Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kraków

czwartek, 04 lutego 2010

Większą część minionego weekendu spędziłam w Krakowie, łącząc przyjemne (spacery, jedzenie i zakupy) z pożytecznym. Zwiedziliśmy dwie restauracje, o których chętnie Wam opowiem. A właściwie: opowie M, któremu ostatnio nieźle poszło recenzowanie. Zatem - oddaję znów głos małżonkowi.


Weekendowa wyprawa do Krakowa związana była z wizytą w dwóch lokalach przy Rynku.

Czy zastanawialiście się kiedyś jaka jest najsłynniejsza polska restauracja? Nie, nie McDonalds.

Za moich czasów dzieci w czwartej klasie wkuwały jej nazwę na zajęciach z historii. Bawili tu królowie, prezydenci, premierzy i inni prominenci. A w piątek odwiedziliśmy ją z A. aby sprawdzić o co tyle hałasu.

Mowa oczywiście o Wierzynku.

Lokal: Trudno sobie wyobrazić lepszą lokalizację. Rynek, wnętrze „z epoki”, widok z okna na pierwszym piętrze na ośnieżony rynek. Bosko.

Obsługa: Nasz kelner był kompetentny i uprzejmy. Jedynym wyjątkiem był obrażony szatniarz - choć też byłbym obrażony gdybym nosił czerwoną koszulę do krawata.

Jedzenie: Ja zamówiłem „Menu tradycyjne”, a A. tylko dwa dania, ale obsługa świetnie wybrnęła z tego podając A. drobne „próbki możliwości” aby nie czekała bezczynnie.

Jako amuse bouche dostaliśmy tabbouleh. Dla mnie był zdecydowanie zbyt nijaki, o dziwnym posmaku – jakby zbyt długo leżał w lodówce. (Uwaga A: No i z kuchnią polską ma chyba mało wspólnego...)

Śledź w śmietanie – bardzo smaczny, płaty były odrobinę zbyt „masywne” ale cała reszta wyśmienita.

Łosoś, którego A. dostała, aby dotrzymać towarzystwa był w porządku, ale jako przegryzka, którą się błyskawicznie zapomina.

Barszcz z kołdunami był dobrze doprawiony, ale zbyt mało esencjonalny.

Zupa rakowa była smaczna, ale podobnie jak barszcz zbyt „płaska”.

Perliczka w sosie jagodowym smakowała A., ale dla mnie brakowało jej nieco charakteru. (Uwaga A: przypominała mi trochę naszą wieprzowinę w czarnej porzeczce).

Pierś gęsi z czerwoną kapustą i kluseczkami śliwkowo-jabłkowymi polana sosem grzybowym była bardzo smaczna, choć porcja była iście królewska.

Szarlotka z lodami była przyzwoita, choć znów trochę nieciekawa. Lody były niestety kupne, podobnie jak mierne pieczywo serwowane do posiłku.

Irytującym i utrzymanym w duchu „starej szkoły” gastronomicznej jest zwyczaj przyozdabiania potraw potencjalnie jadalnymi dodatkami, które jednak nie mają się nijak do dania, które upiększają, np. rozmaryn (całe gałązki!) w gęsi.

Podsumowując: Wierzynek jest moim zdaniem kwintesencją polskiej kuchni w wydaniu, jakie zapamiętałem z wczesnej młodości (głównie ze stołówek). Dania przygotowane są porządnie, ale bez polotu. Świetne miejsce aby przyprowadzić gościa z zagranicy - dobry sposób, aby w ciekawym otoczeniu spróbował polskich dań podanych typowo i bezpiecznie. Zresztą, oprócz obsługi nie widziałem ani jednego Polaka. Jeśli jednak szukacie wybitnej kuchni, albo potraw jak „u mamy”, to radzę wybrać inny lokal.

Ceny warszawskie plus. Dania dość obfite.

Na sobotni obiad wybraliśmy się do Restauracji Szara, a konkretnie do lokalu w Rynku, bo jest jeszcze drugi na Kazimierzu. Zgodnie z informacją na menu restauracja znajduje się w przewodniku Michelina (dwa sztućce).

Lokal: Wystrój przypadł nam do gustu, a lokalizacja przy samym Rynku jest również godna pozazdroszczenia.

Obsługa: dyskretna, choć nie bez drobnych potknięć.

Jedzenie: Karta dań zaprojektowana jest z wielkim rozmachem. Znajdują się tu składniki z każdego krańca Europy. Brawa za odwagę dla szefa kuchni.

Zupa dyniowa z imbirem – bardzo przypadła A. do smaku.

Tatar z renifera – nie ukrywam, że nie wiem jak smakuje mięso z tego egzotycznego w Polsce zwierzęcia. Niestety, sposób podania był bardzo efektowny – duże ilości ślicznie udrapowanej śmietany oraz chrzan wymieszany z mięsem sprawiły, że smak biednego Rudolfa zupełnie mi umknął. Zastanawiałem się nawet czy mięso z renifera nie jest po prostu niesmaczne i szef kuchni w ten sposób sprawił, ze stało się ono jadalne.

Halibut – była bardzo smaczny. To w gruncie rzeczy bardzo trudna ryba, ale tu przygotowana była w doskonały sposób. Sos berneński w pomysłowy sposób doprawiony był lubczykiem.

Sałatka cesarska w wersji z kurczakiem była BARDZO obfita ku rozpaczy A. Dla mnie jednak kurczak był nieco zbyt suchy, a sałata zbyt mocno nasączona majonezem.

Pieczywo bardzo przypominało wieloziarnisty chleb Komarki, co należy szefowi policzyć na plus.

Podsumowując – Szara jest miłym, choć niewyróżniającym się szczególnie miejscem. Można tu wpaść na rzetelny posiłek, albo coś oryginalnego, czego nigdy wcześniej nie próbowaliście.


Tyle M. Jako bonus jeszcze wspomnienia fotograficzne z grodu Kraka...

Takie Planty, prawie jak u Wyspiańskiego, lubię najbardziej.

czwartek, 17 września 2009

To już ostatni merytoryczny wpis o naszych podróżach wakacyjnych (jeszcze będzie tylko jeden fotograficzny o zwierzakach w podróży). Wakacje zakończyliśmy bowiem krótkim pobytem w Krakowie. A Kraków to moje ulubione polskie miasto. Byłam w nim wielokrotnie, najwięcej razy na pierwszych latach studiów. Mam miejsca, do których zawsze wracam. Przede wszystkim odwiedzam kościół Franciszkanów, a potem... snujemy się po knajpach, księgarniach i sklepach, bo w Krakowie dobrze mi się robi zakupy ;). Poniżej kilka moich ulubionych miejsc...

Poranek można zacząć śniadaniem w Camelocie, choć można tam też wpaść na kawę lub coś mocniejszego. Uwaga! Nalewki (na zdj. orzechowa) są naprawdę mocne! Oczywiście najbardziej lubię siedzieć na oknie ;)

Jeśli w Camelocie nie wypijemy kawy, nic straconego: rzut beretem od "zaułka Niewiernego Tomasza", na tej samej ulicy, jest Cafe Larousse: małe, obklejone stronami ze starej encyklopedii Larousse'a wnętrze, które od lat się nie zmienia - i mam nadzieję, że tak pozostanie, choć podsłuchana rozmowa chyba właścicieli kawiarnii mnie bardzo zaniepokoiła. Proszę się nie zmieniać, nie potrzeba kolejnej sieciówki! Kawa jest mocna, a wypieki domowe.

Jeśli wolimy herbatę, możemy przespacerować się na Grodzką do Wiśniowego Sadu, by przy dźwiękach rosyjskiej muzyki wypić herbatę z konfiturą i zakąsić słodkie lub małe co nieco. W ofercie są także alkohole i ukraińskie piwo.

Na lunch/drugie śniadanie często wpadam do Chimery na Św. Anny, na sałatki i niecodzienne napoje (np. z selera czy pokrzywy z limonką). A na obiad poszliśmy tym razem...

I teraz będzie miejsce, które odwiedziliśmy pierwszy raz, tj. restauracja Ancora Adama Chrząstowskiego, znanego widzom kuchnia.tv. Przeczytałam o miejscu przypadkiem przed przyjazdem do Krakowa. M b. się zapalił do odwiedzin, ja byłam bardziej sceptyczna. Eleganckie kopczyki artykułów spożywczych pomazane artystycznie sosem  to nie to, co lubię najbardziej, a tego się obawiałam po obejrzeniu strony www.  Na szczęście rzeczywistość okazała się ciekawsza (czy też smaczniejsza), choć niewątpliwie Ancora to miejsce aspirujące do zdobycia uznania Michelina :). Czy na nie zasługuje? Pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne, jeśli chodzi o obsługę kelnerską, wino i przystawki, niestety potem wystąpiły pewne zgrzyty. Chętnie bym poszła jeszcze raz, by wydać ostateczną opinię. Z pewnością warto spróbować tamtejszej kuchni. Nasze wrażenia szczegółowo spisał M w swojej recenzji na gastronauci.pl (pt. "Prawdziwa zagadka"), dokąd Was zapraszam, a poniżej parę zdjęć.

Oto przystawki, które bardzo nam smakowały: zupa rakowa z grzanką z kawiorem...

... oraz carpaccio z tuńczyka.

Intermezzo, czyli sorbet cytrynowy z wódką, coś, z czym nigdy nie spotkałam się w restauracji, jedynie czytałam u Petera Mayle'a. Sorbet ma na celu zrobienie "trou" (dziury) w pełnym żołądku, by można było coś jeszcze zmieścić.

Najsłabszy punkt programu: mój jesiotr. Oto mamy kopczyk! Sos z marynowanych ogórków z koprem (warstwa 1) był ciekawy, ale ryba trochę  wodnista, buraczki pod rybą za miękkie, a puree zupełnie rozciapane.

I, na koniec, miejsce tylko trochę spożywcze: księgarnią z kawiarnią Massolit Bookstore na ulicy Felicjanek.

Księgarnia oferuje książki w języku angielskim - nowe i mniej lub bardziej używane. Wygląda tak, jak księgarnia powinna: z regałami zapełnionymi pod sufit, kącikiem dla dzieci z zabawkami (przy książkach dziecięcych), z drabinkami, by sięgnąć do najwyższych półek. Warto pamiętać, że księgarnia to nie tylko sklep od frontu, ale także druga część w głębi, w zaadaptowanym mieszkaniu. Parę książek tam nabyłam :) Można napić się kawy lub lemoniady i zjeść coś słodkiego.

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna