Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: świąteczne prezenty

środa, 13 grudnia 2017

Kochani czytelnicy bloga, niektórzy z Was pracowicie zaglądają do kategorii świątecznej, patrząc na przepis na Christmas cake (który już powinien od dawna leżakować), lepki piernik (który jeszcze zdążycie zrobić) czy śledzie. Niestety, w tym roku nie będzie więcej przepisów spod znaku dzyń dzyń dzyń, podobnie jak prawie nie mamy dekoracji tematycznych w domu, bo na nastroju świątecznym raczej nam zbywa. It was always going to be a totally shit time, cytując klasykę.

A jednak mam coś tematycznego, pisanego od jakiegoś czasu: książkowy prezentownik, czyli coś, co pojawia się na blogach często, a u mnie jeszcze nigdy nie było. Tak się złożyło, że niedawno nabyłam cztery książki kulinarne, które bardzo dobrze pasują na prezenty. Skoro do Wigilii jeszcze ponad tydzień, na pewno nie wszyscy je już przygotowali.

Dla tych, co lubią ładne rzeczy: Trufla. Same dobre rzeczy. 

Jeśli jesteście fanami bloga Patrycji Doleckiej zwanej Truflą a na Instagramie śledzicie jej zdjęcia z targów, ogrodu po deszczu czy miny jamnika, to jest coś dla Was. Jeśli jej nie znacie a lubicie ładne zdjęcia (w dużej liczbie!), to też jest to coś dla Was, bo ta książka to (w moim odczuciu) przede wszystkim piękny album, fotograficzna historia codziennego życia, zazwyczaj spędzanego w towarzystwie dziadków autorki. Jest to także, oczywiście, książka kucharska. Przepisy są proste, listy składników krótkie (szkoda jednak, że nie ma indeksu). Znajdziecie tam dania, które często goszczą na zdjęciach Patrycji w internecie – pasta jajeczna, domowy makaron czy pieczona kaczka (ale nie ma chleba, choć go piecze co tydzień); sporo podobnych rzeczy przyrządzam w domu, choć przyznaję, że zupełnie nie kieruję się regułami kuchni wschodu, więc składniki nie zawsze są identyczne ;). Na liście do zrobienia jest fasola z dodatkiem ciemnej czekolady i soba z pieczarkami oraz nori.

Dla tych, którzy chcą wprawić się w świąteczny lub zimowy (niekoniecznie radosny) nastrój: The Christmas Chronicles

Czy trzeba reklamować Nigela Slatera? Jeśli mieliście w ręku choć jedną jego książkę, wiecie, że dania preferuje proste, o krótkiej liście składników, ale często efektowne (i szczerze mówiąc, chyba nigdy na niczym się nie nacięłam – w najgorszym razie było przyzwoicie, a pewnie wykorzystałam co najmniej 30 przepisów). Natomiast jest jeszcze Slatera twórczość niekulinarna: autobiograficzna powieść Toast była wydana po polsku, w telewizji leciał także film; tomy z serii Kitchen Diaries (do których należy część świąteczna) zawierają co najmniej tyle samo treści niespożywczej, co przepisów. Styl ma nieco specyficzny: czasem zachwyca, czasem jest, w moim odczuciu, na granicy poetyckości a pretensjonalności. Z tego ostatniego powodu nie jestem w stanie go słuchać ;). Tak czy inaczej, trudno nazwać jego twórczość wesołą: nad Toast płakałam niejeden raz, opisy ogrodu w Tender też są często melancholijne. W związku z tym trochę się zdziwiłam, gdy na Amazonie przeczytałam parę negatywnych recenzji tej najnowszej, bożonarodzeniowej książki, które zarzucają jej niepotrzebną mroczność i epatowanie śmiercią w tym radosnym czasie; chodziło o wzmianki (jedna jest na chyba 2 stronie, widocznej na podglądzie w sklepie) na temat brytyjskiej zimy stulecia z czasów dzieciństwa autora, kiedy zamarzali bezdomni oraz zwierzęta gospodarcze. Szczerze mówiąc, wystarczy otworzyć pierwszy z brzegu portal informacyjny, żeby na pierwszy rzut oka zobaczyć 10 bardziej przygnębiających nagłówków… a uwagi Nigela są uzasadnione, bo są częścią szerszych rozważań na temat przyrody, piękna zimy, ale i jej okrucieństwa; można dodać, że zwłaszcza w kraju, który jest przyzwyczajony do łagodniejszej aury (uwaga bardzo na czasie, zważywszy na opady śniegu aktualnie paraliżujące Wielką Brytanię, jeśli wierzyć mediom :). Poza uwagami na temat pogody, jest sporo wspomnień z dzieciństwa (gorzko-słodkich, jak w Toast), trochę historii, opowieści na temat tradycyjnych potraw świątecznych, nie tylko brytyjskich, oraz przewodnik po świątecznych jarmarkach w Niemczech i Austrii. Łatwo czytelnikowi także wyobrazić sobie codzienne życie autora w starym londyńskim domu pełnym przeciągów (którego fragmenty można obejrzeć TU). Bardzo przyjemnie czyta się ten świąteczny dziennik dzień po dniu (zaczyna się w listopadzie), w miarę upływającego adwentu. Kulinarnie na razie zrobiłam pieczoną kapustę z sosem serowo-beszamelowym.


Dla miłośników retro w nowej odsłonie: Retro kuchnia

Anię Truskawkową też każdy zna – Strawberries from Poland to jeden z najstarszych polskich blogów kulinarnych, sama pamiętam też Anię z czasów Galerii Potraw. Poprzednią jej książkę, wspomnienia okraszone przepisami, też kupiłam; na najnowszą czekałam niecierpliwie ze względu na temat, który mnie interesuje (w szerszym zakresie, niż tylko kulinaria ;). Zaskoczeniem był gabaryt książki – to całkiem gruby tom, a i przepisów w związku z tym jest sporo. Podzielone są na klasyczne kategorie tematyczne: zupy, dania mięsne, rybne czy warzywne, są też osobno wydzielone jaja, leguminy oraz różne napoje. Sekcje rozpoczynają szkice historyczne. Każdy przepis zawiera oryginalne danie (wraz z autentyczną pisownią oraz zapomnianymi nazwami) oraz dzisiejszą interpretację autorki; czasem dość wierną, czasem luźną inspirację, warto jednak podkreślić, że nie są to bezpośrednie realizacje starych receptur. Niestety, znów brakuje mi indeksu. Są za to oczywiście zdjęcia, po jednym do każdego przepisu, i tak w oko wpadły mi pstrągi marynowane (ale chyba najładniejszym ujęciem pozostaje dla mnie to z kaczką z kaparami – ja bym je dała na okładkę ;). Może wreszcie się teraz zmobilizuję do zrobienia ulubionej sztuki mięs…

Dla osób towarzyskich: Round to ours 

Książkę duetu Jackson & Levine kupiłam właściwie z rozpędu – włożyłam ją na listę życzeń, bo ktoś polecał, a potem przypadkiem zobaczyłam promocję cenową i bdb recenzje w sklepie. To kolejna pozycja dla miłośników ładnych zdjęć, albo książka kulinarna jak album fotografii – z zastrzeżeniem, że przepadacie za ujęciami nieporządnych, hipsterskich kuchni, miejskiego ogrodu ozdobionego lampkami, wzorzystych tapet a la William Morris oraz zwiewnych sukienek z haftem na skądinąd atrakcyjnych autorkach ;). Jedzenie też bywa fotografowane. Panie specjalizują się w różnego typu przyjęciach, jako prowadzące tzw. supper club, i o tym jest książka: ponad 20 scenariuszy/menu różnego typu imprez, każda o innym motywie (hiszpańska uczta, śniadanie na kacu, piknik w drodze, wieczór filmowy, itd.). Jest też opcja menu zimowego oraz na drugi dzień Bożego Narodzenia. Poza przepisami są wskazówki nt. dekoracji stołu czy muzyki (co bdb rozumiem, bo w czasach, gdy prawie co tydzień mieliśmy gości, miałam kilka folderów ze stałymi hitami). Ciekawa jestem, jak wielu czytelników nie zapragnie zaraz, natychmiast zaprosić do siebie parę osób. Jeśli chodzi o same przepisy, nie czuję się na razie bardzo zmotywowana do przyrządzenia jakiegoś dania (bo najbardziej mnie ciągną potrawy letnie lub wiosenne, typu gratin z bakłażana, choć drinki całoroczne ;) też wyglądają nieźle), ale z przyjemnością oglądam zdjęcia.

I jak, znaleźliście coś dla siebie?

środa, 06 grudnia 2017



Kto robił w tym roku kalendarz adwentowy...? Wiem, zgapiłam się z przepisem na wsad do kalendarza, bo jak ktoś miał zrobić, to już pewnie dawno ten kalendarz gdzieś wisi i jest systematycznie opróżniany ;). Trufle jednak, jak wiadomo, można zrobić i darować także przy innej okazji, a nawet bez okazji (choć ze względu na miękkie, podatne na topnienie wnętrze, unikałabym najcieplejszych pór roku).

Bazowałam na przepisie na trufle lawendowe, wykorzystując kawę w trzech wariantach oraz czekoladę deserową, a właściwie mieszankę gorzkiej i mlecznej, co było słusznym kierunkiem, bo czekoladki i tak są dość wytrawne. Szczerze mówiąc: w moim odczuciu idealne, jeśli chodzi o słodycz; zresztą, nie tylko pod tym względem są (nieskromnie mówiąc) udane.

Składniki:

  • 250ml śmietanki kremówki
  • 2 łyżki drobno mielonej kawy
  • 30ml espresso (lub 2 łyżki b. mocnej zaparzonej kawy)
  • 90g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 30g mlecznej kuwertury/czekolady jw.
  • łyżeczka likieru kawowego (nie mlecznego), typu Kahlua
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • do obtoczenia: ok. 80-100g rozpuszczonej czekolady deserowej lub mieszanki 3:1 kuwertury/czekolady gorzkiej i mlecznej jw.

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z kawą mieloną. Dodać espresso, przykryć, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, wlać do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać likier, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w chłodnym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki, schłodzić w lodówce (ważne!). Stężałe trufle delikatnie nurzać w utemperowanej kuwerturze/rozpuszczonej czekoladzie w temp. 30 st. C (nie cieplejszej, trufle mogą się rozpuścić) i odstawiać do zastygnięcia. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

A tegoroczne drzewko adwentowe wygląda z grubsza tak, jak rok temu. Tag "świąteczne prezenty" za to kryje inne pomysły na jadalne podarki.

sobota, 10 grudnia 2016

Daktyle jako zamiennik cukru w słodyczach: zawsze gdy o tym myślałam, zastanawiałam się "ale czy ja tak naprawdę lubię daktyle? Albo czy lubię je AŻ TAK?". Faktem jest, że w bezcukrowych truflach bakaliowych wymieszałam daktyle z różnymi innymi suszonymi owocami (w tym ulubionymi figami), więc nie dominowały. Tu jest wersja minimalistyczna, na bazie trzech głównych składników, a jeśli daktyle stanowią główny składnik, trudno uciec od tego smaku - tak sądziłam. Bo okazało się "w praniu", że w schłodzonych kulkach mocno czuję uprażone orzechy, a to zawsze (dla mnie) plus. M powiedział, że "mogą być, ale takie jakieś... za zdrowe". Porcję do śniadaniówki przyjął, ale resztą produkcji wzgardził. Więcej zostało dla mnie...

Oczywistym plusem - poza brakiem dodatkowego cukru, minus ten, który naturalnie znajduje się w owocach - jest szybkość przygotowania i brak pieczenia. Minusem to, że raczej trzeba je przechowywać w lodówce. Pokrewne kulki to oczywiście bajaderki klasyczne oraz owsiane.

Składniki:

  • 300g daktyli (niesłodzonych, świeżych i miękkich)
  • 100g orzechów włoskich
  • łyżeczka masła orzechowego
  • łyżeczka jak najlepszego, ciemnego kakao (+ dodatkowe kilka łyżek do obtoczenia)
  • ok. łyżki gorącej wody
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru
  • szczypta soli

Orzechy uprażyć na suchej, rozgrzanej patelni (przez kilka minut, aż aromat będzie wyraźny, ale bezwzględnie zanim zaczną się przypalać/dymić) lub w piekarniku w ok. 180 st. (przez maksymalnie 15 minut), wystudzić. Jeśli daktyle nie są zupełnie miękkie, namoczyć je w gorącej, przegotowanej wodzie co najmniej 20 minut. Odcedzić, wodę zachować, przełożyć do malaksera. Z grubsza zmiksować. Dodać orzechy i pozostałe składniki, miksować dalej, do uzyskania gładkiej pasty (nie szkodzi, jeśli orzechy nie będą całkiem rozdrobnione, większe kawałki mają nawet swój urok). Schłodzić w lodówce co najmniej 1h. Po tym czasie toczyć z masy kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać w kakao. Przechowywać w lodówce.

PS: Podobne kulki pokazywała niedawno Ewelina z Kuchni pełnej smaków.

PS2: Kulki świetnie nadają się jako urozmaicenie (lub wypełnienie dla osób nie kochających czekolady - są takie, choćby niżej podpisana!) kalendarza adwentowego. Tegoroczny, z którego jestem dumna, mogli już niektórzy widzieć na Facebooku. Jest to wynik koprodukcji M (półka) - ja (czekoladki, pomalowanie półki, sklejenie szablonów, ozdoby) i, dzięki wycieczce do Holandii, sklepu Dille & Kamille (szablony domków).

Zapisz

Zapisz

środa, 09 grudnia 2015

Jakiś czas temu, przeglądając obrazki na telefonie komórkowym, zatrzymałam wzrok na zdjęciu migdałów z rozmarynem z bloga The Clever Carrot. Gdy skupiłam się na przepisie zamiast na stronie wizualnej, zaintrygował mnie dodatek białka w składzie, poza przyprawami. Trochę poszukałam i wyszło mi, że nie jest to wielkie odkrycie, białko do orzechów dodaje się czasem solo, czasem z wodą, jako alternatywę dla oleju, masła, soku owocowego lub innych płynów. Plusem jest to, że białko lepiej działa jako swoisty klej, plus orzechy wychodzą bardziej chrupkie. Do tej pory w piekarniku piekłam tylko surowe pestki dyni (jak ostatnio pokazywałam przy okazji zupy), więc chciałam spróbować choćby z ciekawości, jak to białko się zachowa. Donoszę, że spełniło oczekiwania, tj. orzechy rzeczywiście wychodzą chrupkie i dobrze oblepione dodatkami. Przyprawy dostosowałam z rozmysłem pod Korzenny Tydzień, ale z połączenia jestem zadowolona... i gdyby nie to, że ostatecznie się przekonaliśmy, że M uczulają orzechy laskowe, sukces byłby pełen ;).

Składniki: 

  • 2 szklanki* (ok. 250g) ulubionych orzechów (u mnie włoskie, laskowe - te raczej już nie wrócą... - i migdały ze skórką)
  • 1 białko
  • 2 łyżeczki brązowego cukru: demerary lub dowolnego muscovado
  • łyżeczka soli (u mnie wędzona w płatkach, może być też zwykła morska)
  • 1/4 łyżeczki nasion kolendry
  • 1/2 łyżeczki za'ataru
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • 1/4 łyżeczki nasion anyżu lub kopru włoskiego
  • opcjonalnie, do podania: dodatkowa sól jw. i za'atar

Nastawić piekarnik na 170 st. C (termoobieg). Przyprawy dokładnie rozgnieść w moździerzu razem z cukrem i solą. Białko ubić na pianę, wymieszać z przyprawami, dodać orzechy, całość dokładnie wymieszać, przełożyć na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Piec ok. 20 minut, lub aż cały płyn odparuje. Co kilka minut warto orzechy pomieszać, żeby się nie zlepiały. Po uprażeniu można posypać jeszcze raz solą i za'atarem. Po wystudzeniu przechowywać w szczelnym pojemniku.

* 240ml

Wiem, że zamierzeniem autorki oryginalnego przepisu było całkowite wystudzenie orzechów przed jedzeniem - ale przecież te jeszcze ciepłe (no dobrze, prawie od razu z piekarnika) są takie smaczne... . Co z tego, że faktycznie mniej chrupkie niż te wystudzone ;) (co mogłam porównać, bo nie, nie zjadłam wszystkich na ciepło - tylko małą miseczkę...).



PS. Facebookowiczów może zainteresuje strona Wydarzenia Korzenny Tydzień - otwarta nie tylko dla blogerów!

piątek, 20 listopada 2015

Ostatnio na blogu dość słodko, tym razem jednak chcę pokazać coś w kategorii Słodka kropka, co cukru nie zawiera. Nie zawiera także mleka, ani jaj, ani mąki... i nie, nie jest to surowe jabłko :). Bez obaw także, że nawróciłam się także na jakąś dietę bez (bez glutenu np.). Po prostu wypróbowałam przepis, który mnie intrygował od dawna. Mowa o bakaliowych truflach, które jakiś czas temu pokazała na blogu Zawszepolka. Ciemnobrązowe kulki warto mieć pod ręką w lodówce, gdy zachce nam się czegoś słodkiego – w moim odczuciu są także dość sycące.

Podobnie jak Ewelina, jako bazy użyłam daktyli i fig, skład pozostałych dodatków, nie tylko owoców, trochę zmieniłam, np. dodając masło orzechowe jako tłuszcz. Obtoczyłam je w kakao (i ta wersja mi bardziej smakuje) oraz w kokosie. Miksowanie trochę mi zajęło, bo musiałam kilka razy przemieszać masę w moim (dość małym i słabym) malakserze. Kręcenie kulek jest, w moim odczuciu, przyjemne, nawet jeśli trochę lepkie ;), jednak zaskoczyła mnie wydajność przepisu: jeśli dobrze policzyłam, wyprodukowałam ponad 40 sztuk :). Można więc spokojnie sobie podzielić przepis na ½.

Składniki:

  • 800g bakalii (u mnie ok. 500g to daktyle i figi, 150g – naturalne suszone morele, ok. 80g – suszone wiśnie, i kilka sztuk plastrów kandyzowanego imbiru oraz papai)
  • 2 łyżki gorącej wody
  • łyżka masła orzechowego (lub zwykłego, lub oleju kokosowego)
  • hojna szczypta cynamonu lub przyprawy do piernika
  • łyżka ekstraktu pomarańczowego (lub waniliowego)
  • 2 łyżki jak najlepszego ciemnego kakao
  • 4 łyżki migdałów w płatkach
  • do obtoczenia:
  • wiórki kokosowe
  • kakao
  • posiekane migdały

Odłożyć 1/3 bakalii, resztę z grubsza posiekać i zmiksować w malakserze z pozostałymi składnikami (poza tymi do obtoczenia). W zależności od sprzętu, może być konieczne miksowanie partiami, ręczne mieszanie masy, itd. aż zacznie przypominać coś w rodzaju pasty. Odłożone bakalie dość drobno posiekać i wymieszać ze zmiksowaną masą. Formować kulki, najlepiej takie na jeden kęs, następnie obtaczać w kakao lub innych, wybranych posypkach. Przechowywać w lodówce.

W wersji dekadenckiej można by kulki obtoczyć w dowolnej stopionej czekoladzie lub polewie czekoladowej... a wówczas mogłyby stanowić ciekawe urozmaicenie kalendarza adwentowego typu zrób to sam (jak mój zeszłoroczny). Tradycjonalistom jednak pewnie lepiej podarować np. czekoladowe talarki ;).


środa, 18 lutego 2015

Zawsze postrzegałam klasyczne bajaderki jako tzw. śmieciówki - ciastka z resztek (Mama zawsze mnie ostrzegała, że lepiej nie kupować w cukierni: "nigdy nie wiadomo, co jest w środku" ;). Swoje robiłam wtedy, gdy trzeba było zagospodarować suche okruszki z ciast lub herbatników. Podczas któregoś przeglądania Scandilicious Baking wpadł mi jednak w oko przepis na Romkugler i szybko uznałam, że to to samo, tyle, że z płatków owsianych. Nie od razu rzecz wykonałam, bo nie było pod ręką drobnych płatków błyskawicznych, ale jak już je miałam... Efekty widać poniżej :).

Uwaga: ze względu na wyczuwalny alkohol oraz kawę są to słodycze raczej dla dorosłych. Można spróbować użyć np. soku owocowego (lekko redukując cukier) lub herbaty (zwłaszcza owocowej). Oczywiście, wpłynie to na smak bajaderek, bo właściwie ich urok polega na pewnej wytrawności - świetnie pasują do kawy, np. po obiedzie czy kolacji. Zamiast wiórków kokosowych można by użyć migdałów w płatkach (i może masła migdałowego/orzechowego?), ale jeśli trzymacie się kokosa, dodatek malibu aż się prosi ;) (w oryginale był po prostu rum). Można by skład też wzbogacić bakaliami - wtedy zbliżą się trochę do indyjskich simplisów z rodzynkami.

Składniki (ok. 25 sztuk):

  • 125g błyskawicznych płatków owsianych
  • 75g drobnego brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 50g miękkiego masła (lub oleju kokosowego - nie próbowałam)
  • 50g wiórków kokosowych
  • 4 łyżki malibu (ew. czystego rumu, lub innego czystego aromatycznego alkoholu)
  • 4 łyżki kakao (plus więcej do obtaczania)
  • 60ml bardzo mocnej kawy lub espresso
  • szczypta soli

Wszystkie składniki wrzucić do malaksera i zmiksować na gładko. Schłodzić co najmniej 1h w lodówce (po prostu umieściłam tam miskę malaksera). Po tym czasie formować kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać w kakao (ew. w wiórkach) i trzymać w chłodzie do czasu konsumpcji.

Niestety, zostało po nich już tylko wspomnienie...

PS. Właśnie się zorientowałam, że bajaderki pasują do Czekoladowego Tygodnia Anity, a więc podczepiam :).

wtorek, 02 grudnia 2014

IMG_4194

Jak może kiedyś wspominałam, niekoniecznie jadam kwiaty. Ponieważ jednak chciałam obdarować na słodko osobę, która bardzo lubi lawendę, a cały weekend upłynął pod znakiem produkcji czekoladek... powstały trufle lawendowe. Choć czekoladek już trochę w życiu wyprodukowałam, trufle zrobiłam pierwszy raz i - niestety, zważywszy na ich skład i to, że trudno poprzestać na jednej - bardzo mi smakują.

IMG_4129

Zrobiłam dwa warianty: jeden "goły", obtoczony w cukrze lawendowym. W tej opcji mocniej czuć kwiaty, ale czekoladki się lekko zapacają w lodówce i trudno je zjeść bez brudzenia palców. Można obsypać kakao, choć minusy są podobne. Drugą opcją jest obtoczenie kulek w gorzkiej stopionej kuwerturze: po zastygnięciu prezentują się elegancko i można powiedzieć profesjonalnie, ale lawenda znika. W oryginale z którego korzystałam, kuleczki należało jeszcze po kuwerturze obtoczyć w ww. cukrze, co jednak wydaje mi się nadmiarem szczęścia i nie rozwiązuje tematu zapacania się cukru. Ideałem pewnie byłoby obsypanie ww. bezpośrednio przed jedzeniem/wręczeniem na prezent ;). Tak czy inaczej, brudzące czy nie - trufelki są grzechu warte.

IMG_4122

Wspomniałam powyżej źródło przepisu, na którym z grubsza bazowałam (dzieląc składniki na 1/2), jednak przed przygotowaniem czekoladek przewertowałam internet i wszystkie warianty były bardzo do siebie podobne. W niektórych pojawiał się miód, dlatego dodałam go też do moich trufli. Zwiększyłam także ilość lawendy w śmietance.

Składniki (na ok. 25-30 niewielkich czekoladek)

  • 250ml śmietanki kremówki
  • łyżeczka suszonej lawendy, możliwie świeżej
  • 140g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • opcjonalnie: cukier lawendowy (suszona lawenda i drobny cukier roztarte w moździerzu, w proporcji 1:2, ew. podobnie przygotowane kakao; podczas obtaczania kulek uważać na większe kawałki łodyżek, tj. usuwać z czekoladek) i/lub utemperowana gorzka kuwertura do maczania trufli

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z lawendą. Nakryć dokładnie folią, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, przelać przez sitko (wyciskając lawendę) do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać wanilię, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w raczej chłodniejszym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki - użyłam do tego celu miarki 5ml, drugiej łyżeczki i palców ;), schłodzić w lodówce. Stężałe trufle obtoczyć w cukrze lub kakao lawendowym (patrz uwagi wyżej) bądź nurzać w utemperowanej kuwerturze i odstawiać do zastygnięcia. Można część czekoladek przygotować w jednym wariancie, resztę w drugim. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

 

Jak wspominałam, był to weekend z czekoladkami, bo uparłam się, że przygotuję chociaż jeden kalendarz adwentowy. Powyżej owoc moich prac. Na temat jego urody mieliśmy pewną dyskusję z M... Gałązka pochodzi z ogrodu, czekoladki (owinięte pozłotkiem/sreberkiem, z numerkami, zawieszone na wstążkach lub taśmie ozdobnej) poza truflami są w różnych wariantach (takie, jakie już pokazywałam, np. imbirowe). Z nowości są kulki marcepanowe plus, tj. drobniejsze, ale z migdałem w środku. O dziwo smakują takiemu jednemu, co nazwał drzewko "drapakiem" a normalnie nie lubi migdałów...

Za rok może kalendarz ciasteczkowy?

PS. Pamiętacie o Korzennym :)?

niedziela, 21 września 2014

Wiem, że jestem Wam winna jeszcze jeden epizod nowojorski. Tymczasem jednak, jeśli ktoś nie zrobił pomidorów na zimę, to jest ten właśnie moment: tańsze i słodsze chyba już nie będą! U nas kolejna skrzynka limy przerobiona na przecier, a z 500g zrobiony eksperyment, z którego jestem całkiem dumna, i dlatego się chwalę. Otóż kilkakrotnie dostałam w prezencie „dżemy do sera”, w tym taki z chilli. Pomysł takiego dodatku mi odpowiada (choć wiadomo, w przypadku niektórych serów czy wędlin to świętokradztwo), ale te sklepowe są zawsze dla mnie za słodkie. Uznałam, że trzeba zrobić własny. Od Noblevy wzięłam pomysł dodania sosu rybnego, a reszta to efekt własnych przemyśleń ;). Wyszło słodko-pikantnie i aromatycznie, więc przepis podaję, bo jak pisałam, jak przerabiać pomidory – to teraz!

Składniki:

  • 500-520g pomidorów
  • 2 małe papryczki chilli (tajskie, typu bird's eye, z pestkami; większych a mniej ostrych sugerowałabym ok. 3-4)
  • 1/3 dużej słodkiej papryki (czerwonej lub pomarańczowej)
  • 7 małych śliwek węgierek
  • 2 x 4cm kawałek imbiru (ok. 20g)
  • ½ średniej czerwonej cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • 50ml octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki (30ml) sosu rybnego
  • 200g cukru, w tym 70-100g brązowego drobnego
  • ½ łyżki dobrego, ciemnego kakao

Pomidory sparzyć, obrać ze skórek, wyciąć gniazda nasienne, rozdrobnić (np. zgnieść ręką). Cebulę, czosnek i imbir obrać i posiekać, z papryką i chilli to samo, ale bez obierania ;), śliwki wydrylować i podzielić na połówki. Wszystkie warzywa umieścić z pozostałymi składnikami w dużym garnku, zagotować, zamieszać i gotować na średnim ogniu ok. 40-60 minut, mieszając co jakiś czas, aż całość będzie ciemna, lśniąca, gęsta i zacznie przywierać do dna. Po przełożenia do słoika/słoików krótko spasteryzować lub wystudzić i przechowywać w lodówce.

sobota, 15 marca 2014

Co jakiś czas wyciągam foremki silikonowe, termometr, kuwerturę i bawię się w fabrykę czekoladek (zeszłoroczne efekty prac też można znaleźć na blogu). Tym razem testowałam nowe połączenia, osiągając 66% sukcesu - tj. sprawdziły się połączenia klasyczne. Niestety opcja sernikowa okazała się... zbyt wytrawna (użyłam czekolady gorzkiej) i mdła. Zapisać co i jak jednak nie zaszkodzi.

Każdy wariant bazuje na utemperowanej (jak w tym przepisie) kuwerturze.

Klasyka #1 - czekolada gorzka i marcepan

Gotową masę marcepanową podzielić na kulki dowolnej wielkości (ze 100g wyjdzie ok. 10-12 sztuk). Do miseczki wlać łyżkę amaretto, każdą kulkę zanurzyć na chwilę w likierze, schłodzić co najmniej 10 minut w lodówce. Marcepan nadziewać delikatnie na widelec lub patyczek do szaszłyków, dokładnie obtaczać w stopionej gorzkiej kuwerturze i odstawiać do zastygnięcia na macie silikonowej lub w foremkach. Przechowywać w lodówce. Nie jestem wielką fanką marcepanu, ale te kulki mi całkiem smakowały. Następnym razem spróbuję zrobić własną masę marcepanową (50% migdałów, bo kupna ma tylko ok. 25%).

Klasyka #2 - czekolada mleczna i krówki

Krówki (kruche, nie ciągutki) drobno posiekać. Na matę silikonową nakładać po kopiastej łyżeczce stopionej mlecznej kuwertury i posypywać od razu posiekanymi krówkami. Odstawić do zastygnięcia, przechowywać w lodówce. Ze 125g czekolady i ok. 8 krówek wyjdzie 16-20 szt., zależnie od wielkości. W smaku są całkiem podobne do mordoklejek znanej firmy na C. (fioletowe opakowania).

Eksperyment - czekolada i sernik

Do każdego otworu foremki silikonowej nałożyć po łyżeczce stopionej kuwertury gorzkiej lub mlecznej, przykryć kopiastą łyżeczką sernika (upieczonej masy serowej, bez ew. spodu), zalać ponownie łyżeczką kuwertury. Odstawić do zastygnięcia, przechowywać w lodówce. Jak pisałam powyżej, nie byłam zadowolona z efektów i nie do końca wiem, jak można by poprawić skład: myślałam o ew. wzbogaceniu sernika o dodatkową skórkę pomarańczową, dosłodzeniu farszu itd., ale nie wiem, czy jest sens.

czwartek, 21 listopada 2013

"Zbieracie skórki dla babci?" pytała zimą teściowa, a my z M albo coś niewyraźnie mamrotaliśmy (co oznaczało, że zapomnieliśmy), albo ochoczo przytakiwaliśmy (że w zamrażarce leży zapełniana stopniowo siatka). Mowa oczywiście o skórkach pomarańczowych, które wracały do nas w postaci słoików pełnych słodkich, kandyzowanych kwadracików - do wzbogacania masy na sernik, do makowca, do Christmas Cake... Gdy Babci K. już nie ma, trzeba przejąć pałeczkę.
Co do cytrusów: przyjmuję, że są osoby, które mają dostęp do ekologicznych (raczej w dużych miastach), ale większość raczej nie ma. Wiem, że jest możliwość zakupów wysyłkowych w sezonie, ale z różnych powodów (logistyka, wielkość i wartość minimalnego zamówienia) też nie każdego to urządza (i ja np. też się jeszcze na to nie zdecydowałam, choć może w końcu nastąpi ten pierwszy raz ;). Przyjmuję jednak, że skórki można dokładnie sparzyć wrzątkiem, plus dodatkowo praktyczną metodą, praktykowaną, jak opisałam powyżej, od dawna, jest zbieranie materiału stopniowe i mrożenie. Gotowa skórka świetnie nadaje się na prezent świąteczny.

Składniki: 1 litr skórek pomarańczowych - w idealnym świecie ekologicznych, w pozostałych wariantach sparzonych i świeżo obranych lub rozmrożonych, 2 szklanki* cukru, woda

* 240ml

Skórki obkroić z albedo małym, ostrym nożykiem - to potrwa, więc warto uzbroić się w cierpliwość i najlepiej zapewnić dodatkową rozrywkę (dobre towarzystwo lub film lecący w tle). Oczyszczone skórki pokroić w drobną kostkę, umieścić w garnku o grubym dnie, zasypać cukrem i podlać lekko wodą (ok. 4-5 łyżek). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 1h, co jakiś czas delikatnie mieszając, podlewając wodą w razie konieczności. Uważać, by nie przypalić i by nie gotować za długo, bo skórka będzie twarda. Przekładać do niewielkich słoików (z podanych ilości wyjdzie ok. 3 x 200ml). Opcjonalnie można krótko spasteryzować.

Właśnie się doczytałam, że z albedo można wytworzyć własną pektynę - nie próbowałam, ale może to dobry pomysł, jeśli ktoś regularnie korzysta ;)?

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna