Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia szwedzka

piątek, 18 grudnia 2015

Nigdy jeszcze nie marynowałam sama śledzi. Rzadko też je jem, wybierając raczej warianty w oleju/sosie (choć limonkowe właśnie na bazie marynowanych mnie przyjemnie zaskoczyły). Przepis na inlagd sill zobaczyłam jeszcze w listopadzie u Madame Edith, potem mignął mi na blogu Ani Truskawkowej. Przyznaję, że to co mi się w nich najbardziej spodobało (poza błyskawicznym przygotowaniem), to robienie z wyprzedzeniem, w myśl z zasady, że im dłużej (w granicach rozsądku) poleżą, tym są lepsze. O tym, że lubię takie świąteczne przepisy, najlepiej świadczy spiżarnia (obecnie wypchana wypiekami dojrzewającymi).

Co do tego "im dłużej, tym lepiej" - Edyta pisała, że dla niej minimum to 6 tygodni, choć wg Ani należy po maksymalnie 4 tygodniach śledzie zjeść. Podobny przepis znalazłam u Signe Johansen (Scandilicious), która przyjmuje takie widełki czasowe: "jeść najwcześniej po 5 dniach, przechowywać do 2 miesięcy" - i ten wariant najbardziej mi pasuje, bo choć owszem, pierwszy słoik śledzi ruszyłam po 3 dniach, to ostatnie 2 łyżki, które zjadłam po 12 dniach, były jednak trochę lepsze. Nie zmienia to faktu, że jeśli - jak ja dziś wieczorem ;) - najpóźniej jutro nastawicie śledzie, na Wigilię lub Święta będą jak najbardziej jadalne, a jeśli jakieś zachowają się do Sylwestra, będą jeszcze lepsze...

Mój przepis bazuje głównie na tym Aninym, choć od Madame Edith wzięłam goździk ;). Cukru u mnie trochę więcej, bo niechcący sypnęło się tyle do rondla - ale smakowo pasowało, więc zostawiłam bez zmian. Planuję także przy replayu nieortodoksyjnie dodać mały plaster buraka - by uzyskać bardziej różowy kolor.

Składniki (na ok. 1 litr):

  • 500g matjasów/śledzi a la matjas
  • 150ml octu 10%
  • 150ml wody
  • 125g cukru
  • łyżeczka ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki pieprzu w ziarnach
  • 2 liście laurowe
  • 1 goździk
  • 1 mała marchewka, pokrojona w plasterki
  • 1 czerwona cebula, pokrojona w pióra
  • opcjonalnie: 1 mały plaster buraka

Śledzie opłukać i (krótko) namoczyć (jeśli to robicie, ja jak moja Mama, z zasady nigdy nie w przypadku takich filetów, więc poprzestałam na opłukaniu), pokroić na 2-3cm plastry. Wszystkie pozostałe składniki umieścić w rondlu i zagotować, odstawić do dokładnego wystudzenia. W słoju np. litrowym umieścić ok. 2 łyżek śledzia, zalać marynatą, i czynność powtarzać aż do zużycia składników/zapełnienia słoja. Odstawić do lodówki na co najmniej 5 dni.

Uwaga: podając śledzie nie wzgardźcie marchewką z marynaty! W moim odczuciu może nie aż tak smaczna, jak śledź, ale z pewnością warta zjedzenia.

piątek, 11 grudnia 2015

 Nie wiem, czemu nigdy wcześniej nie wpadłam na to, że bułeczki cynamonowe mogą już zwinięte wyrastać w lodówce, by wcześnie rano dojść do temp. pokojowej na blacie, a następnie powędrować do piekarnika, czyt. zostać zjedzone na śniadanie – a przecież tak samo piekłam np. Lussekatter. W świetle tego, ile potem tych bułeczek na śniadanie wchłonęłam (bo świeżo upieczonemu drożdżowemu nie jestem w stanie się oprzeć*), to odkrycie jest bardzo, bardzo niebezpieczne. Chętnie bym zrzuciła winę na zgubny wpływ jednej takiej Gospodarnej Narzeczonej, która niedawno się mocno chwaliła podobnymi bułami w mediach społecznościowych ;).

Mowa o wariancie bułeczek szwedzkich. A właściwie to ciasto uniwersalne drożdżowe (na bazie przepisu na zeszłoroczne szafranowe – też warte powtórki w sezonie), nadzienie: ½ z przepisu na cynamonowe zawijańce Signe Johanson, ½ – wariant kardamonowy, na tej samej zasadzie. Tu słowo o kardamonie: jak byłam młodsza i zaczynałam przygodę z gotowaniem, chyba musiałam mieć upośledzony węch, bo zapach i trufli, i kardamonu mi umykał. Obecnie tłukąc te ostatnie w moździerzu mam uczucia dwojakie: zazwyczaj przy pierwszych uderzeniach się zachwycam, by po jakiejś minucie krzywiąc się odsuwać od blatu („czy on nie jest czasem zepsuty…?”). Gdzieś spotkałam się z określeniem „piżmowy zapach” w kontekście obu ww. aromatów, i uważam je za całkiem trafne. A jednak po upieczeniu, choć wersja cynamonowa wciąga (i to mocno), kardamonowa smakuje mi odrobinę bardziej.

Wracając do spraw praktycznych: z 600g mąki wychodzi ok. 24 sztuk. Bułki po wysmarowaniu masłami i zwinięciu ułożyłam w wyłożonej pergaminem foremce, w jak największych odstępach, i włożyłam do lodówki ok. 22. Trochę przed 7 rano zostały wyjęte na blat przez tzw. rannego ptaszka (nie mnie), a o 8 znalazły się w piekarniku. Niezjedzoną połowę zamroziłam.


Składniki:

  • ciasto drożdżowe jak z tego przepisu – bez szafranu i z kapką/szczyptą wanilii zamiast skórki pomarańczowej

Nadzienie:

Masło cynamonowe (na ½ ciasta):

  • 37g miękkiego masła,
  • 25g drobnego białego lub brązowego cukru,
  • łyżeczka cynamonu,
  • 1/4 łyżeczki soli z wanilią (lub mieszanki soli i mielonej wanilii – wystarczy szczypta; ostatecznie można użyć kropli ekstraktu, ew. dać zwykłą sól)

Wszystkie składniki dokładnie rozetrzeć.

Masło kardamonowe (na drugą ½ ciasta):

  • 37g miękkiego masła,
  • 25g drobnego białego lub brązowego cukru,
  • łyżeczka mielonego/zmiażdżonego w moździerzu kardamonu,
  • 1/4 łyżeczki soli z wanilią (lub jw.)

Postępować jw.

Przygotować ciasto jak z przepisu powyżej. Gdy wyrasta, przygotować oba masła. Wyrośnięte ciasto podzielić na ½, każdą połowę rozwałkować na duży prostokąt, posmarować dokładnie masłem (jedną część cynamonowym, drugą kardamonowym). Można to zrobić np. nożem do masła, można pomóc sobie rękoma (całkiem relaksujące wieczorne zajęcie).

Choć wiadomo, że takie bułki są idealne na (nadchodzące) weekendowe śniadanie, bardzo też polecam do przygotowania na najbliższy niedzielny poranek "oczka Św. Łucji". Ja przynajmniej mam taki plan, tylko może tym razem podzielę składniki na 1/2 ;).

* A jeśli ktoś jest w stanie, to… no, jak te osoby, które nie lubią pomidorów. Wierzę, że są tacy, ale Ania Shirley powiedziałaby, że nie znają Józefa.

Zapisz

niedziela, 15 grudnia 2013

O "oczkach Św. Łucji" pisałam już kilka lat temu. W tym roku chciałam wypróbować przepis Signe Johansen i udało mi się, choć z pewnym (dobowym) opóźnieniem. Gdy bułki się piekły na śniadanie (bo wyrastały przez noc w lodówce), przypadkiem powiedziałam M, jak się nazywają po szwedzku (jedna sztuka - lussekatt, dwie i więcej - lussekatter). "To co, kot Łucji?" - spytał. Ja (niepewnie): "Nie, chyba nie...", ale zajrzałam do Scandilicious baking i przeczytałam "nazwa odnosi się do 'kotów Lucyfera', a właściwie ich ogonów". Zaskoczona sięgnęłam po pomoc wujka Google i doczytałam się, że obchody dnia Św. Łucji, jak je dzisiaj znamy, są połączeniem zwyczajów ludowych z tradycją chrześcijańską (podobnie jak w przypadku Zaduszek/Św. Zmarłych). Otóż i podobno w Polsce, zwłaszcza na Podhalu, uważano, że tej nocy (mylnie uważanej za najdłuższą w roku) uwolnione zostają złe duchy; u nas pieczono placki, mające odstraszyć siły nieczyste, którymi karmiono m.in. zwierzęta gospodarcze. W Szwecji rolę "odstraszaczy" pełniły właśnie szafranowe bułki, a 13 grudnia tradycyjnie był uważany za Lussinatta, "noc Lussi", demona płci żeńskiej, rozpoczynającej tej nocy "dziki gon" po niebie; złe siły pozostawały obecne przez kolejne 12 dni, aż do Świąt. Wg niektórych źródeł diabeł przybierał postać kota (hmmm...), stąd wspomniany wyżej lussekatt. Św. Łucja obchodzi swoje święto tego samego dnia: imię oznacza urodzoną o wschodzie słońca (kiedy, jak wiadomo, siła demonów słabnie); niesie ze sobą światło, które rozjaśnia straszny mrok. Nie mówiąc już o zbieżności nazw Lussi i Lucia, które sprawiły, że gdzieś po drodze ciastka przeciw demonom stały się bułeczkami świętej katolickiej ;).

A wracając do tych bułek - oto przepis Signe Johansen, który polecam; trzymałam się go dość wiernie (musiałam tylko lekko zmienić skład mąki, z konieczności, zmieniłam kolejność dodawania masła, no i zostawiłam "oczka" do wyrastania nocnego, już uformowane, w lodówce).

Składniki:

  • 325ml pełnego mleka
  • szczypta/kilka (uważać, by nie przesadzić, bo wysusza ciasto!) nitek szafranu
  • 15g świeżych drożdży
  • 110g mąki orkiszowej typ 1850
  • 390g mąki orkiszowej jasnej (typ 700) lub pszennej tortowej/uniwersalnej - u mnie mieszanka 1:1
  • 1 duże jajo
  • łyżeczka soli
  • 4 łyżki cukru
  • 50g masła (roztopione i ostudzone)
  • łyżeczka kardamonu (u mnie rozgniecione nasiona 6 owoców kardamonu)
  • 24-48 suszonych wiśni, ew. tyle samo suszonych owoców żurawiny/namoczonych rodzynek

Mleko podgrzać z szafranem, wystudzić do temperatury letniej, przelać do dużej miski, dodać drożdże, wymieszać do rozpuszczenia. Dodać mąki, sól, jajo, sól, kardamon i cukier, zacząć wyrabiać ciasto. Gdy składniki są dobrze połączone, dodać masło. Ciasto będzie dość luźne - wyrabiać cierpliwie mikserem/łyżką/ew. "podrzuceniową" metodą Bertineta, i opanować chęć podsypania mąką (podobnie jak w przypadku baby Neli - to podobny typ ciasta). Po kilku (6-8) minutach pracy miksera (ręcznie może zająć to trochę dłużej) ciasto powinno zacząć się odrywać od ścian miski. Gotowe będzie elastyczne, spójne, wciąż lekko lepkie na dotyk, ale dające się np. przenieść z miski do miski natłuszczonymi dłońmi/szpatułką. Odstawić do wyrastania (ok. 1-1,5 h w cieple) w lekko naoliwionej misce. Po tym czasie lekko odgazować, podzielić na 12 części, uformować z każdej literę S (okular). Odstawić do napuszenia w cieple na ok. 30 minut lub umieścić w lodówce na ok. 8-10h (w tym ostatnim przypadku wyjąć z lodówki ok. 1 h przed pieczeniem). Suszone owoce umieścić w miejscach zwinięć (po 1-2 szt) albo w momencie formowania, albo przed samym pieczeniem.

Piec w 180 st. (termoobieg)/200 st. (góra i dół) 20 minut, podawać ciepłe (moim zdaniem w 10 minut po wyjęciu z piekarnika już można jeść) albo przestudzone; najlepiej smakują tego samego dnia, choć i następnego na śniadanie się nadadzą.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna