Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: podróże

wtorek, 04 października 2011



O Austrii pisałam na blogu wielokrotnie. W tym roku we wrześniu znów wyrwaliśmy się na kilka dni w Alpy. W ramach niespodzianek przeżyliśmy, obok letnich temperatur (do 30 st. w słońcu)... silny opad śniegu.

19.09.2011

Pomijając białe anomalia pogodowe, było całkiem w normie: zielone alpejskie łąki, Sturm, Apfelstrudel, itd. Maniacko zaglądałam do wszystkich ogródków warzywnych i podziwiałam dynie, zasadzone w wielkich skrzyniach*...



... lub wędrujące po jezdni:

Śledziłam także potencjalne obiekty spożywcze dziko rosnące:



Znów trwał Bauernherbst, czyli dożynki. W ramach tychże w lokalnym Lagerhausie (sklep sieciowy; można tam kupić wszystko, co się przyda w gospodarstwie, np. butelki na domowego schnappsa, kantary dla koni czy śrubki i gwoździe) w weekendy funkcjonował "Bauernladen", czyli mini-sklepik z produktami z okolicznych gospodarstw. Poza dżemami, alkoholami itd. były bardziej interesujące mnie artykuły mniej trwałe, typu żółciutkie masło (które kupiliśmy i było pyszne), sery i wędliny. Kupiliśmy także wyjątkowo rustykalny chleb, którego wygląd (bardzo niewłaściwie popękany i za gruba skórka), ciężar (jak kamień) i smak (suchy i za słony :) sprawiły, że poczułam się dumna z własnych wypieków.

Na wędliny skusiliśmy się w Prossau Alm, do którego zawędrowaliśmy po śniegu przez dolinę Kötschachtal.



Kupiliśmy (wegetarianie niech przewiną w dół) dwie obsuszone kiełbasy z tacy wystawionej w korytarzu obok wejścia do Almu, zrobione z jelenia i kozicy; ta ostatnia mi bardziej smakowała.



Zajrzeliśmy także do Strohlehen Alm, o którym wspomniałam rok temu. Znów piwo chłodziło się w wodzie ze strumienia...



Napiliśmy się domowej maślanki i mostu, tj. cydru (bardzo, tj. chyba dla mnie chyba za bardzo wytrawnego), a na wynos zakupiliśmy kawałek sera krowiego: miękkiego, dość słonego i lekko ostrego, który z czasem dojrzał, stał się twardszy i bardziej aromatyczny.



W browarze Schmaranz (także omówionym w zeszłorocznej notce) wypróbowaliśmy zasadę "napełnij własną kankę". Otóż można kupić w browarze 2 litrowy dzban z zapięciem z pałąkiem i napełnić wybranym piwem (u nas - tzw. mieszanym, średniojasnym). Tak napełnioną kankę można przechowywać w lodówce do 11 dni. Potem pusty dzban można wymienić na nowy, pełny. Pomysł takiego wtórnie wykorzystywanego opakowania bardzo mi się podoba :)



W naszej ulubionej restauracji Bertahof jedliśmy dynię w różnych postaciach (dyniowe Cordon Bleu, np. :) i na deser - owoc miechunki (physalis) umoczony w czekoladzie. Podziwialiśmy także, jak można wtórnie wykorzystać starą kuchenkę:



Podczas jednej górskiej wycieczki skosztowałam także Hollerwasser, czyli wody z syropem z kwiatów czarnego bzu, i uznałam, że to jednak nie moja bajka. Zapach kwitnącego bzu jest intensywny i dla mnie - drażniący; kwiatowy aromat napoju także mi przeszkadza. Owoc czarnego bzu - o, to już inna sprawa...

* M przyjrzał im się krytycznie: "Jakieś niewyrośnięte". Ja: "Jakby cię znienacka śnieg zasypał, też byś był niewyrośnięty". Nie dodałam, że uwaga jest wyjątkowo nie na miejscu w kontekście naszych mazurskich dyni, które z niewiadomego powodu wypuściły ostatnio wiele nowych zarodków, które raczej nie mają czasu dojrzeć...

czwartek, 14 lipca 2011

Zanim pojechaliśmy do Tajlandii, postanowiłam, że chcę pójść na lekcję gotowania. To bardzo popularna (zwłaszcza w Chiang Mai) rozrywka dla turystów. Szkoła, którą wybrałam, akurat wybierała się na urlop, i poleciła nam Basil, która miała wolne miejsca. Właściwie, okazało się, że mieliśmy szczęście, bo byliśmy jedynymi uczniami tego ranka (a poprzedniego dnia był komplet).

Rano przyjechały po nas Boom i Ning. Po drodze wręczyliśmy im listę dań (wybranych ze strony internetowej), które chcieliśmy ugotować, i pojechaliśmy na targ. Tam (uzbrojeni w dwa urocze wiklinowe koszyki na zakupy) oglądaliśmy produkty, które mieliśmy później użyć w kuchni: różne rodzaje bakłażanów, w tym wersję (pea eggplant), nie mającą nic wspólnego, poza nazwą, z bakłażanem, jakiego znamy; zieloną papaję i inne owoce; trzy rodzaje bazylii (najbardziej podobał mi się aromat cytrynowej); świeże liście limonki i pomarszczone limonki kaffir (papedy); jadalny bluszcz (albo coś podobnego); kurkumę w formie korzenia (taką, jaką widziałam na plantacji w Indiach); świeże tofu; makaron świeży, suchy oraz na wpół ususzony oraz żywe żaby (tych akurat nie użyliśmy potem na lekcji). Boom udzielała nam rad - która bazylia do czego służy, z jakiego kokosa robi się mleko, które papryczki są najostrzejsze oraz że zielone są tylko niedojrzałą formą czerwonych (na co nigdy wcześniej nie wpadłam).

Na lekcji mieliśmy przygotować 7 dań, z czego jedną pastę curry; ponieważ oboje wybraliśmy sałatkę z papai jako jedną z opcji, a pozostałe dania inne, łącznie przyrządziliśmy (i zjedliśmy) jedenaście potraw i dwie pasty curry. Nie martwcie się, porcje nie były duże :) (choć chyba potem już darowaliśmy sobie kolację).
Część składników, np. kurczak, zostały wcześniej umyte i pokrojone, resztę obrabialiśmy sami. Tu muszę przyznać, że nie lubię korzystać z tzw. noży szefa do drobnego siekania ziół czy warzyw. Jestem z natury niezgrabna i roztrzepana, zaliczyłam też już w życiu wizytę na pogotowiu po tym, jak coś kroiłam, więc gotując we własnej kuchni wybieram albo siekacz (nóż kolebkowy), albo niewielkie nożyki z piłką. Tu musiałam w miarę sprawnie korzystać z dużego, ostrego noża szefa i nie uciąć sobie przy okazji niczego, co stanowiło  pewne wyzwanie. Po paru minutach Ning, patrząc jak męczę się nad cebulą, chrząknęła i spytała, czy gotuję w ogóle regularnie... Ubawiony M wytłumaczył, o co chodzi. Podczas krojenia uczyliśmy się także, że twarde elementy (trawa cytrynowa, całe chilli, łodygi np. jarmużu) należy przed krojeniem zgnieść, zaś czosnek tajski nie wymaga obierania, tylko posiekania a z liści limonki należy wyjąć łodygę.
Pierwsze danie, które gotowaliśmy: makaron.  Ja przyrządziłam pad thai, jedno z najbardziej znanych tajskich dań, M - szeroki makaron z jarmużem. Pierwszy raz w życiu używałam woka, i to jeszcze na gazie. Makaron M był świeży, nie wymagał gotowania w wodzie, tylko podgrzania z resztą składników, po wcześniej zabarwieniu na ciemno słodkim sosem sojowym; mój gotował się krótko w chochli wody, na dnie woka, po tym, jak zepchnęłam na bok pozostałe przesmażone składniki.

Danie nr dwa: zupa - w moim przypadku pikantno-kwaśna (tom yum), M - kokosowa. Dowiedzieliśmy się, czemu w tej ostatniej zupie galangal i trawa cytrynowa są pokrojone na tak duże kawałki: bo wcale nie należy ich jeść, nadają tylko aromat/smak, ale są zbyt twarde lub nieprzyjemne do bezpośredniej konsumpcji. Czasem wrzuca się je w woreczku i wyciąga na koniec gotowania, by łatwiej było jeść. Wymieniliśmy spojrzenia i pomyśleliśmy o zupie, którą poprzedniego dnia dzielnie próbowaliśmy zjeść do ostatniego korzenia/liścia, zastanawiając się, czemu nie pokrojono składników drobniej (a kelnerka, odbierając od nas naczynia pewnie pomyślała: "Głupie te farangi").
Deser przygotowaliśmy wcześniej, bo musiał się schłodzić. Oboje przyrządzaliśmy potrawy z lepkiego ryżu - ja czarnego, M zaś z białego zrobił lepki ryż z mango. Ryż wymaga wcześniejszego namoczenia, za słodycz odpowiada głównie sos kokosowy. Szczerze mówiąc, wersja z czarnego ryżu była dla mnie najmniej udanym daniem z wszystkich, które tego dnia przygotowaliśmy, jako zbyt mdła; wersja z mango bardziej mi smakowała ;)

Jako ostatnie danie przed godzinną przerwą w gotowaniu przyrządzaliśmy sałatkę z zielonej papai. Zaczęliśmy od pokrojenia wszystkich składników na drobne paski, częściowo obieraczką do jarzyn, później ugniataliśmy składniki dressingu w wielkich moździerzach - za pomocą tłuczka, pomagając sobie łyżką. Ning nam radziła, aby papaję (trudno lub wcale dostępną w PL) zastąpić ogórkiem, jabłkiem lub dodatkową marchewką; osobiście myślałam też o młodej cukinii. Sałatki tajskie są bardzo orzeźwiające w smaku, słodko-kwaśne i dość pikantne, choć to zależy od ilości użytych papryczek (ja dałam 2, M 3 - i trochę cierpiał - a Tajowie daliby co najmniej 4 :). Spytałam, czy pestki w chilli się usuwa przy krojeniu (jak często robiłam w domu), na co Ning popatrzyła ze zdumieniem i spytała: "A po co?"
Po przerwie wróciliśmy, by trochę popracować fizycznie, ucierając ręcznie pastę curry. M wybrał zieloną, ja - Pha-nang (relatywnie łagodną, z dodatkiem suszonych papryczek chilli). Ponieważ wszystkie składniki ucieraliśmy własnoręcznie w moździerzach, przekonaliśmy się szybko, jak ważnym jest drobne pokrojenie twardych elementów (czosnek, imbir itd.) Gotowa pasta jest gładka i puszysta, a także bardzo aromatyczna - wersja ze słoika może się schować.
Po utarciu pasty zabraliśmy się za gotowanie curry - M zielonego, ja Pha-nang. Mleko kokosowe, którego użyliśmy, wcześniej sami wyciskaliśmy ręcznie ze startego kokosa (Ning: "jakbyście robili pranie"). Dowiedzieliśmy się, że komercyjne, puszkowane mleko kokosowe do curry najlepiej rozcieńczyć, a limonkę, której używamy do zakwaszania, najlepiej wycisnąć na skraju łyżki (i nie trzeba wyciskarki). Gotowe, gorące curry przelaliśmy do tradycyjnych, ceramicznych misek z pokrywką i zajęliśmy się ostatnim daniem - stir fry (krewetki z tamaryndą oraz druga opcja - wieprzowina), ponownie smażonym w woku. Ku swojemu zaskoczeniu (bo w "naszej" kuchni uważa się, że absolutnie nie należy to tego dopuścić) dowiedzieliśmy się, że czosnek właśnie ma się zrumienić...

Najważniejszą lekcją z pobytu w Basil było przekonanie się w praktyce, że kuchnia tajska jest łatwa i BARDZO szybka. Tak, nie wszystkie składniki można u nas kupić, ale do najbardziej popularnych dań - tak, ewentualnie można pobawić się w zamienniki. Pasty curry na razie nie chciało mi się utrzeć (muszę się wprawić w nastrój :) i do dużych noży się nie przekonałam, ale wszelkie łodygi zaczęłam zgniatać, a w zamrażalce zagościł worek pełen małych papryczek chilli...


ENGLISH PLEASE:


Before our trip Thailand I decided that I wanted to take some cookery lessons - a very popular (esp. in Chiang Mai) tourist activity. The school I had initially chosen was planning a vacation and recommened Basil, which happened to have some vacancies; actually, we were lucky to have the whole class (and kithen ;) for ourselves (while the day before the course was full).

Boom and Ning came for us in the morning. We handed them a list of dishes we had chosen to cook, selected from the list on the school's website and off we went to the market. Armed with two quite cute wicker shopping baskets we had a look at our cooking ingredients: different types of aubergines (eggplants), including pea eggplants, which had nothing in the common (apart from the name) with the aubergines as we know them; green papaya and other fruit; three different types of basil (I loved the aroma of lemon basil); fresh kaffir lime leaves and the wrinkly-skinned limes themselves; edible ivy (or something similar... ;); whole turmeric (like we had previously seen at the Indian spice farm); fresh tofu; fresh, dry and semi-dry noodles and finally, live frogs (but these we did not later cook). Boom adviced us on the correct use of basil types, coconuts use to make coconut milk and chillies: which are the hottest and that green are the same type as red ones, only unripe (I'd never guessed before).

We were supposed to cook 7 dishes, including 1 curry paste; since we both chose papaya salad as one of the options, altogether we prepared (and ate...) eleven dishes and two curry pastes. Don't worry, the helpings weren't large :) (although we did skip dinner afterwards...).
Some of the ingredients (eg. chicken) had been earlier cleaned and sliced, the rest we had to prepare ourselves. I must admit that I don't like the so called chef's knives for fine chopping of herbs or vegetables. I am naturally clumsy and a bit of a scatter-brain, and have already been once been to hospital after slicing something, which is why at home I prefer a mezzaluna or small serrated knives. Here I had to deftly use a large and sharp chef's knife without chopping off any extremities (a real challenge). After a few minutes of observing my efforts, Ning cleared her throat and inquired if I cooked regularly... An amused M explained my problem. While chopping we learnt that tougher ingredients (lemongrass stalks, whole chilli peppers, kale stems, etc.) should be crushed prior to chopping; Thai garlic does not need peeling, only chopping, while lime leaves need the stem removed.
We started with the noodles. I made pad thai, a flagship Thai dish, M - band noodles with kale. This was the first time I ever cooked in a wok (and on a gas cooker). M used fresh noodles, which did not require cooking, only heating with the rest of the ingredients after mixing with black soy sauce for some dark colouring; my noodles were shortly cooked in a ladelful of water in the bottom of the wok, with the other ingredients moved aside.
Dish no 2 was soup: hot and sour (tom yum) in my case, coconut milk for M. We learnt why in the latter galangal and lemongrass are chopped so coarsely: they're not intended for eating, only the aroma/taste, being too tough or unpleasant to eat in full. Sometimes they're put in the pot in piece of cheesecloth and thrown away at the end, to make eating more convenient. We exchanged glances, thinking about the soup we had eaten the day before, struggling to eat every leaf and root, wondering why they hadn't been finely chopped (and the waitress who collected the dishes must have thought: "Those farangs really are dum").
Dessert needed to chill a bit, so we prepared it earlier. We both made sticky rice desserts: black rice in my case, sticky rice with mango for M. The rice needs soaking before cooking, and the sweetness mainly comes from coconut sauce. To be honest, the black rice dessert was, for me, the least attractive dish out of all we cooked, being too bland; the mango version was much better ;)

The last dish we prepared before an hourly break was green papaya salad. We started by finely cutting the ingredients into strips and later mashed the dressing into a pulp with a pestle, in a huge mortar, aided by a spoon. Ning's tip was to subsitute papaya (hard or impossible to get by in Poland) with a cucumber, apple or additional carrots (personally I thought of baby courgettes). Thai salads have a clean, fresh taste; sweet, sour and quite spicy, but it depends how many chillies you use (I added 2, M 3 - and suffered a bit - while Thais woudl add at least 4). I asked if the chillies should be deseeded beforehand (which I often do in my kitchen), to which Ning asked, surprised: "What for?"
After the break we came back for some manual work: making curry paste, green for M, Pha-nang for me (Pha-nang paste being slightly milder than eg. red curry paste and made with dried chillies). The curry was made by hand in a mortar, so we quickly learned it is crucial to get the tougher ingredients (garlic, ginger etc.) chopped as finely as possible. The paste is ready when it it is smooth and fluffy. It is also very aromatic - forget the stuff from a jar.

Once the paste was made, we started making the actual curry (M: green, me: Pha-nang). The coconut milk used in the dished had been earlier pressed out of grated coconut (yes, by us; Ning: "imagine you're doing the laundry"). We learnt that commercially sold, canned coconut milk had best be mixed with a some water before cooking, while limes, used to sharpen the taste, are best squeezed out on the edge of our spoon/ladle (no juice extractor needed). Our hot curries were transferred into traditional ceramic lidded pots, while we dealt with the last dish: stir fry (tamarind and prawns and, as the second choice, pork), once more made in a wok. To our surprise (since in "our" cuisine it's a big no-no) we found out the garlic is supposed to brown...

The most crucial lesson we learnt that day was that Thai food is easy and VERY fast to cook. Yes, not all ingredients are readily available, but those for the most popular dishes can be bought, and some substitutes can be found. I have yet to make another curry paste (must get into the right mood :) and I'm not a fan of large knives, but I have started crushing all the stalks and stocked the freezer in bird's eye chillies...
niedziela, 26 czerwca 2011



W Tajlandii wyróżnia się trzy pory roku (gorącą, deszczową i suchą); na południu kraju tylko te dwie ostatnie. Niezależnie od pory roku, jest - przynajmniej dla osoby pochodzącej z innej strefy klimatycznej - mniej lub bardziej gorąco i napoje, zwłaszcza chłodzące, są wskazane. Najlepiej w dużych ilościach.

O tym, że woda z kranu nie nadaje się do picia, ale o wodę pitną nietrudno, a często oferowana jest bezpłatnie, wspominałam. Ponadto sprzedawcy uliczni oferują różne słodzone napoje w psychodelicznych barwach, często pakowane w woreczki; raz skosztowałam wściekle zielonej płynnej landrynki podczas wycieczką łodzią i więcej nie eksperymentowałam. Z ciekawością za to spróbowałam napoju z sokiem z tamaryndy; smak był bardziej słodki niż kwaśny, nieco apteczny i chyba jednak wolę tamaryndę w potrawach. Sok z limonki, który piłam na Koh Tao, był doprawiony... solą i przyjemnie orzeźwiający, podobnie zresztą jak lekko kwiatowy napój z wyciągiem z zatwaru, którym zostaliśmy poczęstowani w centrum masażu na terenie Wat Pho w Bangkoku. Raz także skosztowaliśmy lekkiego soku z zielonego kokosa:



W zakresie napojów bardziej wyskokowych, wypróbowałam cztery tajskie piwa, o dziwnie podobnych do siebie nazwach - Singha (Lew), Leo, Tiger i Chang, i dziwnie wszystkie podobne w smaku ;); najczęściej sprzedawane w małym formacie, w osłonkach mających zapobiegać zbyt szybkiemu ocieplaniu napoju.





Nie mogłoby zabraknąć kawy i herbaty. Jeśli powiedzenie, że cała Tajlandia przeżywa boom kawowy, jest przesadą, to przynajmniej ma to zastosowanie w przypadku Chiang Mai, zwłaszcza, że to na północy Tajlandii (okolice Chiang Rai) znajdują się plantacje kawy. W Chiang Mai piliśmy też najlepsze espresso. Poza dużymi krajowymi sieciówkami (Wawee czy Black Canyon) są też mniejsze kawiarnie, a także (oczywiście!) kawowe stragany uliczne (i jest też oczywiście międzynarodowa sieć na S vel Szmajbuks, ale to miejsce omijam z zasady szerokim łukiem ;). Ciekawe jest to, że poza kawami w stylu zachodnim (celowo piszę zachodnim, nie włoskim, bo espresso jak na mój gust było nieco przelane wodą, i objętość kawy zawsze za duża) można napić się także kawy w stylu tajskim, a ponadto właściwie każdy napój występuje w formie ciepłej i mrożonej (poza espresso), i jest wówczas od razu słodzony. Gdy tego nie sprecyzujemy przy zamówieniu, kelner zazwyczaj się upewni: "Hot? Cold?".



Dotyczy to także herbaty; widoczna poniżej herbata z miodem i cytryną także mogła być pita na ciepło lub na zimno - i widać, jaki wariant wybrałam...



Zamawiając kawę po tajsku spodziewałam się napoju gorącego, tymczasem jest to właśnie kawa mrożona - bardzo mocna, z długo parzonej kawy lub koncentratu kawowego, często podawana czarna.



Tajska herbata jest także - surprise - mrożona i mocna, przy czym może być doprawiana np. tamaryndą i podkolorowana barwnikiem spożywczym (jak moja poniżej):



Mogłoby się wydawać, że po powrocie do Polski i niższych temperatur mogłabym mieć dość napojów z lodem, ale może złapałam bakcyla, bo z dużą ciekawością przeczytałam przepis na koncentrat kawowy do kawy mrożonej na znanym blogu The Pioneer Woman Cooks. Najbardziej trafił mi do przekonania argument, że w przypadku tradycyjnej cafe con hielo gorąca kawa zbyt szybko rozpuszcza lód (prawda), który zandadto rozrzedza kawę (też prawda) i całość nie jest nigdy całkiem chłodna, chyba, żeby wypić napój duszkiem (ale chyba nie o to chodzi). Ree podaje proporcje na ogromną ilość koncentratu, ja zrobiłam z 1/2 ilości kawy (paczki 250g) i trochę innej ilości wody, a i tak mam kilka pojemników w różnych zakątkach lodówki; podobno jednak można ekstrakt przechowywać ok. 3 tygodni*(szczelnie zamknięty).



Koncentrat kawowy (na kawę mrożoną), na podstawie tego przepisu

Składniki:

  • 250g kawy mielonej
  • 3,5 litra wody (u mnie przefiltrowana)
  • do podawania: schłodzone mleko, syrop cukrowy

Wsypać kawę do dużej miski, zalać zimną wodą. Odstawić na noc (lub co najmniej 8 godzin, można na dłużej). Po tym czasie wyłożyć sitko gazą (co najmniej podwójną warstwą) i przecedzić kawę, lekko przeciskając fusy przez gazę. Powstały płyn (ponad 3 litry) - to nasz koncentrat. Przelewamy go do szczelnych pojemników/butelek/słoików i schładzamy w lodówce. Chcąc przyrządzić kawę, napełniamy (mniej lub bardziej, u mnie mniej) lodem, nalewamy koncentrat (proporcje dowolne) i schłodzone mleko. Dosładzamy do smaku (przyda się syrop do napojów, który lepiej rozpuszcza się niż nawet drobny cukier); oczywiście, gorzka kawa mrożona też jest dla ludzi, choć wyjątkowo wolę słodką. Ree sugeruje także opcję ze słodzonym mlekiem skondensowanym - nie próbowałam (jeszcze :).

* Osobiście sądzę, że 10-14 dni to maksymalny czas przechowywania.

wtorek, 14 czerwca 2011



- To, co chcesz iść na tą ulicę? - zwróciłam się do M, ku jego wesołości, po podróży nocnym pociągiem do Bangkoku. Wyjaśniam, że nie miałam na myśli sposobu zarobkowania*, lecz żywienia; jak wspominałam bowiem w poprzednim wpisie, tajskie ulice stanowią niezrównane źródło niedrogiego i świeżego jedzenia, a także najrozmaitszych innych towarów i usług, o czym niżej.

 

Aby zlokalizować najbliższy stragan (często na kółkach) wystarczy wyjść na zatłoczony chodnik i rozejrzeć się dookoła, ale jeśli chcemy mieć większy wybór, najlepiej znaleźć taką ulicę, przy której regularnie pojawiają się różne garkuchnie (a wówczas sprawdzić, które cieszą się największym powodzeniem). Najbardziej podobała mi się (długa) ulica w Chumporn, na której mieści się night market.



Nazwa jest myląca, bo to nie targ, a ciąg wyspecjalizowanych punktów spożywczych, w których zamawianie ogranicza się do wymieniania podstawowych liczebników (ile porcji i ile potem trzeba za nie zapłacić), bo najczęściej można kupić tylko jeden rodzaj dania, np. makaron smażony w woku z dodatkami (np. jarmuż i kurczak lub krewetki), podawany z surową zieleniną (dymką i kiełkami). Wszystkie potrawy można kupić także na wynos, więc gdy jedna osoba smaży, druga pracowicie pakuje zieleninę w plastikowe woreczki.



Jeśli zdecydujemy się zjeść na miejscu, po paru minutach ktoś bezceremionalnie postawi nam na stole kubki wypełnione lodem, do darmowej wody pitnej stojącej w dzbanku na stole, lub innych, płatnych napojów. Początkowo odsuwałam od siebie i lód, i wodę, pomna doświadczeń indyjskich (oraz ostrzeżeń, że jeść w Tajlandii można prawie wszystko, ale bezwzględnie unikać spożywania kranówki), aż się zorientowałam, że Tajowie bardzo zwracają uwagę na to, jaką wodę piją i z czego robią lód - i wówczas przestałam się krępować.

W "zestawie obowiązkowym" na stole makaronowym możemy znaleźć też miskę z rozdrobnionymi orzeszkami, do posypania dania:



Zaspokoiwszy pierwszy głód w Chumporn ruszyliśmy dalej wzdłuż ulicy, podziwiając sprzedawców różnych curry (klienci siedzieli przy jednym, rodzinnym stole ustawionym na chodniku i zastawionym paroma miskami z ziołami i inną zieleniną, do korzystania wedle upodobań). Później byli sprzedawcy tajskich pączków, opcjonalnie sprzedawanych z zielonym, kokosowym sosem oraz pani od pierożków... i wiele, wiele innych.



Poza straganami oferującymi ciepłe/zimne posiłki, są także takie z napojami ciepłymi i zimnymi (o których napiszę innym razem) oraz słodyczami i owocami. Jeśli chodzi o te ostatnie i tzw. update do poprzedniego wpisu, skosztowałam (także w Chumporn) wreszcie duriana vel śmierdziela, i nie było to doświadczenie, które chciałabym kiedyś powtórzyć ;)



A to już mój ulubiony mangostan:

Z innych produktów - nie spożywczych - na ulicy można kupić niemal wszystko: od ubrań czy wyrobów z plastiku po bardzo popularne miotełki od kurzu - nie z jakiegoś sztucznego włókna, lecz z kurzych lub pawich piór (jak te poniżej).

Ważnym towarem - najczęściej sprzedawanym w pobliżu świątyń - są kwiaty, konieczny element przydomowych kapliczek (spirit houses), stanowiących schronienie dla złych duchów (i utrzymujących je z dala od domu), oraz mini-ołtarzyków w restauracjach, taksówkach, autobusach i punktach usługowych. Kapliczki często zawierają, poza kwiatami i figurkami przedstawiającymi ludzi, wodę i jedzenie, regularnie wymienane; dary spożywcze dla duchów i duszków można też znaleźć w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, np. ustawione na krawężniku, na progu sklepu (tak, warto patrzeć pod nogi) lub pod zaparkowanym samochodem.



Kwiaty składa się także w świątyniach (jak na poniższych zdjęciach z Chiang Mai, gdzie trafiliśmy na buddyjski kwiatowy festiwal) i umieszcza na/przy tzw. świętych drzewach, obwiązanych kolorowymi wstęgami, a także przystraja się nimi podobizny króla.



Podobnie jak w Indiach, królują aksamitki. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam ich tyle na raz, co na wieczornym targu kwiatowym w Bangkoku, gdzie rozładowywano całe ciężarówki wypełnione wielkimi workami, pełnymi pomarańczowych kwiatów. Ba, w ogóle chyba nie widziałam nigdy tylu kwiatów, co na tym targu, na który nie składa się pięć czy dziesięć straganów na krzyż, ale całe ulice i przecznice ciasno wypełnione pękającymi w szwach kwiatowymi sklepikami i stoiskami (oczywiście, gdzieniegdzie przetykane straganami z jedzeniem...)



Skoro o ołtarzykach w taksówkach mowa - prawie każdy kierowca, poza podobizną Buddy i kwiatami, wozi jakieś amulety. Okazuje się, że nie tylko taksówkarze mają do nich słabość: w kilku miejsach w Bangkoku są bazary uliczne poświęcone najróżniejszym talizmanom, eliksirom i afrodyzjakom, przynoszącym rzekomo szczęście i oczywiście odczyniającym zły urok, do wyboru, do koloru. Najbardziej podobały mi się sztuczne szczęki (mogę tylko zgadywać, że należące do np. świątobliwego mnicha).



Niektórzy wiedzą, że należy zabezpieczać się przed ciosem w plecy...



W sektorze usług zaś najbardziej podobały mi się panie siedzące przy maszynie do szycia na ulicy lub naprawiające buty na chodniku.

Wspomniałam o podobiznach króla - ulice (a także domy, sklepy i urzędy) Tajlandii przepełniają najróżniejsze podobizny Ramy IX na różnych etapach życia; odrobinę rzadziej spotyka się zdjęcia Królowej Małżonki. Jeśli trafimy w miejscu publicznym na transmisję hymnu państwowego, należy dostosować się do otoczenia, tj. w ciszy, bezruchu i na stojąco wysłuchać całego utworu, gdyż za lekceważenie lub krytykę monarchii mogą nas spotkać niemiłe konsekwencje społeczno-prawne. Ja miałam trzy spotkania z hymnem: na deptaku (czyli de facto bazarze) w Chiang Mai (i gdzie ruch na chwilę rzeczywiście zamarł), w kinie w Bangkoku (transmisja ma miejsce przed każdym filmem; wszyscy widzowie wstali) oraz w lokalnej restauracji w Phuket Town, w której był włączony telewizor (i tu, o dziwo, wstała tylko jedna osoba na kilkanaście obecnych).



I wreszcie... Ktoś się mnie po powrocie spytał, czy widziałam jakieś egzotyczne zwierzęta, a gdy odpowiedziałam, że nie, spytano co w ogóle widziałam egzotycznego. Po dłuższym namyśle wydaje mi się, że kimś takim są ladyboys, czyli transwestyci, którzy w porównaniu z drag queens wyglądają bardzo niepozornie. Żadnego mocnego makijażu, peruk czy niebotycznych obcasów - tylko ot, zwykłe damskie ubranie. Pierwszego wskazał mi M na - oczywiście... - ulicy Chiang Mai; ja myślałam, że to kobieta, tylko taka dość męska. Kolejny ladyboy, w mundurku pracownicy agencji turystycznej, sprzedawał nam bilety na pociąg (a ja znów tylko pomyślałam: "Jakaś dziwna ta pani"). Ladyboys często występują w tajskich filmach i serialach jako element humorystyczny (u nas tą rolę spełniałby jowialny wujaszek czy zbzikowana ciotka); obejrzałam tylko 30 minut serialu telewizynego w tajskiej telewizji i rzeczywiście, był ladyboy**.

CDN...

* Co nie jest specjalnie śmieszne, zważywszy na zasięg i rozwój seks-biznesu w Tajlandii.

** Oraz sceny w stylu brazylijskiej telenoweli były przeplatane wątkiem... wampirzym. Hm.

środa, 01 czerwca 2011

 

Od dziesięciu dni podróżuję po Tajlandii. Z racji półmetka wyjazdu uznałam, że warto uporządkować wrażenia (i podzielić się nimi z czytelnikami ;).

Jeszcze nigdy nie byłam tak daleko na wschód. Najdalszym miejscem, do którego wcześniej zawędrowałam, były Indie. Pierwsze chwile po opuszczeniu lotniska w Bombaju dostarczyły niezapomnianych widoków i zapachów (niekoniecznie pozytywnych). Bangkok nie jest tak porażający. W porównaniu z Bombajem, jest znacznie czystszy, spokojniejszy, bardziej zielony. Drogi są lepsze, kierowcy uważniejsi, na ulicach nie kręci się aż tyle bezpańskich psów (nie mówiąc o krowach czy bawołach ;). Mimo to jest tu oczywiście dla nas egzotycznie: roślinność była pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę – to, jaka jest bujna, zielona i plenna, nawet w wielkiej, zanieczyszczonej metropolii, jaką jest stolica Tajlandii.

Drugą rzeczą, którą zauważyłam, było – ciekawe, czemu... - jedzenie uliczne. Podobnie jak w Turcji czy w Indiach, w Tajlandii wyjątkowo łatwo zaspokoić głód: dosłownie wszędzie znajdują się stragany czy wózki z jedzeniem, nie mówiąc o sklepach czy restauracjach. Oczywiście najlepiej wybierać te miejsca, które cieszą się największym powodzeniem wśród lokalnych mieszkańców, gdyż gwarantuje to, że jedzenie będzie i świeższe, i bardziej autentyczne w smaku. Jeśli zaś chodzi o to ostatnie – można wiele powiedzieć o tajskiej kuchni, ale nie, że jest mdła. Jedzenie najczęściej jest mniej lub bardziej pikantne; jak pouczała nas nauczycielka podczas kursu gotowania (o którym szczegółowo opowiem innym razem): „Ile użyjecie papryczek chilli, zależy od was, ale Tajowie wzięliby pięć”. Ja najczęściej brałam dwie, góra trzy ;) Nadmiar ostrości w gotowej potrawie można regulować cukrem, w niektórych daniach, podczas gotowania – mlekiem kokosowym. Również pozostałe smaki - słony i kwaśny – są silnie akcentowane w kuchni tajskiej. Dania na północy wydawały nam się zasadniczo ostrzejsze i kwaśniejsze niż na południu, które były słodsze. W wielu restauracjach lub knajpkach ulicznych na stołach stoi „zestaw obowiązkowy” składający się z czterech pojemników: z sosem rybnym lub sojowym (aby danie dosolić), chilli (najczęściej w płatkach), octem (zazwyczaj z dodatkiem świeżego chilli) oraz z cukrem.

Takie właśnie przyprawy stały na stolikach przy straganie na ulicy vis a vis naszego pensjonatu w Bangkoku, gdzie jedliśmy nasz pierwszy posiłek w Tajlandii, zamawiany głównie na migi oraz przy pomocy jedynej osoby w okolicy, która znała podstawy angielskiego i mogła pomóc obsłużyć faranga. Obok przypraw znajdowały się pojemniki na sztućce, czyli łyżki i widelce – ten ostatni służy do nabierania potrawy na łyżkę, którą jemy. Pałeczki są używane tylko do makaronu, a i to nie zawsze – niektórzy Tajowie jedzą go także łyżką i widelcem, tylko zamieniając dłonie, tj. nawijając makaron na widelec i zgarniając łyżką.

Kuchnia tajska jest zasadniczo lżejsza od indyjskiej, i zresztą trudno się dziwić – w jednej kuchni dużo ghee i paneeru, w drugiej – trochę oleju roślinnego i czasem mleko kokosowe plus krótka obróbka termiczna.

Trzecim ważnym elementem pobytu w Tajlandii są owoce. W Indiach większość wyjazdu unikaliśmy i surowych warzyw, i owoców, tu z przyjemnością odkrywam nowe smaki. Należą do nich różne gatunki bakłażanów, np. pea eggplant (mini-bakłażan; wygląda jak przerośnięty groszek), oraz grzybów. Pierwszym egzotycznym owocem, jakiego skosztowałam, był rambutan, który trochę przypomina z wyglądu mechate litchi; miąższ lekko przypomina strukturą melona, jest delikatny i orzeźwiający w smaku.



Kolejnym odkryciem było to, że dojrzały ananas (którego kiedyś bardzo nie lubiłam) może być pyszny. Później spróbowałam mangostanu – soczystego, słodko-kwaskowatego – i rose apple (czapetka jambos), bardzo chrupkiego, o lekkim posmaku gruszki. Następnym odkryciem był salak – słodki, o mocnym, lekko daktylowym zapachu i smaku - po obraniu z wężowej skórki.

Salak

Rozczarował mnie natomiast dragon fruit (pitaja), który pod niezwykłym wyglądem (fuksjowa skórka i miąższ a la makowiec – jak dalmatyńczyk w różowym kubraku ;) kryje mączną strukturę i nijaki smak (M: „jak krzyżówka rzodkiewki z kiwi”).

Od lewej: zielona papaja, rose apple, ananas, dragon fruit/pitaja

Naszym ulubionym tajskim deserem natomiast stał się lepki ryż z mango (tradycyjnie podawany w liściu bananowca). Clou tkwi w słodkim sosie na bazie mleka kokosowego i oczywiście na jak najlepszym mango...


CDN :)

poniedziałek, 18 października 2010

Jak to dzisiaj powiedziałam M, mieszkamy tymczasowo w burdelu, przy czym nie miałam na myśli domu uciech z czerwonymi latarniami, tylko maksymalny bałagan. I tak będzie niestety jeszcze co najmniej kilka dni. Gotowanie jest nieco utrudnione, więc tymczasem przywołam jeszcze jedno austriackie wspomnienie z ostatniego wyjazdu. Dotyczy ono karczm spod znaku "selbstgemacht", serwujących domowe, czy też dosłownie: samodzielnie robione sery, masło i wędliny z własnej wędzarni.

Na pierwsze miejsce tego typu - Strohlehenalm - natknęliśmy się przypadkiem, tj. zeszliśmy do niego ze szlaku nad Dorfgastein, chcąc napić się piwa. Karczma znajdowała się przy gospodarstwie i nie różniła się niczym od innych górskich Almów. Skromne menu było napisane kredą na ścianie, a składało się z chleba z różnymi dodatkami (mięsnymi lub nabiałowymi), ew. zupy, oraz z różnych napojów. Dzień był skwarny (przed burzą), a piwo chłodziło się na zewnątrz w korytku, do którego spływała woda ze źródła. Można było także skosztować maślanki, kwaśnego mleka czy mostu (cydru). Chleb był żytni i chyba niekoniecznie domowy (najprawdopodobniej z lokalnej piekarni), za to zachwyciło nas to, co na chlebie się znajdowało. I masło, i wędzona szynka, i ser dojrzewający były pyszne, a przy tym smakowały... inaczej. Coś (wspomagane przez napis nad drzwiami, informujący o możliwości nabycia sera i masła) nas tknęło i spytaliśmy się pani zbierającej talerze, czy to ich własne produkty, na co przytaknęła: "Ja, selbstgemacht". Wychodząc z karczmy zauwaźyliśmy, że Alm bierze udział w oficjalnych dożynkach (Bauernherbst) w dolinie Gastein (jeśli dobrze pamiętam, organizując kursy smażenia pączków).

Posiłek zapadł nam w pamięć i gdy w Sportgasteinie zobaczyłam szyld Weitbauer Alm informujący, że w nieco zaniedbanej chatce można zjeść i nabyć podobne specjały, czym prędzej skręciłam w tamtą stronę. Ponownie zjedliśmy chleb z serem i szynką, popijając tym razem maślanką, i choć było smacznie, jednak posiłek w Strohlehenalm wygrywał na każdym polu. Ser był zupełnie innego typu (nie dojrzewający, a raczej twardy żółty), wędlina lekko przypominała prosciutto.

Do trzech razy sztuka: dowiedziałam się, że w Wieden, na przedmieściach Bad Hofgastein, znajduje się browar Schmaranz, też biorący udział w Bauernherbst. Poza własnymi piwami pszenicznymi (jasnym - bardzo lekkim, ciemnym i mieszanym - moim faworytem), serwują jadło proste i wiejskie, przy czym chleb jest domowy, a jaja, nabiał i różne inne produkty - z własnego gospodarstwa. Restauracja to mała, ciemna knajpka, w której mieści się 1 duży stół i 1 mały, a połowę pomieszczenia zajmuje otwarta kuchnia, więc goście mogą przyglądać się, jak przygotowywane jest jedzenie (ciekawe doświadczenie). Porcje okazały się bardzo obfite oraz sycące, i nieco przerosły nasze możliwości, ale jedzenie było smaczne, proste, a całe przedsięwzięcie przyjemnie bezpretensjonalne. Podane na przystawkę  domowe wędliny i sery znów różniły się od testowanych w poprzednich karczmach. Warto zanotować, jako mały zgrzyt, że pieczony ziemniak z sosem grzybowym, który znajdował się w karcie jako 'danie wegetariańskie', zawierał duże ilości boczku (no i nie był to ziemniak, tylko 1,5 dużego ziemniaka ;).

I teraz pytanie do czytelników: podczas naszego zeszłorocznego "Tour de Pologne"  po Polsce wschodnio-południowej, kilkakrotnie mieszkaliśmy i stołowaliśmy się w niewielkich pensjonatach. Produkty własne pojawiały się, np. sery kozie i domowe dżemy w Chacie Magoda, ale stanowiły raczej niewielki procent w ogólnym jadłospisie, no i osoba nie nocująca w danym miejscu nie mogłaby liczyć na posiłek. Znacie jakieś miejsca - karczmy, knajpki, restauracje - nie noclegowe, które mocno stawiają na własną produkcję, serwując własne sery, wędliny, chleb? Liczę na to, że takie są, i że mi o nich opowiecie ;)

PS z 19.10. Po przeczytaniu mojego posta przez M wystąpiła między nami pewna różnica zdań. Otóż moja druga połowa uważa określenie "karczma" za mało udane w odniesieniu do opisanych przeze mnie miejsc (kojarząc karczmę z wyszynkiem a la Chłopskie Jadło), i zaliczyłby je raczej do agroturystyki. Ja nie całkiem się zgadzam, a przynajmniej - nie można by porównywać agroturystyki polskiej - nastawionej na noclegi, pobyt czasowy gości - z opisywana austriacką o profilu gastronomicznym. W Strohlehenalm podobno oferowano także noclegi, ale samo miejsce oznaczone było np. na drogowskazach za pomocą skrzyżowanych sztućców, co jest chyba dość czytelnym symbolem. Weitbaueralm noclegów nie oferował, a właściciele Schmaranzbrau mają pensjonat, ale jest to osobne przedsięwzięcie. Skala działań jest niewielka (największa chyba w przypadku browaru Schmaranz), ogólnie porównywalna z Chatą Magoda czy może Wołowiec 15, ale inny obrany kierunek.

Uwagi M: Najciekawszą, z punktu widzenia tzw. foodie, cechą austriackich "Almów" jest produkcja na niewielką skalę kilku produktów takich jak wędliny czy sery. Wykorzystywane są własne składniki, a pracę wykonują sami właściciele - co z natury znacznie ogranicza liczbę tak wytwarzanych dóbr. Stoi to w opozycji do pojawiających się w Polsce producentów tradycyjnej żywności na znacznie większą skalę (vide Tusinek, Krakowski Kredens i oraz XXX "Babuni"). Wydaje mi się, choć nie mam pewności, że ten ostatni sposób wytwarzania niektórych typów jedzenia (wędliny, sery, przetwory) zmusza do kompromisów jakości na rzecz rachunku ekonomicznego.
wtorek, 28 września 2010

Będzie dość krótko o odkryciu obecnego wyjazdu do Austrii, mianowicie o Sturmie, czyli młodym winie. Do tej pory młode wino kojarzyło mi się głównie z jakimiś tekstami piosenek, Beaujolais Nouveau, którego nie lubię oraz z czeskim filmem pt. Młode wino (Bobule). Tytułowy wybuchowy trunek (zwany także po czesku burčák) odgrywa tam ważną rolę, np. w poniższej scenie:

Gdy przyjechaliśmy do doliny Gasteinu dwa tygodnie temu i zobaczyłam, że wszystkie bary są oblepione plakatami z napisem "Sturm", przypomniały mi się opowieści rodziców z ich późnoletnich/jesiennych wakacji i uznałam, że trzeba spróbować. Nie liczyłam na nic specjalnie ciekawego, a tymczasem... wpadłam. Za pierwszym razem trafiło nam się wino idealne - próbowaliśmy i czerwonego, i białego. Oba były mocno schłodzone, dość słodkie, musujące, bardzo orzeźwiające i... zdradliwe (przypuszczalnie zwłaszcza pite na słońcu). Późniejsze degustacje bywały różne. Doszłam do wniosku, że białe młode wino jest bezpieczniejsze smakowo, gdyż czerwone zdarza się a/niestety kwaśne, b/dość mocne (a wciąż nalewane do szklanek/kieliszków 250 ml). Białe mnie nigdy nie zawiodło, choć czasem było zbyt mało schłodzone. Wczoraj ku swojej radości znalazłam także Sturm w lodówce w supermarkecie, koło jaj i nabiału. Były dwie opcje, wybrałam białe. Hm, ostatni raz kupowałam wino w plastikowych butelkach dawno temu w Grecji (i było ono tańsze od wody ;). Na etykiecie zamieszczono ostrzeżenia, by napój otwierać ostrożnie i powoli, oraz by butelki nie odwracać do góry nogami. Zawartości alkoholu nie podano (M: "Niemożliwe. Musi być" - no, ale nie było). Wikipedia usłużnie podaje, że może mieć od 4 do 10% zawartości alkoholu, czyli można powiedzieć, że oscyluje w okolicach mocy piwa.

Próbowaliście kiedyś :)?

PS z 1.10.2010: A oto niemiecki Sturm, czyli Federweisser, sprzedawany wczoraj w Monachium:

wtorek, 21 września 2010

Co i rusz, gdy przeglądam anglosaskie książki kulinarne i czytam zdania typu: "Poproście waszego rzeźnika, by Wam wyciął/wydrążył/przygotował mięso", krew mnie zalewa. Marzę o "moim rzeźniku", który by sprzedawał mięso w warunkach higienicznych, miał mięso dobrej jakości i do którego miałabym zaufanie. Jak na razie, mam dziwne wrażenie, że w warunkach krajowych te trzy warunki nie mogą współistnieć. Dlatego z ciekawością postanowiłam zbadać polecany sklep mięsny w Bad Hofgastein, w którym zazwyczaj przebywamy na wakacjach zimowych, a obecnie - letnich.

Sklep sprawia wrażenie niepozornie, my jednak byliśmy przygotowani - M zawczasu odświeżył swoją znajomość języka niemieckiego. Okazało się szybko, że większość mięsa znajduje się na zapleczu albo w gablocie za obsługą, nie w ladach chłodniczych przed klientem. Innymi słowy, koniec języka za przewodnika i należy nawiązać dialog ze sprzedawcą. Tym sposobem nabyliśmy steki wołowe, z polędwicy, którą pan wcześniej przed nami obkroił, a później pokroił na plastry o takiej szerokości, jaką chcieliśmy (2 cm). Mięso zanieśliśmy do domu i czym prędzej obrobiliśmy najprościej, jak się da. Uprzedzam: przepis bazuje na wołowinie naprawdę dobrej jakości.

Składniki: na łebka - dwa niewielkie steki wołowe grubości 2cm, oliwa i masło do smażenia, sól, pieprz

Mięso opłukać i bardzo dokładnie osuszyć. Na patelni rozgrzać oliwę i masło w stosunku 1:1 (ok. łyżki jednego i drugiego wystarczy). Smażyć steki ok. 4 minut z jednej strony i ok. 2 z drugiej dla mięsa średnio wysmażonego; ciut mniej dla słabo wysmażonego, a ciut dłużej dla mocniej wysmażonego. Przełożyć mięso na talerze, dopiero wówczas delikatnie posolić i popieprzyć. Podawać od razu, najlepiej z zieloną sałatą z sosem vinaigratte i ziemniakami w dowolnej formie.

czwartek, 05 sierpnia 2010

od lewej: ulica prostopadła do Unter den Linden, park Tiergarten, bloki w dzielnicy Mitte (dawny Berlin Wsch.)

Całe dzieciństwo słuchałam o tym, jak to rodzice (plus siostra Mamy) pojechali do Berlina, oczywiście Wschodniego, w latach 70-tych, i jak Mamie się tam nie podobało. Druga historia z Berlinem w tle tyczyła ubranek i zabawek, przywożonych mi z Berlina przez pochodzącą z Niemiec Babcię Ł. ("o, tu widzisz te buciki na zdjęciu?"). Niezależnie od tych historii zawsze chciałam pojechać do tego miasta. W miniony weekend, pod pretekstem odwiedzenia pewnej wystawy, wreszcie się udało, i to razem z 2/3 składu z wycieczki sprzed 35 lat. Przy wjeździe do miasta Mama rozejrzała się dookoła i powiedziała: To wygląda zupełnie inaczej. Na Unter den Linden dodała: No, wreszcie widać, co jest za tą Bramą Brandenburską. Jak to wyglądało w połowie lat 70-tych, można zobaczyć np. na tej stronie.

od lewej:niedziela nad Szprewą, trawnik przed Alte Galerie, tango na moście nad Szprewą

Nie mogę porównywać swoich doświadczeń do tych rodziców, gdyż choć pamiętam dobrze czasy, gdy "runął mur", nie mam wspomnień związanych z tym innym miastem, w którym znajdowało się Muzeum Pergamońskie, ale już nie Tiergarten.

od góry: mur przy Marius Gropius Bau, maraton jazdy na rolkach (g. 21:15 w niedzielę!), East Side Gallery

Odebrałam dzisiejszy Berlin jako miasto tętniące życiem, w którym wciąż coś się dzieje czy zmienia. W ciągu 2 dni widziałam 1 maraton biegaczy, 2 maratony jazdy na rolkach, 1 milongę na moście, kuglarzy ulicznych, grupy ludzi puszczających latawce oraz mlodych chłopaków, jeżdżących po ulicach miasta w go-cartach. Ponadto tłum ludzi przewijający się ulicami i deptakami, bardzo wiele osób na rowerach, z psami i małymi dziećmi. Nad rzeką w niedzielę trawnik był zajęty przez osoby wypoczywające na leżakach, w koszach plażowych lub bezpośrednio na trawie, pijące piwo przy barze i... wędrujące sobie z tym piwem do jednego z pobliskich pchlich targów. Nie wiem, czy to kwestia lata i upału, ale miałam wrażenie, że ogólnie panuje zrelaksowana atmosfera. No i sądziłam, że mieszkańcy Londynu ubierają się często ekscentrycznie - nie jestem pewna, czy Berlińczycy ich jednak nie przebijają ;)

 

 

 

 

 

Od lewej: Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, humorystyczny kosz na śmieci ;), wnętrze Sony Center, grafitti niedaleko Szprewy

Z zabytków najbardziej podobał mi się Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, który z boku wygląda dość niepozornie ("takie klocki"), a zmienia charakter, gdy wejdzie się do środka labiryntu. Ściany przytłaczają, człowiek łatwo traci orientację, plus nie wiadomo, kto lub co wyskoczy zza zakrętu. Podobało mi się traktowanie  pomnika jako elementu powszedniego krajobrazu, a nie nietykalnej świętości: jest to miejsce spotkań (ludzie siedzą lub leżą na murkach/klockach), po labiryncie biegają dzieci i przemieszczają się rowerzyści. Byliśmy także pół dnia w Poczdamie, z czego dużo czasu spędziłam chodząc po ogrodach i parkach oraz oglądając pałace na swój ulubiony sposób, tj. z zewnątrz :)

Od lewej: Cecilienhof, aleja parkowa między Oranżerią a Belwederem, pałac Sans Souci

Jeśli chodzi o stronę spożywczą, wyjazd był także udany. Kuchnia niemiecka ma wiele wspólnego z kuchnią austriacką, którą znam i lubię (i o której pisałam). Od razu po przyjeździe w godzinach popołudniowych, gdy chodziliśmy po Berlinie, miałam wrażenie, że całe miasto pachnie kawą. Niestety, szybko odkryłam, że kawa jest także w stylu austriackim, nie włoskim, a w ostatnich miesiącach (od czasu nabycia nowego ekspresu) zrobiłam się wyjątkowo wybredna, jeśli chodzi o jakość mojego ulubionego napoju. Innymi słowy, zdjęć kawy nie będzie ;) W przeciwieństwie do innego popularnego napoju, który degustowałam, czego dowody poniżej.

Próbowałam piw jasnych, także paru pszenicznych i wszystkie mi smakowały, szczególnie po kilku godzinach zwiedzania w upale. Wyjątkiem był różowy napój na zdjęciu powyżej - landrynkowy, malinowy Berliner Weisse. Występuje także w wersji wściekle zielonej (a la Ludwik), z dodatkiem marzanki, ale po malinowym już nie miałam ochoty eksperymentować.

Od razu po przyjeździe także skierowałam się w stronę domu towarowego KaDeWe, gdyż w wielu miejscach (w blogosferze i nie tylko) natknęłam się na zachwyty nad tamtejszym działem spożywczym. Faktycznie warto odwiedzić to miejsce: ja żałowałam, że mam tak mało czasu, że nie mogę usiąść przy barze, degustować wina czy owoców morza... No i że nie mogę zapakować połowy działu mięsnego i rybnego i zabrać ze sobą. Podobało mi się, że poza turystami było w sklepie wielu miejscowych kupujących, którzy chyba często przyszli po prostu coś zjeść lub spotkać się ze znajomymi.

Od lewej: musztardy, dział serów, dział herbaty - KaDeWe

Restauracyjnie odwiedziłam Marjellchen, która określana jest jako miejsce serwujące dania "kuchni pruskiej". Właścicielka o dźwięcznym imieniu Ramona Azzaro urodziła się w  Rzymie, ale jej babcia pochodziła z Prus Wschodnich. Potrawy w Marjellchen są smaczne, tradycyjne, bardzo sycące i obfite - mieliśmy problemy z dokończeniem dań głównych, szczególnie, że skusiliśmy się na talerz przystawek. Na ten ostatni składały się wędliny oraz ryby - wędzone i surowe, marynowane w podobny sposób, co gravlax. Z tak przyrządzonym łososiem zetknęliśmy się jeszcze w dwóch innych restauracjach.

Od lewej: kaczka, przystawki, golonka - restauracja Marjellchen

Odwiedziłam także parę piwiarni, m.in. Lindenbrau w Sony Center, gdzie do piwa pszenicznego można zjeść, poza bardziej konkretnymi daniami, także najróżniejsze kiełbaski. Niestety: nie słynnego currywursta, którego przyznaję, w końcu nie skosztowałam. Może następnym razem... A, pieczywo w każdej restauracji, w której jadłam, było smaczne, urozmaicone i świeże.

Pieczone kiełbaski, precel, pieczywo żytnie i średnio ostra musztarda - czyli dodatki do piwa w Lindebrau

Z innych ciekawostek spożywczych było ciasto ze śliwkami, jedzone w kawiarni w muzeum Martin Gropius Bau. Gdy tylko wzięłam ten Kuchen do ust, stanął mi przed oczyma duży pokój moich dziadków i stół, na którym stoi to ciasto, babcia Ł. robiła bowiem identyczne.

Z przyjemnością także stwierdziłam, że sezon kurkowy wciąż ma się dobrze: powyżej kompozycja ciepłych, smażonych kurek z zimną, marynowaną (peklowaną?) cielęciną z restauracji Dressler.

Podsumowując: Berlin nie jest może moim ulubionym miastem na świecie, ale warto go odwiedzić, szczególnie, że z Polski jest do niego naprawdę blisko. Jeśli komuś mało lektury, zachęcam do zapoznania się z berlińskimi wspomnieniami Komarki lub Davida Lebovitza.

piątek, 30 kwietnia 2010

Jako dziecko tam byłam przejazdem: zapamiętałam tylko kanały. Natomiast gdy prawie dwa lata temu obejrzałam film In Bruges (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj) Martina McDonagha, postanowiłam, że do Brugii kiedyś trzeba pojechać. Co też zrobiłam w miniony weekend. Relacja byłaby zapewne wcześniej, gdybym nie spędziła ostatnich kilku dni zawzięcie chorując (wrrr).

Na początek zwiastun filmu, jeśli ktoś nie widział, a polecam - poza tym, poziom Brugii w In Bruges jest wysoki:

Pieska z 1:48 minuty znamy: nazywa się Fidel, należy do właścicielki pensjonatu, w którym mieszkaliśmy i często sobie tak wypatrywał przez okno ;)

Gdybym miała w skrócie powiedzieć, z czym kojarzy mi się miasto, powiedziałabym, jak w tytule posta: z piwem, czekoladkami, rowerami i kanałami. No, i jeszcze z koronkami, choć te niespecjalnie mnie osobiście interesują.

Zacznijmy od piwa: podczas zwiedzania browaru De Halve Maan dowiedzieliśmy się, że w Belgii warzy się 700 rodzajów piwa. Napój ten traktuje się znacznie bardziej serio, niż w innych krajach: tu się go degustuje. Preferowane jest piwo butelkowe, a zazwyczaj się nalewa porcje 0,33 ml - co ma sens, zważywszy na to, że procent alkoholu jest najczęściej wyższy, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Chwali się też to, że piwo podaje się naprawdę mocno schłodzone (nieznoszę ciepłego). Moim ulubieńcem stał się pszeniczny witbier - czysty smak, delikatny, idealny na upał.

W restauracji Den Dyver, którą gorąco polecam (uwaga: stolik na wieczór trzeba rezerwować wcześniej!), piwo traktują tak, jak w innych miejscach wino. Zamawiając menu złożone z np. 3 dań (sezonowych - w zeszłym tygodniu tematem przewodnim były szparagi), można domówić do jedzenia specjalnie dobrane piwa - do każdego dania inne. Warto spróbować, szczególnie, że te same piwa zostały najczęściej wykorzystane w danym daniu, np. w sosie. Z dań, których spróbowałam, najbardziej smakowało mi rillette z węgorza (lokalny przysmak) podane jako amuse bouche i danie główne: labraks z pieczonymi pomidorkami koktajlowymi i sosem ziołowym.

Jeśli chodzi o czekoladki: przyznaję, że nie jestem bardzo czekoladolubna. Chcieliśmy jednak przywieźć coś słodkiego rodzinie w prezencie i wypadało dokonać wcześniej degustacji. Sklepów z czekoladkami jest w Brugii pełno i trudno dokonać wyboru, do którego się udać. Po namyśle wyeliminowaliśmy sieciówki, sklepy na głównym deptaku i te, w których kłębiło się od turystów. Wybór padł na The Old Chocolate House: firmę rodzinną, wnioskując ze zdjęcia na ścianie za kasą.

Dokonawszy wyboru dziewięciu smaków (lawenda, herbata, truskawka i inne...) udaliśmy na górę po wiąziutkich schodkach do tzw. tea roomu: pomieszczenia jak dla krasnoludków, z malutkimi stolikami, ale gdzie czekoladę pitną podaje się w sporych miseczkach, jak cafe au lait. Degustacja się udała, choć okazało się, że 9 czekoladek na 2 osoby to całkiem dużo. Ba, jedna sztuka to już całkiem dużo. Ale smak i jakość - pierwszorzędne.

Trzeba przyznać, że Belgowie lubią jeść i chętnie stołują się w restauracjach. Większość knajpek oferuje bardzo atrakcyjne cenowo menu lunchowe i w godzinach 12-14 często trudno o wolne miejsca. I tak do Dillgence (w którym kręcono parę scen ze wspomnianego wyżej Najpierw strzelaj...) na obiad się nie dostaliśmy, więc wróciliśmy na kolację. Jak w większości miejsc, w karcie dominują ryby i owoce morza (w ciągu niecałych 4 dni w Brugii zjadłam ich tyle, co w W-wie w ciągu dwóch tygodni!). I tak tu zjedliśmy bouillabaisse (z Morza Północnego) i "krewetki Diligence".

Z innych doświadczeń restauracyjnych odwiedziliśmy także Aneth (jedna gwiazdka Michelina). Wybraliśmy menu składające się z 9 małych dań (ale coś się komuś gdzieś pomyliło, i otrzymaliśmy... 10), z których 3 to były prawdziwe perełki: chłodnik pomidorowy z wasabi, szparagi z krewetkami i jajkiem w koszulce oraz ser pleśniowy na ciepło. Pozostałe pozycje były oczywiście smaczne, ale nie wywołały na nas większego wrażenia. Wybór win do potraw, na które zdecydował się M, był co najmniej dyskusyjny, obsługa także nie była idealna. Nie żałuję wizyty, ale zarazem nie jest to miejsce, do którego bym chciała wrócić. Jeśli jednak ktoś by się zdecydował na 9-cio daniowe menu, warto pamiętać, by zarezerwować sobie co najmniej 4 godziny w restauracji i przyjść wypoczętym (oraz głodnym :).

Byłam także pod wrażeniem belgijskiego pieczywa: każde, z którym miałam do czynienia, było bardzo świeże i smaczne. Poniżej wybór śniadaniowy w naszym pensjonacie, Huyze Hertsberge: croissanty, brioche, pain au chocolat, bagietka biała i na zakwasie.

Wspomniałam o kanałach i rowerach: trudno je przegapić. Te pierwsze stanowią wdzięczny obiekt fotograficzny.

Być może w Brugii nie ma nine million bicycles, jak śpiewa Katie Melua (ale w końcu to nie Pekin z piosenki ;), niemniej jest ich bardzo wiele. Stoją zaparkowane wszędzie, często w najdziwniejszych miejscach (patrz zdjęcie niżej). Muszę jednak przyznać, że po centrum miasta nie chciałabym jeźdżić - najczęściej rowerzyści muszą korzystać z dróg, po których nie dość, że jeżdżą samochody i autobusy, to jeszcze chodzą tłumy turystów.

A skoro o malowniczych obiektach mowa, oto to, co zawsze najbardziej lubię fotografować...

Jeszcze jedną brugijska atrakcją są... sklepy specjalistyczne, poświęcone wąskiej gamie produktów. Przykładem może być sklep wyłącznie z pluszowymi misiami (najróżniejszego typu) czy butiki z rzeczami dla psów i kotów. Bardzo przypadł mi do gustu Dille & Kamille, sieciówka (tylko w Belgii i Holandii) z rzeczami do kuchni, łazienki i ogrodu.

Artykułów ozdobnych jest mało (głównie świeczki), raczej przedmioty praktyczne - wszystkie możliwe łyżeczki, trzepaczki, foremki, szklanki, kubeczki, skrobaczki, itp., wyłożone na półkach trochę jak w sklepie z narzędziami. Raj dla miłośników kuchni, nawet jeśli nie są specjalnie gadżeciarzami. W ofercie sklepu są także przyprawy, które stoją na półkach za kasą w wielkich puszkach - dzięki temu dowiedziałam się, że intrygujący "dragon" to nic innego, jak estragon po niderlandzku (a obstawiałam jakąś mieszankę ostrych przypraw).

Podsumowując: jeśli nie macie pomysłów dokąd się udać na weekend, a macie czas i możliwości na dłuższą podróż, polecam Brugię. Tym samym życzę Wam miłej majówki (moja chyba upłynie na cichej i spokojnej rekonwalescencji...)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki