Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: na białkach

niedziela, 14 maja 2017

Pewnie zjedliście już niedzielne śniadanie. Jeśli przypadkiem nie, a macie czerstwe pieczywo na stanie lub szparagi, mam dwie propozycje. Jeśli tak, może przepisy przydadzą się na zaś lub jako np. element lekkiej kolacji.

Po pierwsze, wytrawny chleb smażony. Taki na słodko – vel tosty francuskie, jak ktoś używa tej nazwy, bo ja nie ;) – już pokazywałam (ostatnio gruszkowe oraz jagodowe z hot cross buns). Czemu jednak nie zrobić wersji „na słono”, skoro wersja nocna (Croque Monsieur) działa bdb?

Wytrawne tosty z patelni

Składniki (2 porcje):

  • 4 kromki chleba,
  • 2 jaja,
  • 100ml mleka,
  • sól, pieprz, koperek,
  • plastry sera koziego/fety,
  • 1 pomidor,
  • bazylia

Jaja roztrzepać z mlekiem, doprawić hojną szczyptą soli i pieprzu, przelać do płytkiego, dużego naczynia. Obtoczyć chleb w jaju z mlekiem, odstawić do nasiąknięcia na co najmniej 10 minut. Rozgrzać na patelni niewielką ilość masła (lub mieszanki masła i oleju), smażyć pieczywo na złoto z jednej strony, obrócić. Gdy druga strona się rumieni, obłożyć kromki serem, pomidorem, posypać koperkiem i bazylią. Smażyć, aż spód się zezłoci a ser lekko zmięknie. Jeśli ser nie jest słony (typu feta), można przed podaniem tosty oprószyć solą.

Szparagi w tym sezonie jadłam już kilkakrotnie – zielone pieczone (choć bez sosu). W końcu uznałam, ze można urozmaicić formę. Stanęło na omlecie, a ponieważ wciąż szukam pomysłów na zagospodarowanie białek (patrz: tag na blogu ;), jednak omlety na samych białkach mi nie smakują, poszłam w kierunku „cudownego rozmnożenia”, i taką opcję polecam. Szparagi oczywiście można zastąpić czymś innym, choćby zblanszowanym szpinakiem lub liśćmi boćwiny.

Omlet ze szparagami (częściowo na białkach)

  • 3 jaja (białka i żółtka osobno),
  • łyżeczka mleka
  • 2 dodatkowe białka,
  • pęczek średnich zielonych szparagów parowany 3 minuty,
  • sól, pieprz,
  • 1,5 łyżki startego sera

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce, gotować na parze ok. 3 minuty (cieńsze krócej, bardzo grube z 30-60 sekund dłużej), po ugotowaniu lekko posolić. Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Białka ubić (razem z dodatkowymi oraz szczyptą soli) na pianę, żółtka roztrzepać z mlekiem, hojną szczyptą soli i pieprzu. Delikatnie, lecz dokładnie wymieszać żółtka z białkami, dodać ok. ½ sera. Przelać na rozgrzaną, żaroodporną patelnię z niewielką ilością masła (lub oleju, lub masła i oleju), na wierzchu ułożyć szparagi. Gotować ok. 2 minut, następnie posypać pozostałym serem i przełożyć do nagrzanego (180 st.) piekarnika (u mnie na poziom 2 od góry) i piec ok. 9 minut. Podawać od razu.

PS. Zeszłoroczny wpis "dwa letnie śniadania" zawierał podobny zestaw ;).

czwartek, 06 kwietnia 2017

Nie wiem, jakim cudem nie upiekłam nigdy Misiankowej szarlotki, gdy robili ją wszyscy forumowicze z Galerii Potraw (co wspomina choćby Dorotuś) oraz blogerzy. Przepis podobno jest autorstwa właścicielki stołecznej cukierni Misianka, w której mam niejasne wspomnienie, że nawet kiedyś byłam. O cieście sobie z jakiegoś powodu przypomniałam niedawno, jak naszło mnie na coś jabłecznego, zdobyłam szarą renetę, a zachciało mi się czegoś innego, niż normalnie. W standardowym repertuarze mamy trzy wypieki z jabłek: tarta, szarlotka (którą robi M, bo dla mnie jest zbyt pracochłonna, plus mam wątpliwości co do ciasta) oraz strudel. W przepisach na Misiankową szarlotkę zniechęcało mnie ciasto: nie lubię kruchego/półkruchego ciasta żółtkowego (stąd wątpliwości do ww. szarlotki) a przewijające się komentarze, że najlepiej jeść na ciepło, bo potem twardnieje, też specjalnie nie zachęcają. Więc wykorzystałam pomysł z farszem itd., ale użyłam ulubionego kruchego spodu, w wersji plus, tj. z maślanką. Choć zmniejszyłam jego ilość, całkiem sporo mi zostało, ale nie radzę robić jeszcze mniej – zawsze można wykorzystać więcej na ozdoby, użyć większej formy lub upiec kruche ciasteczka.

Ciasto jest mniej słodkie, niż w oryginale, więc dałam więcej cukru. Z innych zmian: piekłam w wyższej temperaturze (nie ma obaw, że jabłka szarlotkowe będą surowe po kilkudziesięciu minutach w piekarniku). Przy tych zmianach nie ma problemu ze zbyt twardym ciastem następnego dnia… choć nie wróżyłabym szarlotce zbyt długiego żywota.

Składniki:

  • 400g mąki
  • 200g zimnego masła
  • 60g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • Ok. 6 łyżek zimnej maślanki
  • Ok. 1,2 kg jabłek szarlotkowych (reneta, antonówka), obranych, pokrojonych na ½ lub ¼, w przypadku b. dużych jabłek
  • Ok. 3 pełnych łyżek cukru, szczypta wanilii i ½ łyżeczki cynamonu
  • Ponadto: białko do posmarowania
  • Cukier puder do podania

Jabłka zasypać cukrem i przyprawami, odstawić na 2 godziny pod przykryciem. Zlać powstały sok (zachować, wykorzystać w poniższym przepisie).

Ciasto rozwałkować dość cienko na wymiar foremki na tartę (26-28 cm), wyłożyć dno i boki. Nakłuć, schłodzić w lodówce ok. 30 minut (lub 10-15 w zamrażarce). Posmarować białkiem i podpiec w 180 st. C. (termoobieg) przez 15 minut. Jabłka rozłożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, ew. niektóre przekroić na wymiar. Rozwałkować pozostałe ciasto, przykryć jabłka, brzegi docisnąć do rantu foremki. Z resztek ciasta wykroić np. ozdobne listki lub upiec kruche ciasteczka. Lekko naciąć w 2-3 miejscach ciasto (patrz zdjęcie). Posmarować białkiem i piec ok. 45 minut w 180 st. C jw., lub do wyraźnego zezłocenia. Podawać ciasto oprószone cukrem pudrem, lekko ciepłe lub schłodzone.

A po co zachowywać sok z jabłek…? Koleżanka kiedyś uczyła się hiszpańskiego. Lektor (Hiszpan) wyznał podczas zajęć, że bardzo lubi szarlotkę i kursantki mu ją upiekły, jako – w zamierzeniu - miłą niespodziankę. Dziwnie mało się jednak ucieszył a właściwie wyglądał na zmieszanego… Okazało się, że chodziło o płynną szarlotkę, tj. żubrówkę z sokiem jabłkowym ;). Mój procentowy jabłecznik jest nieco inny:

Płynna szarlotka z procentami

  • łyżka soku z jabłek, zachowanego z poprzedniego przepisu, lub 2 łyżeczki syropu korzennego*,
  • sok z 1/2 cytryny (lub do smaku),
  • 200ml niefiltrowanego soku jabłkowego,
  • 100ml whisky,
  • 1-2 łyżki białka,
  • cynamon do oprószenia

* ostatecznie można użyć drobnego cukru

Sok przelać przez drobne sitko, by pozbyć się grubszego osadu. Wszystkie składniki koktajlu (poza cynamonem) umieścić w shakerze z paroma kostkami lodu i dokładnie wstrząsnąć. Zweryfikować kwaśność/słodycz. Podawać najlepiej w schłodzonych szklankach lub kieliszkach, oprószone cynamonem.

Zapisz

czwartek, 30 marca 2017

Wiadomo, stale szukam pomysłów na przerobienie białek (może powinnam dodać nowy tag na blogu...?). Ostatnim odkryciem była chałka oraz, do pewnego stopnia, bo mało wydajne jako metoda przetwórcza ;), whisky sour. Niedawno jednak Karolina ze Sto kolorów kuchni zachęcała do spożytkowania białek po np. pączkach w... granoli. Pomysł bardzo mi się spodobał, bo wykorzystuje akurat tyle białek, ile zostaje po produkcji domowego makaronu. W sumie dotychczas robiłam w kółko granolę z masłem orzechowym - aż M nie zaczął marudzić, że coś mu nie smakuje, a potem nastała zima, kiedy ze śniadań jedzonych łyżeczką wolę ciepłą owsiankę lub kaszę manny. Skoro jednak mamy wiosnę, można wrócić do płatków na zimno, a po wielkanocnych wypiekach z pewnością zostaną kolejne obiekty do ubicia (i zużycia).

Moja wersja nieco różni się od tej Karoliny, bo jest i lekko słodsza (więcej miodu + suszone owoce), ale wciąż nie wyraźnie słodka, i dałam bardziej urozmaicone nasiona. Osobiście wolę też mieszankę płatków, można jednak oczywiście użyć tylko owsianych. Zmniejszyłam także ilość przyprawy korzennej, bo z doświadczenia wiem, że mało ją czuję w gotowym produkcie ;).

Składniki:

  • 700g płatków owsianych (górskich lub zwykłych) lub mieszanka 1:1 płatków owsianych i np. żytnich
  • 200g mieszanki siemienia lnianego, sezamu i pestek słonecznika
  • 100g orzechów włoskich (posiekanych) lub zwiększyć ilość ww. nasion
  • 4 łyżki płynnego miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki oleju
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 4 białka dużych jaj (lub ok. 5 mniejszych)
  • garść suszonej żurawiny
  • garść rodzynek lub innych suszonych owoców (śliwek, moreli), posiekanych

Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Płatki, nasiona i orzechy mieszamy w misce. Dodajemy pozostałą sól, przyprawę korzenną, olej i miód, ponownie i dokładnie mieszamy. Przekładamy płatki itd. do ubitych białek i całość mieszamy tak, aby białka pokryły wszystkie suche składniki. Przekładamy na blachę wyłożoną matą do pieczenia (ew. pergaminem), wyrównujemy i pieczemy ok. 50-60 minut w 140 st.C, mieszając ok. 3 razy w międzyczasie (można też piec na raty, jeśli z przyczyn praktycznych trzeba zwolnić piekarnik, tj. np. 30 minut, przestudzić, potem dopiec kolejne 30 minut, gdy piekarnik znów będzie wolny). Do upieczonej granoli dorzucić suszone owoce, wymieszać i zostawić jeszcze na 10-15 minut w cieple resztkowym piekarnika. Wystudzić na kratce, przełożyć do słojów. Wychodzi ok. 2 litrów granoli.

niedziela, 11 grudnia 2016

Na Mikołajki kupiłam sobie (tj. kupiłam, schowałam do szafki i powiedziałam M, że może mi dać) How to hygge, najnowszą książkę Signe Johansen. Ok, wiem, że niektórzy reagują już alergicznie na słowo hygge, i trudno się dziwić, skoro wszystko jest sprzedawane pod tą nazwą, od artykułów do wystroju wnętrz po ubrania a la worki. Niemniej idea dobrego, prostego życia, bez ekscesów, ale i bez wyrzeczeń, ma wiele sensu, przynajmniej dla mnie ;). W How to hygge poza częścią teoretyczną ("jak żyć"), są oczywiście przepisy. Przyznaję, że moją uwagę przyciągnął krótki rozdział o alkoholach. Większość drinków została opracowana z myślą o zimie l/lub chłodnym klimacie, najczęściej jednak wracałam do zdjęcia klementynkowego whisky sour (o klasycznym koktajlu pisałam kilka miesięcy temu). Gdy w dzień później przyjechało pudło sycylijskich cytrusów, wiadomo było, że trzeba przepis wypróbować, i to jak najszybciej, bo klementynki są efemeryczne*.



W mojej wersji zachowałam wszystkie składniki, ale zmieniłam proporcje, biorąc jedno białko na dwie osoby + zwiększając lekko ilość soku owocowego, bo zwłaszcza cytryny było dla mnie w oryginale za mało.

Składniki:

Syrop korzenny (na do 8 koktajli):

  • 100g cukru (u mnie 50g demerary i 50g białego)
  • 100ml wody
  • 10 zmiażdżonych ziaren kardamonu
  • 5 goździków
  • laska cynamonu
  • 2-3 ziarna ziela angielskiego (opcjonalnie)
  • 3 ziarna pieprzu
  • 3 gwiazdki anyżu
  • kawałek skórki cytrusowej
  • 1cm kawałek świeżego imbiru

Na 2 szklanki koktajlu:

  • 50ml syropu jw.
  • 50ml soku klementynkowego (z ok. 2 owoców)
  • 50ml soku z cytryny
  • 100ml whisky
  • 1 białko**
  • lód
  • do podania: cynamon, skórka starta z klementynki

Wg Signe należy zacząć od schłodzenia szklanek w zamrażarce, i nie jest to głupia sugestia ;). Następnie przejść do przygotowania syropu: zalać cukier wodą, podgrzewać aż cukier się rozpuści, zdjąć z ognia, wmieszać przyprawy korzenne i skórkę cytrusową. Przykryć i odstawić na co najmniej 2h. Po wystudzeniu przechowywać w lodówce.

Aby przygotować whisky sour, wymieszać w shakerze wszystkie składniki poza lodem i dekoracją. Dodać kilka kostek lodu i jeszcze raz dokładnie wszystko wymieszać. Przelać do schłodzonych szklanek, posypać lekko cynamonem i udekorować skórką z klementynki.

* Zjedliśmy wszystkie w 3,5 dnia.

** Nie jest to konieczny dodatek, choć osobiście wolę sour białkowy. Można go jednak pominąć, wówczas koktajl nie będzie miał charakterystycznej pianki.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 12 czerwca 2016

Moja ukochana chałka to maślano-mleczna XXL-ka. Piekłam i taką szabasową (na oleju) i taką z dodatkiem mąki razowej, ale... do nich jakoś nie wracam, w przeciwieństwie do tej pierwszej. Teraz mam drugą kandydatkę, o podobnym składzie, ale - co jest plusem! - na białkach, nie całym jaju. Gdy zobaczyłam przepis u Kornika, uznałam, że z nieba mi spadł, zważywszy na moje stałe zapasy białek do przerobienia.

W mojej wersji jest jedna standardowa chałka zamiast dwóch małych, i z dodatkiem soli oraz wanilii w składzie. Można też się nie rozdrabniać i upiec od razu dwie sztuki z podwójnej ilości, albo na odwrót, przerobić ciasto na maślane bułeczki (zaplatane lub nie). Z innych zmian - piekłam w wyższej temperaturze i użyłam innej mąki (kto wie, następnym razem może dodam trochę orkiszowej jasnej).

Składniki:

  • 70g cukru
  • 10g świeżych drożdży
  • 70g miękkiego masła
  • 80ml letniego mleka
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 300g mąki pszennej (najlepiej luksusowej/typ 550, o wysokiej zawartości białka, ew. miks tortowej i np. bułkowej 650)
  • hojna szczypta soli
  • opcjonalnie: szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • mak/sezam do posypki

Rozczynić drożdże za pomocą łyżeczki cukru (odsypanej z 70g), odstawić na chwilę, aż się spienią. Dodać mąkę, mleko, sól i ew. wanilię, zacząć wyrabiać ciasto. Dodać masło i białka, wyrabiać dalej, aż uzyskacie gładkie, elastyczne ciasto. Odstawić do wyrośnięcia (u mnie trwało to dość długo, ponad 1,5 godziny). Po tym czasie podzielić na 3 równe wałeczki i zapleść chałkę. Odstawić do kolejnego wyrastania na blaszce wyłożonej papierem lub matą do pieczenia na ok. 45-60 minut. Posmarować mlekiem (ew. żółtkiem/jajem) i posypać sezamem lub makiem (albo jednym i drugim). Piec ok. 30-35 minut (do zrumienienia i suchego patyczka) w 190 st. C (termoobieg).

Szczerze mówiąc, nie ma ogromnej różnicy między chałką na całym jaju a tą białkową - może wciąż XXL-ka jest moją ulubienicą, ale ta jest całkiem zbliżona (bo pewnie clou tkwi jednak w maśle ;). Zaskakująco nieźle się także przechowuje, a więc wchodzi do repertuaru!

niedziela, 15 maja 2016

- Może zużylibyśmy jakoś nasze białka?

- Ale chyba nie mamy ich tak dużo...

- Nie??? [chwilę później] 46. 46 białek.

Tak mniej więcej przebiegł dialog między M a mną, dotyczący zawartości naszej zamrażarki. Dodam, że to nie ja je policzyłam, ale liczba wywarła na mnie wrażenie i postanowiłam podejść poważnie do tematu: w piątek wyciągnęłam kilka woreczków do rozmrożenia i deszczowe sobotnie przedpołudnie spędziłam produkując ciasteczka. Poza tym, że upiekłam eksperyment czekoladowy oraz garibaldki, przypomniałam sobie o przepisie na proste makaroniki (nie mylić z francuskimi z nadzieniem), nazywane przeze mnie "najłatwiejszymi ciasteczkami świata". I naprawdę, zważywszy na to, że czas przygotowania ciasta to jakieś 3 minuty, nakładanie zaś ze 2, nie wiem, czemu nie piekę ich przynajmniej raz w miesiącu (zużywając w ten sposób chociaż część białek). Po zapełnieniu jednej blaszki ciasteczkami podstawowymi (migdałowymi z migdałem i aromatem migdałów, tj. amaretto ;) przypomniałam sobie o ciągnących się nargili z Kaszanu. A więc wersja kokos + migdał:

Składniki:

  • 1 szklanka* mielonych migdałów (mieląc ręcznie warto dodać 4-5 sztuk gorzkich migdałów, dla zwiększenia migdałowego aromatu);
  • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 1/2 łyżeczki malibu
  • 1/2 łyżeczki amaretto lub esencji migdałowej*
  • 2 łyżki mąki
  • ok. 12 migdałów i dodatkowe wiórki kokosowe (do posypki)

*240ml

Połączyć mielone migdały z kokosem, utrzeć na pastę z cukrem, białkami, alkoholem i mąką. Nakładać masę łyżką (po ok. 1 łyżce na ciasteczko), w dość dużych odstępach (rosną - głównie na boki!), na blaszkę wyłożoną pergaminem lub matą do pieczenia. Powinno wyjść ok. 12 (sporych) sztuk. W środek każdego ciastka wcisnąć migdał i całość lekko posypać kokosem. Piec ok. 20 minut w 160 st. C (termoobieg). Uwaga, ciasteczka będą zezłocone, zwłaszcza na brzegach, ale środek pozostanie nieco miękki i ciągnący, marcepanowy - co było moim zamierzeniem. Jeśli ktoś woli ciasteczka bardziej chrupkie, najlepiej piec ok. 5 minut dłużej.

* Opcjonalnie można, idąc w klimaty perskie, zastąpić oba aromaty łyżeczką wody różanej.


Pomysły pt. "zużycie białek" skumulowałam swego czasu TU. Dziś dodałabym jeszcze do tej listy (poza ww. garibaldkami) także whisky sour.

poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Wiosna to nie tylko codzienne obchody ogrodu, żeby zobaczyć, co odrasta (np. czosnek niedźwiedzi czy mięta), a co jeszcze śpi snem zimowym (np. melisa i częściowo maliny). To także czas spędzany na kanapie na zewnątrz, zachwycając się nowym sezonem tarasowym (wiem, że zasadniczo mówi się "balkonowym", ale tego ostatniego nie mam, taras za to tak ;). Nie sądzicie, że do tego obrazu pasuje szklanka... no właśnie, czego?

Pobyt w Londynie przypomniał mi, że koktajle całkiem lubię... Albo inaczej, lubię je, od kiedy wiem, czego szukać (tzn. jakie lubię). Najczęściej wybieram takie na winie musującym/szampanie lub sour, ewentualnie coś cytrusowego lub zielonego na bazie ginu/rumu. W tej pierwszej grupie wciąż bardzo lubię Chłopczycę lub Gwiazdę betlejemską, ale niedawno przypomniałam sobie o artykule nt. drinków inspirowanych Opactwem Downton*, w którym zaproponowano trio koktajli, po jednym na każdą siostrę Crawley (wpis powstał pomiędzy drugą a trzecią odsłoną serialu). I choć najbardziej inspirującą czy pozytywną postacią wydaje się Sybil Crawley, to Lady Mary przyciągnęła mój wzrok... Moja wersja powstała z różowego Lillet (choć można użyć białego, jak w oryginale - szczerze mówiąc, nie widzę między dwoma wermutami wielkiej różnicy) i prosecco, ale choć użyłam bazylii, jak sugerowano, uważam, że lepsza byłaby melisa cytrynowa, mięta lub estragon francuski, ew. mieszanka tych ziół. Może jak odrosną...

Składniki (1 porcja):

  • 30ml Lillet (blanc, rose)
  • ok. łyżka soku z cytryny
  • ok. 6-8 liści ziół (melisa, mięta, estragon, ew. bazylia)
  • ok. 100ml schłodzonego wytrawnego wina musującego (np. prosecco)

Zioła rozgnieść tamperem w soku z cytryny, dokładnie wymieszać z Lillet. Przelać (przez sitko, jeśli komuś przeszkadza zielenina) do kieliszka od szampana, dopełnić bąbelkami. Można udekorować dodatkowym listkiem melisy lub innego użytego zioła. Podawać od razu.

Wspomniałam powyżej o sour. Otóż w zeszłym roku, po lekturze Tygrysów w porze czerwieni (już pisałam tu o tej książce) i scenie pt. siedzimy w szopie na Martha's Vineyard i robimy whisky sour po kryjomu i w warunkach polowych, bardzo zaciekawił mnie smak tego koktajlu. Czysta whisky do mnie nie przemawia, za to wszystko co kwaśne - bardzo, a cytrynowe: wyjątkowo! Zrobiłam najprostszą wersję na zasadzie 1:2:3 (cukier, cytryna, alkohol) i bardzo mi smakowała. Do opcji z białkiem nie mogłam się przekonać, dopóki w londyńskim Cahoots nie spróbowałam ich Cahooch sour. Jak to ujął M: "I to jest pomysł na pozbycie się naszych zamrożonych białek!". Dodam, że na dworze smakuje jakoś (jeszcze) lepiej, białe ganki i Atlantyk nie są niezbędne ;).

 Składniki (1 porcja):

  • 80ml whisky,
  • kopiasta łyżka drobnego cukru (lub 2 łyżki syropu cukrowego*),
  • 1,5-2 łyżki białka,
  • sok z 1/2 cytryny oraz limonki (lub ok. 40ml)

Białko lekko roztrzepać z sokiem z cytryny, przelać do shakera, dodać kilka kostek lodu i pozostałe składniki. Dokładnie wstrząsnąć. Pić od razu.

* Cukier i wodę w proporcji 1:1 wymieszać w rondelku, zagotować, wystudzić. Przechowywać w lodówce.

A na koniec... Do tropików w kraju jeszcze daleko, ale przeszukując zdjęcia z Indii znalazłam uwiecznioną kartę drinków z "naszej" restauracji na Goa! Jakość nie jest najlepsza (smartfonów wtedy jeszcze nie było ;), ale składniki są czytelne. Jednym z naszych ulubionych koktajli było Goańskie dzieciństwo (tzn. w oryginale Goan heritage, czyt. dziedzictwo, ale ktoś gdzieś czegoś nie dosłyszał i tak już zostało ;), choć jakość mieszanki zależała od barmana. Zdaniem M, wyszło całkiem podobnie, tylko "mniej gęste" (bo tam soki były nektarami w koncentracie...). Pomińmy też fakt, że drinki w Arambolu były na fenny (czyt. bimbru) - gdy G. zamówił kieliszek czystej, kelner sam z siebie przyniósł mu Sprite (przydał się).

Składniki (1 porcja):

  • 125ml soku pomarańczowego
  • 125ml soku ananasowego
  • 30ml malibu
  • 45ml ciemnego rumu
  • parę kostek lodu
  • sok z limonki/cytryny do smaku

Wszystkie składniki wymieszać z lodem w shakerze, doprawić sokiem z cytrusów do smaku, podawać od razu.

Plażę w Arambol już kiedyś pokazywałam, ale tu jeszcze dwa widoczki (na zdjęciach wygląda znacznie czyściej ;): czarno-białe zdjęcie bardzo możliwe, że właśnie po wypiciu szklanki Goańskiego dzieciństwa ;).

* Jedyny serial, który obejrzałam cały, tj. wszystkie sześć serii :).

środa, 18 listopada 2015

Czasem mam wrażenie, że w rodzinie uchodzę za „tą od Pavlovej”. Bezę, w najróżniejszych wcieleniach (ostatnio była wersja midi), piekę głównie dla Mamy, czasem także na inne okazje. Właściwie zawsze trzymam się tego samego przepisu (podobnie jak zawsze tak samo robię małe bezy). Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by biała* Pavlova się nie udała – mogła mocniej popękać, wysuszyć bardziej lub mniej, ale to nieistotne szczegóły. Zawsze tylko trochę mnie bawi, że mój popisowy wypiek jest deserem za którym sama umiarkowanie przepadam ;), ale traktuję to jako ironię losu.

Skoro to od Nigelli wzięła się Pavlova (i beziki zresztą też), gdy zobaczyłam w jej najnowszej książce (Simply Nigella) wersję z lemon curdem, poszłam policzyć, ile mam cytryn. Powiedzmy sobie szczerze, uwielbiam krem cytrynowy, i pewnie zjadłabym z nim wszystko. Połączenie bezy z cytryną wydaje się proste i oczywiste, a jednak sama na nie nie wpadłam. Do tego chrupkie, uprażone migdały na wierzchu jako kropka nad i... i okazuje się, że chyba trafiłam na ulubioną wersję mojego Taty ;).

Uwaga: można po prostu zrobić krem wg tego przepisu (polecam też ten limonkowy!) i bezę stąd, ponieważ jednak zauważyłam, że w nowej wersji są trochę inne proporcje/skład i nie zależało mi na resztkach, zrobiłam wg przepisu z Simply Nigella, dzieląc wszystko na ½. Wychodzi ok. 5 porcji deseru, ew. 4 plus małe dokładki dla każdego.

Składniki:

Beza:

  • 3 duże białka (najlepiej w temp. pokojowej)
  • 185g drobnego cukru
  • łyżeczka soku z cytryny
  • 1 ¼ łyżeczki skrobi kukurydzianej
  • skórka starta z ½ cytryny (eko lub sparzonej)

Lemon curd:

  • 1 duże jajo
  • 1 żółtko
  • 75g cukru
  • 50g miękkiego masła
  • sok z 1 cytryny
  • skórka z 1 cytryny

Ponadto:

  • ok. 150ml śmietanki (kremówki)
  • cukier puder do smaku
  • ok. 2 łyżek uprażonych płatków migdałowych
  • skórka starta z ½ cytryny

Nagrzać piekarnik do 180 st. C. Białka ubić na sztywno (można dodać szczyptę soli), następnie dodawać cukier łyżka po łyżce, ubić na sztywną, lśniącą bezę. Dodać skrobię, sok i skórkę cytrynową, tj. wmieszać je kolistymi ruchami delikatnie, ale stanowczo.

Przełożyć masę na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia lub matą silikonową, nadać okrągły kształt i wyrównać. Włożyć do piekarnika, skręcić od razu temperaturę do 150 st. Piec przez ok. 45-50 minut, wyłączyć piekarnik i potrzymać bezę jeszcze ok. 20 minut w cieple resztkowym. Potem można uchylić drzwiczki i w ten sposób ją delikatnie wystudzić – chyba, że piekarnik jest potrzebny do innych celów ;).

Aby przygotować krem cytrynowy (co można zrobić z wyprzedzeniem i potrzymać go w lodówce): utrzeć jajo, żółtko i cukier, dodać skórkę, sok z cytryny i masło w plastrach lub kawałkach, całość umieścić w rondlu na małym ogniu i cierpliwie podgrzewać (temperatura nie może być za wysoka, bo białko się zetnie), często mieszając/lekko ubijając. Po kilku minutach masa zacznie gęstnieć. Gdy osiągnie konsystencję zbliżoną do budyniu, zdjąć z ognia, jeszcze raz roztrzepać i dokładnie wystudzić.

Przed podaniem deseru ubić śmietankę, delikatnie posłodzoną do smaku (u mnie było to ok. 2 łyżeczek cukru pudru). Bezę posmarować lemon curdem, na to wyłożyć śmietankę. Całość posypać wcześniej uprażonymi (na suchej patelni) płatkami migdałowymi i skórką cytrynową. Podawać od razu.

* Bo z czekoladową różnie bywało, i w sumie dlatego przestałam ją robić ;).

środa, 06 maja 2015

Oglądaliście The Grand Budapest Hotel? Jeśli nie, a choć trochę lubicie i retro, i absurd, i dobre aktorstwo, to polecam (a dodam, że fanką reżysera, tj. Wesa Andersona, nie jestem i długo trwało, zanim film obejrzałam); jeśli tak, to dobrze pamiętacie ciastka, które wytwarzała i rozwoziła Agatha (Saoirse Ronan) - zresztą, pamięć można odświeżyć np. pod tym linkiem z przepisem. W skrócie, mowa o wielokolorowym, koślawym, piętrowym wyrobie cukierniczym, szumnie zwanym courtesan au chocolat.

W pewną kwietniową* niedzielę chciałam ugościć rodzinę sezonową Pavlovą w wersji mini. Podobno wyszło mi jednak midi... A gdy skończyłam spiętrzać warstwy i spojrzałam na talerz, parsknęłam śmiechem, bo stworzyłam dwukolorową wersję filmowego ciastka "od Mendla", zwłaszcza jeśli chodzi o piętrową koślawość ;). Dodam skromnie, że widok od góry (zdjęcie) efektu nie oddaje.

Przepis pochodzi z Domestic goddess Nigelli, i już prezentowałam tu swój wariant mini czekoladowy, clou to jednak autorski dodatek, czyli rabarbar x 2. Potrzebny będzie i ugotowany na mus, i upieczony, ale trzymający kształt; ten pierwszy najłatwiej osiągnąć gotując kompot z 3-4 większych łodyg rabarbaru nieco dłużej, niż 15 minut, by ugotowane łodygi po odcedzeniu płynu można było lekko rozetrzeć na sicie. O pieczonym pisałam choćby tu, a do dekoracji wystarczą maksymalnie 3 łodygi, ale przygotować można większą ilość i zjeść np. na śniadanie...

Oczywiście podobnie można przygotować zwykłą Pavlovą.

Składniki bezy:

  • 6 białek
  • szczypta soli
  • 325g drobnego cukru
  • łyżka skrobi kukurydzianej
  • 2 łyżeczki octu białego/jabłkowego
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

ponadto:

  • ok. 6-7 łodyg rabarbaru, z czego połowa ugotowana, połowa upieczona (patrz wyżej)
  • 250ml schłodzonej śmietanki 30%
  • 1-2 łyżki cukru

Postępujemy początkowo jak przy klasycznych bezikach: ubijamy białka z solą na pianę, następnie dodajemy cukier - powoli i cierpliwie, łyżeczka po łyżeczce, przy stale chodzącym mikserze. Gdy już mamy lśniącą, gładką bezę a la krem Nivea, wyłączamy mikser i dodajemy pozostałe składniki (jak przy klasycznej Pavlovej), które mieszamy z masą delikatnie a stanowczo, np. za pomocą szpatułki. Nagrzewamy piekarnik do 180 st. C (termoobieg). Dwie duże blachy wykładamy papierem do pieczenia i/lub silikonem i zapełniamy je ok. 5cm bezami w odstępach kilku cm (rosną). Wkładamy blachy do piekarnika, który od razu skręcamy do 150 st. C. Pieczemy 30 min., wyłączamy piekarnik i zostawiamy bezy na co najmniej 30 minut w cieple resztkowym, następnie studzimy na kratce.

Przed podaniem ubijamy śmietankę z cukrem, dodajemy ugotowany, roztarty rabarbar i dokładnie mieszamy; powstałym kremem dekorujemy bezy. Na wierzchu każdej układamy po kopiastej łyżeczce rabarbaru pieczonego, osiągając efekt wspomnianego wcześniej koślawego kopczyka ;).

* Początkowo napisałam "minioną", planowałam bowiem wpis dokończyć podczas krótkiego urlopu w Iranie, nie przewidując, że Blox należy do stron tam blokowanych ;). O kuchni perskiej będzie następny wpis.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Lubicie ciasteczka? Takie do pogryzania, do herbaty lub kawy? Ja bardzo lubię i puszka z napisem "Sweets" pełna domowych wypieków sprawia mi nie lada satysfakcję. Niedawno dostałam wielkanocny numer (tj. 27) Jamie Magazine i artykuł o tradycyjnych ciasteczkach sprawił, że miałam ochotę pobiec do kuchni i upiec je wszystkie. Ograniczyłam się jednak do dwóch przepisów i oba bardzo polecam. M skłaniał się ku imbirkom, ja nie potrafiłabym chyba wybrać jednych. Garibaldki mają także tą zaletę, że bazują na białkach, a takie przepisy zawsze lubię ;).

Imbirki (Gingernuts) - słodko-pikantne, uwaga: imbir mocno czuć w smaku!

Składniki (na ok. 16 sztuk):

  • 100g mąki ze spulchniaczami (lub 100g mąki zwykłej i 3/4 łyżeczki mieszanki 1:1 sody i proszku do pieczenia, ew. 3/4 łyżeczki samego proszku)
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • ciut świeżo startej gałki (przejechałam ok. 8 razy całą gałką po tarce)
  • 1/4 łyżeczki mielonego/utłuczonego w moździerzu ziela angielskiego
  • 50g cukru jasnego (u mnie ciemny) muscovado
  • 50g miękkiego masła
  • 2 łyżki złotego syropu lub sztucznego miodu
  • cukier demerara do posypki

Nastawić piekarnik na 180 st. C (termoobieg). Wymieszać suche składniki, wetrzeć w nie masło, aż ciasto będzie przypominać okruchy. Dodać syrop/miód, ucierać i ugniatać masę, aż zbije się w kulę (jak poniżej).

Podzielić masę na 16 kawałków, z każdego utoczyć kulkę, umieścić równo na wyłożonej pergaminem/matą silikonową blaszce. Każdą kulkę spłaszczyć, lekko posypać demerarą. Piec 8-12 minut, do zrumienienia. Studzić na kratce, można ściągać z blaszki po ok. 5 minutach i studzić luzem.

Garibaldki (Garibaldis; nazwa pochodzi - od Garibaldiego, który w połowie XIX wieku odwiedził Anglię; przepis oszczędnościowy, przezywany także "ciastem z muchami" - aluzja do wyglądu.)

Składniki:

  • 100g stopionego masła
  • 100g cukru pudru
  • 3 białka (ok. 100g)
  • 100g mąki
  • 200g drobnych rodzynek/koryntek (u mnie mieszanka posiekanych dużych rodzynek i żurawiny - polecam!)

Ubić masło, cukier i mąkę. Pomału dodawać do masy białka, łyżka po łyżce, przy wciąż pracującym mikserze, na koniec dodać bakalie. Masa będzie dość mokra. Umieścić w lodówce na ok. godzinę. Po tym czasie wyłożyć blaszkę do piekarnika papierem do pieczenia, rozłożyć masę na równy prostokąt (u mnie mniejszy niż blacha), przykryć drugim kawałkiem pergaminu (jak na zdjęciu poniżej).

Na górnej warstwie pergaminu położyć drugą blachę i obciążyć dodatkowo (cytuję: "cegłą owiniętą w folię"; ja wykorzystałam naczynie żaroodporne). Odłożyć we względnie chłodne miejsce (wg pisma - do lodówki - ale kto ma tak szeroką i pustą :)?) na 30 minut. W tym czasie nagrzać piekarnik na 180 st. C (termoobieg). Piec ciasteczka, wciąż obciążone, przez 25-30 minut (do zezłocenia). Kroić na kwadraty/prostokąty niemal od razu, gdy ciasto jest wciąż ciepłe (szybko twardnieje).

 
1 , 2 , 3
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna