Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia niemiecka

czwartek, 23 lutego 2017

Precle to dla mnie austriackie posiłki w schroniskach, podczas przerwy na nartach lub pieszych wędrówek; o dziwo, nie kojarzą się jednoznacznie z piwem. Kiedyś już upiekłam takie, z których byłam całkiem zadowolona, miały jednak tradycyjny, zawijasowy kształt (no... miały taki mieć, bo miałam problemy z formowaniem :D). Bułka z takiego ciasta to dla mnie nowość, ale pomysł jest genialny – bo umówmy się, że precla od biedy można przełożyć tym i owym, ale z bułką zrobić to łatwiej; i choć produkt podobno łatwo kupić w sklepach amerykańskich, autorka przepisu znalezionego przeze mnie na amerykańskim blogu Leite’s Culinaria, Meike Peters pochodzi z Niemiec. Meike niedawno wydała swoją pierwszą książkę, o tytule takim, jak blog: Eat in my kitchen (wersji polskiej – jeszcze - nie ma, ale jest angielska i niemiecka) i jak rozumiem, stamtąd pochodzi przepis. Jeśli chodzi o blog, podziwiam ją za wpisy dotyczące kanapek – ambitnych i z pomysłem. A jak wiadomo, bez pieczywa nie byłoby kanapek, i tak wracamy do bułek preclowych. Mam zresztą problem z nazwą tego wypieku: po angielsku pretzel rolls brzmią naturalnie, bułki z ciasta na precle. Po polsku jednak precel kojarzy się z jednym słusznym kształtem (w końcu nie bez powodu mówi się, że pies ma ogon zwinięty w precelek, itd.)… z czym kłóci się idea bułki. Opisowo „pieczywo z ciasta na precle”: strasznie to długie…! Ale co zrobić, taki mamy język ;).

Przepis bazuje na najprostszym modelu pieczywa drożdżowego wg schematu 500g mąki, 15g świeżych drożdży (tzn. u mnie świeżych, u autorki instant), 300ml płynu, 1,5 łyżeczki soli (w oryginale było ciut więcej). Jak to w preclach bywa, bułki pływają w sodzie przed pieczeniem. Tu mała uwaga: są tacy, którzy do przyrządzenia zasady wysyłają piekarza do sklepu dla małych i dużych  chemików pod wodorotlenek sodu (> Hamelman, co ładnie opisała Gospodarna N.), są inni, którzy sugerują użycie amoniaku spożywczego. Gdy drugi raz piekłam precle, zabrakło mi sody, a znalazłam trochę amoniaku, kupionego kiedyś tam, bo „może się przyda”. Nigdy nie miałam z nim wcześniej do czynienia, więc niezupełnie zdawałam sobie sprawę, jak działa i jaki ma zapach. W skrócie: nigdy więcej, bo poza działaniem drażniącym (oczy i gardło), okazało się, że zapach postrzegam jak aromat (?) benzyny, co bardzo utrudniało prace kuchenne, nawet po zatkaniu nosa i ust, a ponadto precle po kąpieli w amoniaku wcale nie wyglądały jak trzeba. Nie polecam i nie próbujcie tego robić w domu.

A oto bułki w moim wydaniu:

  • 500g mąki (pszennej chlebowej lub orkiszowej jasnej, u mnie mieszanka; można dodać do 10% mąki razowej)
  • 15g świeżych drożdży
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 300ml letniej wody
  • 40g stopionego, wystudzonego masła
  • Ponadto:
  • woda do gotowania precli
  • 3 łyżki sody oczyszczonej
  • gruba sól do posypki

W misce wymieszać mąkę z solą, wkruszyć drożdże. Zmieszać wodę z masłem i wyrabiając ciasto (najlepiej mikserem), powoli wlać płyn do suchych składników. Wyrabiać aż ciasto będzie gładkie, elastyczne i jednolite; nie powinno się wyraźnie lepić, ale nie powinno też być suche. Odstawić do podwojenia objętości (60-90 min) w natłuszczonej misce. Wyrośnięte ciasto odgazować, podzielić na 8-10 części i uformować dokładnie bułki. Przykryć folią i odstawić do wyrastania (ok. 30 min). Nagrzać piekarnik do 210 st. C (termoobieg) i wyłożyć blaszkę matą silikonową lub papierem do pieczenia. Zagotować wodę w szerokim (na tyle, by pomieścić swobodnie 2 bułki) garnku na ok. 3 cm głębokości (bułki nie mogą przykleić się do dna), dodać sodę. Gotować bułki partiami po 30 sekund na stronę, wyławiać szumówką i odstawiać na kratkę (z podłożoną pod spód ściereczką) do obcieknięcia. Bułki przełożyć na przygotowaną blaszkę, posypać solą i piec ok. 16-18 minut. Najlepiej smakują świeżo po upieczeniu, ale – jak na pieczywo drożdżowe – nieźle utrzymuje świeżość.

Zapisz

Zapisz

czwartek, 13 lutego 2014

Wiele osób na hasło golonka zareaguje „ojej, ale to ciężkie!”, „ojej, ale to tłuste!”, „ojej, ale to taka duża porcja!” itd., itp. Szczerze mówiąc, nigdy tego nie rozumiałam, bo tłuszcz w przypadku golonki znajduje się głównie między skórą a mięsem i bardzo łatwo – jeśli się nie ma na niego ochoty – można się go pozbyć. Skóra też często budzi kontrowersje. Znam takich, którzy ją z mięsa ściągają na bok i zupełnie nie jedzą, i takich, którzy patrzą na to ze zgrozą („bo to to najlepsze”). Wiadomo, są różne frakcje – sama raczej nie należę do skórowych fanów.

Co do wielkości – najczęściej golonkę podaje się na zasadzie 1 sztuka na łebka, w całości. Ba, powiedziałabym, że zawsze tak się podaje. Gdy M chciał przyrządzić to mięso w domu, szukałam mu online przepisów na golonkę w piwie, po czym okazało się, że interesujący jest autorstwa... Nigelli ;) (z Kitchen, co odkryłam dopiero po przeczytaniu instrukcji wykonania). Wchodząc do kuchni pod wieczór, nieco głodna od zapachów unoszących się przez kilka godzin w domu, trochę się zdziwiłam, widząc jak mąż rozbiera upieczone mięso na części pierwsze. Profanacja? Szczerze, mnie ta zdekonstruowana golonka bardzo pasuje. Nie ma problemów, że dla kogoś jest za dużo; skórę można podać osobno; mięso łatwo także rozmnożyć, jeśli jest obawa, że go nie starczy. A samo to mięso jest po prostu smaczne. Teściowi może podałabym tradycyjnie, w całości, ale w innych sytuacjach, gdy danie pojawi się ponownie, znów je zdejmę z kości. Wybór należy do Was ;).

Aha – kminek jest, moim zdaniem, mało wyczuwalny (nie mam najmniejszego problemu z tą przyprawą, ale czasem mam wrażenie, że jestem w mniejszości).

Składniki:

  • 2 łyżeczki soli morskiej w płatkach (jak macie wędzoną, to tym lepiej) lub 1 łyżeczka soli kuchennej
  • 1 łyżeczka kminku
  • 2 ząbki czosnku
  • 2-3 niewielkie golonki wieprzowe, z delikatnie ponakłuwaną/ponacinaną skórą 
  • 2 cebule
  • 2 większe jabłka, obrane, wydrążone, pokrojone na ćwiartki
  • 750g-1 kg (w zależności od możliwości i liczby gości) ziemniaków, obranych/oczyszczonych i pokrojonych w ćwiartki
  • 500ml jasnego piwa
  • opcjonalnie: ok. 200-250ml wrzątku 

Wymieszać razem sól, kminek i mocno rozdrobniony czosnek. Natrzeć mieszanką dokładnie (zwłaszcza w miejscach naciętych) mięso. Cebulę obrać, pokroić w talarki, rozrzucić na dnie blaszki. Położyć na cebuli golonkę, piec 30 minut w 210 st. C. (termoobieg). Po tym czasie dorzucić do blaszki ziemniaki. Polać mięso ½ piwa. Z powrotem umieścić w piekarniku, skręcić temperaturę do 160 st. C. i piec dalsze 2 godziny; mniej więcej 30-40 minut przed końcem dorzucić jabłka*. Potem znów podkręcić temperaturę do 210 st., podlać mięso resztą piwa i piec kolejne 30 minut.
Wyjąć blaszkę na blat, mięso przełożyć na deskę (i ew. nakryć folią), ziemniaki i jabłka wyłowić do np. miski. Pozostałą cebulę i sos piwno-pieczeniowy zlać do rondelka (ew. można blaszkę postawić bezpośrednio na kuchence, jeśli się do tego nadaje – moja nie ;), ocenić gęstość/objętość oraz skosztować – jeśli płynu jest mało, rozrzedzić za pomocą wrzątku (sądzę, że będzie potrzeba maksymalnie szklanki, czyli ½ tego, co sugerowała autorka), zagotować i gotować, aż odparuje do pożądanej konsystencji. Gdy sos odparowuje, można zająć się zdjęciem mięsa z kości i podzieleniem na kawałki (jeśli wybieracie opcję nieortodoksyjną ;). Skórę można połamać/pokroić i podać osobno, obok ziemniaków, jabłek, sosu i opcjonalnie innych dodatków: kiszonek (ogórki, kapusta) lub czerwonej kapusty w dowolnej postaci.

* Wg oryginału, należało je dodać razem z ziemniakami, ale wówczas zamieniają się w mus jabłkowy...

wtorek, 03 kwietnia 2012

Na przekór jajom i żurkom nie będzie wielkanocnie, choć w jakimś sensie jest to nawiązanie do zeszłorocznych Świąt: wtedy zamieściłam poprzedni wpis z cyklu "ze starego zeszytu" (a o co właściwie chodzi, można przeczytać tu). Ostatnio bowiem, rozmyślając jak odtworzyć wątróbkę po tyrolsku, znów sięgnęłam po te stare niemieckie przepisy. Wątróbki nie znalazłam, rzuciły mi się natomiast w oczy klopsiki rybne (Fischbölle). To dobry przepis na wykorzystanie resztek rybnych i ziemniaczanych. Irma sugerowała, by podać je z sosem kaparowym lub grzybowym. Ten pierwszy mi się spodobał, jako kojarzący się (przynajmniej mnie) z kuchnią retro. W zeszycie przepisu nie znalazłam, sugerowałam się zatem znalezionym w sieci, ale dość luźno podeszłam do oryginału.

Składniki (dla 2 osób):

Klopsiki: 500g ugotowanej/upieczonej ryby o białym mięsie*, 1 średni ugotowany/upieczony ziemniak (ok. 80g), 1 mała cebula/szalotka, 0,5-1 łyżka bułki tartej (i dodatkowa do panierki), ok. łyżki posiekanego koperku lub natki pietruszki, 1 jajo, sól, pieprz, olej do smażenia

Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Rybę rozdrobnić, upewnić się, że nie ma ości. Ziemniaka rozgnieść na puree, wymieszać z rybą, dodać cebulę. Wymieszać z jajem, bułką tartą, zieleniną. Jeśli masa będzie zbyt mokra, dodać trochę więcej bułki. Doprawić do smaku solą i pieprzem (raczej solidnie). Opcjonalnie można uformować kulki (u mnie z grubsza wielkości piłki ping-pongowej) i schłodzić je ok. 10-20 minut w lodówce; można też z marszu formować, obtaczać w bułce tartej i smażyć partiami na złoto. Podawać z sosem kaparowym.

* Można ew. pomieszać rybę gotowaną z np. wędzoną, tylko wówczas uważać z dosalaniem [i jest to to już pomysł mój, nie z zeszytu].

Sos: 2 łyżki masła, 2 łyżeczki kaparów z zalewy (osączonych), ok. 3 łyżek posiekanego koperku (opcjonalnie można zastąpić natką, jeśli użyliśmy jej do klopsików), łyżeczka musztardy

Masło stopić na średnim ogniu, dodać kapary (jeśli duże, można z grubsza posiekać, w przeciwnym razie po prostu lekko rozgnieść mieszając sos), koperek i musztardę. Dokładnie wymieszać i podgrzewać, aż składniki się połączą. Sprawdzić, czy sos nie jest zbyt kwaśny - opcjonalnie można delikatnie zabielić mlekiem (ok. łyżki), dolewając je powoli, stale mieszając. Podawać na ciepło.

I to tyle. Żadne wielkie rzeczy, ale sympatyczne danie. Nadprogramowe klopsy rybne dobrze smakują także na zimno, np. na chlebie.

Na deser, już tradycyjnie, zdjęcie babci Łucji, tym razem we wrocławskim Parku Szczytnickim (w roku 1935).

wtorek, 27 marca 2012



Gdybyście kiedyś zastanawiali się, jak wyglądały restauracje mieszczańskie na terenie Austro-Węgier 100 lat temu, przejeżdżając przez Krainę Salzburską, wybierzcie się do Hotelu Austria (widocznego na powyższym zdjęciu) w Bad Hofgastein. Odwiedziliśmy ten lokal podczas ostatniego pobytu na nartach i sądzę, że jeszcze tam wrócimy, bo mam słabość do miejsc, w których czas się zatrzymał.

Na knajpę składają się dwie niewielkie sale, w tym jedna przejściowa, wąska i długa, ze stolikami ustawionymi jeden za drugim, trochę jak w wagonie restauracyjnym; pośrodku znajduje się otwarte wejście do kuchni, tuż obok wielkiego pieca kaflowego. Wysłużone sprzęty nie całkiem do siebie pasują; światło jest przytłumione, podłoga wytarta, obsługa w wieku 55+. Nie bardzo można mówić o jakimś wystroju wnętrza - miałam wrażenie, że tak, jak je funkcjonalnie wyposażono w poprzednim wieku, tak już zostało. Jak na warunki austriackie i standardową ilość gemütlich bibelotów na metr kwadratowy, o czym kiedyś pisałam, jest wręcz minimalistycznie. Rozglądając się wokół znad szklanki piwa, powiedziałam M, że czuję się trochę tak, jakbyśmy trafili na plan Białej wstążki (poniżej kadr z filmu). Mąż się ze mną zgodził, ale nerwowo rozejrzał się dookoła (czy za stołem nie czają się jakieś posępne dzieci...).

Karta dań jest relatywnie krótka i prosta. Klasyki kuchni austriackiej, ale nie w wydaniu biesiadnym - jest np. sznycel, ale cielęcy, nie wieprzowy, i nie wylewa się z talerza razem z kopcem ziemniaków czy kapusty (innymi słowy, porcje są standardowe); są smaczne zupy (marchwiowa, klasyczna czosnkowa), parę prostych deserów. Poza piwem duży wybór win austriackich.

Jako główne danie skosztowałam Tiroler Leber, z którym wcześniej się nie spotkałam, i bardzo przypadło mi do gustu. Wątróbka cielęca, czyli owa Leber, w ogóle nie smakuje jak wątróbka - w gruncie rzeczy jest to wątróbka zamordowana, tj. mocno wysmażona, pokrojona na cienkie paski i, po zmieszaniu z innymi składnikami, zmieniona nie do poznania. W mojej wersji dania nie byłam w stanie się przemóc, by aż tak ją zakamuflować, pozostałe składniki są jednak takie, jak w "Austrii". Warto dodać, że wygląda na to, że wersja restauracyjna dania jest mało ortodoksyjna - szukając przepisów online nigdzie nie znalazłam papryki, która na 100% obok wątroby i cebuli w tamtym Tiroler Leber była (czyżby wpływy węgierskie?). Często też w przepisach sos był zagęszczany/bazował na zasmażce, a ten, który jadłam, był naturalny. Oto odtworzony przepis, zdaniem M - oddający bardzo podobny smak:



Składniki:

  • ok. 0,45g wątroby cielęcej
  • maka, olej do smażenia
  • 1 średnia cebula, pokrojona w pióra
  • parę łyżek (4-5) czerwonego wytrawnego wina
  • 1 czerwona papryka
  • suszony cząber/tymiankiem
  • sól, pieprz
  • słodka wędzona papryka
  • ocet z czerwonego wina

Wątróbkę umyć, dokładnie osuszyć, pokroić na paski ok. 1,5 cm, obtoczyć lekko w mące, przesmażyć na oleju (np. w rondlu lub głębokiej patelni) po obu stronach (tyle, by zrumienić - u mnie - lub mocniej, jeśli chcecie, by wątroba miała jak najmniej cech wątróbki ;), wyłowić z naczynia, odłożyć na bok. Do rondla dorzucić cebulę, chwilę przesmażyć, lekko podlać winem (ok. 2 łyżek), dodać paprykę pokrojoną w kostkę. Podsypać cząbrem/tymiankiem, dodać szczyptę papryki wędzonej, sól/pieprz, dusić na średnim ogniu pod częściowym przykryciem. Po około 10 minutach wątróbkę rozdrobnić na mniejsze paski (jak drobne, zależy od Was, ja każdy przekroiłam na 1-2 części) i dorzucić z powrotem do warzyw, podlać pozostałym winem i bardzo lekko skropić octem z czerwonego wina, dalej dusić na małym ogniu ok. 10-15 minut, pod koniec odkryć. Sprawdzić doprawienie. Podawać ze spaetzlami i słodko-kwaśną surówką (np. tą Edyty).

PS. Jednocześnie chciałam poinformować, że sól wędzoną wygrała Kini1812 z blogu Yummy Lifestyle. Nie mogłam się zdecydować na wybór jednej odpowiedzi i zdecydowałam się na losowanie (maszyną losującą był M ;). Kini - gratuluję!

czwartek, 21 kwietnia 2011

Pamiętacie historię starego zeszytu z przepisami? Gdy go przeglądałam jakiś czas temu, rzuciły mi się oczy domowe wędliny z udziałem gęsich wątróbek. Gdy więc niewiele później wpadło mi w ręce opakowanie wątroby z gęsi w sklepie, kupiłam je, a przepisom przyjrzałam się dokładniej później. Jeden z nich okazał się być kiełbasą, do której jeszcze nie dorosłam, a drugi - pasztetem (Ganseleberpastete). Z tym miałam już co nieco do czynienia i zdecydowałam się go upiec, jako, że Wielkanoc za rogiem, a wątróbka leżała i dopominała się o spożycie. W oryginale było dwukrotnie więcej składników, poza wieprzowiną była także odrobina cielęciny - ja musiałam dostosować proporcje do posiadanej ilości wątróbki. Występowały także trufle - no, cóż, fiu, fiu, u mnie są suszone grzyby :). Dodałam od siebie przyprawy - u Irmy była tylko sól i pieprz.


Składniki (na 1 średnią keksówkę): ok. 750g gęsich wątróbek (zwykłych, nie foie gras; a idealnie - jedna duża, gęsia wątroba), ok. 300g wieprzowiny (u mnie karkówka), ok. 15g suszonych grzybów (namoczonych we wrzątku co najmniej godzinę wcześniej), olej do obsmażenia mięsa, 15g masła, 1 średnia cebula, 25g mąki, 50-60ml bulionu/rosołu, 1/2 łyżki dowolnego wina (można też użyć sherry lub porto), 1 jajo, sól (co najmniej łyżeczka) i pieprz do smaku, ok. 1/2 łyżeczki imbiru, ok. 1/2-1/3 małej gałki muszkatołowej, świeżo startej, dwie hojne szczypty suszonego tymianku, plastry słoniny lub boczku na wierzch pasztetu

Połowę wątroby naszpikować osączonymi grzybami, nacinając delikatnie mięso i wpychając grzyby do środka. Skropić sokiem z cytryny, odstawić. Resztę wątróbek zrumienić na oleju/oliwie, podobnie postąpić z wieprzowiną. Obsmażone mięso lekko wystudzić, zmielić dwukrotnie. Wątrobę z grzybami posiekać mniej lub bardziej drobno, wymieszać ze zmielonym mięsem. Drobno pokrojoną cebulę zeszklić na maśle, odstawić na bok. Mąkę roztrzepać z bulionem, winem i jajem, dodać zeszkloną cebulę wraz z masłem, wymieszać powstałą pastę z masą mięsną. Doprawić do smaku solą, pieprzem, imbirem, gałką i tymiankiem - surowa masa musi dobrze smakować! Przełożyć do dobrze wysmarowanej i wysypanej bułką tartą/otrębami foremki, wierzch obłożyć paroma plastrami boczku lub słoniny. Piec ok. 60-70 minut w 180 st. C (termoobieg). Dokładnie wystudzić przed jedzeniem (a najlepiej kosztować dopiero kolejnego dnia).

Pasztet jest zupełnie inny, niż ten, który robi M - jest znacznie bardziej mięsny i, czego można było się spodziewać, wątrobiany. Następnym razem rozważę zwiększenie ilości mięsa w stosunku do podrobów. Zastanawiam się też, czy nie można by użyć wątroby kurzej lub cielęcej. Podoba mi się natomiast bardzo kontrast między masą zmieloną a posiekaną, grzybową, i nie da się ukryć, że nie jest to trudny czy bardzo czasochłonny przepis. Nie mówiąc o tym, że wciąż mnie fascynuje gotowanie ze stuletnich przepisów, pisanych nieznaną ręką...

Ponieważ zdjęcie mojej babci przy poprzednim wpisie wzbudziło zainteresowanie, na deser kolejne ujęcie babci Łucji, tym razem ze swoją matką (a moją prababcią Marią), w scenerii lekko wiosennej (ten cielaczek... :):

środa, 02 marca 2011

Uwaga: będzie sentymentalnie.

Gdy prawie dziesięć lat temu zmarła babcia Łucja (o której wspominałam jako o "babci Ł." przy okazji wpisu berlińskiego czy tortu orzechowego), zostało po niej parę starych niemieckich książek kucharskich. Ja wówczas gotowałam jeszcze z rzadka i stylem rozpaczliwym, więc książki trafiły do cioci. Parę lat temu zostały mi przekazane. Oglądałam je kilkakrotnie, jako ciekawostkę historyczną, ale nie wczytywałam się mocno. Najciekawszy zawsze wydawał mi się zeszyt pełen odręcznie zapisanych przepisów - ten sam, którego zdjęcie od jakiegoś czasu wisi w górnym lewym rogu blogu. Zakładałam, że należał do prababci Marii, potem Łucji, jej córki. Widziałam co prawda obce nazwisko - przy dacie 1912r. - na okładce wewnętrznej, ale przyjmowałam, że "Irma Sindermann" była chlebodawczynią prababci, gdy ta pracowała jako służąca. Dopiero kilka tygodni temu przyjrzałam się uważniej zapiskom i odkryłam, że trop prowadzi do "Stift Salem, Stettin", czyli do zgromadzenia diakonis, które do II wojny światowej działało na Pomorzu, a obecnie ma siedzibę w Niemczech. Tam ślad niestety się urywa, ale teoria o chlebodawczyni wydaje mi się  obecnie wątpliwa. Imię i nazwisko napisane są tym samym charakterem pisma, co większość przepisów; później pismo się zmienia, i sądzę, że są to już zapiski pisane przez moją babcię. Być może Irma była diakonisą lub wychowanką instytutu, która przeniosła się do Wrocławia (gdzie babcia spędziła większość dzieciństwa i młodość), a tam nawiązała kontakt z moją rodziną? Żałuję, że nie wiem więcej na jej temat; celowo ujawniam imię i nazwisko, bo może przypadkiem przeczyta to ktoś, kto wie coś więcej...

Babcia Łucja z ojczymem

Postanowiłam, że mimo braku znajomości germańskiego języka przodków ;), spróbuję wykonać przynajmniej część przepisów "ze starego zeszytu". Sprawę utrudnia charakter pisma oraz często skrótowy charakter notatek (ja pisząc sama dla siebie też pewne informacje pomijam, bo wydają mi się oczywiste). I tak tu też z opóźnieniem zrozumiałam, że sos w przepisie to niemal beszamel, a właściwie beszamel z domieszanym na koniec jajkiem. Poniżej zdjęcie oryginału:

A oto moja wersja (całkiem wierna; główna zmiana dotyczy ilości makaronu, bo dla mnie 1kg na 4 osoby to jednak za dużo :):

Składniki (na 2 osoby, w oryginale na 4):

  • 250g makaronu (u mnie drobne rurki; mogą być nitki lub ugotowany i potem pokrojony długi makaron)
  • ok. 200g szynki, pokrojonej w paseczki
  • garść parmezanu do posypki
Sos:
  • 15g masła
  • 15g mąki
  • 250g pełnego mleka (w temp. pokojowej)
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa (u mnie starte ok. 1/4 średniej gałki)
  • 1 jajo
Makaron ugotować w osolonej wodzie, odcedzić, przelać zimną wodą. Wymieszać po osączeniu z szynką. Przełożyć do wysmarowanego masłem naczynia żaroodpornego.
Gdy makaron się gotuje, przygotować sos: stopić masło na małej patelni lub w rondelku, zdjąć z ognia. Wmieszać mąkę, dokładnie rozcierając masę. Wlać powoli mleko, cały czas roztrzepując. Postawić z powrotem na ogniu, doprowadzić do wrzenia, pracując cały czas trzepaczką, doprawić do smaku. Zdjąć z ognia, wtrzepać jajo; można też najpierw wymieszać roztrzepane jajo z łyżeczką sosu, i dopiero później połączyć całość. Zalać makaron sosem., posypać parmezanem. Zapiekać w 200 st. C. przez ok. 30 minut, do zrumienienia.

Makaron jest delikatny, mleczno-muszkatołowy, i kwaskowata, chrupka sałatka jako dodatek dobrze do niego pasuje. To już przepis nie z zeszytu, a z głowy i zawartości lodówki:

Składniki:

  • 1/4 główki małej czerwonej kapusty, poszatkowanej
  • 1 średnia, soczysta pomarańcza, obrana, pokrojona w kostkę
  • ok. 2 łyżek drobno posiekanej dymki (ew. może być czerwona cebula)
  • sok z cytryny lub ocet owocowy
  • oliwa
  • sól
  • opcjonalnie: łyżeczka brązowego cukru
Wymieszać kapustę z pomarańczą i dymką. Doprawić do smaku pozostałymi składnikami, dokładnie wymieszać, odstawić na co najmniej 20 minut, by składniki się przegryzły.

Dziwnie się czułam gotując z prawie stuletniego przepisu napisanego ręką kogoś, kogo nie znam, w języku, którym nie mówię, ale... chyba to jeszcze powtórzę, więc wypatrujcie przepisów "ze starego zeszytu".

czwartek, 05 sierpnia 2010

od lewej: ulica prostopadła do Unter den Linden, park Tiergarten, bloki w dzielnicy Mitte (dawny Berlin Wsch.)

Całe dzieciństwo słuchałam o tym, jak to rodzice (plus siostra Mamy) pojechali do Berlina, oczywiście Wschodniego, w latach 70-tych, i jak Mamie się tam nie podobało. Druga historia z Berlinem w tle tyczyła ubranek i zabawek, przywożonych mi z Berlina przez pochodzącą z Niemiec Babcię Ł. ("o, tu widzisz te buciki na zdjęciu?"). Niezależnie od tych historii zawsze chciałam pojechać do tego miasta. W miniony weekend, pod pretekstem odwiedzenia pewnej wystawy, wreszcie się udało, i to razem z 2/3 składu z wycieczki sprzed 35 lat. Przy wjeździe do miasta Mama rozejrzała się dookoła i powiedziała: To wygląda zupełnie inaczej. Na Unter den Linden dodała: No, wreszcie widać, co jest za tą Bramą Brandenburską. Jak to wyglądało w połowie lat 70-tych, można zobaczyć np. na tej stronie.

od lewej:niedziela nad Szprewą, trawnik przed Alte Galerie, tango na moście nad Szprewą

Nie mogę porównywać swoich doświadczeń do tych rodziców, gdyż choć pamiętam dobrze czasy, gdy "runął mur", nie mam wspomnień związanych z tym innym miastem, w którym znajdowało się Muzeum Pergamońskie, ale już nie Tiergarten.

od góry: mur przy Marius Gropius Bau, maraton jazdy na rolkach (g. 21:15 w niedzielę!), East Side Gallery

Odebrałam dzisiejszy Berlin jako miasto tętniące życiem, w którym wciąż coś się dzieje czy zmienia. W ciągu 2 dni widziałam 1 maraton biegaczy, 2 maratony jazdy na rolkach, 1 milongę na moście, kuglarzy ulicznych, grupy ludzi puszczających latawce oraz mlodych chłopaków, jeżdżących po ulicach miasta w go-cartach. Ponadto tłum ludzi przewijający się ulicami i deptakami, bardzo wiele osób na rowerach, z psami i małymi dziećmi. Nad rzeką w niedzielę trawnik był zajęty przez osoby wypoczywające na leżakach, w koszach plażowych lub bezpośrednio na trawie, pijące piwo przy barze i... wędrujące sobie z tym piwem do jednego z pobliskich pchlich targów. Nie wiem, czy to kwestia lata i upału, ale miałam wrażenie, że ogólnie panuje zrelaksowana atmosfera. No i sądziłam, że mieszkańcy Londynu ubierają się często ekscentrycznie - nie jestem pewna, czy Berlińczycy ich jednak nie przebijają ;)

 

 

 

 

 

Od lewej: Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, humorystyczny kosz na śmieci ;), wnętrze Sony Center, grafitti niedaleko Szprewy

Z zabytków najbardziej podobał mi się Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, który z boku wygląda dość niepozornie ("takie klocki"), a zmienia charakter, gdy wejdzie się do środka labiryntu. Ściany przytłaczają, człowiek łatwo traci orientację, plus nie wiadomo, kto lub co wyskoczy zza zakrętu. Podobało mi się traktowanie  pomnika jako elementu powszedniego krajobrazu, a nie nietykalnej świętości: jest to miejsce spotkań (ludzie siedzą lub leżą na murkach/klockach), po labiryncie biegają dzieci i przemieszczają się rowerzyści. Byliśmy także pół dnia w Poczdamie, z czego dużo czasu spędziłam chodząc po ogrodach i parkach oraz oglądając pałace na swój ulubiony sposób, tj. z zewnątrz :)

Od lewej: Cecilienhof, aleja parkowa między Oranżerią a Belwederem, pałac Sans Souci

Jeśli chodzi o stronę spożywczą, wyjazd był także udany. Kuchnia niemiecka ma wiele wspólnego z kuchnią austriacką, którą znam i lubię (i o której pisałam). Od razu po przyjeździe w godzinach popołudniowych, gdy chodziliśmy po Berlinie, miałam wrażenie, że całe miasto pachnie kawą. Niestety, szybko odkryłam, że kawa jest także w stylu austriackim, nie włoskim, a w ostatnich miesiącach (od czasu nabycia nowego ekspresu) zrobiłam się wyjątkowo wybredna, jeśli chodzi o jakość mojego ulubionego napoju. Innymi słowy, zdjęć kawy nie będzie ;) W przeciwieństwie do innego popularnego napoju, który degustowałam, czego dowody poniżej.

Próbowałam piw jasnych, także paru pszenicznych i wszystkie mi smakowały, szczególnie po kilku godzinach zwiedzania w upale. Wyjątkiem był różowy napój na zdjęciu powyżej - landrynkowy, malinowy Berliner Weisse. Występuje także w wersji wściekle zielonej (a la Ludwik), z dodatkiem marzanki, ale po malinowym już nie miałam ochoty eksperymentować.

Od razu po przyjeździe także skierowałam się w stronę domu towarowego KaDeWe, gdyż w wielu miejscach (w blogosferze i nie tylko) natknęłam się na zachwyty nad tamtejszym działem spożywczym. Faktycznie warto odwiedzić to miejsce: ja żałowałam, że mam tak mało czasu, że nie mogę usiąść przy barze, degustować wina czy owoców morza... No i że nie mogę zapakować połowy działu mięsnego i rybnego i zabrać ze sobą. Podobało mi się, że poza turystami było w sklepie wielu miejscowych kupujących, którzy chyba często przyszli po prostu coś zjeść lub spotkać się ze znajomymi.

Od lewej: musztardy, dział serów, dział herbaty - KaDeWe

Restauracyjnie odwiedziłam Marjellchen, która określana jest jako miejsce serwujące dania "kuchni pruskiej". Właścicielka o dźwięcznym imieniu Ramona Azzaro urodziła się w  Rzymie, ale jej babcia pochodziła z Prus Wschodnich. Potrawy w Marjellchen są smaczne, tradycyjne, bardzo sycące i obfite - mieliśmy problemy z dokończeniem dań głównych, szczególnie, że skusiliśmy się na talerz przystawek. Na ten ostatni składały się wędliny oraz ryby - wędzone i surowe, marynowane w podobny sposób, co gravlax. Z tak przyrządzonym łososiem zetknęliśmy się jeszcze w dwóch innych restauracjach.

Od lewej: kaczka, przystawki, golonka - restauracja Marjellchen

Odwiedziłam także parę piwiarni, m.in. Lindenbrau w Sony Center, gdzie do piwa pszenicznego można zjeść, poza bardziej konkretnymi daniami, także najróżniejsze kiełbaski. Niestety: nie słynnego currywursta, którego przyznaję, w końcu nie skosztowałam. Może następnym razem... A, pieczywo w każdej restauracji, w której jadłam, było smaczne, urozmaicone i świeże.

Pieczone kiełbaski, precel, pieczywo żytnie i średnio ostra musztarda - czyli dodatki do piwa w Lindebrau

Z innych ciekawostek spożywczych było ciasto ze śliwkami, jedzone w kawiarni w muzeum Martin Gropius Bau. Gdy tylko wzięłam ten Kuchen do ust, stanął mi przed oczyma duży pokój moich dziadków i stół, na którym stoi to ciasto, babcia Ł. robiła bowiem identyczne.

Z przyjemnością także stwierdziłam, że sezon kurkowy wciąż ma się dobrze: powyżej kompozycja ciepłych, smażonych kurek z zimną, marynowaną (peklowaną?) cielęciną z restauracji Dressler.

Podsumowując: Berlin nie jest może moim ulubionym miastem na świecie, ale warto go odwiedzić, szczególnie, że z Polski jest do niego naprawdę blisko. Jeśli komuś mało lektury, zachęcam do zapoznania się z berlińskimi wspomnieniami Komarki lub Davida Lebovitza.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna