeniu smaków wigilijnych. Po odrzuceniu kapusty i buraków zostały grzyby i cebula ;). Bazą było najprostsze chlebowe ciasto drożdżowe, z którego co jakiś czas piekę bułki mniejsze lub większe.


Składniki:

  • ¾ szklanki suszonych grzybów
  • 1 średnia cebula
  • łyżka oleju
  • 500g mąki chlebowej, pszennej lub orkiszowej (można dodać ok. 50-75g razowej)
  • 15g świeżych drożdży
  • ok. 200ml wody
  • 100ml płynu z moczenia grzybów
  • 1,5 łyżeczki soli

Grzyby zalać letnią wodą (tyle, by całkowicie je przykryć), odstawić na co najmniej 2h, odcedzić, zachowując płyn, następnie drobno posiekać. Cebulę drobno posiekać, zeszklić na oleju, odstawić. Wymieszać mąkę z pokruszonymi drożdżami, dodać płyn, w tym wodę z moczenia grzybów (ew. nadmiar, po odlaniu 100ml, zostawić - przyda się do zupy, potrawki itd.), całość z grubsza wymieszać i krótko wyrobić. Przykryć i odstawić na ok. 10 minut. Dodać grzyby, cebulę i sól, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto. Powinno pozostać miękkie, minimalnie lepkie; gdyby było suche, dodać odrobinę więcej płynu. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce, do podwojenia objętości (ok. 1 h), po tym czasie uformować bułki/bułeczki lub słynny wieniec/wieńce. W tym celu wziąć większą kulę ciasta (u mnie to była ½ całości), zrobić w środku otwór i całość rozciągnąć na wielkiego bajgla, umieścić na pergaminie lub macie do pieczenia. Alternatywnie można uformować długi wałek i skleić końce, choć po upieczeniu może być widać miejsce złączenia. Przykryć folią i odstawić do napuszenia (ok. 30-40 minut). Przed samym pieczeniem uzbroić się w nożyczki (użyłam kuchennych do rozbierania drobiu) i naciąć głęboko ciasto w odstępach ok. 5cm (polecam zajrzenie do linku, jak to zrobić). Piec na kamieniu (zsunąć wieniec razem z pergaminem), z parą, przez ok. 22-25 minut.

Nacięcia przydają się do dzielenia się wieńcem – łatwo rwać kawałki wielkości bułeczek. Ponieważ jednak z drugiej połowy ciasta zrobiłam swoją drogą bułki (większe, niż te oderwane z wieńca), uznałam, że to świetna okazja, by odtworzyć wspomnienia ze spacerów po warszawskiej Starówce. Nie wiem, jak Wy, ale z dzieciństwa pamiętam, że żadna taka wycieczka (słowo na miejscu, bo nawet jako warszawianka długo mieszkałam na peryferiach miasta, a metra wtedy nie było ;) nie mogła się obyć bez konsumpcji bułki z pieczarkami, którą ceniłam bardziej niż zwykłe zapiekanki, bo je można było kupić wszędzie. Najbardziej mnie fascynowało jak pochmurne ekspedientki sprawnie wydrążały pieczywo na szpikulcach, a potem nabierały chochlą sos, który wlewały do powstałego w bułce otworu. Nawet nie wiem, czy ta atrakcja gastronomiczna wciąż istnieje…?


Zważywszy na to, że sos do oryginalnych bułek ze Starówki podgrzewał się cały dzień (albo dłużej…), moja wersja jest błyskawiczna. Została zjedzona równie szybko ;).

Składniki (2 bułki):

  • 1 mała cebula
  • olej
  • hojna garść pieczarek, pokrojonych w plasterki
  • 2 grzyby suszone
  • sól, pieprz
  • kopiasta łyżka śmietany
  • 2 bułki (z przepisu powyżej lub dowolne wielkości kajzerek, wydrążone)

Cebulę zeszklić na oleju, dodać pieczarki i wkruszyć grzyby. Całość oprószyć solą i pieprzem, dusić pod przykryciem, aż pieczarki zmiękną; podlać lekko wodą, jeśli będzie to konieczne. W międzyczasie wydrążyć bułki – użyłam do tego celu peanu medycznego i ponownie nożyczek do dzielenia drobiu ;). Uduszone pieczarki zabielić śmietaną, najlepiej wcześniej zahartowaną odrobiną sosu, i delikatnie podgrzać jeszcze kilka minut, następnie sprawdzić doprawienie. Farszem dokładnie nadziać wydrążone bułki. Jeść najlepiej po spacerze na mrozie (wiem, że obecnie nierealne, ale na Mazurach trochę ponad tydzień temu była zimowa pogoda)!

Wracając do tematu ozdób świątecznych, niekoniecznie spożywczych i wspomnianej masie skrobiowej: rzecz jest wyjątkowo prosta, jak to ujęto np. na tym blogu. Trzeba wymieszać w rondlu szklankę sody z ½ szklanki skrobi (kukurydzianej lub ziemniaczanej) i ¾ szklanki wody i podgrzewać do uzyskania czegoś a la gęste i gładkie puree ziemniaczane. Po lekkim wystudzeniu masy wałkować (można wałkiem grawerowanym) na ok. 5-6mm (cieńsze będą się łamać), wycinać dowolne kształty, które następnie należy wysuszyć przez ok. 1h w 70-75 st. C (termoobieg). Jeśli chcecie je zawiesić na choince, trzeba wcześniej zrobić dziurki (np. patyczkiem do szaszłyków). Wystudzone, „ceramiczne” ozdoby można dodatkowo pomalować, obkleić, itd. U mnie, jak widać, znowu Muminki ;).



Skoro już podzieliłam się już i ozdobami, i pieczywem… to chyba czas pożyczyć wszystkiego dobrego z okazji Świąt. Takich z uśmiechem, spokojem, bez niepotrzebnego pośpiechu, nerwów czy kłótni, co pewnie oznacza, że z programu telewizyjnego najlepiej wybrać tylko kino rodzinne, a w internecie ostrożnie wybierać strony... Najlepiej pewnie po prostu pójść na spacer ;). Co rok sobie obiecuję choć kilkudniowy detoks internetowy: może tym razem? Albo może chociaż kilka dni bez mediów społecznościowych ;)?

PS. Spóźnialskim przypominam, że świąteczne dania na blogu znajdziecie TU.

piątek, 18 grudnia 2015

Nigdy jeszcze nie marynowałam sama śledzi. Rzadko też je jem, wybierając raczej warianty w oleju/sosie (choć limonkowe właśnie na bazie marynowanych mnie przyjemnie zaskoczyły). Przepis na inlagd sill zobaczyłam jeszcze w listopadzie u Madame Edith, potem mignął mi na blogu Ani Truskawkowej. Przyznaję, że to co mi się w nich najbardziej spodobało (poza błyskawicznym przygotowaniem), to robienie z wyprzedzeniem, w myśl z zasady, że im dłużej (w granicach rozsądku) poleżą, tym są lepsze. O tym, że lubię takie świąteczne przepisy, najlepiej świadczy spiżarnia (obecnie wypchana wypiekami dojrzewającymi).

Co do tego "im dłużej, tym lepiej" - Edyta pisała, że dla niej minimum to 6 tygodni, choć wg Ani należy po maksymalnie 4 tygodniach śledzie zjeść. Podobny przepis znalazłam u Signe Johansen (Scandilicious), która przyjmuje takie widełki czasowe: "jeść najwcześniej po 5 dniach, przechowywać do 2 miesięcy" - i ten wariant najbardziej mi pasuje, bo choć owszem, pierwszy słoik śledzi ruszyłam po 3 dniach, to ostatnie 2 łyżki, które zjadłam po 12 dniach, były jednak trochę lepsze. Nie zmienia to faktu, że jeśli - jak ja dziś wieczorem ;) - najpóźniej jutro nastawicie śledzie, na Wigilię lub Święta będą jak najbardziej jadalne, a jeśli jakieś zachowają się do Sylwestra, będą jeszcze lepsze...

Mój przepis bazuje głównie na tym Aninym, choć od Madame Edith wzięłam goździk ;). Cukru u mnie trochę więcej, bo niechcący sypnęło się tyle do rondla - ale smakowo pasowało, więc zostawiłam bez zmian. Planuję także przy replayu nieortodoksyjnie dodać mały plaster buraka - by uzyskać bardziej różowy kolor.

Składniki (na ok. 1 litr):

  • 500g matjasów/śledzi a la matjas
  • 150ml octu 10%
  • 150ml wody
  • 125g cukru
  • łyżeczka ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki pieprzu w ziarnach
  • 2 liście laurowe
  • 1 goździk
  • 1 mała marchewka, pokrojona w plasterki
  • 1 czerwona cebula, pokrojona w pióra
  • opcjonalnie: 1 mały plaster buraka

Śledzie opłukać i (krótko) namoczyć (jeśli to robicie, ja jak moja Mama, z zasady nigdy nie w przypadku takich filetów, więc poprzestałam na opłukaniu), pokroić na 2-3cm plastry. Wszystkie pozostałe składniki umieścić w rondlu i zagotować, odstawić do dokładnego wystudzenia. W słoju np. litrowym umieścić ok. 2 łyżek śledzia, zalać marynatą, i czynność powtarzać aż do zużycia składników/zapełnienia słoja. Odstawić do lodówki na co najmniej 5 dni.

Uwaga: podając śledzie nie wzgardźcie marchewką z marynaty! W moim odczuciu może nie aż tak smaczna, jak śledź, ale z pewnością warta zjedzenia.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna