Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Rzym

czwartek, 20 września 2012

Oto obiecany, ostatni rzymski wpis. Będzie o restauracjach, choć... nie wiem, czy ta nazwa nie jest trochę na wyrost w przypadku pierwszego miejsca. Mordi e Vai to budka z kanapkami na targu w Testaccio, o którym ostatnio wspomniałam; opowiedziała mi o niej Marghe, znalazłam też wzmiankę na tym blogu. Wyboru nie ma dużego - kilka rodzajów kanapek, przygotowywanych z paroma sosami. Jest tripa alla romana (jedyny sposób przyrządzenia flaków, jaki lubię i na tą kanapkę skusił się M), widziałam też mieszankę rukoli i anchois; w tamtą sobotę "daniem dnia" był farsz z kurczaka z papryką (który zainspirował mnie do zrobienia pewnego dania, o którym innym razem). Gdy podeszłam do lady, z pewnym ociąganiem oderwało się od niej paru starszych mężczyzn (stałych klientów?); poprosiłam o kanapkę dnia, na co "pan Kanapka", Sergio, pochwalił mnie za dobry wybór. Farsz był ciepły, nieco pikantny (na co zareagowałam: "Wreszcie!" - co mi uświadomiło, jak łagodne potrawy jedliśmy do tamtej chwili w Rzymie), dobrze doprawiony, całość sycąca. Pan Kanapka bardzo sympatyczny i... nie sądzicie, że ciut podobny do Roberta de Niro ;)?

Wizyta w drugiej restauracji odwlokła się o 4 lata, bo pierwotnie mieliśmy do niej pójść podczas pierwszego pobytu w Rzymie. Sora Lella to także miejsce nietypowe, ale w zupełnie inny sposób, niż Mordi e Vai - mieści się na malutkiej wyspie na Tybrze, tj. Isola Tiberina (tak dużej, by pomieścić kościół, kino letnie, szpital i niewiele więcej). Nazwa restauracji pochodzi od pseudonimu matki właściciela - Sora Lella (wł. Elena Fabrizi) była popularną włoską aktorką (a poza tym pochodziła z rodziny rzymskich restauratorów).

Lokal jest niewielki i najczęściej by się dostać do środka, trzeba zadzwonić do drzwi; zaleca się rezerwację stolika. A jak wrażenia, jak już wejdziemy? Pierwsza myśl: że jest staroświecko. Tak, jak pewnie za czasów młodości Sora Lelli, albo i wcześniej. Potrawy potwierdzają to wrażenie - w menu (można przejrzeć na stronie internetowej) jest wiele podrobów i potrawek, dań duszonych.

Kolację jedliśmy w cztery osoby i na naszym stoliku pojawiły się m.in. "klopsiki Sora Lelli" (jako przystawka), sałatka z ośmiornicy (patrz zdjęcie), coratella (także na zdjęciu - siekane podroby jagnięce; kelner upewniał się, czy wiem, co zamawiam, robiąc wymowne ruchy w okolicy własnego brzucha), ozór wołowy, duszony z pomidorami - trochę podobnie przyrządzony, jak tripa alla romana, duszony kurczak oraz steki jagnięce.

Były także desery (m.in. sorbet cytrynowy), ale nie brałam już aktywnego udziału w ich konsumpcji ;). Wszystkie dania były smaczne, choć nie wybitne, podane ot tak, tj. po prostu nałożone na talerz, bez specjalnych dekoracji, sprawiając wrażenie, że zawędrowaliśmy do kuchni w domu Sora Lelli, a nie do restauracji. To kuchnia retro w trochę innym wydaniu niż we wspominanej przeze mnie restauracji Austria - jak to ujął M, "poprzeczka oczko wyżej", nie da się jednak ukryć, że retro jest i - podobnie jak w przypadku potraw według "ciotki Herthy" - nie każdemu to będzie pasować. To nie są ładne, małe dania, podane na delikatnej zastawie w pięknym otoczeniu. Warto to mieć na uwadze. Osobiście bardzo się cieszę, że do tego miejsca w końcu trafiłam, ale nie wiem, czy - zakładając, że do Rzymu prędko wrócę - wizytę bym ponowiła.

Wróciłabym na pewno od razu za to do Osteria 44, skoro po pierwszej, przypadkowej kolacji, pojawiłam się w restauracji ponownie dwa dni później. Kolacja była przypadkowa, bo po długim, gorącym dniu zwiedzania, spędzonym m.in. na Appia Antica a zakończonym w okolicach Willi Borghese, dotarliśmy do restauracji docelowej, a tam - kartka o wakacjach. Szliśmy przed siebie, zmęczeni i głodni, rozglądając się za czymś zastępczym, gdy doszliśmy do tego lokalu. Pierwsze wrażenie: dość cicha ulica, wokół parę hoteli, w głębi zaułka widoczne stoliki nakryte białymi obrusami i zapalone lampy. Z bliska całość sprawiała eleganckie wrażenie (aż zaczęłam nerwowo zezować na swoje sandałki). Usiedliśmy, gotowi w razie czego wstać i szukać czegoś innego. Po chwili podszedł do nas, jak sądziliśmy, kelner (a potem okazało się, że kierownik/właściciel, Sergio Mignanelli) i już po kilkunastu sekundach rozmowy nie planowaliśmy zmieniać lokalu. Wiadomo, że jedzenie w restauracji jest punktem numer 1, wystrój jest także istotny, ale za ogólną atmosferę są także odpowiedzialni ludzie. Może ją tworzyć idealnie wyszkolony, ale trzymający dystans personel jak w Le Gavroche, mogą to być nadąsane, niekompetentne nastolatki, jak w wielu stołecznych kawiarniach (a zwłaszcza takiej jednej ;) lub emeryci, jak - przynajmniej kiedyś - w U Kucharzy. Może być jednak tak, że trafi się na osobę - kelnera, szefa sali czy właściciela - który potrafi nawiązać silniejszą, bezpośrednią więź z klientami i sprawić, że będą wracać do restauracji z jego powodu; taki "nasz ulubiony* pan" pracował kiedyś w św. p. Absyncie. Wspomniany wyżej Sergio jest taką osobą. Po tym, jak przełożył nam z włoskiego na angielski (nienaganny brytyjski) krótkie menu, przyjął zamówienie i doradził wybór wina, wracał kilkakrotnie do stolika nie tylko po to, by spytać, jak nam smakowało, ale po prostu by porozmawiać: skąd jesteśmy? A gdzie mieszkamy w Polsce? A co hodujemy w ogrodzie? A jaki tam jest klimat, bo u niego susza daje popalić? Rzadko się kogoś takiego w takim miejscu spotyka; prędzej spodziewałabym się taką rozmowę prowadzić z np. z osobami jedzącymi kolację przy sąsiednim stoliku.

Co do samego jedzenia: mogę śmiało powiedzieć, że to mój ideał restauracyjny. Dania wyrafinowane, ale stosunkowo proste, bez nadmiaru dodatków i żadnego kulinarnego ADHD; z lokalnych, sezonowych składników; doprawione tyle, ile trzeba, i ani grama więcej. Czemu tak rzadko się to zdarza? Zdjęcia robiłam tylko podczas pierwszej kolacji, oto one:

Mus z cukinii jako przystawka - jak najlepsza kremowa zupa z cukinii w postaci skondensowanej; widoczna z tyłu mini tartaletka/ciastko z nadzieniem winno-gruszkowym (hit kolacji);

Lasagnetta rybna (farsz rybno-pomidorowy);

Labraks pieczony w folii (celofanie), z warzywami - przyniesiony do stolika w tej folii, przy kliencie rozpakowany i przełożony na talerz;

Semifreddo z owoców leśnych.

Sergio specjalnie się nie zdziwił, gdy wróciliśmy dwa dni później, choć nie omieszkał nas wycałować ("wiem, że Wy pochodzicie z zimnego kraju, ale u nas są inne zwyczaje"); w chwilę po tym, jak usiedliśmy, dostaliśmy po kieliszku szampana na powitanie. Nie pamiętam niestety wszystkich dań, które wtedy jedliśmy - na pewno M kalmary z ciecierzycą jako danie główne, ja zaś carpaccio z labraksa i tagliatę wołową. Największe wrażenie zrobiło na mnie wino (Montepulciano Nobile Lodola Nuova) i sery na deser, podane z dodatkiem domowej focaccii i "raz pieczonych biscotti" (dopytałam się o sposób przyrządzenia ;). Jeśli będziecie mieli możliwość trafić do "Czterdzieści i cztery" (sic), mam nadzieję, że spodoba się Wam tak mocno, jak mnie. Warto dodać, że ceny, jak na Rzym i lokalizację (może nie Centro Storico, ale 10 minut na piechotę od Piazza Barberini czy niewiele więcej od Willi Borghese i okolic), są całkiem przystępne (przystawki i większość dań głównych w zakresie 8-12 euro). Wspominając to wszystko żałuję, że Via Aureliana w Rzymie jest tak daleko... ;)

* M twierdzi, że go płoszyłam, np. krytyką kolejnością ułożenia kolorowych dyni, mających obrazować flagę francuską, ale krytyka była na miejscu, bo nawet w półmroku i dużej ilości wina było widać, że nie stoją w kolejności niebieska, biała i czerwona ;).

sobota, 08 września 2012

(Koloseum, Termy Karakalli)

A więc spędziłam tydzień chodząc* po Rzymie, zwiedzając to i owo, fotografując to, co lubię najbardziej (ulice, okna i drzwi). Na ruiny po ok. 3 dniach dniach się uodporniłam, podobnie jak na urocze, zaniedbane kościoły, bo są właściwie w każdym zaułku.

(Centro Storico)

Zazwyczaj, gdy podróżuję, szukam trzech miejsc, które lubię ze względu na ich atmosferę: skansenów, ogrodów botanicznych i cmentarzy. W przypadku Rzymu pod ten pierwszy można podciągnąć ruiny ;); punkt drugi znajduje się w dzielnicy Trastavere, po drugiej stronie Tybru. Orto botanico jest ogromny, z dużym potencjałem, ale jest dość zaniedbany (jak wiele rzeczy w Rzymie, które nie są topowymi punktami turystycznymi). To dobre miejsce, żeby się wyciszyć po hałasie miejskim, podobnie jak - punkt trzeci - cmentarz protestancki (albo "niekatolicki" - acattolico) w Testaccio.

Nekropolia przyciąga pewną grupę turystów miejscami pochówku dwóch poetów romantycznych - Keatsa i Shelleya, mnie ujęła jego zieleń, spokój, wielokulturowość (nagrobki z inskrypcjami w języku angielskim obok szwedzkich, niemieckich czy cyrylicy) oraz... koty, które mieszkają w schronisku przy murze cmentarza (a więc w efekcie i na cmentarzu ;).

Poza ww. fotografowałam także w Rzymie retro szyldy, które są retro nie z wyboru, a dlatego, że wiszą w tych samych miejscach od dawna. Oto mały wybór (Brunetti znalazł się tam nie ze względu na walory estetyczne, a literackie):

Szyld "indyjskiego zakładu fryzjerskiego" sfotografowałam w dzielnicy Esquilino, dwie przecznice od Piazza Vittorio Emanuele II, przy której mieszkałam. To okolica pełna imigrantów (z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej), z czymś w rodzaju małego Chinatown (mikro sklepy sprzedające np. sztuczną biżuterię i koraliki, odzież w neonowych kolorach czy zakłady zajmujące się naprawą... nie wiadomo właściwie, czego), miejscami typu "Indian fast food", wyglądających rodem jak z Bombaju, czy sklepami z żywnością etniczną. Na lokalnym targu są jatki z mięsem halal, pachnie kuminem i curry. Tuż przy Piazza VE II jest także dom towarowy MAS, dzięki któremu można przenieść się w czasie do np. lat 80-tych w Polsce i ówczesnego np. PDT na Woli (ale Wars czy Sawa też do obrazku pasują). Część towarów naprawdę ta sama, podobnie jak ich ekspozycja oraz... zapach w sklepie (zapach kurzu, dużej ilości składowanych, niewietrzonych tkanin i trochę wilgoci plus ogólna "zapyziałość").

Dla kontrastu z Esquilino, doświadczenia zakupowe z dzielnicy Testaccio są mniej egzotyczne. Na lokalnym targu widać pojedynczych turystów (w przeciwieństwie do Campo di Fiori...) a większość kupujących to Rzymianie; można kupić emaliowane naczynia, jak poniżej, najróżniejsze owoce i warzywa, odzież i obuwie nowe lub używane. Można także zjeść coś ciekawego, o czym następnym razem. Więcej zdjęć z targu można znaleźć w rzymskim albumie Coś niecoś na Facebooku.

Shabby chic - targ w Testaccio

Wałęsając się po mieście musiałam coś jeść, prawda? Jako małe przekąski wybierałam najczęściej różne panini (tak, była też "buła z bakłażanem", czyli hit poprzedniego wyjazdu). Testowałam też włoskie wypieki i kolejny raz stwierdziłam, że są one... cóż... najczęściej suche. Wyjątek stanowią cannoli, które nie są pieczone, a smażone. Niedawno odświeżałam Ojca Chrzestnego ("Zostaw pistolet, zabierz cannoli" to chyba jeden z bardziej znanych tekstów z tego filmu, nie mówiąc o złowieszczej roli, jakie te słodycze odegrały w części III), musiałam więc ich spróbować. Jeśli lubicie rurki z kremem lub kremówki**, powinniście być zadowoleni; ja byłam :) (i nawet przeżyłam dodatek nielubianych pistacji, bo na szczęście było ich niedużo w stosunku do kremu z ricotty).

Na szczęście, choć wypieki może nie są włoskim forte, są przecież na świecie lody. Lodziarni jest zatrzęsienie, czynne są do godzin nocnych. Nie odwiedziłam tych najsłynniejszych (jak San Crispino), tylko mniejsze, lokalne, które były po drodze. Choć lody nie są moim ulubionym deserem (w przeciwieństwie do ciast/ciasteczek), przyznaję, że te rzymskie gelati nie były złe ;). Na zdjęciu widoczne orzechowe (z orzechów laskowych; bo jak zawsze zamawiałam tylko te w kolorach ciemnego beżu, tj. kawowe, tiramisu, orzechowe, itd).

I, oczywiście, wyznawałam zasadę, że dzień bez paru espresso = dzień stracony. Z rzadka (rano/przedpołudniem) zdarzało mi się zamawiać cappuccino. Najgorsza kawa była serwowana w hotelu, poza nim nie trafiłam na żadną, która nie byłaby przynajmniej dobra.

Gdybym musiała wybrać najlepsze espresso, byłoby to może to wypite w małej kawiarni przy via della Gatta lub kolejne w barze/delikatesach przy via Nazionale, dokąd wstąpiliśmy kilka godzin przed wylotem. Podobnie jak z lodziarniami, wybierałam raczej te mniejsze lokale w bocznych uliczkach, w których barman wita wchodzących mężczyzn okrzykiem: "Ciao ragazzi!", gdzie kawę pije się przy barze i płaci potem przy kasie.

Nie byłam natomiast zachwycona espresso w słynnej (czyt. opisywanej w przewodnikach i popularnej) Tazza d'Oro - w warunkach polskich nie narzekałabym, ale w stolicy Kraju Najlepszej Kawy było w moim odczuciu zbyt rzadkie (plus obsługa była średnio uprzejma - ciekawe, czy nie jest to wprost proporcjonalne do dużej bliskości Pantheonu...). Z ciekawości można spróbować, ale tylko dla porównania z tym, co piją Rzymianie, a nie turyści.

Tazza d'Oro

* Lub jeżdżąc komunikacją miejską i przekonując się, że trasy autobusów są zaplanowane wg logiki hm, włoskiej. Nie zakładajcie nigdy, że autobus wróci tą samą trasą lub że przystanek po drugiej stronie ulicy to źródło transportu w kierunku powrotnym.

** Jestem z frakcji, która uważa, że kremówki zawierają krem, nie budyń (który znajduje się w napoleonkach).

CDN...

środa, 05 września 2012

Gdy wiosną cztery lata temu mokłam w Rzymie, myślałam sobie, że chciałabym kiedyś zobaczyć to miasto latem - gdy ulice są nagrzane słońcem, w zaułkach wystawione restauracyjne stoliki, zaś człowiek narzeka tylko na ew. upał, nie przemoczone buty. Tak się złożyło, że udało mi się spędzić miniony tydzień w Wiecznym Mieście - dokładnie takim, jak sobie wyobrażałam (no dobrze, gdy wyjeżdżałam, padał deszcz ;).

Nie przewidziałam tylko jednego - tego, że sierpień, a zwłaszcza jego druga połowa, to sezon ogórkowy. Włosi wyjeżdżają na wakacje, co druga restauracja/sklep jest zamknięta "z powodu ferii". Z tego powodu nie mogłam np. wrócić do Armando Al Pantheon, o której wspominałam, zaś po pocałowaniu klamki knajpki niedaleko Villa Borghese, szukając miejsca na zjedzenie kolacji, zupełnie przypadkiem odkryłam perełkę restauracyjną, o której opowiem następnym razem. Sierpień to także powód, dla którego wycieczka do Frascati skończyła się zaimprowizowanym, ale bardzo przyjemnym (i chyba nielegalnym...) piknikiem.

Frascati bowiem słynie nie tylko z białego wina, ale i porchetty, sprzedawanej przy rynku w specjalnych budkach. Wiele osób urządza sobie kulinarne wycieczki, mające za cel zakup wędliny i ew. dodatków na straganie i późniejszą konsumpcję w tzw. cantina w okolicznych uliczkach, wyznających zasadę "jedzenie wasze, wino nasze" (dokładnie opisano to na tym blogu). Wino - tzn. młode i lokalne, czyli właśnie Frascati. Cóż, do rynku z budkami trafiłam, ale wszystkie budki (mimo "właściwej" pory - ok. 13) były zamknięte na głucho, "bo sierpień" - i faktycznie, turystów było jak na lekarstwo. Poszliśmy więc od otwartych delikatesów, zakupiliśmy to i owo, i ruszyliśmy w kierunku Villa Aldobrandini. Kierowaliśmy się mapą i z rzadka (ach, ci Włosi...) rozsianymi drogowskazami, i w końcu doszliśmy do otwartej bramy, przez którą widać było willę i otaczające ją ogrody. Brama oznaczona była co prawda jako "wjazd prywatny", uznaliśmy jednak, że pieszych to nie dotyczy, a innego wejścia nie było widać. Później znaleźliśmy właściwe (?) wejście - bramę u stóp ogrodów, zamkniętą na głucho. Gdybyśmy do niej najpierw trafili, uznalibyśmy (pewnie słusznie), że ogrody są zamknięte, i zjedli nasz piknik na miejskim skwerku. Tymczasem rozłożyliśmy nasz prowiant na ocienionym murku przy nieczynnej fontannie u stóp willi; było cicho, upalnie i cykały cykady. Nikt nas nie przeganiał, ba - nikogo nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy ;). Tak wygląda willa od strony miasta (z przodu właściwa, tj. zamknięta brama) i nasza fontanna:

A oto składniki pikniku:

Jak widać, piliśmy Frascati (niestety trochę zbyt się ogrzało po drodze, ale w końcu to warunki polowe ;), a jedliśmy pikantne zielone oliwki, pizzę na zimno, pomidory, karczochy w oleju, mleczną i miękką mozzarellę bufala i lekko ostry ser dojrzewający (prawdopodobnie kozi). Wszystko pyszne, a okoliczności tylko dodawały posiłkowi uroku. Warto dodać, że i w samym Rzymie łatwo skompletować składniki takiego pikniku: antipasti na wagę sprzedaje się i w supermarketach, a nikt nie będzie się bardzo krzywił na prośby o cztery karczochy czy dwa plastry marynowanego bakłażana, wypowiedziane łamaną włoszczyzną ;). Inną opcją czegoś a la piknik, z której raz korzystaliśmy też już w warunkach miejskich, jest aperitivo z zimnym bufetem wliczonym w cenę dowolnego drinku/napoju (cena łączna to ok. 6-10 EUR, w zależności od lokalizacji - tzn. odległości of głównych atrakcji turystycznych, serwowane od ok. 18 do ok. 20).

CDN...

wtorek, 25 marca 2008

Po pobycie w Rzymie zrozumiałam użytkowników forum Caffe Prego, którzy po powrocie ze stolicy Włoch inwestują w profesjonalne ekspresy ciśnieniowe. Posiadam dość chimeryczny ręczny ekspres Saeco, który robi dość dobrą kawę (jeśli nic mu nie zaszkodzi...), ale nie taką, jak każde przeze mnie próbowane cappuccino czy espresso, czy to w plastikowym kubku, jak powyżej, czy w filiżance w St. Eustachio, jak na lewo, przy stoliku kawiarnianym, czy w malutkich barach-kioskach, gdzie pije się przy kontuarze (i to ostatnie źródło najmocniej polecam). Kawa jest mocna, gęsta, zawiesista, niemal zostawiająca osad na zębach, mleko spienione na sztywno - całkowite przeciwieństwo tzw. kawy amerykańskiej. Tym samym postanowiliśmy z M, że gdy będziemy wymieniać sprzęt, wybierzemy dobry ekspres kolbowy, nie automat, do którego M się wcześniej skłaniał. Jednak walory smakowe wygrały z wygodą.

Co poza dużymi ilościami kawy piłam i jadłam? Różne smaczne rzeczy, niestety, większość nie została uwieczniona przed pożarciem:

  • Specjalnie dla Majany i Shiherlis: jadłam bułkę z bakłażanem! Była to konkretnie buła a la chałka, którą uwielbiam, z dodatkiem oliwek (były wbite w wierzch bułki jak guziki, fajne połączenie), z wypełnieniem z mozzarelli i plastrów bakłażana (przyp. smażonego/grillowanego). Bardzo mi się spodobało i mam zamiar wprowadzać w życie, ale nie spotkałam bakłażana, który by nie smakował. Podobne panini występowały z cukinią i szpinakiem.
  • A' propos mozzarelli: miałam przyjemność spróbowania tzw. bufali, tj. sera z bawolego mleka, i Anna del Conte i Jamie Oliver nie kłamali: jest różnica. Na korzyść bufali oczywiście. Ser ma wyraźniejszy smak, jest bardziej mięsisty, mniej gumowy - po prostu smaczniejszy.
  • Podjęłam próbę przekonania się do karczochów: jadłam alla romana, pieczone, z nadzieniem z mięty i pietruszki (tj. takie nadzienie powinno być; ja miałam wrażenie, że w środku były liście szpinaku); karczochy były także na poniższej pizzy, ostatnim naszym posiłku w Rzymie. Odczucia: nie jest to moje ulubione warzywo świata, ale ma coś w sobie.

  • Poza tym były różne owoce morza (risotto, antipasti, zupa), grillowane warzywa (np. wspominane wcześniej całe raddichio) i, w tratorii Armando al Pantheon - tripa alla romana, flaki po rzymsku (w pomidorach). Próbowałam także zupę z ciecierzycy (strączkowe są popularne w kuchni włoskiej) i z mojej ulubionej dyni. A wszystko popijane winem czerwonym wytrawnym, oczywiście włoskim.

PS. A gdyby ktoś narzekał na pogodę wielkanocną w Polsce, to tak wyglądał Rzym w niedzielę koło południa:

poniedziałek, 24 marca 2008

Rzym, poza innymi atrakcjami (kulturalnymi i materialnymi - raj dla zakupoholików), to także źródło doznań kulinarnych. Pomijając te serwowane przez bary, kawiarnie i restauracje, także stragany i sklepy cieszą zmysły. Mnie zafascynowały te pierwsze: nie tylko te na okrzyczanym Campo di Fiori (gdzie szczerze mówiąc więcej słyszało się Amerykanów niż Włochów), ale także na mniejszych targach ulicznych. Oto, co udało mi się zobaczyć i sfotografować:

Stragan warzywny na via Bocca di Leone: kwiaty cukinii jak najbardziej są dostępne. Podobnie mini cukinie: gdy komisarz Brunetti u Donny Leon marzył, by Paola kupiła i przyrządziła na obiad cukinie "grubości palca", wydawało mi się to albo przejawem fantazji pisarki, albo sugestią, że Brunetti ma grube palce, ale zwracam honor: widziałam naprawdę cieniutkie, malutkie cukinie. Jednak, jak M stwierdził z satysfakcją, pomidory, podobnie jak u nas - jeszcze nie takie, jak trzeba.

W tej samej okolicy: stragan z rybami i owocami morza. Świeże ośmiornice, sardele i inne wspaniałości :)

Na Campo di Fiori: przyprawy na wagę (obok jednorodnych, także np. mieszanka do "pizza erotica": ), których moi rodzice przywieźli mi rok temu parę worków. Mam na razie zapasy na dłuższy czas, więc nie uzupełniałam.

Uderzyła mnie liczba odmian sałat i innych liściastych warzyw, jedzonych jako sałata. Poniżej widać (pośrodku stoiska) m.in. agretti, które pojawiły się na Galerii Potraw w wątku "warzywa egzotyczne", oraz całe radicchio, które miałam przyjemność jeść grillowane.

Dalsze liściaste: boćwina (chyba) i szpinak.

I wreszcie: jaja strusie. Jak widać, budzą zainteresowanie turystów.

I jeszcze: sklep z makaronami (jeden z wielu). Makarony we wszystkich rozmiarach i kształach. Najbardziej zafascynował mnie ten z dodatkiem wina barolo (kolor miał piękny - a z białym sosem jakże byłoby patriotycznie!).

niedziela, 23 marca 2008

Tak wyglądało Koloseum w Wielki Piątek podczas Drogi Krzyżowej. Tym samym rozwiewam tajemnicę, gdzie byłam przez ostatnie parę dni ;) 

| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna