Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kawa

wtorek, 09 września 2014

Parę dni temu obiecałam pierwsze impresje z USA. Tym razem jestem w drodze do Vermontu. Dzień rozpoczęłam od zejścia na parter pensjonatu, do źródła kap kap (ustawianej o 6:30 rano dla rannych ptaszków), a na późniejsze śniadanie jedliśmy m.in. stratę (zapiekankę zbliżoną do croque monsieur) oraz gofry z, uwaga, jagodami amerykańskimi (wild blueberries) – o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Są słodsze od „naszych”, ale b. smaczne, i rosną np. w górach Maine.

Opis Nowej Anglii poczeka jednak na kolejny wpis, bo zaczęłam – jak wiele osób przede mną – od Nowego Jorku, ale na swoje szczęście, w przeciwieństwie do niegdysiejszych emigrantów, nie od traumatycznych doświadczeń na Ellis Island ;). Na lotnisku wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, wg czasu polskiego – w środku nocy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wyjściu z autobusu koło dworca Grand Central, była oświetlona kopuła budynku Chryslera. Widok w połączeniu z niskimi chmurami i odbijającymi się światłami miasta sprawił, że zawołałam: „Gotham!”. I wieżowiec pozostał moim ulubionym (jak na razie) budynkiem w NYC (a nastawiałam się na zachwyt nad Mostem Brooklyńskim). Tymczasem ciągnęliśmy walizki do hotelu, ulice były ruchliwe jak w dzień, a wokół pachniało... curry.

Pierwsze (wczesne... zmiana czasu robi swoje ;) śniadanie składało się z kultowego zestawu: bajgli (ze śledziem doprawionym na słodko, co przypomniało mi o pewnej książce, i pastą z tuńczyka) i słabej mlecznej kawy. Inne możliwe warianty dodatków obejmowały siekaną wątróbkę, serek śmietankowy oraz łososia w różnych postaciach. Obsługa mówiła z akcentem, podobnie jak co druga osoba, z którą miałam do czynienia w Nowym Jorku.

W ciągu kolejnych paru gorących dni w mieście odkryłam, że kawa nie musi być lurowata, skoro mogłabym wyjść w kapciach po zupełnie przyzwoitą flat white, i to można wybierać między kawiarnią tuż obok hotelu a tą za rogiem. Oba lokale czynne od 7 rano, co w NY wydaje się normą, skoro przeciętny człowiek idący rano ulicą, czy to do pracy, czy na spacer z psem, czy wracający z biegania, niesie w ręku tekturowy kubek lub coś zbliżone objętością do wiaderka ;).

Kontynuując temat śniadania, jednym ze spożywczych „do zaliczenia” był diner jak z filmów. Taki serwujący naleśniki, placek owocowy i morze słabej kawy, dolewanej wielokrotnie przez obsługę. Marzenie zrealizowaliśmy trzeciego dnia w Nowym Jorku, umawiając się na spotkanie z koleżanką w Scotty's Diner. Były i naleśniki, i to wielkości ponadnaturalnej ;), podane z masłem, syropem klonowym, i morze dolewanej kawy kap-kap, i woda z lodem stawiana bez pytania na stole. Zrozumiałam, czemu David Lebovitz udzielał szczegółowych rad czytelnikom jak prosić/domagać się kranówki we Francji, bo taka oczywiście była ta woda, i to mocno chlorowana. Choć jestem zwolenniczką wody z kranu, miałam kłopot z przyzwyczajeniem się tego basenowego smaku - w Midtown, bo już na Chelsea Market woda była smaczniejsza, a poza Nowym Jorkiem zupełnie neutralna.

W temacie Chelsea Market: jak ktoś jest kulinarkiem czy też, stosując polanglo, „foodisiem” (fudisiem?) i wybiera się do NY, pewnie już ma to miejsce na liście do odwiedzenia. Poza faktem, że można się tam najeść i zrobić zakupy, hala jest ciekawa architektonicznie, jeśli się lubi klimaty postindustrialne (i warto połączyć wizytę z obejrzeniem chociaż kawałka pobliskiego High Line). Zakupów nie robiłam, za to wybraliśmy się na ostrygi do Cull & Pistol, a właściwie to talerz mieszanych specjałów z tzw. raw bar, na które składały się ostrygi, surowe krewetki i małże. Konkretnie to tzw. littleneck (leukoma staminea), w przypadku których przeżyłam niemiłą niespodziankę. Nie sądziłam, że są jakiekolwiek owoce morza, których bym nie lubiła – a jednak, i są to właśnie te małże :) (utwierdziłam się w pierwszym wrażeniu jeszcze raz w Maine).

W Nowym Jorku także rozpoczęłam testowanie piw z małych browarów (craft beers). O ile kiedyś piwo amerykańskie kojarzyło mi się z butelkami Millera czy Corony, pogardliwie nazywanych albo „damskim piwem” albo mniej elegancko sikami, to nowe napoje typu IPA są z drugiego końca skali. Często jestem w stanie obiektywnie ocenić, że piwo jest oryginalne, smaczne itd., ale nie w moim typie, bo przeważnie są za ciężkie i bardzo gorzkie, nawet te opisywane jako „lekkie, letnie piwa”. Zdarzyły się jednak oryginalne perełki typu Great South Bay Blood Orange (smakujący grejpfrutowo, co w praktyce jest znacznie smaczniejsze, niż może się wydawać ;) lub white ale.


Poza ostrygami udaliśmy się na „prawdziwe” (nie fastfoodowe) burgery. Przy prośbie o słabo wysmażone mięso kelner ostrzegł mnie, że krwiste oznacza naprawdę krwiste i zasugerował jednak medium. M niezrażony poprosił o rare. Pierwszy raz jedliśmy hamburgery tak mało wysmażone i – choć pewnie to mało odkrywcze – okazało się, że w przypadku dobrego mięsa to działa. Natomiast zdziwiło mnie pytanie, czy nie chcę sera, bo pomysł, że miałabym zabijać świetną wołowinę stopionym serem, wzbudził mój sprzeciw (pomijam to, że na do burgera podano na stół także rozliczne sosy, bo ich użycie jest dowolne). Potem przestałam się dziwić, gdy odkryłam, że przy każdym prawie daniu (mięsnym lub nie) proponuje się klientowi dodatek sera lub też ten ser gdzieś się przewija. Uwielbiam tą postać nabiału, ale... nie zawsze i nie wszędzie. Jak widać jednak, umiar niekoniecznie jest cnotą amerykańską ;).

Na ostatnią kolację podczas pierwszego pobytu w Nowym Jorku (bo za dwa dni tam wrócę) udaliśmy się tropem pierwszych aromatów, czyli curry. Mieszkaliśmy na skraju dzielnicy Murray Hill, zwanym Curry Hill, od skupiska restauracji indyjskich na obszarze 2-3 przecznic przy Lexington Avenue. Nam wystarczyło obejście jednej przecznicy, obejrzenie około 20 restauracji i ich menu, i wybranie jednego lokalu. Od powrotu z Indii w restauracji indyjskiej byłam tylko raz, i zapomniałam, jak lubię tą kuchnię w takim wydaniu ;). Różnica między Bombajem a Nowym Jorkiem jest taka, że nad Atlantykiem mówią poprawnie „salted lassi” (nie „salt”) i pije się wodę z kranu, a reszta (włącznie z akcentem) jest taka sama ;). To jeden z plusów mieszkania z takiej metropolii – wszelkie kuchnie świata na wyciągnięcie ręki, i w dużym wyborze.

Cd. wrażeń spod znaku Nowej Anglii nastąpi wkrótce.

sobota, 31 grudnia 2011



Od wyprowadzki z Warszawy regularnie odwiedzam stolicę (co kilka-kilkanaście tygodni) i już kilkakrotnie stanęłam przed dylematem: Jest bardzo wcześnie rano i jest dzień niepracujący - dokąd na kawę i śniadanie? Bardziej dramatyczne było pytanie: Trwają Święta, wszystko zamknięte, skąd wziąć rano kawę*?! Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami w tej materii.

A więc, najpierw - śniadania.

W dzień powszedni nie ma problemu - wielokrotnie odwiedzałam np. Cafe Zagadka na Elektoralnej (niemal róg Al. Jana Pawła II; moje byłe okolice...). Miejsce czynne pon-pią od 8 rano oferuje kilka prostych zestawów śniadaniowych z kawą i sokiem pomarańczowym w cenie; ceny przyjazne, zaczynają się od ok. 10 zł.  Najczęściej wybierałam wersję z twarożkiem. Zdjęć śniadania niestety nie ma, za to mogę pokazać kawałek wystroju wnętrza :)



Niestety w soboty Zagadka czynna od 10... Podobnie jak wiele innych sympatycznych kawiarni - moje ulubione To lubię na ul. Freta, o którym pisałam, i w którym zjadłam już chyba całą taczkę bułeczek z pastami do chleba (można też zjeść rogaliki, vide foto), oficjalnie jest też czynne od 10 (nieoficjalnie podobno od 9:30).



Co jednak, jeśli głód przyciśnie nas wcześniej? Otóż są kawowe sieciówki, z których zasadniczo uznaję głównie Green Coffee, ewentualnie Coffee Heaven (a tej z zielonym logo na S nie uznaję). W zależności od miejsca, są czynne od 6 lub 7 rano (a na lotnisku jeszcze wcześniej). Ciekawa wydaje mi się jednak oferta Delikatesy Esencja na Marszałkowskiej (koło Teatru Rozmaitości, tam, gdzie dawno temu była Cafe Brama - ech, te wieczory przy tanim piwie i mezze ;), w którym to miejscu można w weekendy od 9 (w tygodniu od 8) zainwestować w pełne śniadanie (33 zł), które składa się z bufetu do woli, 1 dania na ciepło, dowolnej kawy/herbaty i soku wyciskanego.



Skosztowałam wędlin (smacznych i w stylu 'swojskim'), świeżej chałki, warzyw, serów; jako danie ciepłe wybrałam jajka w kokilkach (vide pierwsze zdjęcie w poście), których nigdy wcześniej nie jadłam (i mi smakowały, choć jaj w koszulce nie przebiły ;).

Misja druga - kawa.



Rok temu 25 grudnia uznałam, po bezowocnym przeszukaniu internetu przez komórkę, że przy Dworcu Centralnym coś musi być otwarte. Myliłam się. Skończyło się kawą w kawiarni któregoś hotelu w odległości 1km od Dworca - i nie było to doświadczenie godne zapamiętania (do tego stopnia, że nie pamiętam, który to był hotel...). W tym roku przeprowadziłam wcześniejsze netowe badania, i wygląda na to, że: a/są czynne stacje benzynowe, ale to raczej styl napojów kawowych lub kawowopodobnych, b/są wspomniane wyżej hotele ;), ale różnie bywa z jakością (i trzeba się liczyć z nieco wyższymi cenami), c/są otwarte, także 25.12., niektóre wspomniane wyżej sieciówki. Jeśli ktoś ma blisko na Okęcie, na lotnisku kawiarnie działają od świtu ;); my wybraliśmy się do czynnego od 9 rano Green Coffee na 4 piętrze (przy siłowni) bocznego skrzydła hotelu Hilton na ul. Grzybowskiej. Oferta kawiarni jest taka sama, jak innych GC, choć ceny są trochę wyższe, co wiąże się, jak sądzę, z lokalizacją. Za to byli czynni w dzień świąteczny... i serwują przyzwoite (tylko trochę za duże) cappuccino na doppio. Plus migdałowe croissanty, dla tych, którzy muszą jakoś przetrwać 2 godziny do rodzinnego śniadania.

* Nie mam na myśli napojów kawopodobnych z granulek (a kysz), filtru przelewowego (fe) itd. Wierzę tylko w ekspresy ciśnieniowe i maksymalną pojemność cappuccino 200ml. Kawiarki nie posiadam.

PS. Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku ;)

niedziela, 26 czerwca 2011



W Tajlandii wyróżnia się trzy pory roku (gorącą, deszczową i suchą); na południu kraju tylko te dwie ostatnie. Niezależnie od pory roku, jest - przynajmniej dla osoby pochodzącej z innej strefy klimatycznej - mniej lub bardziej gorąco i napoje, zwłaszcza chłodzące, są wskazane. Najlepiej w dużych ilościach.

O tym, że woda z kranu nie nadaje się do picia, ale o wodę pitną nietrudno, a często oferowana jest bezpłatnie, wspominałam. Ponadto sprzedawcy uliczni oferują różne słodzone napoje w psychodelicznych barwach, często pakowane w woreczki; raz skosztowałam wściekle zielonej płynnej landrynki podczas wycieczki łodzią i więcej nie eksperymentowałam. Z ciekawością za to spróbowałam napoju z sokiem z tamaryndy; smak był bardziej słodki niż kwaśny, nieco apteczny i chyba jednak wolę tamaryndę w potrawach. Sok z limonki, który piłam na Koh Tao, był doprawiony... solą i przyjemnie orzeźwiający, podobnie zresztą jak lekko kwiatowy napój z wyciągiem z zatwaru, którym zostaliśmy poczęstowani w centrum masażu na terenie Wat Pho w Bangkoku. Raz także skosztowaliśmy lekkiego soku z zielonego kokosa:



W zakresie napojów bardziej wyskokowych, wypróbowałam cztery tajskie piwa, o dziwnie podobnych do siebie nazwach - Singha (Lew), Leo, Tiger i Chang, i dziwnie wszystkie podobne w smaku ;); najczęściej sprzedawane w małym formacie, w osłonkach mających zapobiegać zbyt szybkiemu ocieplaniu napoju.





Nie mogłoby zabraknąć kawy i herbaty. Jeśli powiedzenie, że cała Tajlandia przeżywa boom kawowy, jest przesadą, to przynajmniej ma to zastosowanie w przypadku Chiang Mai, zwłaszcza, że to na północy Tajlandii (okolice Chiang Rai) znajdują się plantacje kawy. W Chiang Mai piliśmy też najlepsze espresso. Poza dużymi krajowymi sieciówkami (Wawee czy Black Canyon) są też mniejsze kawiarnie, a także (oczywiście!) kawowe stragany uliczne (i jest też oczywiście międzynarodowa sieć na S vel Szmajbuks, ale to miejsce omijam z zasady szerokim łukiem ;). Ciekawe jest to, że poza kawami w stylu zachodnim (celowo piszę zachodnim, nie włoskim, bo espresso jak na mój gust było nieco przelane wodą, i objętość kawy zawsze za duża) można napić się także kawy w stylu tajskim, a ponadto właściwie każdy napój występuje w formie ciepłej i mrożonej (poza espresso), i jest wówczas od razu słodzony. Gdy tego nie sprecyzujemy przy zamówieniu, kelner zazwyczaj się upewni: "Hot? Cold?".



Dotyczy to także herbaty; widoczna poniżej herbata z miodem i cytryną także mogła być pita na ciepło lub na zimno - i widać, jaki wariant wybrałam...



Zamawiając kawę po tajsku spodziewałam się napoju gorącego, tymczasem jest to właśnie kawa mrożona - bardzo mocna, z długo parzonej kawy lub koncentratu kawowego, często podawana czarna.



Tajska herbata jest także - surprise - mrożona i mocna, przy czym może być doprawiana np. tamaryndą i podkolorowana barwnikiem spożywczym (jak moja poniżej):



Mogłoby się wydawać, że po powrocie do Polski i niższych temperatur mogłabym mieć dość napojów z lodem, ale może złapałam bakcyla, bo z dużą ciekawością przeczytałam przepis na koncentrat kawowy do kawy mrożonej na znanym blogu The Pioneer Woman Cooks. Najbardziej trafił mi do przekonania argument, że w przypadku tradycyjnej cafe con hielo gorąca kawa zbyt szybko rozpuszcza lód (prawda), który zandadto rozrzedza kawę (też prawda) i całość nie jest nigdy całkiem chłodna, chyba, żeby wypić napój duszkiem (ale chyba nie o to chodzi). Ree podaje proporcje na ogromną ilość koncentratu, ja zrobiłam z 1/2 ilości kawy (paczki 250g) i trochę innej ilości wody, a i tak mam kilka pojemników w różnych zakątkach lodówki; podobno jednak można ekstrakt przechowywać ok. 3 tygodni*(szczelnie zamknięty).



Koncentrat kawowy (na kawę mrożoną), na podstawie tego przepisu

Składniki:

  • 250g kawy mielonej
  • 3,5 litra wody (u mnie przefiltrowana)
  • do podawania: schłodzone mleko, syrop cukrowy

Wsypać kawę do dużej miski, zalać zimną wodą. Odstawić na noc (lub co najmniej 8 godzin, można na dłużej). Po tym czasie wyłożyć sitko gazą (co najmniej podwójną warstwą) i przecedzić kawę, lekko przeciskając fusy przez gazę. Powstały płyn (ponad 3 litry) - to nasz koncentrat. Przelewamy go do szczelnych pojemników/butelek/słoików i schładzamy w lodówce. Chcąc przyrządzić kawę, napełniamy (mniej lub bardziej, u mnie mniej) lodem, nalewamy koncentrat (proporcje dowolne) i schłodzone mleko. Dosładzamy do smaku (przyda się syrop do napojów, który lepiej rozpuszcza się niż nawet drobny cukier); oczywiście, gorzka kawa mrożona też jest dla ludzi, choć wyjątkowo wolę słodką. Ree sugeruje także opcję ze słodzonym mlekiem skondensowanym - nie próbowałam (jeszcze :).

* Osobiście sądzę, że 10-14 dni to maksymalny czas przechowywania.

poniedziałek, 28 grudnia 2009


Internet na Mazurach jest efemeryczny. Nie wiem, ile uda mi się zapisać, zanim zniknie na nowo (walka z routerem trwa od rana). Sorbet zrobiłam już dawno temu, testując nowo nabytą maszynkę do lodów i biorąc na pierwszy rzut przepis z książeczki dołączonej do urządzenia (i zmieniając trochę proporcje). Według przepisy są to "lody kawowe", ale przy takiej ilości wody, zawartej w kawie, wychodzi sorbet (albo to, co Amerykanie nazywają sherbet). I cóż: jeśli już mam koniecznie jeść sorbet, wolę owocowy, a lodów na żółtkach i samej śmietance/mleku nic nie przebije. Komuś może jednak zasmakuje ;)

Składniki: 250 ml ostudzonej mocnej kawy (proponuję kilka sztuk espresso), 250 ml śmietanki kremówki (30%), 80 g drobnego cukru, szczypta soli

Kawę i śmietankę schłodzić w lodówce. Wymieszać dobrze z resztą składników (najlepiej krótko zmiksować, np. w blenderze). Dalej postępować jak w instrukcji obsługi maszynki do lodów lub przelać całość do pojemnika np. plastikowego, umieścić w zamrażarce i co 20-30 min przez kilka godzin roztrzepywać masę, by nie tworzyły się kryształki lodu. Gotowe lody należy wyjąć z zamrażarki ok. 15-20 min przed konsumpcją.

Pomijając moją subiektywna opinię na temat sorbetu (czy też ogólnie sorbetów), sądzę, że deser mógłby być dobrym dodatkiem do kawy mrożonej w upalne lato lub składnikiem drinka (z Kahluą np.). Idąc tym tropem, zrobiłam affogato z wykorzystaniem sorbetu, tj. zalałam kopiastą łyżkę deseru gorącym espresso. Ta wersja bardziej mi smakowała.

czwartek, 15 maja 2008


Gdy robi się naprawdę ciepło, piję dwa rodzaje kawy. Café con hielo, czyli kawę z lodem, i zmiksowaną w blenderze frappé - taką, jaką piłam namiętnie w Grecji - jedyne moje zastosowanie dla kawy rozpuszczalnej.

Frappé jeszcze z pewnością przedstawię na blogu, choć trzeba od razu przyznać, że con hielo jest szybsza, mocniejsza i bardziej uniwersalna. Poza tym, wiąże się z nią pewna anegdota ;). Kilka lat temu byliśmy na wakacjach z plecakiem w Hiszpanii i w miejscowości Conil de la Frontera trafiliśmy na Święto Matki Boskiej z Karmelu (pamiętam, że było to 16.07), o czym dowiedzieliśmy się, gdy mimo poniedziałku supermarket oraz większość innych punktów usługowych były zamknięte. Była jednak otwarta jedna kawiarnia, do której udaliśmy się z M., i gdzie podjęłam próbę napicia się kawy mrożonej. Próbowałam we wszystkich znanych mi językach porozumieć się z kelnerką (frappé? Café glacé? Iced coffee?), ale dopiero pomoc lingwistyczna dwóch lokalnych bywalców, z zainteresowaniem przysłuchującym się rozmowie, przyniosła pożądaną reakcję. "Aaah! Café con hielo!" wykrzyknęła kelnerka, rzucając mi spojrzenie, pt. "Czemu od razu nie mówiłaś? Turyści! Phi!". Posłałam promienny uśmiech i "gracias" w stronę panów, podczas gdy kelnerka, robiąc wiele hałasu, przyrządziła espresso, wylała je do szklanki pełnej lodu i z trzaskiem postawiła przede mną. Byłam nieco zdziwiona, ale jakoś od tamtej pory kawa z lodem zagościła w ciepłe dni w naszym domu.

Przyrządza się je dokładnie tak, jak piłam na Costa de la Luz (pomijając trzaskanie ;) - przyrządzając mocne espresso, wylewając je na szklankę pełną kostek lodu, dopełniając ewentualnie zimnym mlekiem. Pić od razu, zanim lód się rozpuści.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna