Czas płynie. Grudzień się zaczął, minęły Mikołajki, trwa Festiwal Pierniczków Majany ;) (vide banner u dołu). Po raz siódmy spotkałam się z E. i Madzią, by upiec pierniczki. Dużo różnych pierniczków. Przepis, jak zawsze, podany przez Mamę E.
W tym roku z hitów dekoracyjnych były "świństwa z torebki", tj. lukier różowy i zielony, a także biała polewa i kolorowa posypka. Można powiedzieć, że postawiłyśmy na kicz ;).
Podobnie jak rok temu, bawiłyśmy się pisakami do ciasteczek...
Jak zawsze, były też dekory z bakalii, a także Muminki. Tym razem jednak nabrały dodatkowych, złowieszczych walorów...
W trakcie pieczenia część zespołu popijała mazurską aroniówkę:
Z przygód była niespodzianka, jaką sprawiła nam polewa czekoladowa w torebce, którą wrzuciłyśmy razem z resztą gotowców do miski z wrzątkiem, by się podgrzała. W dotyku wydawała się "jakaś dziwna", co sprawiło, że postanowiłyśmy jednak przeczytać instrukcję na opakowaniu: "Wymieszaj zawartość z 4 łyżkami mleka...".
Przepis na tą surówkę dostałam od Edyty, fanki Coś niecoś na Facebooku, gdy żaliłam się, że nie wiem, co zrobić z czarną rzepą. W oryginale tak przyrządzana była marchewka. Ja do tej pory zrobiłam dwie wersje - z rzepy i czerwonej kapusty (na zdjęciu). W planach jest seler i podpieczone buraki.
Składniki:
40 dkg (1/2 małej główki) poszatkowanej czerwonej kapusty (drobno startej rzepy, marchewki, selera, itd.)
1-2 posiekane drobno ząbki czosnku
Sól (1/4-1/2 łyżeczki), pieprz (hojnie ;),
opcjonalnie: szczypta ostrej papryki/chilli
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/4 łyżeczki mielonego imbiru
opcjonalnie: posiekany świeży imbir - duża szczypta lub 1/8 łyżeczki
1-2 łyżeczki cukru
1-2 łyżki octu winnego/soku z cytryny
ok. 2 łyżek oleju, u mnie wyrazisty rzepakowy
Kapustę umieścić w misce, dodać czosnek i wszystkie przyprawy, wymieszać dokładnie, zalać gorącym (nie wrzącym, ale mocno podgrzanym) olejem. Sprawdzić doprawienie (niektórzy wolą słodsze/kwaśniejsze smaki), choć surówka zmieni smak podczas leżakowania, które powinno trwać ok. 12 godzin pod przykryciem w lodówce (ale i 8-10 godzin się nadadzą :).
Kapusta po leżakowaniu była pięknie glazurowana, a rzepa przypominała... kiszoną kapustę ;). Zdecydowanie polecam i podciągam pod:
Tym samym chciałam podziękować za - jak na razie - liczny udział w tegorocznym Korzennym Tygodniu i przeprosić, że do większości wpisów jeszcze nie zajrzałam, ale mam w tym tygodniu więcej zajęć, niż planowałam; postaram się nadrobić braki po zakończeniu akcji, więc proszę o cierpliwość. I mam nadzieję, że korzeniami jeszcze u Was w kuchni trochę pachnie, w końcu pierniczki robić już czas ;)
Lubicie kandyzowany imbir? Od jakiegoś czasu kojarzy mi się z... długimi podróżami samochodem, jako środek (czasem skuteczny) przeciw chorobie lokomocyjnej. Kupuję gotowca w formie tzw. suchej (kawałki obtoczone w cukrze) w sklepie (czasem można też dostać na wagę), bo nigdy nie chciało mi się robić własnego - do czasu, gdy przeczytałam przepis na ciasto w River Cottage Everyday, który mocno do mnie przemówił (zwłaszcza, że trwa Korzenny Tydzień - vide banner autoreklamowy ;), a wymagał użycia imbiru w syropie. Co prawda, jak się mocniej wczytałam w przepis, syrop jest opcjonalny, można by użyć czegoś innego (choćby gotowego syropu do napojów, ew. zrobić lukier), jednak wówczas już imbir leżał w lodówce* ;). Skorzystałam z przepisu Eli:
Składniki:
imbir (u mnie 75g)
cukier (tyle, ile imbiru po gotowaniu - wyszło 82g)
woda
Imbir obrać, uważając by wyeliminować wszystkie części skorki. Pokroić w cienkie plasterki i ugotować je na małym ogniu z łyżeczką soli i woda (tyle by je przykryć) przez ok. 30 minut. Odcedzić i zostawić do wystygnięcia. Następnie zważyć ugotowane płatki, przełożyć je do stalowego rondelka i dodać taka sama ilość cukru i 5 łyżek (75ml) wody. Postawić na najmniejszym palniku i gotować na minimalnym ogniu przez około 20 minut, aż imbir stanie się przezroczysty (polecam ciągłe kontrolowanie żeby nie przypalił). Ja chciałam zachować imbir w syropie (do ciasta poniżej), więc po wystudzeniu przelałam go do pojemnika i wsadziłam do lodówki.
Aby uzyskać imbir suchy: Wyłożyć widelcem na kratkę do ciastek, żeby obciekły i suszyć tak przez przynajmniej 5 godzin, a najlepiej zostawić na cala noc. Gotowe płatki wrzucić do woreczka z cukrem i dobrze potrząsnąć, by się nim oblepiły. Przechowywać w szczelnym pojemniku.
A oto ciasto, jak pisze Hugh F-W., "w stylu jamajskim". Według autora - "nie dla słabych duchem". Bardzo ciemne, lepkie, z dużą ilością rumu, doprawione imbirem i zielem angielskim (podobno najlepsze pochodzi właśnie z Jamajki). Jest też aromatyczne, mokre, ale gęste, słodko-pikantne w smaku. Pasowałoby na podwieczorek dla piratów, podobnie jak te ciasteczka. Polecam, choć raczej nie dla dzieci ;)
Składniki: 75g masła, 150g golden syrup (lub miodu sztucznego), 150g melasy (może być w proszku), 125g brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado), 75ml ciemnego rumu (u mnie jasny zmieszany z łyżką Black Balsam), 2 średnie jaja, 225g mąki ze spulchniaczami (lub zwykłej, zmieszanej z 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia i tyle samo sody), łyżeczka ziela angielskiego, jw. mielonego imbiru, szczypta soli, 75g kandyzowanego imbiru, opcjonalnie: ok. 2 łyżek syropu imbirowego
Stopić masło z cukrem, melasą, golden syrup. Wystudzić, dodać rum, potem jaja. Wymieszać suche składniki w misce, w środek wlać mokre, wymieszać na gładko, na koniec dodać posiekany imbir. Przełożyć do keksówki (pojemność 1 l. lub większa), wyłożonej pergaminem. Piec ok. 50 minut w 180 st. C. (do suchego patyczka). Środek się najprawdopodobniej zapadnie. Po wystudzeniu posmarować dodatkowym syropem. Według HFW, najlepiej smakuje po ok. 2 dniach od upieczenia.
* Zazwyczaj imbir kupowany na zapas mieszka w zamrażarce.
Są takie dania, które aż się proszą o dodatek modrej kapusty: przykładowo kaczka czy gęś. Dlatego moją gęsinę podałam z korzenną, słodko-kwaśną kapustą, którą można jeść na ciepło i na zimno, choć w tej pierwszej formie jest bardziej tradycyjnie (i chyba smaczniej...). Przepis pochodzi z mojej ulubionejThe French Market; stosunek korzeni do warzyw oraz cukru do octu jest dla mnie idealny. Dla niektórych kapusta może być jednak zbyt kwaśna - dosłodzenie jednak nie jest problemem.
Składniki (dla ok. 6-8 osób):
60g masła, łyżka oliwy,
1 mała czerwona kapusta, poszatkowana,
1 czerwona cebula, pokrojona w cienkie półplasterki,
1 ostra papryczka, drobno pokrojona (z pestkami, jeśli chcecie wyostrzyć smak; moja była średnio ostra i dodałam trochę pestek),
100ml octu z czerwonego wina (z białego/jabłkowy też może być) lub 50ml balsamico,
75g brązowego, drobnego cukru (u mnie ciemny muscovado),
1/2 łyżeczki ziela angielskiego (mielonego lub rozdrobnionego w moździerzu),
1/2 łyżeczki mielonych (lub jw. w moździerzu) goździków,
sól,
świeżo mielony czarny pieprz,
200ml wody
Stopić masło z oliwą w rondlu na średnim ogniu. Dodać kapustę, cebulę i chilli, wymieszać, gotować ok. 10 minut. Dodać ocet, cukier i przyprawy (sól i pieprz do smaku) oraz wodę, wymieszać i zagotować. Gotować na małym ogniu pod przykryciem przez ok. 1 godzinę, co jakiś czas mieszając. Jeśli to konieczne, podlać lekko wodą. Przed podaniem sprawdzić doprawienie.
Oto chwila, na którą (mam nadzieję :) czekaliście: podsumowanie Korzennego Tygodnia!
Jeśli się nie pomyliłam, w tym roku wykonaliśmy wspólnie 155 unikalnych dań (prawie dwukrotnie więcej niż rok temu - ale wtedy był tylko Weekend...)! Najwięcej było deserów i wypieków, ale dań wytrawnych także całkiem sporo. Wszystkie szczegóły znajdują się TUTAJ.
Jeśli kogoś nie ma w podsumowaniu lub znajdziecie błędy, proszę o kontakt w komentarzach lub na ptasia3(at)wp.pl.
Dziękuję Wam za wspólną zabawę i mam nadzieję, że za rok będziemy także wspólnie gotować korzennie ;)
M był ostatnio trochę chory i chciałam przygotować mu coś na poprawę nastroju (przy okazji oczywiście dla siebie :). Gdy postawiłam go przed wyborem: "Crème brûlée czy suflet czekoladowy?", wybrał to pierwsze. Nie miałam laski wanilli, ale i tak miałam ochotę poeksperymentować. I tak tu skórka pomarańczowa, tu trochę cynamonu, tu kapka Cointreau... Wyszło pyszne.
Uwaga: robię deser tak, jak w Nigella gryzie, tj. nie piekę w kąpieli wodnej, ale gotuję masę na średnim ogniu na kuchence. Podane proporcje są na 2 małe, "poobiadowe" porcje, by uzyskać więcej kremu, należy sobie odpowiednio zwiększyć składniki.
Składniki: 2/3 (ok. 160ml) szklanki płynnej śmietanki kremówki (30%), ok. 2x3 cm kawałek skórki z pomarańczy (sparzonej wcześniej wrzątkiem), 1/8 łyżeczki mielonego cynamonu, 2 żółtka, płaska łyżka drobnego cukru, łyżeczka Cointreau (lub innego czystego likieru/alkoholu pomarańczowego), cukier demerara
Umieścić w zamrażarce miskę lub miseczki, w których chcemy podawać deser. Śmietankę umieścić w rondelku wraz ze skórką pomarańczową i cynamonem. Doprowadzić niemal do wrzenia, ale nie zagotowywać. W między czasie utrzeć żółtka z cukrem i Cointreau. Zalać żółtka gorącą śmietanką, wymieszać, masę przelać do wypłukanego rondla i ponownie podgrzewać, na małym/średnim ogniu, stale mieszając, aż całość w wyraźny sposób zgęstnieje (ok. 10 minut). Powinna przypominać konsystencją gęsty sos (trochę rzadsza od świeżo ugotowanego budyniu). Wyłowić skórkę pomarańczową i gotowy krem przelać do zmrożonych miseczek. Wystudzić, dalej schładzać w lodówce. Tuż przed jedzeniem posypać równomiernie cukrem demerara (lub innym grubym cukrem) i opalić palnikiem gazowym.
Cynamon nie jest mocno wyczuwalny, nuta pomarańczowa wyraźniejsza, choć także delikatna. Tak czy inaczej: deser grzechu wart. Poniżej widać miseczki z studzącym się kremem i "przekrój" po naruszeniu skorupki cukrowej.
Ponieważ mogą być pytania o to, czy palnik jest konieczny i czy nie można opiec crème brûlée pod grzałką piekarnika: osobiście nie polecam tej ostatniej metody. Mój pierwszy w życiu crème brûlée tak przyrządziłam i niestety całość się pięknie zwarzyła. Potem zainwestowałam w mały palnik ze znanej sieciówki z artykułami domowymi, w sam raz do takiej "kosmetyki kuchennej".
Z racji składników, przepis publikuję w ramach akcji korzennej i cytrusowego weekendu Tatter:
W oryginale była to brandy pigwowa i proporcje na 5 litrowy baniak. Źródło: How to be a domestic goddess. Gdy ponad 6 tygodni temu przyniosłam od Cioci siatę owoców pigwowca (o czympisałam), pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam (zanim jeszcze przeczytałam o różnicach między owocami), było nastawienie brandy.
Przyznaję, że tak naprawdę nie lubię brandy, ale miałam butelkę chyba dość dobrego sprezentowanego trunku, która stała od dłuższego czasu w spiżarni i bardzo powoli schodziła. Zużyłam ją w przepisie i dolałam likier kawowy z konieczności, bo zabrakło alkoholu do zakrycia pigwowca. Chyba był to jednak całkiem dobry pomysł... Poniżej proporcje na 500ml alkoholu:
Składniki: Ok. 8 owoców pigwowca (lub tyle, by zapełnić przekrojonymi owocami słoik litrowy do ok. 4/5 wysokości; w oryginale były owoce pigwy), laska cynamonu, 2 gwiazdki anyżu, 3 kulki ziela angielskiego, 3-4 łyżki czystego likieru kawowego i ok. 450 ml brandy (albo tyle, by zalać owoce do pełna) LUB ok. 500ml samej brandy
Pigwowce opłukać, osuszyć, przekroić na 1/2 i umieścić (tak, jak są, bez wydrążania nasion itd) w czystym słoju litrowym. Dorzucić przyprawy, dodać alkohol, słoik szczelnie zakręcić, umieścić np. w spiżarni i zapomnieć o nim na co najmniej 6 tygodni. Po tym czasie nalewka nadaje się do picia.
Efekty smakowe są zaskakująco przyjemne. Przede wszystkim podoba mi się zapach brandy: jest korzenny, ale zarazem lekko apteczny i kojarzy mi się z moją Babcią (która była aptekarką, więc może coś jest na rzeczy). Przywodzi mi na myśl stojącą w pokoju Babci tajemniczą oszkloną szafkę (żadnen staroć, raczej pełnia PRL-u :) z różnymi lekarstwami i innymi dziwnymi rzeczami, i zapach z niej się unoszący. Im bardziej się w ten aromat wwąchuję, tym bardziej mi się podoba, aż zaczęłam myśleć, że mogłabym mieć takie perfumy (aż przypomniałam sobie, że przecież w sumie mam - nie identyczne, ale blisko* :). Sam smak jest dla mnie dużo, dużo lepszy od czystej brandy. Lekko kwaśny od pigwowca, lekko zaciągnięty kawą plus nuta korzenna. Bardzo dobre jako digestif na trawienie po obiedzie.
Aha - Nigella twierdzi, że nie odcedza swojej brandy, bo bardzo jej się podobają te owoce pływające w alkoholu i kojarzą jej się z dziełami Williama Morrisa. Bardzo lubię Morrisa (vide moja wycieczka do V&A), ale te owoce w brandy kojarzą mi się niestety jedynie z preparatami w formalinie. Innymi słowy, całość po 6 tygodniach odcedziłam.
Traf chciał, że dziś to danie, wykonane z tego samego przepisu (Clarissy Hyman, z Kuchni żydowskiej) i lekko zmodyfikowane, zamieściła na blogu Atina. Mnie poleciła je Tili (a wydaje mi się, że sama się nim jeszcze na blogu nie chwaliła?), ostrzegając zarazem, bym uważałam na ilość papryczek oraz, że kurkuma sprawia, że danie jest mało zielone (wbrew nazwie). Zredukowałam zatem ilość kurkumy, ale i tak barwa wyszła raczej żółto-zielono-brązowa, pewnie wiąże się to także z (mniejszą) ilością użytych papryczek. Do tej pory stosowałam zieloną pastę curry ze słoiczka, która jest bardziej zdecydowana w kolorze. Nie zmienia to faktu, że danie jest bardzo, bardzo smaczne i z pewnością jeszcze je powtórzę. Poniżej wersja z moimi zmianami. Jedliśmy curry z dodatkiem jeera rice, mojego ulubionego ryżu indyjskiego.
Składniki: 3 łyżki dowolnego oleju (u mnie mieszanka oliwy i masła), 1 duża cebula, 1 duży pomidor (lub ok. 150g przecieru pomidorowego), 450g piersi z kurczaka (u mnie filet z indyka i ok. 500g), sól do smaku, 200ml mleka kokosowego (w oryginale 400ml)
Na masalę: 25g liści kolendry (dałam mały - i nieco nadwiędły - pęczek, bo nic lepszego nie dostałam), 2,5 cm kawałek świeżego imbiru, drobno posiekany, 5 ząbków czosnku (u mnie małe), 2-3 małe zielone papryczki chilli (w oryginale 6-8, więc należy się kierować własnym smakiem i tolerancją na ostre przyprawy), 1 łyżeczka nasion kopru włoskiego, 2,5 cm kawałek laski cynamonu (nie miałam, dałam kopiaste 1/2 łyżeczki w proszku), 2 goździki, nasiona z 1 strąka kardamonu, 8 ziaren pieprzu, 1/4 łyżeczki (w oryginale 1/2) kurkumy
Cebulę drobno pokroić, podsmażyć na oleju na złoty brąz. Dodać pomidora (obranego ze skórki) lub przecier, podsmażaj aż do odparowania płynu. Cebula i pomidor powinny utworzyć razem rodzaj pasty. Przyrządzić masalę, mieląc lub ubijając w moździerzu wszystkie składniki na zieloną (lub zielono-żołtą... ;) pastę. Dodać masalę do garnka i gotować tak długo, aż kolor mieszaniny zmieni się z jasnego na ciemnozielony (u mnie ciemnożółtozielony), a olej zacznie się oddzielać - tu miałam problem, bo moja masala zaczęła się najpierw przypalać, musiałam ją odrobinę podlać wodą i dopiero po chwili osiągnęłam pożądany efekt. "Kiedy poczujesz zapach masali, będzie gotowa*". Dodać kurczaka, posolić i gotować na średnim ogniu 20 minut. Wlać mleko kokosowe (zdecydowałam się na jedynie 200ml - była imho wystarczająca ilość sosu) i po minucie zdjąć z ognia lub, jak u mnie, gotować jeszcze ok. 10 minut na małym ogniu. Podawać z gotowanym na sypko ryżem (lub chlebkiem indyjskim, lub, jak u mnie, jeera rice - ryżem z kuminem).
*Hm, ja tam czułam jej zapach cały czas... :)
Jeera rice (ryż z kuminem) (oryginalny przepis jest tu)
Składniki: 1 szklanka ryżu basmati, 3 szklanki wody, sól do smaku, 2 łyżki dowolnego oleju lub oliwy i masła, 1 duża, drobno posiekana cebula, 2 łyżki kuminu, 1/2 szkl. wody, świeża kolendra do dekoracji (opcjonalnie)
Ryż przepłukać, umieścić w rondlu, zalać wodą. Gotować, aż będzie niemal miękki, ale wciąż lekko twardy, odcedzić. Zeszklić cebulę na oleju/oliwie i maśle, dodać kumin, smażyć nasiona, aż zaczną pękać i lekko "strzelać" na patelni. Dodać ryż, wymieszać, dodać 1/2 szlanki wody i gotować na małym ogniu, aż wchłonie cały płyn.
W przepisie jest notka, że danie można podgrzewać, ale "uważać, by mleko kokosowe się nie zwarzyło". Jeszcze nigdy mi się to nie przydarzyło (poza tym jednym przypadkiem, kiedy robiłam mleko z kokosa prasowanego i się nie doczytałam, że należy dać ciepłą wodę ;) To danie było także odgrzewane, bez specjalnej atencji, i nic mu się nie stało.
Weekend i Korzenny Tydzień zaczął się wspólnym gotowaniem, o którym już chyba wszystko napisała Tili. Ja tylko dodam, że przygotowane przez nas dania gorąco polecam, a w skórce pomarańczowej z przepisu na khoresht się zakochałam. Można ją podgryzać jako snacka, można by nią udekorować ciasto czekoladowe lub mendiants... a przede wszystkim jest łatwa i relatywnie szybka do przygotowania.
Przepisy podaję za gospodynią wieczoru, bo ona najlepiej pamięta, co i jak zmieniłyśmy w stosunku do oryginału ;)
Najpierw: przystawka, tj. marokańska sałatka z czerwonej cebuli i pomarańczy. Dzięki marynacie cebula traci swoją ostrość, więc nie należy się przerażać proporcjami. Przepis z Galerii Potraw.
Składniki: 500 g cebuli (czerwonej), 3 soczyste pomarańcze, 3/4 szklanki oliwek czarnych i wędzonych
Dressing: 4 łyżki oliwy, 1 1/2 łyżki octu z granatów (można by użyć innego, lub samej cytryny) i soku z cytryny, 1 łyżeczka miodu leśnego (lub cukru), szczypta* cynamonu, szczypta kardamonu, szczypta imbiru mielonego, czarny mielony pieprz, fleur de sel (lub sól morska)
*Wszystkie szczypty były solidne, od serca :)
Przygotowanie: Składniki dressingu wymieszałyśmy w słoiczku, do uzyskania jednolitej emulsji. Cebulę pokroiłyśmy w cienkie piórka i zalałyśmy ją dressingiem. Odstawiłyśmy tą mieszaninę na ok. 30 minut (można dłużej, by cebula straciła jeszcze więcej swojej ostrości, ale nie za długo, by nie straciła chrupkości). Po tym czasie wyfiletowałyśmy pomarańcze tak, by sok z nich spływał do miski z cebulą (można także "kadłubki" pomarańczy lekko wycisnąć do cebuli). Wymieszałyśmy, doprawiłyśmy do smaku. Na koniec dodałyśmy czarne i wędzone oliwki, pokrojone na połówki.
Clou programu była perska potrawka, khoresht, bardzo korzenna, aromatyczna i także z udziałem pomarańczy. Przepis ze strony Chocolate & Zucchini.
Pomarańczowo-korzenny khoresh(t) z jagnięciny
Składniki:4 pomarańcze (ok. 700 g), 30 g masła, 2 łyżki cukru (brązowy), szczypta soli
1 łyżka oliwy, 1,8 kg jagnięciny (łopatka i karkówka), pokrojone na 4 cm kawałki 400 g cebuli, pokrojonej w płatki, 1/2 łyżeczki cynamonu (u nas 1), 4 ziarna kardamonu, rozbite (u nas 8), szczypta szafranu (duża), 1 limonka, 600 g marchewek, pokrojonych w plasterki, 2 łyżki wody z kwiatu pomarańczy (u nas 1), 40 g niesolonych pistacji, garść liści mięty, sól i pieprz
Przygotowanie: Najpierw należy przygotować kandyzowaną skórkę pomarańczy. Z 3 pomarańczy obrałyśmy skórkę (bez albedo), pokroiłyśmy w paski. W rondlu z wrzątkiem gotowayśmy ją przez 3 minuty, po czym odcedziłyśmy. W rondelku skórki podsmażyłyśmy na maśle z dodatkiem soli i cukru, aż zrobiły się lekko brązowe. Odcedziłyśmy tak, by masło spłynęło do garnka, w którym później robiłyśmy gulasz. Skórki odłożyłyśmy na bok, do późniejszej dekoracji dania.
W garnku z masłem dodałyśmy oliwę i rozgrzałyśmy go. Obsmażałyśmy mięso partiami tak, by tylko zamknąć pory mięsa z każdej strony, a następnie odkładałyśmy na talerz. Potem obsmażyłyśmy cebulę, aż się zeszkliła i lekko przyrumieniła, dodałyśmy cynamon, kardamon oraz szafran i podsmażyłyśmy ok. minutę, by uwolnić aromaty. W między czasie z 2 wcześniej obranych pomarańczy i limonki wycisnęłyśmy sok. Wrzuciłyśmy mięso wraz z sokami jakie z niego wypłynęły do cebuli z przyprawami, doprawiłyśmy solą i pieprzem, dokładnie wymieszałyśmy. Dolałyśmy sok z cytrusów oraz wodę, by lekko przykryła składniki gulaszu. Przykryłyśmy i dusiłyśmy na malutkim ogniu ok. 1 1/2 godziny (u nas wyszło to o ok. 30 minut dłużej, by mięso było odpowiednio kruche). Na ostatnie 30 minut duszenia dodałyśmy pokrojoną marchewkę, a na sam koniec dodałyśmy wyfiletowane ostatnie 2 pomarańcze. Gotowałyśmy ok. 10 minut bez przykrycia. Podałyśmy z ryżem basmati, posypane listkami mięty (można je pokroić na paseczki), kandyzowaną skórką oraz pistacjami. Miętę, skórkę i pistacje w większości podałyśmy w osobnych miseczkach, by każdy nałożył sobie według uznania.
Tili i Zemfiroczko, dziękuję za wspólną korzenną ucztę :)
Sama dałam hasło do korzennego gotowania,i dziś jak na pierwszy dzień Korzennego Tygodnia przystało, ponad 3 h pachniało mi w mieszkaniu piekącym się ciastem świątecznym. Prezentowane danie zaś przyznaję, że przygotowałam wcześniej, ale ze względu na składniki (a właściwie moją modyfikację...) nadaje się do podciągnięcia pod banner widoczny na lewo. To dość nietypowe gołąbki - zarówno jeśli chodzi o doprawienie farszu, jak i samego słodko-kwaśnego pomidorowego sosu. Przepis oryginalnie podała Hani-2 na Galerii Potraw.
Słodko-kwaśny sos pomidorowy: 2 łyżki oleju lub oliwy, 1 duża cebula drobno posiekana, 60 ml (u mnie więcej, około kieliszka) czerwonego wina, 3x400g pomidorów z puszki, posiekanych, 225g puree z pomidorów (można jednak trochę inaczej pomieszać ilości pomidorów i puree, w zależności od tego, jak gęsty sos chcemy uzyskać: u mnie był większy karton puree + 2 x 400g puszki pomidorów + więcej wina), 60g rodzynek, 60g miałkiego brązowego cukru (użyłam ciemnego muscovado), 6 twardych biszkoptów imbirowych, pokruszonych (nie miałam i dałam digestives oraz 1/2 łyżeczki mielonego imbiru i jw. cynamonu), 2 łyżki soku z cytryny
W dużym garnku zagotować osoloną wodę (około 4 l). W tym samym czasie wymieszać mięso, jajko, bułkę tartą, ryż, marchew, cebulę, czosnek, natkę i oregano. Doprawić solą i (szczodrze) świeżo zmielonym pieprzem. Ostrym nożem wyciąć głąb z kapusty i włożyć ją do wrzącej wody, korzeniem do dołu. Gotować 5-10 minut, aż zewnętrzne liście zmiękną (można także gotować w parowniku, co trwa jednak co najmniej 2 x dłużej). Wówczas usunąć je, a kapustę nadal gotować, by zmiękły kolejne warstwy liści. Z przygotowanych liści należy wykroić dolne części twardych łodyg. Każdy liść kapusty ułożyć wykrojoną częścią do siebie i wklęsłą strona do góry, na kształt miseczki. Na jego środku ułożyć 1/4 szkl mięsnego nadzienia. Boczne części liści założyć do środka, a następne luźno zrolować, ruchem od siebie. Jeśli liście są mniejsze, należy odpowiednio zmniejszyć ilość farszu.
Pozostałe liście posiekać w ilości równej objętości 1 szklanki. Aby przygotować słodko-kwaśny sos pomidorowy, należy rozgrzać w dużym rondlu olej/oliwę. Smażyć na nim posiekana kapustę i cebulę, przez 10 minut, na złotobrązowy kolor. Dodać wino, pomidory, puree z pomidorów, rodzynki, cukier, biszkopty imbirowe/ciasteczka i przyprawy, sok z cytryny i wlać 1 szklankę wody. Całość zagotować, doprawić solą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem. Do rondla z sosem włożyć gołąbki, złożeniem do dołu. Jeśli sos nie zakrywa gołąbków, trzeba dolać wody (lub wina :). Następnie zmniejszyć ogień i dusić 1 godzinę 30 minut, co jakiś czas mieszając (pilnując, by gołąbki nie przywarły do dnia garnka).
Farsz z marchewką, pietruszką i oregano jest bardzo ciekawy - nie wiem, czy każdemu będzie smakował, ale IMHO stanowi miłe urozmaicenie po gołąbkach standardowych i smakuje mniej "mięsnie". Nie będę poza tym odkrywcza, jeśli bowiem, że gołąbki odgrzane w sosie na drugi dzień są jeszcze smaczniejsze od świeżych. Bardzo dobrze się także mrożą (od razu z sosem) i stanowią wygodne "danie awaryjne" na te dni, gdy nie chcemy/nie mamy czasu myśleć o obiedzie.