Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Paryż

środa, 26 czerwca 2013

W Paryżu byłam w czterech restauracjach, z czego chciałam coś więcej napisać o dwóch, tj. Benoit – jednym z „produktów” Alain Ducasse – oraz o Le Chateaubriand, zajmującym 18-te miejsce na liście San Pellegrino.

Najpierw jednak coś wyznam: jechałam nastawiona na to, że Francuzi są niemili, aroganccy i pod groźbą śmierci nie mówią po angielsku, nawet jeśli potrafią. Czasem negatywne nastawienie jest dobre: człowiek może się mile rozczarować. Pierwsza taka niespodzianka czekała mnie przy dwóch rezerwacjach telefonicznych, które robiłam jeszcze w Polsce – mianowicie okazało się, że moi rozmówcy nie dość, że byli sympa, to sami przechodzili na angielski wyczuwając problemy komunikacyjne. Co istotniejsze, te wrażenia się sprawdziły na miejscu: jak mówiliśmy sobie z M co jakiś czas, „oni wcale nie są niemili”. Przyznaję, że obsługa bywa opieszała i zdarza się typ nadąsany, można go jednak przynajmniej w 50% przypadków rozpogodzić za pomocą ESD* (czyt. uśmiechu i pogody ducha). Osobnym gatunkiem był kelner z Benoit, o czym niżej.

Benoit wybrał M, jako miejsce tradycyjne; bistro, sala z lustrami, małe, gęsto ustawione stoliki, stary lokal (plus jedna gwiazdka Michelina, o czym się jednak dowiedzieliśmy tuż przed wizytą). Stolik na lunch zarezerwowaliśmy bez problemu internetowo, przez stronę restauracji. Warto przy tej okazji dodać, że Francja – nie tylko gastronomiczna – sprawia na mnie ogólne wrażenie internetowo zacofanej; niezła knajpa bez strony internetowej albo tylko ze stroną-wizytówką to nic dziwnego. Być może dlatego w Benoit jest inaczej, że siedzieliśmy między Australijczykami, Brytyjczykami a Tajami, czyt. najczęstszy klient to nie frankofon.... a siedzieliśmy w odległości bardzo niewielkiej, bo – jak zauważyłam – jadąc do Francji, a przynajmniej do Paryża, zapomnijcie o szerokiej sferze prywatności w restauracji ;). Odległość między najbliższymi, tajskimi sąsiadami a nami oceniam na 10 cm maksimum. Do stolika zaprowadził nas pan z grupy nadąsanej, obsługiwał zaś pan Ponury, który w miarę upływu czasu robił się coraz weselszy, ale w stylu biesiadnym, o czym niżej.

Skorzystaliśmy z trzydaniowego menu lunchowego prix fixe, z dwoma-trzema opcjami do wyboru. Ja jadłam chłodnik z zielonego groszku i blanquette de veau (w skrócie: sztuka mięs z cielęciny), M tartę z marynowanej makreli i krwawą kiszkę. Przystawki przyniósł nam niższy rangą pracownik, który został głośno zrugany przy gościach przez pana Ponurego – może nie zdawał sobie sprawy, że ktoś coś niecoś może po francusku rozumieć, albo, co wydaje mi się bardziej prawdopodobne, zupełnie się nie przejmował, czy ktoś słyszy i rozumie, czy nie. Jedzenie – zarówno sposób podania, jak i smak – były takie, jak wyobrażam sobie dania jadane przez Julię Child i cuisine bourgeoise, o której kiedyś pisałam; było smacznie, choć bez fajerwerków. Z ciekawostek co do zastawy: większość dań była podana na charakterystycznych kwiecistych talerzach, ale sztućce były mocno zużyte, zaś moja cielęcina pojawiła się w umiarkowanie estetycznym naczyniu do zapiekania a la Pyrex.

Jako deser M wybrał savarin a l'Armagnac, ja zaś zestaw pt. trzy mini tarty (czekoladowa zdecydowanie była najlepsza, nie tylko dlatego, że nie zawierała pistacji jak druga, czy bezy włoskiej, jak trzecia ;). Babka ponczowa M okazała się dość obfitych rozmiarów, do tego był kopczyk kremu. Po chwili pan Ponury bez słowa postawił na stoliku dwie butelki Armagnacu i się oddalił. Początkowo sądziliśmy, że M ma za ich pomocą dokonać elementu a l'Armagnac w deserze, ale babka okazała się być już nasączona, więc butelki zignorowaliśmy – do chwili po posiłku, gdy okazało się, że przynajmniej jedna osoba, przygnieciona savarin, czuje potrzebę kapki mocniejszego alkoholu. Wówczas pan Ponury sprawił, że długo go zapamiętamy: na wieść o tym, że potrzebny jest kieliszek Armagnacu, machnął ręką w kierunku butelek („a to co?!”), wzruszył ramionami, przelał resztkę wody ze szklanki M (200ml) do mojej (nie mam tzw. lęków bakteryjnych, ale jednak trochę osłupiałam), po czym chlusnął do szklanki po wodzie Armagnacu („jakby sami nie mogli sobie nalać”), butelkę odstawił z powrotem na stolik, po czym zaczął wesołą rozmowę na temat piwa Singha z naszymi sąsiadami.

Po wyjściu z restauracji miałam mieszane odczucia – podobno w niektórych paryskich lokalach płaci się kelnerom za bycie niemiłymi, więc być może tak powinniśmy interpretować zachowanie pana Ponurego? Czy jednak ma to zastosowanie w lokalu tzw. gwiazdkowym? Z drugiej strony – bo dość długo czekaliśmy na rachunek – miałam wrażenie, że z każdym pojawieniem się na sali kelner jest coraz pogodniejszy i bardziej rubaszny, co oczywiście można różnie interpretować ;). Myślę, że będąc we Francji, zwłaszcza w jakimś mieście, warto pójść do restauracji tego typu, niekoniecznie Benoit, dla tego kolorytu lokalnego.

Le Chateaubriand dla odmiany to tzw. neo-bistro. Stare w nowym wydaniu, ew. eksperymenty na znanej bazie. Stolik dostać niełatwo, choć dzwoniąc dokładnie dwa tygodnie przed planowaną wizytą (zgodnie z instrukcją telefoniczną uzyskaną od miłego pracownika restauracji w maju), udało mi się to bez problemu – albo też tak mi się wydawało, do czasu gdy tuż przed wizytą musieliśmy zmienić rezerwację, i dostaliśmy telefon zwrotny pt. „mamy dla Was stolik, ale przy barze”. Miejsce na dłuższą metę okazało się całkiem dobrym wyborem – mieliśmy wgląd w testowanie win przez obsługę, przyjmowanie rezerwacji, odsyłanie gości z kwitkiem, itd.

Zasada jest prosta – jesz to, co Ci podadzą, tj. menu degustacyjne, wybór jest tylko przy deserze (tj. sery albo słodkie). Można się zdecydować na dodatkowy zestaw kontrowersyjnych alkoholi, dobranych do menu, i uważam, że warto, jednak jest to dość sporo procentów na osobę (szczególnie jeśli, jak my, przyjdzie się pół godziny za wcześnie i zostanie się odesłanym przez restaurację do sklepu winiarskiego po drugiej stronie ulicy...).

Wystrój jest ciemny i prosty – ciemnobrązowe stoliki i krzesła, na ścianie duża tablica z wypisanymi nazwiskami (uznałam, że chodzi o dostawców produktów czy szerzej pojętych „przyjaciół restauracji”, bo był tam także Johnny Halliday...). Obsługa jest młoda, atrakcyjna (w typie artystycznym), miła, choć zdystansowana, zaganiana i zupełnie amatorska ;) - w przypadku amuse bouche jeden z kelnerów buchnął przed nami na blat dwa pierwsze alkohole, rzucił coś przez ramię i pobiegł dalej, i dopiero metodą prób i błędów zorientowaliśmy się, co było do czego.

Samo jedzenie jest także, wbrew pozorom, proste. Były dwa hity i bez większych wpadek, ale w przypadku wielu dań dobrze, że zrobiłam notatki, bo ich nie zapamiętałam (to te bez komentarzy ;). Oto co jedliśmy:

  1. Ptysie z serem + cydr

    Tak, proszę Atelier Amaro – alkohol dobrany do menu to nie musi być wino czy napój wysokoprocentowy...

  2. Kwaśna (rabarbarowa?) zupa-chłodnik z surową rybą + likier pomidorowy

Pierwszy hit. Zupa kwaśna, orzeźwiająca, pobudzająca apetyt i likier pomidorowy (jak się dopytałam, z owoców, nie pędów) świetnie do niej dobrany.

3. Krewetki z marakują w tempurze + wino przypominające rozcieńczone sherry (amontillado)

4. Małże, akacje, szparagi (zupa a la azjatycka)

5. Bulion „wołowy” (z ryby wędzonej) z zielonym groszkiem (robiące za trou)

6. Tuńczyk Bonito z rabarbarem + botwinką + landrynkowe Pinot Noir

7. Turbot, sezam, kwiat bzu + wytrawne czerwone sycylijskie

Drugi hit. Nie lubię kwiatu czarnego bzu, ale z tym sezamem i rybą się dobrze komponował.

8. Grejpfrut, grasica, cebula + acetonowy szampan z mieszanych roczników

W moim odczuciu minus, i za dominującego, bardzo gorzkiego grejpfruta (bo było i albedo, i skórka...) i za alkohol, którego smak i zapach niestety mnie przerósł.


9. Deser: lody cytrynowe na ogórku z pistacjami + sake LUB sery + półwytrawne białe wino

Jadłam sery i niestety tu należy im się minus – było ich za dużo, wybór zbyt mało zróżnicowany, całość przykryta długimi plastrami parmezanu... Hmmm...

10. (bonus dla M) żółtko z karmelizowanym cukrem z suchą masą migdałową (zdekonstruowany makaronik ;) + sherry amontillado

Tzw. najdziwniejsze danie w menu ;).

Koniec naszego posiłku przypadał na ok. 21:30, czyli porę o której można przyjść bez rezerwacji czatować na stolik. Czatownicy kręcili się przed wejściem już wcześniej (niektórzy byli też odsyłani do wspomnianego wcześniej sklepu-winiarni), a o godzinie zero koło baru utworzyła się wywierająca presję kolejka ;). Chyba sama nie byłabym tak zdesperowana... Uważam wyjście za udane, bo tzw. pouczające i ciekawe, ale czy jest to rzeczywiście dobra restauracja? Przypomina bardziej oglądanie spektaklu podczas próby przed właściwą premierą czy degustację po warsztatach kulinarnych. Plus należy się jednak za bezpretensjonalność, świeżość aranżacji i pozytywną ideę eksperymentu ;). Kulinarki czy smakosze powinni spróbować choćby z ciekawości, ale już „normalnych” ludzi bym tam nie posłała.

Ciekawa jestem, kto doczytał do końca tego elaboratu ;)? Do którego miejsca chętniej byście poszli?

* Eksperymentalny Sygnał Dobra, znajomość twórczości M. Musierowicz się kłania.

środa, 19 czerwca 2013

Zobaczyć Paryż i umrzeć, Paryż wart jest mszy, zawsze będziemy mieli Paryż, itd, itp. Obok Wenecji czy Rzymu, chyba najbardziej "wyeksploatowane" miasto - każdy wie, jak wygląda wieża Eiffla. Gdy przed wyjazdem podekscytowana oglądałam mapę miasta, każda ulica przypominała o niezliczonych filmach czy książkach - Pont Neuf, Place Vendome, Tuilerie, itd. A gdy się znalazłam na miejscu... no cóż. Faktem jest, że już kiedyś byłam w Paryżu - jak miałam 13 lat. Zapamiętałam głównie grób Jima Morrisona (nie wiem, czy jest się czym chwalić...), a samo miasto nie wywarło na mnie wrażenia. Dziś? Może Was zaskoczę, ale chyba nieprędko wrócę ;). Jak to ujął M: "Może takie z nas wieśniaki, że już nam się duże miasta nie podobają"; jest w tym trochę prawdy, ale zarazem i do Londynu, i do Rzymu bym pojechała bez wahania, choć są to także wielkie, zanieczyszczone i zatłoczone metropolie. Paryż nie jest moim miejscem, choć cieszę się, że je zobaczyłam. To trochę jak z pewnymi książkami czy filmami, które wypada poznać, nawet jeśli się nam niespecjalnie podobają. Francuska prowincja za to zdobyła moje serce, ale o tym innym razem.

A więc... co mi się w Paryżu podobało? Wieża Św. Jakuba i katedra Notre Dame; sklepy z gadżetami kulinarnymi; czasowa wystawa obrazów Tamary Lempickiej i sztuki Art Nouveau; mniej uczęszczane (czyt. z dala od Sacre Coeur) uliczki na Montmartrze; narożne kawiarnie i piekarnie co krok, oraz klienci tych ostatnich wędrujący z (obowiązkowo!) nadgryzionymi bagietkami pod pachą ;).

W temacie narożnych kawiarni - jeśli do jakichś wchodziłam, to raczej na wino lub piwo, bo Francuzi w moim odczuciu mogliby się nieco nauczyć, jeśli chodzi o kawę (a z sieciówek jest tylko ta na S, której nie używam). Przed wyjazdem zrobiłam wywiad w internecie i odwiedziliśmy dwa uświadomione kawowo miejsca - Kooka Boora niedaleko Pigalle oraz Telescope w I dzielnicy (oba otwarte codziennie, od 8:30 lub 9 rano, co w Paryżu nie jest oczywiste, zwłaszcza to "codziennie").

Kawa chyba bardziej smakowała mi w nieco zatoczonej Kooka Boora, ale Telescope ma ciekawe, odnowione stare wnętrze (i tam M nauczył się terminu cafe noisette, którym potem bardzo zaskoczył kelnerkę w restauracji w Chateau Chenonceau ;).

Byłam także na Pere Lachaise, już tym razem nie szukając grobu lidera The Doors ;), i chyba wolę inne opisywane na blogu nekropolie.

Nie zabrakło także moich ulubionych obiektów do fotografowania, czyli okien, szyldów (pierwsze zdjęcie w poście) czy ciekawostek na murach...

CDN.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna