Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: podróże

piątek, 21 września 2018

W tym roku uzbierało się już sporo podróży (a to jeszcze nie koniec…); niemal bezpośrednio po górskim urlopie wylądowaliśmy na kilka dni w Londynie. Dla niektórych był to wyjazd głównie służbowy, inni mogli po kilku h pracy trochę pochodzić po mieście… i pojeść ;), a przez cztery dni tych posiłków wychodzi całkiem sporo! Innymi słowy, mam kolejny adresownik londyński, jako uzupełnienie lub weryfikację poprzedniego zbiorczego wpisu.

Dokąd w Londynie pójść…


  • … na śniadanie:

Jeśli szukacie czegoś rano bardziej konkretnego, zwłaszcza a) na ciepło, b) czynnego od 8 rano w weekend (w tygodniu od 7:30), polecam The Breakfast Club. Odwiedziłam dwukrotnie to w Soho (na D’Arblay St), za każdym razem było smacznie, sympatycznie (ale nie liczcie na pogaduszki, bo obsługa jest zabiegana – dosłownie!) i całkiem sprawnie/szybko. Jeśli chcecie coś małego, polecam owsiankę, cała reszta jest bowiem spora lub wielka (np. jajkami po benedyktyńsku spokojnie nasycą się dwie osoby, o ile nie umierają z głodu), ale o to tam chodzi ;). Jedyny minus to taki, że lokal zapełnia się błyskawicznie – o np. 8:45 w niedzielę pod drzwiami stoi kolejka czekających na stolik.

Niedaleko BC znajduje się piekarnio-kawiarnia Gail’s Bakery (Wardour St), która sobie zaplusowała u mnie za… muzykę puszczaną przed 8 rano. Była to mieszanka muzyki z lat 70/80/90 (np. The Police czy Nina Simone), która rozbudziła mnie skuteczniej niż „normalne” flat white czy średnia owsianka (na mleku owsianym, co jest chyba modne; po tym w Gail’s uznałam, że chyba ten zamiennik mi nie leży, ale potem zjadłam smaczną wersję w Breakfast Club… choć na mleku krowim pewnie byłaby jeszcze smaczniejsza ;). Innymi słowy, nie wiem, czy na pewno mogę miejsce polecić spożywczo, ale ze względu na pozytywną energię :) pewnie chętnie tam wrócę (nie na owsiankę).

  • … na małe co nieco:

Jeśli w okolicy Oxford Street zapragniecie kanapki z salted beef, ozorkiem lub pieczystym w klimatach lekko zapyziałych, polecam tycie Tongue & Brisket na Wardour St. Wkładki do kanapek występują także w postaci bez pieczywa, ale wersja klasyczna, z piklami i wściekle ostrą musztardą, przygotowana przez pana mówiącego cockneyem, ma wiele uroku. Tuż obok znajduje się modernistyczny budynek Film House, jak ktoś lubi ten styl architektoniczny, warto obejrzeć.

Odjeżdżając mocno poza centrum, bo do Kew: jeśli tam się znajdziecie, polecam niewielką kawiarnię Antrobus & Butler kilka kroków od stacji metra. Jedzenie jest smaczne, świeże, kolorowe – kilka opcji od wegańskich po mięsne, każda zawierająca jakieś warzywa. Obsługują sympatyczne właścicielki. Na półce koło drzwi stoi słój z przysmakami dla psów a miska na wodę dla czworonogów jest przed wejściem ;). Ogólne wrażenie jest takie, jak żywcem wzięte z literatury kobiecej, ale w pozytywnym sensie: kobiety prowadzące mały, bezpretensjonalny biznes adresowany głównie do lokalnej klienteli.

A jeśli chodzi o tą lokalizację: to była moja druga wizyta w ogrodach botanicznych w Kew, przy czym poprzednia miała miejsce hm, 21 lat temu (i nie miałam wówczas siedmiu lat, tylko ciut więcej ;). Wiem, że od minionego stulecia powstały w ogrodach różne nowe atrakcje, ale i tak wygląda na to, że pamiętałam tylko palmiarnię… no i zresztą jako nastolatka miałam trochę inny gust, czyt. od jakiegoś czasu ogrody botaniczne bardzo lubię, a wówczas mnie niespecjalnie interesowały. Nie mówiąc o dodatkowych skojarzeniach, że w jaskrawym wrześniowym słońcu (z paroma chmurami na niebie) tereny ogrodowe wyglądają jak plener jakiegoś dramatu kostiumowego (np. ekranizacji powieści Jane Austen). Odwiedziny królewskiego pałacu i pobliskich kuchni to wrażenie tylko spotęgowały ;). Tu film/kolaż zdjęć stamtąd, jaki zamieściłam na FB Coś niecoś:

  • … na kawę:

Chodziłam po Londynie i każdego dnia piłam co najmniej dwie kawy, zamawiając flat white na autopilocie. Smuciłam się jednak faktem, że jakoś w żadnym lokalu mój ulubiony napój do mnie nie przemówił na tyle, bym dla samej kawy zapragnęła tam wrócić. Aż ostatniego dnia mnie olśniło, że przecież (z drobnymi wyjątkami) „na mieście” wolę teraz mniejszy format, tj. cortado. Objawienie nastąpiło w Jacob the Angel, do którego od dawna chciałam pójść: bo te napisy na ścianach/podłodze, bo lokalizacja w od zawsze lekko hippisowskim Neal’s Yard (do którego mam i miałam słabość, podobnie jak do całej okolicy, tj. Seven Dials), bo domowo wyglądające wypieki. Teraz jeszcze mogę dodać, że „miła atmosfera i dobra kawa”; wypieku spróbowałam bardzo zdrowego, wegańskiej owsianej krajanki z (chyba) daktylami i kokosem, i choć miałam lekkie skojarzenia z karmą dla gryzoni ;), było to na swój sposób smaczne. Jeśli uda mi się naukę pt. cortado do następnego razu zapamiętać plus zawitam znowu w okolice „ulicy Cormorana [Strike’a]”, czyli na skwer przed kościołem St. Giles na końcu Denmark St, chętnie odwiedzę sympatyczną obsługę straganu Rosie & Joe (i do kawy zjem blok z masłem orzechowym) – jest to jednak opcja na ładną lub przynajmniej znośną pogodę.

  • … na ostrygi:

Nigdy nie kryłam, że lubię ostrygi, a jak wiadomo, Wielka Brytania to bdb adres na ich skosztowanie, bo w końcu także tam się je łowi.The Oystermen znalazłam na mapie Google, patrząc na lokale oddalone o kilka minut marszu od teatru Vaudeville, do którego udaliśmy się wieczorem. Okazało się, że dobre oceny były uzasadnione: restauracja jest malutka (sugeruję rezerwację, zwłaszcza w „gorącej” porze przedteatralnej), atmosfera b. luźna (piwo pije się z butelki, chyba, że ktoś naprawdę musi ze szklanki…) i bardzo przyjazna, tj. kelnerzy oraz włoski (z zachowania nawet bardzo ;) kierownik sali wykraczają poza brytyjskie normy, nawiązując bardziej osobiste relacje z gośćmi (typu opowieści z wakacji), co raczej kojarzy mi się (pozytywnie) ze stylem zza Atlantyku. Co najistotniejsze, jedzenie: ostrygi z naszego mieszanego zestawu 4 x 3 smakowały mi wszystkie, z naciskiem na dwa różne gatunki z Whitstable (do którego kiedyś pojadę…), w tym delikatne tzw. natives (rodzime? natywne?), które są dostępne tylko w miesiącach z "r" w nazwie (takich, jak September/wrzesień), czyt. chłodniejszych. Później sałatka z makrelą dla mnie i ryba (dorada?) dla M, plus dla jednej osoby szkockie piwo rzemieślnicze, dla drugiej przyzwoite rose na kieliszki. Na powtarzania, i nie musi być przed teatrem (choć miło łączyć dwie przyjemności).

  • … na obiad lub lunch:

Temat obiadów zaczął się pewnym rozczarowaniem, bowiem pierwszego dnia po przyjeździe wróciliśmy do Ducksoup. Zdarza Wam się wejść do restauracji i czuć, że nic dobrego z tego nie będzie? Tak było tym razem, i przeczucie mnie nie myliło. Zamówiliśmy łącznie pięć różnych dań, trzy różne wina na kieliszki + aperitif i z tego wszystkiego chyba najciekawsze było pomarańczowe wino, którego od dawna chciałam spróbować. Kuchnia niestety rozczarowała; do tej pory pamiętam, co jadłam za pierwszym razem, bo były to dania świetnie doprawione, proste a jednocześnie (dla mnie) odkrywcze. Tym razem z trudem sobie mogę przypomnieć, co pojawiło się na stole, poza tym, że M miał coś z jagnięciną, która zniknęła zupełnie w sosie, ja miałam coś w stylu włoskiej ciecierzycy z solonym dorszem, bo z fasolą – i niestety, oryginał z rzymskiego Ai tre scalini było dużo lepsze. Gwoździem do trumny była zimna tarte tatin z brzoskwiniami. Obiektywne jest to smutne, jednak tylko wzruszam ramionami, bo co jak co, ale nad Tamizą zamiennik zawsze się znajdzie. I tak było, gdy na ostatni posiłek w mieście, czyli niedzielny lunch, poszliśmy do Kiln.

Restauracja to długi, ciemny (co tłumaczy jakość powyższego zdjęcia ;) bar + stołki na górze plus ze trzy większe stoliki na dole; rezerwacje są przyjmowane tylko dla co najmniej czterech osób, do dolnej sali. Na górze: kto pierwszy, ten lepszy; nam się koło 13 udało wejść i usiąść, ale w chwilę później był komplet. Bardzo dawno nie jadłam autentycznej tajskiej kuchni i zapomniałam, jak bardzo ją lubię; tu jest (cytując opis restauracji) w wydaniu z północy kraju. Mogę nie być obiektywna, ale smakowało mi wszystko bardzo, z naciskiem na ostrą surówkę z kalarepy (choć najbardziej pikantne było curry rybne); curry z wołowiny przypominało mi mussaman curry, które akurat jedliśmy na Koh Tao (czyli nie na północy ;). Napoje (mojito z tajskiej bazylii oraz piwo rzemieślnicze z kija) także godne polecenia. Zdecydowanie do powtórki.

  • … na piwo:

W temacie piwa: w Londynie nie mam zupełnie wrażenia, że puby cienko przędą, a wręcz przeciwnie. Zjawisko tłumu kłębiącego się na co drugim (jak nie każdym… ;) rogu przed wejściem do lokalu, zwłaszcza od godziny 17-18, mnie zawsze fascynowało. W pubach lubię nie tylko ich powszechność, ale wybór piwa, to, że pół pinty, czyli mała pojemność, to także standard (bo rzadko mam ochotę na duże), czy wreszcie to, jak często są ładne wewnątrz. Po drodze do muzeum w Holborn weszliśmy do Princess Louise; kręciłam nosem, bo przed wejściem było pustawo i ogólnie pub wyglądał z zewnątrz na trochę zmęczony. W środku okazał się piękny, z autentycznym XIX w. wystrojem, i później się doczytałam, że niechcący trafiliśmy do znanego zabytku ;). Kolejnego dnia wieczorem zatrzymaliśmy się na chwilę pod Dog and Duck na rogu Frith i Bateman St; wg tabliczki na ścianie budynku od kilkuset lat znajdował się w tym miejscu jakiś szynk, choć obecny budynek jest z XIX w., a narysowane sprejem na chodniku kreski wyznaczają, gdzie mogą stać goście, a gdzie powinno być przejście dla pieszych ;). Tyle jeśli chodzi o spontaniczne wyjścia, natomiast bardziej docelowo odwiedziliśmy Mr Fogg’s Tavern, w którym już raz wcześniej byłam (na ich piwie firmowym). Grupa „Foggowa” obejmuje m.in. także Cahoots, o których pisałam dwa lata temu (i do którego nawet próbowaliśmy teraz zajrzeć, ale bez rezerwacji = czas oczekiwania 45 minut), i biznes chyba dobrze się kręci, bo lokali nawiązujących do powieści Verne’a jest już pięć, a klientów nie brakuje. Choć ta hurtowość niekoniecznie mnie zachwyca, podziwiam właścicieli za konsekwencję i dbałość o detale np. w wystroju wnętrz (w tawernie trzeba dokładnie obejrzeć sufit, no i pójść do toalety, obejrzeć zwłaszcza umywalki ;) czy dobór muzyki z epoki. Dlatego też w kategorii kolejnej...

  • … na drinki:

 

… odwiedziliśmy Mr Fogg’s Residence, kiedyś na Instagramie polecanym (przez samych „Foggów”) jako najlepsze miejsce na randkę. Położone jest rzeczywiście w cichym zaułku Mayfair (czyt. raczej mało osób trafia tam przypadkiem), ale odstawszy kilka minut w mikro kolejce do wejścia (pod okiem portiera w retro liberii) znaleźliśmy się na dużej, głośnej sali, w pełni wypakowanej klientami… z czym nie mam problemu, jednak nie tak sobie wyobrażam romantyczny nastrój ;). Przestrzeń bez ludzi wypełniona „pamiątkami z podróży” – czyimi? Phileasa Fogga, rzecz jasna, czyli są to najróżniejsze kaski tropikalne, flagi, trofea łowieckie itd. Koło nas siedzieli starsi panowie; jeden poprosił o niespodziankę i dostał koktajl w… rogu. W toalecie zaś, co najbardziej mi się podobało, leci „W 80 dni dookoła świata” jako audiobook. Po namyśle jednak, jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy na punkcie kolonializmu, może odebrać całość negatywnie. Osobiście widzę w tym wielkie przymrużenie oka i choć przy niektórych fragmentach „W 80 dni…” (czytałam kilka lat temu) się wzdrygałam, nic mnie w Rezydencji nie raziło. Ze spraw praktycznych: koktajli jest cała książeczka, przy stronie czwartej zrezygnowałam i zdecydowałam się na pierwszy drink, jaki wcześniej wpadł mi w oko: coś trochę jak ogórkowy sour z dodatkiem pieprzu. Specyficzny, ale mnie smakował. 

Żeby jeszcze podkreślić, jak ważna jest konsekwencja dla klimatu lokalu: podczas spaceru po Bloomsbury przypadkiem trafiłam do kawiarni Syrup of Soot, którą dojrzałam kiedyś na Instagramie ulubionej Georgian London (o której już wspominałam). Zajrzałam do środka i, ponieważ poza kelnerką nikogo nie było, zrobiłam kilka zdjęć nie telefonem komórkowym (czyt. nie udając, że niekoniecznie robię zdjęcia ;). I, niestety, całe wrażenie z retro wystroju lokalu zepsuła głośna muzyka elektroniczna wyraźnie z obecnego wieku (i przelana kawa nie pomogła ;). A miało być tak pięknie, albo nie wystarczy ustawić kilka starych krzeseł.

Ufff! Dojechaliście do końca? Byliście w którymś z tych miejsc? Macie takie same wrażenia? Chętnie się dowiem!

piątek, 29 czerwca 2018

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia wybrzeża Amalfi – kiedyś tam, ileś lat temu, ale już w internecie – zareagowałam wyjątkowo elokwentnie „o, wow”. Ujęcia przedstawiały pastelowe domy przyklejone do skał bezpośrednio nad turkusową zatoką, pod wściekle błękitnym niebem. „Muszą być podkręcone te kolory”, tak myślałam, choć wiedziałam, jaką barwę ma choćby Morze Egejskie. Teraz oczywiście wiem, że prawdopodobnie były naturalne ;).

Na nasz czterodniowy pobyt w szeroko rozumianych okolicach Amalfi wybraliśmy Scalę, położoną kilka km na północ od Ravello (które widzieliśmy z tarasu, dokładnie jak na zdjęciu powyżej), czyli nie bezpośrednio na wybrzeżu. Po namyśle sądzę, że była to bardzo dobra decyzja. Z okien widzieliśmy i Ravello, i morze, i cytryny (porastające większość ogrodów należących do naszego pensjonatu – te na powyższym zdjęciu otaczały basen), i inną bujną roślinność. Po kilku minutach spaceru pod górę byliśmy w centrum niewielkiej, spokojnej miejscowości, gdzie przy placyku koło katedry (patrz zdjęcie poniżej) koncentrowało się życie społeczności: szkoła vis a vis kościoła, obok kawiarnia i restauracja, na jednym rogu apteka (nazwisko właściciela to samo, co kawiarni), na drugim tablica poświęcona pamięci poległych podczas I WŚ (powtarzały się tylko 3-4 nazwiska, jak w takich miejscach bywa).

W kawiarni piliśmy (po wcześniejszym przepłynięciu się w basenie) poranną kawę (espresso macchiato dla M i mnie, americano dla teściowej), czasem zagryzając cornetto, czasem obserwując dzieci idące na lekcje; odwiedziliśmy też raz restaurację (ryba dnia maślano-cytrynowa była bdb, makarony już nie wszystkie, ale na koniec pojawiło się limoncello…), a podczas wieczornego wyjścia na wino trafiliśmy przypadkiem na obchody Bożego Ciała po właściwym Bożym Ciele (i nieformalną imprezę temu towarzyszącą).

W paru lokalnych sklepach (np. całkiem dobrze zaopatrzonym warzywniaku, którego godzin otwarcia nie rozgryzłam, ale dwa razy nam się udało coś kupić ;) zaopatrywaliśmy się w art. spoż. na śniadanie (typu naprawdę smaczna ricotta czy nowy dla mnie owoc pt. loquat/nesperas) i kolację (np. prosecco, jak widać powyżej): czyli optymalnie ;). Aż chciałoby się coś napisać więcej o tych cichych wieczorach, ale akurat miejscówka vis a vis drogi na wybrzeże nigdy tam naprawdę cicha nie będzie: ruch na szosie jest duży, także motocyklowy, i dopóki się nie przywyknie, ten hałas jest odczuwalny.

Na Ravello spojrzeliśmy także z bardziej bliska: w ranek po przyjeździe zjechaliśmy wąską dróżką w kierunku wybrzeża, zaparkowaliśmy pod audytorium, w którym latem odbywają się koncerty, i wspięliśmy się w kierunku Villi Rufolo, by zwiedzić ogrody. Słowo „wspięliśmy” nie jest przypadkowe – na Amalfi nie sposób uniknąć opcji „w górę, w dół” i/lub schodów. Z bardzo rzadka zdarza się winda (np. w Sorrento), ale osobiście podejść bym nie unikała: poza okazją do spalania lodów/innych smakołyków, jest to zazwyczaj okazja do zobaczenia najlepszych widoków. Zdjęcie powyżej zostało zrobione bezpośrednio po wyjściu z parkingu.

Po Ravello planowaliśmy krótki pobyt na plaży (tyle, przy przepłynąć się w morzu), ale niestety zatłoczenie tzw. Amalfi drive połączone z niedzielą i upałem oznaczało, że nigdzie, ale to nigdzie, w żadnej z czterech miejscowości, nie udało się nam zaparkować. Gdy na koniec zapłaciliśmy mandat, próbując się wycofać na potencjalny parking przed nosem policjanta, zawróciliśmy na nasze wzgórze (oczywiście po drodze stojąc w korkach lub z powodu robót drogowych). Transport to niestety lokalny problem: droga na wybrzeżu jest jedna, wąska, kręta i zatłoczona, m.in. przez liczne autokary; jadąc więc autobusem publicznym, co rozważaliśmy, korków się nie uniknie, choć oczywiście nie ma wówczas problemu z parkowaniem. Oczywiście, wielu włoskich kierowców się nie przejmuje, stawiając samochody po prostu wszędzie – policja najwyraźniej patrzy wybiórczo ;). Alternatywą jest transport morski, ale ten zorganizowany/masowy dociera tylko do wybranych miejsc.



Przepłynąć udało się kolejnego dnia, po zwiedzeniu burzowego Amalfi. Wyładowania atmosferyczne przeczekaliśmy w katedrze, potem pokręciliśmy się po alejkach miasta (w górę… i w dół), podziwiając najróżniejsze cytrynowe pamiątki (od limoncello po mydła), następnie poszliśmy tunelem do Atrani, stanowiącego de facto przedmieścia Amalfi. Ponieważ było bezpośrednio po deszczu/burzy, czyt. pogoda nie typowo plażowa, liczba ludzi na plaży (położonej właściwie przy samych kamienicach i prawie pod kościołem: na takiej jeszcze nie byłam ;) była bardzo zachęcająca.

Na obiad wróciliśmy do Amalfi, zjeść lokalny makaron scialatelli (jego twórca pochodził właśnie z Amalfi), który poza tym, że jajeczny, zawiera niewielką ilość mleka oraz sera, a smakuje trochę jak przerośnięte kluski lane. Nie byliśmy pod wielkim wrażeniem ;), za to pierwszy raz M tam pił spremuta di limone, czyli włoski odpowiednik citron presse. Świeży sok wyciskany z cytryn bardzo dobrze wspominam z Prowansji (pomaga, gdy jest bardzo gorąco, musisz chodzić po słońcu a poprzedniego dnia wina było… może ciut za dużo), i w kraju cytryn tym bardziej wypada go wypić – choć przyznaję, że po paru łykach musiałam dodać trochę wody, a M preferował cukier.

Wycieczkę do Amalfi zakończyłam poszukiwaniem piekarni (mapy Google nie radzą sobie z zabudową tamtejszych miejscowości) i przy okazji znalazłam sklep z serami, w tym bufalą, oraz ze zrzędliwym starszym sprzedawcą (właścicielem?), który mnie napominał, by mówić po włosku. No więc spróbowałam nawet, na miarę moich możliwości,  niestety nie był zachwycony ;). Kulka prawdziwej mozzarelli urozmaiciła wieczorny posiłek na tarasie, wraz z dodatkami z lokalnego samu („supermarket” brzmi tu zbyt szumnie), w tym lekko kwaśną cukinią alla caprese.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Sorrento, wcześniej omawiając, co kto pamięta z filmu Wesele w Sorrento (ja: Pierce’a Brosnana, i że wszystko było albo żółte – sukienka bohaterki, cytryny – albo niebieskie – niebo, morze czy koszule głównego bohatera). Miasto nas w sumie rozczarowało, choć było parę plusów. Spożywczy plus nr 1: zjadłam pierwszy raz brioszkę z lodami. Pisała o tym np. Nigella w Forever summer (jako daniu śniadaniowym – hm…), i zawsze chciałam spróbować. Wnioski? Wolę grube rożki ;). Może inaczej rzecz by wyglądała, gdyby to była naprawdę smaczna, a co więcej, naprawdę świeża brioche. Plus drugi: zjadłam kolejny raz owoce morza, co zawsze traktuję jako plus (i tam nad morzem jadłam je, lub ryby, właściwie codziennie). Tym razem były w postaci sałatki w restauracji przy nadbrzeżu.

Po trzecie, widok plaż ze schodów prowadzących nad morze był najładniejszą rzeczą jaką widziałam w mieście (i dowodem na to, że „w górę, w dół” ma zalety, a windą by się to ominęło). Po czwarte, drogę powrotną odbyłyśmy z Mamą w dużym stopniu (tzn. do Amalfi) statkiem, i podczas tej przeprawy zaliczyłam najpiękniejsze morskie widoki podczas wycieczki.

Nie obyło się bez drobnych przygód, typu prom stał przy zupełnie innej kei niż powinien (więc wsiadłyśmy w ostatniej chwili) oraz ku naszemu zdziwieniu popłynął najpierw na Capri, a nie wzdłuż wybrzeża w kierunku Positano. W momencie, gdy statek odbił od stałego lądu, zamiast go okrążyć, trochę się zaniepokoiłyśmy, ale dopiero jak pojawił się przed nami kolejny ląd (a Mama spytała: „Czy płyniemy do Neapolu?”), wpadłam na pomysł, by ostrożnie (wiatr!) wygrzebać z torebki telefon i sprawdzić lokalizację. Ląd okazał się być właśnie Capri, i w ten sposób zobaczyłyśmy przynajmniej Marinę Grande na słynnej wyspie.



Kolejnego dnia musieliśmy już skierować się w stronę Rzymu, ale postanowiliśmy parę godzin spędzić w Neapolu. Przyznaję, że zastanawiałam się, czy to rozsądny pomysł, bo wielokrotnie słyszałam opinię, że to wyjątkowo niebezpieczne miasto, absolutnie nie należy jechać, wszystkich turystów okradają, itd., itp. Zachęciły mnie jednak opinie koleżanek, które tam niedawno były, i zaryzykowaliśmy (przyjmując zasadę „zachować zdrowy rozsądek i oczy szeroko otwarte”, oraz zostawiając samochód na strzeżonym parkingu ;). Kierując się sugestiami męża jednej z koleżanek, neapolitańczyka F. (dziękuję jeszcze raz za wskazówki!) dotarliśmy zygzakiem do Galerii Umberto I, w której poszłam prosto do Sfogliatella Mary.

Poprzedniego wieczoru, podczas przeglądania info o mieście, dotarło do mnie, że Neapol to nie tylko pizza, ale także inne ciekawe wyroby np. cukiernicze. Na przykład jest taka sfogliatella z ciasta a la strudlowe, oczywiście wysmarowana hojnie masłem, napełniona ricottą, skórką cytrusową oraz migdałami. Podobno najlepsze ciastka sprzedaje się przy dworcu kolejowym, do którego mieliśmy trochę daleko, ale te od Mary były ciepłe, słodkie, aromatyczne i po prostu bardzo smaczne. O ile wypieki włoskie często do mnie nie trafiają (za suche, za słodkie), sfogliatella jest warta spróbowania. Po ciastku ruszyliśmy do Chiostro di Santa Chiara, gdzie przede wszystkim chciałam obejrzeć ozdobne krużganki. Powrót prowadził przez tzw. Dzielnicę Hiszpańską. Tam są widoki takie, jak najczęściej kojarzy się z Neapolem – wąskie uliczki, obwieszone kolorowym praniem, często wznoszące się stromo do góry. Tam także są liczne stragany uliczne z owocami oraz rybami i owocami morza. Inną ciekawostką są gablotki z flakami, takie jak ten na zdjęciu poniżej.

Oczywiście, nie mogliśmy opuścić miasta bez zjedzenia jeszcze czegoś. Nie poszliśmy na pizzę (jedna z naszych towarzyszek, jak się niestety przekonaliśmy dość szybko, niespecjalnie mogła ją jeść), a do poleconej przez ww. F.  klasycznej restauracji Umberto, gdzie na stół wjechało sporo spremuta di limone i spróbowałam potrawki z ośmiorniczek w pomidorach. Bez przygód dotarliśmy potem do samochodu i opuściliśmy miasto, więc potwierdzam, że nie taki Neapol straszny, jak go malują. Nie miałabym nic przeciwko, by jeszcze kiedyś tam wrócić… W końcu muszę kiedyś zjeść „tą prawdziwą pizzę”! Wybrzeże Amalfi, choć obiektywnie piękne, nie skradło mi serca, m.in. ze względu na problemy komunikacyjne. Scalę za to zapamiętam na długo.

PS. A w Rzymie po raz trzeci poszliśmy do opisywanego wcześniej Ai tre scalini, i wygląda na to, że mam ulubioną restaurację, tylko szkoda, że położoną tak daleko od miejsca zamieszkania ;).

poniedziałek, 14 maja 2018

Jesteście w weekend w Rzymie. Jest ładna, (bardzo) ciepła i sucha pogoda. Macie trochę czasu i zbliża się pora obiadu… czy to wszystko nie sprowadza się do słowa PIKNIK? A gdzie lepiej się zaopatrzyć na ten piknik, jak na lokalnym targu?

Parę tygodni temu, w kwietniową sobotę, poszliśmy do Mercato Circo Massimo właśnie w tym celu: zaopatrzyć się na piknik. Oczywiście, chciałam w ogóle zobaczyć ten targ rzymski, a skoro można było przy okazji wykorzystać to praktycznie… Przestrzeń nie jest bardzo duża, ale jest tam wszystko, co trzeba: kilka straganów z pieczywem (kupiliśmy focaccię), sery (kupiliśmy kozi), smarowidła do pieczywa (wzięliśmy takie z papryką), wędliny (wzięliśmy suche kiełbaski) i, przede wszystkim, owoce i warzywa. Sezonowość jest przestrzegana, czyt. nie widziałam ani jednego pomidora; sprzedawano głównie szparagi, agretti, pory, rzodkiewki, najróżniejsze sałaty, pierwsze truskawki, rabarbar, i (jeszcze) pomarańcze (skorzystaliśmy). Brakowało mi trochę oliwek (były tylko duże próżniowe opakowania), ale rozumiem, że to też nie sezon. Wśród kupujących trochę turystów, ale większość klientów sprawiała wrażenie lokalne.

Dokąd poszliśmy z naszymi zakupami? Wstępny plan zakładał piknikowanie na Palatynie, ale jak się szuka wejścia z drugiej strony, to się go raczej nie znajduje ;) (mała podpowiedź: trzeba iść na Via di San Gregorio, i tylko głodem/upałem mogę tłumaczyć to, że nie wpadliśmy na to, by sprawdzić adres na mapie). Sam Circo Massimo robi wrażenie, ale niekoniecznie jako miejsce na kameralny posiłek (chyba, że ktoś lubi na środku placu vel patelni), i ostatecznie wsiedliśmy do metra i wróciliśmy do Ogrodów Borghese.

„Wróciliśmy”, bo mieszkaliśmy przez kilka dni w pobliżu. Przyznaję, że do tej pory park kojarzyłam albo jako miejsce, w którym przemokłam tak, jak nigdy wcześniej (ani później), albo jako sierpniową zakurzoną pustynię, niemal pozbawioną toalet publicznych ;). W zielonym i słonecznym wydaniu kwietniowym podoba mi się znacznie bardziej (poza, być może okolicami parkingu piętrowego Saba, które wydawały mi się wyjątkowo zaśmiecone i mało zachęcające) i polecam go także biegaczom. W sobotnie popołudnie bez problemu znaleźliśmy kawałek zacienionego trawnika (niedaleko drzewa pod którym piknikowały dwie zakonnice, kawałek dalej leżały pokotem nastolatki ;) i mogliśmy zająć się konsumpcją zakupów. I znów wyszło na to, że włoskie pikniki nam dobrze wychodzą (a na pewno lepiej niż francuskie – M do tej pory mi wypomina ten jedzony przy szosie, z maski samochodu…). Polecam, jeśli traficie do Wiecznego Miasta.

niedziela, 06 maja 2018

„Jesteśmy w Sienie”: pan z bransoletką ze skarabeuszem i nastoletnia Liv Tyler, a za chwilę na ekranie pojawiają się toskańskie krajobrazy, albo chciałam pojechać do Toskanii, od kiedy pierwszy raz obejrzałam Ukryte pragnienia (czyli od całkiem wielu lat). Najbardziej zależało mi na zobaczeniu na własne oczy tych zamglonych wzgórz z cyprysami, by móc powiedzieć to samo, co kiedyś na widok koloru Morza Egejskiego: tak, to naprawdę tak wygląda, jak na zdjęciach, to nie fotomontaż ;).

Naszą bazą na 3 dni pobytu było San Gimignano. Gdybym mogła spędzić więcej czasu w Toskanii, pewnie przynajmniej część pobytu nocowałabym w miejscu typu gospodarstwo agroturystyczne, w którym z okna widać właśnie te falujące, niebiesko-zielone wzgórza a nie mur sąsiedniej średniowiecznej kamienicy i pranie sąsiadów*; wówczas jednak pewnie zapamiętałabym to słynne średniowieczne miasto jako „katedra, wieża, turyści, wąskie uliczki” i nie poznałabym jego oblicza porannego lub wieczornego. O 8 rano turystów jeszcze nie ma (jedzą śniadanie u siebie i dopiero wsiądą do pojazdów, atrakcje zresztą otwarte dopiero od 10), a od ok. 19 już ich nie ma, i robi się zaskakująco pusto i cicho. Jest to z jednej strony przyjemne – po porannym espresso macchiato** można spokojnie zrobić zdjęcia bez ludzi w kadrze, jednak wieczorem ma się trochę wrażenie, że zostało po godzinach w skansenie ;). Zaznaczam, że taki był stan na kwiecień, szczyt sezonu może wyglądać (i brzmieć) inaczej.

Z innych miast toskańskich zwiedziliśmy Sienę, przespacerowaliśmy się także po Pienzy, przejechaliśmy przez szereg innych miast w regionie Val d’Orcia i wcześniej w Chianti, jadąc na lunch do Panzano (o czym niżej), przeszliśmy także przez kilka małych miasteczek w okolicy Montauto, i przyznaję, że w żadnym z nich się nie zakochałam. Lokalne krajobrazy: tak, to coś na co mogłabym patrzeć godzinami, jednak w kategorii miast i miasteczek Prowansja wygrywa nawet z zadbaną, miejscami pocztówkową Pienzą ;).

Co jedliśmy? Pierwszego wieczoru, bezpośrednio po dość późnym przyjeździe poszliśmy na kolację do restauracji Peruca, gdzie uznałam, że menu jest chyba jeszcze dość zimowe ;): dziczyzna i inne mięsa, poza tym sporo kapusty i strączkowych. Łatwo cudzoziemcom zapomnieć, że kuchnia włoska to nie tylko dania z południa, na upalną pogodę, a na pomidory kwietniu jeszcze nie sezon. Tortelloni z kapustą i fasolą były zaskakująco smaczne i… swojskie w smaku ;). W kolejne dwa dni postawiliśmy na lunch jako główny posiłek dnia i specjalnie pojechaliśmy do Panzano, do „rzeźnika-celebryty” (cyt. przewodnik Lonely Planet), a właściwie jednej z jego restauracji.

Dario Cecchini prowadzi w Panzano trzy lokale oraz sklep. Wybraliśmy się do opcji najmniej zobowiązującej, tj. Dario Doc, otwartej tylko w porze obiadowej i w której nie przyjmuje się rezerwacji. Szyldu widocznego nie ma, ale wchodzi się przez sklep i najlepiej od razu powiedzieć, czego się szuka, żeby nie tłoczyć się wśród chętnych na darmową degustację ;). Klientów sadza się przy długich, komunalnych stołach, na których już stoi woda, sosy oraz oliwa, do korzystania wg uznania, i stawia przed prostym wyborem, jeśli chodzi o menu: może być zestaw mały, średni lub duży, ewentualnie – wegetariański. Jeśli jednak je się mięso, jechać do słynnego rzeźnika by zjeść (tylko) warzywa…? Napoje zamawia się niezależnie, ale co ciekawe, można przyjść z własnym winem i nie będzie doliczone tzw. korkowe. Poszliśmy w opcję średnią, czyli burger wołowy, wysmażony wg uznania (poprosiliśmy o rare, i po namyśle nie wiem, czy jednak nie było to medium… Kwestia klasyfikacji, bo np. amerykańskie słabe wysmażenie = właściwie surowy, wg standardów europejskich?), fasolka na zimno (znów strączkowe!), sos pomidorowy, w moim odczuciu pyszny, liście selera naciowego, marynowana cebula oraz ziemniaki w plastrach zamiast frytek. Porcja dość obfita (u sąsiada widziałam zestaw L i sama bym go raczej nie zjadła), wszystko smaczne, choć mięso było (umyślnie?) mało doprawione. Jeśli będziecie w pobliżu, warto zajrzeć, choćby z ciekawości, ale nie wiem, czy bym ponownie specjalnie tam pojechała.

Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Sienę, i podczas przechadzki po ogrodach botanicznych usłyszeliśmy grzmoty. Zweryfikowaliśmy plany lunchowe i w deszczu doszliśmy (szybkim krokiem ;) do L’Orto de Pecci, czyli miejskiego ogrodu, na terenie którego działa restauracja. W ogrodach, co ciekawe, są zasadzone stare (podobno nawet średniowieczne) odmiany winorośli, rosną także oczywiście oliwki, rozmaryn wielkości drzewek, uprawia się warzywa i hoduje kozy, a pracownicy to osoby niepełnosprawne/potrzebujące. W menu wykorzystuje się własne płody rolne, oliwa na stoliku jest także własna. Zjedliśmy po talerzu prostego, warzywnego makaronu w stylu smacznej kuchni domowej, popijając domowym winem i następnie espresso, i byliśmy mile zaskoczeni niskim rachunkiem. Polecam, choćby dlatego, że inicjatywa wydaje się chwalebna. Po tym obiedzie poszliśmy – jedyny raz podczas wyjazdu! – na lody do polecanej Vecchia Latteria w centrum Sieny. Czekoladowe oraz kawowe były najlepsze, choć (bo?) bardzo intensywne, niemal wytrawne.

Te dwa wieczory w San Gimignano spędziliśmy w winiarni; konkretnie w D! Vineria za rogiem od Duomo (całkiem przyzwoite wina na kieliszki, ale z przekąsek właściwie tylko bruschetty) oraz w enotece na „głównej ulicy”, tj. Via San Matteo (gdzie wina, przynajmniej te odkorkowane, były gorsze, za to talerz przekąsek ogromny i smaczny, zwłaszcza część warzywna). Na deser można pójść na spacer wzdłuż murów miejskich ;).

W temacie bruschetty – pieczywo toskańskie jest jednym z gorszych, z jakim się spotkałam. Wiedziałam, że będzie niesłone – taki przepis i tradycja, ale nie, że będzie wysychać w błyskawicznym tempie (nigdy nie miałam wrażenia, że jest naprawdę świeże) i że skórka będzie tak twarda. Z ulgą powitałam chleby rzymskie, tam bowiem spędziliśmy ponad trzy dni po Toskanii.

Z podróży przywieźliśmy także prezenty spożywcze: nasza 10km wędrówka wokół Montauto prowadziła nie tylko przez gaje oliwne czy okolice opuszczonych kościołów, ale i bezpośrednio obok Fattorii San Donato, do której weszłam szukając kranu z wodą, a wyszłam z litrem lokalnej oliwy ;). Inną pamiątką, tym razem dla łasuchów, może być panforte, które leży na co drugiej wystawie sklepowej, a także… w sklepiku w zwiedzanym przez nas opactwie Sant ’Antimo. Była to wersja cytrusowa, którą kupiłam do bezpośredniego spożycia, kierowana ciekawością, jak to właściwie smakuje. W moim odczuciu to trochę bardziej sucha wersja Christmas cake, mająca też coś tam wspólnego z bakaliowym piernikiem – mnie smakowało ;). Opactwo swoją drogą też polecam, choćby ze względu na malownicze położenie (i zwierzęta, nie zawsze występujące w przyrodzie, zdobiące fasadę oraz kolumny wewnątrz kościoła).

Tyle wrażeń na szybko. Nie ukrywam, że nie zakochałam się w Toskanii i nie marzę o powrocie, niemniej warto choć raz zobaczyć te krajobrazy na własne oczy. Ciekawa jestem, jak odbiorę inny region Włoch, do którego trafię już za miesiąc…

* Nic nie mam do prania malowniczo zwisającego z okien, traktując je jako koloryt lokalny i w San Gimignano z ciekawością patrzyłam, co tego dnia się suszy vis a vis.

** To ta forma włoskiej kawy, jaka mi teraz najbardziej smakuje, skoro cappuccino już nie, jak wspominałam ;).

sobota, 03 marca 2018

Gdy się okazało, że przynajmniej trzy razy w tym roku będziemy w Rzymie, najpierw się ucieszyłam... a potem zaczęłam planować, co zjemy ;). Na pierwszy ogień zarezerwowałam kolacje-powroty: Armando al Pantheon (po 10 latach!) oraz Osteria 44, o której pisałam w 2012. Ten pierwszy lokal był wieczorem pełen, i trudno się dziwić, zważywszy na międzynarodową klientelę oraz to, że przypadkiem były to Walentynki. Jestem jednak zaskoczona, że w dzisiejszych czasach kuchnia, która jest maksymalnie domowa, tradycyjna a przy tym niefotogeniczna, cieszy się taką popularnością ;). Jedliśmy zapiekanego bakłażana (ja), karczocha z mozzarellą (M), ossobuco z groszkiem (M) oraz makaron z sosem pomidorowym z (małym) dodatkiem podrobów cielęcych (ja) + do tego dobre regionalne czerwone wino. Czy wróciłabym? Tak, ale może za jakiś czas. Co do Osterii, najbardziej ucieszyłam się ze spotkania Sergio, choć go nie poznaliśmy, dopóki się nie odezwał (6 lat temu nie miał brody ;). Spożywczo smakowała mi przystawka z zapiekanych ziemniaków z karczochami i boczkiem oraz toskańskie białe wino, polecone przez kelnera, z dań M dobra była jagnięcina z pistacjami, reszta poprawna; z ostateczną oceną kuchni wstrzymam się do kolejnej wizyty.


Kwestia lunchów czy też pranzo rozwiązała się bardzo prosto: gdy nasz kolega A. dowiedział się, że będziemy mieszkać koło dworca Termini, polecił nam Mercato Centrale; potem jeszcze przeczytałam o tamtejszej pizzy, i już wiadomo było, że musimy tam pójść. Ostatecznie poszliśmy trzy razy ;). Miejsce działa na zasadzie bardziej eleganckiej hali restauracyjnej, trochę zbliżonej do stołecznych Koszyków, acz mocniej kompaktowej i mimo wszystko w dużym stopniu obsługującej pasażerów dworca i/lub stacji metra (przeciskając się między stolikami i stoiskami trzeba uważać na walizki). Pomimo dużego ruchu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miejsc, choć na zasadzie dosiadania się do częściowo zajętego stolika. Jedliśmy owoce morza (grillowaną ośmiornicę i kalmary), przygotowane na świeżo, szybko i najprościej jak się da, podane z warzywami, i pizzę od słynnego (podobno, np. wg tego artykułu) Pietro Daniele Seu – smaczną, choć przekonałam się, że neapolitańska (chrupkie brzegi, miękki środek) to jednak nie mój nr 1. Piliśmy także zaskakująco smaczny, biorąc pod uwagę kolor i etykietę „detoks” (wrrr) sok z jabłek, kiwi i imbiru ze stoiska wege (za nami stał Indus, który prosił o „coś pikantnego” ;), oraz zrobiliśmy drobne zakupy. Właściwie to ja chciałam kupić kawałek sera a M miał nabyć espresso vis a vis, co skończyło się kupieniem sera, kawałka dojrzewającej wędliny i wypiciem zimnego espresso (a salami tylko dlatego nie wzięłam, że okazałam stanowczość plus nie przepadam za tą wędliną): innymi słowy, zaopiekował się mną sprzedawca (kierownik stoiska?). Pan ten poza podsuwaniem różnych kąsków i pytaniem, w jakim języku ma się ze mną porozumieć (sugerował sporo opcji ;), zapakował wędlinę próżniowo do samolotu. Oczywiście chętnie tam wrócę. Z innych napojów, niż wymienione powyżej, Mercato oferuje także stoisko z winem, także na kieliszki, oraz piwem, którego też kosztowaliśmy. Polecam, zwłaszcza jeśli będziecie w okolicy (choć Termini to chyba najlepiej skomunikowane miejsce w Rzymie).


Drążąc temat pizzy, w dniu wyjazdu (po dłuższym spacerze po cmentarzu Campo Verano – polecam, jeśli nie unikacie nekropolii) trafiliśmy do znanego Forno przy Campo di Fiori. Podaje się tam pizzę tzw. rzymską, czyli cienką i chrupką, sprzedawaną na kawałki. Pizza wychodzi z pieca (tzn. przy nas wyszła margherita, bianca już leżała za ladą), klient mówi, co i ile chce (pokazując palcami), sprzedawczyni kraja, składa na pół jak kanapkę, podaje, kieruje do kasy. W głębi sklepu można kupić pieczywo. Jest to fajna opcja na szybką przekąskę, ale na konkretniejszy posiłek chętnie poszukam pizzy romana z większą liczbą np. warzywnych dodatków.


Kolejnego wieczoru (piątkowego – brak obowiązków służbowych następnego dnia) wybraliśmy się w głąb dzielnicy Monti, do winiarni Ai tre scalini, i to jest miejsce, do którego na pewno chcę wrócić. Uwaga: podobno można zarezerwować telefonicznie stolik, mnie się nie udało jednak tam dodzwonić, natomiast lokal jest otwarty od 12 do nocy i bardzo popularny. Przychodząc o mało popularnej porze typu 17-18 pewnie znajdziecie miejsce (choć możliwe, że – jak my – wylądujecie przy barze), później może być jednak trudniej, a ok. 21 raczej nastawcie się na przeciskanie przez tłum i wołanie do kelnera o kieliszek wina ;). Nam udało się też zamówić jedzenie: suszone mięso (coppiette), oliwki i łubin jako przekąski; klopsy w sosie pomidorowym, caponatę, dorsza z ciecierzycą (na zdjęciu poniżej; jak się doczytałam przypadkiem u Rachel Roddy, tradycyjne danie piątkowe, bo rybne) i pieczywo. Do tego dobre czerwone wino na kieliszki: negroamaro, amarone i refosco, tylko trzy z bogatej listy na tablicy. Do rachunku jeszcze pojawiło się limoncello… no cóż, trzeba było porównać z domowym ;).


Z innych atrakcji dzielnicy Monti polecam APT na autorskie koktajle (próbowaliśmy trzech i wszystkie były smaczne) przygotowane przez b. sympatyczną obsługę, choć uprzedzam, że lokal mieści się w piwnicy, co nie każdemu musi pasować (było dość ciepło i pogoda sucha, ale zapach jest charakterystyczny dla tego typu pomieszczeń).

Skutkiem ubocznym wyjazdu było odkrycie, że... już niespecjalnie lubię włoskie cappuccino. Jest go trochę za dużo, mleko jest za mocno spienione, całość jest za słaba. Najlepsze było, o dziwo, to wypite na dworcu na stoisku Lavazza, vis a vis peronu z pociągiem Leonardo (tzn. na lotnisko). Na szczęście espresso, zwłaszcza to w miejscach zapyziałych, jest wciąż bardzo dobre. Raz też wybraliśmy się względnie chłodnym rankiem do „ambitnego” Faro (jeśli ktoś szuka dzbanków ze sznurkiem i innych piątych fal, to tam) na flat white. Szkoda, że kawy może i są w stylu z antypodów, ale już śniadania nie: lubię słodkie wypieki, wiadomo, ale zaczynanie dnia tylko od ciasta listkującego, w wersji luks – z jakimś nadzieniem, jakoś mnie nie przekonuje. Jednak nie jestem łasuchem (i nie, marizotto, czyli brioszka z kremem, nie jest alternatywą ;) - chyba już wolę croissanta, bo mimo wszystko mniej deserowy). Jak już mówimy o deserach, waniliowe cannoli (patrz pierwsze zdjęcie) wciąż jadalne ;).

Ciąg dalszy nastąpi wiosną (kalendarzową ;).

czwartek, 26 października 2017

Pocztówki trójmiejskie pisałam kilka miesięcy temu, od tamtego czasu zdarzyło mi się jednak spędzić kolejne pół dnia w Gdańsku i znaleźć dwa nowe typy do listy „do powtarzania”. Po pierwsze bowiem, dotarłam wreszcie do podobno modnego Wrzeszcza, na ul. Wajdeloty, o której wspominała TU Ania-Truskawka. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałam porównanie, że to „gdański Zbawix”, trochę się zaniepokoiłam, bo komercyjnej strony stołecznego pl. Zbawiciela szczerze nie lubię. Na szczęście, w moim odczuciu Wajdeloty z warszawską lokalizacją ma niewiele wspólnego, poza faktem, że weganie z głodu nie umrą. Wczesnym jesiennym popołudniem w sobotę jest cicho, spokojnie, niektóre kamienice odnowione, pozostałe nie, a liczba knajp na metr kwadratowy wcale nie jest taka wysoka. Trend wegański, o którym wspomniałam wcześniej, daje się jednak wyraźnie zauważyć, stąd nasz lunch składał się z wariacji na temat soczewicy w Avocado. Było smacznie, szybko i bezpretensjonalnie, ale następnym razem może dopytamy się o nerkowce w składzie czegokolwiek, co zje M (czyt. a jeść ich raczej nie powinien, a przynajmniej nie rękoma, których może dotknąć potem do oczu ;).

Na kawę przeszliśmy na drugą stronę drogi do Kurhausu, gdzie wystrój trochę kojarzy mi się z latami 70. a kawa spełnia moje oczekiwania (i espresso, i flat white). Można też się napić cydru czy lokalnego piwa rzemieślniczego z kija. Przynajmniej w dzień wygląda to na dobre miejsce do pracy na komputerze lub spokojnej lektury – podobnie zresztą jak Matko i córko już na Starym Mieście, do którego trafiłam późniejszym popołudniem.

Przyznaję, że lokal przyciągnął mnie po pierwsze nazwą (M kiedyś regularnie używał jej jako okrzyku), po drugie lokalizacją – ul. Św. Ducha jest jedną z moich ulubionych ulic na gdańskiej starówce (w moim odczuciu ładna, szeroka a dużo bardziej cicha od choćby równoległej Mariackiej). Kawiarnia jest w sumie taka, jak lokalizacja: bez zadęcia i spokojna. Wnętrze to szereg niewielkich salek/zaułków, w których można przycupnąć i w ciszy popracować, odpocząć po zwiedzaniu (ja), poczytać, pogadać czy pograć w dostępne na miejscu planszówki. Do jedzenia raczej tylko słodkie (z drobnymi wtrętami hipsterskimi, bo mignęły mi jakieś wypieki jaglane ;), za to napoje zajmują większość karty; przy słowie „kawiarnia” zresztą się wahałam, bo wybór herbat jednak chyba większy. Dominują jednak zielone/czarne, których nie pijam, ale na szczęście są też napary. Zdecydowałam się na malinowy, który okazał się podkręconą wersją ulubionej hot ginger lemon honey, do której wcześniej nie wpadłam, by dodać owoce, a to przecież świetny pomysł. Do powtórzenia w domu w sezonie malinowym lub z mrożonymi owocami.


Znacie? Lubicie? A może polecacie podobne miejsca?

PS. Miała być jeszcze recenzja podobno bardzo smacznych kanapek z zapyziałej budki koło stacji kolejki SKM Politechnika, do której specjalnie się pofatygowałam, ale niestety okazała się w sobotę zamknięta :(.

Zapisz

poniedziałek, 25 września 2017

Gdy się okazało, że jedziemy do Kanady, byłam za tym, żeby trzymać się tylko Kolumbii Brytyjskiej (a nawet jej południowej części, gdy się przyjrzałam odległościom). Myślałam nawet, żeby może skoczyć do Seattle lub okolic, bo do granicy z USA z Vancouver jest bardzo blisko. M jednak oznajmił, że zawsze chciał zobaczyć Góry Skaliste, a i z różnych innych powodów ;) wycieczka do Stanów przestała mi się w tym momencie wydawać bardzo atrakcyjna. Z racji braku czasu (tylko kilka dni wolnego po wyjeździe z Vancouver) oraz biorąc pod uwagę odległości, zamiast zaliczyć dwa parki narodowe (Jasper + Banff), jak robi wiele osób, wybraliśmy Banff jako cel wycieczki, z odległym o niecałe 2h drogi Calgary jako miejscem ostatniego noclegu oraz spotkania po (12!) latach ze znajomym poznanym w Turcji.

Żeby się nie umęczyć 9h w samochodzie, podzieliliśmy naszą podróż na wschód na ½, zatrzymując się po kilku godzinach jazdy w Okanagan, które jest czymś w rodzaju kanadyjskiej Napa Valley. Celem były w związku z tym winnice ;). Wspominałam, że celowo zamawialiśmy wina stamtąd podczas kolacji w Vancouver – białe w Blue Water Cafe, rose i czerwone piłam też w Forage. Wszystkie wydawały mi się przyzwoite, może bez zachwytów „to jest TO!”, ale trzymające poziom. M jednak cały czas miał wątpliwości, czy jest sens próbować czerwonych („nie ufam im w tym zakresie, w tym klimacie?”, itd.) Tzn. mówił tak, dopóki nie wjechaliśmy do Okanagan i krajobraz się zmienił. Nie byłam oczywiście (jeszcze) w Kalifornii, ale na zdjęciach niektóre miejsca wyglądają całkiem podobnie. Dla porównania winnica we Francji, którą zwiedzałam dwa lata temu, była położona niżej, okolice zaś znacznie bardziej zielone. Do tego w Summerland świeciło słońce, obiektywnie było bardzo ciepło, ale lekki wiatr i bezpośrednia bliskość jeziora sprawiały, że nie było to zupełnie uciążliwe.

Postanowiliśmy odwiedzić dwie winnice położone najbliżej naszego motelu w Summerland, a więc po pierwsze Sumac Ridge, gdzie chciałam przede wszystkim spróbować czerwonych z linii bardziej premium, tj. Black Sage, i może kupić jakąś pamiątkę z wakacji. Testerem byłam głównie ja, bo M prowadził samochód, jednak okazało się, że nalewane porcje biorą pod uwagę dopuszczalny poziom alkoholu we krwi (wyższy w BC niż w innych prowincjach), i już w drugim miejscu, Crush Pad (skąd pochodziło różowe wino z Forage; winnica produkuje tylko wina naturalne), mogliśmy się bardziej zrelaksować. Obydwie winnice stanowią część tzw. Bottleneck Drive, a kierowcy degustujący wytrwale w ponad kilkunastu lub – chcąc objechać całość w jeden dzień – ponad 20 miejscach muszą uważać, nawet przy tak skromnie napełnianych kieliszkach. Crush Pad, podobnie jak Sumac Ridge, jest położone na wzgórzu z widokiem na jezioro, wokół rozciągają się sady owocowe (druga specjalność regionu: jabłka, brzoskwinie itd.) Tym razem próbowaliśmy głównie białych win i Pinot Gris Switchback Haywire okazało się moim ulubionym. Gdy zakupiliśmy butelkę (plus specyficzne Pinot Noir na prośbę M, nie moją, zaznaczam ;), spytaliśmy obsługę o możliwość zrobienia sobie czegoś w stylu pikniku (do czego winiarnia zachęcała na swojej www). Okazało się, że choć w lodówce leżało kilka serów do kupienia, w weekendy przygotowują talerze wędlin i serów do degustacji, i choć był poniedziałek, pani powiedziała, że może nam coś szybko przygotować. Spodziewałam się trzech plasterków wędliny z krakersami, bo uprzedzała, że pieczywo wyszło, zostaliśmy tymczasem mile zaskoczeni poniższym talerzem.

Po posiłku z widokiem z jednej strony na przyrodę a z drugiej na bardziej przemysłową część winnicy (kadzie, ciężarówki itd.), zabraliśmy nasze zakupy, odstawiliśmy samochód (oraz otwarte wino do lodówki – plusy motelu ;) i poszliśmy na spacer brzegiem jeziora. Po drodze minęliśmy plażę miejską, na której parę osób się kąpało lub wypoczywało, plażę dla psów (!), przystań i mini ścieżkę przyrodniczą z szuwarami. Ze względu na urozmaicony krajobraz (wzgórza i jeziora), plus niewątpliwą atrakcję w postaci winnic, to dobre miejsce na przystanek podczas zwiedzania Kanady. Gdybyśmy mieli więcej czasu, nie miałabym nic przeciwko, by spędzić tam chociaż jeden dzień dłużej. Warto dodać, że do kraju wróciły z nami trzy butelki wina, w tym „pipe”, czyli porto z Black Sage.

W Okanagan pożegnaliśmy lato, im bardziej bowiem na wschód, tj. im bliżej Gór Skalistych, tym bardziej pochmurno i chłodno (i godzinę później, zmiana czasu następuje jeszcze przed właściwą granicą z Albertą). Dzięki temu, że kilkakrotnie na trasie trafiliśmy na roboty drogowe, musieliśmy często jechać wolniej, i tak zobaczyliśmy wreszcie misie na żywo, a nie tylko na ulotkach ostrzegających, tj. czarną niedźwiedzicę, siedzącą na torach kolejowych (!) przy autostradzie (!) w towarzystwie dwóch niedźwiadków. Jakiś czas później przejazd został zablokowany przez trzy czy cztery owce kanadyjskie (M sądził, że to kozice), czyli witamy w parku narodowym ;).



Do Lake Louise dojechaliśmy już w deszczu, choć jeszcze dość drobnym. Uznaliśmy jednak, że skoro według prognozy lepiej nie będzie, tylko ew. gorzej (czyt. śnieg i wyraźnie chłodniej), nie ma na co czekać, założyliśmy kurtki i ruszyliśmy w stronę jeziora. Pogoda (i względnie późna pora, tj. ok. 15) pod pewnymi względami nam sprzyjała, bo nad samą wodą/przed hotelem-molochem wciąż było bardzo wiele osób, a z najpopularniejszego krótkiego szlaku (ok. 3,5km w jedną stronę) do schroniska (tzw. teahouse) przy wyżej położonym Lake Agnes schodziło ich drugie tyle… ale już niewiele szło w górę. Warto może wyjaśnić, że Lake Louise to podobno najczęściej fotografowane jezioro na świecie (!); w innych warunkach pogodowych pewnie należy się tam udać jak najwcześniej rano, by uniknąć największych tłumów.

Do schroniska doszliśmy mokrzy, ale – przynajmniej ja – zachwyceni widokami m.in. na Little i Big Beehive (szczyty, które rzeczywiście przypominają ule, stąd ich nazwy). Gdy wcześniej planowałam naszą wycieczkę do Banff, chciałam wejść na któryś z nich, liczyłam jednak na inną pogodę oraz widoczność ;). Lake Agnes Teahouse mnie mile zaskoczył: wyobrażałam sobie coś w rodzaju lunaparku, tymczasem jest to skromne, stare schronisko, w którym poza nami było tylko kilka osób, plus przemiła studencka obsługa (From Poland! Wow! That is so awesome!) i ciepła zupa pomidorowo-warzywna z… pęczakiem. Droga powrotna niestety była już wyraźnie bardziej mokra i chłodna, więc porzuciłam jakiekolwiek myśli o górach w kształcie uli a skupiłam się na mentalnym przeglądzie walizki pod kątem ciepłych i SUCHYCH ubrań ;).

Kolejny dzień spędziliśmy z parasolką w samym miasteczku Banff lub w jego okolicach, oglądając jelenie amerykańskie pasące się nad rzeką i wodospady, zwiedzając muzeum, informację turystyczną (gdzie potwierdzono info uzyskane w pensjonacie, że w 2017 – z racji „Canada 150” - wstęp do parku jest darmowy), pralnię, kawiarnię, wege restaurację, targ, gdzie dostaliśmy kupony do lokalnego browaru, i wreszcie ww. browar ;). M tam spróbował kanadyjskiego specjału pt. poutine, czyli w skrócie frytek polanych sosem pieczeniowym i posypanych (specyficznym) serem (tzw. cheese curds). Jest to wyjątkowo niefotogeniczne danie (najładniejsze zdjęcie znalazłam na tej stronie), a co do smaku – jeśli lubicie frytki, ser i łagodne sosy, to będzie wam smakować :). W moim odczuciu podpada pod kategorię „świństwo, ale smaczne”. W Banff podjęliśmy też próbę zlokalizowania ciemnego syropu klonowego, takiego, jaki przywiozłam z Vermontu (very dark, strong taste) i niestety okazało się to niemożliwe. Jak później powiedzieli nam goście pensjonatu w Calgary, gdzie spędziliśmy ostatnią noc z Kanadzie: po ten najciemniejszy musielibmy pojechać do Quebecu. No cóż, na szczęście przez internet teraz można kupić prawie wszystko… A, miasteczko Banff: podobnie jak Whistler, jest to kurort, ale bardzo mały jak na ten typ miejscowości – wszystko można obejść na piechotę, więc część komercyjna jest też ograniczona przestrzennie i częściowo ukryta w pasażach podziemnych lub między budynkami; poza chwilami, gdy trzeba było lawirować np. na przejściu dla pieszych „po skosie” (nowość dla mnie, b. praktyczne!) między licznymi grupami azjatyckich turystów i ich parasolami, nie żałowałam, że nie mieszkamy w bardziej odludnym miejscu.


Drogę do Calgary wybraliśmy okrężną. Najpierw zatrzymaliśmy się jeszcze w muzeum Cave & Basin, wybudowanego na terenie pierwszego uzdrowiska w Banff (siarkowe źródła wciąż mają się dobrze, co czuć), a gdzie chciałam przede wszystkim obejrzeć wystawę o obozach dla internowanych cudzoziemcach podczas I Wojny Światowej. Wydaje mi się, że mało się o tym temacie mówi (sama wiedziałam wcześniej tylko o obozach dla obywateli Prus w Wielkiej Brytanii), a ponieważ internowanie obejmowało poddanych Austrowęgier, łatwo się domyślić, że byli wśród nich także Polacy. Po obejrzeniu wystawy ruszyliśmy przez Canmore do Kananaskis Country. Uwaga, jeśli jak my, wybierzecie się Smith Dorrien Trail, raczej trzeba mieć samochód z napędem na cztery koła, zważywszy na górską drogę szutrową (a nie tylko dlatego, że w połowie września, jak my, możecie trafić na śnieg z deszczem ;). Samą trasę przez Spray Valley Provincial Park, wzdłuż Spray Lakes Reservoir i na koniec przejeżdżając koło Lower Kananaskis Lake, bardzo polecam: były to najpiękniejsze miejsca, jakie widziałam podczas wyjazdu. Ponieważ jechaliśmy bardzo wolno, ze względu na drogę i widoki, a innych samochodów prawie nie było, z łatwością można robić zdjęcia przez uchyloną szybę, jest też wiele dogodnych miejsc, by się zatrzymać i podziwiać przyrodę poza autem. Innymi słowy nie trzeba, jak panowie napotkani już na asfaltowej Kananaskis Trail, stanąć na środku szosy, by zrobić zdjęcie stając przed maską (z daleka byłam przekonana, że mieli wypadek).


Na temat samego Calgary mam niewiele do powiedzenia. Nasze „spotkanie pokolonijne” mieliśmy w Sky Tower, w obrotowej restauracji z widokiem na całe miasto, wcześniej chwilę chodziliśmy po tarasie widokowym, zanim zaszło słońce. Następnego ranka poszliśmy też na krótki spacer po centrum, z którego pochodzi poniższe zdjęcie, z wszechobecnym napisem „Canada 150” na tle wieżowców. Miasto niespecjalnie mi się podobało – być może miałam zbyt mało czasu, by docenić jego walory, albo był to efekt nieprzyjemnego kontrastu po Górach Skalistych, ale raczej nie będę dążyć do powtórek. Szczerze mówiąc: mając do wyboru taką przyrodę, jakiej jest aż nadmiar w Kanadzie, a miasto, nie zawaham się, wybierając to pierwsze. No i, oczywiście, wciąż do odwiedzenia pozostaje Wyspa Księcia Edwarda...

PS. Zdjęcia z wyjazdu na Instagramie można znaleźć pod tagiem #ptasiawkanadzie.

Zapisz

czwartek, 14 września 2017

Vancouver uchodzi za jedno z miast o najwyższym standardzie życia na świecie, czy takie, co „ma wszystko” - metropolia z dużą ilością zieleni, położona nad morzem, z dostępem do oceanu, otoczona górami (zimą do najbliższych wyciągów jedzie się góra kilkadziesiąt minut). Szklane wieżowce sąsiadują z drewnianymi domami z początków rozwoju miasta. Do tego dość niski poziom przestępczości, ścieżki rowerowe i transport publiczny. Żeby nie było zbyt różowo, ceny nieruchomości obecnie nie są dla wszystkich a bezdomnych trudno nie zauważyć i w centrum, i w parkach. Trudno też uciec od smutnych refleksji na tle etnicznym, do których skłaniają choćby słynne totemy w Stanley Park (jedna z większych atrakcji turystycznych w mieście). Choć Vancouver nie skradło mojego serca tak, jak Nowy Jork, i to mimo tego, że też są budynki w stylu Art Deco*, jest to miasto łatwe w obsłudze przez kilka dni, zwłaszcza jak się mieszka w centrum i można niemal wszędzie dojść na piechotę (ew. dojechać rowerem miejskim, choć warto zaznaczyć, że prawo prowincji BC teoretycznie nakazuje jazdę w kasku, którego przeciętny turysta ze sobą raczej nie ma).

Pierwszą noc po przylocie spędziliśmy w dzielnicy West Point Grey (obok „hippisowskiego” czy też artystycznego Kitsilano), stosunkowo blisko lotniska oraz Jericho Beach. Jest to dzielnica mieszkalna, pełna domów jednorodzinnych z ogrodami i pustych, szerokich ulic ocienionych platanami. W ramach walki ze zmianą czasu poszliśmy jeszcze na krótki spacer nad morze. Było słonecznie, ciepło oraz wyjątkowo cicho, co zwalałam na długi weekend (Labour Day) z pogodą proszącą się o ucieczkę z miasta. Gdy po kilku godzinach snu obudziliśmy się o 2:30, po paru próbach ponownego zaśnięcia wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do całodobowego Lucy’s Eastside Diner. Ponieważ była to sobotnia noc, czy też właściwie nad ranem w niedzielę, w dinerze było całkiem sporo osób, przypuszczam kończących w ten sposób sobotnią zabawę ;). I tak naszym pierwszym kanadyjskim posiłkiem stała się kawa w stylu amerykańskim, wytrawne pankejki podane z pulled pork (!) oraz hash browns, tj. smażonymi ziemniakami. Po posiłku pojechaliśmy na nocne oględziny portu w Prospect Point oraz poszukiwanie wschodu słońca w Stanley Park; efekty widać na zdjęciach. Bonusem był „nasz pierwszy kojot” dostrzeżony z okna samochodu podczas drogi powrotnej do pensjonatu.

Po powrocie ze Squamish obrzeża Stanley Park (konkretnie jezioro Lost Lagoon) oglądałam codziennie podczas porannych przebieżek, bo mieszkaliśmy w dzielnicy West End, w której częściowo pozostawiono XIX w. domy (otoczone oczywiście blokami). Parę moich ulubionych widać na poniższych zdjęciach. W jednym mieści się Roedde House Museum, które polecam miłośnikom vintage, retro i pochodnych. Jest to w gruncie rzeczy mini skansen, tj. dom mieszkalny z odtworzonymi oryginalnymi wnętrzami, z ogromną liczbą akcesoriów z epoki; zwiedza się obowiązkowo z przewodnikiem, starszym wolontariuszem.

Vintage w formie stylu shabby chic (z naciskiem na to pierwsze, tj. obdrapanie i celowy brak renowacji ;) występowało w dwóch kawiarniach, które odwiedziliśmy właściwie przypadkiem, a które polecam i jako źródło napojów/przekąsek, i fanom tego stylu wnętrzarskiego. Jedna to Le Marche St. George, do której podjechaliśmy po zwiedzeniu ogrodów botanicznych Van Dusen. Prowadziłam nas za pomocą mapy Google, zastanawiając się, czy ktoś nie zrobił błędu, byliśmy bowiem znowu na cichym osiedlu domków mieszkalnych, gdzie przynajmniej w naszym kraju kawiarnie rzadko się spotyka. Tymczasem w Kanadzie faktycznie – narożny dom został udekorowany sznurami lampek, które na pewno świetnie znacie ze zdjęć na Pinterest czy Instagramie, na chodniku stoi kilka stolików a wnętrze jest wypełnione starymi szafami i stolikami nie od pary. W szafach stoją artykuły spożywcze do kupienia, typu sól wędzona, lub niszowe kosmetyki, typu mydło na piwie czy ziołowe serum do twarzy. Żeby jednak nie było, że wszystko jest na pokaz, kawa była świetna (bez poprawiania, tj. zmniejszania ilości mleka lub dolewania espresso, bo smutne doświadczenie uczy, że warto przed zamówieniem spytać choćby o wielkość kubka…), kisz smaczny i wypiliśmy nasze pierwsze London Fog, z którego słynie Vancouver. To słodki, mleczny napój herbaciany, trochę jak masala chai bez przypraw, ew. waniliowa bawarka. Ponieważ było ciepło, M zamówił wersję z lodem. W kawiarni panował duży ruch, m.in. przyszedł lokalny policjant, który pożegnał się z obsługą „było pysznie, jak zawsze”, a potem delikatnie zwrócił nieświadomym Europejczykom (tj. nam) uwagę na temat włączania się do ruchu w mieście Vancouver („nie każdy prowadzi tak świetnie jak Pan i dlatego lepiej parkować po prawej stronie drogi, żeby nie przecinać ulicy ruszając”).


Podobną osiedlową kawiarnią, do której trzeba trafić docelowo (np. przez media społecznościowe ;) lub mieszkać w pobliżu, jest Greenhorn, do którego zajrzeliśmy po pierwszym biegu wokół Lost Lagoon. Ponieważ kawiarnia dopiero wówczas się otwierała (o 7 rano), nie spodziewałam się, że gdy następnego dnia udam się tam w deszczu na ulubioną flat white (skądinąd mało w Kanadzie popularną), będę miała problem ze znalezieniem miejsca siedzącego… Podobnie zresztą było w drugim wnętrzu z shabby chic, o którym chciałam wspomnieć, tj. Finch’s w dzielnicy Gastown. Znów padało, a dotarliśmy tam tylko dlatego, że kanapkownia, w której chciałam zjeść lunch, okazała się zamknięta w sobotę (czyli pewnie nastawiona na klientów z pobliskich biur ;). Sam budynek, w którym mieści się kawiarnia, jest wart sfotografowania, jeśli lubi się to, co stare i nieco zapuszczone (ale takie w ogóle jest Gastown, poza pojedynczymi świeżo odnowionymi kamienicami z eleganckimi butikami). Finch’s serwuje napoje, sałatki i rozmaite kanapki – wszystkie przygotowywane na świeżo i smaczne, podawane na kawałku złożonego pergaminu, który potem należy wyrzucić do, uwaga, kosza na odpadki organiczne.

Dodatkowym plusem jest sąsiedztwo (po drugiej stronie ulicy) księgarni The Paper Hound, która jest nr 1 na liście „miejsc do ponownego odwiedzenia, jeśli kiedyś wrócę do Vancouver”. O ile Hatchards jest moją ukochaną księgarnią z nowymi książkami, The Paper Hound w tej chwili zajmuje pierwsze miejsce w kategorii używanych – prawdopodobnie od chwili, gdy zobaczyłam półkę z książkami dla dzieci pt. „gryzoń jako główny bohater”. Polecam też zajrzenie do „książek zakazanych” oraz do szafki z osobliwościami („fałszywe pamiątki rodzinne”). Kończąc temat Gastown, warto jeszcze dodać, że mieści się tam też kilka ascetycznych kawiarni nowego typu, takich dla miłośników alternatywnych metod parzenia i innych trzecich fal (ale w Nemesis flat white dobre też zrobią) oraz... punkty sprzedaży marihuany.

 

Dokąd bym jeszcze wróciła? Do przedstawicieli „kuchni świata”, tj. na taco do La Tacqueria Pinche (nie mam wielkich doświadczeń z kuchnią meksykańską, ale tu smakowało mi wszystko, zwłaszcza mole) oraz do Kingyo, izakaya na Denman St. Restauracji azjatyckich w Vancouver nie brakuje, co jest zrozumiałe, jeśli się przyjrzy mieszkańcom miasta… czy trochę pociągnie nosem: mnie się Vancouver chyba już będzie kojarzyć z zapachem oleju sezamowego ;). Kingyo wybrałam na lunch m.in. dlatego, że znajdowało się kilka minut na piechotę od naszego pensjonatu plus miało dobre recenzje. Nie robiłam rezerwacji, ale w popularnych porach warto; w 20 minut po otwarciu, czyli jeszcze przed 12, załapałam się na ostatni firmowy zestaw bento. Jak wyglądał, widać powyżej. Nie byłabym w stanie powtórzyć dokładnie, co jadłam, poza tym, że były surowe przegrzebki i niemal surowy tuńczyk, i kawałek wieprzowiny, i zupa miso, a wszystko było bardzo smaczne i zaskakująco lekkie.

Trzecim wyborem byłoby miejsce dla miłośników ryb i owoców morza, znana i powszechnie polecana Blue Water Cafe (a ja pierwszy raz o niej przeczytałam na blogu Ani, tj. Jest pięknie). Choć przed kolacją wzdychałam nad dłuuugą listą lokalnych ostryg, ostatecznie podzieliliśmy się wyborem surowych owoców morza dla dwojga, i w ten sposób po raz pierwszy zjedliśmy meduzę (gdybym nie wiedziała co to, powiedziałabym, że makaron ryżowy z – znowu - olejem sezamowym ;) oraz upewniliśmy się, że lubimy ceviche. Drugie dania to tuńczyk (M) i golec (ja), obydwie ryby b. świeże, prosto doprawione a porcje spore; piliśmy także białe wina z regionu Okanagan, w czym mieliśmy pewien cel, o czym następnym razem. Jeśli lubicie ryby/owoce morza, zdecydowanie warto pójść; z Yaletown, gdzie mieści się Blue Water, jest blisko na targ na Granville Island. My go odwiedziliśmy po 9 rano, poszukując kulinarnych pamiątek lub prezentów, i wydawał mi się przyjemnie niezatłoczony w porównaniu do np. Borough Market; w porze lunchu przypuszczam, że ruch jest znacznie większy.

Poza ww. top trójką oczywiście zjedliśmy w jeszcze paru innych restauracjach, które jednak nie załapują się na listę „do powtarzania”, np. w eleganckim Hawksworth (gdzie choć jedzenie smaczne, były problemy z obsługą, które moim zdaniem nie powinny wystąpić zwłaszcza w restauracji tej klasy) czy Forage, słynącym z czysto lokalnej kuchni (gdzie zjedliśmy bizona, kanadyjskie sery i piliśmy produkowane w kraju orzechowe amaretto, bez aromatu gorzkich migdałów). Byliśmy także testować piwa w Steamworks, który w porównaniu z browarami w Squamish jest rozmiarów fabrycznych a mimo to trudno wieczorem o stolik, oraz na koktajlach i ostrygach w Gotham. Śniadań poza domem nie było, gdyż zapewniał je w urozmaiconej i obfitej postaci pensjonat, i… też codziennie w jakiejś postaci pojawiały się ziemniaki ;).

CD, czyli wino i góry, nastąpi.

* Ale powiedzmy sobie szczerze: budynek Chryslera jest jeden, a jak się go zobaczy wieczorem, to już się nie odzobaczy ;).

Zapisz

Zapisz

wtorek, 12 września 2017

Gdy nasza przyjaciółka E. dowiedziała się, że jedziemy do Kanady, powiedziała „syrop klonowy i szopy pracze”. Moje pierwsze skojarzenia byłyby pewnie literackie, bo jako dziecko „karmiona” byłam Curwoodem (nieskutecznie, bo książki przygodowe to nie mój gatunek) i L.M. Montgomery (bardzo skutecznie; do tej pory zdarza mi się odświeżać Błękitny Zamek) . Z tego ostatniego powodu, gdybym miała sama wybrać miejsce docelowe w tym kraju, na pierwszym miejscu byłaby Wyspa Księcia Edwarda. Gdy jednak wyjazd jest tylko połowicznie wypoczynkowy, a część zawodowa wiąże się z Vancouver, człowiek znajduje się na zachodnim wybrzeżu (a całą tą relację pisze przemieszczając się pomału w kierunku Gór Skalistych).

W stolicy Kolumbii Brytyjskiej musieliśmy zatrzymać się na dłużej dopiero na czwarty dzień po przylocie, więc po dość krótkiej nocy w Vancouver (o czym następnym razem) ruszyliśmy na północ wzdłuż wybrzeża. Squamish to popularny cel np. weekendowych wycieczek mieszkańców Vancouver – trudno się dziwić, zważywszy na atrakcyjność miejsca i tylko godzinę jazdy samochodem. Whistler, znany ośrodek narciarski, znajduje się ok. 40 min. dalej. Nasze plany zakładały chodzenie po górach przez trzy dni pobytu, wiele osób jednak przyjeżdża tam na rafting, rowery, kajakarstwo… Możliwości jest wiele, choć natura nie zawsze ułatwia uprawianie sportu: trafiliśmy na wyjątkowo upalną pogodę, pod koniec połączoną z powietrzem zanieczyszczonym dymem z pożarów lasów. O ile na to drugie niewiele mogliśmy poradzić (i dlatego zdjęcia ze szczytu najpopularniejszej góry w okolicy, Stawamus Chief, są wszystkie zamglone), w przypadku pierwszego pomaga jetlag. Przy różnicy czasu 9 godzin, pobudka o np. 2:30 w pierwsze parę dni była dla mnie normą (oznaczało to także, że z wyjścia do restauracji pierwszego wieczoru niewiele pamiętam, bo prawie zasnęłam przy stole ok. 18). Słońce wstawało ok. 6:30, ale koło 6 było już względnie jasno. Tak czy inaczej, już koło 7 rano można było zacząć wędrówkę i w porze największego popołudniowego upału znaleźć się już na dole, by podjechać do jednego z jezior w okolicy (dwukrotnie zaliczyliśmy kąpiel w popularnym Lake Alice – pływanie w orzeźwiającej wodzie po uprawianiu sportu to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie znam).

Jeśli chodzi o same wędrówki, zaliczyliśmy spacer po Murrin Park, który choć mały, z wyżej położonych punktów ma piękne widoki na cieśninę Howe, wejście na Blackcomb (z zjazdem wyciągiem do centrum Whistler – załapaliśmy się na ostatni dzień pracy wyciągu, przy czym bilety na zjazd trzeba kupić… uwaga, wcześniej w dolnej stacji, czyli my musieliśmy kupić je dzień wcześniej, biorąc pod uwagę start o 7) oraz wspinaczkę na środkowy (tzw. drugi) szczyt Stawamus Chief. O ile szlaki w Murrin Park (poza najwyższym punktem) czy na Blackcomb bardzo przypominały ścieżki alpejskie czy nawet bieszczadzkie, Chief, przynajmniej od pewnego momentu, był bliższy Acadii w Maine. Z tą różnicą, że choć w Acadii korzystaliśmy przez chwilę z lin, nie musieliśmy się na nich podciągać, zwłaszcza nie po kawałku pionowej skały ;). Jak zobaczyłam potem klasyczną drabinę do dalszego wspinania się, bardzo się ucieszyłam. Widoki ze szczytu, nawet zaciągnięte dymem, wynagradzają stres i wysiłek (w moim przypadku razem z perspektywą zejścia inną trasą ;).

Innym bonusem, przynajmniej w wybrane dni, jest urocza zielona przyczepka z lodami Alice & Brohm, strategicznie umieszczona przy parkingu koło wejścia na szlak. Lody są zrobione z lokalnych składników, tylko owocowe, w 3 lub 4 klasycznych smakach, co stanowi odświeżającą odmianę po lodziarniach oferujących kilkanaście lub kilkadziesiąt opcji. Duża malina (M) i mała jeżyna (ja) w krajobrazie pustynnym smakowały świetnie.

Wspomniałam wyżej magiczne słowo „restauracja”. W Squamish nie mieliśmy noclegu z wyżywieniem ani możliwością przygotowania sobie posiłku, więc zwiedzaliśmy lokalną gastronomię także w zakresie śniadań. Na głównej ulicy tego swoiście zabudowanego miasta znaleźliśmy dwie przyzwoite kawiarnie z dobrą kawą; ciut lepsza była w The Ledge Community Coffee House, ale za to Zephyr Cafe jest otwarta od 6:30. Dlatego dwukrotnie zjedliśmy w niej śniadanie, przy czym rozmiar tego posiłku jest taki, by dostarczyć paliwo na dobre kilka godzin, nawet dla osób uprawiających sport (w dniu wyjazdu, tzn. bez wędrówki, po dorodnym talerzu granoli nie byłam głodna przez prawie 7 godzin ;). Numerki stolików/zamówień wyznaczają zabawki, typu figurka dinozaura lub Batmana, w środku kawiarni zaś panuje lekki duch hippizmu, który – w moim odczuciu – jest w ogóle wyczuwalny w Squamish, czasem płynnie przechodząc w łagodne hipsterstwo. Objawia się to liczbą szkół jogi oraz koczującymi (i ćwiczącymi) pod Chiefem joginami, sklepami z odzieżą używaną lub ręcznie dzierganą, czy łagodnie uśmiechniętymi długowłosymi osobami w różnym wieku, spacerującymi boso po bardzo rozgrzanym asfalcie lub wędrujących z jumbo matami do – znowu - jogi na plecach. Oczywiście, znalezienie dań weg(etari)ańskich nie jest też problemem. Miasteczko uprawia także ogródek warzywny na cele społeczne, typu bank żywności. Aha, i część przejść dla pieszych jest tęczowa ;), choć to zobaczyłam później także w Vancouver.

Hipsterstwo objawiło się chyba najwyraźniej podczas cotygodniowego targu (farmer’s market) w Whistler, który odwiedziliśmy w ramach kupowania ww. biletów na zjazd w Blackcomb, i w ten sposób wypiliśmy „naszą pierwszą kombuchę”. Gdybym nie wiedziała, że to sfermentowana herbatka, powiedziałabym, że woda gazowana z sokiem ;). Nie wchodząc w szczegóły składników i ich działanie, w gorący dzień smakowała bardzo dobrze.

Z innych lokalnych napojów wypróbowaliśmy dwa miejscowe browary, bo piwowarstwo rzemieślnicze w regionie ma się bardzo dobrze (w Vancouver urządza się np. oficjalne wycieczki po dzielnicy browarniczej, reklamowane choćby w… punkcie wynajmu samochodów). Zestaw 4 niedużych szklanek, czyli tzw. flight, do przetestowania wybranych piw to norma; bardzo podobało mi się, że może obejmować właśnie wybrane piwa, nie narzucone przez bar. W Howe Sound Brewing w centrum Squamish, mieszczącym się niedaleko naszego hotelu, ostatecznie piliśmy tylko piwo (raz testowo, za drugim razem od razu poprosiliśmy o Sky Pilot ;), natomiast w Backcountry Brewing, położonym ok. 3 km w stronę Whistler, zjedliśmy także bardzo smaczną pizzę i sałatkę, choć jak dotarliśmy na miejsce, niezupełnie myślałam o jedzeniu… Trzy kilometry wydają się bowiem dwa razy dłuższe, jeśli się je przejdzie w pełnym słońcu, w temperaturze w cieniu ok. 35 st. C, zacieniona strona ulicy bowiem nie istnieje. Squamish zostało założone niewiele ponad 100 lat temu, budynki są niskie, rozłożone z rzadka na dość dużym obszarze. Samo centrum przypominało mi mocno miasteczko Fortitude z serialu o tej samej nazwie ;). Mimo to cieszyłam się, że obraliśmy je na bazę zamiast Whistler, które postrzegam jako typowy kurort.

CDN., albo wypatrujcie relacji z Vancouver! W między czasie zapraszam na Instagram, także IG Stories.

Zapisz

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych**, a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

** Errata z 07/2018: wczytałam się uważniej w kartkę na ścianie przy drugiej wizycie i okazało się, że raczej chodzi o zakaz rozmawiania przez telefon/odbieranie rozmów (dzwonki i inne dźwięki). Półmrok wnętrza jednak zdjęciom nie sprzyja ;).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna