Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: bakalie

niedziela, 17 lutego 2019

Wiecie, że wykorzystanie białek to temat bliski mojemu sercu (z jakiegoś powodu mam trzy strony przepisów podczepione pod tag „na białkach” ;). Jesienią wypróbowałam kolejny patent pt. babeczki migdałowe, tzw. friands. Z jakiegoś powodu go nie zamieściłam od razu na blogu, a potem uznałam, że trzeba przepis jeszcze powtórzyć. Chodziła mi po głowie myśl, że czemu nie upiec ciasta w keksówce i nasączyć syropem cytrynowym – coś jak krzyżówka „madery” i revani. Jak pomyślałam, tak zrobiłam; wychodzi bardzo przyjemne, w sam raz słodkie, lekkie ciasto cytrynowe, i tym samym sześć białek do przodu ;) (co prawda, znowu jeszcze kilkadziesiąt siedzi w zamrażarce…). Dodatkowo i w wersji babeczkowej, i jako jedno ciasto jest bardzo łatwe i szybkie do przygotowania.

Babeczki migdałowe na białkach (friands), z grubsza za tym przepisem

Składniki (12 szt):

  • 160g masła
  • 100g mąki pszennej
  • 250g cukru pudru (bez dodatków typu skrobia itd.)
  • 125g mielonych migdałów
  • 6 białek
  • szczypta soli
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • ok. 2 średnich jabłek, obranych, pokrojonych w drobną kostkę
  • hojna szczypta cynamonu

Masło stopić i przestudzić. Jabłka po obraniu i pokrojeniu wymieszać z cynamonem, odstawić na bok. Mąkę wymieszać z cukrem i migdałami, osobno ubić białka ze szczyptą soli. Wymieszać delikatnie a stanowczo białka z mąką itd., na koniec dodać wanilię. Napełnić lekko natłuszczoną masłem standardową foremkę muffinkową (na 12 szt.) do 2/3 wysokości każdego otworu. Na wierzchu każdej babeczki umieścić łyżkę jabłek i lekko wcisnąć w ciasto. Piec ok. 30-35 minut w 180 st. (termoobieg) lub do zezłocenia i suchego patyczka. Przestudzić babeczki w foremce, delikatnie wyciągnąć, póki są jeszcze letnie. Podawać oprószone cukrem pudrem.

Oczywiście, w sezonie letnim można wykorzystać różne inne owoce - choćby maliny, które były w oryginalnym przepisie, truskawki czy jagody.

Ciasto migdałowe z syropem cytrynowym

Składniki:

Ciasto:

  • Jw., poza jabłkami, wanilią i cynamonem, oraz dodatkowo
  • skórka otarta z 2 cytryn
  • łyżeczka soku z cytryny

Syrop (za Domestic goddess Nigelli):

  • 4 łyżki soku z cytryny (z 1,5-2 owoców)
  • 100g drobnego cukru

Ciasto przygotować jw., dodając sok z cytryny oraz skórkę zamiast wanilii i napełnić natłuszczoną keksówkę z dnem wyłożonym przyciętym papierem do pieczenia. Piec 45 minut lub do z suchego patyczka w 180 st. C (termoobieg). Gdy ciasto się piecze, podgrzać składniki syropu aż cukier się rozpuści, odstawić na bok. Ciasto od razu po upieczeniu nakłuć patyczkiem w kilku miejscach i polać powoli a dokładnie syropem. Odstawić do przestudzenia. Wyjmując możecie zostawić ciasto do góry nogami, jeśli nie chcecie pokazywać światu dziurek ;).

Alternatywą dla syropu może być lukier cytrynowy (cukier puder roztarty na dość gęstą masę za pomocą soku z cytryny); można także użyć pomarańczy lub limonek (w cieście oraz do syropu/lukru).

środa, 23 stycznia 2019

Wróciłam z urlopu, na którym miałam ambitny plan napisania o torcie orzechowym w wersji kolejnej. A właściwie: torcie orzechowo-cytrynowym, nowym wcieleniu tego babcinego, o którym wspominałam tu już dawno temu (przepis na który skończył podobnie jak ten na nalewkę rodu Sonnenschein w filmie Kropla Słońca). O Babci Łucji pisałam trochę więcej przy okazji „starego zeszytu”. Nie wiem, skąd wzięła przepis na ten słynny tort, który pojawiał się regularnie na świątecznym czy urodzinowym stole, ale Tata pamięta z dzieciństwa, jak był pieczony; czasem podobno był zatrudniany do ucierania kremu. Kilka podejść odtworzenia przepisu, kończące się uwagami „smaczne, ale to nie to” mnie na parę lat zniechęciły. Szukałam nawet inspiracji w niemieckich książkach kucharskich, z których wysuwają się przedwojenne opakowania po proszku do pieczenia Dr. Oetkera i które dostałam razem ze „starym zeszytem”, ale choć styl dekorowania wypieków wydawał się podobny (patrz zdjęcie), przepisu na tort nie znalazłam.

 

Przełomem okazało się wertowanie tomu „Kuchnia śląska” autorstwa Emilii Kołder (zwanej przeze mnie Kołderką). Książka stała „od zawsze” na półce, ale nigdy nie wydawała mi się inspirująca (być może przez wątpliwej jakości ilustrację na okładce ;). Gdy jednak do niej zajrzałam, poza fascynującą leksyką (zozwór np. to imbir, gdybyście nie wiedzieli), znalazłam wiele obiecujących przepisów na kremy i masy orzechowe, i jeden z nich wypróbowałam ze dwa lata temu. Produkcja cukiernicza mnie jednak tak zmęczyła (m.in. łupiąc orzechy uszkodziłam sobie palec), że dopóki na jesieni moja Mama wyraźnie nie poprosiła o tort, nie planowałam powtórek. Ponieważ Tata narzekał na brak „jasnego kremu” i „nuty cytryny” w poprzednich wersjach, po analizie Kołderki przerobiłam krem waniliowy na cytrynowy. I choć usłyszałam z raz niewyraźne „może za dużo cytryny”, już teraz nie ma odwrotu. Po dziesięciu latach doszłam do swojej wersji tortu. Nie jest on tortem Babci, choć ma z nim wiele wspólnego, ale wreszcie pogodziłam się z tym, że nie da się do tamtego wrócić. Mam nadzieję, że taki by jej smakował. Niestety nie miała okazji spróbować jakiekolwiek mojego wypieku. A żeby nie było zbyt sentymentalnie: oto Babcia Ł. na nartach (inne ujęcia znajdziecie wyszukując „ze starego zeszytu” na blogu). Mam wrażenie, że czapka jako grzybek na czubku głowy to jedna z naszych cech wspólnych ;).

 Babcia Łucja

Ad rem: tort cytrynowo-orzechowy. Blaty bazują na starym przepisie z Kuchni polskiej (w opcji na 1/2), kremy to modyfikacje przepisów p. Kołder (głównie redukcja cukru, ale i inne dodatki/proporcje zmienione).

Składniki:

Blaty orzechowe

  • 125g zmielonych orzechów włoskich
  • 4 jaja (białka i żółtka osobno)
  • 125g cukru pudru (ew. drobnego)
  • sok z ½ cytryny
  • 1,5 łyżki bułki tartej (ew. otrąb pszennych/owsianych)

Ucieramy żółtka z cukrem na pulchną masę, dodajemy sok z cytryny. Białka ubijamy na pianę. Wykładamy warstwami na żółtka pianę, orzechy, bułkę/otręby, delikatnie mieszamy i przekładamy do dwóch tortownic 20cm – brzegi wysmarowane masłem i wysypane mąką, dno wyłożone papierem do pieczenia przyciętym na wymiar. Pieczemy 30-35 minut, lub do suchego patyczka w 180 st. C (termoobieg). Jeśli ktoś się bardzo upiera, może piec w jednej tortownicy (40-45 min) i potem przekroić.

Masa orzechowa

  • 250g zmielonych orzechów włoskich
  • 125g cukru (najlepiej mieszanka 1:1 ciemnego muscovado i zwykłego drobnego)
  • ok. pół szklanki (tj. 120ml) śmietanki-kremówki, ew. niewarzącej się śmietany 18%
  • sok z 1/2-1 cytryny
  • płaska łyżka drobno mielonej kawy

Wszystkie składniki utrzeć na gładką masę (nie za gęstą, ale jednocześnie nie płynącą – powinna się nadawać do wyciskania z tytki oraz posmarowania blatów); sok z cytryny dodać wg uznania. Kremu starczy do obfitego przełożenia blatów oraz do dekoracji wierzchu/boków po obłożeniu kremem cytrynowym (+ może zostać niewielka ilość górką, ale wierzę, że z taką „nutellą” sobie poradzicie ;). Do dekoracji przyda się rękaw cukierniczy lub podobne akcesorium, którym będziecie wyciskać paski, rozetki lub inne kształty (na Wigilię przygotowałam choinkę ;). UWAGA: jeśli nie chcecie robić dekoracji, tylko przełożyć tort w środku, wystarczy ½ ww. kremu.

Krem cytrynowy

  • 150g miękkiego masła
  • 90g cukru pudru
  • skórka starta z 2 cytryn
  • 3 łyżki soku z cytryny

Wszystkie składniki utrzeć na miękki krem. Użyć go do obłożenia boków oraz wierzchu kremu (przyda się szpatułka).

Ponadto do dekoracji, niezależnie od opcji, przyda się garść ładnych połówek orzechów włoskich i/lub posiekane/potłuczone na drobinki. Połówki można ułożyć dookoła brzegu tortu, drobinkami można obłożyć równomiernie boki – ale szczegóły pozostawiam Waszej inwencji.

sobota, 22 grudnia 2018

Obiecywałam już dość dawno, że zrobię panforte – już po toskańskim wyjeździe na wiosnę, a Florencja mnie w tym zamiarze utwierdziła. Okres świąteczny aż się o to prosił, bo choć obecnie panforte można kupić przez cały rok, tradycyjnie był to wypiek na specjalne okazje, b. popularny w porze Bożego Narodzenia. W sumie od początku wiedziałam, że skorzystam z przepisu Giulii Scarpalegii, kwestią było tylko to, na którą wersję się zdecydować. Ponieważ moje pierwsze panforte było cytrusowe, stanęło na przepisie klasycznym.

Gdy doszło do pieczenia, okazało się, że mam za mało migdałów, więc zrobiłam z połowy składników (i wreszcie wiem po co kupiłam tycie tortownice w niderlandzkim Dille i Kamille, czyt. idealnie się nadają na mini-panforte z ½ przepisu). Z innych wątpliwości był tajemniczy „papier ryżowy” do wyłożenia foremki. Okazało się, że to to, co w Niemczech nazywa się Oblaten, czy też opłatki do pieczenia, które stanowią jadalną podkładkę dla świątecznych wypieków. Użyłam, z powodzeniem, papieru do pieczenia. Kolejną sprawą była kandyzowana skórka cytronu/etrogu, tj. cykata (o której ładnie pisała Monika). Etrog, zwany także pirrito, przez wiele lat kojarzył mi się tylko z „bohaterem” izraelskiego filmu Goście (Ha Ushpizin), gdzie grał ważną rolę podczas Święta Szałasów, i w sumie dopiero autorka Kuchni Naszej Polskiej uświadomiła mi, co się z nim (także) robi. Ponieważ ww. cykaty jednak nie posiadałam, użyłam suszonej skórki cytrynowej, którą, zgodnie z instrukcją na opakowaniu, namoczyłam (w wodzie i ekstrakcie pomarańczowym). Ku mojemu zaskoczeniu, powiększyła objętość kilkakrotnie, o czym warto pamiętać. Nie wydawała mi się jednak szczególnie aromatyczna, dlatego dodałam odrobinę dodatkowego aromatu pomarańczowego (którego widać na liście składników). Tyle z uwag, poza końcową, że jest to w gruncie rzeczy wyjątkowo prosta i szybka do przyrządzenia rzecz, a jeśli tylko lubicie bakalie, będziecie zachwyceni. Wszelkie porównania do piernika (na które się natknęłam np. w Wikipedii) są jednak nieporozumieniem – chyba, że chodzi o możliwość dojrzewania ciasta.

Składniki:

  • 350g migdałów (u mnie mieszanka 2:1 całych nieblanszowanych i takich w płatkach)
  • 150g kandyzowanej skórki pomarańczowej (dokładnie osączonej z syropu)
  • 150g kandyzowanej skórki cytrynowej (a najlepiej cytronu/pirrito/etroga, czyli tzw. cykaty, osączonej jw.), ew. namoczonej (i osączonej) suszonej
  • 150g mąki
  • 10g przyprawy korzennej, typu dobrej przyprawy do piernika
  • 150g miodu
  • 150g cukru pudru (+ do podania)
  • opcjonalnie: parę kropli Cointreau/ekstraktu pomarańczowego

Migdały uprażyć chwilę na suchej patelni lub w piekarniku (180 st. C). Wymieszać z cytrusami, mąką i korzeniami. Przygotować foremkę (małą tortownicę, np. 20cm – autorka sugerowała 18cm, ale chyba w PL takie nie występują): wyłożyć lekko natłuszczone dno papierem do pieczenia przyciętym na wymiar i tak samo postąpić ze ściankami, tj. wyłożyć je jednym dłuższym kawałkiem pergaminu. Stopić na małym ogniu miód z cukrem i 3 łyżkami wody. Zdjąć z ognia, gdy masa zamieni się w gęsty, złocisty syrop. Wymieszać z pozostałymi składnikami (dodać wówczas także ekstrakt/Cointreau, jeśli używacie) – masa będzie bardzo gęsta. Przełożyć do przygotowanej foremki i wyrównać wierzch. Oprószyć cukrem pudrem i piec ok. 30 minut w 180 st. C (termoobieg). Lekko przestudzić i wyjąć z foremki (podobno z zupełnie wystudzonej może być ciężko wyciągnąć ciasto ze względu na karmel, ja jednak nie miałam z tym problemu, choć było już tylko lekko letnie). Proponuję jeść najwcześniej następnego dnia; można także ciasto przechowywać dobre kilka tygodni (widziałam także wersje, że i miesięcy, ale nie próbowałam) owinięte papierem, w szczelnym pojemniku. Tak czy inaczej, przed podaniem posypać cukrem pudrem.

Nawiązując do ostatniego zdania przepisu: jeśli porównacie zdjęcia Giulii i moje, różnica w ilości cukru pudru rzuca się w oczy ;). Pozostawię decyzję wam, tradycyjnie faktycznie powinna być to równa, konkretna, śnieżna ;) warstwa. Warto pamiętać, że jeśli, jak ja, użyjecie skórki cytrynowej suszonej, ciasto wcale nie będzie mocno słodkie.

Korzystając z okazji, bo przed BN już nic na blogu się nie pojawi: Wesołych Świąt! I zapraszam na Facebooka/Instagram, gdzie można zobaczyć coś ode mnie codziennie, zwłaszcza w relacjach.

czwartek, 15 listopada 2018

Zaginęłam w akcji, bo m.in. walczyłam z przeziębieniem. W tej chwili siedzę pod kocem, chusteczki pod ręką, stopy przygniecione Brzozą (nieco cięższą, niż prawie dwa lata temu - i pewnie za ciężką ;) i spieszę wam donieść, co zrobić z pigwowcem, jeśli go przypadkiem jeszcze posiadacie (jeśli przypadkiem jeszcze na krzaku, zbliżają się przymrozki, pewnie warto zerwać).

[I tu wstawmy przerwę na zawieszenie się komputera, podczas której ww., niezapisany tekst znikł w przestworzach…]

A więc: może sobie przypominacie zeszłoroczne babeczki bakaliowe (mince pies)? Tam właśnie wspomniałam, że zrobiłam masę z pigwowca, i że przepis pojawi się w kolejnym roku, w sezonie. A więc oto on! Rzecz jest bardzo prosta, jedynie trzeba się trochę nasiekać bakalii. Jest to przerobiony przepis Nigelli z How to be a domestic goddess na masę z pigwy (quincemeat), gdzie poza tym, że użyłam bardziej kwaśnego owocu, inaczej obrobiłam go termicznie.

Składniki:

  • ok. 1-1,2kg pigwowca
  • 250g sułtanek
  • 250g innych rodzynek
  • 250g suszonych moreli (ew. śliwek, lub mieszanki śliwek i daktyli, lub fig…)
  • 300g brązowego cukru (ciemnego lub jasnego muscovado)
  • łyżeczka nasion kardamonu
  • jw. goździków
  • jw. mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki kwiatu gałki muszkatołowej, ew. ok. ¼ łyżeczki startej gałki
  • 100g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 50-100ml* brandy

* Mniej, jeśli wolicie mniej % lub masa pigwowcowa będzie wydawała się bardzo płynna, tzn. wyraźnie lejąca się (idealna bardziej przypomina puree/papkę dla niemowląt).

Pigwowca umyć, przekroić na 1/2, umieścić w garnku i zalać owoce wodą tylko tyle, by je przykryć. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 30-40 minut lub aż owoce zaczną się rozpadać. Lekko przestudzić i przetrzeć całość przez sito. Powinniście uzyskać ok. litr pulpy. Bakalie posiekać, wymieszać z pigwowcem, dodać cukier, przyprawy (kardamon i goździki wcześniej utłuc w moździerzu), skórkę i brandy. Całość dokładnie wymieszać, przełożyć do czystych, wyparzonych słoików i spasteryzować (sugeruję dłużej, niż przetwory gotowane - ok. 25 minut w piekarniku w 150 st. i potem drugie tyle w cieple resztkowym).

Mając gotową masę można upiec ww. babeczki, można także wykorzystać inne pomysły z poprzedniego przepisu, np. nadziać ciasto (struclę lub drożdżówki), lub rozsmarować na kwadratach ciasta (pół)francuskiego, lub użyć jako nadzienia do dużej tarty (można dodać także jabłka lub gruszki w plastrach). W sam raz na nadchodzący sezon świąteczny, o czym zewsząd przypominają nam reklamy ;).

wtorek, 24 lipca 2018

Gdy niedawno byłam (bardzo krótko) w Londynie, zaliczyłam wizytę w Elystan Street (oraz wróciłam do St. Johna: poprawiłam w recenzji jedną informację praktyczną). W Elystanie było raczej pozytywnie, ale bez zachwytów, poza może dwoma rzeczami: aperitify, i to zarówno sour werbenowy (wściekle zielony), jak i bezalkoholowy koktajl na Seedlip, bezprocentowym destylacie, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia, oraz moja przystawka. Mianowicie był to chłodnik migdałowy; jak tylko go zobaczyłam w karcie, przypomniałam sobie, że zawsze chciałam tego spróbować. Smak mnie zaskoczył i jednocześnie bardzo przypadł do gustu przez połączenie słodkiego, kremowego i kwaśnego. Do tego wszystkiego jest to (przynajmniej w moim odczuciu) atrakcyjnie wizualnie danie i, uwaga, typowo przystawkowe (czyt. trudno zjeść dużo). W sam raz dla gości.

Przeczytałam kilka przepisów w internecie plus ten z A kitchen in France Mimi Thorisson i doszłam do wniosków takich, że to mniej więcej jak z bigosem ;) – każdy wie swoje. Poza faktem, że w każdym przepisie są migdały i chleb, reszta jest od Sasa do Lasa. Mój przepis ostatecznie bazuje na wersji Mimi, poza zwiększoną ilością octu, ale posypka jest zupełnie inna, nawiązująca do tego, co jadłam w Londynie. Co prawda, jeśli wierzyć menu ze strony internetowej, tam jeszcze był melon, no, ale… Wyszło i tak efektownie oraz, co ciekawe i niecodzienne, uzyskało aprobatę M, który nie jest wielkim fanem migdałów.

Składniki (na ok. 3 porcje):

  • 75g (czyli 1 większa kromka) białego chleba (bez skórki, jeśli jest gruba)
  • 100g migdałów w płatkach
  • 125g zielonych winogron bezpestkowych (użyłam rodzynkowych)
  • 1 mały, obrany ogórek
  • zmiażdżony ząbek czosnku
  • 2 łyżki łagodnego octu np. jabłkowego (u mnie nieodmiennie domowy), lub więcej do smaku
  • 75ml dobrej oliwy z oliwek
  • 350ml zimnej (np. z lodówki) wody
  • sól i pieprz

Do podania:

  • ok. 8-10 niewielkich zielonych oliwek,
  • 6 niewielkich liści mięty,
  • łyżka uprażonych migdałów,
  • kilka (ok. 4-6) winogron
  • oliwa

Chleb namoczyć kilka minut w chłodnej wodzie, osączyć i odcisnąć, zmiksować z owocami i warzywami, stopniowo lejąc zimną wodę, ocet i oliwę. Przecedzić i przetrzeć, skosztować, doprawić do smaku solą  i pieprzem, schłodzić co najmniej 6h (lub najpierw schłodzić, potem przetrzeć). Składniki posypki posiekać, skropić cytryną, oliwą, lekko posolić, odstawić do przegryzienia na 10-15 minut przed jedzeniem. Skosztować schłodzonej zupy i w razie potrzeby doprawić do smaku. Podawać niewielkie porcje, z posypką na wierzchu, lekko skropione oliwą.

czwartek, 21 grudnia 2017

Dzisiaj odkryłam (ach, te wspomnienia „Tego dnia” na Facebooku), że blog kończy równo 10 lat. Nie będę truła, że „kiedy to minęło”, bo akurat przez tą dekadę całkiem sporo się w moim życiu zmieniło (z przeprowadzką z Warszawy na Mazury na czele), ale myśl, że przez ten czas blog mi towarzyszył, jest całkiem miła. Może i pisałam kiedyś więcej, ale za to (mam nadzieję ;) potem ilość przeszła w jakość. Są tu zapisy różnych wyjazdów, od Indii po Kanadę; można prześledzić ewolucję wypieków, od pierwszych niewydarzonych bochenków na zakwasie po takie całkiem wyględne, dobrze wyrośnięte i wypieczone. Są recenzje kulinarne i zdjęcia kotów (w tym Oscypka, za którym wciąż tęsknię). Jak napisałam te 10 lat temu, jest to blog o kuchni, ale nie tylko ;) - i obecnie jest to zapis całkiem sporego fragmentu mojego życia.


I wracając do kulinariów, skoro jest wpis, którego miało nie być: parę dni temu upiekłam, po raz pierwszy w życiu, babeczki z masą bakaliową vel mince pies. Jest to o tyle zabawne, że masę bakaliową (bdb pomysł na wykorzystanie nadmiaru owoców bogatych w pektyny) robiłam już wiele razy, tylko, że albo robiłam z niej dużą tartę, albo przekładałam nią piernik, albo wsadzałam ją do drożdżówek (ew. smarowałam ciasto francuskie dla idiotów). Nigdy jednak nie poszłam w małą formę, przy czym koniecznie zależało mi na gwiazdkach na wierzchu.

Jeśli posiadacie duży słój mincemeat (wspominam poniżej też o kupnej, bo w końcu Wyspy pełne rodaków ;), babeczki mogą być awaryjnym ciastem świątecznym, bo choć chyba najlepiej smakują na świeżo, lekko ciepłe lub letnie, można je podgrzać przed podaniem. Tu w ogóle użyłam eksperymentu pt. quincemeat, masy na bazie pigwowca, który wyszedł świetnie a niepotrzebnie martwiłam się, że nie zapisałam przepisu – oględziny Domestic goddess wykazały notatki ołówkiem na marginesie. Innymi słowy, w sezonie pigwowcowym, czyli przyszłą jesienią, możecie się spodziewać przepisu.

A więc te mince pies…

Składniki:

  • 500ml dobrej jakościowo mincemeat, kupnej lub domowej, np. jabłkowej lub z pigwowca, ew. patrz sugestia poniżej*
  • ulubione lekko słodkie ciasto kruche z 250g mąki (u mnie 250g mąki, 125g masła, szczypta soli, 40g drobnego cukru i kilka łyżek maślanki)
  • opcjonalnie: 2-3 łyżki pokruszonego marcepanu

Schłodzone ciasto rozwałkować cienko, ale nie przesadnie, wyciąć krążki (jak na pierogi) szklanką lub wykrawaczką, wyłożyć ciastem 16-18 foremek na małe tartaletki (u mnie najlepiej sprawdziły się zwykłe metalowe, niczym nie posmarowane). Schłodzić w lodówce na czas rozwałkowania pozostałego ciasta, by wyciąć gwiazdki na wierzch babeczek. Nałożyć do każdej tartaletki po ok. 2 łyżeczki (jak widać po zdjęciach, ja jej nie żałowałam...) masy bakaliowej, delikatnie posypać marcepanem, jeśli używacie i nakryć gwiazdką z kruchego ciasta. Piec ok. 20 minut w 200 st. C. (termoobieg) do lekkiego zezłocenia, studzić na kratce. Jeść najlepiej tego samego dnia, lekko ciepłe i posypane cukrem pudrem. Na drugi lub trzeci dzień po pieczeniu są oczywiście wciąż jadalne, ale ciasto lekko stwardnieje; najlepiej babeczki lekko podgrzać przed jedzeniem.

* I teraz wskazówka: co jeśli nie macie mincemeat? Użyjcie 500ml dobrych powideł (ew. brusznicy/żurawiny do mięs), zmieszanych z hojną garścią lub dwiema posiekanych bakalii, np. migdałów, rodzynek i skórki pomarańczowej, a całość lekko skropcie amaretto lub brandy. Żurawinę warto lekko dosłodzić brązowym cukrem. Warstwę powideł posypać, jak powyżej, pokruszonym marcepanem.


A swoją drogą ciekawa jestem, u ilu osób zagoszczą na stole śledzie grzybowe, które zwłaszcza dzisiaj cieszą się ogromnym powodzeniem na blogu ;). Wesołych - albo przynajmniej spokojnych - Świąt.

niedziela, 05 listopada 2017

 

Jak macie w ręku nową książkę kucharską, od jakiej sekcji zaczynacie oględziny? Jak przeglądam online (tu np. Amazon z funkcją "Look inside" ma zdecydowaną przewagę nad innymi sklepami), patrzę najpierw na indeks i spis treści. Jak już mam swoją książkę, zaczynam prawie zawsze oglądanie od tyłu, a tam znajdują się standardowo desery - nawet w książce, która nie ma tradycyjnych podziałów na sekcje, tzn. najnowsza Nigella (At my table). Tak wpadł mi w oko kolejny pomysł na zużycie białek, czyli "zapomniane ciasteczka", vel merookies (połączenie cookies i meringue - bezociasteczka, choć my je nazwaliśmy inaczej, o czym niżej).

Pomysł nawiązuje do nocnej bezy tej samej autorki, o której (w opcji czekoladowej) pisałam kilka lat temu - wsadza się ciasto do piekarnika i o nim zapomina przez noc (analogicznie do pieczonych pomidorów). W przeciwieństwie jednak do "zapomnianego deseru", gratki dla fanów musu czekoladowego i mokrego wnętrza Pavlovej, beziki z czekoladą wychodzą wyraźnie suche; wnętrze z orzechami i czekoladą nam się mocno kojarzyło z kakaowymi wafelkami, stąd nazwa bezowafelki. W moim odczuciu ciekawsze od zwykłych małych bez, za którymi specjalnie nie szaleję, proste, szybkie, i łatwo można zagospodarować te nieszczęsne białka (których stale mam nadmiar, wystarczy zrobić makaron...).

Składniki:

  • 2 duże białka
  • 100g drobnego cukru
  • 75g posiekanej ciemnej czekolady
  • 75g posiekanych pistacji (można ew. użyć innych orzechów)
  • ¼ łyżeczki mielonego kardamonu lub wanilii
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej lub kukurydzianej
  • 1 łyżeczka octu z białego wina lub jabłkowego

Białka ubić na sztywno z cukrem i szczyptą soli, sypiąc cukier pomału i stopniowo, łyżeczka po łyżeczce. Wymieszać delikatnie a stanowczo z octem i skrobią, dodać wanilię/kardamon, większość pistacji i czekoladę, wymieszać krótko, tylko do połączenia. Nakładać po łyżce masy na bezę, w odstępach, bo rosną, na 1 lub 2 blaszkach wyłożonych matą silikonową lub papierem do pieczenia, posypać pozostałymi pistacjami. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i natychmiast go wyłączyć. Zostawić bezy w środku na noc lub co najmniej 8h. Dość dobrze się przechowują w suchym miejscu, w temperaturze pokojowej lub nieco niższej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 16 października 2017

World Bread Day, October 16, 2017Od kiedy na poważnie zaczęłam piec chleb, biorę udział w World Bread Day. Nie przeszkodziła mi przeprowadzka ani remont, jednak co rok mam problem z wyborem przepisu, po prostu dlatego, że stosunkowo rzadko piekę coś nowego. W sumie jednak Światowy Dzień Chleba to dobra okazja do eksperymentów ;), a ponieważ od ok. 2 tygodni otaczają mnie jabłka (od kiedy ogołociłam jabłonie, pijemy często sok wyciskany, dzisiaj też odcedzałam cydr i ocet), normandzki chleb Hamelmana aż się prosił o upieczenie. Uwaga – mam wrażenie, że widziałam ten przepis w sieci z cydrem w składzie. Otóż jest to przepis amerykański, a (jak już to kiedyś pisałam i nawet wytłuściłam ;) cider tam = sok, hard cider = alkohol. Jeffrey co prawda radzi, że do chleba szczególnie dobrze nadaje się taki sok, co „trochę sfermentował”, czyt. niekoniecznie już nadaje się do picia, ale raczej % wtedy jeszcze nie zawiera. Do swojego bochenka dodałam taki, jaki pijemy w weekendy do śniadania – mętny, wyciśnięty z całych nieobranych jabłek.

Przepis za Jeffreyem, ale z ½ proporcji (na 1 bochenek) i przeliczony na gramy/ml; jabłek nieco mniej, bo w chlebach bakaliowych Hamelmana dla mnie jest przeważnie za dużo bakalii.

Składniki:

Zaczyn:

  • 85g mąki pszennej chlebowej
  • łyżka (16g) aktywnego zakwasu pszennego
  • ¼ szklanki (60ml) wody

Ciasto właściwe:

  • zaczyn jw.
  • 150ml świeżo wyciskanego, niefiltrowanego soku jabłkowego (domowego lub b. dobrego kupnego)
  • 325g mąki pszennej chlebowej
  • 45g mąki pszennej razowej
  • ½ szklanki (120ml) wody
  • 5g świeżych drożdży
  • ½ łyżki soli
  • ¾ szklanki suszonych jabłek (ok. 45g, z dwóch średnich sztuk)

W dzień przed pieczeniem (lub kilka dni wcześniej) przygotować jabłka, wydrążając i krojąc w kostkę, po czym susząc na pergaminie w 100 st. C. (termoobieg) lub wykorzystując ciepło resztkowe piekarnika/pieca. Jabłka mają być zwięzłe, gumowe i wyraźnie suchsze niż świeże, ale nie twarde! Z tego powodu nieszczególnie nadają się do pieczenia gotowe suszone.

Składniki zaczynu wymieszać w dzień poprzedzający pieczenie, przykryć, odstawić na noc lub do ok. 12h.

Następnego dnia wymieszać zaczyn z wszystkimi pozostałymi składnikami poza suszonymi jabłkami, wyrobić ciasto. Po kilku minutach, gdy jest już elastyczne i tylko minimalnie lepkie, dodać jabłka, i wyrabiać tylko tyle, by je połączyć z ciastem. Odstawić do wyrastania na 2h, złożyć po godzinie. Uformować bochenek, odstawić do wyrastania w omączonym koszyku na 1-1,5h.

Piec nacięty bochenek na nagrzanym kamieniu z parą w 220 st. C (termoobieg; w góra/dół 230-235 stopni), przez ok. 40 minut, skręcając temperaturę do 205 st. (lub odpowiednio 215-220) po ok. 15-20 minutach. Studzić na kratce.

Jako bonus, skoro o kuchni Ameryki Północnej mowa – w kanadyjskich kawiarniach często migał mi w menu hot apple cider i nie był on alkoholowy. Jak rozumiem, o takim napoju właśnie myślała Deb pisząc o nowojorskich jesiennych pączkach (wcześniej wspomniany link). Spróbowałam, i rzeczywiście taki grzany sok jest pyszny! Łatwo można przygotować wersję i dla małych, i dla dużych (minimalnie zakrapianą). Mój sok jest na tyle słodki, że dosładzanie nawet mi przez myśl nie przeszło.

Składniki (2 porcje):

  • 500ml świeżo wyciskanego, niefiltrowanego soku jabłkowego (domowego lub b. dobrego kupnego)
  • 1 mała laska cynamonu
  • 1-2 goździki
  • świeżo starta gałka muszkatołowa
  • mielony cynamon (do podania)
  • opcjonalnie: 2-3 łyżki whisky lub ciemnego rumu

Sok umieścić w rondlu z przyprawami (gałką przejechać ok. 10 razy po tarce), mocno podgrzać, mieszając co jakiś czas, ale nie zagotowywać. Jeśli mają być %, zdjąć naczynie z ognia, wlać whisky i całość wymieszać, odstawić na chwilę. Przelać przez drobne sitko. Podawać oprószone cynamonem i dodatkową gałką.

TU znajdziecie wszystkie moje inne wpisy WBD.

ENGLISH PLEASE!
Ever since I started baking bread, I’ve taken part in World Bread Day. Neither moving home nor lengthy house renovation held me back, and yet each year I have problems chosing a recipe for this special blog entry. This is probably because I rarely try new recipes. Since I’ve been surrounded by apples for 2 weeks (after I picked the apples off our trees there’s been cider to drink & hard cider and vinegar fermenting) the choice was quite obvious. It had to be Jeffrey Hamelman’s Normandy Apple Bread. A note on the side: American English can be confusing if you’re a predominantly British English speaker, and it’s only been for about 2 years that I’ve realised the difference between American cider, which is a soft drink, and hard cider, which is what Brits call just cider. Confusing, right? Well, in this bread you need to use the non-alcoholic version; you want unfiltered, natural, fresh pressed apple juice (cider in AmE), homemade or store/market bought, but good quality.

The below recipe is based on the one in Bread, but I halved the ingredients to make only 1 loaf plus have converted it to the metric system. I’ve also added slightly less dried apples, as I find that Hamelman’s fruit and nut loaves usually contain too much fruit for my liking.

Ingredients:

Starter:

  • 85g bread/strong white flour
  • 1 tbsp (16g) mature culture (wheat levain)
  • ¼ cup (60ml) water

Final dough:

  • starter as above
  • 150ml fresh unfiltered apple juice (cider), homemade or best store-bought
  • 325g bread/strong white flour
  • 45g wholemeal wheat flour
  • ½ cup (120ml) water
  • 5g fresh yeast
  • ½ tbsp salt
  • ¾ cup dried apples (approx. 45g, from 2 medium apples)

One day (or a few more) before baking prepare the apples: core but don’t peel, then chop and dry in a 100 C fan oven until leathery, but not hard or really dry – which is why store-bought dried apples don’t really work here. You can also use residue oven heat to dry them or the top of a wood burner.

For the starter, mix all the ingredients, cover with clingfilm and leave overnight or for up to 12 hours in room temperature.

The next day, mix all the ingredients, apart from the dried apples. Knead for a few minutes, by hand or mixer, then when you’ve got a firm and only slightly sticky dough, add the apples and knead only till they are incorporated into the dough.
Cover with clingfilm and leave to proof for around 2 hours. Fold the dough once. When the dough has doubled in size, fold it, shape into a round or oval loaf and place in a proofing basket (lined with a floured tea towel) seam side up. Leave for final proofing – about 1-1.5 hours.
Preheat the oven to 220 dgs C (fan; 230-235C conventional). Slash the loaf before baking. Bake with normal steam for around 40 minutes, reducing the temperature to 205 dgs (or 215-220C in a conventional oven) after 15-20 minutes. Cool on a rack before slicing.

Aaaand, as a bonus – if you’ve got some fresh apple juice (cider) left, how about serving it hot? Can be easily made into a drink for grown-ups, too. This is how I made mine.

Ingredients (2 cups):

  • 500ml fresh unfiltered apple juice (cider), as before
  • 1 small cinnamon stick
  • 1-2 cloves
  • freshly grated nutmeg
  • ground cinnamon (to serve)
  • optional: 2-3 tbsp whisky or dark rum

Place the juice/cider and spices in a pan (for the nutmeg, I say around 10 gratings) and gently warm, stirring from time to time, until hot, but do not boil. If you want to add the whisky, take the pan off the hob, add the alcohol, stir, then set aside for a few seconds. Pour through a fine sieve before serving. Serve with a sprinkling of cinnamon and more nutmeg.

Here you’ll find all my other WBD entries so far.

Zapisz

środa, 11 października 2017

To właściwie będzie przypominajka i próba przekonania niedowiarków, że strudel jest dla ludzi. Ba, uważam, że jest znacznie mniej czasochłonny i pracochłonny, niż zwykła szarlotka do której się ściera jabłka w dużej ilości, a jak raz się opanuje rozciąganie ciasta, wiadomo, że nie ma w tym nic trudnego. Innymi słowy, nie ma się czego bać, a efekty są świetne.

Strudel jesienny zatem:

  • ciasto jak w wersji klasycznej;
  • farsz to jabłka i śliwki w stosunku 1:2, łączna waga przed obraniem/wydrylowaniem ok. 1200g. Śliwki przekrojone na 1/2, obrane jabłka w grubsze plastry/cząstki. Cukier jak w wersji ze śliwkami, w 1/2 brązowy (tu jasny muscovado);
  • przyprawy: 1/2 łyżeczki cynamonu i 1/4 łyżeczki imbiru;
  • inne dodatki: 2-3 łyżki rodzynek z magicznego słoika oraz ok. 2 łyżek orzechów włoskich;
  • zamiast bułki tartej: czerstwa chałka (70g) starta na tarce. Nie była tak sucha, jak bułka, więc nie było potrzebne dodatkowe masło;
  • całość przygotowana i pieczona jak w klasycznym strudlu.
Odwagi! I smacznego (wiadomo, najlepszy jeszcze ciepły lub lekko podgrzany).

niedziela, 20 sierpnia 2017

Zachwycając się dwa lata temu morelami, wykrakałam, że „nigdy nie będzie takiego [owocnego] lata”. Tegoroczne morele jadalne są, ale brakuje im (moim zdaniem) soczystości i słodyczy tych, z których robiłam tarte tatin, czy rok temu choćby knedle (i dżem morelowy wyszedł, bez moich specjalnych starań, o konsystencji powideł, tj. suchy). Ale! Morelom, podobnie jak takim-se śliwkom czy (moim zdaniem) każdym jabłkom, bardzo pomaga obróbka termiczna. I nawet morela trochę za sucha, trochę zbyt mdła na surowo, po upieczeniu zyskuje. Zastanawiając się więc, „czy znowu rustykalna, czy może coś innego” i przeglądając Nigela Slatera (Tender II), zawiesiłam wzrok nad stroną pt. klasyczna tarta z morelami (oraz migdałami). Oto ona, choć po moich zmianach. Bo i moreli jest więcej (Nigel napisał 6 sztuk, nie precyzując wagi, u mnie jest ok. pół kilo i było ich na pewno powyżej 10), i ciasto nieco inne, i amaretto wydaje mi się oczywistym alkoholem do namaczania, i mieląc migdały w domu warto dodać kilka sztuk gorzkich, i płatki do posypki są także inwencją własną. Całość jest bardzo smaczna i po schłodzeniu, i jedzona w temperaturze pokojowej (na ciepło nie polecam). Co więcej, niektórzy domownicy ;) nawet nie narzekali na migdały. Planuję jesienią wersję śliwkową.

Ciasto kruche, tzw. ulubione (jak w tarcie rustykalnej, ale z maślanką - dziękuję, Nigello ;):

  • 250g mąki
  • 2 łyżek cukru
  • 125g zimnego masła
  • kilka łyżek maślanki
  • szczypta soli

Mąkę wymieszać z cukrem i solą, wetrzeć zimno masło na okruchy, połączyć w elastyczne ciasto za pomocą maślanki. Uformować placek, schłodzić co najmniej 30 minut. Rozwałkować na kształt foremki 26cm lub trochę większej, wyłożyć tartownicę i nakłuć kilka razy widelcem, wyłożyć papierem do pieczenia z obciążeniem, tj. fasolkami, ponownie schłodzić.

Ponadto:

  • ok. 500g moreli (ok. 10-12 sztuk) + 2 łyżki cukru (może być brązowy)
  • 2 łyżki amaretto (ew. sherry, jak u Nigela, lub choćby ekstraktu waniliowego na alkoholu)
  • 180g cukru
  • 180g masła w temp. pokojowej
  • 150g mielonych migdałów (jeśli sami mielicie, warto do słodkich dorzucić kilka sztuk gorzkich)
  • 2 jaja
  • 80g mąki
  • kilka łyżek płatków migdałowych (do posypki)

Morele umyć, usunąć pestki, zasypać cukrem i zalać amaretto, odstawić na czas przygotowania ciasta, itd. Ciasto schłodzone po raz drugi piec na ślepo (z obciążeniem) w 200 st. C. (termoobieg) przez ok. 15 minut, zdjąć fasolki i piec jeszcze ok. 5-8 minut, do zrumienienia.

Gdy ciasto się podpieka, przygotować krem: utrzeć dokładnie, najlepiej w mikserze, miękkie masło z cukrem, dodać roztrzepane jaja i dalej ucierać; gdyby masa wyglądała na warzącą się, podsypać mąką (z tych 80g). Na koniec dodać migdały i mąkę, utrzeć na gładki krem. Wyłożyć masę na podpieczony spód, na wierzchu rozłożyć równomiernie morele (rozcięciem do góry albo do dołu, jak wolicie – zawsze mam wielki dylemat ;). Piec w 180 st. C. przez ok. 30 minut, aż krem się zetnie i zrumieni a morele się w niego zapadną. Po upieczeniu posypać migdałami w płatkach, zrumienionymi na suchej patelni (tak, wiem, że moje niektóre są na granicy przypalenia – Wam radzę bardziej uważać przy kuchence ;). Wystudzić przed podaniem – cieplejsze niż letnie nie jest po prostu smaczne. Przechowywać w lodówce lub przynajmniej w chłodnej piwnicy.

Dopiero przy ostatniej porcji przypomniało mi się, że Nigel sugerował dodatek śmietany („najlepiej niepasteryzowanej i w dużej ilości”), a że akurat miałam ją pod ręką, wykorzystałam. I, oczywiście, jak to podkreślała Julia Child*, ze śmietaną wszystko smakuje lepiej, ale nie jest to niezbędny dodatek ;).

* If you’re afraid of butter, use cream.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna